Skróty

Za mało na opowiadanie za dużo na przemilczenie. Takie tam, chwile słabości:

BIEG – Jak to jest, kiedy jej już nie ma?

KOSZMAR NIEKONWENCJONALNY – Zwariowałam!

LENNY - Po rozdziale IX Elektrolizy obiecałam mu, że go tak nie zostawię.

KOLĘDNICY – Wesołych Świąt!

MAPA – Nie wiem dlaczego, przyszło i jest.

ZŁOTA – Bo jak długo nie piszę o Kubiaku, to mi się cera pogarsza.

BEZ ŻALU – Nuciło mi się od maja, w końcu dopadło w Atlas Arenie.

FUZZY KULKA – Moje Własne Idaho.

ZAPOMNIJ WIĘC – Wybaczcie, że znów o tym samym, ale TO się nie dało zbyć.

NAJCZARNIEJSZY SCENARIUSZ – Zły Bartek, zły!

GDYBY – Kadziu w Ergo przypomniał mi, że go lubię.

==============================================================

Gdyby

Zanim cię jeszcze poznałem

Łukasza obudziła reklama Oreo. Chwytliwa melodyjka bez trudu przenikała przez cienkie ściany hotelowego pokoju i z łatwością wnikała pod zarzuconą na głowę poduszkę, za nic mając sobie przekleństwa wydobywające się z ust zaspanego mężczyzny.

Kadziewicz odrzucił ze złością pościel i usiadł na łóżku. Od razu zrozumiał, że to nie była najmądrzejsza decyzja. Zawroty głowy oraz zawartość żołądka podchodząca do gardła dobitnie przypominały, że wczorajszą imprezę należy jeszcze odchorować. Mógłby przespać kaca, wstać popołudniu bez najmniejszych oznak niedyspozycji, ale o tym pomyśle można już było zapomnieć. Dzięki uczynnemu sąsiadowi z pokoju obok.

– Co się stanie, kiedy w mordę dam, debilowi, którego za ścianą mam? – Pytanie, z oczywistych względów, nie doczekało się odpowiedzi.

Łukasz podniósł się powoli i niechętnie powlókł do łazienki. Nie pozostawało nic innego jak wziąć się z trudnym porankiem za bary stosując drugą, niezawodną metodę: zimny prysznic, a potem spacer na świeżym powietrzu.

W niecałe pół godziny Kadziewicz opuszczał hotel wschodnim wyjściem i wbijając dłonie w kieszenie kurtki kierował się w stronę plaży.

Morze było wyjątkowo ciche, łagodne fale przywodziły na myśl jezioro. Ich jednostajny szum uspokajał a chłodny, wiejący od lądu, wiatr orzeźwiał. Łukasz szedł wolno wzdłuż brzegu, stopy zapadały się w mokrym piasku, podwinięte nogawki spodni ciążyły nasiąkając wodą. Z każdym krokiem Kadziewicz czuł się odrobinę lepiej, przestało go mdlić a ból łupiący w skroniach zelżał. Maszerując mężczyzna obserwował niknący w porannej mgle horyzont i wspominał wczorajszy wieczór.

Przyzwyczaił się już, że za każdym razem, gdy któryś z kolegów zawieszał buty na kołku jego samego dopadała niewytłumaczalna melancholia. Te wszystkie przywoływane przy takich okazjach historie, wspomnienia, sukcesy i porażki, które niejednokrotnie współdzielił, sprawiały, że żegnał nie tylko karierę przyjaciela, ale wciąż na nowo zamykał swoją. W przypadku Piotra odczuwał to szczególnie mocno. Razem stawali na podium w Japonii, wicemistrzowie zero-sześć, na całe życie. Skłamałby, gdyby powiedział, że nie tęskni, za boiskiem, za mocno uderzoną piłką, za satysfakcją z wygranej i tym napięciem w trakcie walki. Z zazdrością spoglądał na Daniela, dziwiąc się skąd w tym człowieku tyle siły, zdrowia, odporności na nieodłączny ból. Nie rozumiał, jakim sposobem Pliński daje radę wciąż stawiać się na mordercze treningi z Gardinim i utrzymywać całkiem przyzwoity poziom wychodząc w wyjściowym składzie Olsztyna. Łukasz już dawno musiał się poddać, nie widząc sensu w staniu w kwadracie, nie mając zamiaru pozwalać, aby młodsi i sprawniejsi odsuwali go na dalszy plan. Odsunął się sam.

Nie mógł narzekać. Świat po siatkówce poukładał mu się nad wyraz dobrze. Zarabiał, bywał, pozostawał w interesujących go kręgach i zdobywał w nich coraz większe wpływy. Jednak w takie dni jak dzisiejszy nie mógł powstrzymać się od kreowania w wyobraźni scenariuszy alternatywnych. Co by było gdyby? Gdyby bardziej przykładał się do treningów, gdyby traktował sport poważniej? A gdyby nie kontuzja, gdyby został w Rosji, gdyby nie wyjechał do Włoch? Gdyby nie ta jedna, jedyna piłka w ćwierćfinałach? Gdyby…

Łukasz przystanął. W głowie zapanowała nagła pustka, myśli rozpierzchły się bez ostrzeżenia. Kiedy się mijali, dziewczyna spojrzała na niego przez moment. Coś nieuchwytnego, wrażenie, przeczucie, wspomnienie przemknęło przez zmęczony umysł mężczyzny. Zielone oczy dziwnie znajome w nieznajomej twarzy. Chwila, sekunda i znów był sam. Morze rozbijało się falami u jego stóp.

Jak automat przeszedł jeszcze kilka metrów zanim zdecydował się zawrócić. Dziewczyna była szczupła, niewysoka, ubrana w sportową bluzę z kapturem oraz wypłowiałe dżinsy. Nie znał jej, nigdy jej nie spotkał a mimo to szedł teraz za nią, uśmiechał się widząc jak zbiera drobne muszelki wrzucając je do niesionego w ręce foliowego woreczka i wiedział, po prostu wiedział, jak jej na imię.

A gdyby zawołać? Przekonać czy się nie myli? Zacząć rozmowę, sprawdzić czy to jedynie sztuczka zmaltretowanego alkoholem mózgu czy też rzeczywiście jeden z alternatywnych scenariuszy minął go właśnie na opustoszałej, trójmiejskiej plaży?

Przyspieszył kroku, prawie zrównał się z nieznajomą i już otwierał usta, gdy niespodziewany dzwonek telefonu pokrzyżował mu plany. Dziewczyna zatrzymała się odbierając połączenie a Łukaszowi nie pozostawało nic innego jak wyminąć ją w niezręcznym milczeniu, zbyt blisko, aby udawać, że to przypadek. Ponownie, na ułamek sekundy, wymienili zakłopotane spojrzenia.

Zielone oczy. Szczęście i cierpienie. Płatki śniegu topniejące na policzkach. Niespodziewany pocałunek w zaparkowanym na poboczu samochodzie. Coś bardzo dobrego okupione ogromnym bólem. Zdalnie sterowany samochodzik zataczający kółka na puszystym dywanie, coraz dalej i dalej. Strach. Gdyby…

Wiatr niósł słowa prowadzonej półgłosem rozmowy.

– Na plaży, Maćku.

– Nie wstawaj jeszcze skoro źle się czujesz, wizytę mamy po jedenastej, zdążymy. Ja już wracam.

Łukasz usłyszał za plecami szybkie kroki. Dziewczyna wyprzedzała go wciąż przyciskając do ucha telefon.

– I tak chciałam stąd uciekać. Kadziewicze tu się roją niespotykanie, już trzeciego napotykam. One chyba z morza wychodzą.

Nieznajoma odwróciła się, przez chwilę szła tyłem uśmiechając się do Łukasza. Odwzajemnił uśmiech. Gdyby znał ją lepiej, gdyby znał ją w ogóle, powiedziałby jej, że jest małą cholerą.

2017.04.16 Znajomość MIgałów wyjaśnia wiele.

UP lub DOWN

Najczarniejszy scenariusz

Bartek zerknął na zegarek. Dziesiąta piętnaście. Samolot odlatywał o dziesiątej, z lotniska w Pyrzowicach, przy tych korkach na gierkówce, droga do Bełchatowa zajmie przynajmniej dwie godziny. Masa czasu do zabicia. Bartosz przeciągnął się i ziewnął rozdzierająco a następnie schylił po leżący na podłodze tablet. Przejrzał aktualności sportowe nie znajdując nic wartego uwagi. Ktoś przegrał, ktoś wygrał, ktoś pokonał kogoś innego w zaciętym pojedynku. Normalka. Z nudów w okienku wyszukiwarki wpisał swoje nazwisko, strona portalu odświeżała się przez moment by ostatecznie wyświetlić równe rządki miniaturek z jego twarzą. Kliknął najstarszy post i poruszając wargami odczytał nagłówek:

„Bartosz Kurek obrał kierunek japoński”

Uśmiechnął się do wspomnień. Ależ był wtedy z siebie zadowolony, chodził dumny jak paw. Dobrego samopoczucia nie popsuły mu nawet sromotne porażki z Zaksą w play-off’ach ani nie najlepszy występ Resovii w finale Ligi Mistrzów. Właśnie podpisał kontrakt życia za naprawdę grube pieniądze, do Japonii emigrował razem z Miśkiem Kubiakiem, z którym zdążyli tę okoliczność porządnie opić więcej niż raz, a za moment rozpoczynały się reprezentacyjne przygotowania do Igrzysk, których medal śnił się Bartkowi po nocach. Życie nie mogło być piękniejsze a marzenia bliższe spełnienia.

„Nie zawiodła głowa, tylko umiejętności”

Kolejna ikonka, na tym zdjęciu stał skwaszony pod bandami, już się nie uśmiechał. Po ćwierćfinałach nikomu nie było do śmiechu. Przez cały okres przygotowawczy przekonywali samych siebie, że dadzą radę, że mają optymalny skład, szczytowa forma przyjdzie w trakcie turnieju a sztab szkoleniowy doskonale wie, co robi i nie ma powodów przejmować się beznadziejną postawą w meczach Ligi Światowej. Lecz gdy dotarli do Brazylii mina rzedła im z dnia na dzień, choć wciąż udawali. Przed kamerami, trenerami i samymi sobą. Tyle tylko, że boiska nie da się oszukać, wychodzisz na nie słaby to schodzisz przegranym.

Zabawne, że najbardziej wcale nie bolały porażka, stracona szansa, ostre zderzenie z rzeczywistością, w której należało powtarzać, że drużyny Mistrzów Świata już nie ma. Złościły, owszem, tak samo jak pytania dziennikarzy, na które nie było dobrych odpowiedzi. Jednak prawdziwy gniew przychodził, gdy przed mikrofonem stawał ktoś inny. Kurek zdołał zniszczyć kilka wartościowych przedmiotów na dźwięk znajomego, monotonnego głosu wygłaszającego ugrzecznione formułki: „nie ma co do tego wracać”, „zakończyłem już ten etap mojej kariery”, „nie lubię gdybać”. A tak naprawdę wszędzie, w każdym wywiadzie, analizie, wypowiedzi ekspertów, mniej lub bardziej dosadnie kłuł Bartka zwięzły przekaz: bez Kurka zostaliśmy Mistrzami Świata, bez Wlazłego przegraliśmy Olimpiadę.

Wściekły nacisnął prawy górny róg ekranu zamykając okienko. Pobieżnie przejrzał następne wiadomości: „Bartosz Kurek trenuje ze Skrą Bełchatów”, „Japońska drużyna Kurka trenuje w Ergo Arenie”, „Bartosz Kurek nie poleciał do Japonii ze swoją nową drużyną”. Siatkarski światek zaczynał cicho szumieć, komuś coś się wymsknęło, zasłyszano gdzieś dziwną plotkę, stworzono inną. On sam, za radą menadżera, ani nie dementował ani nie zaprzeczał. Teraz, przesuwając palcem po dotykowym ekranie, pomijał serię insynuacji i hipotez usuwając je z pola widzenia, we wrześniu postępował dokładnie tak samo. Dopiero przy informacji przytoczonej za Przeglądem Sportowym zatrzymał się na dłużej. Pod fotografią, na której prawdopodobnie próbował z rozpaczy zeżreć piłkę, widniał podpis:

„Jest problem Kurka, czy go nie ma?”

Bartek zaczął się śmiać, coraz głośniej i głośniej. Taki tytuł nosić powinno całe jego życie. Zarówno jego upubliczniona część jak i ta skrzętnie skrywana. Gdyby kiedyś naszła go ochota na wydanie autobiografii to za okładką nie musiał się rozglądać, miał ją właśnie przed oczami.

– To jak, Bartku, masz problem czy nie? – zapytał samego siebie i poklepał sportową torbę leżącą obok.

Ponownie zaniósł się śmiechem zrzucając z kolan tablet, jak szaleniec wił się na kanapie trzymając oburącz za brzuch. Uspokoił się dopiero na dźwięk przychodzącego smsa. Gorączkowo zaczął szukać telefonu, który wypadł mu z kieszeni. Znalazł go pomiędzy poduszkami, odczytał wiadomość i odpowiedział jednym słowem. Minutę później zatrzaskiwał drzwi mieszkania i podrzucając w ręku kluczyki do samochodu zbiegał schodami w dół. Ekran porzuconego na podłodze urządzenia ciemniał z wolna, opatrzony wykrzyknikiem nagłówek następnego artykułu był już ledwie widoczny.

„Bartosz Kurek oficjalnie w Skrze!”

– Jesteś wreszcie! – Sylwia zarzuciła mu ramiona na szyję i pozwoliła podnieść się do góry.

Pocałował ją mocno wywołując cichy pomruk zadowolenia. Dziewczyna oplotła go udami w pasie, jej język tańczył intensywnie w jego ustach powodując przyjemny dreszcz. W przedpokoju zrobiło się nagle nieznośnie gorąco. Gdyby to było tylne siedzenie Rovera szyby dawno pokryłyby się parą, jak tamtego wrześniowego wieczoru.

– To czego panu życzyć w takim razie? – Dziennikarz zamknął notes i podniósł się z fotela wyciągając rękę na pożegnanie.

– Zdrowia przede wszystkim. – Bartek uśmiechnął się szeroko. – Oraz jak najkrótszego lotu do Hiroszimy, dwanaście godzin spędzonych w samolocie to jedyny minus mojego transferu.

Uścisnęli sobie dłonie i Bartosz nucąc pod nosem ruszył w kierunku hotelowego baru. Ostatnie dni urlopowej przerwy spędzał w Szczecinie czekając aż Ania, jego dziewczyna, wróci do rodzinnego miasta po zgrupowaniu drużyny w Szczyrku. Spędzą razem tydzień ciesząc się sobą na zapas, a po pożegnalnym meczu Pawła Zagumnego w katowickim Spodku Bartek wreszcie wyleci do Japonii. Ekscytacja zmianą, nowym klubem i coraz szybciej zbliżającym się sezonem ligowym wypierała poolimpijskie rozgoryczenie. Bartosz dopiero teraz naprawdę doceniał swoją decyzję, zostawi wszystko za sobą, odpocznie, zapomni i z dala od medialnego zgiełku w spokoju przygotuje się do Mistrzostw Europy.

Zaprzątnięty własnymi myślami nieuważnie przechodził pomiędzy stolikami świecącej pustkami restauracji aż niespodziewanie przed oczami mignęła mu znajoma twarz. Zatrzymał się i obrócił powoli. Niepewnie podszedł do siedzącej samotnie ciemnowłosej dziewczyny.

– Sylwia? – Upewnił się niepotrzebnie. Bo to była Sylwia, nie pomyliłby jej z nikim innym.

– Bartek! – Brunetka poderwała się przewracając na biały obrus szklankę soku.

Stanęli naprzeciw siebie nie odzywając się więcej. Chłonęli swoje twarze odnotowując zmiany i uśmiechając się do przeszłości, którą już dawno pogrzebali. Przy stoliku w kącie restauracji, nad plamą po porzeczkowym koktajlu spędzili kolejne kilka godzin. Wspominając, śmiejąc się z tych wspomnień i udając, że przeskakująca pomiędzy nimi iskra wcale nie istnieje.

