Tilda

Rozdziały: 1 2 3 4 5 6 7 8

1.

– Podwójny Chivas z lodem – Matylda oparła się o bar odwracając tyłem do rozbawionego towarzystwa.

Była zmęczona i najchętniej zamówiłaby sobie taksówkę opuszczając niepostrzeżenie przyjęcie. Niestety, w jej przypadku niezauważone wyjście graniczyło z cudem. Dyrektor pionu reklamy i promocji nie mogła zniknąć w trakcie imprezy wieńczącej podpisanie najważniejszych umów sponsorskich tego roku. Przed nią jeszcze setki uścisków dłoni, sztucznych uśmiechów, zdawkowych rozmów i nieszczerych komplementów. Matylda poczuła, że nie sprosta temu bez kolejnego drinka. Prawdziwie męskiego zamiast kolorowych koktajli, z jakimi wypadało przy takich okazjach widywać kobiety. Również te, którym udało się przebić szklany sufit.

Mocna whisky paliła w przełyku, rozlewała się przyjemnym ciepłem w żołądku. Matylda opróżniła szklaneczkę w kilku łykach i poprosiła barmana o powtórkę. Przywołując na twarz wyraz zainteresowania zwróciła się w kierunku niewielkiej sceny, na której prezes rozpoczynał właśnie jedno ze swoich niekończących się przemówień. Słuchała nieuważnie, znając na pamięć typowe dla tego rodzaju wystąpień banały, jakimi zwykło się raczyć zgromadzonych. Z pewnością będzie coś o sukcesach, o wspólnej drodze, może o efekcie synergii. Wszystko tylko nie prawda. Z żadnych ust nie padnie, że jedynym powodem, dla którego pojawiły się tu najważniejsze osoby reprezentujące jej firmę oraz powiązane kontraktami kluby sportowe, są pieniądze, góry pieniędzy.

Zakręciło się jej w głowie. Szybko wypity alkohol zrobił swoje. Matylda usiadła przy wolnym stoliku w rogu sali, wyłowiła ze szklanki kostkę lodu i zawinąwszy ją w papierową serwetkę przytknęła do skroni. Przymknęła na chwilę oczy, a kiedy je otworzyła nie była już sama.

– Pozwoliłem sobie zamówić to, co lubisz. – Obok niedopitego drinka pojawiła się jego kopia.

Matylda spojrzała na mężczyznę, który przysiadł się nieproszony a teraz wypróbowywał na niej swój słynny uśmiech. Oczywiście, że go znała. Tak jak pozostałą dwunastkę z Modeny. To była jej praca. W ciągu nadchodzących dwunastu miesięcy zadaniem Matyldy będzie wycisnąć każdego z nich jak cytrynę. Siatkarze wystrojeni w garnitury z najnowszej kolekcji dumnie zaprezentują logo firmy w spotach reklamowych, na bilbordach, w trakcie imprez charytatywnych. Pojawią się w kalendarzu, na plakatach w sklepowych witrynach a jak będzie trzeba to i na kubkach i podkładkach myszek. Zostali zakontraktowani i Matylda wykorzysta ten potencjał w zupełności. Aż zwróci się każde, z taką pompą zainwestowane w klub, euro. A głównym aktorem rozplanowanej szczegółowo kampanii zostanie Luca Vettori, który według wyników wstępnego badania rynku zdeklasował i pozostawił daleko z tyłu kolegów z zespołu. Luca Vettori rozpierający się właśnie na krześle obok i niespuszczający z Matyldy drapieżnego spojrzenia.

Luca był ładny. Od zawsze. Wszystkie ciotki, babcie czy nawet przygodnie spotkane nieznajome zachwycały się ślicznym niemowlęciem, z którego wyrósł uroczy chłopczyk a później atrakcyjny nastolatek. Typowy, włoski przystojniak. Ciemna oprawa piwnych oczu, wyraźnie zarysowane brwi, idealnie wykrojone usta. Z pewnością nie szkodziło, że był wysoki, smukły i wysportowany. A jeśli dołożyć do tego wiecznie roztrzepaną fryzurę i ten ujmujący, niewinny uśmiech to naprawdę trudno było wydać inną opinię. Luca był ładny. I doskonale o tym wiedział.

Czy to wykorzystywał? Może odrobinę. Nie bardziej niż każda, piękna kobieta. Lubił być adorowany, podobało mu się, że wszędzie, gdzie by się nie pojawił, damskie, a nierzadko i męskie, głowy obracają się za nim. Nie przeszkadzało mu bycie obiektem pożądliwych spojrzeń czy zalotnych uśmiechów. Wprost przeciwnie, schlebiało mu to, utwierdzało w przekonaniu, że jest dokładnie taki, jakim widzi się codziennie w lustrze. Bawił się wrażeniem, jakie wywierał, do perfekcji doprowadzając nienachalną, stonowaną grę towarzyskich podchodów. Przekorną dumą napawało go, że nie zalicza się do pyszałkowatych podrywaczy, którzy najchętniej kreską karbowaną na zagłówku łóżka odznaczaliby kolejną zdobycz. Dla Luki celem nie był seks, przynajmniej nie zawsze. Sam stawiał sobie wyzwania, coraz to inne.

Czasami wystarczyło, że zamężna kobieta wchodziła w nim w niebezpieczny, sekretny flirt. Sprawdzał jak daleko posunie się dla niego, skłaniał do ryzykowania swoim małżeństwem nie martwiąc się, czy rzeczywiście je niszczy. Nocne telefony, które musiała odebrać, wymówka w trakcie rocznicowej kolacji, żeby spotkać się z nim na zapleczu restauracji, jej koronkowa bielizna schowana w jego kieszeni, malinka na dekolcie. Milion śladów dla najmniej domyślnego męża a jednak bez ostatecznej zdrady. Zabawa. Nieszkodliwa igraszka. Następny dowód, że może wszystko. Uśmiechem, wystudiowanym spojrzeniem składał iluzoryczne obietnice, wodził na pokuszenie, wygrywał ustaloną dla własnej przyjemności rozgrywkę.

Lucę napędzał hazard. Pula do zgarnięcia. Uwielbiał odpowiadać sobie twierdząco na pytanie, czy da radę. To przynosiło mu sukcesy w sporcie, mimo młodego wieku plasowało wśród najlepszych atakujących w Europie. I to samo dawało satysfakcję w życiu. Odrobina niebezpieczeństwa, przesuwanie granic, nowe rekordy i zwycięstwa. Adrenalina w trakcie, endorfiny na finiszu. Razem ze swoim najlepszym przyjacielem z drużyny prowadzili nawet pewną niechlubną rywalizację. Zakładali się przy byle okazji. O to, któremu uda się wycyganić zmianę hotelowego pokoju na apartament używając w rozmowie jedynie rzeczowników, czy Matteo pozorując notoryczną czkawkę i tak wróci z serwetką z zapisanym numerem telefonu i że będzie to numer prawdziwy albo czy Luca zdoła przed kamerami spłoszyć i zawstydzić przeprowadzającą wywiad dziennikarkę. Grali dla zabawy, grali z nudów, grali, bo Vettori to lubił.

Z tego właśnie powodu Luca ze szklaneczkami podwójnej whisky wylądował przy stoliku Matyldy. Ze wszystkich kobiet biorących udział w dzisiejszym przyjęciu Matteo wskazał właśnie ją, stawiając zaczynające się od tradycyjnej frazy wyzwanie:

– Zakład, że nie dasz rady wyjść stąd z nią?

Wybór był oczywisty. Obaj poznali już wcześniej panią dyrektor reklamy nowego sponsora. Jej nietypowa uroda przykuwała uwagę. Matylda nie była piękna, nie była atrakcyjna, była, jak zgodnie stwierdzili, interesująca. Osobno każdy element jej twarzy zdawał się przeciętny, ale razem, w wiadomy tylko genotypowi sposób, tworzyły obraz, obok którego nie można było przejść obojętnie. Duże, lekko wypukłe oczy o niecodziennym, ciemnobłękitnym odcieniu tęczówek, wąski nos, troszkę szpiczasty podbródek i mocno zarysowane kości policzkowe. Wszystko bardziej wyraziste dzięki wyjątkowo jasnej karnacji i sięgającym uszu, kasztanowym włosom, których proste pasma kobieta zaczesywała do tyłu. Była wysoka, nawet przy całej drużynie Modeny dawało się to zauważyć. Nie podnosząc zbytnio głowy mogła spokojnie spoglądać w oczy siatkarzom. I robiła to, za każdym razem, gdy do któregoś z nich się zwracała tłumacząc ogólne założenia kampanii, przedstawiając harmonogram imprez, w których będą uczestniczyć reklamując markę Giacomo Conti. Było coś dziwnego w jej spojrzeniu, coś nieprzyjemnego, wyznaczającego podział. Budziła respekt, swoim zachowaniem onieśmielała i określała granicę. Po jednej stronie oni, rozwydrzona banda wiecznych chłopców ubranych w sportowe dresy, po drugiej ona, w swoim idealnie dopasowanym garniturze, w klasycznych szpilkach, reprezentująca prawdziwy, dorosły świat. Luca wraz z przyjacielem zastanawiali się chwilę nad tym fenomenem, dochodząc do wniosku, że „zimna”, to niewłaściwy przymiotnik, „niedostępna” również, był zbyt wyświechtany. Matteo wpadł na „wyzywająca”, lecz nie w tym wulgarnym tego słowa znaczeniu, ale nowym. Matylda stanowiła wyzwanie, stawiała je swoją postawą, rzucała w twarz spojrzeniem, zapraszała do pokonania na jej własnym terenie emanując spokojem i pewnością, że to nigdy nikomu się nie uda.

Sama pchała się w ich ręce. Luca z radością rozpoczął grę.

– Zauważyłem, że lubisz mocne drinki, chyba się nie gniewasz? – Vettori uśmiechnął się znów, tym razem jakby przepraszająco.

W głowie Matyldy jak na zawołanie wyświetliły się odpowiednie ujęcia. Luca z kwiatami. Luca skruszony. Luca chwytający rękę uciekającej dziewczyny. A w każdej scenie ubrany w elegancki garnitur. Skrzywiła się zniesmaczona. Tandeta, do niczego się to nie nadaje.

Vettori zauważył ten grymas i posmutniał.

– Chciałem być miły, w końcu będziemy ze sobą pracować. – Siatkarz zaczął wstawać od stolika.

Matylda zreflektowała się i wskazując trzymaną w ręce szklankę powiedziała szybko:

– Przepraszam, po prostu ten jeden mi wystarczy, dziękuję.

Zdziwiła się, kiedy Vettori usiadł ponownie. Miała zamiar wytłumaczyć niegrzeczne zachowanie, ale uważała rozmowę za zakończoną, z pewnością nie było to zaproszenie do jej kontynuowania.

– Och, chyba możesz pozwolić sobie na odrobinę luzu, za moment będzie po części oficjalnej, a trochę zabawy należy się każdemu. – Luca sięgnął po drinka i unosząc go do góry dodał. – Proponuję toast za udany wieczór w miłym towarzystwie.

Matylda już go nie słuchała. Gdy wspomniał o kończącym przemówienie prezesie cała jej uwaga powędrowała w kierunku sceny. W bardzo odpowiednim momencie, bo z ust jej szefa padały właśnie istotne informacje.

– Z radością oznajmiam więc, że nowym wspólnikiem zostaje pan Christian Belloni.

Matylda pobladła. O rozszerzeniu zarządu mówiło się od dawna. O kandydatach również. A ona była jedną z nich. Była pewniakiem. Najdłuższy staż, najlepsze wskaźniki, najważniejsze kontrakty. Harówka od rana do wieczora. Zarwane noce i weekendowe nadgodziny. Pełne poświęcenie, żeby potwierdzić swoje kompetencje, przypieczętować należny jej awans. Nawet ta impreza to uwieńczenie jej sukcesu, nikt inny nie przyczynił się przecież bardziej do sfinalizowania umowy z Modeną i to na tak korzystnych dla firmy warunkach. A z pewnością nie był to Belloni. Matylda lubiła Christiana, za jego rzetelność, sumienność, dokładność. Idealny, wymarzony księgowy. Księgowy, nie manager wyższego szczebla, gdzie należy chcieć i umieć podejmować błyskawiczne decyzje, ważyć się na ryzyko, bluffować i wygrywać dysponując nieraz bardzo słabymi argumentami. Ona to potrafiła. I co z tego?

Matylda wbijając tępe spojrzenie w nowo mianowanego wiceprezesa, który uśmiechał się szeroko odbierając gratulacje i uściski współpracowników, nadal nie mogła uwierzyć, że to dzieje się naprawdę. Dopiła drinka. Cierpki smak whisky na języku przytępił gorycz porażki. Matylda postanowiła rozprawić się z nią ostatecznie. Sięgnęła po przyniesioną przez Vettoriego powtórkę i ignorując zaskoczony wzrok siatkarza pociągnęła solidny łyk, łamiąc wszelkie zasady właściwego delektowania się szlachetnymi trunkami.

 – Cieszę się, że zmieniłaś zdanie. – Luca wziął zachowanie Matyldy za odzew na jego apel i teraz bezskutecznie próbował dotrzymać jej tempa. – Choć widzę, że luz traktujesz z równą powagą jak jego brak.

Pusta szklaneczka odstawiana na blat zadźwięczała srebrzyście, jedyny śmiech, jakim nagrodzona została uwaga siatkarza. Matylda wstała. Poprawiła granatową sukienkę i przesunęła dłońmi po zaróżowionych od wypitego alkoholu policzkach. Odchrząknęła, uśmiechnęła się na próbę, sprawdzając czy podoła. Oszukana czy nie, zdruzgotana bądź zawiedziona, wciąż miała do odegrania niewielkie przedstawienie. Oraz pewną rozmowę do przeprowadzenia.

– Dziękuję – zwróciła się do Luki – rzeczywiście potrzebowałam odrobiny luzu.

Vettori uśmiechnął się i chowając rękę za oparciem krzesła podniesionym do góry kciukiem dał znak obserwującemu rozgrywkę przyjacielowi, że wszystko przebiega zgodnie z planem.

 – To może w ramach podtrzymania tego stanu zatańczymy? – spytał stając obok Matyldy.

Obrzuciła go zdziwionym spojrzeniem. Pokręciła głową i odeszła. Luca z bezradną miną obrócił się do Matteo, który właśnie zwijając się ze śmiechu powielił przedwcześnie zwycięski gest Vettoriego.

Matylda wspięła się na wyżyny aktorskich umiejętności gratulując Belloniemu. Deklarując wsparcie, gotowość pomocy w budowaniu strategii firmy. Banał za banałem. Dzięki wypitej whisky udawało się jej płynnie budować zdania, gładkie i przekonywujące mimo drążącej od wewnątrz złości. Pozwoliła sobie nawet na cierpliwe wysłuchanie zapewnień Christiana o zaskoczeniu nominacją, o szczerym żalu, że to nie ona. Zaciskając zęby odbębniła podobną szopkę z kilkoma innymi dyrektorami i członkami rady nadzorczej a następnie zaczęła rozglądać się za prezesem.

Miała nadzieję na krótką, treściwą rozmowę, w której wyjaśnią sobie wszelkie niedopowiedzenia. Chciała zobaczyć zakłopotanie wywołane jej spojrzeniem, usłyszeć nieskładne wytłumaczenia. Odczuć przynajmniej tę namiastkę satysfakcji, powetować sobie rozczarowanie. Niestety, nie było jej to dane. Szef wyparował, ulotnił się jak kamfora, być może przeczuwając przebieg wydarzeń. Matylda, zmęczona bezskutecznym przeczesywaniem sali, ponownie dotarła do baru. Barman nie czekał na zamówienie domyślnie zalewając kostki lodu bursztynowym Chivasem.  A potem jeszcze raz i kolejny.

Mocno chwiejąc się i zataczając Matylda dotarła do wyjścia z budynku. Zamówionej przez pomocnego barmana taksówki nie było jeszcze widać, więc aby skryć się przed wścibskim wzrokiem opuszczających imprezę gości, kobieta odeszła kawałek znikając za załomem muru. Głęboko zaczerpnęła powietrza, pozwalając aby chłód choć trochę ją orzeźwił. Wiedziała, że przesadziła, zawroty głowy, niebezpiecznie mięknące w kolanach nogi, nienaturalnie rozmazane obrazy. Poranek nie będzie należał do najprzyjemniejszych, nie tylko ze względu na utracony awans.

Na dźwięk nadjeżdżającego samochodu wyjrzała na ulicę. Dokładnie na czas, aby zobaczyć Lucę Vettoriego szarpiącego się z jakąś kobietą.

– Oszalałaś, Marina? Po co tu przyszłaś? – Siatkarz próbował uwolnić się od wczepionej w jego ramię blondynki.

Dziewczyna była niewysoka, ubrana w powycierane dżinsy i odsłaniający brzuch top. Wyglądała na niewiele więcej niż dziewiętnaście lat i przypominała Matyldzie jedną z wielu studentek praktykujących w firmie. Wiecznie żujących gumę, wgapiających się w wyświetlacze telefonów, irytujących głośnym zachowaniem zombie, jak mawiali o nich pozostali pracownicy. Jakby na potwierdzenie, blondynka podniosła głos i ciągnąc rękaw eleganckiej marynarki siatkarza wrzasnęła:

– Nie będziesz mnie unikał! To jeszcze nie koniec, Luca!

Vettori zrozpaczony rozejrzał się wokoło, zapewne zastanawiając się nad możliwościami ucieczki. Z oczu chłopaka wyzierała panika, ze strachem oglądał się za siebie spodziewając się, że lada moment świadkami tej niesmacznej sceny staną się włodarze klubu albo koledzy z drużyny. Matylda zachichotała niekontrolowanie a następnie wkładając cały wysiłek w utrzymanie równowagi podeszła do kłócącej się pary.

– Kochanie, pożegnaj się z panią, taksówka podjechała – oznajmiła spoglądając z udawanym zagniewaniem to na Lucę to na nieznajomą.

Wyzwoliła siatkarza z uścisku dziewczyny i chwytając go pod ramię poprowadziła do czekającego samochodu. A że tak bardzo spodobała jej się ta zabawa, to, zanim wsiedli do zaparkowanego przy krawężniku peugeota, złapała Vettoriego za krawat, przyciągnęła do siebie i pocałowała na oczach osłupiałej Mariny.

– Podoba mi się taki luz. – Luca mrugnął do Matyldy i bez ociągania zajął miejsce w taksówce. Wciąż był w grze.

2.

Matylda spała niespokojnie, wierciła się na łóżku, wzdychała i bezwiednie napinała mięśnie. Znów śniła o wspinaczce. Choć ostatni raz była na ściance lata temu, podświadomość doskonale pamiętała odtwarzając we śnie każdy wyuczony ruch.

Prawie pionowa skalna stromizna tonęła we mgle utrudniając orientację, od szczytu mogły dzielić zarówno metry jak i centymetry. Dziewczyna z trudnością odnajdywała oparcie dla stóp i szczeliny, o które można by zaczepić palce. Z największym wysiłkiem pokonała kolejny odcinek trasy, kiedy dotarła do przewieszki jej oddech był płytki a płuca paliły żywym ogniem. Odpoczywała przez moment wybierając najdogodniejszą ścieżkę pokonania przeszkody. W końcu podjęła decyzję i przenosząc cały ciężar na nogi wyprężyła się próbując sięgnąć upatrzonego chwytu. Przez ułamek sekundy wydawało się, że odpadnie, dłoń prawie ześliznęła się z ostrej krawędzi wapiennego występu. Poczuła krew spływającą wzdłuż nadgarstka i dalej, po przedramieniu. Zacisnęła zęby, wytrzymała i mocno skręcając biodra wydobyła się spod okapu. Stąd wystarczyło już kilka prostych ruchów by stanąć na szczycie. Matylda wyprostowała się i odetchnęła głęboko. Przymknęła powieki uśmiechając się do siebie, lekki wiatr chłodził rozpaloną twarz, ból powoli opuszczał zmęczone wysiłkiem mięśnie. Poczuła się szczęśliwa i spełniona. Otworzyła oczy, aby nacieszyć się widokiem i z nagłym przestrachem obróciła wokół własnej osi. Otaczała ją gęsta jak mleko mgła. Kiedy wyciągnęła przed siebie rękę, dłoń skryła się zupełnie w białej, nieprzeniknionej zasłonie. Krawędź skały zamazała się i znikła przekreślając jakiekolwiek szanse na bezpieczne zejście. Matylda krzyknęła nawołując towarzyszących jej wspinaczy, zawsze wychodziła w góry w zespole. Odpowiedziała przeraźliwa cisza. Nikogo. Na szczycie była zupełnie sama.

Ocknęła się, wciąż czując na ciele muśnięcia zimnej, oblepiającej ją coraz ściślej mgły. Gęsia skórka pokrywała odsłonięte ramiona dziewczyny, zziębnięte stopy wystawały spod kołdry. Przez otwarte na oścież okno do sypialni przenikał chłód i wilgoć. W Modenie padał deszcz. Matylda spróbowała podnieść się z łóżka, aby zaciągnąć zasłony jednak ostry ból w skroniach i zawroty głowy sprawiły, że z jękiem opadła na poduszki. Fosforyzujące wskazówki wiszących na ścianie zegarów wyznaczały południe w Hongkongu, północ w Nowym Jorku i szóstą rano w Rzymie. Matylda namacała krawędź kołdry i naciągnęła ją aż po uszy obracając się plecami do świata, tykającego i nieubłaganie odliczającego pozostałe do pobudki minuty.

– Jeszcze godzinka – mruknęła do siebie i natychmiast gwałtownie się poderwała zakrywając usta dłonią.

Obok, z głową przykrytą poduszkami spał mężczyzna. Ułożony na brzuchu, zupełnie nagi i posapujący cicho. Oczy Matyldy powoli rozszerzały się w zrozumieniu a na policzki wypływał rumieniec zakłopotania. Przypomniała sobie wydarzenia poprzedniego wieczoru, któremu niespodziewanej dynamiki nadała krótka przejażdżka taksówką po opustoszałych ulicach Modeny.

Luca opuścił szybę i do wnętrza samochodu wdarł się strumień chłodnego powietrza. Taksówka sunęła wolno przez ciche miasto zatrzymując się z rzadka na skrzyżowaniach, z radia sączyła się łagodna muzyka, nocnej audycji nie przerywały reklamy ani serwisy informacyjne. Matylda odchyliła się na oparcie kanapy, świat wirował niebezpiecznie a powieki zaczynały ciążyć. Prawie zasypiała, gdy delikatne poruszenie obok przypomniało jej, że nie jest sama. Otworzyła oczy. Vettori siedział odwrócony w jej stronę, przechyloną głowę podpierał zgiętą w łokciu ręką i uśmiechał się. Oczywiście, że się uśmiechał. Jego twarz raz ginęła w półmroku raz wyłaniała się w świetle mijanych latarni, pomarańczowe cienie kładły się wtedy na nieogolonych policzkach. Włosy poruszane podmuchami wpadającego przez otwarte okno wiatru opadały mu na czoło, a rozpięty pod szyją kołnierzyk i poluzowany krawat dopełniały obrazu. Bardzo atrakcyjnego obrazu.

Matylda stwierdziła, że najlepsze inspiracje przychodzą nieproszone. Scena była tak idealna, że właściwie wystarczyło tylko wyeksponować logo firmy w prawym, dolnym rogu kadru i wysłać go do druku. Nawet nadawany właśnie w radio bluesowy kawałek cudownie wpasowywał się w klimat. Zadowolona z pomysłu odwzajemniła uśmiech Luki.

I zanim się spostrzegła, sama znalazła się w centrum wydarzeń wymyślonego na poczekaniu reklamowego spotu. Vettori ośmielony zachowaniem Matyldy przysunął się bliżej, odrobinę pochylił i zajrzał jej z bliska w oczy. Uśmiech zatarł się na jego ustach, gdy te, z początku ostrożnie, dotknęły warg dziewczyny. Ten pierwszy pocałunek był delikatny, prawie wstydliwy. Kolejne już zupełnie nie. Gdy taksówka zatrzymała się przed apartamentowcem Matyldy, koszula Luki rozpięta była do przedostatniego guzika a sukienka dziewczyny zsunięta wysoko nad kolana. Zapłacili w pośpiechu, nie zważając na dwuznaczne komentarze kierowcy, nie chcieli wytracić energii i impetu, jakie pchały ich ku sobie.

Był taki moment, chyba w windzie, gdy ręka Luki sunęła w górę po jej udzie, że Matylda się zawahała. Możliwe, że zdołałaby się jeszcze wycofać i opamiętać, ale Vettori ponownie odnalazł jej usta a jego dłoń dotarła tam, dokąd tak uporczywie zmierzała i zdrowy rozsądek rozwiał się w oparach alkoholu i pożądania. Matyldzie zdążyło tylko przyjść do głowy, że po tym, co spotkało ją tego wieczoru należy jej się proponowana przez siatkarza odrobina luzu oraz że całą resztą będzie martwić się rano. Zegary na ścianie przypominały, że ten czas właśnie nadszedł.

Luca otworzył jedno oko i przez chwilę próbował zorientować się gdzie jest. Potem otworzył drugie i uśmiechnął się do siebie zadowolony. Dał radę. Za oknem przestronnej sypialni siąpił deszcz, na zewnątrz było szaro i ponuro. Vettori przekręcił się na plecy naciągając na siebie kołdrę, szczęśliwy, że donikąd mu się nie spieszy. Trener roztropnie przesunął dzisiejsze zajęcia na późne popołudnie, trafnie przewidując, że po wieczornym przyjęciu część jego drużyny może potrzebować czasu na regenerację.

Z przyległej do pokoju łazienki dochodził jednostajny szum suszarki do włosów. Matylda musiała już wstać, co również było mu na rękę. Luca nienawidził tych porannych niezręczności. Nie rozumiał, jak można nie dostrzegać różnic pomiędzy wspólną nocą a dniem. Pierwsze zazwyczaj było wynikową nie w pełni przemyślanych decyzji, zapomnienia i często gęsto, używek. Łączyło nieznajomych fizyczną przyjemnością i nad ranem pozostawiało ich obcymi sobie. Choćby wyuczyli się na pamięć układu wszystkich znamion na swojej skórze wciąż nie wiedzieli o sobie niczego istotnego. Jak mogliby zatem rozpoczynać wspólny dzień? Luca miał wyrobiony pogląd na tę sprawę. Śniadania w łóżku, kawa pita w szlafrokach, czułe słówka mruczane do ucha, były zarezerwowane tylko i wyłącznie dla par. Dla ludzi, którzy rozmyślnie wchodzili w kolejny etap znajomości a nie dla tych, którzy ledwie pamiętali swoje imiona. Doceniał kobiety wyznające podobne zasady. Szybki numerek na do widzenia? Proszę bardzo. Czy zrobić ci jajecznicę? Nigdy w życiu.