– Wyszłaś za mąż? – Bartek wykorzystał okazję by ująć dłoń Sylwii. Miało być na chwilę, zostało na dłużej.

– Za Wojtka, rok po twoim wyjeździe z Bełchatowa. Dziś wraca z Norwegii, z rocznego kontraktu. Przyjechałam po niego. – Ostatnie zdanie przywróciło ich do rzeczywistości. Dziewczyna z przerażeniem spojrzała na wiszący na ścianie zegar.– O cholera! Nie zdążę!

– Spokojnie, podrzucę cię. – Bartek dobrze wiedział, dlaczego to zaproponował.

Nie miał pojęcia jak wytłumaczyła mężowi swoje spóźnienie, nie interesowało go to. Na tylnym siedzeniu zaparkowanego na leśnej drodze samochodu wydarzyło się jedyne, co miało tego wieczoru znaczenie. Ślady ugryzień na barku długo nie chciały się zagoić. Może to przez nie? Może razem z jej śliną do krwiobiegu przedostał się wirus, jakiś nieznany mutagen budzący z letargu dawno uśpione uczucia? A może to przez to jedno, zdawałoby się niewinne zdanie, wypowiedziane półgłosem, gdy zwinne palce Sylwii głaskały tatuaż na jego ramieniu?

 – Zmieniłeś się. Dawniej wilka miałeś w sercu, nie na skórze.

– Mamy go z głowy? – spytał rzucając Sylwię na łóżko.

Z rosnącym pożądaniem patrzył jak się z nim drażni. Powoli rozpinała guziki błękitnej koszuli, z rozchylonego dekoltu wyzierał skrawek czarnego, koronkowego stanika.

– Przynajmniej na pół roku, z platformy wiertniczej nie wraca się tak łatwo.

– Jego strata. Wiesz, lubiłem cię rżnąć, kiedy byłaś jego dziewczyną, ale jeszcze bardziej lubię to robić, kiedy jesteś jego żoną.

Zaśmiała się ściągając z niego bluzę i chwytając lśniącymi zębami skórę na piersi. Syknął, pchnął ją na materac, a gdy uniosła biodra jednym szarpnięciem rozerwał wąskie paseczki stringów.

– Depresja, wypalenie, problemy emocjonalne. – Poszczególne słowa Sylwii przerywały jej coraz głośniejsze jęki. Pracował nad nimi z głową pomiędzy udami dziewczyny.

– Co powiedziałaby twoja Anka, gdyby cię teraz zobaczyła? Kto broniłby twojego załamania przed złą prasą?

– Zamkniesz się wreszcie? – spytał ściągając spodnie i rzucając je za siebie.

Ucichła. Na moment, bo już po chwili sypialnię wypełniły przyspieszone oddechy i tłumione pojękiwania kochającej się pary.

Nie wiadomo kiedy spadli na podłogę, zaślepieni żądzą nawet tego nie zauważyli. Trudno powiedzieć, które z nich kopnęło sportową torbę Bartka pozostawioną w nogach łóżka. Jej zawartość rozsypała się dookoła. Tego też nie dostrzegli. Dopiero gdy było po wszystkim, gdy na jego ramieniu krwią nabiegały nowe ślady po ugryzieniu, okazało się, że leżą w stercie pomiętych banknotów, w przekazanej gotówką części zysku z odsprzedaży Luburicia do japońskiej drużyny, tak pechowo pozbawionej podstawowego atakującego.

Bartek rozejrzał się po pobojowisku i z trudem zachowując powagę podsumował:

– Kurek, zdecydowanie masz problem.

2016.11.02

Źródła: Tu, tu i tu . A motyw, który dał początek pomysłowi - tu, tu i tu. Dziękuję Selene za wywołanie tematu. Oczywiście jest to totalna fikcja, ale lubię sobie wyobrażać, że Bartek bywa takim właśnie skurczysynem, uszatym :)

UP lub DOWN

==============================================================

Zapomnij więc

– Michał! Myślałem, że już nie przyjdziesz, stary. Właź. – Tomek odsunął się robiąc przejście spóźnionemu gościowi.

– Też tak myślałem. – Kubiak zdjął kurtkę i rozejrzał się za wolnym miejscem na wieszaku.

Jego przyjaciel nadal przytrzymywał otwarte drzwi, jakby spodziewał się jeszcze kogoś. Michał zauważył to i gniewnie zmarszczył brwi, a następnie odwracając się plecami do Tomasza, burknął:

– Monika została w domu.

Przez moment chciał dodać coś jeszcze. Może powiedzieć prawdę, że znów się pokłócili, a może wynaleźć na poczekaniu jakąś bajeczkę, w którą Tomek i tak by nie uwierzył. Ostatecznie zrezygnował. Przyszedł tu żeby zapomnieć o swoich problemach a nie żeby je roztrząsać. Kilka piw, może coś mocniejszego i dużo muzyki, która zagłusza. Za chwilę wtopi się w towarzystwo, zniknie w tłumie nieznajomych i poczuje się lepiej. Lub mniej podle, to też coś. Bezmyślnie bawił się paskiem czyjegoś płaszcza, obracał w palcach ciemnoczerwoną tkaninę. Kojarzyła mu się nieuchwytnie, o czymś przypominała. Już prawie odgadł, odnalazł w pamięci odpowiedni obrazek, gdy Tomek odkrył go za niego.

– Może i lepiej, że przyszedłeś sam. Malina tu jest.

Michał spojrzał na przyjaciela obojętnie, udając, że wiadomość nie zrobiła na nim żadnego wrażenia. Tomasz nie dał się oszukać.

 – Wróciła tydzień temu. Anka spotkała ją na mieście i zaprosiła, w końcu to jej imieniny. Nie musisz zostawać, Misiek. Nikt się nie obrazi, idź do domu.

– Nie wygłupiaj się, stare czasy. – Kubiak zbył poważną minę Tomka zdawkowym uśmiechem. – Potrzebuję się trochę rozerwać.

Weszli do pokoju. Kilka głów zwróciło się w ich stronę, kilkanaście innych było zbyt zajętych zabawą, żeby zwrócić uwagę na gospodarza przedstawiającego nowo przybyłego gościa. Michał złożył Ani życzenia i wręczył ozdobną torebeczkę z upominkiem, nie mając zielonego pojęcia, co nim było. Prezent wybierała Monika, okolicznościowa kartka z życzeniami podpisana była przez nich oboje. Żona Tomka nie zadawała zbędnych pytań. Pojawiające się z zatrważającą regularnością kryzysy Kubiaków nie dziwiły już nikogo.

Ktoś z dalszych znajomych solenizantki zorientował się kim jest. Na chwilę został atrakcją, Miśkiem z Krupówek, z którym koniecznie trzeba zrobić sobie zdjęcie. Ugrzązł w centrum niechcianego zainteresowania, dopóki Tomasz nie wyratował go puszczając jakiś szczególnie chwytliwy kawałek zagłuszający ciekawskie pytania. Prowizoryczny parkiet w pokoju obok zaroił się od tańczących gości.

Michał zamierzał do nich dołączyć, do pełnego rozluźnienia brakowało mu jednego, może dwóch piw. Sięgał właśnie po schłodzoną butelkę wystającą z wypełnionej kostkami lodu turystycznej lodówki, gdy obrócona do niego plecami para odstąpiła na bok odsłaniając ustawioną pod ścianą kanapę.

Malina, nie przerywając rozmowy z siedzącym obok niej mężczyzną, uśmiechnęła się, skinęła głową. Odwzajemnił gest ciesząc się, że nie musi podchodzić, odgrywać scenki spotkania po latach. Do tego potrzebowałby całej zawartości barku, a nie kilku marnych piw.

Nie zmieniła się. A przynajmniej nie bardziej niż on sam. Dojrzalsza niż kilka lat temu, doroślejsza niż kilkanaście, ale dalej bardziej dziewczęca niż kobieca. Wciąż tym samym ruchem odgarniała z czoła niesforną grzywkę, jej jasne włosy nadal sięgały ramion i zawijały się na końcach. Zielone oczy nie stały się bardziej zielone, nie mogły. Były tak samo kocie, tak samo przenikliwe. Nie wyzbyła się nawyku zabawy pierścionkiem, w trakcie rozmowy obracała go w palcach, choć w ten sposób zawsze gubiła biżuterię. Tak jak ten wisiorek, który kupił jej na obozie. Nosiła go chyba tylko jeden dzień. Ale przede wszystkim nie przestała być Maliną. Czerwone, pełne usta nie potrzebowały szminki. Potrzebowały pocałunków.

Michał odstawił na wpół opróżnioną butelkę nie martwiąc się czy schłodzone szkło pozostawi ślad na politurowanym meblu. W kuchni, ignorując zaciekawione spojrzenia palących przy otwartym oknie kobiet, bez wahania otworzył narożną szafkę. Odsunął na bok opakowania makaronów i kaszy i wydobył przykurzoną piersiówkę. Rozejrzał się w poszukiwaniu czystej szklanki, ale szybko stracił cierpliwość. Wierzchem dłoni przetarł szyjkę buteleczki i przytknął ją do ust. Pociągnął porządnie, oczy zaszły mu łzami, kilka długich sekund odkaszliwał w zwiniętą w pięść w dłoń.

– Zdrowie pięknych pań! – Zwrócił się do oniemiałych koleżanek Ani nie mając na myśli żadnej z nich i wyszedł, po drodze ponownie upijając z piersiówki.

W korytarzu wpadł na Tomka. Ten szybko ocenił sytuację.

– Aż tak źle?

– Chujowo.

– No to urżniemy się razem. – Tomasz poczęstował się zawartością buteleczki, a kiedy złapał oddech, pociągnął Michała wprost w sam środek roztańczonego tłumu.

Kubiak pił. Podskakiwał w rytm muzyki. Znów pił. Kolory rozmazywały się, kształty traciły ostrość, ruchy precyzję, myśli wyrazistość. A jednak wciąż szukał Maliny. Najpierw wzrokiem, potem uśmiechem w końcu dotykiem. Na parkiecie było ciasno, gorąco, głośno. Może za pierwszym razem obrócił dziewczynę w swoją stronę przypadkiem, może za drugim razem ona wolała zatańczyć z kimś, kogo zna. Może. Ale gdy muzyka zwolniła, zrezygnowała z zapierającego dech tempa, energetyczny bit zmieniła w aksamitne, długie nuty to nie było już prostego wytłumaczenia dla Michała z ustami tuż przy uchu schowanej w jego ramionach Maliny.

Kołysał ją w objęciach. Czuł jej ciepły oddech na swojej szyi, przypominał sobie znajomy zapach, nadal używała tych samych perfum. Przesuwał dłonią po plecach dziewczyny, aż znalazł odsłonięty skrawek skóry, tuż za linią włosów. Został tak na dłużej, głaszcząc i pieszcząc palcami niewielki fragment jej ciała, do którego zyskał dostęp. Malina zamruczała. To też pamiętał. A od tych wspomnień zrobiło mu się gorąco. Szepnął do niej. Przycisnął ją do siebie mocniej, jego udo znalazło się pomiędzy jej. Zawsze to lubiła. Im więcej drobiazgów wydobywał z pamięci tym bardziej się zapominał.

Tomek czuwał. Zmysłowa melodia urwała się w połowie, zastąpiona szybką, rytmiczną muzyką. Parkiet ożył. Michał z żalem rozluźnił objęcia. Malina porwana przez kogoś innego zawirowała w tańcu, a Kubiak poczuł jak niedopuszczająca sprzeciwu ręka Tomasza chwyta go za łokieć i wyprowadza na korytarz.

Zamknięty w łazience obmył twarz zimną wodą, przetarł kark. Stare czasy. Nigdy nie minęły. Miał ją. Dwukrotnie. I dwukrotnie pozwolił, żeby przed nim uciekła.

Wracali z obozu siatkarskiego jako para, aby zaraz następnego dnia przestać nią być. Nie zdążył nawet rozmówić się z Moniką, a potem to już nie miało sensu. Malina zniknęła. Unikała go tak starannie, że długo był przekonany, że wyprowadziła się z miasta. A ona tam była, kilka przecznic od jego domu dokonywała rzeczy niemożliwej. W najmniejszym z miasteczek potrafiła nigdy więcej nie natrafić na Michała. W żadnym sklepie, parku, autobusie. Zapomniał więc.

Ponownie spotkali się, gdy grał w Jastrzębskim. Wracał z przymiarki od krawca, niecałe dwa miesiące przed ślubem i zobaczył Malinę na przejściu dla pieszych. Jakim cudem ją rozpoznał? Nie miało znaczenia. Może to ten ciemnoczerwony płaszcz przykuł jego uwagę? Aż dziwne, że nie skojarzył go dzisiejszego wieczoru, gdy wieszał obok swoją kurtkę. Tamtego dnia mało nie spowodował wypadku zawracając jak wariat na skrzyżowaniu. Ale było warto, bo tak rozpoczął się najbardziej niesamowity tydzień w jego życiu. Monika wyjechała do rodziców. On wprowadził się do Maliny. Wtedy nabył te wszystkie wspomnienia i utrwalił poprzednie. Nauczył się jej, jakie perfumy uwielbia, ile łyżeczek cukru powinno być w idealnej kawie i dlaczego ma tę śmieszną bliznę na łokciu. Dowiedział się co z dorosłym mężczyzną może zrobić ciche mruczenie tuż przy uchu i że warto z tego powodu spóźnić się na trening. Nie pójść na niego wcale. Był gotowy zerwać zaręczyny. Był zdecydowany i pewny. Nie zdążył. Malina znów uciekła. Tym razem naprawdę. Podobno wyjechała do Warszawy, ktoś mówił, że do Londynu, ktoś inny, że aż do Indii. Zapomniał więc.

Mało skutecznie, bo wystarczył jeden taniec żeby wszystko wróciło. Michał popatrzył spode łba w swoje odbicie w lustrze nad umywalką. Należały mu się odpowiedzi. Przynajmniej na jedno pytanie: dlaczego?

Gasił światło w łazience, gdy za plecami usłyszał szczęk uchylanych drzwi. Zdążył obrócić się na czas, aby dostrzec rąbek ciemnoczerwonej tkaniny rozpływający się na klatce schodowej. Malina znikała.

– Zostaw. – Tomek stał w przedpokoju i z niepokojem obserwował ubierającego się w pośpiechu Kubiaka. – Już za późno. O wiele lat.

Michał nie słuchał. Wypadł z mieszkania przyjaciela i na złamanie karku popędził schodami. Musiał się dowiedzieć. Zapytać.

Dopadł Malinę pomiędzy blokami. Chwycił ją za ramię, odwrócił, potrząsnął. Bardzo chciał krzyczeć. Oskarżać o wszystko, co poszło nie tak. Przez nią. Przez jej ucieczki. Spytać, po co mu wiedza o ilości cukru w idealnej kawie, skoro Monika nie słodzi?  Pożalić się, że od lat nie opuścił treningu, bo nikt nie mruczy mu do ucha. Wyznać, że kupuje swojej żonie znajome perfumy, choć ona ich nie znosi i że czasem zamyka oczy, udając. Wyspowiadać się z największego grzechu. Tak naprawdę nigdy nie zapomniał.

Zamiast tego ujął dłoń, na której znów brakowało pierścionka i poprosił:

– Odprowadzę cię, pozwól.

Szli w milczeniu, długo, bo Malina mieszkała daleko. Nie spieszyli się. Nie odzywali do siebie. Ale gdy byli bliscy celu nie trzymali się już za ręce. Wędrowali opustoszałymi ulicami objęci, prawie przytuleni.

Do tego nowego wspomnienia Michał postanowił dołożyć kolejne. Kiedy zatrzymali się przed odpowiednią klatką schodową przyciągnął dziewczynę do siebie. Z bliska jej usta były jeszcze bardziej kuszące. Nie potrzebowały szminki. Dał im to, czego potrzebowały.