Suszarka ucichła, zastąpił ją odgłos rozpylanych perfum. Vettori odrzucił kołdrę, przeciągnął się zakładając ręce pod głowę i nieznacznie napinając mięśnie brzucha wbił wzrok w drzwi łazienki. Już za moment przekona się, do której grupy zaliczyć panią dyrektor. Jajecznicy odmówi, szybciutkiej dogrywce – niekoniecznie.

Matylda weszła do pokoju nie spoglądając nawet w kierunku łóżka. Była właściwie gotowa do wyjścia. Ubrana w mocno dopasowany, wcięty w talii, granatowy żakiet i ołówkową spódnicę w tym samym kolorze w pośpiechu zgarnęła do torebki jakieś drobiazgi pozostawione na ustawionej pod ścianą komodzie i pochyliła się, aby wsunąć stopy w ciemne szpilki o czerwonych podeszwach. Luca chrząknął przypominając o swojej, prezentującej się w całej krasie, osobie. Nie przywykł do bycia ignorowanym. Matylda odwróciła się i nerwowym skrzywieniem ust odpowiedziała na dwuznaczny uśmiech siatkarza.

– Wybacz, ale jestem już spóźniona. Zatrzaśnij proszę drzwi, jak będziesz wychodził.

I zanim, zaskoczony tak obojętnym traktowaniem chłopak, zdołał jakkolwiek zareagować już jej nie było. Jedynie oddalający się stukot obcasów dowodził, że nie była to fatamorgana. Vettori prychnął poirytowany, ale już po chwili przypomniał sobie o dobrych stronach takiego zakończenia. Zwinnie poderwał się z pościeli i z porzuconych na podłodze spodni wydostał swój telefon. Nie kłopocząc się dalszą kompletacją garderoby stanął plecami do zawieszonych na ścianie zegarów i wystawiając język zrobił sobie zdjęcie. Dodał krótki podpis a następnie wysłał wiadomość. Podrzucając smartfona w ręce, ziewając i nucąc pod nosem ruszył na obchód mieszkania.

Musiał przyznać, że podoba mu się jak Matylda urządziła swój apartament. Nieprzeładowane meblami wnętrze wydawało się jeszcze bardziej przestronne i jasne. Dominowała biel z elementami szarości i błękitu. Chłodną kolorystkę łagodziły różnobarwne okładki książek i płyt, poupychanych na półkach i ułożonych w równe stosiki na podłodze. Luca przejrzał kilka z nich, nazwiska autorów i wykonawców niewiele mu mówiły, zdołał się jednak zorientować, że Matylda lubi powieści historyczne i jazz. On osobiście rzadko miewał czas na czytanie, a jeżeli już, to wybierał lekką beletrystykę. Natomiast jego muzyczny gust koncentrował się raczej wokół alternatywnych, elektronicznych brzmień. Na próbę włożył losowo wybraną płytę do odtwarzacza i po chwili mieszkanie wypełnił aksamitny dźwięk saksofonu i akompaniującej mu, synkopującej perkusji. Vettori zasłuchał się przez moment, dopóki jego wzrok nie padł na poustawiane na parapecie okna fotografie. Z trudem rozpoznał Matyldę. Opalona dziewczyna w krótkich spodenkach i koszulce na ramiączkach, pokonująca w skupieniu skalną stromiznę czy uśmiechająca się szeroko do obiektywu podczas zakładania wspinaczkowej uprzęży w niczym nie przypominała sztywnej i wyniosłej bizneswoman. Na jednym ze zdjęć, wykonanym zapewne tuż po zdobyciu szczytu, widniał odręczny podpis: „Tilda Zwycięska”.

Luca mało nie upuścił trzymanej w ręce ramki, gdy jego telefon rozdzwonił się niespodziewanie. Spojrzał na wyświetlacz. Matteo.

 – Nie wierzę, że ci się udało! – Piano musiał odebrać wiadomość i teraz, ciekawy szczegółów zapomniał się nawet przywitać.

– Poszczęściło, będąc szczerym. – Było naprawdę niewiele rzeczy, które Luca ukrywał przed przyjacielem. – Ale to oznacza, że jeszcze punkt i wygrywam tę serię.

Zawsze grali do dziesięciu. Po każdej turze przegrany był zobowiązany do sponsorowania weekendowego wypadu nad morze. Typu all inclusive. Noclegi, kluby, alkohol, wszelkiego rodzaju zachcianki zwycięzcy. Dzięki zbiegowi okoliczność wczorajszego wieczoru Vettori wyprzedził Matteo o trzy oczka i był bardzo bliski kolejnej nagrody.

– Zobaczymy. Lepiej powiedz, jak to się stało. Ostatnie co widziałem, to jak wyprowadzałeś szalejącą Marinę na zewnątrz.

– Przypadek, trochę szczęścia i urok osobisty – podsumował Luca.

– I co? Fajna pod tym pancerzykiem? – Matteo dał upust swojej ciekawości.

– W porządku, bez fajerwerków, ale ujdzie.

Piano zaśmiał się krótko i nagle spoważniał, jakby sobie coś uświadomił.

– Luca, ale skoro nie wróciłeś na noc do domu, to błąkająca się po naszej ulicy Marina powinna cię zaniepokoić. Widziałem ją rano, na spacerze z psem. Jak mnie zauważyła, to uciekła, ale ona zawsze była dziwna. Nawet miałem ci mówić, żebyś dał już sobie z nią spokój.

– Cholera, darła się wczoraj, że to jeszcze nie koniec. – Vettori przygryzł paznokieć zastanawiając się chwilę. – Słuchaj, zajrzałbyś do mnie? Czy tam się gdzieś ta wariatka nie czai? Nie mam ochoty znów się z nią szarpać.

– No dobrze. – Matteo zgodził się z ociąganiem. – Ale tylko dlatego, że to ja ci ją podsunąłem.

Marina była zakładem. Wygranym zresztą przez Lucę. Piano wskazał ją w klubie, siedziała w towarzystwie kilku chłopaków, w tym swojego. Wyzwaniem miało być odbicie dziewczyny. Jednak znajomość, wbrew oczekiwaniom, przetrwała więcej niż jedną noc. Przede wszystkim, dlatego że Marina okazała się nadzwyczaj rozrywkowa, znała wyjątkowo rozrywkowe miejsca w Modenie. I jeszcze bardziej rozrywkowych ludzi. Z Mariną nie można było się nudzić. Nie można się też było jej pozbyć.

– Dam znać, jeśli będzie czysto.

Piano rozłączył się, a Luca pogłośnił muzykę i ruszył pod prysznic.

Matylda szybkim krokiem przemierzała korytarz, zdając sobie sprawę, że jej spóźnienie nie pozostanie bez komentarza. Z papierowym kubkiem kawy w jednej ręce i czarną aktówką w drugiej wpadła do przestronnego biura zajmowanego przez dział marketingu.

– Dzień Dobry wszystkim! – zawołała od progu. – Odprawę dziś sobie darujemy, więc jak ktoś ma coś do omówienia to zapraszam teraz do mnie.

– Nina, jak skończysz, zajrzyj również, proszę – zwróciła się do asystentki siedzącej przy biurku tuż obok przeszklonych drzwi gabinetu.

Kobieta kiwnęła głową nie przerywając prowadzonej przez telefon rozmowy. Cierpliwie tłumacząc komuś istotną różnicę w kosztach pomiędzy drukiem cyfrowym a offsetowym wprowadzała równocześnie ostatnie dane do porannego raportu. Matylda nie pierwszy raz podziękowała w duchu opatrzności zastanawiając się jak uciążliwa stałaby się codzienność bez Niny. Kto skuteczniej opanowałby biurowy chaos, pamiętał o wszystkich terminach i deadline’ach, prześwietlał napływającą masowo korespondencję wyławiając z niej sprawy istotne i nadając im odpowiednie priorytety? Kto jedynie przy pomocy kołowego notatnika oraz kolorowego flamastra potrafiłby stworzyć najbardziej optymalny grafik spotkań, telekonferencji i projektów, dzięki któremu Matylda nie trwoniła czasu i energii na błahostki? No i kto z taką troską przypominałby, że już dawno po dwudziestej, kręcił z dezaprobatą głową, mamrotał pod nosem o marnowanym życiu a mimo to stawiał na biurku szefowej kubek ciepłej herbaty i wyczarowaną znikąd kanapkę? Nina Sonnino była prawdziwym skarbem i Matylda zwykła mawiać, że jeżeli sama jest mózgiem przedsięwzięć to jej asystentka z pewnością pozostaje ich dobrym duchem.

– Raport. – Nina położyła spięty plik kartek na biurku opróżniając przy okazji odpowiednią kuwetę z podpisanych przez szefową dokumentów. – Lepiej niż wczoraj, ale zobacz na rozpoznawalność marki, znów jakieś dziwne odchylenia od trendu.

Matylda nawet nie spojrzała na wyniki najnowszych sondaży.

– W firmie szumią? – spytała, unikając wzroku asystentki.

Sonnino chrząknęła, poprawiła okulary i upewniwszy się, że żaden z pracowników działu nie kręci się w pobliżu gabinetu, odpowiedziała na pytanie przełożonej.

– Jest sensacja. Nikt nie może uwierzyć, że przegrałaś z Bellonim. Ludzie gadają, puszczają w obieg wyssane z palca plotki i wścibiają nos w nieswoje sprawy. Nic, czemu powinnaś się dziwić. Albo czego obawiać.

– Rozumiem. – Matylda skinęła głową. – Muszę jednak porozmawiać z prezesem, możesz mnie umówić?

– Już ustalone. Anna da mi znać, jak tylko pojawi się w firmie. O dziesiątej ma jakichś gości, ale powinien być wcześniej. Trzymam rękę na pulsie. Przełożyłam również twoje spotkanie ze sprzedażą na jutro, więc w grafiku nie masz nic terminowego. Postaram się, żeby nikt nie zawracał ci zbytnio głowy. – Nina, nieoceniona Nina, jak zwykle przewidująca i panująca nad sytuacją.

– A tak między nami. – Sonnino uśmiechnęła się ciepło. – W dziale jesteśmy zgodni, że rada nadzorcza popełniła właśnie jeden z największych swoich błędów.

Szefowa popatrzyła na asystentkę z wdzięcznością. Słowa Niny podziałały jak balsam. Porażkę, choć dotkliwą i nadal odzywającą się nieprzyjemnym poczuciem krzywdy, złagodziła świadomość, że wciąż ma za sobą ludzi, którzy jej ufają. Nawet jeżeli Matyldę spotkało rozczarowanie to nie jest to powód, aby zawodzić innych. Współpracownicy na niej polegają, oczekują profesjonalizmu i decyzyjności. Przecież przed nimi wciąż istotne projekty, czekające na finalizację kampanie reklamowe, jak choćby ta z udziałem siatkarzy mistrzowskiej drużyny serie A.

Z niechęcią sięgnęła po katalog ze zdjęciami zawodników wyszukując tego z numerem siedemnaście na klubowej koszulce. Jeszcze to. Jakby mało było kłopotów. Co ją podkusiło, żeby przespać się z Vettorim i dodatkowo skomplikować sobie wystarczająco trudne i odpowiedzialne zadanie? Oczami wyobraźni widziała już ten pewny siebie uśmieszek, niby dyskretne mrugnięcia albo niedwuznaczne komentarze podczas czekających ją spotkań, imprez i całej tej sponsorskiej otoczki. A co gorsza, właśnie Luca został wytypowany na wiodącą postać kampanii i czy to się Matyldzie podobało czy nie, przystojny sportowiec nie miał konkurencji. Wystarczyło, że przypomniała sobie jego naturalnie ujmujące spojrzenie i ten chłopięcy urok, jakim emanował wczorajszego wieczoru. Tę niewymuszoną pozę z taksówki, żywcem wyjętą z reklamy w Elle czy Vogue’a. Która z kobiet oprze się pokusie ubrania swojego mężczyzny na wzór chodzącego ideału? Potencjał, którego nie można zaprzepaścić, jedynie dlatego że dziś rano była zmuszona znosić w swoim własnym łóżku nagiego Vettoriego, zadowolonego z siebie do nieprzyzwoitości. Aż dziw, że napompowane ego nie zepchnęło go w nocy na podłogę.

Matylda w zadumie postukała długopisem w blat biurka. Może to jest właśnie klucz do wybrnięcia z niezręcznej sytuacji. Istnieje duża szansa, że Luca potraktuje ją jako jednorazową przygodę, jedną z zapewne wielu kobiet, którymi zaspokaja swoją próżność. Znów będą sobie doskonale obojętni. On będzie robił, to co do niego należy – wyglądał, a ona spokojnie wykorzysta to najlepiej jak potrafi.

3.

Kiedy Luca wyszedł z łazienki jego telefon wskazywał siedem nieodebranych połączeń i kilka wiadomości zostawionych w skrzynce głosowej. Matteo wydzwaniał raz za razem przez ostatnie piętnaście minut. Nie mogło to oznaczać niczego dobrego. Vettori pełen najgorszych przeczuć spacerował nerwowo po sypialni Matyldy w oczekiwaniu na połączenie.

– Gdzieś ty był? – Piano odebrał po pierwszym sygnale.

– Co zrobiła? Powiesiła mi się na klamce?

– To nie to, Luca. Ktoś się włamał do twojego mieszkania. Wszystko wybebeszone, potłuczone i zniszczone. Masakra. Przyjeżdżaj. – Vettori nigdy nie słyszał tak roztrzęsionego przyjaciela.

– Zadzwoniłeś po policję? – Luca przytrzymując telefon ramieniem jednocześnie wciągał spodnie i w pośpiechu zakładał buty.

– Jeszcze nie, najpierw próbowałem złapać ciebie. To nie kradzież. Potłukli i poniszczyli masę rzeczy, ale chyba nic nie zginęło. Telewizor, konsola, nawet twój rower, wszystko jest, tylko nie nadaje się do użytku. O co tu chodzi, Luca? Komu się naraziłeś? Kim jest Santino?

Vettori zamarł. Poczuł jak stróżka zimnego potu spływa mu wzdłuż kręgosłupa. Miał jeszcze nadzieję, że się przesłyszał, że Matteo wcale o to nie spytał.

– Santino, Luca. Kim jest? – Piano powtórzył nie doczekawszy się odpowiedzi. – Na ścianie w salonie zostawili dla ciebie wiadomość: „Pozdrowienia od Santino”. Powiesz mi, co jest grane?

– Nic takiego, Teo. Wracaj do siebie, sam to załatwię.

Luca starał się sprawiać wrażenie opanowanego i spokojnego. Cieszył się, że przyjaciel nie może go zobaczyć. Nie byłby w stanie ukryć swojego strachu, spłoszonego spojrzenia i trzęsących się dłoni.

– Co załatwisz? Tu nie ma co załatwiać, trzeba to zgłosić policji i tyle! Już tam dzwonię! – Matteo prawie krzyczał.

– Nie! – Luca wrzasnął do telefonu i natychmiast zreflektował się, że jego reakcja była zdecydowanie zbyt gwałtowna i podejrzana.

– Nigdzie nie dzwoń – dodał już spokojniej – Santino to…, no chłopak takiej jednej. Zabawiłem się chyba z niewłaściwą dziewczyną, zawsze tak się kończy jak kombinuję coś na własną rękę.

Vettori zaśmiał się nerwowo dokładając wszelkich starań, aby uwiarygodnić wymyśloną na poczekaniu historyjkę. Piano milczał przez chwilę, dało się słyszeć jak rozbite szkło chrzęści pod jego butami i szurają przesuwane na bok przedmioty. Matteo stęknął schylając się po coś.

– Naprawdę nie powinniśmy tak tego zostawiać, tu jest istne pobojowisko. Wściekniesz się, ale twoje modele również poszły w drobny mak.

Luca zacisnął zęby. Niewiele osób wiedziało o jego hobby, nie lubił chwalić się swoją kolekcją traktując ją jako jedną z najbardziej prywatnych tajemnic. Może trochę wstydził się pasji, która przetrwała w nim od dzieciństwa opierając się nawet nieznoszącej konkurencji siatkówce. Trudno było doszukać się czegoś imponującego czy wzbudzającego podziw w mężczyźnie ślęczącym godzinami nad miniaturowymi elementami wojskowego samolotu, pieczołowicie sklejającym plastikowe części i odwzorowującym kamuflaż brytyjskiego Blackburn’a na podstawie archiwalnych zdjęć. Własnoręcznie wykonaną flotę Vettori utrzymywał w sekrecie, bo nie umiałby właściwie wytłumaczyć jak powtarzane w skupieniu czynności stały się z czasem swoistym rytuałem. Precyzja i cierpliwość, których wymagało budowanie każdego modelu uwalniały umysł, oczyszczały z nieprzyjemnych myśli i stresów. W ten sposób odpoczywał i znajdował równowagę w rozbieganym, wyczerpującym życiu.

Teraz podłoga jego mieszkania zasłana była szczątkami podeptanych niemieckich bombowców, japońskich i amerykańskich myśliwców. Gdzieś tam leżała pewnie zdruzgotana miniatura Boeinga B-29, tego samego, na którego pokładzie znalazła się bomba atomowa zrzucona na Hiroszimę. Włamania nie mogła też przetrwać prawie ukończona Ślicznotka z Memphis. Brakującą kalkomanię z charakterystyczną pin-up girl Luca wypatrzył niedawno w jednym z internetowych sklepów dla modelarzy, powinna przyjść pocztą w następnym tygodniu. Zupełnie niepotrzebnie. Siatkarz przymknął oczy, łzy bezsilnej złości zapiekły pod powiekami. Żaden z przedmiotów czy mebli nie był dla niego równie cenny jak gromadzony latami zbiór modeli.

– Zostaw to, Teo – poprosił cicho – Nie potrzebuję takiego rozgłosu, nie chcę tłumaczyć policji, dlaczego jakiś Santino ma powody demolować mi mieszkanie.

– W porządku. – Piano zgodził się z ociąganiem. – Poczekać tu na ciebie?

– A drzwi można jakoś zamknąć?

– Czekaj, sprawdzę.

Przez chwilę w telefonie słychać było jedynie niewyraźne trzaski, potem jakiś głuchy stukot, jakby uderzenia młotkiem lub innym ciężkim narzędziem, przerwane głośnym przekleństwem. W końcu głos Matteo ponownie rozbrzmiał w aparacie:

– Będzie coś z tego. Wyprostowałem trochę zatrzask i powinno zadziałać.

– Dzięki stary.

– Na pewno nie chcesz, żebym tu poczekał? – Piano upewnił się jeszcze. – Sprzątnięcie tego bałaganu zajmie ci wieki.

– Nie ma potrzeby, poradzę sobie. Ale wytłumacz mnie przed Roberto, bo nie ma mowy żebym dotarł na dzisiejszy trening. Opowiedz, co się stało, tylko może bez szczegółów.

Matteo westchnął zrezygnowany, lecz oszczędził sobie komentarzy. Luca doskonale wiedział, że nasłucha się jeszcze od Piazzy za wszystkie czasy. Trener nie tolerował podobnych nieobecności, jeżeli nie były poparte zwolnieniem lekarskim bądź uzasadnionymi okolicznościami rodzinnymi. W innym przypadku jego zawodnicy choćby cały świat poprzysiągł się przeciwko nim, mieli obowiązek stawić się na zajęciach, żywi czy martwi. Jednak obecnie myśli Vettoriego zaprzątały sprawy o wiele bardziej niepokojące i na tyle groźne w skutkach, że gniew szkoleniowca Modeny zdawał mu się przy nich pieszczotliwym tarmoszeniem za uszy. Pożegnał przyjaciela, ponowie dziękując mu za pomoc oraz zapewniając, że nie ma powodów do zmartwienia i że spokojnie upora się z sytuacją, a następnie, całkowicie przecząc tym oświadczeniom, drżącymi palcami wybrał z listy kontaktów znajome imię. Nie czekał długo.

– Cóż za zaskakująca niespodzianka. – W telefonie odezwał się niski, chrapliwy głos. – Luca Vettori zaszczyca mnie swoją uwagą po tygodniach milczenia. Ciekawe co też spowodowało tę zmianę?

– Pierdol się, Santino! – Luca nie wytrzymał, jawne szyderstwo wyprowadziło go z równowagi, choć wcześniej obiecywał sobie, że nie da się ponieść emocjom. – Masz szczęście, że jeszcze nie zawiadomiłem policji!

– Nie, gówniarzu, to ty masz szczęście. – Głos stężał, zniknęły nutki udawanego rozbawienia zastąpione nieskrywaną groźbą. – Mogłem połamać ci te drogocenne rączki w kilku miejscach a zadowoliłem się tylko twoimi nic niewartymi śmieciami. Przynajmniej na razie.

– Mówiłeś, że mam czas. – Lucą wstrząsnął niekontrolowany dreszcz, był pewien, że rozmówca nie żartował. – Obiecałem przecież, że spłacę.

– Poprawka, miałeś czas. Dopóki moja mała siostrzyczka za ciebie ręczyła. Skoro jednak postanowiłeś unikać Mariny a mi zalegać z kolejną ratą warunki się zmieniły. Chcę moją kasę do końca tygodnia. To również możesz zgłosić policji. – Santino zaśmiał się skrzekliwie i rozłączył nie czekając na odpowiedź siatkarza.

Luca rzucił telefonem o podłogę. Obudowa rozpadła się, bateria odskoczyła w kąt pokoju, na ekranie wyświetlacza pojawiło się niewielkie pęknięcie. Vettori opadł na łóżko chowając twarz w dłoniach.

Cholerna Marina, jej cholerne znajomości, cholerne zakłady i cholerny bukmacherski kredyt jej brata. Jakim niby cudem do końca tygodnia ma zdobyć taką gotówkę? Mógłby sprzedać samochód, ale to pokryje zaledwie część długu. Poprosić rodziców? Nie ma mowy, nigdy nie zdoła im tego wytłumaczyć. Matteo? Nie będzie miał wiele więcej niż on sam. Co robić? Co robić?

Jęknął padając na wznak w skotłowaną pościel. Nieruchomym wzrokiem wpatrywał się w wiszące na ścianie zegary. Wskazówki z wolna odmierzały czas upływający do wyznaczonego przez Santino terminu. A z każdą mijającą minutą w umyśle Luki sposób na ratunek nabierał coraz wyraźniejszych kształtów.

– Mogę? – Matylda nie czekając na pozwolenie weszła do gabinetu prezesa głośno stukając obcasami po wyłożonej marmurem posadzce.

Chociaż bywała tu wielokrotnie, a dzisiejszego dnia szczególnie zależało jej na zachowaniu pozorów, jak zwykle poczuła się onieśmielona przestępując próg biura należącego do jednego z najbardziej wpływowych mężczyzn w firmie Giacomo Conti. Wnętrze narożnego gabinetu zajmującego sporą część ostatniego piętra rozmyślnie zostało urządzone w taki sposób, aby wystawiać na próbę pewność siebie pojawiających się w nim gości. Jasna, kamienna podłoga odbijała światło wpadające przez szklane tafle panoramicznego okna. Centrum Modeny doskonale widoczne z góry zdawało się makietą, strategiczną mapą, na której planować można kolejne posunięcia, a biurko prezesa ulokowano tak, aby jeszcze potęgować przekonanie, że stąd zarządza się nie tylko organizacją, ale i miastem, ba, może i całym światem. Prostym zabiegiem, unikając krzykliwego przepychu czy rażącego złotymi klamkami bogactwa projektantowi udało się stworzyć wrażenie, że w tym miejscu przez człowieka o niepodważalnym autorytecie wydawane są polecenia, którym nikt nie śmie się sprzeciwić.

– Dzień Dobry Matyldo, usiądź proszę. – Carlo de Sciglio zajęty przeglądaniem kolorowych wykresów i tabeli spiętych w pokaźnych rozmiarów skoroszyt nawet nie podniósł głowy. Dłonią wykonał jedynie niedbały gest zapraszający do środka.

Matylda zagryzła wargi, nie zamierzała siadać, nie przyszła tu na przyjacielskie pogawędki. Powtarzając w myślach przygotowaną przemowę i obciągając żakiet podeszła do dużego stołu konferencyjnego ustawionego pośrodku pomieszczenia. Oparła dłonie o gładką powierzchnię drewna i zapatrzyła się w niecodzienną strukturę blatu. Błękitne szkło wypełniało nieregularną szczelinę dzielącą wzdłuż jasną, klonową deskę. Przejrzysta rzeka wiła się wokół wybrzuszeń, skaz i śladów po sękach, tworząc jedyny w swoim rodzaju, niepowtarzalny wzór. Prostota kształtu, oszczędność formy a jednocześnie elegancja i sztuka. Filozofia firmy, którą wcielała w życie każdego dnia. Dobierając grafików i fotografów pracujących z marką, akceptując scenerie sesji czy pokazów, kształtując od lat wizerunek kojarzony dziś z jakością i klasą na całym świecie. Wszystko po to, żeby ostatecznie zostać pozbawioną należnej nagrody.

– Prosiłem żebyś usiadła, tej rozmowy nie będziemy przeprowadzać na stojąco.

Carlo odłożył dokumenty i zdjął okulary, palcami potarł nasadę nosa a następnie spojrzał wyczekująco na swoją podwładną. Przez chwilę mierzyli się wzrokiem. Zaszurało odsuwane krzesło, gdy Matylda skapitulowała. Jej opanowana do perfekcji poza władczej i wyniosłej pani manager w obecności prezesa zacierała się tracąc siłę oddziaływania.

Dobiegający pięćdziesiątki de Sciglio od ponad dwudziestu lat zarządzał odzieżowym imperium rodziny Conti. Jako najmłodszy w historii firmy dyrektor operacyjny a później prezes zarządu sprawił, że średniej wielkości zakład szyjący garnitury rozrósł się do zatrudniającego tysiące osób przedsiębiorstwa, z własną siecią dystrybucji, wieloma fabrykami, w tym przejętymi niedawno tkalnią i spółką produkcyjną w Chinach oraz zyskiem na poziomie kilku milionów euro. Był nie tylko wyśmienitym strategiem, na szczyt organizacyjnej hierarchii dotrzeć można było dzięki sukcesom, ale aby się na nim utrzymać niezbędne stawały się charakter i siła. Carlo de Sciglio potrafił być bezwzględny, nie uznawał słabości. Ani u siebie ani u swoich najbliższych współpracowników. Teraz taksując chłodnym spojrzeniem twarz Matyldy czekał na jej reakcję. Da upust swojej złości i rozczarowaniu? Wprost ujawni jak bardzo zabolała ją porażka? Czy też uda obojętność odkrywając się tym samym jeszcze bardziej?

– Uciekłeś wczoraj przede mną. Mam prawo zatem sądzić, że sam nie czujesz się komfortowo z decyzjami, jakie zostały podjęte. – Matylda siedziała wyprostowana, z dłońmi splecionymi przed sobą. Nie wyglądała jednak na spiętą.

De Sciglio spojrzał na kobietę z uznaniem, świetne otwarcie. Sam nazwałby to pasywnym atakiem. Bez zbędnej agresji Matylda postawiła zarzut równocześnie nie paląc mostów, zmusiła go do tłumaczeń nie żądając ich otwarcie a przede wszystkim sugerowała, że nadal są sprzymierzeńcami. W oczywistym układzie podległości pierwszym zdaniem zarysowała partnerską relację. Nie przyszła tu prosić.

– Zostawiłem ci czas do przemyśleń. – Carlo wstał od biurka i zajął miejsce po przeciwnej stronie stołu. Dał do zrozumienia, że przystaje na negocjacje. Ze swojego prezesowskiego fotela mógł wydawać rozkazy, nad szklaną rzeką przecinającą blat pomiędzy nimi porozmawiają jak równy z równym.

– Sobie również – dodał po chwili – rzadko zdarza się, aby rada odrzuciła moją kandydaturę.

Oboje wiedzieli, że jak dotąd taki przypadek miał miejsce po raz pierwszy.

– Czyli powody, dla których zagłosowano wbrew twoim sugestiom, musiały być szczególnie istotne. Może to oznaczać, że są względy, dla których moja kariera w organizacji osiągnęła właśnie nieprzekraczalną granicę. Co szalenie kłóci się z moimi alpinistycznymi nawykami. – Matylda uśmiechnęła się kącikiem ust. – Jak wiesz, szczyty, o których mówi się, że są nie do zdobycia, kuszą najbardziej.

De Sciglio pokiwał głową. Uwielbiał dobrze rozgrywane partie, cenił ambicję, wolę walki a nienawidził gdy kwestionowano jego decyzje. Rekomendował awans Matyldy, przywykł, że to wystarczało i nie spodziewał się sprzeciwu. Gdy zapoznał się z argumentacją stojącą za wyborem nowego członka zarządu, poczuł się osobiście dotknięty. Podważano jego umiejętność trafnego osądu. Tymczasem siedząca przed nim, opanowana, przekonana o własnej wartości kobieta była żywym dowodem na to, że nie on się mylił.

– Powiedz mi, co wiesz o Christianie Bellonim – poprosił.

Matylda przyglądała mu się z uwagą próbując zrozumieć do czego zmierza.

– Główny księgowy, u nas od czterech lat, wcześniej pracował w automotivie – odparła, rozważnie dobierając słowa.

Carlo przytaknął.

– Co jeszcze?

– Specjalista od konsolidacji, dzięki jego staraniom poprawiliśmy wyniki za ubiegłe półrocze o kilka punktów procentowych, realizował dwa ważne projekty międzynarodowe, między innymi fuzję z fabryką w Chinach – Matylda wyliczała osiągnięcia nowego członka zarządu nie spuszczając wzroku z twarzy prezesa.

– Wszystko się zgadza. Ale to jest Christian Belloni od poniedziałku do piątku, a kim jeszcze jest?

Zapadła cisza. De Sciglio uśmiechnął się i odchylając w oparciu krzesła sam odpowiedział na swoje pytanie.

– Otóż nasz przyjaciel Belloni w czasie wolnym, już od piątku popołudniu, opuszcza firmę i staje się pełnoetatowym dziadkiem.

Matylda nie zdołała powstrzymać cichego parsknięcia.

– Nie rozumiem – dodała widząc, że Carlo nie podziela jej rozbawienia.

– No właśnie.

Mężczyzna wstał i z szuflady biurka wyciągnął szarą, niepozorną teczkę. Wprawnym ruchem rzucił ją na stół gdzie wylądowała tuż przed siedzącą sztywno Matyldą.

– To dlatego? – Po przejrzeniu kilku stron kobieta z trzaskiem zamknęła skoroszyt i odsunęła go od siebie, jakby jego zawartość napawała ją odrazą.

– Jesteśmy firmą rodzinną, firmą z tradycjami. – Carlo ponownie zajął miejsce za stołem. – Swój pierwszy zakład krawiecki założył jeszcze pradziad Contiego, on sam odziedziczył fabrykę w Panaro po swoim ojcu. Zarządzamy pieniędzmi rodziny Contich, majątkiem, który przekazują sobie z pokolenia na pokolenie, dbając o to aby zawsze było go komu pozostawić.

De Sciglio postukał palcem w okładkę teczki.

– Nie wziąłem pod uwagę, że to może mieć dla nich aż takie znaczenie.

– Najwidoczniej ma o wiele większe, skoro na tej podstawie postanowili powierzyć pieczę nad swoim dorobkiem Christiano, który w przeciwieństwie do mnie, ponieważ jest kochającym ojcem i dziadkiem, nie będzie stanowił zagrożenia, nie wykaże skłonności do… – Matylda sięgnęła po skoroszyt i odnajdując odpowiedni akapit przeczytała na głos. – …podejmowania nieobiektywnych decyzji nacechowanych zbyt emocjonalnym podchodzeniem do swoich obowiązków traktowanych jako ekwiwalent ograniczonych relacji osobistych i wypełniających uczuciową pustkę. Musisz przyznać, że z tak postawioną tezą trudno się mierzyć.

– Niestety, masz rację. W tej sytuacji pozostaje jedynie odpowiedzieć sobie na pytanie, co w takim przypadku podpowiadają twoje alpinistyczne nawyki?

Carlo uśmiechnął się chytrze, a Matylda mrużąc oczy odparła.

– To zależy jak bardzo kuszący będzie szczyt.

Luca otarł oczy rękawem koszuli. Łzy nie przestawały napływać, szczypały pod powiekami i toczyły się po policzkach siatkarza skapując wprost na deskę do krojenia. Siąknięcie nosem, ostatnie ruchy noża i drobno poszatkowana cebula wylądowała na patelni. W garnku na palniku obok pyrkotał pomidorowy sos a lekko podsmażona cielęcina czekała na swoją kolej. Vettori zamieszał w rondelku i właśnie zalewał mięso odrobiną wina gdy w wejściowych drzwiach zazgrzytał klucz. Mężczyzna wytarł dłonie zatkniętą za pasek spodni ściereczką i przeglądając się w szybce kuchennej szafki wypróbował kila ze swoich sprawdzonych uśmiechów. Ostatecznie zdecydował się na minę zakłopotanego łobuziaka, to nigdy nie zawodziło. Odetchnął i poruszył ramionami rozluźniając mięśnie karku. Jeżeli ma się udać to musi być przekonywujący.

Plan był ryzykowny, niedopracowany, opierał się na chwiejnych założeniach i wymagał ciągłej improwizacji. Był dokładnie tym co Luca tak uwielbiał w wyzwaniach i w każdym innym wypadku siatkarz odczuwałby ekscytację na myśl o rozpoczynającej się grze. Jednak świadomość stawki o jaką walczył wprawiała go w nienaturalną nerwowość. Brakowało miejsca na potknięcia czy błędy. Błędy oznaczały niezadowolonego Santino, niezadowolony Santino oznaczał kłopoty, naprawdę duże kłopoty. Żeby tego uniknąć należało jak najszybciej uregulować dług.

W klubie wszyscy wiedzieli, że przynajmniej jeden z zawodników podpisze indywidualną umowę z nowym sponsorem, a nieoficjalnie mówiło się o dwóch kandydatach: Luce i Earvinie. Rozpatrując możliwości szybkiego zdobycia znacznej gotówki Vettori doszedł do wniosku, że jakby popularnym siatkarzem Ngapeth nie był, to ze swoim ekstrawaganckim wyglądem i niezbyt chlubną przeszłością wypada zdecydowanie gorzej i nie powinien stanowić istotnego zagrożenia. Poza tym Giacomo Conti było włoską marką, więc któż lepiej nadawał się do jej promowania od rodowitego Parmeńczyka? Kwestią otwartą pozostawało natomiast w jaki sposób do końca tygodnia zdoła przekonać niedostępną panią dyrektor do zawarcia wysoce niekorzystnego dla firmy kontraktu. Włączając w to paragraf mówiący o niebagatelnej przedpłacie. Luca liczył po trochu na szczęście i nieodparty urok osobisty. Swojej szansy upatrywał w tym, że ostatecznie już raz udało mu się zmiękczyć „wyzywającą” Matyldę, o czym świadczyła ostatnia noc. W końcu wszystkie kobiety, również te, które nie przyznają się do tego i przed samymi sobą, pragną czułości, ciepła, opieki i miłości. I przystojniaka u swego boku, który mógłby im to zapewnić.

Z przedpokoju dobiegł stukot obcasów. Vettori przerzucił kraciastą ściereczkę przez ramię i swobodnie opierając się biodrem o kuchenny blat chwycił drewnianą łyżkę. Odrobiną sosu ubrudził policzek. Zakłopotany łobuziak. Za moment usłyszy okrzyk zaskoczenia i źle skrywanej radości. Był gotowy.

– Nie powinno cię tu być. – Matylda zdążyła już zapomnieć o niefortunnym błędzie poprzedniego wieczoru i widok siatkarza, całkowicie zadomowionego w cudzym mieszkaniu, sprawił jej dość nieprzyjemną niespodziankę.

– Tak szybko zniknęłaś rano, że postanowiłem przenieść nasze pożegnanie na wieczór. Przy czym najpierw zapraszam na kolację. – Vettori uśmiechnął się jakby pozował do kolejnej reklamy.

Niebywałe, niektórzy uczą się tego latami, a ten chłopak bez najmniejszego wysiłku poruszał się i zachowywał jak gdyby stale otaczały go kamery.

– Musisz umierać z głodu. Za chwilę podam do stołu, ale może wcześniej masz ochotę na kieliszek wina?

Matylda odmownie potrząsnęła głową, a gdy Luca wykonał ruch jakby miał zamiar pocałować ją w policzek przeszła szybko na drugą stronę pomieszczenia oddzielając się od niechcianego gościa kuchenną wysepką.

– Wybacz, miałam ciężki dzień. Nie obraź się, ale najchętniej zostanę sama.

Reakcja siatkarza wydała się jej nienaturalna. Po jego twarzy przemknął dziwny grymas, złość zmieszana z irytacją błyskawicznie skryte pod następnym uroczym uśmiechem. Coś tu nie grało. Matylda z zainteresowaniem zaczęła przyglądać się Vettoriemu. Dlaczego tu jest? Przecież nie mogło być mowy o jakimś nagłym zauroczeniu, ani ona ani tym bardziej on nie dawali dotąd żadnych sygnałów, świadczących o tym, że może chodzić o coś więcej niż jedna, przygodna noc. Nie tylko się nie znali, ale chyba nawet zbytnio nie lubili. Co zatem Luca Vettori robi w jej kuchni, z jakiego powodu udaje kogoś kim z pewnością nie jest? Po co wciela się w bohatera słabego romansidła, pichcącego kolację dla swojej wybranki?. Przecież nikt nie byłby na tyle naiwny, żeby w to uwierzyć.

– Szkoda. Trochę się napracowałem, żal, żeby się zmarnowało. – Chłopak potoczył ręką po rozstawionych naczyniach i w zakłopotaniu potarł policzek rozmazując przy tym smugę pomidorowego sosu. – Na pewno nie dasz się skusić?

Niespodziewanie w głowie Matyldy głos Carla de Sciglio powtórzył zdanie kończące ich dzisiejszą rozmowę:

– Pamiętaj, to nie mnie musisz przekonać, to nie będzie aż tak trudne. To oni powinni zobaczyć w tobie spełnioną kobietę, a dostrzegą ją tylko przez pryzmat innego mężczyzny.

– Wiesz, chyba masz rację. – Matylda odezwała się z ociąganiem, wciąż zaprzątnięta własnymi myślami. – Miłe towarzystwo nie zaszkodzi a może szybciej zapomnę o swoich problemach.

Ją samą zaskoczyło z jaką łatwością weszła w rolę. Odwzajemniając uśmiech przyjęła kieliszek czerwonego wina i upijając łyk śmiało spojrzała w ciemne oczy Vettoriego. Próbowała odgadnąć czego tak naprawdę chce od niej Luca i równocześnie rozważała czy w obliczu tego co sama planowała będzie to miało jakiekolwiek znaczenie.

4.

Luca Vettori nudził się niemiłosiernie. W skali jeden do dziesięciu poziom znużenia dawno już osiągnął solidne jedenaście, a Luca żywił uzasadnione obawy, że to dopiero początek.

Sztuka mu się nie podobała. Zupełnie nie rozumiał skąd konający na scenie pisarz znajdował w sobie tyle siły, żeby snuć niekończące się monologi przeplatane jakimiś mętnymi retrospekcjami. Vettori rzadko życzył komuś źle, ale akurat temu niedoszłemu nieboszczykowi bez przerwy winszował w myślach rychłej śmierci. Szczególnie po tym, gdy mimo rozdzierającego kaszlu pisarzyna o niemieckim nazwisku zamiast wypluć wreszcie płuco i tym samym ukrócić mękę swoją i Luki, zaczął wspominać przyjaciela z lat młodości, z którym łączyło go chyba coś więcej niż tylko wypity wspólnie alkohol.

– Też bym się napił – pomyślał Vettori – ciekawe, czy by się bardzo pogniewała, gdybym zniknął na chwilę.

Spojrzał na siedzącą po jego prawej stronie Matyldę akurat w momencie, gdy ta tłumiła ziewnięcie zakrywając usta dłonią. Uśmiechnęła się przepraszająco widząc, że jej się przygląda. Już miał zaproponować wspólne przeniesienie się w jakieś atrakcyjniejsze miejsce, kiedy poczuł jak ręka kobiety odnajduje w ciemności jego ramię, a cichy szept rozwiewa wszelkie nadzieje na rychłe zakończenie koszmaru.

– Prawda, że Orsini jest wyśmienity? Tak bardzo chciałam zobaczyć go w tej sztuce.

Luca skinął głową i ponownie utkwił zrezygnowany wzrok w uznanym aktorze. Ten, niemiłosiernie charcząc, wyklinał właśnie swego ojca. Vettori w duchu podobną wiązankę kierował pod własnym adresem.

Tracił czas. Koniec tygodnia zbliżał się nieubłaganie, a on nadal nie był ani o centa bliżej spłacenia Santino. Zamiast zaciągać pożyczki u kogo się tylko dało i sprzedawać to co jeszcze ocalało z jego dobytku, siedział obserwując przedłużającą się agonię bohatera nudnego spektaklu i marząc, aby jego własna potrwała choć w połowie tyle. Wątpił jednak dalece w podobne miłosierdzie bukmachera.

Czego się tak właściwie spodziewał? Powinien dać sobie spokój zaraz pierwszego wieczoru, kiedy nieprzejednana gospodyni wyprosiła go tuż po kolacji, wymawiając się zmęczeniem i bólem głowy. Tak na marginesie, przyjął to z ulgą, bo pod badawczym spojrzeniem Matyldy czuł się bardziej ofiarą niż łowczym. Nie wycofał się również, gdy następnego dnia pani dyrektor raczyła zbywać jego telefony automatyczną informacją, że jest na spotkaniu. Tylko po to, by popołudniu niespodziewanie zadzwonić zapraszając do wspólnego wyjścia w ramach, jak to nazwała, rewanżu.

Luca nie mógł przeboleć swojej naiwności. W wyobraźni widział ich już we wnętrzu któregoś z popularnych klubów, gdzie z każdym wypitym drinkiem, wyszeptanym komplementem i na pozór przypadkowym dotykiem Matylda, wzorem swoich poprzedniczek, wreszcie ulega, dając się kształtować jak plastelina. Finał w łóżku zdawał się nieunikniony. Tym razem postawiłby na delikatność sprzyjającą nocnym zwierzeniom, cichym wyznaniom, przy odrobinie szczęścia mogącym uchodzić za spontaniczne. Stamtąd już krok dzieliłby go od rzewnej historyjki o ciężkiej chorobie ojca wymagającej kosztownej operacji. Przez chwilę wydawało mu się, że wszystko zaczyna iść zgodnie z planem. A potem dowiedział się, że został zaproszony do teatru.

Antrakt powitał z radością. Postanowił skorzystać z przerwy, znaleźć jakiś pretekst i uniknąć dalszej części przestawienia, zarówno tego, z opierającym się zasłużonej śmierci pisarzem jak i innego, toczącego się w tle, gdzie to on wcielał się w rolę pokonanego we własnej grze bohatera. Zastanawiając się nad wiarygodną wymówką nie zauważył, kiedy Matylda mocno ująwszy go pod ramię pokierowała ich w mniej zatłoczoną część westybulu. Widzowie stali tu w niewielkich grupkach, panowie ubrani w eleganckie garnitury i ich towarzyszki w wieczorowych sukniach toczyli ciche rozmowy popijając szampana z wysokich kieliszków. Że nie zawędrowali tu przypadkowo, Luca zorientował się dopiero, gdy jego towarzyszka pchnęła go delikatnie biodrem, na tyle skutecznie, aby wpadł na odwróconą do nich plecami parę.

– Przepraszam państwa najmocniej – wydukał, chwytając nieznajomą kobietę za rękę i ratując ją tym samym od upadku.

Stojący obok mężczyzna wyciągnął krawat z trzymanego w dłoni kieliszka i obdarzył Vettoriego gniewnym spojrzeniem. Następnie przeniósł wzrok na Matyldę i twarz mu się rozjaśniła.

– Och! Państwo Conti, dobry wieczór! – Matylda przecisnęła się obok Luki uśmiechając się serdecznie. – Miło państwa widzieć.

– Ciebie również, moja droga. – Pani Conti ucałowała powietrze obok policzka młodszej kobiety a jej mąż przywitał się skinieniem głowy. – A kim jest ten przystojny młodzieniec?

– Co za gapa ze mnie, wybaczcie, to mój… – Matylda zawahała się na moment i dokończyła niezręcznie.  – …przyjaciel.

 – Luca Vettori, miło mi państwa poznać. – Siatkarz przedstawił się ściskając podane dłonie małżeństwa Conti.

Kątem oka obserwował Matyldę. Wydawała się zakłopotana spotkaniem, trochę zawstydzona i jakby niepewna. Kompletne przeciwieństwo osoby, która podczas zebrań z drużyną Modeny potrafiła pojedynczym zdaniem osadzić w miejscu wyszczekanego Le Roux czy uciąć niestosowne żarty Earvina. A na dodatek ten „przyjaciel”, wypowiedziany tonem, który sugerował coś zupełnie innego. Kochanka? Chłopaka? Luca nie mógł opędzić się od wrażenia, że został przypadkowo wmanewrowany w jakiegoś rodzaju gierkę a jego „przyjaciółka” udaje kogoś, kim z pewnością nie jest. I to udaje tak wprawnie, że Vettoriego przeszedł dreszcz. Śmiały pomysł na wybrnięcie z kłopotów finansowych opierał się na założeniu, że w zabawie bierze udział jeden manipulant i jedna, niczego niepodejrzewająca, naiwna dziewczynka. Przyglądając się zmieszanej i nawet, niebywałe, ale wstydliwie zarumienionej Matyldzie dochodził do wniosku, że mógł się fatalnie pomylić w ocenie przeciwnika.

Wszystko szło jak z płatka. Niby przypadkowe spotkanie z najstarszym synem seniora Contiego wypadło naturalnie i nie mogło budzić podejrzeń. Matylda przestała żałować godziny życia straconej przez niemiłosiernie nudną sztukę. Pierwsze ziarenko zostało zasiane, towarzystwo, w jakim się pojawiła nie mogło przejść bez echa. Żona Contiego taksowała Lucę ciekawskim spojrzeniem uśmiechając się znad kieliszka szampana. Jutrzejszego ranka przystojny siatkarz będzie z pewnością tematem mocno pikantnych ploteczek podczas śniadania w otoczeniu pozostałych matron rodu Contich. Tym samym imię Matyldy w rodzinnych kręgach właścicieli firmy zacznie pojawiać się w kontekście pary, drobny krok we właściwym kierunku.

– Musicie znać się od niedawna, no chyba, że postanowiłaś ukrywać go przed nami, moja droga. A nie powinnaś, wyjątkowo ładna z was para.

Pani Conti zerknęła zalotnie na Vettoriego dając do zrozumienia, że tak naprawdę ma na myśli przede wszystkim niego.

– Rzeczywiście, poznaliśmy się kilka dni temu i zgadzam się z panią, ładna z nas para.

Luca wyrwał się z odpowiedzią, na nieszczęście w tym samym momencie, gdy Matylda postanowiła zrobić to samo.

– Spotkaliśmy się miesiąc temu, Luca gra w sponsorowanej przez nas drużynie siatkarskiej.

Spojrzeli po sobie w nagłej konsternacji, Matylda gorączkowo szukała wyjaśnienia, ale Vettori wykazał się lepszym refleksem.

– No tak, przedstawiono nas sobie podczas konferencji w klubie, ale dopiero w ubiegłym tygodniu odważyłem się zaprosić ją na kawę. – Doprecyzował swoją wypowiedź uśmiechając się do Matyldy i obejmując ją w pasie.

– I bardzo dobrze – stwierdził pan Conti – najwyższa pora, żeby tak urocza dziewczyna przestała pojawiać się samotnie.

– Masz rację, skarbie – zawtórowała mu żona, a zwracając się do Matyldy dodała – Kochana, koniecznie przyprowadź Lucę na sobotni bal dobroczynny. Pamiętaj, że planujemy charytatywną aukcję z udziałem naszych panów i każda kwota wylicytowana za taniec z którymś z nich będzie dużym wsparciem dla fundacji.

– Oczywiście, że przyjdziemy. Jeżeli tylko mogę pomóc, to zrobię to z przyjemnością. – Vettori odpowiedział za nich oboje, i choć Matylda ukradkowymi uszczypnięciami próbowała dać mu do zrozumienia, że jej cierpliwość właśnie się wyczerpała, Luca postanowił podzielić się dodatkowym spostrzeżeniem.

– Ostatecznie, jako przyszyły ambasador państwa marki muszę przyzwyczajać się do swojej roli.

Zanim ktoś zdążył zwrócić uwagę na zaskoczenie, jakie ta deklaracja wywołała na twarzy Matyldy zaterkotał dzwonek kończący antrakt i przypominający, że czas zająć miejsca na widowni. Teatralny hol pustoszał szybko, rozpoczynał się akt drugi.

Matylda i Luca, pożegnani serdecznie przez państwa Contich, zgodnie odczekali, aż za starszym małżeństwem zamkną się drzwi prowadzące do loży. Lecz gdy tylko zostali sami Matylda wyswobodziła się z objęć Vettoriego i zagradzając mu drogę wysyczała:

– Chyba postradałeś rozum. Ambasador marki? Niby to od kiedy?

– Jak dla mnie, może być od jutra.

Luca całkowicie zignorował groźne spojrzenie swojej nowej dziewczyny. Nie mógł natomiast powstrzymać się od szerokiego uśmiechu. Świadomość, że znów wygrywał, że odzyskał przewagę i kontrolę nad rozgrywką przepełniała go radością. Problemy z Santino przechodziły właśnie do przeszłości, dokładnie tak, jak sobie zaplanował.

– Czas na szczerą rozmowę, złotko – stwierdził mrugając do Matyldy, a następnie chwycił jej dłoń i pociągnął oniemiałą z gniewu kobietę za sobą.

W milczeniu odebrali płaszcze od tęgawej szatniarki i wyszli przed budynek teatru. Na zewnątrz panował chłód, w powietrzu czuć już było zbliżającą się zimę. Luca wyciągnął z kieszeni wełnianą czapkę i wcisnął ją na głowę. Nie oglądając się na Matyldę zbiegł po schodach, wolnym krokiem ruszył przed siebie.

– Idziesz? – krzyknął, przystając na moment.

Uśmiechnął się pod nosem, gdy za plecami usłyszał pośpieszne kroki. Zrównali się idąc ramię w ramię.

– Jeżeli wydaje ci się…

– Potrzebuję gotówki – przerwał Matyldzie w pół zdania – bardzo, dużo i na wczoraj. Chcę dostać ten kontrakt, o którym mówi się w klubie, na wyłączność, zaraz. To ja. Teraz ty, co w zamian?

Z powagą spojrzał kobiecie w oczy. Milczała ważąc jego słowa.

– Ta szopka czemuś służyła. – Luca machnął ręką w stronę niknącego za rogiem ulicy gmachu teatru. – Mam w nosie czemu, ale chyba jeszcze tego czegoś nie osiągnęłaś. Więc, co w zamian? – powtórzył.

– Będziesz udawał mojego chłopaka, a jeżeli zajdzie potrzeba – narzeczonego. – Głos Matyldy był spokojny i rzeczowy.

– Kontrakt, o którym wspomniałeś, podpiszesz na pół roku, tyle samo potrwa nasza umowa. Zaliczkę, skoro jesteś w takiej potrzebie, wypłacimy jutro, możesz ją podwoić, jeśli wywiążesz się z zobowiązań. Wszystkich. – Kobieta podkreśliła ostatnie słowo.

– Jeżeli coś pójdzie nie tak, zastosowanie znajdzie klauzula mówiąca o karach za działanie na niekorzyść spółki. I uwierz mi, jeżeli zechcę, będziesz temu winny.

Luca zaśmiał się kręcąc głową.

– Wystarczyła marchewka, bat mogłaś sobie darować.

– Zgoda? – Matylda nie spuszczała z siatkarza chłodnego spojrzenia.

– Deal.

Uścisnęli sobie dłonie przypieczętowując układ.

– Jeszcze jedno. – Vettori zmarszczył brwi. – Od jutra zaczynamy nad tym pracować, nie może być tak, że udzielamy różnych odpowiedzi na podstawowe pytania. Nie lubię chałtury.

Kobieta przytaknęła, a Luca odniósł wrażenie, że chyba po raz pierwszy odkąd się z nią zetknął, w oczach Matyldy dostrzegł coś w rodzaju aprobaty.

5.

– Imię?

– Matylda Victoria Cardelini.

– Urodzona?

– Dwudziestego dziewiątego lipca osiemdziesiąt osiem w Pescarze. Jedynaczka.