– To powinnaś być ty, to zawsze powinnaś być ty – powiedział cicho bojąc się zbyt wcześnie zatrzeć smak jej warg.

– Wrócę tu. Po to. – Opuszkami palców przesunął po ustach dziewczyny. – Nie uciekniesz mi więcej.

Malina uśmiechnęła się i skinęła głową. Kubiak czekał dopóki nie zniknie we wnętrzu budynku, a potem szybki krokiem ruszył w kierunku domu. Marsz zmienił się w bieg. Michał gnał przed siebie z głową pełną wspomnień, tych dawnych i zupełnie świeżych. Jego usta wciąż smakowały Maliną.

Wschodziło słońce, pierwszy zbłąkany promień poranka zatrzymał się na policzku biegnącego mężczyzny. Wstawała rzeczywistość, budziła się jego żona, przyjaciele, oczekiwania i obowiązki. Budziły się wszystkie jego wybory, w tym również te, których żałował. Nie może ich cofnąć. Wystarczy, że o nich zapomni.

2016.08.16

UP lub DOWN

==============================================================

Fuzzy Kulka

Nazywał ją „Fuzzy Kulką”. Bóg jeden raczy wiedzieć dlaczego, bo ani z niej była kulka a już w żadnym wypadku puchata. Była kanciasta, miała ostre krawędzie i nikomu nie przychodziło do głowy, aby ją przytulać. A gdy upadała to podnosiła się za każdym razem, nienaruszona, bo składała się nie z puchu tylko z solidnej, zahartowanej twardości.

Ale dla niego była Fuzzy Kulką. Im bardziej prychała, furczała, warczała tym bardziej nią była. Małym, kłapiącym ze złości zębami, fukającym zwierzątkiem, którym się opiekował nie opiekując się nim zupełnie. Kulką zajmował się mądrze, i to chyba nie dlatego, że wiedział co robi, po prostu czuł, że tak trzeba. Zostawiał jej przestrzeń, udawał, że wcale nie patrzy a równocześnie wciąż czujnie wyciągał dłonie, aby w razie czego ją złapać. Choć był pewien, że potknięcie nie zrobi jej krzywdy.

Uczył się jej, a ona jego. Czasami bardzo boleśnie, ocierając się o te wszystkie nieoszlifowane brzegi, raniąc sobie palce o zadziory i wystające szpikulce. Sam też nie był bez winy, uwielbiał się wycofywać, zamykać, znikać, cichnąć. Pokazywać, co znaczy, gdy nie ma go w pobliżu, lub co gorsza jest, zabarykadowany w sobie na całe dni.  Odpychał. Sprawdzał jak daleki dystans może ich dzielić, z jakiej odległości nadal do siebie wrócą. Wracali, za każdym razem, nawet po tych nieznośnych, smutnych czterech miesiącach milczenia, nawet po tych nieprzemyślanych decyzjach rozrzucających ich po przeciwległych biegunach, nawet po tym pełnym obietnic, kilkudniowym tańcu z kimś zupełnie innym. Wracali do siebie tak uporczywie, aż w pewnym momencie zrozumiał. Fuzzy Kulka jest jego. A on jest jej. I tyle, bez wielkich słów, bez metafizyki, bez nagłych wzruszeń.

Więc dzwonił do niej po pierwszej w nocy, żeby usłyszeć zaspany szept lub wysyłał wiadomość z wymyślonym na ich prywatny użytek kodem <przytul>. Zostawiał drobiazgi pod poduszką i robił omlety na śniadanie. Wbrew zdrowemu rozsądkowi zaczął kibicować Rossonerim, w PES’sie AC Milan był jedyną drużyną jaką uznawał. Fuzzy Kulka musiała zobaczyć każdy projekt, choćby najbardziej rozbabrany i nierokujący. Fuzzy Kulka powinna usłyszeć co znów wymyślił ten głupek, Barry i pochwalić się kupionym wisiorkiem z sową. Fuzzy Kulka usypiała z książką na kanapie, kiedy pracował do późna a potem biorąc go za rękę prowadziła do łóżka nie słuchając sprzeciwów. Fuzzy Kulka.

Nigdy mu tego nie powiedziała wprost. Chyba i tak rozumiał, bo zawsze rozumiał dużo więcej od niej. Przy nim się zmieniała. On ją zmieniał. Ale nie w ten inwazyjny, naginający do własnego widzimisię, do wyobrażenia o tej drugiej osobie sposób, nie. Przy nim sama chciała być lepsza, tak od środka, próbowała stać się najlepszą, możliwą wersją samej siebie. Łagodzić wszystkie chropowate powierzchnie. Dawać dokładnie to co otrzymywała. Wsparcie, cierpliwość, zrozumienie. Szczęście. Świadomość, że jest wystarczająco dobra, taka jaka jest, bez poprawek. Dla niego chciała być Fuzzy Kulką.

Tylko jej powiedział, że się boi. Bali się razem, choć każde czegoś innego, każde na swój sposób. Płakali osobno. Próbował ją ratować, sprawdzoną metodą. Odpychał, odrzucał najdalej jak potrafił, gdy jeszcze miał odwagę zostać ze swoim strachem sam. Fuzzy Kulka wracała, zawsze wracała. Pojechała z nim do Gliwic, i do Krakowa. Chciała jeszcze do Warszawy i Poznania, ale on już na to nie pozwolił. Udać mogło się wszędzie. Nie udało się nigdzie.

Więc kupowała ostatnią pizzę, bo tak wielką miał na nią ochotę. Czytała wszystkie transferowe newsy, gdy on już nie mógł, biała plama rosła z dnia na dzień, litery były zbyt chwiejne, były fuzzy. Razem z nim pochylała się nad drobiazgami, roztrząsając je i analizując, bo rozumiała, że w obliczu czegoś tak przerażającego, nieuniknionego, złego on potrzebuje ucieczki w błahostki, w głupstwa, w ułudę normalności. Trzymała go za rękę zapewniając, że się nie dają, że jeszcze będzie dobrze. Kłamiąc. Od pewnego momentu bojąc się za nich oboje. A po chwili bojąc się już zupełnie sama.

Nazywał ją Fuzzy Kulką. Gdyby nią była upadek nie rozbiłby jej na tysiąc kawałeczków.

2016.07.25  Znów jest nieciekawie

UP lub DOWN

==============================================================

Bez żalu

Ktoś go potrącił mrucząc niewyraźne „sorry” pod nosem. Rafał, przeciskał się bokiem w kierunku szatni ignorując wyciągnięte dłonie i nie reagując na prośby kibiców tłoczących się wzdłuż barierek. Nie będzie autografów ani wspólnych zdjęć. Zastąpiły je spuszczone głowy, mamrotane pod nosem przekleństwa i zacięty wzrok wbity w ziemię. Cała ekipa biało-czerwonych opuszczała dziś boisko w przyspieszonym tempie. Bez względu na to czy grali spotkanie czy przesiedzieli mecz w rezerwie, nie chcieli już tu być. Atlas Arena nie będzie kojarzyć im się z niczym dobrym w tym sezonie. Kolejne miejsce, które trzeba koniecznie odczarować przy najbliższej okazji. A teraz szybciutko zniknąć, uniknąć głupich pytań, o to co było nie tak, czego zabrakło. I przede wszystkim o to jak widzą swoje szanse w Rio.

Zabawne. Widzieć to je może Kurek albo taki Kubiak, bo oni mają pewne miejsce w składzie. Nawet Mika może spać spokojnie rozmyślając jedynie nad tym czy kolano będzie dokuczało mu mniej. Po tym jak zaprezentowali się dotychczas jego ewentualni zmiennicy to choćby kulawy i utykający Mateusz i tak wyjdzie w pierwszym składzie Antigi. Rafał właściwie też nie ma powodów, żeby się tak nabzdyczać. Pojedzie, pograć to sobie może nie pogra, ale na Olimpiadę trafi. A kto będzie czwartym przyjmującym? Wolne miejsce, numerek na liście powołanych i zaprzysiężonych wciąż do zdobycia. Spełnienie marzeń, sen, pragnienie. Podsycane dodatkowo opowieściami starszych kolegów, zaciętością kapitana, który otwarcie przyznaje, że nic poza medalem, najlepiej złotym, go nie interesuje, wreszcie oczekiwaniami ojca, dla którego to druga, trochę bardziej udana sportowo młodość.

Zdawałoby się ma je na wyciągnięcie ręki. Szczególnie po tym jak klubowy rywal po świetnym, berlińskim debiucie w kadrze narodowej niespodziewanie opadł z sił i nie załapał się do szerokiego składu tegorocznej ligi światowej. A jednak, choć on sam tym razem nie mógł narzekać na brak szans i dawkowany oszczędnie czas na boisku, kwestia upragnionego biletu do Brazylii nadal pozostawała nierozstrzygnięta. Bo jej nie rozstrzygnął. Zresztą „ten drugi” również nie zdołał postawić definitywnej kropki nad „i”.

Odszukał wzrokiem znikającego właśnie w szatni Bednorza. Który z nich dzisiaj był lepszy? Bartosz poszalał z zagrywką, ale z tego, co przelotnie wspomniał Oskar, skuteczność w odbiorze miał niższą. Atak porównywalnie. W poprzednim spotkaniu było dokładnie na odwrót. To nie żart. Jakby stali na przeciwległych szalkach jakiejś okrutnej wagi, która za nic nie chce się jednoznacznie wychylić, tkwi uparcie w delikatnie chybotliwej równowadze doprowadzając do szału. Oczywiście, można liczyć, że ostatecznie zadecydują względy pozasportowe, kogo wybierze drużyna, kto się lepiej wpasował i bardziej odpowiada grupie. Tutaj czuł się pewniej. Mimo, że obaj trafili ostatnio do tego samego klubu, którego trener nie jest osobą przypadkową, wśród chłopaków i sztabu to on miał zdecydowanie wyższe notowania. Tylko czy to tak miało wyglądać? O to chodziło? Nieważne jak, tylko żeby?

Zacisnął zęby. Nie! Wsiądzie do tego samolotu, zostanie brakującym nazwiskiem przy wolnym numerku. I nikt nie będzie miał wątpliwości, że na to zasłużył, włączając w to jego samego. Trochę więcej siłowni, ćwiczeń, powtarzalność zagrywki, uważniejsze słuchanie wskazówek Stefana czy podpowiedzi Michała. Jeszcze odrobina determinacji i zaciętości. Da się zrobić. No i żadnych rozkojarzeń, zagapień, tematów pobocznych. Z tym może być trudniej. Usiadł ciężko na ławeczce pod ścianą, z ociąganiem wyciągnął z szafki swoją sportową torbę, w bocznej kieszeni tkwił telefon. Nikt nie zwracał uwagi na zasępioną minę z jaką zaczął wystukiwać krótką wiadomość. Nie był jedynym przygnębionym zawodnikiem w szatni, a powody nie zawsze muszą być wypisane na czole.

Właściwie to już kiedyś było. Gdy przenosił się z Warszawy do Radomia wspólnie z Magdą doszli do wniosku, że nie ma sensu tego ciągnąć. Ona miała swoją cybernetykę na WAT-cie, która sama w sobie wymagała czasu i nauki, a bycie rodzynkiem na wybitnie męskim kierunku windowało poprzeczkę jeszcze wyżej. Dla niego właśnie następował przełom w ligowej karierze. Dobry klub, świetny trener, idealne miejsce na rozwój. Zarówno talentu jak i apetytu na więcej. Ojciec klepał po ramieniu, Kuba Bednaruk zasadził mu tradycyjnego kopa w tyłek na szczęście a Magda udając, że wcale nie płacze przyznała rację, że to nie jest dla nich dobry moment.

Przez chwilę był z siebie nawet dumny. W dorosły, dojrzały sposób potrafił podejść do sprawy, ustalić priorytety, wybrać co ważniejsze, usłuchać ojcowskiej rady, że na dziewczyny jeszcze przyjdzie czas, a teraz należy skupić się na siatce, tylko i wyłącznie na niej. Z perspektywy czasu doszedł do wniosku, że ta nienaruszalna pewność podjętych decyzji była właśnie najbardziej dziecinnym zachowaniem.

Walnęło go jakoś miesiąc po rozstaniu. Zupełnie niespodziewanie, jak zawsze gdy coś głęboko tłumisz, udajesz przed sobą, nie dopuszczasz do świadomości. Wrócił z wieczornego treningu, wykończony, zmęczony, obolały. Miał dwa marzenia, prysznic i łóżko. Z szafki w przedpokoju wyciągnął czysty ręcznik, przeczesał włosy przeglądając się w dużym, wiszącym lustrze a potem rozbił je celnym kopniakiem. Tak samo potraktował stojący na półce wazon. Miażdżąc pod butami okruchy szkła wygrzebał z kieszeni kurtki telefon i drżącymi palcami wybrał jej numer. Rozmawiali długo. O tęsknocie, o uczuciu, którego nie da się po prostu wyłączyć, o tym jak bardzo żałuje, jak bardzo jest mu przykro, że pozwolił, żeby do tego doszło. Prosił o drugą szansę, o nowy początek.

Nie było łatwo. Magda zachowywała rezerwę, w widoczny sposób bała się, uciekło gdzieś zaufanie a pojawiła się ostrożność. Stąpali po kruchym lodzie. Czuł się winny i robił wszystko, żeby przywrócić to co lekkomyślnie zniszczyli. Wierzył w siłę poświęcenia, w małe i duże gesty oddania. Nigdy nie zapomni jak kiedyś zimą przesiedział ponad dwie godziny w uziemionym gdzieś pomiędzy Radomiem a Warszawą pociągu. Ale dojechał, szczękając zębami i rozcierając zdrętwiałe dłonie stał na progu jej mieszkania przepraszając za spóźnienie. Było warto, bo ten wieczór w jednej chwili przemienił się w najgorętszą noc jego nastoletniego życia. Krok po kroku wchodzili na pewny grunt, on ich tam prowadził wciąż walcząc. Czasami poprzez drobiazgi, jak choćby przeczesywanie czupryny po każdym zdobytym w meczu z Politechniką punkcie, tylko dlatego, że ona patrzyła a dzień wcześniej przekomarzali się kto ma większego fioła na punkcie swojej fryzury. Innym razem prawie zrobił sobie tatuaż z jej imieniem. Powstrzymała go w ostatniej chwili, kiedy brzęcząca igła zawisła tuż nad skórą na ramieniu. Do samego końca nie wierzyła, że nie blefuje. A gdy poprosił o kilkudniowy urlop w klubie, żeby zaopiekować się Magdą, bo dopadła ją wyjątkowo paskudna angina okres próbny można było uznać za miniony.

Postawił na swoim, znów byli razem. Zastanawiał się dlaczego aż tak mu na tym zależało. Czy to była tak wielka miłość, ta pierwsza, jedyna, wieczna? Dlatego praktycznie stawał na głowie, żeby ją odzyskać? A może po prostu lubił walczyć i wygrywać? Nawet jeżeli okoliczności nie sprzyjały. Szczególnie wtedy. Nie mógł się jednak doszukać oczywistego powodu. Poza tym, że tego właśnie pragnął, być z Magdą. Było mu zwyczajnie przykro i źle, kiedy nie miał jej przy sobie. Żałował, że ją zostawił i pozwolił jej zostawić jego. A w życiu nie powinno się niczego żałować, więc to naprawił.

Kilka słów, kilkanaście literek. Powtórzone pożegnanie. Wcale nie miał pewności, czy postąpił słusznie, wprost przeciwnie, wątpliwości było mnóstwo. Wiedział, że zatęskni, za uśmiechem, dotykiem, szeptanymi wieczorem czułościami, za jej zapachem i głosem. Spojrzeniem powędrował do wycierającego spocony kark Bednorza. Jego miejsce, jego bilet, numer 25 nie 22 na boisku. Pragnienie najważniejsze ze wszystkich. Wyłączył telefon i wrzucił go z powrotem do torby. Zatęskni, nic więcej. Coś się zmieniło, tym razem nie żałował.