– Dobrze! Rodzice?

– Eva Cardelini, nauczycielka matematyki, Georgio Cardelini, dentysta. Oboje na emeryturze, nadal mieszkają w Pescarze, prowadzą niewielki hotelik nad Adriatykiem.

– Bezbłędnie. Możemy odhaczyć. – Matylda odłożyła fiszkę na równy stosik leżący na stoliku obok kubka z kawą i zaczęła przeglądać pozostałe kartki rozłożone na dywanie w poszukiwaniu kolejnej serii pytań.

– Często odwiedzasz rodziców?

Luca zajmujący całą długość kanapy obrócił się na bok i spojrzał ciekawie na Matyldę zawzięcie przebierającą w karteluszkach.

– Chyba bez związku – odmruknęła nie podnosząc głowy.

Vettori z westchnieniem opadł na poduszki. Nie miał siły sprzeczać się znów o to samo. Matylda Victoria Cardelini była uparta jak sycylijski muł i niezachwianie przekonana do swoich racji. Odkąd kilka dni temu, zgodnie z sugestią siatkarza, zaczęli pracę nad uwiarygodnieniem swojego związku, wiele razy próbował skierować rozmowę w bardziej osobiste rejony dowodząc, że suche fakty są dobre w urzędach a nie w gierkach towarzyskich. Nie sądził, że ktoś ze znajomych czy współpracowników Matyldy zacznie go przepytywać z metryki pani dyrektor, natomiast przywołany w rozmowie szczegół z jej życia prywatnego byłby z pewnością na miejscu. Sama zainteresowana parowała jego argumenty krótkim: „wymyślisz coś, a ja ci przytaknę”. Zresztą podobnie odpowiadała na propozycję nabycia dogłębniejszej wiedzy na temat swojego chłopaka, dodając, że akurat jej nikt nie będzie miał odwagi zbytnio wypytywać.

– To co? Może powtórzymy pierwszą randkę? To musi być przekonywująca, urocza historyjka zmiękczająca serca starszych pań. – Matylda pomachała kolejną fiszką przed nosem zapatrzonego w sufit Luki.

– Dlaczego tak ci na tym zależy? Żeby je zmiękczać? – Vettori postanowił zadać pytanie, które dręczyło go już od dłuższego czasu. – Po co to robisz?

Matylda prychnęła. Ironicznemu uśmieszkowi towarzyszyło chłodne spojrzenie ciemnoniebieskich oczu.

– Czy mi się wydaje, czy to nie twoja sprawa?

– Muszę wiedzieć. – Luca usiadł na kanapie.

– Jesteś bezczelny. Właśnie zainkasowałeś dwieście tysięcy euro, bez zbędnych wyjaśnień. Mnie nie interesuje, co zrobisz z pieniędzmi, a ciebie, co ja zrobię z tobą. Wiedzieć będziesz to, co ja uznam za stosowne. – W głosie Matyldy zadźwięczała stal. Nie spuszczając wzroku z siatkarza czekała, aż ugnie się jej woli.

– Nie rozumiesz. – Luca uśmiechnął się, zupełnie niespeszony postawą dziewczyny. – Pieniądze są proste, kupujesz coś za nie, nie ma nic więcej. To, w co ty próbujesz się bawić, aż tak przejrzyste nie jest. Masz rację, wziąłem zapłatę, mam się wywiązać z umowy. Dlatego właśnie muszę wiedzieć co to za gra.

Matylda uniosła brwi dając wyraz swojemu powątpiewaniu, ale zanim zdołała zaprotestować, Vettori uśmiechając się jak do małego dziecka, któremu wszystko trzeba tłumaczyć, dopowiedział:

– Chcesz żebym był narzędziem. Ale jakim? Mam być dowodem, że możesz mieć każdego faceta? Mam wzbudzić zazdrość twojego eks? Czy też odstraszyć jakiegoś niechcianego adoratora? Kieruje tobą zwyczajna chęć zaimponowania koleżankom? Potrzebujesz drania, żeby wzbudzić litość? A może mam być tylko dodatkiem do twojej sukienki, ładnie wyglądać i uzupełniać twój wizerunek? Mogę spróbować zagrać każdą z tych ról, ale nie wszystkie jednocześnie. Jeżeli to gra z pulą, powinienem być skuteczny i wiedzieć, do czego jestem ci potrzebny.

Luca zamilkł, wyjął z dłoni Matyldy karteczkę z pytaniami dotyczącymi ich pierwszego spotkania i ponownie ułożył się na kanapie zarzucając nogi na oparcie mebla. Uśmiech nie schodził mu z twarzy. Czekał. Niedługo.

– Ok. Niech ci będzie. – Niechętny głos Matyldy zabrzmiał mu w uszach jak muzyka. Wreszcie to on miał rację.

– Pojawił się niekorzystny profil osobowościowy, według którego mam problem z nawiązywaniem relacji interpersonalnych innych niż zawodowe. To trochę ogranicza mi możliwości rozwoju w ramach organizacji.

Luca prawie się zakrztusił i z niedowierzaniem popatrzył na dziewczynę. Mówiła takim tonem jakby opinia była dla niej zaskoczeniem. Jakby to nie ona przed chwilą próbowała zgładzić go wzrokiem, za to, że śmiał zadać niewygodne pytanie. Jakby nie jej dziełem były nieprzekraczalne granice zatrzymujące każdą próbę dotarcia do najniewinniejszych informacji o niej samej. Nawet, jeśli miałaby to być częstotliwość odwiedzin w rodzinnym domu.

– Niestety, tak to działa. Trudno uwierzyć, że byle głupstwo potrafi przekreślić lata ciężkiej pracy. – Matylda odczytała minę siatkarza po swojemu.

– Czyli mam być dowodem obalającym błędne założenia co do twojej osoby? – Vettori upewnił się jeszcze a następnie lekko wydymając wargi dodał. – Bułka z masłem, złotko.

– Skoro już wiesz, co chciałeś, możemy kontynuować? – Matylda wróciła do przeglądania kartek z pytaniami, a gdy zorientowała się, że Luca obraca w palcach tę fiszkę, której właśnie szukała, wyciągnęła po nią rękę.

– Scusa bella. – Siatkarz chwycił nadgarstek dziewczyny i pocałował wierzch jej dłoni. – Na dziś wystarczy, muszę lecieć. Za pół godziny mam trening.

Matylda nie zapanowała nad odruchem. Wyrwała rękę z uścisku Vettoriego i wytarła ją o kolano. Luca patrzył na to z politowaniem.

– No może bułka bez masła. – Zaopiniował podnosząc się z kanapy. – Przyzwyczajaj się, bo jutro wieczorem będę cię obśliniał z każdej strony ku uciesze gawiedzi.

– Właśnie, nie zapomnij, masz być u mnie o osiemnastej. – Matylda próbowała pokryć zmieszanie kierując rozmowę na inne tory.

– O osiemnastej, pamiętam, pamiętam.

– I ubierz się jakoś przyzwoicie. Nie zaszkodzi, jak będziesz również dobrze wyglądającym dodatkiem – krzyknęła za znikającym w korytarzu chłopakiem.

Luca, który był już przy drzwiach wyjściowych, cofnął się i wychylając zza ściany stwierdził z naciskiem:

– Zapisz to sobie na karteczce i wykuj na blachę. Ja zawsze dobrze wyglądam.

W ciemnym garniturze Luca Vettori wyglądał naprawdę dobrze. Razem prezentowali się świetnie, o czym zapewniło ich ogromne lustro tuż przy wejściu do sali balowej. Oboje wysocy, szczupli, eleganccy, jakby wprost wycięci z żurnala. Trudno się dziwić, że ich przybycie zwróciło uwagę. Już po chwili pojawiła się przy nich organizatorka imprezy, witając się wylewnie z Matyldą i zapraszając Lucę do wpisania na listę panów biorących udział w licytacji. Znaleźli się w centrum zainteresowania, a oto właśnie im chodziło.

Dryfowali wśród gości odwzajemniając uśmiechy i biorąc udział w błahych pogaduszkach. Matylda w jasnobłękitnej sukni wieczorowej o przepięknie udrapowanym stanie ozdobionym koronkowymi wstawkami w odcieniu bladego złota z przyjemnością słuchała komplementów na temat swojego wyglądu. Według niektórych jaśniała, w opinii innych ubyło jej lat. Niebywałe jak, wydawałoby się nic nieznacząca zmiana, wpływała na percepcję znajomych i współpracowników. Przecież była tą samą osobą, którą mijali w biurowych korytarzach od zawsze. Nie poddała się żadnym zabiegom kosmetycznym, nie odwiedziła fryzjera, nawet suknia, którą tak się zachwycano, była weteranką podobnych przyjęć. Jedyną różnicę stanowił przystojny brunet, którego ujmowała pod ramię. Jej nowy dodatek.

Matylda podziękowała w duchu swojej szczęśliwej gwieździe. Nadal nie mogła uwierzyć w zbiegi okoliczności, które doprowadziły do realizacji całkowicie nieprawdopodobnego planu w tak błyskawicznym tempie. Zaledwie na początku tygodnia jej udziałem stała się dotkliwa porażka a następnie przykra rozmowa w gabinecie de Sciglio, po której nie umiała znaleźć sobie miejsca. I choć przed prezesem robiła dobrą minę do złej gry kompletnie nie wiedziała jak zabrać się do rozwiązywania problemu. A tu jak na zawołanie pojawił się natrętny Vettori, remedium na jej kłopoty. I podczas gdy tworzyła w myślach układy równań z wieloma niewiadomymi zastanawiając się jak zdoła pozyskać siatkarza do swoich celów, Luca postanowił sam podać się na tacy żądając pieniędzy. Dokładnie tych samych, które i tak by otrzymał. Dział prawny przygotowywał jego kontrakt od tygodni, niewielka korekta w sprawie wysokości zaliczki była formalnością. Matylda musiała przyznać, że choć negocjowała wiele umów, jeszcze nigdy nie sfinalizowała równie intratnej transakcji. Stojący u jej boku mężczyzna, przyciągający jak magnes spojrzenia wszystkich kobiet i zabawiający panów sportowymi anegdotkami, w rzeczywistości nie kosztował jej ani centa. Teraz należało jedynie rozsądnie wykorzystać urok osobisty, jakim Luca Vettori oczarowywał kolejnych członków rodziny Contich i sprawiał, że oglądali Matyldę w zupełnie nowym świetle.

– Drogie panie, nadszedł moment, na który wszystkie czekamy. – Na niewielkiej scenie, gdzie dotychczas gościom przygrywał kameralny zespół, pojawiła się Eleonora Conti, organizatorka charytatywnego balu. – Czas rozpocząć licytację! Serdecznie zachęcam do wydawania pieniędzy naszych mężów na taniec z kimś innym.

Grzecznościowy śmiech rozległ się wśród zgromadzonych panów i, mniej udawany, wśród ich żon. Kolejni mężczyźni defilowali przed publicznością wystawiając się pod młotek na rzecz dobroczynnej zbiórki. Padały mniej lub bardziej znaczące kwoty okraszane dowcipnymi komentarzami prowadzącej zabawę Eleonory. Zazwyczaj równocześnie stawkę podbijały dwie, góra trzy panie traktując wydanie pieniędzy na szczytny cel jako obowiązek, sam wylicytowany taniec nie stanowił dla nich szczególnej pokusy. Do momentu, gdy na scenie nie pojawił się Luca Vettori. Matylda uśmiechała się coraz szerzej słysząc rosnące szybko sumy deklarowane z różnych zakątków sali. Luca był w swoim żywiole, spoglądał ciepło na każdą z podnoszących tabliczkę pań, a w jego spojrzeniu czaiło się zapewnienie, że o tańcu z nim łatwo zapomnieć się nie da.

Ostatecznie licytację zawrotną kwotą tysiąca euro zamknęła Monica Rossi, szefowa HR. Matylda obserwowała uważnie podchodzącą po odbiór swojej nagrody kobietę. To właśnie Monica była autorką profilu, który przekreślił szanse awansu i zainteresowanie Rossi Luką budziło w Matyldzie niepokój. Próbowała ostrzec Vettoriego, żeby miał się na baczności, bo wypytywanie, do którego czynili przygotowania rozpocznie się lada chwila. Jednak zanim dotarła do siatkarza przechwyciła ją podekscytowana Eleonora Conti.

– Kochana, jak dobrze, że przyszliście! Dzięki twojemu Luce pobiliśmy już rekord zeszłorocznej zbiórki, a to dopiero początek. – Kobieta paplała jak najęta ujmując Matyldę za łokieć i prowadząc w przeciwległy róg sali. – Przed nami jeszcze aukcja karykatur. A skoro tak świetnie wam idzie, musisz koniecznie być ostatnią, która pozwoli się narysować.

– Panie artysto, oto pana najważniejsza modelka, proszę się postarać.

Eleonora zwróciła się do brodatego grafika tkwiącego przed rozstawionymi sztalugami równocześnie sadzając Matyldę na niewygodnym zydelku. Przez chwilę postała za plecami rysownika, lecz widząc, że proces twórczy wymaga czasu wymówiła się obowiązkami gospodyni i pomknęła w kierunku baru.

Matylda przybrała żądaną przez brodacza pozę i zadowolona, że ten cenił sobie pracę we względnej ciszy, skupiła uwagę na tańczących parach. Z tłumu bez trudu wyłuskała górującego nad innymi Lukę. Monica Rossi wdzięcznie przegięta w ramionach Vettoriego zaśmiewała się z jakiegoś żartu. Mężczyzna przytakiwał gorliwie, jakby potwierdzając swoje słowa, a następnie przyciągnął do siebie partnerkę obejmując ściśle jej talię. Monica wspięła się na palce szepcząc coś siatkarzowi do ucha. Niestety Matyldzie nie było dane zaobserwować reakcji Luki, gdyż w tym momencie rysujący zawzięcie grafik poprosił ją o odwrócenie głowy.

– Chyba jest trochę prawdy w tym, że przeciwieństwa się przyciągają.

Monica rzuciła tę uwagę lekko, jakby przypadkowo. Luca nie dał się nabrać, doskonale znał takie kobiety, miał z nimi do czynienia nie raz i nie dwa. U nich każde zdanie miało jakieś drugie dno. Żeby je odkryć Vettori postanowił złapać przynętę.

– Masz na myśli ciebie i mnie? – spytał, zmniejszając dystans między nimi i kładąc dłonie na biodrach partnerki.

– Och nie! – Monica zaśmiała się odchylając głowę i z premedytacją pozwalając mu zajrzeć w swój dekolt. – Wydaje mi się, że akurat my mamy wiele wspólnego. Oboje lubimy ogniste rytmy.

Rossi zakołysała się w tańcu ocierając się o jego ciało. Luca poczuł przyjemny dreszcz, ale wciąż nie wyzbył się czujności. Ta rozmowa dokądś zmierzała.

– Mam na myśli naszą Królową Śniegu, Lodową Matyldę.

– Tak ją nazywacie? Może rzeczywiście czasami bywa nieodstępna, ale to tylko pozory. – Vettori poluzował uścisk dając do zrozumienia, że poczuł się dotknięty uwagą Moniki.

Drugie dno było do bólu przewidywalne. Zazdrość, niechęć, może niedowierzanie. Dalsza zabawa z tą kobietą mogła być niebezpieczna, a przyjemność z krótkiej schadzki w toalecie czy innym, ustronnym miejscu z pewnością niewarta ryzykowania układu z Matyldą. Monica Rossi powinna odczuć, że nawet jeśli miała nadzieję na coś więcej, wylicytowała zaledwie taniec.

– To niewinne przezwisko, wszystko przez podobieństwo do tej aktorki, która grała wiedźmę w Opowieściach z Narni, kojarzysz?

– Średnio. – Luca grzecznym uśmiechem skwitował próbę obrócenia sytuacji w żart.

– Dziękuję za taniec, a teraz wybacz, muszę odszukać moją królową, bo jak zapewne wiesz królową ma się tylko jedną.

Ucałował dłoń zdumionej Moniki i nie czekając na odpowiedź zaczął przeciskać się pomiędzy zapełniającymi parkiet parami w poszukiwaniu Matyldy. Musiał koniecznie z nią porozmawiać i skłonić do pewnych modyfikacji w planie.

Zgubę odnalazł w kącie pomieszczenia, usadzoną sztywno na krzesełku i szkicowaną przez zarośniętego mężczyznę. Nad karykaturzystą stała Eleonora Conti rzucając mało przydatne uwagi. Na widok Luki kobieta rozpromieniła się i chwyciwszy go pod ramię zaczęła dziękować za udział w wyjątkowo udanej licytacji, a następnie wskazując na będący na ukończeniu portret Matyldy spytała o zdanie.

– Rysunek jest świetny, dodałbym jednak kilka szczegółów.

Vettori uśmiechnął się do świdrującej go wzrokiem modelki i wyszeptał coś do ucha grafikowi. Brodacz popatrzył na niego dziwnie, ale ostatecznie wzruszył ramionami i wprowadził sugerowane poprawki. Po kilu minutach praca wylądowała na przykrytym kurtyną stojaku i wraz z innymi wyjechała na scenę, którą we władanie ponownie przejęła niezmordowana Eleonora.

Pomysł z licytacją karykatur sprawdzał się każdego roku. Wszyscy, którzy padli ofiarą artysty starali się za wszelką cenę wykupić swoje podobizny, żeby uniknąć sytuacji, gdy ich przerysowane nosy, odstające uszy czy poczwórne podbródki ozdobią cudze biurka i staną się nieustającą pożywką dla przycinków i żartów. Również i tego wieczoru aukcja przebiegała sprawnie. Szczęśliwi modele skrzętnie chowali nabyte portrety skazując je na wieczne zapomnienie i z ochotą zasilali skarbonkę fundacji.

Jedynie Matyldy nie interesował los jej wizerunku. Bezskutecznie próbowała rozmówić się z Luką na osobności, sprawdzić, czy jego niefrasobliwy taniec z Moniką Rossi nie wystawił na próbę jej planu, czy Vettori przypadkowo nie zdekonspirował ich układu. Niepokój potęgowała mina siatkarza, który wyglądał jakby miał coś na sumieniu i musiał się tym koniecznie z nią podzielić. Niestety, gdy tylko robili krok w stronę wyjścia natykali się na kogoś, z kim nie mieli jeszcze przyjemności porozmawiać i komu należało Lukę przedstawić. Kolejne minuty mijały na wymianie grzeczności i drobnych konwersacjach. Nie uniknęli degustacji szlachetnego wina ani skosztowania przepysznych, krabowych pasztecików, przed którymi Vettori wzbraniał się tak długo, aż znudzona jego zachowaniem Matylda nie wsunęła mu przekąski w usta. Ich mozolna ucieczka przedłużała się na tyle, że dotrwali do ostatniego licytowanego rysunku.

Kiedy do góry uniesiono zasłaniającą portret kurtynę wśród gości przeszedł cichy szmer, który powoli przeradzał się w mniej lub bardziej wyraźne parsknięcia. Matylda odwróciła się w kierunku sceny i zamarła.

Nie chodziło o wyolbrzymione uszy, zbyt wąski nos, czy absurdalnie szpiczasty podbródek. Uwypuklenie i przerysowanie charakterystycznych elementów twarzy wpisywało się w kanon karykatury i nie mogło dziwić. Jednak z jakiegoś powodu artysta nie poprzestał na zabawie wyglądem sięgając głębiej.

Na umocowanym do stojaka arkuszu Matylda przystrojona została w koronę sopli. Wokół niej szalała zadymka, rozmazane płatki śniegu osiadały na zielonej trawie, która tuż wokół bosych stóp kobiety zamieniała się w lód. Pod spodem, obok nieczytelnego nazwiska autora widniał dopisek: „Tilda zwycięska”.

– Łudzące podobieństwo. Za podobiznę tej jedynej królowej jestem gotowa przepłacić. – Za plecami Matyldy uśmiechnięta Monica Rossi unosiła w górę tabliczkę ze swoim numerem.

– Sto! – krzyknęła, rozpoczynając licytację.

6.

– Dawaj numerek! – Matylda warknęła w stronę Vettoriego rozciągając wargi w sztucznym uśmiechu.

Goście stojący najbliżej z zaciekawieniem obserwowali jej reakcję, analizowali zachowanie oczekując zdradzających emocje grymasów i słów. Podobnie, jak w dniu gdy nowym członkiem zarządu nieoczekiwanie ogłoszono Belloniego, żądni atrakcji i scen współpracownicy nie chcieli przegapić momentu kiedy Lodowa Matylda w końcu pęknie i straci nad sobą panowanie. Jako świadkowie zdarzenia mogliby o nim opowiadać bez końca delektując się momentem słabości wyniosłej koleżanki.

– Numerek! – Powtórzyła niecierpliwie, słysząc wokół kolejne oferty podnoszące z zastraszającą prędkością wartość jej portretu.

Luca z ustami wciąż wypchanymi krabowym pasztecikiem rozłożył bezradnie ręce. On też nie miał tabliczki, oboje nie byli dotychczas zainteresowani licytacją. Matylda zmroziła mężczyznę spojrzeniem.

– Jeszcze się policzymy – mruknęła i zaczęła przeciskać się w kierunku ustawionego tuż obok wejścia na salę stolika z wolnymi plakietkami. Luca podążył za nią.

Zanim dotarli na miejsce cena karykatury sięgnęła czterystu euro. Gdy Matylda odbierała od uśmiechniętej hostessy przydzielony numer wpisując się na listę uczestników aukcji, Monica Rossi zdążyła podnieść stawkę do czterystu osiemdziesięciu. Nim wzburzona Cardelini zdołała wykrzyczeć swoją propozycję gdzieś z tłumu padła oferta, z którą nikt nie miał zamiaru konkurować.

– Pięć tysięcy. – Carlo de Sciglio ze spokojem podszedł do zaskoczonej przebiegiem zabawy Eleonory Conti i odebrał z jej rąk zakupioną grafikę. – Najwyższa pora żebym i ja wspomógł naszą fundację.

Luca zakrztusił się przekąską i rozkaszlał w wyciągniętą z kieszeni chusteczkę. Monica Rossi, o wiele słabiej panująca nad twarzą od Matyldy, miała minę małej dziewczynki, której właśnie odmówiono ulubionego deseru. Wśród zgromadzonych rozległy się pojedyncze oklaski. Eleonora dziękowała wylewnie prezesowi za szczodrą donację zachęcając do dalszych braw. A sam bohater zamieszania schodząc z podwyższenia przez moment zawiesił wzrok na stojącej przy wejściu szefowej marketingu i posłał jej krzepiący uśmiech.

Matylda poczuła się zagubiona. W ciągu zaledwie kilkunastu minut wydarzyło się tak wiele, że przypisanie właściwego znaczenia każdemu z nagłych zwrotów akcji graniczyło z cudem. Czym kierował się de Sciglio, dlaczego tak wielu osobom przypadła do gustu jej karykatura, kiedy Rossi stała się aż tak zaciętą i niebezpieczną przeciwniczką? Wśród natłoku pytań tylko jedna rzecz nie budziła wątpliwości. Vettori próbował ją ośmieszyć, zabawić się jej kosztem i tą sprawą należało zająć się w pierwszej kolejności. Wykorzystując fakt, że uwaga gości skupiała się wokół Carla i jego hojnego gestu, Matylda chwyciła za rękaw wciąż kaszlącego okruszkami siatkarza i markując poklepywanie go po plecach wyprowadziła do przedsionka a następnie skierowała w wąski korytarzyk wiodący do bocznego wyjścia z budynku. Rozejrzała się, upewniając, że nikt ich nie obserwuje i ze złością pchnęła Lukę na ścianę.

– Wydaje ci się, że to zabawa? Że jesteś bezkarny? Że nic nie mogę ci zrobić?

Matylda starała się brzmieć przekonująco. Gniewu nie musiała udawać, przepełniała ją prawdziwa wściekłość. Nie tylko dlatego, że została obiektem złośliwego żartu ale również ze względu na bezsilność. Zawierając układ z Vettorim założyła, że chciwość będzie wystarczającą gwarancją przestrzegania warunków umowy. Po wygaśnięciu półrocznego kontraktu z firmą Giacomo Conti Luca otrzymywał naprawdę pokaźną sumę, nie miał powodów by ryzykować ją nieprzemyślanym postępowaniem. Tymczasem z niewytłumaczalnych przyczyn postanowił jednak to zrobić. Czy miała to być próba sił, zwyczajny, nieplanowany wygłup, czy też siatkarz doszedł do słusznego wniosku, że groźby Matyldy są bez pokrycia, było w tej chwili bez znaczenia. Należało odzyskać kontrolę nad sytuacją, choćby jedynym środkiem do tego miałby być brawurowy bluff.

– Myślisz, że tak trudno było dowiedzieć się, do jakich ciemnych sprawek potrzebowałeś takiej gotówki? Chyba nie sądzisz, że jestem na tyle głupia, żeby nie sprawdzić łączących cię powiązań. Jeżeli prawda wyjdzie na jaw stracona pozycja ambasadora naszej marki będzie najmniejszym z twoich problemów. Prasa zeżre cię żywcem. Więc lepiej żebyś miał dobre wytłumaczenie.

Matylda dźgnęła palcem pierś Vettoriego domagając się odpowiedzi.

– Otrzyj oczy.

– Co?!

– Udaj, że płaczesz, otrzyj łzy, już!

Matylda kątem oka dostrzegła cienie podążające korytarzem w ich stronę. Jakaś para postanowiła skorzystać z bocznego wyjścia, zapewne wychodząc na papierosa. Nie mając czasu do namysłu dziewczyna spełniła polecenie Luki i przesunęła palcami po zupełnie suchych policzkach. Gdy nieznajomi mijali ich w milczeniu, siatkarz przygarnął Matyldę kryjąc jej twarz w swoich objęciach.

– Pociągnij nosem – wyszeptał.

– Bardzo ładnie. – Pochwalił starania Matyldy, a kiedy za obcymi zamknęły się drzwi odsunął Cardelini na długość ramion i pochylając się tak aby spojrzeć jej w oczy ze spokojem oświadczył:

– Pora wyjść z tej bańki, w której sobie żyjesz. Tu nie wystarczy, że kilka razy pokażesz się ze mną i wygramy jakiś ranking na dobraną parę. Na sali obok bawią się ludzie, którzy uważają cię za zimną, pozbawioną ludzkich odruchów wiedźmę. Nigdy nie zechcą, żebyś nimi rządziła.

– No oczywiście, postarałeś się o to. Karykatura nie pozostawiała wątpliwości. Ja też ich nie pozostawię rozwiązując twój kontrakt.