2016.06.27  Eurowizyjna wariacja.

UP lub DOWN

==============================================================

Złota

She isn’t real, I can’t make her real

Niby zawsze jest tak samo. Rutynowe zadania powtarzane w tej samej kolejności. Standardowy, przedmeczowy dryl. Najpierw odprawa. Założenia taktyczne poparte kolorowymi slajdami, statystyki zawodników z przeciwnej drużyny, przypominanie do znudzenia, że: „w pierwszym ustawieniu zagrywamy na…”. Potem dojazd na halę. Cisza w autobusie sprzyja  koncentracji. Szatnia z jej specyficznym zapachem, do którego nawet po tylu latach trudno się przyzwyczaić. Rozgrzewka, wyuczone ćwiczenia, zautomatyzowane ruchy, ostatnie plastry i owijane palce. Jeszcze łyk wody, jeszcze mocniejsze ściągnięcie sznurowadeł, można zaczynać.

Niby zawsze jest tak samo, a jednak nie sposób znaleźć dwóch takich samych meczów. Choć niektóre z biegiem czasu zacierają się w pamięci zaś inne zawsze będą budzić ten sam dreszcz emocji to każde spotkanie jest niepowtarzalne. Można obstawiać wyniki, wskazywać pewniaków, przewidywać przebieg setów i dyspozycję zawodników a i tak w niewytłumaczalnych okolicznościach okazjonalnie cała ta statystyka i rachunki prawdopodobieństwa biorą w łeb. Siatkówka popycha potencjalnie słabszych do zwycięstw, gwiazdom drużyny kapryśnie podcina skrzydła, ktoś staje się czarnym koniem, niespodziewanym bohaterem, ktoś inny raptownie wypada z łask. I nie ma na to wzoru ani recepty. Trochę podobnie jak w miłości, niespodzianki się zdarzają.

A jak będzie dzisiejszego wieczoru? Hala wypełniona po brzegi, do tunelu przed szatnią dochodzi donośny śpiew dobywający się z tysięcy gardeł. Ważny mecz, duża presja, do kogo uśmiechnie się szczęście? Dla kogo siatkówka okaże się życzliwsza? Ostatnie podskoki i przysiady, żeby nie stracić gotowości wypracowanej rozgrzewką, poprawione nakolanniki i w końcu wybiega na boisko witany gromkimi oklaskami. Zwielokrotniony głos Magiery oznajmia:

-Z numerem trzynastym…

-Michał Kubiak – przedstawił się nieuważnie całkowicie pochłonięty próbą określenia koloru jej tęczówek. Brązowe? Nie, to za proste. Piwne? Też nie. Złote! Tak! Nigdy nie widział takich oczu, a teraz przepadł w nich bezpowrotnie.

-Kolejny Misiek, zawsze dobrze układa mi się z Miśkami – uśmiechnęła się swobodnie ściskając jego dłoń, ciemne włosy odrzuciła na plecy i wciąż trzymając go za rękę spytała – Zatańczymy? Z Miśkami tańczy mi się też świetnie.

Nie czekając na odpowiedź pociągnęła go za sobą, a on kompletnie bezwolny dałby się wtedy zaprowadzić gdziekolwiek, choćby zaproponowała mu wycieczkę do samych bram piekieł i z powrotem. Tego letniego wieczoru tańczyli po raz pierwszy. A potem po raz drugi, czwarty i dziesiąty. Któżby liczył, kiedy złote oczy kryły w sobie tyle obietnic? Michał zapomniał się zupełnie, zatracił i nawet nie zastanawiał nad fenomenem miłości od pierwszego wejrzenia. Po prostu przyjął to do wiadomości, poszczęściło mu się, szansa jedna na milion. Cała reszta odchodziła tym samym w niebyt, bez wahania spisywał ją na straty.

Wtedy, w tamte wakacje był z kimś innym. Wysoka blondynka, kształtne piersi, oszołamiające nogi. Uwielbiała chodzić na plażę, a on uwielbiał chodzić tam z nią. Pożądliwe spojrzenia innych facetów taksowały wysportowane, opalone ciało jego dziewczyny, a on odpowiadał za nią, zaczepnie obcinając niedoszłych adoratorów wzrokiem, przygarniając ją do siebie, spacerując z ręką na jej jędrnym pośladku. Byli młodzi, byli dla siebie stworzeni i tak mogłoby zostać na zawsze. Tylko, że jej oczy były niebieskie, nie złote. Powiedział jej to następnego dnia po zaczarowanej nocy, która skończyła się na rozłożonym gdzieś pomiędzy wydmami kocu. To był powód ich rozstania, kolor oczu, i to, że tamtą tańczy mu się lepiej.

Tak było w istocie, przy niej stawał się świetnym tancerzem. Wydobywała z niego rytm, płynnie kołysząc się w takt muzyki uczyła go jak się poruszać, dotykiem wskazywała mu kierunek, z każdą kolejną spędzoną na parkiecie minutą poznawał ją lepiej i coraz częściej intuicyjnie wyczuwał, jaki powinien być następny krok, i jeszcze jeden i…

…wyskok, ręka uderza w piłkę, która po ciasnym skosie wchodzi w boisko. Niekonwencjonalne zagranie, ale się udało, wiedział, że się uda, czasami czuł to zanim jeszcze zdążył wybić się w powietrze. Potocznie mówi się, że „żre”. Kubiakowi dziś żarło jak mało kiedy. Dobre przyjęcie, wysoka skuteczność w ataku, no i szczęście, gdy sytuacyjne i nienajlepsze piłki przekładały się na punkty, bo Michał jakimś cudem je kończył. Po wygranym secie z uśmiechem zmieniał połowy. Jeszcze tylko jeden i staną na najwyższym stopniu podium, znów, nie pozwoli, żeby im się to teraz wymknęło.

Gwizdek sędziego zapraszający na boisko. Niby wszystko powinno być tak samo. A jednak coś się zmieniło. Za bardzo uwierzyli, że już po meczu? Dekoncentracja i rozluźnienie potrafi zemścić się szczególnie okrutnie. Stracone sześć punktów z rzędu, kolejna przerwa na życzenie trenera i ta złość, narastająca frustracja. Powinien przełamać słabość, wiedział, że jeżeli on będzie w stanie znów złapać grę, pociągnie za sobą resztę, już nie raz tak bywało. Ale żeby to osiągnąć, potrzebuje odrobiny szczęścia, wykończonej akcji, spektakularnego ataku, pojedynczego bloku na najgroźniejszym rywalu. Siatkówka powinna zapomnieć na chwilę o innych i skupić się na nim, być dla niego zamiast…

-Szlajać się nie wiadomo gdzie, to potrafisz – wściekły przywitał ją w drzwiach, czekał od kilku godzin bezskutecznie próbując się dodzwonić, wyłączyła telefon – Gdzie byłaś? Znów z jednym ze swoich chłoptasiów, tak?

-Nie wygłupiaj się Miśku, uwielbiam jak jesteś zazdrosny, ale zaborczy już niekoniecznie – obdarzyła go ironicznym uśmiechem doskonale wiedząc, że to jeszcze bardziej go zezłości. Opierając się na jego ramieniu z ulgą zrzuciła szpilki i całując go w nieogolony policzek spytała – Coś dobrego na kolację? Bo pachnie cudownie, jesteś kochany, że chciało ci się gotować.

Nie miała zamiaru się tłumaczyć, nigdy tego nie robiła, a on zawsze wściekał się tak samo. Nie umiał uwierzyć, że mogłaby go zdradzać i równocześnie nie potrafił zachować spokoju, gdy coś przed nim ukrywała. Nienawidził jej tajemnic, tych enigmatycznych notatek zostawianych na lustrze: „mam spotkanie, będę późno, nie czekaj, kocham”. Dręczyły go jej służbowe wyjazdy i noce poza domem. Najbardziej na świecie chciał ją mieć dla siebie, na własność, nie dzielić się, nie musieć czekać aż wróci. Nie borykać się z przykrymi myślami, gdy wieczorem leżał sam w ich wielkim, podwójnym łóżku. Powinna być jego i tylko jego, a tymczasem wciąż słyszał opowieści o tych nieznanych mu bliżej kolegach. Było kilku Michałów, jakiś Bartek, jakiś Mateusz, jakiś Rafał. Kto jeszcze zaglądał w złote oczy? I z jak bliska?

-To ty się nie wygłupiaj. Siedzę tu jak ostatni dureń, a ty łaskawie nawet nie napiszesz, że się spóźnisz. Mam dość bycia robionym w konia. Słyszysz? Mam dość! – nie wiedział, kiedy zaczął krzyczeć, możliwe, że w tym samym momencie, gdy sięgnął po kurtkę i kluczyki do samochodu.

-I świetnie! Nie potrzebuję twoich scen. Nie jestem twoją własnością i nie będziesz mnie przestawiał według własnego widzimisię – ona też potrafiła być głośna. Oboje byli cholerykami, kłócili się gwałtownie i często. To nie był pierwszy raz. Nie miał być też ostatnim.

-A ja nie potrzebuję ciebie! Wychodzę.

-Proszę uprzejmie, tam są drzwi, wynocha! Tylko pamiętaj, że wracać będziesz na kolanach, bo kochasz mnie, tak jak ja ciebie.

Ostatnie zdanie zatrzymało go w pół kroku, zachwiał się w progu, przytrzymał futryny. Chciał się obrócić, sprawdzić czy dobrze usłyszał. Nie zdążył, zamykane kopniakiem drzwi przytrzasnęły mu dłoń. Zawył.

-Kurwaaa! Ależ boli, zamrażaj, zamrażaj! – Michał ściskał kurczowo wybite palce czekając, aż znieczulenie zacznie działać.

-Dawaj, trzeba naciągnąć – lekarz chwycił nadgarstek siatkarza i po chwili krótkie trzaśnięcia oznajmiły, że kości wróciły na swoje miejsca – Dasz radę Kubi? To już drugi raz dzisiaj.

-Dam – Michał kiwnął z determinacją głową – taśmą mi zaklej porządniej, dzięki.

Na znak sędziego wbiegł na boisko, kibice powitali powrót kapitana reprezentacji zasłużonymi oklaskami. Kubiak zajął pozycję i pochylony przyglądał się zmierzającemu w pole zagrywki zawodnikowi. Wiedział, że będzie celem. Obolałe palce, rozproszenie spowodowane urazem, idealna ofiara.

-No dalej, kurwa, zrób mi tę przyjemność – szeptał pod nosem.

Niby powinno być tak samo. Skoro przez ostatnie dwa sety męczył się niesamowicie, razem z całą drużyną dając popis z serii „jak nie grać w meczach o wszystko”, to dlaczego w tie-breaku miałoby być inaczej? A jednak coś się zmieniło.

Idealny odbiór, idealna wystawa, idealny atak z drugiej linii. Wiedział, że tak będzie, czuł to już ułamek sekundy wcześniej, zanim mocno zaserwowana piłka dotknęła jego złączonych dłoni. Punkt zwrotny, szala, która znów przechyliła się w najmniej spodziewanym momencie. Akcja po akcji budowali swoją przewagę. Budował ją Kubiak, jakby ze wszystkich zawodników na boisku właśnie on został wybrany, naznaczony do wygrywania przepychanych nad siatką piłek, zagrywania asów, zamykania właściwego kierunku przy bloku. Żarło.

Euforia po zwycięstwie nieporównywalna z niczym innym. Zastrzyk płynnego szczęścia. Złote konfetti osiadające we włosach, przylepiające się do policzków, złoty medal pobłyskujący na piersi. O to walczyli. Złoto.

Złoto w jej spojrzeniu jaśniało przeżytą rozkoszą, w tej chwili mógłby patrzeć na nią wiecznie. Tak już zostać do końca świata, z jej udem przerzuconym przez biodro, z przyspieszonym oddechem, zapachem rozgrzanej skóry, z kropelką potu toczącą się po skroni.

-Zauważyłaś, że zawsze, kiedy tańczymy kończy się tak samo? – spytał schrypniętym głosem.

-Najlepsza gra wstępna do najlepszej gry – uśmiechnęła się przygryzając dolną wargę – z najlepszym partnerem.

-Mógłbym tak się zestarzeć, patrząc na ciebie – wyznał coś, czego tak naprawdę zapragnął już od pierwszego tańca. Chciał ją dla siebie.

-Oj Misiu – roześmiała się cicho, w jej złotych oczach igrało rozbawienie – ale ja nie chcę się starzeć, a kiedy ty postanowisz to zrobić wymienię cię na młodszego. Może też Michała, zawsze dobrze układało mi się z Miśkami.

2016.03.19

UP lub DOWN

==============================================================

Mapa

-Aga, wchodzimy!

Dziewczyna stojąca obok upstrzonego wielobarwnymi graffiti kiosku odwróciła się na dźwięk swojego imienia. Uspokajająco pomachała dłonią w kierunku nawołującej ją grupki przyjaciół i z żalem zaciągnęła się po raz ostatni papierosowym dymem.

Agnieszka byłaby zwyczajna i przeciętna. Jedna z tysiąca nastolatek jakie mija się codziennie na ulicach każdego mniejszego czy większego miasta. Niezbyt wysoka, ale też nieszczególnie niska, nie za chuda ani za gruba, taka w sam raz. Dziewczyna o szarych oczach i ciemnych prostych włosach splatanych najczęściej w niedbały warkocz. Nigdy nie przekłuła sobie uszu, nie nosiła kolczyka w nosie czy języku, nie miała tatuaży a ubrania kupowała w popularnych sieciówkach. Byłaby zupełnie zwyczajna, gdyby nie była…

-Łaciata! Ruchy, ruchy, bo nas nie wpuszczą! – zniecierpliwione głosy zmusiły Agnieszkę do przyspieszenia kroku. Podbiegła do koleżanek i po chwili roześmiana grupka zniknęła we wnętrzu popularnego warszawskiego klubu.

-Za Magdę! Za jej kontrakt i oby ta piękna buźka była na każdym bilbordzie w mieście! – sześć szklaneczek z kolorowymi drinkami szczęknęło zgodnie uderzając o siebie ponad okrągłym stolikiem.

-Za Magdę! – brzęczącemu szkłu zawtórowało sześć głosów. W tym jeden męski.

-I o to stałem się chłopakiem celebrytki – Wojtek objął w pasie stojącą obok blondynkę i musnął wargami odsłonięte ramię dziewczyny.

-Pilnuj się, żebyś nadal nim pozostał – śmiech dziewcząt zagłuszyła dudniąca muzyka. Ze sceny zniknął debiutujący zespół a w jego miejsce za konsoletą pojawił się znany DJ. Impreza nabierała rozpędu.

Pierwsza na parkiet ruszyła Magda ciągnąc za sobą naburmuszonego Wojtka, Kamila podążyła za nimi zbierając po drodze jakiegoś nieznajomego przyglądającego się jej od pewnego czasu z nieskrywanym zainteresowaniem. Agnieszka dopiła swoje Cuba Libre i pokazując na migi pozostałym dziewczynom, że idzie zapalić wyszła na ulicę. Z ulgą odetchnęła chłodnym, wieczornym powietrzem. Miła odmiana po przegrzanym, przesyconym zawiesistą mieszaniną perfum, młodzieńczego potu i feromonów wnętrzu dyskoteki. Aga zajęła stałą miejscówkę opierając się plecami o ściankę kiosku, dokładnie pomiędzy dopieszczonym logo ulicznego artysty a niedbałym napisem oznajmiającym dosadnie co jego twórca sądzi o kibicach jednej z piłkarskich drużyn, zapewne wrogiej. W kierunku klubu ciągnęły kolejne grupki spragnionej rozrywki młodzieży, hołdując sobotniej tradycji, gdy wszelkie konsekwencje i skutki weekendowej hulanki można jeszcze beztrosko scedować na trzymaną w zanadrzu niedzielę. Agnieszka pomyślała, że też powinna tego spróbować, ostatecznie nieczęsto daje się wyrwać dziewczynom w podobne miejsca, nie każdego dnia jej siostra zostaje twarzą znanej marki kosmetycznej, co niewątpliwie jest istotnym powodem do świętowania, a ona sama choć raz na jakiś czas powinna przestać przejmować się, czy budzi niezdrową ciekawość i przyciąga natarczywe spojrzenia, czy też nie.