– Obudź się i przestań mnie straszyć, póki jeszcze próbuję ci pomóc.

– Wystawiając mnie na pośmiewisko?

– Ogrywając twój wizerunek. Niech się wyśmieją, będzie im łatwiej zaakceptować.

Matylda otworzyła usta w niemym zdumieniu a Luca widząc to uśmiechnął się ciepło.

– Ustalmy coś. – Poprosił. – Nie mam zamiaru cię wystawić, co więcej, chciałbym doprowadzić sprawę do końca. Nigdy nie uwodziłem więcej niż jedną osobę jednocześnie.

– O czym ty mówisz?

Vettori zaśmiał się cicho.

– Przyznaj, skarbie, z pewnością jesteś świetna w swoim fachu, ale kompletnie nie rozumiesz gry, w której postanowiłaś uczestniczyć. Masz to szczęście, że ja znam ją na wyrywki. Chcesz żeby cię poparli, wybrali, ulegli twojej woli. Niczym nie różni się to od próby zaciągnięcia pięknej kobiety do łóżka. Musisz ją zaciekawić, skusić, sprawić, że będzie czuć się przy tobie wyjątkowo. Zauroczyć, uwieść. Właśnie tak, ich trzeba uwieść.

– Uwieść? – Matylda popatrzyła na Lukę z politowaniem. – Ty w ogóle słyszysz co mówisz? Bo ja niestety tak. Pozwól, że sama zajmę się swoimi problemami, a sobie zostaw, to co ci wychodzi najlepiej. Wyglądaj.

– Wiesz, że nazywają cię Lodową Matyldą? – Luca rzucił lekko w ślad za odchodzącą Cardelini. – Z pewnością mój wygląd to zmieni.

Kobieta obróciła się gwałtownie. Vettori stał oparty barkiem o ścianę, w dłoni ściskał ligninową chusteczkę, a ironiczny uśmieszek wykrzywiał mu wargi.

– Uświadom to sobie wreszcie. Chciałabyś żeby cię pokochali, a oni cię nawet nie lubią. Jesteś Królową Śniegu, tego nie zdołasz zmienić w jeden wieczór, tydzień ani nawet pół roku. Moja obecność nie zrobi z ciebie dobrej wróżki z ciepłych krain. Ale, jeżeli mi zaufasz, uwierzysz, że w tej jednej, jedynej kwestii to ja mam rację, sprawimy, że przywykną do chłodu, co więcej, nie będą chcieli bez niego żyć.

Podszedł do Matyldy i podał jej ramię. Wahała się przez moment aż ostatecznie skinęła głową i pozwoliła poprowadzić się z powrotem do sali balowej. Przy wejściu Luca zatrzymał się jeszcze.

– Od teraz to ja prowadzę. Słuchaj. Zawsze, również kiedy proszę, żebyś dowiedziała się kilku rzeczy o mnie. Nie próbowałabyś mnie zabić, gdybyś wiedziała, że jestem uczulony na owoce morze.

Na oczach przerażonej Matyldy zwinięta w pokaźną kulkę chusteczka z nietkniętą krabową przekąską wylądowała w stojącym pod ścianą koszu na śmieci.

Choć ich nieobecność nie trwała dłużej niż kilkanaście minut przyjęcie zdążyło przejść istotną metamorfozę. Doniosła atmosfera ulotniła się bezpowrotnie. Dawno zapomniano o aukcji karykatur, a cel imprezy sygnalizował jedynie wskazujący uzyskaną kwotę zegar. Wszystko za sprawą Eleonory Conti, która wyciągnęła z kąta maszynę do karaoke i fałszując niemiłosiernie próbowała sprostać szlagierom lat osiemdziesiątych. Stojący za plecami przypadkowej wokalistki zespół z trudem powstrzymywał śmiech.

Gdy wśród klaszczących w rytm piosenki widzów pojawił się Luca, Eleonora z miejsca wskazała go palcem zapraszając do wykonania duetu. Vettori nie dał się prosić i wkrótce ze sceny popłynęły dźwięki doskonale znanego hitu. Nierówno wyśpiewywany refren „Felicita” porwał zgromadzonych, niezupełnie trafione wysiłki artystów nagrodziły gromkie brawa a zewsząd rozległy się prośby o bis.

– Dziękujemy. – Luca ucałował dłoń Eleonory i ukłonił się publiczności. – Myślę, że pora dać szansę innym. Matyldo, może spróbujesz?

Cardelini pokręciła głową, choć wiedziała, że jej opór na nic się nie zda. Wzrok Vettoriego nie pozostawiał złudzeń, on prowadził, ona miała słuchać.

– Nie daj się prosić, zapraszamy.

Luca uśmiechnął się zachęcająco a pani Conti zbiegła z podwyższenia i obejmując Matyldę poprowadziła ją w kierunku sceny. Vettori podał dziewczynie dłoń pomagając wspiąć się po wąskich schodkach i zanim przekazał mikrofon zdążył wyszeptać:

– Fałszuj, pokaż, że masz prawo do pomyłek, zarysuj lód.

Matylda została sama. Przystanęła przy maszynie do karaoke nerwowo przeglądając listę dostępnych utworów. Próbowała znaleźć znajomy tytuł, piosenkę, którą potrafiłaby zaśpiewać na tyle dobrze, żeby nie narazić się na całkowitą śmieszność. Wprawdzie Luca zażądał czegoś innego, ale liczył się efekt. Zarysować lód. Przypomniały jej się słowa Vettoriego. Ich trzeba uwieść. Dobrze. Podjęła decyzję i wyłączyła buczącą aparaturę. Gestem poprosiła o cierpliwość uciszając rozczarowane westchnięcia. Podeszła do przyglądających się jej poczynaniom muzyków i poprosiła o gitarę. Wracając na środek sceny zabrała ze sobą wysokie krzesło stojące pod ścianą, umocowała mikrofon na stojaku, usiadła na stołku i na próbę zagrała kilka akordów. Miała nadzieję, że jeszcze pamięta. Podniosła głowę, w oślepiającym blasku punktowych reflektorów nie była w stanie stwierdzić ile osób ma przed sobą w tonącej w ciemności sali. Poczuła się swobodniej, jakby była tu tylko ona i zalewające scenę światło. Odchrząknęła i delikatnie trąciła struny.

You can come back

When you want

Just know that I’ll be here.

Wchodziła w piosenkę łagodnie, pozwalając, aby nienawykłe do śpiewu gardło rozgrzewało się stopniowo. Tak dawno nie trzymała w dłoniach gitary, że zdążyła zapomnieć, jakie to uczucie. Jasny, czysty dźwięk wzrastał z każdą kolejną strofą. To był jej popisowy numer, w pełni wykorzystujący skalę głosu. Gdy dotarła do refrenu nie było już niczego poza muzyką.

Me and my charms

Me and my charms

When I kiss the angel

I have taste of you.

Przymknęła oczy tracąc poczucie czasu. Zniknęła sala balowa a wraz z nią ukryci w półmroku goście, przestali istnieć muzycy, Eleonora Conti, Monica Rossi i Carlo de Sciglio. Nie było już Luki Vettoriego. Prowadziły struny gitary, słuchała jedynie swojego głosu. I wspomnień

When I take the angel

I have piece of you.

I have piece.

Znów siedziała przy ognisku. Świętowali udane wejście podając między sobą kolejną butelkę wina. Przekrzykiwali się licytując, które wybrało najtrudniejszą trasę, dopowiadali gdzie można było zaoszczędzić kilka cennych sekund, zarzekając się, że jutro pobiją dzisiejszy rekord. Ponad ich głowami szumiały korony drzew, chłód przenikał polary i sportowe kurtki, ale im to nie przeszkadzało. Rozgrzewał alkohol. Młodość. Wiara, że jedyną realną przeszkodą w zdobyciu ściany może być ich własna słabość. Tylko tyle. Aż tyle.

All I have in my hands

Me and my charms

W trakcie kolejnego refrenu niespodziewanie dołączył akompaniament. Gitarzysta zespołu intuicyjnie wzmocnił frazy, zmusił Matyldę do sięgnięcia po pełną moc tkwiącą w jej szkolonym głosie. Z przeszłości odezwały się duchy proszące o tę piosenkę. Zawsze o nią, na zakończenie każdej wyprawy, kiedy z ogniska zostawała kupka żarzących się drewienek a z wina jedynie rozmazane kontury gór, których nie można już było wyraźnie zobaczyć. I wreszcie usłyszała tę prośbę, której nigdy nie umiała się oprzeć: „Zaśpiewaj, Tilda, dla mnie.” Zaśpiewała.

You can’t leave me now,

I haven’t left you yet.

Luca nie mógł oderwać wzroku od sceny. Nawet gdyby chciał, nie umiałby tego racjonalnie wytłumaczyć. Gdy Matylda zaczęła śpiewać coś stało się z nim, tak jak i z resztą publiczności. Ucichły szmery, rozmowy, ludzie zamarli, z początku zaskoczeni czystą barwą mocnego głosu a potem oczarowani przekazywaną z muzyką emocją. Nikt chyba nie podejrzewał, że Cardelini okaże się rasową wokalistką, a tym bardziej, że jej śpiew wywrze takie wrażenie. Z każdym akordem, następnym wersem Vettori czuł jak przedramiona pokrywa mu gęsia skórka. Było coś przejmującego w tej piosence, w głosie Matyldy i w jej twarzy. Od pewnego momentu, kiedy zamknęła oczy, wydawało się jakby wpadła w trans, a oni, zasłuchani i przejęci zostali mimowolnymi świadkami mistycznego zjawiska. Jeżeli to było udawane, zagrane tak świetnie, wręcz wybitnie to Luca nie znalazłby wystarczających słów uznania. Chciał, aby zarysowała lód. Matylda nawet go nie zadrasnęła, a jednocześnie pokazała, że jest na tyle transparentny, aby dojrzeć co kryje się pod nim. Utwór, perfekcyjnie wykonany prawie estradowym głosem, był czymś tak osobistym, naładowanym emocjami i pasją, że każdy z słuchaczy poczuł się dopuszczony bliżej tajemnicy, pięknej i smutnej zarazem. I chciał więcej.

Kiedy przebrzmiał ostatni akord brawa publiczności zagłuszyły składane do mikrofonu podziękowania. Cardelini oddała muzykom pożyczoną gitarę, ukłoniła się ponownie, a gdy zeszła ze sceny natychmiast otoczył ją tłum zachwyconych występem znajomych. Matylda wytrwale opowiadała kiedy i gdzie nauczyła się śpiewać i przepraszała, że kryła się ze swoim talentem tak długo. Vettori przyglądał się temu z uśmiechem. Dopóki nie zauważył, że nie jest w tym odosobniony.

W niewielkiej odległości od sceny, na prawo do Luki stał Carlo de Sciglio. Trzymając w dłoni szklaneczkę whisky patrzył na Matyldę w sposób, który Vettoriemu był doskonale znany. On również, dokładnie tak samo mrużąc oczy, wybierał sobie kochanki. Z oddalenia oceniał sylwetkę, biust, nogi. Szacował ile czasu i nakładów będzie potrzebował, aby je zdobyć. Decydował, czy jest zainteresowany. Napawał się wyczekiwaniem, przyjemnym napięciem tuż przed rozpoczynającą się grą.

De Sciglio oblizał wargi, odstawił drinka i ruszył w kierunku Matyldy rozmawiającej właśnie z państwem Conti. Luką targnęła złość, jak zawsze, gdy ktoś wchodził mu w paradę. Nieważne, że akurat w tym przypadku układ był zupełnie innego rodzaju. Nadal występował jako oficjalny chłopak panny Cardelini i nie zamierzał pozwalać, by ktoś nabrał innych przekonań. Choć wystartował z opóźnieniem i tak zdążył przeciąć drogę konkurentowi. Matylda uśmiechnęła się widząc jak się zbliża i już otwierała usta, aby się odezwać, gdy powodowany impulsem Vettori zrobił pierwszą rzecz jaka przyszła mu do głowy.

Kiedy Luca wreszcie oderwał się od warg dziewczyny z zadowoleniem zauważył rumieniec na jej policzkach. Jeszcze większą przyjemność sprawiła mu wściekła mina obserwującego zajście Carla de Sciglio. Nie wnikając co podoba mu się bardziej pochylił się i pocałował Matyldę po raz drugi.

Zaśpiewaj, Tilda

7.

Ostrożnie manipulując pincetką i wąskim pędzelkiem Luca pokrył nierówne brzegi tworzywowego odłamka przejrzystą warstewką kleju. Następnie odchylając w prawo ramię stojaka przesunął szkło powiększające nad umieszczony na statywie model  i najdelikatniej jak potrafił przytwierdził element do ścianki kadłuba. Odczekał kilka sekund, żeby Chematec związał i ponownie pochylił się nad rozłożonymi w równych rządkach szarymi kawałkami plastiku.

– Długi, z występem na końcu, długi, z występem na końcu – szeptał do siebie przyglądając się kolejno każdemu z fragmentów. Kilka najbliższych opisowi odłożył na bok.

Składanie miniatury bez instrukcji, z potrzaskanych części niekoniecznie pochodzących z tego samego samolotu bliższe było rozwiązywaniu trójwymiarowych puzzli niż modelarstwu, ale Luki nie zniechęcało to w żadnym wypadku. Choć sam jeszcze nie wiedział, czy mozolnie budowany kadłub należał do japońskiego czy niemieckiego myśliwca, samo dopasowywanie kawałków w spójną całość sprawiało mu przyjemność. Pierwszy raz budował model bez konkretnego schematu, improwizował nie znając przeznaczenia rozłożonych na stole okruchów, pozostałości po kolekcji zniszczonej przez zbirów Santino. I czuł wyjątkową satysfakcję, bo jedynie od niego zależało, co tak naprawdę powstanie z tego drobiazgu. Odbudowywał przeszłość nadając jej zupełnie nowy kształt.

– Nowa wiadomość od Matylda Cardelini – melodyjny głos Siri oznajmił nadejście smsa.

Luca, nie przerywając przymierzania wyselekcjonowanych elementów, zwrócił się w stronę telefonu:

– Siri, odczytaj nową wiadomość.

– Wiadomość od Matylda Cardelini: Miałeś rację. Już. Ciesz się.

Vettori parsknął śmiechem i ostrożnie podcinając nożykiem wybrany fragment samolotu poprosił:

– Siri, zadzwoń do Matyldy.

Po kilku sygnałach w aparacie odezwał się niechętny głos pani dyrektor.

– Halo, musisz się nade mną pastwić jeszcze? Przyznałam ci rację.

– Chciałem się dowiedzieć jak było. No, opowiadaj.

Luca, pochylony nad stołem uśmiechał się do siebie słuchając zdawanej mu relacji.

– Ten manewr z płaczem w korytarzu okazał się strzałem w dziesiątkę. Nie zdawałam sobie sprawy jak bardzo plotki potrafią powstawać z niczego i w jakim błyskawicznym tempie się rozprzestrzeniać. Wszyscy uważają, że do łez doprowadziła mnie Monica. Rossi nie przysporzyło to popleczników. Oskarża się ją o zawiść, tak daleko posuniętą, że nie wahała się uwodzić mojego chłopaka na oczach wszystkich.

Z każdym wypowiadanym zdaniem głos Matyldy opuszczała rezerwa, nie dało się ukryć, że była zadowolona, a Luce zdawało się, że nawet podekscytowana wydarzeniami minionego dnia.

– Nina, moja asystentka, powiedziała mi, że musiałbyś być ślepy i zupełnie pozbawiony gustu, gdybyś skusił się na takie tapetowane próchno, mając u boku mnie. W życiu, nie słyszałam u niej podobnych wyrażeń. Czuję się jak bohaterka telenoweli, ta, którą spotykają niezasłużone krzywdy, a widzowie przejmują się jej losem bardziej niż własnym.

Cardelini zaśmiała się cicho. Vettori spojrzał w zaskoczeniu na telefon. Nigdy jeszcze nie słyszał jej śmiechu i gdyby nie znał Matyldy pomyślałby, że rozmawia z młodą, szczęśliwą dziewczyną. Żadną Królową Śniegu.

– Kobieta o anielskim głosie, śpiewająca z takim przejęciem, nie może, po prostu nie może być czarnym charakterem. Jeżeli już jesteśmy przy strzałach w dziesiątkę. – Luca krótko podsumował wczorajszy występ Matyldy.

Miał zamiar dodać, pod jak wielkim pozostawiła go wrażeniem. Opowiedzieć o gęsiej skórce wywołanej jej śpiewem, o emocjach, którymi oczarowała całą salę. Może nawet nawiązać do porównania, które przyszło mu do głowy tuż przed zaśnięciem. Że każdy dźwięk był jak odłamek szkła z pewnej baśni. Utkwił w tych ludziach, w ich sercach i oczach. Matylda mogła nie zmienić się ani odrobiny, lecz oni postrzegali ją już inaczej. On sam również.

Powstrzymał się jednak. W porę przypomniał sobie typową reakcję Cardelini na zbyt osobiste pytania. Nie chciał zepsuć wątłej nici porozumienia, szczątkowego zaufania, które udało im się dotychczas wypracować. Zamiast tego przeszedł do kolejnej odsłony ich wspólnego przedstawienia.

 – Pamiętaj, że jutro mecz. Widzę cię na głównej trybunie od pierwszego gwizdka.

Matylda westchnęła.

– Naprawdę muszę? Siatkówka mnie nudzi. Zresztą, tam nie będzie nikogo z firmy. Moim zdaniem to nic nie wniesie.

– Widzę cię od pierwszego gwizdka. – Vettori powtórzył z naciskiem. – Będziesz oklaskiwać każdy, zdobyty przez nas punkt i wyglądać na zmartwioną w razie przegranej. Ale tego ostatniego nie biorę nawet pod uwagę. Po meczu podejdziesz do bandy żeby mi pogratulować. Jutrzejszego popołudnia nie będzie dla ciebie ważniejszej rzeczy od tego spotkania, siatkówki i mnie. Zrozumiano?

Pełne irytacji parsknięcie musiało wystarczyć Luce za potwierdzenie. Cardelini rozłączyła się bez pożegnania a siatkarz wrócił do przerwanej pracy nad modelem. Lecz koncentracja i skupienie zniknęły bezpowrotnie. Myśli Vettoriego krążyły wokół ostatniego wieczoru i właśnie zakończonej rozmowy. Zastanawiał się, jak często Lodowa Matylda przyznawała komuś rację i wykonywała czyjeś polecenia. I czy kiedykolwiek był to mężczyzna spoza jej zawodowego świata.

– Stary, wy tak na poważnie? Nie chce mi się wierzyć. W co ty się bawisz, Luca?

Matteo Piano stał oparty o ścianę i żując gumę przyglądał się natarczywie przyjacielowi, który jakby nigdy nic pakował swoje rzeczy do czarnej, sportowej torby. Teo znał Vettoriego na tyle długo by nie dać się nabrać na sztuczny luz i udawany spokój. Znał też jego gust. Matylda Cardelini mogła być obiektem zakładu, ale nie kobietą, która byłaby w stanie do tego stopnia zawrócić w głowie Luce, aby ten zrezygnował ze swojego beztroskiego, pełnego łatwych rozrywek życia. Tymczasem wszystko, czego Piano był świadkiem dzisiejszego dnia dowodziło inaczej.

Dyrektor marketingu ich głównego sponsora zajmowała centralne miejsce w rzędzie tuż za stanowiskiem sędziowskim. Z założonym na szyję klubowym szalikiem, w ciemnoniebieskich dżinsach i trampkach, z delikatnym makijażem i zaróżowionymi policzkami kompletnie nie przypominała chłodnej, wciśniętej w sztywny garnitur jędzy, która całą drużynę traktowała z nieskrywaną wyższością. Tym bardziej głośny aplauz i gorące oklaski po wygranej nie pasowały do dotychczasowego wizerunku Matyldy. Jednak to nie samo pojawienie się odmienionej Cardelini wywołało prawdziwe poruszenie w szeregach Modeny.

Po ostatnim gwizdku, po podaniu sobie rąk z przeciwnikami i solidarnym okrzyku zwycięstwa, Luca Vettori swobodnie podszedł do dziewczyny i nic nie robiąc sobie z gwizdów kolegów odebrał osobiste gratulacje. Matteo nie mógł oprzeć się wrażeniu, że pocałunki skończyły się dopiero wtedy, gdy obściskującą się parę zdołali uwiecznić już wszyscy znajdujący się w hali fotografowie. Nie opuszczało go również przeświadczenie, że ogląda starannie wyreżyserowaną scenkę. Pewnie dlatego, że nie byłby to pierwszy raz.

– Jak chcesz. Ale ja tego nie kupuję. Ona też mnie nie przekonuje.

Piano wzruszył ramionami a nie mogąc doczekać się żadnej odpowiedzi ze strony przyjaciela otworzył drzwi swojej szafki i sięgnął po ręcznik.

– Czekaj, Teo. Powiem ci.

Lucę musiały ruszyć wyrzuty sumienia, dotychczas nie mieli przed sobą tajemnic. Choć po ostatniej aferze z włamaniem, którą Vettori tak starannie próbował uciszyć tłumacząc się nieskładnie jakimś chybionym romansem, Piano zaczęły gnębić przypuszczenia, że z ich dwojga sekretów nie skrywa jedynie on sam.

– Matylda mnie wynajęła.

Matteo pomyślał, że się przesłyszał.

– Co proszę?

– Udajemy parę, to jest potrzebne, no… nieważne do czego, potrzebne i już.

Luca z zakłopotaniem potarł kark. Piano przez chwilę stał z rozdziawionymi ustami.

– I ty bierzesz za to pieniądze? – wydukał w końcu. – Wiesz, kogo to z ciebie robi?

– Zwariowałeś! – Luca w oburzeniu podniósł głos. – To jest naprawdę skomplikowane, ja jestem bardziej, no nie wiem jak to nazwać, ekspertem, konsultantem. Jakoś tak.

– Żigolakiem. – Matteo nie zdołał się powstrzymać.

Mierzyli się wzrokiem w nieprzyjemnej ciszy.

– Wiedziałem, że nie zrozumiesz.

– Rozumiem więcej niż ci się zdaje, Luca. Czy wiesz, co się robi z żigolakami, jak już nie są potrzebni? Wyrzuca.

Vettori schylił się po swoją torbę i nie zaszczycając Piano spojrzeniem wyszedł z szatni głośno trzaskając drzwiami. Matteo pokręcił głową wciąż nie mogąc uwierzyć w to, czego właśnie się dowiedział. Być może zareagował za ostro, ale ogrom głupoty przyjaciela go przytłoczył. Ekspert, akurat. I to on niby czegoś nie rozumie. Na przykład, tych ukradkowych zerknięć w kierunku trybun, które wymykały się Luce przez cały mecz.

Matylda wysiadła z samochodu i z lubością przeciągnęła się, wystawiając twarz do słońca. Widok rozciągający się z hotelowego parkingu zapierał dech w piersiach. Majestatyczne szczyty Alp otaczały zwartym łańcuchem skrytą w ich cieniu kotlinę, ostre krawędzie grani odcinały się wyraźną linią na tle błękitnego nieba a zbocza gór lśniły bielą przecinaną różnokolorowymi kombinezonami szusujących po stokach narciarzy.

Kobieta głęboko zaczerpnęła powietrza. Choć była tu wiele razy, zachwyt pięknem i potęgą natury odżywał na nowo. Nieważne czy zimą czy latem, góry były dla niej świątynią, celem pielgrzymki, jedynym miejscem, wobec którego uświadamiała sobie swoją nietrwałość i kruchość. Tutaj i tylko tutaj potrafiła doświadczyć obecności czegoś doskonałego, umykającego ludzkiemu pojmowaniu, przerastającego świat z jego miałkimi problemami. Nigdy tego nie nazywała, nawet w myślach, bojąc się profanacji. Wystarczało wszechogarniające wyzwolenie, od codzienności, od trosk, od oczekiwań. Pomiędzy nią a górami nigdy nie było niczego i nikogo.

Obracając się w miejscu Matylda chłonęła wzrokiem niesamowitą panoramę, ciesząc się, że Carlo zdołał ją przekonać do przyjazdu. Zaproszenie było dla niej niespodzianką. I dowodem, że improwizowany i całkowicie obłąkany plan, który realizowali wspólnie z Vettorim, zaczął przynosić efekty. Tradycyjnie w zimowych, narciarskich wypadach najwyższego managementu, który w większości i tak składał się z rodziny właścicieli, brali udział jedynie członkowie zarządu. Z jakiegoś powodu tego roku postanowiono zrobić wyjątek dopuszczając pannę Cardelini do ekskluzywnego grona. Ją oraz jej nowego partnera, co mocno skomplikowało sprawę.

Vettori, choć wywiązywał się solidnie z warunków umowy, nie mógł pozostawać na każde skinienie. Jego życiu rytm nadawał sport, od którego nie brało się urlopów ani dni wolnych. To, że jakimś cudem Luca zdołał towarzyszyć Matyldzie w kilu wspólnych wyjściach było jedynie efektem szczęśliwych zbiegów okoliczności, których w końcu musiało zabraknąć. Jak zwykle, w najmniej odpowiednim momencie. Właśnie w tę sobotę Modena grała wyjazdowy mecz, co wykluczało skorzystanie z uroków alpejskiego kurortu w otoczeniu decydujących o losach firmy głów rodziny Conti.

Matylda, po burzliwiej dyskusji, musiała przyznać rację Vettoriemu, że wyjazd w pojedynkę to nie najlepszy pomysł. Nie powinna uchodzić za desperatkę, do jej osobowości nie pasowało bycie na zawołanie, a zaproszenie wyraźnie skierowano do nich obojga. Nie miała żadnych argumentów, żeby podważyć decyzję Luki. Dostarczył ich jej dopiero Carlo de Sciglio, który spokojnie wysłuchawszy odmowy skwitował ją jednym zdaniem:

– Nie spodziewaj się, że taka szansa jeszcze się powtórzy.

Tak oto, pozostawiając mocno niezadowolonego Vettoriego samemu sobie, Matylda pojawiła się w Sestriere. Widok ukochanych gór sprawił, że zapomniała o niepokoju, który towarzyszył jej w trakcie podróży. Nie myślała już o tym, że wyjątkowo łatwo przyzwyczaiła się do przystojnego mężczyzny u swego boku, że czuła się przy nim pewniejsza i podobało jej się, że przyciągają spojrzenia oraz że może potrzebować jego wsparcia i rady w grze, którą rzeczywiście znał lepiej od niej. Po dotarciu na miejsce pragnęła jedynie odebrać klucz z recepcji, zanieść bagaże do swojego pokoju i dołączyć do śmigających po zboczach narciarzy.

– Cieszę się, że przyjechałaś.

Carlo de Sciglio delikatnie dotknął ramienia Matyldy wyrywając ją z zamyślenia. Ubrany w niebieski kombinezon zamiast nieodłącznego garnituru i ze zmierzwionymi od wiatru, lekko przyprószonymi siwizną włosami był tak różny od obrazu szefa utrwalonego w umyśle Cardelini, że gdyby sam do niej nie podszedł zapewne by go nie rozpoznała.

– Przebierz się, wszyscy są już na stoku. Poczekam na ciebie i dołączymy do reszty. Mamy free pass do kolacji.

Pokierowana przez Carlo Matylda szybko zameldowała się w hotelu. Za radą de Sciglio wypożyczyła inną niż zazwyczaj markę nart i musiała się zgodzić, że sprawowały się o wiele lepiej, od tych, do których przywykła. Cardelini zdołała nawet wygrać kilka zjazdów ze swoim szefem, który okazał się świetnym narciarzem a także niezrównanym przewodnikiem z łatwością wynajdującym mniej oblegane trasy. Niepostrzeżenie przyjemne popołudnie w towarzystwie Carla przeistoczyło się w wieczór. Czas mijał na niezobowiązujących pogawędkach przy wspólnej kolacji, po której wszyscy przenieśli się do przytulnego patio pełniącego rolę zimowego ogrodu. Kolejne osoby z ich grona żegnały się znikając w swoich pokojach. Na wygodnej sofie pozostała jedynie Matylda, i przyglądający jej się znad szklaneczki whisky Carlo de Sciglio.

– Muszę powiedzieć, że jestem pod wrażeniem.

Matylda chrząknęła zakłopotana. Czuła się nieswojo pod spojrzeniem starszego mężczyzny. Nie wiedziała, co może mieć na myśli, lecz postanowiła utrzymać rozmowę w niezobowiązującym tonie.

– Jeżdżę na nartach od dziecka, każde święta spędzaliśmy z rodzicami w górach.

– Nie mówię o tym. – De Sciglio machnął lekceważąco dłonią. – Podoba mi się jak szybko potrafiłaś odnaleźć się po porażce. Fantastycznie odbudowujesz swoją pozycję wykorzystując tego chłopca.

Cardelini zamarła. Jej szef nigdy nie był równie bezpośredni. Nawet podczas ich dyskusji, która dała początek udawanemu romansowi, posługiwali się niedopowiedzeniami i niejasną dwuznacznością. Carlo nie był także osobą, która pozwalała sobie na nieostrożność, tak dobrane słowa miały czemuś służyć. Matylda nabrała czujności.

– Luca pojawił się w najwłaściwszym momencie. Nie nazwałabym tego wykorzystywaniem. Dobrze nam razem, to chyba widać. A ja zdałam sobie sprawę, że obok kariery w moim życiu jest miejsce na coś więcej. I może stresując się pracą mniej, osiągam więcej? Zdaje się, że raport w twojej szufladzie również to sugerował.

De Sciglio uśmiechnął się i pochylając w fotelu sięgnął dłoni Matyldy. W jego ciemnobrązowych oczach nie było ciepła, a jednak pod ich spojrzeniem kobieta poczuła nagłe uderzenie gorąca.

– Pamiętaj, mnie nie musisz przekonywać. Jestem po twojej stronie, zawsze. I to o tobie myślę. – Carlo zawiesił głos, przysunął się bliżej, jego ręka wciąż przykrywała dłoń Matyldy. – O tobie myślę, skoro wraz z nową spółką otwierają się zupełnie nowe możliwości.

– Dziękuję.

Zmieszana Matylda, nie była w stanie wydukać nic ponadto. De Sciglio był zbyt blisko, jego wzrok niebezpiecznie przypominał pożądanie a wypowiadane cicho słowa miały skrywany sens, którego Cardelini nawet nie chciała się domyślać.

Odgłos otwieranych drzwi położył kres niezręcznej sytuacji. Carlo z ociąganiem wypuścił dłoń kobiety i odwrócił się sprawdzając, kto o tak późnej porze postanowił skorzystać z uroków oranżerii. Na widok niespodziewanego przybysza skrzywił się nieznacznie.

– Dobry wieczór, w recepcji powiedzieli mi, że was tu jeszcze zastanę.

Luca Vettori, z zaczerwienionym z zimna nosem i płatkami śniegu topniejącymi w ciemnej czuprynie stał przy wejściu na taras i marszcząc brwi przyglądał się siedzącej wśród zieleni parze.

8.

Zanim zmącił spokój skrytej w oranżerii dwójki, Luca od kilku minut z zainteresowaniem obserwował scenę rozgrywającą się w zimowym ogrodzie. Przyczajony za szklanymi drzwiami prowadzącymi do patio, chłonął niemy obrazek z coraz większym niedowierzaniem. Nie potrzebował słyszeć, czego dotyczy cicha rozmowa, nie słowa były tu kluczowe, ich treści z łatwością mógł się domyślić. Istotne były gesty i spojrzenia, wprawnie prowadzona gra, którą Vettori świetnie rozpoznawał. Z niechęcią musiał przyznać, że Carlo de Sciglio jest w niej równie świetny.

Mimo że już nie najmłodszy, szef Matyldy był nadal przystojnym mężczyzną. Szlachetne rysy twarzy z wiekiem nabierały wyrazistości, to jeszcze nie był moment, kiedy pojawiały się zaokrąglenia i nadmiar zmarszczek. De Sciglio przywodził na myśl profesora, w którym masowo zakochują się studentki, wrażenie pogłębiały okulary w drucianej oprawie i przetykane srebrnymi nitkami włosy. Luca był przekonany, że Carlo wykorzystuje to bez najmniejszych skrupułów. Choćby teraz, gdy pochylił się i zupełnie naturalnie ujął dłoń siedzącej obok niego kobiety. Nienachalny a jednak stanowczy, pewny siebie, emanujący poczuciem bezpieczeństwa. Vettori prawie słyszał te sączące się, wypowiadane niskim, uspakajającym głosem, zapewnienia. Coś o zaufaniu, coś o przywiązaniu, może o wyjątkowości i podziwie, jakaś niesprecyzowana obietnica. Do tego spojrzenie, koniecznie o silniejszym przekazie. Matylda miała poczuć się obiektem zauroczenia. Być jedyną i wybraną. I ulec.

– Koniec zabawy. – Luca odchrząknął, z zagłębienia kaptura kurtki wytrząsnął odrobinę śniegu, który nie zdążył się jeszcze roztopić i oprószył nim włosy, a następnie pewnie wkroczył do oranżerii.

– Dobry wieczór, w recepcji powiedzieli mi, że was tu jeszcze zastanę.

– Luca? Co ty tu robisz?

Zdumiona Cardelini podniosła się z miejsca. Towarzyszący jej mężczyzna odstawił szklaneczkę whisky na stolik i również ruszył w kierunku niespodziewanego gościa.

– Liczyłem na serdeczniejsze powitanie. – Vettori wciąż wodził czujnym spojrzeniem pomiędzy swoją dziewczyną a jej szefem dając do zrozumienia, że obrazek, którego przed chwilą był świadkiem, nie przypadł mu do gustu.

Do Matyldy dotarło, że stojąc sztywno w miejscu, z niemym zaskoczeniem wymalowanym na twarzy, nie wypada przekonująco w roli uradowanej widokiem ukochanego. Prawie czuła jak pozostający za jej plecami de Sciglio uśmiecha się ironicznie. „Mnie nie musisz przekonywać”, jego słowa natrętnie brzęczały w głowie kobiety, budziły wątpliwości co do sensu tej maskarady. Jednak wymowny wzrok Vettoriego nie pozwolił na dłuższe zawahanie. Cardelini opamiętała się szybko i objęła chłopaka całując w przyjemnie ciepły policzek.

– Miło, że pan do nas dołączył, Luca. Czyżby odwołano spotkanie? Bo zdaje się, że to był powód, dla którego pańska nieobecność złamała serca wszystkich naszych dam? – Carlo de Sciglio z zainteresowaniem przyglądał się siatkarzowi, który ujmując dłoń Matyldy przyciągnął ją do swojego boku, jasno podkreślając przynależność.

– Cieszę się, że będę mógł to naprawić. Nie znoszę rozczarowywać, szczególnie kobiet. A już najbardziej mojej. – Luca uśmiechnął się do Matyldy. – Zaraz po meczu wyrwałem tutaj, żeby uratować choć część weekendu. Chyba się stęskniłem.

– No tak, dla pięknej dziewczyny stać nas na wszelkie poświęcenia i wysiłki. – Starszy mężczyzna bez skrępowania przyglądał się Cardelini, nie kryjąc, że zwraca się właśnie do niej.

– Cóż, pozostaje mi życzyć wam dobrej nocy. Może nie najwygodniejszej, łóżka są tu bardzo wąskie, ale czego się nie robi z… – Carlo zawiesił na moment głos, aby po chwili swobodnie dokończyć zdanie – …miłości.

Matylda zaśmiała się nerwowo nie znajdując odpowiedzi. De Sciglio pożegnał ich skinieniem głowy i wyszedł z oranżerii. Luca odczekał kilka sekund, a zanim Cardelini zdążyła otworzyć usta, poprosił:

– Nie tutaj. Prowadź, porozmawiamy w pokoju.

W milczeniu wspięli się po schodach i nadal trzymając się za ręce przemierzyli hotelowy korytarz. Gruby dywan tłumił ich kroki. W którymś z mijanych pokoi głucho dudnił telewizor, w pozostałej części piętra panowała cisza. Było grubo po północy, większość gości dawno już spała odpoczywając po wyczerpującym dniu. Nikt nie miał prawa ich podejrzeć, ale i tak utrzymywali pozory. Udawali w obawie przed niewidoczną publicznością, czającym się za zakrętem Carlo de Sciglio, jego dwuznacznymi uwagami i pełną kpiny pauzą, którą poprzedził słowo „miłość”, mając na myśli coś zupełnie innego.

Matylda przytknęła kartę magnetyczną do czytnika i przepuściła przodem Vettoriego, który wtoczył do środka swoją podróżną walizkę. Dziewczyna zamknęła drzwi i z westchnieniem ulgi usiadła na skraju łóżka. Zrzuciła eleganckie pantofle i zaczęła rozmasowywać zmęczone stopy. Luca stanął przed nią, ręce skrzyżował na piersi i czekał. Kiedy w końcu Cardelini podniosła głowę, zadał pytanie, od którego musiała zacząć się ta rozmowa.

– Co to miało być? Tam na dole? Zanim przyszedłem?

– O co ci chodzi? Tylko rozmawialiśmy.

Luca parsknął z irytacją.

– Jasne, a jakbym odczekał jeszcze chwilę to byście się tylko całowali. Nie udawaj, nie kręć. Gość na ciebie leci, a ty…

– A ja co? – Matylda podniosła się i stanęła naprzeciw Vettoriego. W jej oczach pobłyskiwał tak dobrze znany chłód. – Mam ci się tłumaczyć? Nie sądzę. Nie wiem co ci się zdawało, i co ci się uroiło. I nie mam ani siły ani ochoty w to wnikać. Nie mam też takiego obowiązku. Mamy umowę, nie akt małżeństwa.

– Oczywiście, mamy umowę. Wyobraź sobie zatem, jakie byłyby jej losy, gdyby zamiast mnie wpadł tam ktoś inny. Eleonora, tak, to dobry przykład. Dobrotliwa, poczciwa pani Conti. Co jej mogłoby się uroić, gdyby zobaczyła szefa gładzącego twoją dłoń, pochylonego, szepczącego coś, co z pewnością nie było listą celów na kolejne półrocze? Co jej zaczęłoby się zdawać?

Cardelini zamarła, jej oczy rozszerzyło przerażenie. Vettori miał rację. Wszystko co udało im się dotąd wypracować: ocieplenie atmosfery, przyjazne spojrzenia współpracowników, głosy potępiające postępowanie Rossi, to weekendowe zaproszenie do ekskluzywnego, narciarskiego grona, wszystko na czym tak Matyldzie zależało, prysnęłoby w oka mgnieniu. Nie tylko wróciłaby do punktu wyjścia. Nie byłaby jedynie nielubianą, trudną w obyciu szefową marketingu. Byłaby kochanką prezesa wcale nią nie będąc, stałaby się karierowiczką przez łóżko, obiektem najdotkliwszych plotek i pogardy. Przegrałaby. Przez jeden błąd, lekkomyślny moment nieuwagi, gdy nieostrożnie pozwoliła Carlo de Sciglio zostać z sobą sam na sam. Luca miał całkowitą rację wściekając się na jej głupotę i żądając wytłumaczeń.

– Rozumiesz teraz?

Vettori zmierzył Matyldę spojrzeniem. Skinęła pokornie głową, było jej wstyd i chciała położyć kres nieprzyjemnej rozmowie. Jednak Luca jeszcze nie skończył, do wyjaśnienia pozostawała inna, istotna kwestia.

– Prosiłem cię już wcześniej, żebyś mi powiedziała, kim mam być. Czy może chodzi o wzbudzenie zazdrości czy podobną gierkę z jakimś mężczyzną. Pytam jeszcze raz, bo to, czego byłem świadkiem, sprawia, ze czuję się okłamywany. Jeżeli to na nim ci zależy, czy wyłącznie czy dodatkowo, chcę wiedzieć.

Matylda nie była w stanie wydukać słowa. Nigdy, przenigdy, nawet przez ułamek sekundy nie pomyślała w ten sposób o swoim szefie. Choć mogłaby górnolotnie tłumaczyć to etyką zawodową, zasadami, tak naprawdę, gdzieś w głębi duszy, Carlo de Sciglio ją przerażał. Z jednej strony zazdrościła mu opanowania, determinacji, zmysłu taktycznego i niesamowitych umiejętności negocjacyjnych. De Sciglio w jakiś sposób był wzorem, człowiekiem, o którego uznanie Cardelini tak usilnie zabiegała. Ale jednocześnie zbyt dobrze znała bezwzględność z jaką jej szef potrafił przeć do celu, widziała ofiary jego sukcesu, ludzi, którzy bezlitośnie zostawiani byli z tyłu, odrzucani i obwiniani za porażki. Carlo de Sciglio w sferze biznesu potrafił być szczególnie złym człowiekiem. Mimo wielu godnych naśladowania cech, to jedno sprawiało, że Matylda obok zawodowego respektu żywiła w stosunku do prezesa obawę i głęboko skrywaną niechęć.

Luca, nie mogąc doczekać się odpowiedzi, schylił się do walizki wyszarpując z jej wnętrza czystą koszulkę.

– Wrócimy do tego jutro – warknął – Teraz lecę na pysk.

A wymijając Matyldę w drodze do łazienki dodał.

– Śpię od okna. No nie patrz tak, chyba nie myślałaś, że pójdę na podłogę. Ty możesz, jeżeli już zapomniałaś, że to nie jest nasza pierwsza, wspólna noc.

Układali się do snu udając, że nie ma w tym nic nienaturalnego. Matylda wzięła prysznic a gdy przy świetle nocnej lampki wślizgiwała się pod kołdrę, Luca odwrócił się plecami odsuwając na krawędź łóżka i mrucząc pod nosem niewyraźne „dobranoc”. Przeleżeli w całkowitej ciszy kilkanaście minut zanim Matylda zdecydowała się odezwać.

– Luca? Śpisz?

– Tak.

– Jak mecz?

– Przegraliśmy, miałem decydującą piłkę na ręce i zepsułem.

– Przykro mi.

– Mhm.

Cisza. Vettori poruszył się próbując ułożyć swoje długie nogi w wygodniejszy sposób. Matylda wpatrywała się w niknący w mroku sufit, nabrała powietrza i zaczęła jeszcze raz.

– Luca?

– No?

– Masz rację, zachowałam się głupio i bezmyślnie. Przepraszam.

– Ok.

Spodziewała się czegoś więcej. Dużo ją kosztowało głośne przyznanie się do błędu, i to tak oczywistego. Jeszcze trudniejsze było to, że oczywistość tę dostrzegła dopiero, gdy Vettori ją objaśnił. Nie musiała znać się na wszystkim, z pewnością nie była ekspertem w każdej dziedzinie, ale zawsze drażniło, kiedy umykały proste rzeczy, gdy zawodziła logika albo spostrzegawczość. Matyldę od urażonej dumy zawsze bardziej bolała urażona inteligencja. Nie była w tym osamotniona.

– Mogłabyś, choć raz, zgadzając się ze mną, nie robić tego tym pełnym zaskoczenia tonem? Jakbyś się kompletnie nie spodziewała, że potrafię myśleć. Już chyba udowodniłem, że wychodzi mi to zupełnie nieźle, i to za nas dwoje.

Vettori przekręcił się na plecy i założył ręce pod głowę. Znów milczeli i ponownie to Matylda przerwała panującą między nimi ciszę.

– Luca, boję się go.

– Co? – Mężczyzna odwrócił się w kierunku leżącej obok kobiety. W ciemności błysnęły wpatrujące się w niego oczy.

– Nie zależy mi na nim wcale, nie okłamałam cię. Ale po dzisiejszym… Co jeśli on będzie chciał czegoś ode mnie? Ten człowiek, on rządzi firmą, decyduje o wszystkim. Z łatwością się mnie pozbędzie, jeżeli tylko zechce. Co zrobię, gdy coś takiego się powtórzy?

Luca zastanawiał się przez chwilę. Przypomniał sobie jak Carlo de Sciglio przyglądał się Matyldzie podczas przyjęcia, jak zachowywał się tego wieczoru w zimowym ogrodzie, jak wylicytował karykaturę Cardelini zawrotną sumą. Vettori był prawie pewien, że zna tę zabawę. Ten rodzaj pożądania.

– Ogramy go. Mogę się mylić, ale chyba wiem o co chodzi. Wcześniej on się nigdy do ciebie nie dostawiał, prawda?

Matylda usiadła na łóżku. Luca również podniósł się na poduszkach podekscytowany własnym odkryciem.

– Samiec alfa. To jest tak prymitywnie proste. Dopóki byłaś pod kontrolą nie byłaś interesująca. Jestem zagrożeniem, rywalem i budzą się takie instynkty. Jak w stadzie. Mam nadzieję, że nie rozwiewam twoich romantycznych marzeń, to jest czysty testosteron, nie chodzi o ciebie, chodzi o posiadanie i władzę.

Matylda parsknęła cichym śmiechem i na powrót opadła w pościel.

– Poniosło cię. A potem się dziwisz, że ja się dziwię jak na coś wpadniesz.

– Pomyliłem się kiedyś?

– Nie, ale…

– Pomyliłem się? No, to słuchaj. Boisz się go, słusznie. Ale, że najlepszą obroną jest atak to jutro przeprowadzimy taki mały eksperyment. I możemy się założyć, że mam rację. Zgoda?

Luca trącił stopą łydkę Matyldy domagając się odpowiedzi. Zmęczenie i podenerwowanie zniknęły za sprawą znajomego pobudzenia. Nowy zakład, nowe ryzyko, nowa stawka. Dodatkową nagrodą będzie świadomość, że Carlo de Sciglio zatańczy dokładnie tak, jak mu zagrają.

76 odpowiedzi na „Tilda

  1. ~prosaen pisze:

    zastanawiam się, kiedy Matylda się w tym wszystkim pogubi, bo tak jak już inne czytelniczki napisały, to Luca teraz wie, co robi. i zastanawiam się też, co z tego wyniknie.

  2. ~selene pisze:

    Bez wątpienia znów znajduje potwierdzenie teoria, że to Luca przewodzi w tym układzie, trzyma wszystko w ryzach. Zjawia się wtedy kiedy powinien, otwiera Matyldzie oczy i uszy na różne sygnały z otoczenia (a przecież jest udowodnione naukowo, że mężczyźni radzą sobie gorzej z odczytywaniem mowy ciała ;)), obmyśla dalszą strategię, generalnie wydaje się mózgiem całego przedsięwzięcia. I oczywiście w tym miejscu można zacząć zadawać sobie pytanie, dlaczego to robi, skąd ta chęć ciągłej kontroli. Obawia się o powodzenie planu? Przezornie stosuje w stosunku do Tildy zasadę ograniczonego zaufania? A może chodzi o coś zupełnie innego – z jakiegoś powodu chce usilnie być wiarygodny w swej grze, utrzymać swą towarzyszkę w przekonaniu, że w tym wszystkim chodzi wyłącznie o ustalone z góry interesy? Czyżby zaczynał mieć poczucie, że gdzieś zaczyna mu się zacierać pewna granica? Tak czy owak, w swej zazdrości był baardzo przekonujący. Momentami aż za bardzo, co w pewnej chwili wzbudziło też czujność Matyldy, ale to był zaledwie ułamek sekundy, w końcu Luca jest co prawda niewinnym, lecz wyrafinowanym „kłamcą”. Profesjonalistą w swym fachu.
    „Nie musiała znać się na wszystkim, z pewnością nie była ekspertem w każdej dziedzinie, ale zawsze drażniło, kiedy umykały proste rzeczy, gdy zawodziła logika albo spostrzegawczość. Matyldę od urażonej dumy zawsze bardziej bolała urażona inteligencja.” – chyba clue tego rozdziału. Tilda doskonale zdaje sobie sprawę, że Vettori uratował sytuację, a ona straciła czujność, ale niesamowicie trudno jej było się z tym pogodzić. Przecież ona nie chce tylko bezwiednie dawać się prowadzić w tym układzie i przystawać na każdą propozycję Luki. Tak nawiasem mówiąc, aż przypomniałam sobie siebie z dzieciństwa. Za cholerę nie umiałam przyznać, że nie mam racji, że coś zrobiłam źle. To było dla mnie jak przyznanie się do porażki i okazanie słabości. Chyba bardzo rozmiękczył mi się charakter od tego czasu, ale jakiś pierwiastek tej zaciętości czasem się ujawnia. Mniejsza z tym. W każdym razie podoba mi się to nowe przymierze naszych bohaterów, a właściwie uknucie kolejnej intrygi, tym razem skierowanej przeciw de Sciglio. Ciekawa jestem, czy eksperyment się powiedzie i czy faktycznie uda im się przechytrzyć szefa. A może jednak tym razem Luca się pomyli?
    Cieszę się, że nowy rozdział pojawił się tak szybko. Nie wiem, czy to wpływ majówki, czy może po prostu trochę lepszej pogody, ale nawet i mnie się coś napisało. Co prawda ultrakrótko, niesiatkarsko i na nowym poletku, ale zawsze to coś.
    Pozdrawiam ciepło :)

  3. ~VE. pisze:

    Nie lubię Carlo. I myślę, że Luca też nie, bo Matylda powoli zaczyna znaczyć dla niego więcej, niż znaczyć miała.

    • otfilulu pisze:

      Nie tylko Ty go nie lubisz. Pozdrawiam bardzo i zapraszam do ósemki, która głównie się wokół pana de Sciglio kręci.

      • ~VE. pisze:

        Po 8 nie lubię go jeszcze bardziej. I całkowicie zgadzam się z Lucą. Mam nadzieję, że udowodni mu, że koło Matyldzi nie ma co się kręcić i nie ma co i niej szukać, bo jest zajęta. Sama nawet nie wie jak bardzo.

  4. ~Greenberry pisze:

    Dlaczego mam wrażenie, że Luce lada moment taki układ przestanie wystarczać? Chociaż Matylda czuje się pewniej, mając go u boku, i może nie tylko dlatego, że łatwiej się gra w parze niż w pojedynkę.
    Jak zwykle u Ciebie mnóstwo pytań, niejasności i jak zwykle chce się więcej i jak zwykle nie mogę się doczekać. Uwiebiam;)

    • otfilulu pisze:

      A ja dochodzę do wniosku, że ciągnie się tutaj jak flaki z olejem. Zachciało mi się sprawdzić czy umiem pisać spokojnie i mam za swoje, teraz się nie mogę odnaleźć, a może to przez tą tragiczną przerwę w pisaniu? No co by nie było, trzeba trzymać gardę i starać się to jakoś dowieźć do końca w jednym kawałku.
      Pozdrawiam i dziękuję za obserwację @wiatrawce.

  5. ~prosaen pisze:

    cieszę się, że wróciłaś i to aż z dwoma rzeczami i w obu zostawiasz niedopowiedzenia. nic dziwnego, że Matteo nie rozumie, to w końcu nie jest normalna sytuacja (Luca w sumie też nie wyjaśnił zbyt wiele), a ja się tylko zastanawiam, które z nich, Luca czy Tilda, ulegnie szybciej.
    a tak poza tym podoba mi się opis gór, to chyba pierwszy moment, w którym zgadzam się zupełnie z Matyldą.