-Pożyczysz ognia? – wysoki chłopak w sportowej bluzie z kapturem niespodziewanie zatrzymał się obok i wyciągnął rękę po zapalniczkę wystającą z półprzymkniętej paczki Viceroy’ów, którą dziewczyna zwinnie obracała w palcach.

Agnieszka bez słowa spełniła prośbę nieznajomego. Zgrzytnęło przekręcane kółeczko krzesiwa, chwiejny płomyk na moment wydobył z półmroku ich twarze. Chłopak był przystojny. Miał ładne oczy o jasnym spojrzeniu, ciemne, mocno zarysowane brwi i ujmujący uśmiech unoszący jakby od niechcenia kąciki jego ust. Aga postanowiła dopisać go do listy powodów, dla których dzisiejszego wieczoru powinna pozwolić sobie na odrobinę szaleństwa. Mimo tego świdrującego, przykrego wzroku omiatającego jej dłonie.

-Dzięki – mężczyzna nieuważnie podał jej zapalniczkę, która upuszczona upadła na chodnik pomiędzy ich stopami. Schylili się jednocześnie, Agnieszka była jednak odrobinę szybsza. Ręka chłopaka odskoczyła jak oparzona, gdy zdał sobie sprawę, że niechcący dotknął skóry dziewczyny. Odruchowo wytarł palce o spodnie i w nagłym zażenowaniu schował dłoń za plecami.

-To nie jest zaraźliwe, nie bój się – Aga nie potrafiła ukryć przykrości, choć już od dawna nie powinny ją dziwić czy gniewać podobne reakcje. Skąd mógł wiedzieć? – Nie musisz się też tak we mnie wgapiać, tak, tu na policzku jest to samo – wskazała miejsce tuż pod prawym okiem, do którego przed chwilą uciekł wzrok nieznajomego – to nie światłocień ani wymyślny makijaż. A jak już się napatrzyłeś, to cześć.

Wyminęła chłopaka nie zwracając uwagi na wymamrotane nieskładne przeprosiny. Była Łaciatą, za to nie można przeprosić. Przezwisko, które przylgnęło do niej tak dawno, że praktycznie zastępowało imię. Towarzyszyło jej od dzieciństwa, bo przecież właśnie dzieci nazywają rzeczy z tą okrutną bezpośredniością, widząc je takimi jakie są, nie bawiąc się w konwenanse, nie zważając na cudze uczucia. Gruby jest dla nich Grubym, nie Puszystym, chudy – Chudym a nie Szczupłym, rudy – Ryżym a krótkowidz – Okularnikiem. Agnieszka była zatem Łaciatą. Beżowe plamy o różnym natężeniu znaczyły jej skórę nieregularną mozaiką, pojawiały się na dłoniach, szyi, łydkach, twarzy. Zniechęcały do bluzek na ramiączkach i wycieczek na plażę. Czy kogoś obchodziło, że są nieusuwalnym objawem anomalii genetycznej? Agi również nie. To z ich powodu była Łaciatą. Nie Agnieszką.

Przy barze zamówiła podwójnego shota i wypiła go duszkiem. A potem przywoływana przez Magdę wpadła na parkiet zatracając się w rytmie, muzyce, szaleństwie, obijając się o inne rozgrzane tańcem ciała, ciesząc przekornym przeświadczeniem, że w stroboskopowym, drgającym świetle wszyscy są łaciaci. Również wysoki nieznajomy, który coraz śmielej obejmował ją w pasie.

Obudził ją dotyk. Delikatne muśnięcie w okolicach łopatki, półkolisty ruch zarysowujący jej skórę, przesuwający się w dół tylko po to by nagle zawrócić i podążyć w kierunku kręgosłupa. Otworzyła oczy i starając się pozbierać myśli wpatrywała w ścianę, która z pewnością nie należała do jej mieszkania. Ściany jej sypialni były waniliowe, nie białe. O ścianę w jej sypialni nie opierała się deska snowboardowa, a nad ranem nie padały na nią promienie słońca, bo okno wychodziło na północ, nie na wschód. Gdzie zatem jest? Z trudem odtworzyła migawki minionej nocy. Przeszedł ją niechciany dreszcz.

-Dzień Dobry – w zasięgu wzroku Agnieszki pojawiło się przedramię przygarniające ją do siebie. Szorstki od zarostu podbródek oparł się na jej barku – Wiesz, że masz na plecach Tasmanię? Jestem prawie pewny. Zawsze chciałem tam pojechać.

-Muszę iść – poderwała się zbierając z podłogi porozrzucane części garderoby. Nawet nie spojrzała w kierunku łóżka, wiedząc kogo może się tam spodziewać. W pośpiechu naciągnęła na siebie bluzkę i podskakując na jednej nodze mocowała się z wąską nogawką spodni. Było jej wstyd. Pozwoliła sobie na zdecydowanie zbyt wiele. Puściła się z pierwszym, lepszym facetem, który poświęcił jej odrobinę uwagi. A teraz w świetle dnia była już nie tylko Łaciata, była również tania.

-Zaczekaj, nie śpiesz się tak, nie musisz uciekać – chłopak wygrzebał się z pościeli i wychylając poza krawędź materaca starał się uchwycić rękę dziewczyny. Agnieszka wyrwała mu się i zagarniając resztę swoich rzeczy wybiegła z mieszkania.

-Nawet nie wiem jak masz na imię – zawołał zaskoczony w stronę zatrzaskiwanych drzwi.

-Bo ja Patryk – dodał już sam do siebie.

Niczego o niej nie wiedział. Jak ma na imię, gdzie mieszka, ile ma lat. Nie znał numeru telefonu, nazwiska ani imion koleżanek, z którymi była tego wieczoru. Za to pamiętał, że tuż pod łopatką ma wtopioną w skórę Tasmanię a jej włosy pachną jaśminem. I to wystarczyło.

Niby było jak zawsze. Trenował z drużyną, dostawał wycisk na siłowni, marzył o swojej wielkiej szansie na boisku i zbierał ochrzan od Pliny za gapiostwo. Dopingował swoich z kwadratu, wchodził zadaniowo na zagrywkę i czasem nawet zostawał na boisku do wystawy. Siatkówka wyznaczała ramy dla każdego mijającego dnia. Ale wieczorem, tuż przed zaśnięciem, przypominał sobie jaśminowy zapach, beżową plamę na policzku, i jeszcze jedną, którą zobaczył, gdy w pośpiechu ściągnęła bluzkę rzucając ją byle jak na podłogę. Kiedy się kochali całował to miejsce wielokrotnie. I bardzo chciał to powtórzyć. Bo tak naprawdę nic nie było jak zawsze.

-Tu też nie – Patryk z westchnieniem przekreślił kolejne kółeczko na mapie. Postukał długopisem w następne, wpisał nazwę ulicy w okienko nawigacji i ruszył z parkingu.

Wiedział, że to obłęd, że zachowuje się nieracjonalnie, głupio i dziecinnie. A mimo to prawie codziennie pokonywał godzinną trasę z Radomia do Warszawy kurczowo trzymając się swojej jedynej nadziei. Powiedziała, że pracuje w markecie. To nic, że w stolicy jest ich przeszło sto. Znajdzie ją. Jeszcze jedno namierzone kółeczko, sklep na uboczu dużego osiedla, w końcu musi dopisać mu szczęście.

Znalazł. Siedziała przy kasie sprawnie przesuwając nad czytnikiem szeregi podsuwanych przez taśmę towarów, ważąc owoce, wstukując kody, wydając resztę. Dotychczas Patryk koncentrował się jedynie na samych poszukiwaniach, możliwe, że w głębi ducha sam wątpił w powodzenie swojej straceńczej misji i dlatego nigdy nie przygotował sobie planu działania w przypadku sukcesu. Teraz schowany za regałem ze słodyczami gorączkowo zastanawiał się jak powinien postąpić. Udać, że jest tu przypadkiem? A co jeśli go nie rozpozna, albo co gorsza, uda że go nie rozpoznaje? Przyznać się, że jej szuka? Wyjdzie na desperata, niewytłumaczalnego desperata. Nikt nie uwierzy, że można zakochać się tak po prostu, tak z niczego, przez jedną nieregularną plamę przypominającą kształtem Tasmanię, przez inną, tuż nad sercem, którą dopiero trzeba nazwać, a wcześniej dokładnie zbadać i opisać. Patryk wahał się jeszcze przez moment, a potem chwycił puszkę z brzoskwiniami i ustawił się w kolejce do kasy.

-Cześć, o której kończysz? – proste pytanie, zadane pomiędzy jednym piskiem skanera a drugim.

-Za dwie godziny – prosta odpowiedź, krótsza niż wydruk paragonu.

-Poczekam – stwierdzenie zagłuszone toczącą się po blacie blaszaną puszką.

Obudził ją dotyk. Przyzwyczaiła się już do tego. Polubiła. Pokochała. Czuła się odkrywana, kawałek po kawałeczku, nadawano jej nowe imiona i nazwy własne, wytyczano granice, tylko po to by następnym razem przesuwać je i zmieniać, wskazywano nieregularne linie brzegowe i nieznane wyspy. Spotkała własnego kartografa, podróżnika i żeglarza, który zapragnął więcej niż Tasmanii. Poplamiona, łaciata skóra, zaginiona mapa, na której budzący Agnieszkę z ciepłego snu delikatny dotyk zwykł wytyczać szczęśliwe szlaki. Dla nich obojga.

2016.02.29

UP lub DOWN

==============================================================

Kolędnicy

W tajnej kwaterze FIVB (Fanfiction(al) Institution for Volleyball Blogging) przygotowania do wigilijnej kolacji szły pełną parą. Członkinie nieoficjalnej organizacji, którymi były zarówno autorki jak i czytelniczki siatkarskich opowiadań, sprawnie podzieliły się w zespoły zadaniowe i bez ociągania zakrzątnęły po drewnianej chatynce ukrytej wśród zasypanego śniegiem lasu. Z kuchni dolatywały smakowite zapachy przyrządzanych smakołyków, w kominku wesoło trzaskał ogień a na środek jadalni wspólnym siłami wyciągnięty został ogromny stół przykryty teraz śnieżnobiałym obrusem.  Co chwila któraś z dziewcząt podbiegała do umocowanej na ścianie check-listy odhaczając czerwonym flamastrem kolejny, zrealizowany punkt wielostopniowego planu organizacji świątecznej wieczerzy.

-Choinka gotowa – zameldowała z kąta Prosaen wieszając ostatnią, własnoręcznie pomalowaną bombkę.

Tego roku FIVB poszedł na całość. Zielone, pachnące igliwiem drzewko przystrojone było od góry do dołu niebiesko-żółtymi szklanymi kulami doskonale imitującymi siatkarskie mikasy. Pomiędzy serpentyną wił się łańcuch złożony z miniaturowych szaliczków poszczególnych klubów plusligi, a na co drugiej gałązce wisiała błyszcząca gwiazdka, w centrum której przy odrobinie szczęścia można było rozpoznać twarz któregoś z zawodników. Niektórzy występowali kilkakrotnie. Na przykład Mateusz Mika w wersji z brodą i bez, Kubiak w okularach lub soczewkach, Zagumny zadowolony i zły, co w zasadzie nie różniło się praktycznie niczym. Natomiast na samym czubku jaśniał, lśnił i onieśmielał puchar Mistrzostw Świata. Dokładnie ten sam, który zaginął w niewyjaśnionych okolicznościach podczas prezentacji w Brazylii. Dla kogo zaś okoliczności były wyjaśnione dla tego były.

-Takiej choinki właśnie potrzebujemy, a nie jakichś przesłodzonych pierdół – Kasia kiwnęła z uznaniem głową przyglądając się dziełu Prosaen i skreślając odpowiednią linijkę z listy zadań.

-I to wcale nie jest sztuczne wychwalanie ani żadne pitu pitu – dopowiedziała P. a następnie spojrzała na wiszący na ścianie arkusz – Co my tam dalej mamy? Bo czas goni.

-Zacznę od końca, bo przecież u mnie nigdy nic nie może być tak, jak należy – obok P. stanęła jej nieodłączna koleżanka, zwana w pewnych kręgach „Myszkującą” Pauliną – tak więc: List do Świętego Mikołaja, ale to ogarnia Selene.

-No właśnie już nie, bo mi się miejsce skończyło – autorka znana ze swojej szczodrości wypowiedzi siedziała zrozpaczona nad zapisanym drobnym maczkiem zwojem papieru. Nie było szansy, żeby wcisnąć tam jeszcze choćby pół zdania.

-Jesteśmy przygotowane! – do Selene z kartonem wypełnionym ryzami A4 podbiegła K. – Pisz, pisz, pisz i nie przestawaj, ponieważ wychodzi ci to świetnie!

Selene z zapałem chwyciła za pióro. Jest tyle rzeczy, o których Mikołaj powinien się obowiązkowo dowiedzieć. W końcu chcemy jechać na Igrzyska do Rio. No i po drodze można by było jeszcze wygrać Ligę Światową. Aha, no i żeby Resovii wiodło się trochę lepiej, ale to życzenie Selene zapisała atramentem sympatycznym, nie ma potrzeby denerwować innych. Pokazała je jedynie w tajemnicy Pauli, która konspiracyjnym szeptem podsumowała:

-Rzeszów i Resovia: moje strony i mój ukochany klub, dopisz, że to ma być również prezent dla mnie, Mistrzostwo Kraju, jak co roku.

Selene z uśmiechem skinęła głową i pochyliła się nad kolejną kartką. Pochłonięta pisaniem przestała zwracać uwagę na otoczenie. A otoczenie wrzało, wybuchało śmiechem, wyśpiewywało kolędy, co chwila podbiegało, aby ustawić dodatkowe nakrycie na świątecznym stole bądź przywiesić u sufitu następną gałązkę jemioły. Przez środek sali przedefilowała Blackhorse dźwigając oburącz wyciągniętego przed sekundą z zamrażalki imponujących rozmiarów indyka.

-Twoja luba trochę cię podgrilluje, Kurczaczku – wyznała czule, co spotkało się z natychmiastowym sprzeciwem podążającej za nią Eni.

-Buuu nie podoba mi się taki pomysł, nie podoba mi się i już! Indyk powinien być w potrawce – stwierdziła z niezadowoloną miną.

-Potrawka, pfff, prawie jakbym miała wam zaserwować flaki z olejem. Jedyne flaki w tym roku podał nam Król Guma i wystarczy – Blackhorse pozostała nieczuła na marudzenie Eni.

Eni lubiła marudzić, nie lubiła natomiast odpuszczać:

-Czyli skoro u ciebie nie ma szans na szczęśliwego indyka w potrawce to chyba nie mam tu już czego szukać – „pierwsza ever” Eni spróbowała szantażu emocjonalnego, a kiedy została zbyta obojętnym wzruszeniem ramion zmieniła taktykę:

-No to pojawi się nowy nieplanowany bohater w tej kuchni i przemówi wam do rozumu, i tak to będę ja!! Jak ten indyk trafi na grill normalnie podłożę bombę, jak bum cyk cyk!

Goniona przez małego terrorystę Blackhorse zniknęła w sąsiednim pomieszczeniu. Do uszu rozbawionych scenką okupujących jadalnię członkiń FIVB (dla przypomnienia: Fanfiction(al) Institution for Volleyball Blogging) dochodziły jeszcze przez moment urywki gwałtownej wymiany zdań, z których wynikało, że indyk zostanie pozbawiony prawej kończyny dolnej, a ta, na specjalne życzenie niezmordowanej Eni, wyląduje w bulionie dusząc się na wolnym ogniu.