  6. ~selene pisze:

    Weszłam sobie dzisiaj na MIgał4 i co widzę? 17 kwietnia 2015 jako data moich pierwszych wypocin :) Nie mogłabym więc odmówić sobie rocznicowego „pierdolamento”. Nie zauważyłam, by ta dłuższa przerwa wpłynęła negatywnie na jakość Twojego pisania, za to ja chyba muszę na nowo wczuć się w tę historię i w zasadzie nie tylko w tę, bo ostatnio totalnie wypadłam również z obiegu komentatorskiego. Przechodząc jednak do meritum – odnoszę wrażenie, że Luca troszeczkę nam się wychyla zza ustalonych ram, to znaczy chciałby wiedzieć więcej niż to, co jest mu potrzebne do odgrywania roli. Owszem, wieczór, w którym wraz z Matyldą dał popis swych zdolności aktorskich pozostawił go z wieloma pytajnikami, ale czy w związku z tym może czuć się uprawniony do rozwikłania jej tajemnic? Niekoniecznie, bo to jest swego rodzaju „wykraczanie poza kompetencje”. Tilda jest dla niego zagadką, kimś, kto bezsprzecznie go fascynuje i – jakkolwiek tanio to zabrzmi – nie ulega wątpliwości, że nigdy wcześniej nie spotkał podobnej kobiety. Do tej pory wszystkie panie jadły mu z ręki i śpiewały tak jak on im zagrał. Nie twierdzę, że Tilda stawia zdecydowany opór, bo pozycja Vettoriego w układzie jest mocno zarysowana, ale na pewno doskonale widać tą jej wystudiowaną obojętność i dążenie do niezależności. To wzbudza czujność Luki, ale by móc dowiedzieć się więcej, musi nie tylko być subtelny i jej nie spłoszyć, ale i przedrzeć się przez jej tarczę ochronną. A jeśli już mowa o czujności, to pozostaje wątpliwość, które z nich w pewnym momencie ją straci. I znów nie sposób nie przypomnieć odwiecznego dylematu tego opowiadania: kto tu kogo przechytrzy? Bo wbrew pozorom to wcale takie oczywiste nie jest ;) A na koniec kolejny odcinek z cyklu „rozkminy selene” – być może to zupełny przypadek, a nie zamierzone działanie, ale nie da się nie zauważyć, że istnieje pewien wspólny mianownik pomiędzy Igą, Elizą i Matyldą. Wszystkie trzy twardo stąpają po ziemi, starają się nie ulegać niepotrzebnym emocjom, ale jest w nich jednocześnie ta kruchość i wrażliwość, często usilnie skrywana przed światem. Myślę, że to bardzo dobry, „zrównoważony” typ bohaterki.
    Pozdrawiam serdecznie i z niecierpliwością będę czekać na drugą połówkę :)

    • otfilulu pisze:

      Oj, ja również muszę nawiązać ponowne porozumienie z tym opowiadaniem. Mam wrażenie, jakbym zaczynała od nowa i mocno się obawiam, że będzie widać przeskok i w jakości jak i spójności, więc proszę o uwagę i uwagi. Tym bardziej, że porozpuszczałam tu sobie sporo nitek i odniesień i sama nie wiem, czy zdołam je połapać, tak żeby były „po coś” a nie „przez przypadek”.
      Bardzo Ci dziękuję, że czuwasz i zauważasz. Luca się wychyla, w tym naprawdę spokojnym opowiadaniu coś od czasu do czasu powinno się przecież wydarzyć. A czy przechytrzyć to dobre słowo? Może oszukać. A może jeszcze inaczej. Przebudowałam odrobinę plan i teraz mam do wyboru dwie ścieżki. Zobaczymy dokąd pojedziemy :) Zapraszam.
      Zależało mi, żeby Eliza nie była Igą, nawet zdawało mi się, że mogło się udać. Matylda niestety jest sporą kopią i mam tego świadomość. Widocznie to jest ten typ, który jakoś potrafię napisać, załóżmy, że to taka specjalizacja ;)
      Pozdrawiam bardzo i tradycyjnie dziękuję za „rozkminy Selene” (to rzeczywiście mogłaby być osobna seria :) )

      • ~selene pisze:

        Każde, nawet najmniej istotne wydarzenie w którymkolwiek z Twoich opowiadań zawsze z czegoś wynika, czemuś służy i do czegoś prowadzi, więc jestem przekonana, że tym razem nie będzie inaczej. Bez względu na to, ile puzzli tutaj jeszcze dołożysz, jestem pewna, że będą dopasowane do całej układanki. A co do bohaterek, to Eliza rzeczywiście najbardziej wyróżnia się z całej trójki, ale tak czy siak, w pewien schemat się wpasowuje. I tak tylko po cichu przyznam, że to właśnie ona zaskarbiła sobie moją największą sympatię ;)
        A co do drugiej części rozdziału – hmm, a więc okazuje się, że nie wszyscy uwierzyli w teatrzyk Matyldy i Luki… Czyżby Tilda za mało się starała? A może właśnie wręcz przeciwnie, przez co otarła się o sztuczność? Taki trochę przerost formy nad treścią. Wielu osobom z jej otoczenia wydaje się, że dobrze ją znają i że na pewne zachowania na pewno nigdy by sobie nie pozwoliła, bo to nienaturalne, niepasujące do jej temperamentu. No właśnie, wydaje się. Bo tak naprawdę ona nigdy nikomu nie dała się poznać w stu procentach. Jest w jej zachowaniu pewna pozorność, fasadowość i bez wątpienia nieufność, bo chyba obecnie nie ma takiej osoby, przed którą mogłaby się w stu procentach otworzyć. Być może istniała w przeszłości… Okej, za bardzo odbiegłam od sedna sprawy. W każdym razie szefunio też sobie trochę pogrywa, tylko w nieco mniej zakamuflowany sposób. No i ostatnia scena – cóż za wejście smoka! ;) A jednak nasz niewinny kłamca znalazł trochę czasu, w końcu o interesy trzeba zadbać ;)
        Pozdrawiam ciepło i cóż, czekam cierpliwie na więcej :)

    • otfilulu pisze:

      Dziękuję za kredyt zaufania, postaram się nie zawieść i po pierwsze spiąć to opowiadanie a po drugie spiąć się i nie robić już takich przerw w opowieści.
      Pozdrawiam bardzo i siadam do ósemki :)

  7. ~prosaen pisze:

    przepraszam, chyba nie mogłabym być bardziej spóźniona (naprawdę minęło aż tyle czasu?). dzieją się tutaj baaaardzo interesujące rzeczy i wszystko jest tak dokładnie opisane, że w ogóle nie mam problemu z wyobrażeniem sobie tego wszystkiego. jestem fanką fragmentu o transparentnym lodzie. i wciąż ciężko mi ogarnąć takiego Lucę (Lukę?), chociaż kreujesz go bardzo przekonująco.

  8. ~Hania z R pisze:

    Uff, jestem wreszcie, przepraszam za długą niekomentowalność, ale to smutna konieczność i proza wyczerpania.
    Przejdźmy do meritum. Jak zwykle jestem pod niesłabnącym wrażeniem całości. Tego jak ładnie się ze sobą dogadują pomimo kontraktu, jaki Luca jest inteligentny (maska pięknego chłopca zwiodła mnie skutecznie) i przebiegły, jaka Tilda jest lodowa. Nie, to złe słowo. Jest usztywniona gorsetem blizn z przeszłości, które krzywo się pozarastały i przy próbie rozluźnienia się, rany mogą się otworzyć. Tak mi się przynajmniej wydaje.

    Pozdrawiam i przepraszająco ściskam :)

  9. ~selene pisze:

    Coraz bardziej lubię gierki Matyldy i Luki, tę „intrygę”, która ma prowadzić do osiągnięcia obopólnych korzyści. Vettori kolejny raz udowadnia, że niezły z niego czaruś. Biada każdej kobiecie, która da się złapać w jego sidła, bo rozczarowanie gwarantowane. Problem w tym, że przy Tildzie ma zawężone pole manewru i nie może w pełni rozwinąć skrzydeł, co z pewnością jest mocno uwierające, choć jak zwykle stara się zachować pokerową twarz. Oczywiście pewne ograniczenia są wpisane w ich relację, ale niektórych przyzwyczajeń trudno się wyzbyć. A Matylda? Widać, że jest wobec niego nieufna, o czym świadczy choćby to, że w trakcie przyjęcia starała się bacznie obserwować jego poczynania. Doskonale zdaje sobie sprawę, iż niezły z niego „zakręt” i istnieje ryzyko, że może nie dotrzymać umowy i tym samym położyć kres wiarygodności ich znajomości w oczach opinii publicznej. Generalnie funkcjonuje między nimi zasada ograniczonego zaufania, co nie może dziwić, jednak czy któreś z nich faktycznie zdecydowałoby się nie wywiązać ze zobowiązania? Hm…
    Co do karykatury, to trochę jest tak, jakby Matylda spojrzała na siebie oczami innych. Niby nikt nie zna nas lepiej niż my sami, ale czasami nie zdajemy sobie sprawy, jak bardzo niektóre nasze cechy przeszkadzają innym, a gdy w końcu się o tym dowiadujemy… no cóż, może zakłuć. W tym kontekście przypomina mi się jedna scena z MIgałów i niechęć współpracowników do Igi, chociaż była to nieco inna sytuacja. W każdym razie Matylda wewnętrznie się trochę oburza na myśl o tym, że może być uważana za taką chłodną, niedostępną i niezdolną do pewnych emocji, ale może powinna jeszcze raz się nad tym wszystkim zastanowić? Jeżeli tak wiele osób postrzega ją w ten sposób (heh, rymy o pierwszej w nocy zawsze na propsie), to może jednak jest w tym ziarenko prawdy?
    Pozdrawiam :)
    PS. Wybaczam głupie żarty ;)) zresztą to nie pierwsza taka sytuacja, gdy Resovia wywraca się na prostej drodze. I niestety potwierdza się to, co napisałam po ćwierćfinale igrzysk, a mianowicie Kowal jest kolejnym trenerem, który nie uczy się na błędach, a zdaje się, że i tak ma więcej żyć niż kot. Szkoda tylko drużyny, bo rokrocznie jej potencjał nie jest w pełni wykorzystywany (jeśli nie powiedzieć: marnowany).

    • ~selene pisze:

      Kolejny rozdział, kolejne rozkminy. Czy mi się wydaje, czy to Luca póki co dominuje w tym układzie? Nie, nie wydaje mi się. Na przyjęciu zdecydowanie przejął stery. Zgadzam się z Hanią, inteligentna z niego bestia, i myślę, że było to widoczne od początku. Gdyby nią nie był, nie potrafiłby w tak subtelny sposób manipulować płcią przeciwną, zgrywając przy tym uroczego i niewinnego chłopca. Tilda ma tego pełną świadomość, ale chcąc nie chcąc pozwala, by to on rozdawał karty. Dlaczego? Bo wie, że jego wnioski są słuszne, jednak myślę, że mimo wszystko tak łatwo nie pozwoli się stłamsić. Zależy jej na pewnych profitach, tak jak i jemu, a żeby je osiągnąć nie może być zupełnie bierna. No i dochodzi do tego kwestia zachowania czujności i własna duma, no bo hej, nie jestem kolejną przypadkową panną, której zrobisz wodę z mózgu i uciekniesz. Nie na tym to polega.
      Trudno nie zauważyć, że szóstka jest w pewnym sensie przełomowa, bo dowiadujemy się, dosłownie i w przenośni, co Matyldzie w duszy gra. I wygląda na to, że to nie jest zbyt radosna melodia, a wręcz przeciwnie – pełna smutku i tęsknoty za czymś, co prawdopodobnie już nie wróci. W ten sposób Tilda pokazała tę część siebie, którą dotąd skrzętnie skrywała przed światem, jakby w przeświadczeniu, że pomiędzy emocjonalnością a słabością można postawić znak równości. Mam jakieś mgliste skojarzenie, że zanim ruszyłaś na dobre z tą historią i w zakładce były tylko zdjęcia, gdzieś przewinęło się również „Big Girls Cry” mojej ulubionej Sii (nawiasem mówiąc, Sia jest dobra na wszystko, zwłaszcza gdy ma się ochotę stworzyć playlistę do opowiadania lub rozgrzebać kolejnego oneparta. Zawsze jakąś piosenkę można dopasować.), ale bardzo możliwe, że coś pokręciłam. W każdym razie Matylda chce pozować na kogoś, kto wydaje się nie do zdarcia, utworzyła pancerz ochronny mający chronić ją przed światem, jednak opinie innych zdają się potwierdzać, że coś poszło nie tak, że za dużo w tym wszystkim chłodu i skrajności. Scena z piosenką potwierdza jednak, że nie straciła wrażliwości, tylko dobrze ją ukryła. W związku z tym nasuwa się pytanie, jak jest z Vettorim. Czy jego zachowanie (abstrahując od układu) to też gra aktorska mająca na celu odwrócenie uwagi od prawdziwego ja, czy po prostu „ten typ tak ma”? Z chęcią będę zagłębiać się w meandry jego osobowości, ale to już przy okazji kolejnych części :) Dodam jeszcze, że to kolejne Twoje opowiadanie z wielowarstwowymi bohaterami, co oczywiście bardzo mnie raduje :)
      Pozdrawiam :)

  10. ~Greenberry pisze:

    Matylda, ach Matylda.
    Zastanawiam się, czy jest taka tylko dlatego, że ten cały korporacyjny świat jest brutalny, szczególnie dla kobiet, i po prostu wykształciła sobie taki mechanizm obronny, czy może ktoś lub coś bardzo ją w przeszłości zraniło i jej praca nie jest powodem tego zamknięcia i lodu.
    I zastanawiam się, czy drugie imię Matyldy jest przypadkowe, czy może coś sugeruje. Victoria. Zwycięstwo? Tylko w czym? Zawodowe, a może prywatne, może Luca stopi jej lód.
    Luca mnie trochę cały czas intryguje. Dlaczego podpowiadał twórcy karykatury, po co, żeby sprowokować Monicę? Czy żeby wkurzyć Matyldę?
    A swoją drogą to przyszło mi do głowy, że Matylda przecież nie może być tak twarda, musi być w niej coś łagodnego, na pewno jest. Może nie jest Czarownicą z Narni, tylko Elsą z Krainy Lodu, ucieka, żeby być bezpieczną, żeby nikogo nie zranić i nikt nie zranił jej.
    Ech, u Ciebie nawet, jak jest spokojnie, to nie jest spokojnie :D

  11. ~VE. pisze:

    Podoba mi się pomysł karykatur i ukazanie Tildy takiej, jaką ją widzą. Ale ta Monica mnie irytuje. Chyba zawsze musi być taka postać, która wzbudza niechęć.
    A Luca niech się lepiej pilnuje, bo jak przesadzi, to może być źle. :p

    • ~VE. pisze:

      6 jest magiczna. Ma w sobie coś takiego…całą paletę emocji, które widać szczególnie kiedy Matylda śpiewa. Coś w jej życiu się stało, to da się wyczuć. Przypuszczam, że to mogło ją zmienić w Lodową Królową.
      Czekam na więcej.

  12. ~selene pisze:

    W scenie z początku rozdziału jest coś tragikomicznego, ale z pewnością nie pojawiła się ona tutaj bezcelowo, w końcu można pokusić się o stwierdzenie, że cała fabuła opowiadania koncentrować się będzie właśnie na grze i wykorzystywaniu umiejętności aktorskich w praktyce. Luca i Matylda zawarli pewien układ, który opiera się na swego rodzaju partnerstwie, ale tylko pozornie. Tak naprawdę mam wrażenie, że toczyć się będzie między nimi cicha rywalizacja o to, kto okaże się sprytniejszy i bardziej wyrachowany i kto ugra więcej dla siebie. Być może na starcie jest między nimi równowaga sił, ale trudno sobie wyobrazić, by taki stan rzeczy miał utrzymać się do końca. Każde z nich pójdzie na pewne ustępstwa, w zasadzie już tak się stało, ale zgodnie z zasadą „lubię ciebie, wolę siebie”, liczyć się będzie przede wszystkim własny interes i potrzeby. Szczerość? Zaistniała tylko w momencie, gdy oboje jasno sprecyzowali swoje oczekiwania. Interesujące jest natomiast to, że owo „porozumienie” przyszło im w tak naturalny i niewymuszony sposób. Swój pozna swego? Hmm, to chyba nie jest do końca trafne stwierdzenie. Vettori sprawia wrażenie kogoś, kto urodził się ze zdolnościami manipulacyjnymi, natomiast Tilda w pewien sposób je sobie wypracowała. Jej kariera zawodowa to na niej wymusiła.
    Wiem, że utrzymujesz, iż będzie to spokojne opowiadanie, ale ponieważ akcja rozgrywa się we Włoszech, to jakieś trzęsienie ziemi zapewne nastąpi. Choćby takie delikatne. A ja będę przez cały czas rozkminiać, jak to jest naprawdę z Twoimi bohaterami i które z nich jako pierwsze się zmęczy (a może wcale nie?).
    Pozdrawiam :)
    PS. Mnie Pan Leon też wbił w fotel, i nawet pomyślałam sobie, że mógłby we wspomnieniu przyczynić się do jakiejś mini rozpierduchy. I przyznaj się, rzuciłaś za pośrednictwem MIgałów urok na moją Resovię (pamiętne 0:3 z Cuprum, zdaje się, że nawet na Podpromiu), bo strasznie jej z drużyną z Lubina nie po drodze ;)

    • otfilulu pisze:

      Ale to naprawdę będzie nadzwyczaj spokojne, przewidywalne do bólu, stereotypowe opowiadanie. Przynajmniej na takie mi wygląda, bo to sprawdzian i dla mnie, czy w ogóle umiem to napisać, i to znośnie. Chyba największym zaskoczeniem będzie brak zaskoczeń, a największym sukcesem, jeżeli opowiadanie nie zostanie skwitowane kultowym, PanaGumowym „Meh” :)
      Swój pozna swego – coś w tym jest. Choć wydaje mi się, że z piątego rozdziału Luca prawie nienaruszony, czysty wyszedł. Prawie :) Ale to może tylko moje wrażenie, bo w głowie to się może rozgrywać inaczej niż w trakcie czytania. Ciekawe czy nasuną Ci się jakieś nowe wnioski, choć powtórzę, przewidywalna fabuła, w której nie namieszam zdaje się. Miłego odbioru i pozdrawiam.
      PS. Pan Leon to rozpierduchą śmierdzi na odległość, żal by go było nie wykorzystać :) . A co do Cuprum to szkoda, że nie napisałam jak ogrywają do ucha Trefla. Ależ jestem na nich zła w tym tygodniu, jakbym była Cretu to darłabym się dwa razy głośniej niż on w przerwie. I że tak zażartuję nieprzystojnie – co to za wyczyn wygrać z Resovią, skoro ją nawet terminujący dopiero w rzemiośle GKS orżnął? :) (Proszę nie bić za głupie żarty).

  13. ~Greenberry pisze:

    Bingo, trafiłam, stworzyli sobie jakąś umowę, obopólne korzyści. Taka symbioza? Protokooperacja? Jak zwał tak zwał.
    Matylda to taki typ, który nie da się łatwo zwieść urokowi Luki. Luka za to nie da się całkowicie zdominować Matyldzie. I oboje mają interes w tej wspólnej gierce. Luca może nawet większy, bo ma nóż na gardle, a Matylda tylko urażoną dumę. Chociaż „tylko” to może złe słowo. Kobieta z urażoną dumą potrafi być bardzo niebezpieczna, szczególnie taka, jak Matylda.
    Kurczę, przebieram kopytkami z niecierpliwości, jak to wszystko się dalej poukłada. Albo posypie, bo mam jakieś takie dziwne przeczucie, że miło łatwo i przyjemnie nie będzie. Ciekawe, skąd mi się biorą takie obawy ;)
    Uwielbiam. Pozdrawiam

    • otfilulu pisze:

      Zupełnie nie wiem skąd takie obawy, jakbym co najmniej miała nawyk stałego krzywdzenia bohaterów. Przecież to wcale nie odpowiada mojej przyjaznej dla otoczenia osobowości ;)
      Symbioza, jak trafnie to określiłaś, trwa i nabiera mocy. Pozostawiam ocenie, kto wydaje się bardziej niebezpieczny po piątce. Może żadne? Bo to trochę dzieci w piaskownicy w końcu :)
      Pozdrawiam bardzo.

  14. ~Greenberry pisze:

    Jestem.
    Kompletnie wyprana z sił i chęci do czegokolwiek generalnie, ale coś mnie dziś tknęło po pracy, żeby sprawdzić, czy nie pojawiło się coś nowego w jednym z moich najulubieńszych miejsc w internetach. No i jestem.
    Mam przeczucie, że Matylda i Luca wykombinują tu jakąś transakcję wiązaną, jakieś wzajemne wykorzystanie siebie w swoich celach. Matylda z ambicji, Luca ze strachu. I pewnie, jak znam życie i Ciebie, coś się w tym wszystkim bardzo mocno pokomplikuje, zaplącze i utrudni.
    Uwielbiam Matyldę, chciałabym taka być, pewna siebie, silna, twarda. Tylko dlaczego mam przeczucie, że pod tą siłą jest bardzo krucha i delikatna osoba? I te nawiązania do wspinaczki. Piękna sprawa, góry, aż mi się zatęskniło. Matyldzie pewnie też.
    I uwielbiam Lucę, takiego złego chłopca, który jest trochę pogubiony, ma duże problemy i jest w tym wszystkim niesamowicie pociągający.
    A w ogóle to uświadomiłam sobie, że znalazłam Cię już ponad rok temu. Ponad rok temu odkryłam MIgała i zaczęłam czytać, to był czwartek, bo następnego dnia zaczynałam o ósmej. Musiałam wstać o piątej, położyłam się grubo po drugiej. I cholera, było warto.
    Uwielbiam tu być.
    Dziękuję

    • otfilulu pisze:

      Kurcze, ale ten czas zamiata. Też sobie robiłam ostatnio podsumowanie dwulatki tutaj.
      Może nie mam tabunów czytelniczek, ale chwalę sobie, że jakoś tak się składa, że jak już się ujawnią to się okazuje, że to nietuzinkowe osóbki. Za co jestem niesamowicie wdzięczna opatrzności, bo niekwestionowaną wartością dodaną prowadzenia tego bloga jest możliwość „porozmawiania” z Wami i oglądania pewnych spraw z innej niż własna perspektywy.
      Bardzo się cieszę, że znalazłaś CzyToJestNormalne i zostałaś tu do dziś, bo bez Ciebie byłoby to z pewnością mniej kolorowe miejsce, że już nie wspomnę, że los niektórych bohaterów też mógłby potoczyć się inaczej.
      Dziękuję za miłe i wzruszające słowa. Pozdrawiam cieplutko.

  15. ~eni pisze:

    Hymm chyba nie wiem co napisać, bo znowu do głosu by doszła maruda, więc może przeczekam O:) Generalnie nie przepadam za takimi ekhem gnojkami jakim jest tu Luca (nie bić!), więc trudno mi kibicować jemu i Matyldzie, którą z kolei bardzo lubię i życzę jej dobrze, bardzo dobrze… Swoją drogą, może w rzeczywistości Luca jest kompletnym przeciwieństwem Twojego, ale wygląda na takiego bad boya :D

    • otfilulu pisze:

      Oj mam przeczucie, że zmienisz zdanie i kto wie, może nawet zaczniesz kibicować? Jeżeli tylko uda mi się napisać to tak jak mi w głowie siedzi to może nawet powodów do marudzenia nie będzie? Ale to jeszcze nie teraz, bo by było za szybko, a taka zmiana nastawienia mogłaby Ci zaszkodzić :)
      Pozdrowienia Pierwsza Ever :)

      • ~eni pisze:

        Niby mówią, że tylko krowa zdania nie zmienia lol Ależ mnie zaciekawiłaś… co Ty tam w tej swojej genialnej główce wymyśliłaś?! Weny, czasu, czasu, weny oraz czego tylko tam jeszcze potrzeba, aby pomysły sprawnie w słowo pisane się zamieniały i na blogu ukazywały :D

    • otfilulu pisze:

      Poczułam się podwójnie zmotywowana Twoim komentarzem, dziękuję.
      W efekcie czwórka, która ostatecznie zawiązuje akcję określając co kto od kogo chce i dostanie (bądź nie) :)
      Pozdrawiam i zapraszam do lektury.

      • ~eni pisze:

        Cieszę się, jeśli choć trochę pomogłam. Nooo dobra, tego gdzieś się spodziewałam. Ciekawe kto pierwszy przekroczy ramy zawartego układu… I oczywiście chciałabym żeby to nie była pewna osoba. Ale zobaczymy jak ich losami pokierujesz i czym nas zaskoczysz, bo że zaskoczysz, to pewne :D

    • otfilulu pisze:

      Jak miło, że się odzywasz tak często, czuję się rozpieszczana :)
      Zaskoczeń w piątce chyba brak. Status quo rzec by można. Pytanie tylko, czy jeszcze można ich lubić?
      Pozdrawiam bardzo.

  16. ~VE. pisze:

    Ach ten Luca. Zawsze sobie zaszkodzi.

  17. ~Hania z R pisze:

    Wreszcie wyłamałam się z kompletnego regresu pozauczelnianych sił witalnych, wchodzę do Ciebie, a tu taka niespodzianka!
    Po Luce spodziewałabym się wszystkiego. Kolekcji starych Playboyów, zbierania oryginalnych pin-upowych plakatów albo czegoś równie wysublimowanego, ale modelarstwo?! Właśnie zaskarbił sobie mój najwyższy szacunek.
    Poza tym, jak zwykle u Ciebie nigdy nie jest prosto, a główny bohater zawsze musi wpaść w jakąś kabałę. Broń Boże, nie traktuj tego jako obrazę, a raczej jako uznanie dla Twojego sposobu budowania akcji.
    I aż mi wstyd za moje rozgrzebane opowiadania, ale chwilowo wpadłam w przepaść o nazwie „uczelnia”, z której na razie nie mam ochoty się wydostawać.
    Cura, ut valeas!

    • otfilulu pisze:

      Kurcze, coś jest z regresem sił witalnych na rzeczy, bo ja jak w końcu wrócę do domu to mam ochotę tylko spać. Ludzie coś robią ze swoim życiem a ja wegetuję pod kocem, i kij z tym :)
      Mam nadzieję, że przepaść o nazwie „uczelnia” wypuści Cię jeszcze czasem, choćby na niewielką miniaturkę.
      Pozdrawiam, jakżeby inaczej, spod koca.