-OJEZU!!! – okrzyk Little Witch odwrócił uwagę zgromadzonych od indyczego incydentu.

W progu stała przemoczona Seehex. Wodą ociekał płaszcz gościa, a u jego stóp zdążyła już powstać sporych rozmiarów kałuża.

-W Londynie pada kotami i psami – oznajmiła nowoprzybyła i z wdzięcznością przyjęła podany kubek ciepłej herbaty. Bez oporów pozwoliła się posadzić przy kominku z rozkoszą wyciągając zziębnięte stopy w kierunku ognia.

-Cały dzień na nogach, jedyna rzecz, o której myślę to łóżko, albo spokojny wieczór i to lube ciepełko – poskarżyła się do siedzącej obok Ani.

-Mam to samo, też zazwyczaj padam na twarz, a potem jedno z dwóch: zasypiam albo odrywa mnie z tego radosnego zamyślenia jakiś debil w pracy – dziewczyna roześmiała się serdecznie – ale i tak nie mam zamiaru przestać przeglądać opowiadań o najbardziej nieludzkich godzinach. A ty kiedy się wysypiasz? – Ani zwróciła się do zajętej instalacją kolorowych lampek VE.

-Kiedy się wysypiam? W tej chwili jeszcze za dnia, bo wciąż zostało mi parę dni wolnego – domorosły elektryk odpowiedział półgębkiem, bo właśnie schylał się do gniazdka z zamiarem podłączenia wtyczki.

Błysnęło, zaiskrzyło i przestało świecić. Jadalnię rozjaśniał jedynie poblask płonących w kominku bierwion, natomiast w kuchni musiały zapanować egipskie ciemności, o czym informowały pełne pretensji okrzyki ekipy gotującej.

-Cud, miód i musztarda z serem – podsumowała rozbawiona Ani – przerwa, świąt nie będzie.

-Ależ ja nie planuję już żadnych przerw! – oświadczyła z półmroku „Myszkująca” Paulina i zaczęła z determinacją szperać w skrzynce z bezpiecznikami.

-Przepraszam, przy mnie wiele rzeczy przestaje działać – VE. zaczęła tłumaczyć się smętnym głosem, ale natychmiast jej przerwano.

-Nie opowiadaj głupot, bo w końcu to światło mogło tak po prostu wysiąść, czyż nie? – to Synestezja, której ostatnie pociągnięcia odkurzaczem wokół choinki przerwała niespodziewana awaria zasilania – Widzisz, już po kryzysie – dodała, gdy w pomieszczeniu ponownie rozbłysły lampy a Paulina odbierała zasłużone brawa za skuteczną interwencję.

-Okej, melduję wykonanie zadania, myślę że czterysta stron jest w sam raz, nie będę przeginać – Selene wykreśliła ostatni punkt z listy – i wiecie co? Została tylko brygada kuchenna, my jesteśmy po zawodach pod warunkiem, że Little Witch się odezwie.

-Odzywa się, choć zupełnie po czasie, ale się odzywa, bo się podjarała, że jest na liście – Little Witch jak na czarownicę przystało machnęła wyciągniętą zza pazuchy różdżką.

Powietrze zapachniało świętami, wanilią, piernikiem, cynamonem i pomarańczami, świeżo wykrochmaloną pościelą, siankiem spod obrusa i świerkowymi gałązkami.

-Rozkaz to rozkaz, miała być atmosfera, proszę bardzo – Mała Wiedźma z uśmiechem odpowiedziała na zaskoczone spojrzenia koleżanek – a tu drobny bonus, żebyśmy sobie umiliły czas do pierwszej gwiazdki – ponownie wykonała skomplikowany gest uzbrojoną w cisową witkę dłonią i przy palenisku zmaterializowały się stosy poduszek oraz taca pełna pucharków z aromatycznym grzanym miodem.

Dziewczęta rozsiadły się wygodnie i nie trzeba było czekać długo, żeby dyskusja zeszła na tematy branżowe FIVB.

-To przyznajcie się, co macie w planach w nowym roku? – Ani zwróciła się do obecnych w towarzystwie autorek.

-Ja mam swojego Zbyszka i Berenikę, jeszcze się z nimi nie rozstajemy – pierwsza zabrała głos Selene.

-A ty VE.? Będzie coś dłuższego? – Seehex spojrzała pytająco na sprawczynię niedawnego zaciemnienia.

-Nie wiem, jak przyjdzie wena to będzie, na razie świetnie się bawię pisząc miniaturki. Prosaen, a co z tobą? Wrócisz?

-Na razie skupiam się nad czymś niesiatkarskim. Może później? W zawieszeniu zostawiłam przecież Klarę i Michała – Prosaen w zadumie zapatrzyła się w ogień.

-Ja natomiast nic nie wyznam. Zalecam sprawdzać i zaglądać. Tymczasem zdrowie naszych nieobecnych kucharek, oby nie trzymały nas o pustych brzuchach zbyt długo – Little Witch przekornie zasalutowała pucharkiem w stronę kuchni.

-Oby nie, cholerycznie czekam na te pyszności – Karii vel Karolina wymownie pociągnęła nosem – Czuję grillowanego indyka.

-Swoją drogą – Kika postanowiła nawiązać do zarzuconego tematu fanfiction – ciekawe czy nasi drodzy siatkarze wiedzą, że istnieje coś takiego jak opowiadanie siatkarskie? Jak myślicie?

-Nie sądzę, żeby się tym przejmowali – Greenberry nie miała wątpliwości – bo w sumie co kogo z nich obchodzi co jakiejś dziewczynie siedzi w głowie?

Czy wypowiedziała to w złą godzinę? Czy może był to jedynie nieszczęśliwy zbieg okoliczności? Zgromadzone tego wieczoru w wydawałoby się całkowicie tajnej siedzibie FIVB autorki i czytelniczki nigdy nie rozwiązały tej zagadki. Natomiast w trakcie kolejnych spotkań często snuły wspomnienia zaczynające się nieodmiennie od zdania: i kiedy Greenberry wyrzekła te słowa rozległo się bardzo, ale to bardzo natarczywe pukanie do drzwi. Właściwie to ktoś w nie brutalnie grzmocił.

-Kolędnicy? Tutaj? – Synestezja nie kryła zaskoczenia.

Nie mniej zaskoczona była Gal Anonim, która jako pierwsza dotarła do drzwi i teraz stała w progu z lekko rozchylonymi ustami przestępując z nogi na nogę.

-Kurczę uszate – zdołała wydukać, zanim niespodziewani goście przejęli kontrolę nad sytuacją.

-Dobry wieczór paniom, Jerzy Mielewski – przedstawił się stłoczonym w wejściu dziewczynom Jerzy Mielewski – a wraz ze mną goście specjalni – i tu znany wszystkim dziennikarz zaczął wskazywać na wyłaniające się ze śnieżnej zadymki postacie dokonując jednocześnie prezentacji – trener Ireneusz Mazur, były siatkarz a obecnie tancerz Łukasz Kadziewicz oraz były siatkarz a obecnie tancerz z wilkami Jakub Bednaruk.

-Dobra Jurek, daj już spokój, nie jesteśmy w telewizji. Do rzeczy przechodź – trener warszawskiej Politechniki był wyraźnie zniecierpliwiony.

-Ja przejdę – wpadł mu w słowo Kadziewicz, którego posiniały z zimna nos był jednoznacznym dowodem, że właściciel owego nosa przebył dziś długą drogę w nie najbardziej komfortowych warunkach – która to napisała te paszkwile o libacjach alkoholowych? Że niby rozpijam koty, że podpaliłem dziecku zabawkę? Mam do niej słowo. Również o tym, że z naszej czwórki jakiś lumpenproletariat zrobiła.

-Hanka, to chyba do ciebie – Ani krzyknęła gromko w stronę kuchni.

Przy drzwiach pojawiła się Hania z Radomia, a że oderwano ją od ryb, którymi z pasją się właśnie zajmowała w dłoniach nadal dzierżyła delikatnie zakrwawiony tasak i wyjątkowo długi nóż do filetowania.

-Kto mnie wołał, czego chciał? – posłużyła się znanym z Wesela cytatem.

-Właściwie to nikt nic, pomyłka zaszła – Kadziewicz jakoś nie podzielał haninej miłości do literatury pięknej, natomiast widocznym respektem darzył broń sieczną. Cała grupka studyjnych ekspertów Polsatu zaczęła cofać się drobnymi kroczkami nie spuszczając wzroku z podrygującego w dłoni dziewczyny tasaka.

Hania niby od niechcenia podrzucała go tak, aby w wirującym ostrzu odbijało się światło wznoszącego się nad polaną księżyca i z wprawą łapała za trzonek.

-Wydawało mi się, że są jakieś zażalenia – autorka zabawnej serii miniatur o perypetiach czwórki niecodziennych gości uśmiechnęła się szeroko.

-Ależ skąd – Ireneusz Mazur, jako najstarszy poczuł się w obowiązku załagodzić niewygodną sytuację – to było wszystko bardzo sympatyczne, i ten mrówkojad taki kochany, i Łukasz ładnie śpiewał. No i Jakub w końcu odnalazł się w Zakopanem.

-Dokładnie, dokładnie tak. Znalazłem się, cały i zdrowy i z krawacikiem – potwierdził gorliwie trener Bednaruk.

-W ogóle to my tu jesteśmy przypadkiem, a właściwie to nas wcale nie ma. To oni coś chcieli – dokończył Mielewski wskazując na zbliżającą się do chatki gromadkę rosłych mężczyzn.

 -Chcieliśmy! – na czoło grupy wysunęła się barczysta postać – Selene ja do ciebie!

-To chyba Bartman – Selene przetarła oczy, nie mogła uwierzyć, że właśnie staje twarzą w twarz z bohaterem swojego opowiadania.

-I w końcu zaczęło się naprawdę dziać! Takie akcje to ja lubię – zza pleców nieszczęśliwej autorki wychynęła uradowana buzia Nan.

Rzeczywiście był to Bartman, ale nie tylko. Był to też Mika, Nowakowski, Łasko, Kubiak, Drzyzga i Kurek. I prawdopodobnie jeszcze kilku osobników pozostających poza kręgiem światła padającego przez otwarte drzwi chatki.

-Kto ma niby żuchwę jak zderzak od poloneza? No kto? – zaczepnym tonem spytał Zbyszek wysuwając przy tym szczękę do przodu w niekontrolowanym gniewie.

-Ejj rzeczywiście, ale jaja – dało się słyszeć anonimowe parsknięcie. Któraś z dziewcząt dostrzegła właśnie niekwestionowane podobieństwo.

-Wypraszam sobie! – Bartman aż dygotał z wściekłości – Misiek, czy ja mam żuchwę jak zderzak?

-W żadnym wypadku Zibi – Kubiak stał już wiernie ramię w ramię z przyjacielem – jesteś po prostu nad wyraz męski – Michał pogłaskał uspokajającym gestem policzek Zbigniewa.

-A przy okazji – Kubiak odszukał wzrokiem Prosaen – zupełnie nie rozumiem, skąd te insynuacje, że ja i Zbyszek, tego, no wiesz – siatkarz zacukał się słysząc za plecami złośliwy śmiech kolegów – I jeszcze te kwiatki w brodzie. Niepotrzebnie. Grenlandia to byłem ja – dodał zupełnie cicho.

Prosaen zaczęła z zainteresowaniem przyglądać się swoim paznokciom, a potem delikatnie pogwizdując wycofała się z zasięgu niebieskookiego spojrzenia kapitana reprezentacji. Zapadła cisza, którą wykorzystał nieoczekiwanie nie kto inny jak Cichy Pit.

-Ja już mam nerwobóle, spać nie mogę – poskarżył się płaczliwie wskazując palcem VE. – cały czas się boję, że mi wywiną taki numer z więzieniem. Tylko, że wtedy mnie tam zostawią, ja ich znam. Po co podsuwać takie niebezpieczne pomysły?

-Nie biadol. Mażesz się jak baba – Nowakowski został odepchnięty na bok przez Kurka – ja tu mam prawdziwe problemy. Co wy z tymi uszami? Nie macie o czym pisać? Uszy jak uszy, czapka na oczy nie opada. A teraz jeszcze jakieś porzucone dzieci? Tak, widzę cię Greenberry, jestem czujny – Bartek zmarszczył brwi i pogroził dziewczynie zaciśniętą pięścią.

Do przodu przepychali się kolejni siatkarze. Michał Łasko chciał koniecznie zamienić kilka zdań z Little Witch, a Mika zbierał się na odwagę, czy mimo wszystko nie zapytać Hanki, czemu jest takim niezgułą. Nad wszystkimi górował natomiast głos Kubiaka, który przypomniał sobie, że został zapchlony i chciano do niego strzelać, przy czym jedno i drugie uznawał za wysoce niehumanitarne.

-Pax! – nikt nie spodziewałby się, że spokojna, wyważona Selene będzie potrafiła przebić się przez narastający tumult. A jednak jej się to udało.

-Pax! – powtórzyła w całkowitej ciszy – Przecież my was uwielbiamy. Kibicujemy wam do ostatniego tchu. Trujemy się każdą porażką i cieszymy z każdego zwycięstwa. Czy którykolwiek stałby się bohaterem najmniejszej miniatury, gdybyśmy was nie lubiły? Naprawdę nie wiecie jak powinniście traktować nasze opowiadania? To ja wam powiem. Jako wyraz sympatii i przywiązania. A teraz: Wesołych Świąt i wracać do Spały. Styczeń tuż, tuż. My będziemy na posterunku trzymając kciuki. Obiecuję.

-Raju, genialne, aż mnie oczy bolą, tak rzadko mrugałam, żeby nie przegapić żadnej z ich min – Sprincia z uznaniem zwróciła się do Selene.

Skarceni siatkarze oglądali się niepewnie po sobie. Ostatecznie porozumieli się spojrzeniem i jednocześnie wygłosili hasło, o które nikt, ale to nikt by ich nie podejrzewał:

-Wesołych Świąt. Niech żyje FIVB!

Oczywiście, że nie mieli na myśli niczego innego niż: Fanfiction(al) Institution for Volleyball Blogging.

Następnie jeden po drugim zawodnicy zaczęli znikać w ciemności lasu. Dziewczyny postały jeszcze chwilę w progu odprowadzając ich wzrokiem a potem zasiadły do długo oczekiwanej kolacji. A kiedy przy stole ponownie rozgorzała dyskusja na temat wyższości indyka duszonego nad grillowanym bądź odwrotnie odwiedziny Kolędników były już niczym więcej jak kolejną miniaturą w dorobku organizacji.

2015.12.24

UP lub DOWN

==============================================================

Lenny

Leave this blue neighbourhood

Lenny siedział przy biurku tępo wpatrując się w ścianę, w jego dłoni drżał zawieszony nad pustą kartką długopis. Jak powinien zacząć? Co napisać i czy w ogóle napisać cokolwiek? W pokoju panował zaduch, krople potu spływały chłopcu po skroniach i znaczyły papier wilgotnymi śladami. Przeniósł wzrok na poruszane delikatnym wiatrem gałęzie stojącej przed domem czereśni. Przez wąską szczelinę uchylonego okna nie przedostawał się nawet najmniejszy podmuch, a blokujące framugę zabezpieczenia nie pozwalały na nic więcej. Więzienie. Kolejny mokry, okrągły znaczek na białym arkuszu. Tym razem od łzy. Jak zacząć? Mam na imię Lenny.

-Lenny? – jasnowłosy chłopak przyglądał mu się z zaciekawieniem – To jakieś artystyczne pseudo?

-Nie, mam na imię po prostu Lenny – śmiało spojrzał w lekko skośne, zielone oczy. Przyzwyczaił się już, że zawsze musi zawalczyć o prawo niebycia Leonem.

-No dobrze, ja jestem Marcin, to moje studio, a to Klaudia, pracujemy razem – blondyn wskazał na siedzącą przed komputerem dziewczynę, która obdarzyła Lennego zalotnym spojrzeniem. Do tego też się już przyzwyczaił.

-To czego od nas oczekujesz, „po prostu Lenny”? – Marcin uśmiechnął się i odgarnął z czoła opadającą mu na brwi grzywkę. Miał bardzo zgrabne dłonie o długich, szczupłych palcach. Lenny pomyślał, że chciałby je sfotografować. A zaraz potem poczuć ich dotyk na swojej skórze. Niepokojące, irytujące pragnienie.

-Robię zdjęcia, po amatorsku, szukam miejsca, gdzie mógłbym nauczyć się czegoś więcej. Obróbki, kompozycji. Podstaw – miał świadomość, że nienaturalnie długo wpatruje się w twarz Marcina, ale nie potrafił nad tym zapanować. Niewidzialny magnes nie pozwał mu na odwrócenie wzroku, ucieczkę przed pułapką łobuzersko zmrużonych zielonych oczu.

-No to dobrze trafiłeś, zajmę się tobą – Lennemu nie mogło się zdawać, usłyszał obietnicę, zupełnie niezwiązaną z przedmiotem rozmowy zakazaną, trującą pokusę. Bał się jej i równocześnie wiedział, że nie będzie w stanie się oprzeć.

-Naprawdę nieźle, szybko się uczysz – Lenny uśmiechnął się lekko nie odwracając głowy, pochwała sprawiła mu przyjemność. Starał się, czasem bardziej dla niego niż dla siebie.

-Wydaje mi się, że trochę przesadziłem z nasyceniem, zobacz tutaj – wskazał palcem właściwe miejsce na ekranie monitora – za niebiesko, nie sądzisz?

-No nie wiem, jak dla mnie w porządku – głos Marcina tuż przy jego uchu, ciepły oddech prześlizgujący się po policzku. Lenny przymknął oczy w pełnym napięcia oczekiwaniu. Kiedy dłoń o szczupłych palcach oparła się na jego ramieniu a kciuk niby przypadkiem musnął odsłoniętą skórę karku niekontrolowany dreszcz przebiegł ciało chłopca. Ale gdy kciuk zastąpiły wargi Lenny poderwał się gwałtownie.

-Och, nie udawaj, czekasz na to odkąd się tu pojawiłeś – Marcin uśmiechał się kącikiem ust. Pewny siebie i zwycięski.

-Nie, to nie tak, pomyliłeś się, ja nie jestem… – głos Lennego załamał się nagle. Chłopak chwycił wiszącą na oparciu krzesła kurtkę i wybiegł ze studia zostawiając po sobie otwarte drzwi i oniemiałego Marcina.

Nie jest. Nigdy nie był. Nigdy nie będzie. Te wszystkie osobliwe sny i marzenia o niczym nie świadczą. To, że nie potrafił się wpasować w towarzystwo rówieśników, że zawsze lepiej czuł się wśród koleżanek niczego nie dowodzi, poza tym, że jest po prostu trochę inny, dziwny. Ale tylko tyle. Przecież podobają mu się dziewczyny. Elza, bardzo, te jej rude włosy i czekoladowe oczy, piękna. To przez nieśmiałość nigdy na nic się nie odważył, a potem było już za późno, bo przeniosła się do Rzeszowa. Tęskni za nią, czyli coś do niej czuje i dlatego nie szuka żadnej innej. Nic poza tym. Bo on naprawdę nie jest… Marcin interesuje go, bo byłby idealnym modelem, ma takie regularne rysy twarzy. I tak wiele wie o fotografii. I jest świetnym nauczycielem. I ma zaraźliwy uśmiech, jest inteligentny i zabawny. I nie trzeba przy nim niczego udawać, można być sobą. I można z nim porozmawiać o wszystkim. I jest tak niepokojąco intrygujący. I najbardziej na świecie chciałoby się go pocałować.

Lenny zawrócił.

-Zapomniałeś czegoś? Może swojej orientacji? – Marcin nie krył szyderstwa. Chciał jeszcze coś dodać, złośliwy uśmieszek wykrzywił jego wąskie usta. Nie zdążył. Lenny podszedł do chłopaka, ujął jego twarz w dłonie i zrobił to, na co miał ochotę od pierwszego spojrzenia w zielone, lekko skośne oczy.

-Jezu, jesteś piękny, nawet nie zdajesz sobie sprawy – Marcin wpatrywał się w wyświetlacz aparatu przesuwając palcami po utrwalonej na zdjęciu twarzy Lennego – Wystarczy jedynie trochę rozjaśnić, żeby jeszcze bardziej podkreślić te twoje niesamowite oczy.

Lenny uśmiechnął się zakłopotany. Trzasnęła migawka, Marcin ponownie obserwował go przez obiektyw.

-Będę miał pamiątkę, jak już znikniesz – stwierdził.

-Dlaczego miałbym zniknąć? – Lenny zaciągnął się papierosowym dymem i pokręcił głową – Z nikim lepiej mi nie będzie.

-Już ja was znam, rajskie ptaki. Jesteś za cudowny, żebyś mógł być prawdziwy. Zostawisz mnie, prędzej czy później – Marcin ostrożnie odłożył lustrzankę na fotel i wyciągnął się na łóżku – ale zanim to się stanie, chodź tu, zajmę się tobą.

Na jego drapieżny uśmiech Lenny odpowiedział przygryzieniem dolnej wargi. Droczył się jeszcze przez moment celebrując dopalanie papierosa zanim pozwolił sobie na kolejną chwilę zapomnienia. Szczęśliwy, bezpieczny i zakochany. Tak. Pierwszy raz świadomie zakochany. W innym mężczyźnie. Z wzajemnością. Marcin może mówić, co chce, nic nie będzie w stanie ich rozdzielić.

-Tato, zostaw go, przestań, tato! – wydawało mu się, że nikt go nie słyszy, że woła zza grubej szyby tłumiącej skutecznie jego krzyk. Nic nie docierało ani do ogarniętego furią ojca zamierzającego się zwiniętą w kułak pięścią, ani do Marcina uchylającego się przed ciosem, w popłochu zbierającego swoje ubrania z podłogi a w końcu zbiegającego w panice w dół schodów.

-I żebym cię tu nigdy więcej nie widział, bo utłukę jak psa! – ojciec wrzasnął w ślad za znikającym chłopakiem – Plugastwo pod moim własnym dachem!

-A ty – wymierzył palec w Lennego – teraz mnie popamiętasz! Za długo ci popuszczałem, poprzewracało ci się w głowie, ale ja cię oduczę!

-Tato, co ty robisz? – Lenny patrzył z przerażeniem na wyciągany ze szlufek spodni szeroki, skórzany pasek – Tato!

-Nie mów tak do mnie, mój syn nie wyrósłby na zboczeńca, nie naraziłby nas na taki wstyd. Ale ja cię wyleczę! Naprawię!

Po pierwszych razach Lenny upadł na podłogę, po kolejnych skulił się obejmując rękami głowę. Czuł puchnące ślady po uderzeniach, na plecach, ramionach, udach. Czuł słodkawy posmak krwi z rozciętej wargi. Czuł ból poobijanego ciała. Ale najmocniej czuł strach i przerażenie. Nie wiedział jak długo leżał na ziemi wstrząsany płaczem, a później zamarły i zobojętniały.

Wieczorem do jego pokoju po cichu wśliznęła się matka, uklękła przy nim, dotknęła jego policzka wyrywając Lennego z odrętwienia.

-Synku, coś ty zrobił? – spytała miękko.

-Nic, mamo, wytłumacz mu, w tym nie ma nic złego, to przecież ja. Zawsze taki byłem. To ja – podniósł się z trudem i spojrzał na nią błagalnie. Zrozumie, to jego mama, kocha go tak samo mocno jako on ją. Obroni go.

-Nie mów tak – odsunęła się, kiedy próbował ją objąć, patrzyła na niego zatrwożona – jesteś chory, musisz wyzdrowieć, musisz przekonać ojca, że już jest z tobą dobrze. To jest złe, synku, bardzo złe.

Wyszła. Zostawiła go. W drzwiach pokoju zazgrzytał klucz. Izolatka, choroba może być zakaźna.

Tego samego wieczoru ojciec zabezpieczył okno, tak by nie można go było otworzyć. Zajęty uszczelnianiem klatki nie obrócił nawet głowy w stronę Lennego, który wczołgał się na łóżko i zwinięty w kłębek milczał paraliżowany strachem. Dopiero, gdy mężczyzna był już przy drzwiach zawrócił targnięty nagłym gniewem. Bicie powtórzyło się, jeszcze bardziej brutalne i okrutne.

Odtąd powtarzało się często. Bolało. Tak samo jak wyzwiska i wydzielane nieregularnie posiłki. Post oczyszcza. Jeszcze bardziej bolało opuszczenie. Matka pojawiała się w jego pokoju bardzo rzadko, a gdy już tam zawitała omijała wzrokiem siniaki i wiszący na ścianie pasek, czasami żeby wyzdrowieć trzeba pocierpieć. Z troską pytała go jak się czuje ignorując odpowiedzi. Czekała tylko na jedną, taką, której nie mógł jej dać. Że nie jest sobą.

To by oznaczało, że wyparł się nie tylko samego siebie, ale i Marcina. A tego zrobić nie potrafił, bo jak miałby mu potem spojrzeć w oczy. Te zielone, ukochane oczy, które przyjdą mu na ratunek, bo nie mogły go tak po prostu zapomnieć. Tylko, że dni mijały a Marcin nie wracał, nie krzyczał pod jego oknem, nie próbował siłą wedrzeć się do domu. Lenny pozbawiony telefonu i internetu nie miał żadnej możliwości nawiązania kontaktu, lecz czy powinien to robić, żeby najbliższy mu na świecie człowiek go nie porzucał? Nadzieja uciekała z zamkniętego pokoju, ulatniała się wąską szczeliną uchylonego lufcika, pierzchała przed świstem skórzanego paska, wyparowywała porami poobijanej skóry. Zatrzymała się jedynie na krótki moment, kiedy do miasta wróciła Elza.

-To ty nie uciekaj, miałaś mi pomóc – rzucił przez ramię ciągnięty przez niedopuszczającą sprzeciwu rękę ojca.

Jeszcze przed sekundą miał nadzieję, że jego koszmar właśnie dobiegł końca. Elza zawsze go chroniła, ratowała. Sam ją tu sprowadził narażając się na kolejne razy i wyzwiska, zbierając pozostałe w nim drobinki odwagi, żeby poprosić właśnie o Elizę. Ostatnią szansę. Komu, jeśli nie jej uda się przemówić do rozsądku rodzicom? Wyzwolić go z potrzasku? A nawet jeżeli nie, to udawać z nią będzie łatwiej, będzie w ogóle możliwe. Wymyślą rozwiązanie, wytrzymają w sfałszowanym małżeństwie przez rok, może dwa i znajdą jakieś wyjście z tej nienormalnej sytuacji. Z Elzą, która właśnie wybiegła trzaskając furtką, zniknęła w ciemności prowadzącej do rynku uliczki.

Został sam. Zamknięty w pokoju ze swoimi myślami, strachem i żalem. Z wiszącym na ścianie paskiem, który miał za zadanie przypominać, że tak długo będzie jego lekarstwem, jak długo ojciec będzie uważał, że choroba trwa. Wciąż czekał. Na Marcina, który powinien zamartwiać się i za wszelką cenę próbować go przynajmniej zobaczyć. Na Elzę, która nie mogła go tak porzucić, nie ona. Gdyby się wtedy nie zawahał byliby już daleko. Dlaczego się przestraszył? Dlaczego obraz unoszącego się nad jego głową skórzanego panaceum sparaliżował go tak skutecznie? Do bólu powinien się już przyzwyczaić, do poniżenia i odrzucenia również. Nic gorszego nie mogło go już spotkać. A jednak sam widok zmierzającego w jego kierunku ojca zatrzymał go w miejscu, odebrał wolę i resztki mizernej odwagi. Gardził sobą. Bezwolny, słaby, wieczne popychadło. Czas się poddać. Czas dać się uzdrowić.

Zaciśnięty na klamce skórzany pasek. Lekarstwo. To tylko chwila, krew przestaje dopływać do mózgu, utrata świadomości, nic nie boli. Moment męstwa, na który składa się całe życie. Moment tchórzostwa, który z tego życia wynika. Zamazujące się szarobłękitne spojrzenie. Moment.

Gałęzie czereśni zaszumiały poruszone mocniejszym podmuchem wiatru. Poznaczona mokrymi śladami kartka sfrunęła z blatu biurka. Pierwsze zapisane na niej zdanie ledwie dawało się odczytać. Chwiejne, niewyraźne literki stawiane drżącą dłonią. Mam na imię Lenny.

Mam na imię Lenny i niczego nie zostawiam. Bo nic tu nie mam.

Nie mam rodziców. Rodzice nie katują swoich dzieci, nie głodzą, nie wyzywają, nie próbują leczyć z urojonych chorób pasem, nie nazywają zboczeńcami. Nie zostawiam tu rodziców.

Nie mam i miłości. Miłość nie ucieka w popłochu i nie opuszcza. Miłość wraca i walczy, broni i wspiera. Przytula i koi. Nie zostawiam tu miłości.

Nie mam też przyjaźni, przyjaźń nie jest płocha i chwilowa. Przyjaźń trwa i wybiera ponad siebie, poświęca się. Daje nadzieję i wiarę, a nie samotność. Nie zostawiam tu przyjaźni.

Nie mam przyszłości. Przyszłość spełnia marzenia i urzeczywistnia sny. Przyszłości wygląda się z ciekawością. Przyszłość to nie ciągłe przerażenie i oczekiwanie na najgorsze. To nie niwecz i próżnia. Nie zostawiam tu przyszłości.

Mam na imię Lenny i właśnie umarłem.

2015.10.25

UP lub DOWN

==============================================================

Koszmar niekonwencjonalny

Stephane Antiga spał snem niespokojnym. Rzucał się na łóżku, wierzgał, niekontrolowanie wymachiwał rękami, nieskładnie mamrotał pod nosem zdania, w których, gdyby ktoś wsłuchał się uważnie, można było wyróżnić powtarzającą się frazę: „je te choisis”. Trudno jednak winić miotającego się wśród rozkopanej pościeli trenera, śnił przecież nad wyraz trudny mecz, mecz na wagę kwalifikacji olimpijskiej, mecz o bardzo niespodziewanym przebiegu. A gdyby ktoś nieopatrznie zajrzał do głowy francuskiego szkoleniowca i podejrzał jego senne majaki z pewnością zdziwiłby się nielicho. Bo sen zdecydowanie nie należał do zwykłych.

-Mikaczu, wybieram cię! – zakrzyknął głośno Stephane i z całej siły cisnął trzymaną w dłoniach piłką tuż przed linię trzeciego metra.

Żółto-niebieska kula zawirowała, podskoczyła kilkakrotnie a następnie w oparach dymu rozpadła się na dwie części. Z jej wnętrza wyskoczył rosły, brodaty chłopak, który jednak miast rzucić się do ataku, zgodnie z wydaną przez Antigę komendą, z wyrzutem spojrzał w kierunku ławki trenerskiej.

-Kurwa, szefie, połamany jestem cały, ileż można siedzieć skręconym w takim ciasnym opakowaniu? – Mikaczu z obolałą miną zaczął obmacywać dolne partie kręgosłupa, a następnie garbiąc się i utykając zszedł z boiska. Nawet nie obejrzał się na szalejącego po drugiej stronie siatki Kampasaura, który po każdym udanym rozprowadzeniu ustawianego przez pozostałych zawodników z ekipy Stephana bloku rozbłyskiwał czarno-czerwono-żółtymi cętkami dając upust swojej radości.

-Mikaczu, ale ja cię wybieram – Francuz w odpowiedzi na swoją żałosną prośbę otrzymał dwie rzeczy. Spojrzenie łzawych, sarnich oczu i widok wyciągniętego środkowego palca. Wcale nie sarniego.