  18. ~selene pisze:

    Miałam poczekać na pełną wersję rozdziału i dopiero dać o sobie znać, ale skoro już przeczytałam połówkę… ;) Na wstępie chciałam napisać, że nie mogę się napatrzeć na nowy nagłówek. Morze jest zachwycające o każdej porze roku. Gdyby teleportacja była możliwa, już spacerowałabym po plaży i wdychała jod. Co do fragmentu – Luca jeszcze bardziej łobuzerski niż się wydawało. Gdy rozpoczynałaś Tildę obawiałam się, że między opowiadaniowym a rzeczywistym Vettorim będzie spory dysonans, ale teraz zupełnie go nie odczuwam. Gdyby tak wyjść z założenia, że w każdym lub prawie każdym grzecznym chłopcu siedzi jakiś chochlik, wszelkie niezgodności zaczynają się zacierać. Abstrahując jednak od grzeszków Luki, strasznie rozczuliło mnie jego sekretne hobby. W każdym mężczyźnie drzemie mały chłopiec, ale żeby nie zabrzmieć dyskryminująco – z płcią przeciwną jest podobnie.
    Jeśli zaś chodzi o posta na głównej, to zdaje się, że poszerzyłaś moje horyzonty, bo jestem sto lat za murzynami, od wieków nie odwiedzałam strony PlusLigi i o żadnej grze nie miałam pojęcia. Trzeba będzie w wolnej chwili nadrobić zaległości.
    Pozdrawiam :)
    PS. Kurczę Uszate, chciałam coś jeszcze napisać, ale zrobię to następnym razem, bo chyba i tak już za bardzo odbiegłam od tematu, zatem do następnego :)

    • otfilulu pisze:

      Mojej wersji Vettoriego mam zamiar bronić do ostatka i zrobię wszystko żeby wyjść z tego starcia zwycięsko, bo zdaję sobie sprawę, że baaaardzo mi się tutaj odjeżdża od zwyczajowego wizerunku. Tym bardziej cieszy, że zupełnie nieukładny Luca nie razi a nawet przekonuje. Pozostaje mi tylko powtarzać sobie za każdym razem: „nie zepsuj tego” a Was prosić o czujność i strzał w czółko jak jednak zepsuję.
      Teleportacja jest możliwa, sama ostatnio doświadczyła zupełnie spontanicznego wyjazdu, skutkiem czego będzie chyba przeprowadzka na stałe. Nareszcie! Jednak marzenia się spełniają i od nowego roku moje wpisy ociekać powinny hmm jodem ;) (taka niewinna gra słów).
      Pozdrawiam i bardzo dziękuję za częste zaglądanie, wiesz, że mam na Ciebie wyczulony radar.
      PS. Jeżeli pojawisz się w grze daj znać. Nart Stary bądź Nowy chętnie wyzwą Cię na pojedynek :D

      • ~selene pisze:

        Znacznie lepiej wdychać jod niż smog ;) Ale ja i tak od dziecka mam słabość do Krakowa, to była miłość od pierwszego wejrzenia. Gdybym, zaś mogła się teleportować, to najchętniej do Sopotu. Chociaż na chwilkę.
        Ty nie musisz bronić Luki, on broni się sam. I wywołuje głupkowaty uśmiech na moim licu, bo nie mogłam przestać się szczerzyć w trakcie czytania sceny z jego udziałem. Gałgan jeden ;) Doskonale wie, jak zrobić użytek ze swojego uroku osobistego, dodatkowo na uwagę zasługuje jego umiejętność samokontroli i to, z jaką wprawą przywdziewa poszczególne maski. Niemal niepostrzeżenie. Wygląda na to, iż częstotliwość ich stosowania spowodowała, że przynajmniej jedna z nich stała się jego twarzą. Nie odkryję Ameryki stwierdzając, że każdy z nas czasami ukrywa swoje prawdziwe intencje i uczucia, to naturalna reakcja obronna. Różnica polega na tym, że niektórymi kieruje bezczelność i wyrachowanie. Zdaje się, że panicz Vettori coś o tym wie. Dba o swoje interesy najlepiej jak potrafi, ujmuje pozorną niewinnością i łapie na haczyk kolejne rybki. Tym razem jednak sytuacja przedstawia się trochę inaczej, ale on jest tego nieświadomy. „Kto kogo tutaj przechytrzy?” – pytanie niezmiennie aktualne. Matylda jest babeczką twardo stąpającą po ziemi (jak zresztą każda wykreowana przez Ciebie bohaterka), więc przed Lucą niełatwa przeprawa. Obojętnie czy będzie spokojnie czy niespokojnie – czekam na ciąg dalszy tak samo (nie)cierpliwie jak zawsze!
        A teraz pogadam sobie troszkę nie na temat (ale tylko troszkę, bo w zasadzie pośrednio ma to związek z jednym z Twoich opowiadań), mam nadzieję, że wybaczysz. Temat został już przewałkowany od A do Z, ale strasznie jestem ciekawa jak Ty się na wszystko zapatrujesz. Kiedy na jaw wyszły „problemy” Kurczaka Uszatego, pomyślałam sobie, że znów trafiłaś ze swoją Elektrolizą w sedno. No bo Bartek zagubiony, wypalony, być może chowający głowę w piasek, generalnie nie tak silny jak mogłoby się wydawać. Niemal w jednej chwili cały ten obraz drastycznie się zmienił i można by zacząć się zastanawiać, w co on gra, bo zdaje się, że nie tylko w siatkówkę. Zazwyczaj jestem daleka od radykalizowania i staram się dostrzegać dwie strony medalu, ale teraz mam totalny mętlik.
        Pozdrawiam! :)

        • otfilulu pisze:

          To ja może od razu przejdę do sedna czyli części niedotyczącej Tildy. Bardzo dziękuję za przykręcenie mi tzw. śruby, bo zmusiłaś mnie do wypocenia skrótu, który za mną już chwilę chodzi. Oczywiście w swojej dowolnej interpretacji przesadzam i Bartka po starej znajomości taplam w błotku, gdyż doszłam do wniosku, że jak już chciał być taki zły to mógł iść na całość, a nie bawić się w półśrodki ;)
          Z przyjemnością wrócę do dyskusji na ten temat, tak na poważnie, ale to nie dziś, bo wciąż się nie położyłam, a już będę wstawać.
          Jeszcze raz dzięki za motywację i jeszcze większe dzięki za polubienie Luki, tak właśnie powinno być.
          Pozdrawiam i do przeczytania, mam nadzieję, po Bartku Złym. (Zły Bartek, zły, za karę do Kurnika! :) )

  19. ~prosaen pisze:

    jak zwykle wbiegam spóźniona, ale zawsze wracam. aż mi jest przykro, jak czytam o takim chłodzie i wyrachowaniu. to znaczy nie chodzi mi nawet o samego Lucę (czy Lukę, nigdy nie wiem jak to odmieniać), ale o sam typ takiego zachowania. w każdym razie wspieram mocno Matyldę.

  20. ~isia pisze:

    Przeczytałam Migała i się zakochała w twoim sposobie pisania <3 Postanowiłam więc przeczytać to i jeszcze bardziej się w tym zakochałam! Główne bohaterki – bizneswomen, po prostu genialne :D
    Mam nadzieję, że szybko pojawi się jakiś nowy rozdział ;)

    • otfilulu pisze:

      Strasznie miło i strasznie dziękuję :) Szczególnie za przekopanie się przez MIgała w całości! Za każdym razem ogromnie mnie cieszy, jak widzę jakąś duszyczkę, która otwiera część za częścią i dociera do końca tego tasiemca. Baaaardzo budujące i sympatyczne :) Dzięki.
      Tilda w kolejnej osłonie mam nadzieję, że w ten weekend, więc bardzo serdecznie zapraszam.
      Pozdrawiam :)

      • ~isia pisze:

        Twój styl skłonił mnie nawet do przeczytania w 2 dni Elektrolizy… Należę do tych osób, które (łagodnie mówiąc) nie lubią Kurka i wszystkiego co z nim związane. Tę historię przeczytałam prawie bez mrugnięcia okiem. Skradła moje serce. To się w głowie nie mieści, co ty ze mną robisz haha ;) Przeżywam to wszystko jak głupia. Aż się sama sobie dziwie.

    • otfilulu pisze:

      Chyba odrobinę urosłam po przeczytaniu tego komentarza :) Bardzo, bardzo dziękuję. To ogromna radość, wiedzieć, że opowiadanie zostaje w głowie, choćby na moment. Tym bardziej, kiedy nie przepadasz za bohaterem!
      Mam nadzieję, że zajrzysz tu jeszcze. Postaram się, żebyś znów nie wyszła z pustymi… myślami ;)
      Dziękuję jeszcze raz i pozdrawiam.

  21. ~Hania z R. pisze:

    Czyżby sen był znaczący? W moim postrzeganiu to właśnie jego treść jeszcze bardziej określa całą osobowość Matyldy i jej problemy. A chłód, powściągliwość i nieustępliwość mogą ją kiedyś wykończyć. Czyżby wypalenie? Zobaczymy…
    A te szczegóły, mrugnięcia okiem, na przykład w postaci zdjęcia, po raz kolejny zmuszają do refleksji i zostawiają z zagwozdką. Jak zwykle wielbię za to, i za niejednoznaczności i przestrzeń do domyślania się również.
    No i Luka, piękny, wyrachowany, uzależniony od wygrywania Luka… Nie wiem, czy obudzi się w nim po raz kolejny zdobywca, czy raczej zwykła menda, która Tildzie będzie utrudniać pracę.
    Cóż, przypuszczenia i domysły zostawię sobie i cierpliwie będę czekać na ciąg dalszy.
    P.S. Co do pana P., widzisz, jednak można bardziej :D !

    • otfilulu pisze:

      Rzeczywiście, wspinaczka nie śniła się Matyldzie przypadkowo i ma wiele wspólnego z jej osobowością. Miejmy nadzieję, że do wypalenia jeszcze daleko, bo przed nią sporo wyzwań w najbliższym czasie, ale o tym ciiiii :)
      Miło się czyta „niejednoznaczność”, dzięki, od zawsze mi na tym cholernie zależy i tak długo jak się jakoś udaje to mogę spać spokojnie.
      A ja niecierpliwie będę czekać na komentarz pod ciągiem dalszym, który miejmy nadzieję niebawem nastąpi.
      PS.Można! Nawet się zastanawiam, czy nie wybrać się na pożegnalny mecz w Spodku i złożyć hołd należny Królowi Ciętej Riposty Wyrażonej Jednym Meh :)

  22. ~selene pisze:

    Niemal za każdym razem, gdy urządzam sobie maraton nadrabiania komentarzowych zaległości, Ciebie zostawiam na koniec. Bo na Twoje rozdziały czeka się jak na smaczny deser, to raz, a dwa, daję sobie też więcej czasu na przemyślenie kilku kwestii.
    Luca nadal jest przekonujący, nic w tej kwestii się nie zmieniło. Piszesz, że przyjrzałaś mu się uważniej i coś się kryje pod tą uroczą buzią. Cóż, ja zawsze myślałam podobnie o pewnym kędzierzawym Serbie, a gdyby tak poszerzyć krąg zainteresowania, na pewno znalazłoby się jeszcze kilku podobnych „przyjemniaczków” ;)
    A Matylda to się nie bała tak zostawić obcego w domu i wyjść? :) Pytam zupełnie poważnie, nieistotne, że chodzi o znanego-nieznanego siatkarza. Przy okazji pomyślałam o pewnej rzeczy. Facet prowadzący, hm, „rozwiązły tryb życia” jest zazwyczaj o wiele mniej napiętnowany niż kobieta, i wcale nie mówię o sytuacji, w której owa kobieta zajmuje się tym „zawodowo”. To szowinistyczne, ale tak jest. Niektóre zachowania mężczyzny traktuje się jakby z większą pobłażliwością
    Luca niewinny kłamca i Luca zdobywca. Kobiety są dla niego niczym więcej niż trofeum. Przez chwilę nacieszy oko, a później wyznacza sobie kolejne cele, przecież gra toczy się dalej. Zupełnie jak w sporcie. Pytanie tylko, co sprawia, że jest taki, a nie inny. Nuda? Ciekawość? A może odpowiedź znajduje się w przeszłości? Wiem, wiem, ponoć ma być spokojnie, co i tak nie powstrzymuje mnie przed drążeniem i rozkminianiem. U Ciebie nie da się inaczej ;) No i Tilda. Jest w niej jakiś chłód, opanowanie, niezależność, może emocjonalna niedostępność. Zastanawiam się, na ile to prawdziwa twarz, a na ile maska. A jak tak sobie czytałam opis jej wspinaczki, to przyszło mi do głowy zupełnie bez związku, że to mogłaby być całkiem trafna metafora ludzkiego życia. Ciągle jakieś przeszkody, stromizny, nieustannie do czegoś się dąży, pokonuje kolejne wysokości w drodze na szczyt (szczytem może być sukces), a na końcu może się okazać, że człowiek zostaje sam. Naprawdę czasami brakuje mi lekcji polskiego ;)
    Pozdrawiam :)

    • otfilulu pisze:

      A ja ostatnio złapałam się na tym, że nie biorę się za kolejny rozdział na poważnie, dopóki Ty się nie pojawisz ze swoim komentarzem. Powtarzać będę wiecznie – papierek lakmusowy :)
      Ok, to 2:0 dla mnie, Luca nadal się sprzedaje, a przecież o to chodzi. I powiem szczerze, nie przyszło mi do głowy, że Matylda może się bać o swój dobytek w stosunku do a) znanego siatkarza i b) takiego, z którym nadal będzie zmuszona się widywać, czy zechce czy nie, ze względu na kontrakty reklamowe. Muszę przyznać, że zaskoczyłaś mnie pytaniem i nie mam sensownej odpowiedzi :)
      Oj nawet nie wiesz jak na czasie jest Twoje spostrzeżenie o tym jak różnie społeczeństwo podchodzi do tych samych zachowań kobiet i mężczyzn. Ostatnio przypadkowo napatoczyła mi się taka historia, że nie wiem czy miniatura to ogarnie, ale z pewnością gdzieś ją wykorzystam. Życie przerosło wyobraźnię w tym przypadku, ale wniosek jest jeden. Facetowi o wiele więcej ciemnych sprawek ujdzie, podczas gdy do dziewczyny zaraz przylepią się bardzo nieładne określenia.
      Cieszę się, że sen Matyldy nie został odebrany jako „zapchajdziura”. On był po coś, i dokładnie z takim znaczeniem go pisałam. Strasznie dziękuję za tę interpretację.
      Pozdrawiam bardzo uparcie zapewniając, że będzie spokojnie!

  23. ~Cierpienie pisze:

    Skoro jest tu Luca, to i ja tu będę. Jak ja dawno nie czytałam niczego na onecie (ostatnio chyba, gdy sama tu pisałam xD Czyli wieki temu). Przyzwyczaiłam się do bloggera, ale mam nadzieję, że i tutaj dam radę. Przepraszam za głupie pytanie, ale jest tu opcja subskrypcji, dodania do obserwowanych czy czegoś takiego? Abym np. dostawała maile o nowościach?
    Bo naprawdę nie chcę nic przegapić. Chyba pokocham to opowiadanie, już zdobyło moje serce, bo jest inne niż wszystkie. Bohaterka nie klei się do siatkarza, jest normalna, spotykają ją w życiu niepowodzenia. Czyli tak jak być powinno.
    Luca też jest inny. Przynajmniej ja z takim przedstawieniem go jeszcze się nie spotkałam. Ani sama nigdy go sobie tak nie wyobrażałam. Dla mnie on jest spokojnym i wycofanym matematykiem w okularach, a nie podrywaczem, który wchodzi z Matteo w dziwne zakłady. Ciekaw, dlaczego Piano jest trzy punkty do tyłu Oo Dla mnie on też ma potencjał do wygrywania takich zakładów. Szczerze powiedziawszy, chyba prędzej uległabym jemu niż Vetto. Ale ja jestem inna niż wszystkie kobiety, więc… No cóż.
    Wracając do tematu zakładów, bardzo mi się one nie podobają. Ale jak pomyślę o Piano i Luce to jakoś nie potrafię się złościć. Chociaż gdybym sama padła ofiarą takich podrywaczy… O nie.
    Współczuję Matyldzie. Nie ma łatwo, najpierw porażka na tle zawodowym mimo teoretycznego pewnego zwycięstwa, a później Luca. Przecież mają razem współpracować. I myślę, że Vetto nie odpuści. Ona go zignorowała, nie poddała się jego urokowi, przez co ego i męska duma Luki zostały nadszarpnięte. Myślę, że będzie chciał sobie udowodnić, że to był zwykły przypadek i jej błąd.
    Dodam jeszcze, że podobają mi się trzy zegary w mieszkaniu Matyldy. Świetny pomysł, bardzo inspirująco. I kreatywnie.
    Pozdrawiam gorąco i czekam na ciąg dalszy :*

    • otfilulu pisze:

      Kurcze, przegrzebałam ustawienia i nie znalazłam nic co pozwoliłoby stworzyć listę subskrybentów, być może robię to źle, być może blog.pl „zapomniał”.
      Na onet trafiłam za niedoścignionym wzorem i tak już zostałam, wraz z pewnymi niedogodnościami, bardzo mi przykro. Na chwilę obecną mogę zaproponować pozostawianie spamu na Twoim blogu, jeżeli nie będzie Cię to denerwować, bądź cykliczne odwiedziny, bo staram się przynajmniej raz w tygodniu tu wracać.
      Bardzo się cieszę, że opowiadanie przypadło Ci do gustu i mam nadzieję, że ciąg dalszy nie rozczaruje. Właśnie przez ten wizerunek „wycofanego matematyka” (bardzo trafne podsumowanie swoją drogą) nie do końca spinający mi się z tym, jak dla mnie, nieprzypadkowym zestawem uroczo bezradnych minek i spojrzeń podczas wywiadów wybrałam sobie Vettoriego na bohatera i z całych sił będę chciała ten wybór uwiarygodnić. Bardzo zapraszam do podglądania efektów tej walki :)
      Pozdrawiam i dziękuję za komentarz.

  24. ~VE. pisze:

    Luca osiągnął co chciał, Matylda trochę się odstresowała, czyli bilans wspólnej nocy aktualnie na plus. :p
    Czekam na tłumaczenia prezesa, o ile do nich dojdzie. Co prawda nic one nie zmienią, ale ciekawi mnie, czy to, że Matylda nie wygrała ma drugie dno, czy po prostu została uznana za gorszą.

    • otfilulu pisze:

      No tak, chwilowo grają na przewagi :)
      Zdaje się, że następnym rozdziałem zaspokoję ciekawość i… no zobaczysz sama.
      Zapraszam i pozdrawiam.

  25. ~Greenberry pisze:

    W to spokojne opowiadanie to ja nie wierzę akurat, nie w Twoim wykonaniu. No chyba że w myśl powiedzenia „spokojnie jak na wojnie – tu pierdolnie, tam pierdolnie i znowu jest spokojnie”.
    Już podziwiam Matyldę, już ją lubię. Ja po takim upokorzeniu albo bym się koncertowo rozryczała na środku sali, albo dałabym komuś w pysk. Uwielbiam bohaterki z taką siłą, z takim charakterem. No i uwielbiam Twoje bohaterki, właściwie wszystkie po kolei.
    No i Luca. Wygląda na grzecznego, ale to tylko bardziej pasuje do niegrzecznego charakteru. No i czy ja tu widzę Matteo Piano, kolejną ładną włoską buzię?
    Niezmiennie intrygujesz, niezmiennie chcę więcej

    • otfilulu pisze:

      Pisanie o Vettorim bez Piano to podobne faux pas jak pisanie o Kurku bez Nowakowskiego :) Oni zawsze chodzą parami, jakby mieli co najmniej wspólną nerkę.
      Nadal uważam, choć może to zniechęcać, że będzie tu spokojnie. Przez rozplanowane rozdziały nikt mi nie umarł, nie popadł w chorobę psychiczną ani uzależnienie. Według dotychczasowych standardów – nudaaaaaaaaaaaaa :)
      Miło, że Matylda się podoba, będę się mocno starać, żeby wyszła inna i jak najmniej „igowata”.
      Jak zwykle, dziękuję za komentarz i pozdrawiam bardzo.

  26. ~prosaen pisze:

    taki wyrachowany Luca? to rzeczywiście odbiega od kanonu, ale skoro zapowiadasz, że będziesz to bronić, to czekam. myślę, że tu może być naprawdę ciekawie.

    • otfilulu pisze:

      Zawsze się cieszę, jak tu zaglądasz i myślę sobie, jak to dobrze, że wróciła. Dziękuję bardzo, zapraszam i niezmiennie pozdrawiam :)

  27. ~selene pisze:

    Otfilulu teraz: To będzie spokojne opowiadanie.
    Kilka rozdziałów później: TAK NAPRAWDĘ TO NIE.
    No proszę Cię, Ty i spokojne opowiadanie to pojęcia przeciwstawne! :D U Ciebie nawet jak jest spokojnie, to i tak nie jest. Za dużo obaw o to, co wydarzy się dalej.
    Wiesz co? Podoba mi się taki Luca. Więcej, taki wizerunek paradoksalnie bardzo do niego pasuje. Cicha woda brzegi rwie, niegrzeczny chłopiec o twarzy anioła, niewinny kłamca, jak śpiewa Podsiadło w jednej ze swoich piosenek, mającej posłużyć mi za bazę do niedokończonego nigdy oneparta. Luca jest ładny. Jest uroczym młodzieniaszkiem o chłopięcej urodzie, którego nikt nie posądzałby o żadne bezeceństwa czy brudne myśli. I on potrafi doskonale to wykorzystać. Matylda zaś sprawia wrażenie twardo stąpającej po ziemi racjonalistki, która nigdy nie dałaby się omotać jakiemuś „chłystkowi”. Myślę, że już teraz przychodzi mi do głowy kilka prawdopodobnych słów kluczy tej historii i zastanawiam się nad jedną rzeczą – kto kogo tutaj przechytrzy?
    Pozdrawiam :)

    • otfilulu pisze:

      Ale z ręką na sercu. Jak popatrzę na plan opowiadania to naprawdę: spokój i przewidywalność. Na dowód tego, Twoje ostatnie zdanie: kto kogo tutaj przechytrzy. W końcu nic się wiele nie podziało jeszcze, a Ty już na tropie :)
      Bardzo się cieszę, że póki co „kupujesz” mojego Lucę, zobaczymy jak będzie po drugim rozdziale. W każdym razie będę obstawać przy swoim, bo w ramach przygotowań do Tildy przyjrzałam się mojej ofierze dokładniej i coś tam się czai pod tą uroczą buzią. Niewinny kłamca – idealnie to ujęłaś.
      PS. Oj jakbym się ucieszyła, gdybyś jednak dokończyła oneparta! Widziałaś reakcję na swój ostatni wpis. Fandom tęskni :)

  28. ~Hania z R. pisze:

    Uwielbiam Twoje korpogirls. Takie silne, niezależne i prawdziwe w swojej sile kobiety. A Tildę darzę niesłabnącym uwielbieniem. Podziwiam jej siłę psychiczną (odrobinę wspomaganą roztworem z chleba naszego powszedniego), zwłaszcza po takim ugodzeniu w ego. Wow, zazdroszczę i będę chyba musiała wziąć korki.
    A chyba następnego dnia żal będzie solidny.

    Cura, ut valeas, z uwielbieniem :)

    • otfilulu pisze:

      Mówisz: żal następnego dnia, jest: żal następnego dnia :) Zapraszam.
      A moje korpoludki choć mogą się wydawać trochę nierzeczywiste to ręczę za nie. Zgodnie z zasadą: co cię nie zabije to cię wzmocni, firmy potrafią wyhodować specjalnie odporne na życie okazy.
      P.S. Tak mnie nakręciłaś swoim Panem P., że jak powalona oglądam wszystkie materiały w sieci z jego udziałem. Myślałam, że bardziej go już wielbić nie mogę. Błąd :)

  29. ~VE. pisze:

    Chyba nie chciałabym odczuć takiego rozczarowania jak Matylda, która zrezygnowała ze wszystkiego na rzecz uzyskania awansu, a w zamian nie dostała nic i ktoś inny spił całą śmietankę. W sumie dobrze, że gdzieś tam w pobliżu był Luca, który nieco stłumił uczucia, które buzowały w Matyldzie. Pytanie tylko jak duże znaczenie w jej życiu będzie miał Vettori. Ale to się okaże.

    • otfilulu pisze:

      Myślę, że jakieś zajęcie dla Vettoriego wymyślę, żeby nie przewijał się jedynie jako puste nazwisko przez tekst ;)
      A Matyldę spotkało niestety to co codziennie wiele osób w każdej mniejszej czy większej organizacji. I to według mnie wcale nie wynika ze specyfiki biznesu tylko bardziej z tego jacy ludzie bywają w ogóle – taka luźna myśl, po piwie :)
      Pozdrawiam i dziękuję za odwiedziny.

  30. otfilulu pisze:

    No to startujemy na poważnie. Pierwszy rozdział, zawiązanie akcji. Bohaterowie w wąskim kadrze. Bez niespodzianek i zaskoczeń. To będzie spokojne opowiadanie.
    Dziękuję Wam za obecność i bardzo proszę o dzwoneczki alarmowe, jeżeli coś wyda się nie tak, bo żywię mocno taką obawę.
    Pozdrawiam.

  31. ~selene pisze:

    Tak jak już wcześniej wspominałam, intrygujesz mocno, ale to dobrze, że Luca nie będzie taki och, ach, cud miód malina i orzeszki. Potrzebna jest szczypta jakiejś ostrej przyprawy i kto jak kto, ale Ty nie omieszkasz jej sypnąć ;) Trzymam kciuki za wenę i pozdrawiam :)

  32. ~Hania z R. pisze:

    Jestem, czekam i nie mogę doczekać się procesu „brudzenia”. A (Ma)Tildę już kocham.

    Cura, ut valeas!

  33. ~VE. pisze:

    Będę :) Tak jak pisałam, czemu nie Luca. Więc czekam.

  34. ~Greenberry pisze:

    Lubię Vettoriego, ale to już mówiłam. Przyjemny na buzi chłopak, a i sympatyczny się wydaje. Ciekawa jestem, co z niego wyciśniesz, już się nie mogę doczekać.

  35. ~eni pisze:

    „Pierwsza ever” się melduje, wyraża skruchę i prosi o łagodny wymiar kary :* Może Włosi nie są moją ulubioną drużyną, ale Vettoriego „drapieżne spojrzenie” trudno nie lubić. Będzie ciekawie, oj będzie (zacieram rączki) :D

    • otfilulu pisze:

      Nawet nie wiesz, jak się cieszę, że Cię widzę. Całą, zdrową i …. delikatnie marudzącą („Może Włosi nie są moją ulubioną drużyną”).
      Czy ja kiedykolwiek napiszę coś, co będzie w pełni akceptowalne? ;)
      A na poważnie, dobrze, że jesteś, pyszczek mi się tak bardzo roześmiał na widok tego komentarza. Nie znikaj już tak, a już na pewno nie znikaj zupełnie.

      • ~eni pisze:

        Wiesz, myślę, że ja marudzenie jest nieodłączną częścią mnie ;) Swoją drogą gdybym ten komentarz pisała po półfinale IO to chyba bym mocniejszego słowa użyła lol To co piszesz ma być akceptowalne przez Ciebie, reszta musi się dostosować. Mój pyszczek też się uśmiechał na tak miłe słowa :* Obiecuję nie znikać!
        Mam nadzieję, że po wyjściu z taksówki Luca już w grze nie będzie :P Tilda, samarytanko pomogłaś, a teraz nie daj się!

    • otfilulu pisze:

      A ja Włochom właśnie bardzo kibicowałam i przegrany z Brazylią finał, i to jeszcze tak, mnie zdenerwował i wywołał falę niebywałego marudzenia :)
      Za to (wiem, że wystawiam się tu na strzał) jak najgorzej życzyłam Amerykanom. Jak widać, sama natura stawia nas najczęściej po przeciwnych stronach barykady ;) Ale jak to się mówi – przeciwieństwa się przyciągają, więc będę używać wszelkich dostępnych mocy, aby Cię stale przyciągać (i wiem, że nie może to być Kadziewicz ;) ).
      Pozdrawiam bardzo, bardzo, bardzo.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>