-Trener się nie martwi, ja i mój wierny pomocnik tu pozamiatamy – przed Antigą wyrosła dość niecodzienna para przebierańców. Szkoleniowiec przyglądał im się wytężając pamięć, ale za żadne skarby nie był w stanie przypomnieć sobie, żeby powoływał kogoś takiego do swojej drużyny.

-A wy jesteście kim? – spytał w końcu zrezygnowany.

-No jak to? I’m Kurman!– zachrypiał ubrany w żółtą pelerynę osobnik spod przysłaniającej mu twarz papierowej maski. Maskę zdobił sporej długości czerwony dziób, a wokół otworów na oczy falowały pęki piór w kanarkowym odcieniu. Niestety wysiłki Kurmana, czy kim on tam był, dążące do jak najwierniejszego upodobnienia się do drobiu psuły wystające spod przesłony uszy. Na krańcu jednego nadal powiewał pasek przezroczystej taśmy samoprzylepnej, która najwidoczniej nie wytrzymała naprężeń i puściła oswabadzając zupełnie nieptasie radary.

„Bardziej pasowałby na nietoperza” – pomyślał skonfundowany Stephane i zanim zdołał dowiedzieć się kim jest towarzyszący Kurmanowi, milczący dotychczas dryblas, żółte ptaszysko zawyło, zupełnie po wilczemu i wydało bojowy okrzyk:

-W dziób wasza mać!

A następnie wbiegło na boisko powiewając cytrynową pelerynką.

-Z nim tak zawsze – westchnął drugi z przebierańców, którego biały strój pokrywały niekończące się spirale zapętlonych wersów: „pitu pitu na skrzypeczkach, dylu dylu na badylu” naprzemiennie z „tu cichosza tam cicho i w ogóle nic ni ma”.

-Przepraszam, muszę lecieć, bo chyba zaplątał się w płaszcz – dodał jeszcze osobnik o nieokreślonej tożsamości i rzeczywiście odleciał zapewniając z powietrza beznamiętnym głosem – Spokojnie Kurmanie, zaraz cię oswobodzę, nie płacz.

Antigę rozbolała głowa. A kiedy spojrzał co dzieje się pod siatką, migrena jeszcze się nasiliła. Kwilący, omotany żółtą materią Kurman, próbujące znaleźć miejsce do lądowania białe indywiduum oraz Grzegorz Wolverine bezradnie patrzący na nabitą na błyszczące szpony piłkę, z której z głośnym świstem uchodziło powietrze. Natomiast po drugiej stronie boiska wroga armia pokemonów podrygiwała radośnie w takt tego świstu i pełnym głosem wyśpiewywała znany na całym świecie refren: Let it go, let it go. Tyle, że po niemiecku. Niestety, dla zrozpaczonego Rosomaka była to ostatnia rzecz jaką mógł zrobić. Jedyne co zdawało się być obecnie w fazie „go” to niebieski smerf podskakujący za końcową linią i wykrzykujący, że jest gotowy do smerfastycznych obron. Stephane doszedł do wniosku, że albo jego ustrojony w charakterystyczną, białą czapeczkę błękitny libero naćpał się smerfojagód, albo ma bardzo zaawansowane smerfne ADHD.

Szkoleniowiec rozejrzał się w poszukiwaniu jakiegoś rozwiązania i prawie natychmiast je odnalazł. Przywołał niecierpliwym gestem stojącego w rogu zawodnika.

-Dziku, teraz jest chyba dobry moment żebyś się wkurwił – stwierdził z powagą.

-To jest właśnie moja tajemnica trenerze, zawsze jestem wkurwiony – usłyszał w odpowiedzi, a po chwili odsunął się przerażony widząc jak biało-czerwona koszulka z numerem trzynaście napina się i pęka pod naporem węźlastych mięśni i powiększających się barków.

Zielony potwór wkroczył na boisko.

„No, to teraz będzie rzeź” – pomyślał zadowolony Antiga.

Ta sama konkluzja musiała zaświtać w głowie komuś jeszcze, bo nad połową przeciwników zaczął szybować czarny kształt zanosząc się gardłowym śmiechem.

-I co teraz? Chuderrrrrlaczki? – zakrakał radośnie kształt i zanim odleciał, zdążył jeszcze narobić na głowę zaskoczonego Grozera.

Stephane przebudził się z krzykiem. Zlany potem długo uspokajał oddech, żeby w końcu stwierdzić, że już więcej nie da namówić się dzieciakom na całonocny maraton filmowy. Żona miała rację, to może rzucić się na mózg.

2015.10.19 Inspirowane komentarzem Hani z Radomia pod jej własnym opowiadaniem, o tutaj

UP lub DOWN

==============================================================

Bieg

-Zobacz, to jego żona – usłyszała za plecami głos, który nawet nie zamierzał być dyskretny. Nie musiała się odwracać, żeby być pewną, że właśnie została wskazana palcem.

-Która? Ta w fioletowej bluzie? Niemożliwe, taka przeciętna?

Uśmiechnęła się do siebie, ile razy czuła już na sobie takie spojrzenia, domyślała się podobnych komentarzy. Przyzwyczaiła się, od dawna nie budziło to w niej irytacji, jedynie pobłażliwe rozbawienie. Bo właśnie tak jest, jest jego żoną, taką przeciętną. Ale to do niej wraca po każdym meczu, do niej podchodzi po rozegranym spotkaniu, ją pozdrawia przed kamerami, a każda ze skwaszonych dziewczynek komentujących z dezaprobatą jej szare, związane w niedbały kucyk włosy i sprane niebieskie dżinsy może jedynie o tym bezowocnie pomarzyć tuż przed zaśnięciem. Jest żoną siatkarza, ostatni dzień.

Poznali się jeszcze w szkole, w liceum o profilu sportowym, gdzie on już doskonale wiedział, że właśnie siatkówce poświęci się bez reszty, a ona wciąż nie mogła wybrać pomiędzy bieżnią a pływalnią. On notował idealne wyniki i dobrze się zapowiadał, ona zawsze lądowała w połowie stawki i wcale nie miała pewności czy jedynie ciężka praca i samozaparcie wystarczą żeby ją kiedykolwiek stamtąd wydostać. On poprosił ją do tańca na którejś imprezie u wspólnych znajomych, ona zakochała się bez pamięci jeszcze tego samego wieczora. Na studniówce byli już oficjalną parą, przekonaną, że w cudowny sposób odnaleźli się pośród tłumów i nie muszą szukać innego szczęścia a jedynie dbać o to wspólne. Po maturze w jego dłoniach zaszeleścił kontrakt z klubem z ligowej czołówki a w jej kieszeni znalazł się indeks AWF-u. Zamieszkali razem, a niedługo potem się pobrali. Nie chcieli czekać, nie widzieli takiej potrzeby. Kochali się, byli siebie pewni i bez siebie nie wyobrażali sobie przyszłości.

Często myślała o swoim małżeństwie jak o scenie z ulubionego serialu. Sezon drugi House of Cards rozpoczyna długie ujęcie biegnącej asfaltową alejką pary. Wieczorny jogging w oświetlonym latarniami parku. Bohaterowie zatrzymują się na moment żeby odsapnąć a po chwili wymieniając jedynie porozumiewawcze spojrzenia i skinięcia głowy ruszają dalej. We wspólną trasę, ramię w ramię. Piękna metafora dojrzałego związku. Wydawało jej się, że oni też tacy są, i chyba na początku rzeczywiście tak było. Ale zanim się spostrzegła liderem biegu stał się on. Kierunek nadawała jego rozpędzona kariera. Sukcesy, które uszczęśliwiały ich oboje, propozycje z coraz lepszych, zagranicznych klubów, przeprowadzki i ciągła zmiana adresów. Nie narzekała, nawet nie czuła się z tym źle. Była żoną siatkarza, to było zaszyte w słowach przysięgi wypowiedzianej przed ołtarzem.

Potem pojawiła się Ania, ich radość, oczko w głowie tatusia i powód żeby pomyśleć o czymś na stałe, o ich miejscu na ziemi, gdzie córka i jej o trzy lata młodszy braciszek będą mogli spokojnie dorastać, a on będzie mógł wracać po zgrupowaniach, turniejach rozgrywanych w reprezentacyjnych barwach, zakończonych sezonach w coraz to nowych ligach. Wybudowali dom, własną przystań. Wybudowali, bo to on na niego zarobił, a ona asystowała każdej stawianej ścianie, starała się o pozwolenia i dopinała urzędowe formalności, negocjowała ceny materiałów i decydowała, jakie drzewa zostaną zasadzone wzdłuż ogrodzenia. Stworzyli swój azyl gdzie mogli być szczęśliwi, przez te krótkie momenty w roku, kiedy siatkówka zwalniała go ze służby i gdzie mogli udowadniać sobie, że są dla siebie jedyni, kiedy on zmagał się z kontuzjami, słabszą formą i sportową niemocą a ona trwała przy nim wspierając i obiecując lepsze jutro. Bo biegli razem, choć on zawsze był nieznacznie pierwszy. A jak będzie teraz?

Końcowy gwizdek i gromkie brawa. Ostatni mecz zamykający sezon. Także jego ostatni mecz. Dziś w wieloletniej siatkarskiej karierze jej męża rozegrany został finalny set. Od jutra on już nie będzie siatkarzem, a ona przestanie być żoną siatkarza. Rano obudzą się w odmienionej rzeczywistości, w której ona będzie żoną… No właśnie, kogo?

Pierwsze dni były cudowną mieszanką szczęścia i niedowierzania. Nie musieli liczyć czasu, jaki pozostał im do kolejnego rozstania, pod skórą nie czaił się wywoływany oczekiwaniem końca urlopu niepokój. Wspólne poranki i wieczory, roześmiane dzieciaki niemogące nacieszyć się tatą. I on, pełen energii, z chęcią przejmujący część domowych obowiązków, reperujący wszystkie proszące się od tak dawna o naprawy domowe sprzęty, koszący trawnik i odwożący Anię i Michałka na lekcje angielskiego i treningi karate. Kiedy kierunek przestała dyktować siatkówka znów zrównali się w biegu, podążali ramię w ramię.

A potem okazało się, że bieg do mety przeobraził się w bieg na orientację, bo nie można usunąć z życia tak ważnej, ogromnej jego części i nie pogubić się choć odrobinę. Ona nie odczuła tej zmiany tak drastycznie, bo w jej codzienności nie nastąpiła żadna rewolucja. Dzieci nadal należało wysłać do szkoły, potem pojechać do pracy, wracając zrobić zakupy a w domu wyprać, wyprasować, ugotować, posprzątać. To wszystko przychodziło teraz zdecydowanie łatwiej, bo nie uwierała wszechobecna tęsknota za nim, ale wyuczony rytm dnia nie zatracił się w żaden sposób z tego powodu. Natomiast dla niego świat obrócił się o sto osiemdziesiąt stopni praktycznie w jednej chwili. Treningi zastąpione przygotowywaniem kanapek do szkoły, hotelowe łóżka – fotelem przed telewizorem, meczowa adrenalina – tradycyjnym wieczornym drinkiem. Ze zdziwieniem odkryła, że jej mąż, człowiek, który wielokrotnie decydował o zwycięstwie drużyny, który na boisku nie zwykł się wahać i nie odpuszczał do ostatniej piłki kompletnie nie potrafi poruszać się w szarej, przyziemnej rzeczywistości. Rozbijał się o zdawałoby się najprostsze sprawy. Irytowało go, że aby zarejestrować dziecko do przychodni trzeba minutami wysłuchiwać sygnału zajętej linii, tracił cierpliwość odsyłany od pokoju do pokoju przy próbie przedłużenia dowodu rejestracyjnego samochodu, z niedowierzaniem odczytywał urzędowe pismo informujące, że utwardzenie drogi prowadzącej do ich osiedla domków jednorodzinnych nie znajdzie się w planach zagospodarowania przynajmniej do 2020 roku. Nie był przyzwyczajony do czekania, pokornego znoszenia odmów, rozstrzygania błahostek zamiast koncentrowania się na istocie rzeczy. Dotychczas to ona się tym zajmowała usuwając wszelkie domowe kłopoty z pola widzenia, żeby nie psuć tak rzadkich wspólnych weekendów, pozwolić mu odpocząć podczas zawsze zbyt krótkiego urlopu pomiędzy rozgrywkami klubowymi a reprezentacją. Teraz był bezradny, bo codzienność go osaczała, krzyczała drobiazgami, których dopiero się uczył. Ile wynoszą rachunki za prąd, kiedy alergia Michała daje się najbardziej we znaki, że w piątek rano koniecznie trzeba unikać najkrótszej drogi do miasta, aby ustrzec się przed godzinnym uwięzieniem w korku. Wydawałoby się: drobnostki, ale ich nie mógł rozwiązywać jednym odważnym zagraniem pod siatką, dodatkową serią ćwiczeń na siłowni czy rozgrzewającym bolący mięsień plastrem. Znikała gdzieś typowa dla niego pewność siebie i charyzma, zmieniał się na jej oczach. Czasami wydawało jej się, że on po prostu się boi, choć był ostatnim człowiekiem na ziemi, którego mogłaby o to posądzać. Jednak żeby znaleźć w sobie determinację do biegu, trzeba znać cel, a przynajmniej kierunek. Bez tego dopada cię strach.

Odżył, gdy został zaproszony do komentowania meczy w trakcie mistrzostw Europy. Wrócił do swojego świata, przyjaciół, dziennikarzy, trenerów, dyskusji o taktyce, dyspozycji poszczególnych zawodników, formie drużyn. Siatkówka go uszczęśliwiała, bo ją znał od podszewki, to on uczył jej innych. Nic dziwnego, że zaczął szukać wszelkich sposobów, żeby na powrót zakotwiczyć w znajomym otoczeniu. Pojawiły się wyjazdy razem z byłym klubem, spotkania ze sportowcami w cywilu, imprezy z trenerami. Tylko, że za jego noclegi w ekskluzywnych hotelach nie płacił związek, podróży po kraju i za granicę nie finansowała żadna z telewizyjnych stacji, a kolejkami stawianych wszystkim wokół drinków obciążane było ich prywatne konto.

To była nieprzyjemna rozmowa, zmieniająca lidera biegu, ale konieczna by utrzymać ich na trasie.

-Kochanie, zobacz na wyciąg, nie stać nas na to – podsunęła mu pod nos plik wypełnionych drobnym drukiem kartek.

-Nie rozumiesz, dzięki temu gdzieś się zahaczę, coś zacznie się dziać, może jakiś klub, może gazeta – sam w to nie wierzył, ale próbował zrobić wszystko, żeby tylko nie stawać oko w oko z bolesną rzeczywistością. Bo prawda była taka, że do życia po siatkówce nie przygotował się wcale.

-Przykro mi, ale nie mamy środków żeby pokrywać koszty twojego lansowania się  – zabrzmiało to o wiele ostrzej niż powinno, jednak było już za późno żeby mogła się wycofać. Może brutalność, to to czego teraz mu potrzeba? – Nie jesteś jednym ze swoich kolegów, nie jesteś działaczem, nie masz udziałów w dużym przedsiębiorstwie ani stałego etatu w telewizji. Masz za to, czy to ci odpowiada czy nie, nie do końca spłacony kredyt za dom, dwójkę dzieci, o których przyszłość trzeba zadbać i brak pomysłu na siebie. Pogódź się, że ta piękna, bajkowa, siatkarska przygoda się właśnie skończyła. Nie wrócisz do tego. Jestem tu, pomogę, ale to ty musisz tego chcieć, musisz chcieć coś z sobą zrobić.

Zrobił. Zdradził ją. Nie musiał się nawet do tego przyznawać, wystarczyło spojrzeć jak siedzi przed nią, zgarbiony, przygaszony, z winą wypisaną na twarzy.

-Nie wiem dlaczego – wyszeptał unikając jej wzroku.

Ona wiedziała. Rozumiała i nawet jej to nie zdziwiło, musiało się tak stać. Przez całe lata jego sportowej kariery słyszała tysiące insynuacji, od koleżanek, matki, żon innych siatkarzy. Mąż z dala od domu przez większą część roku, otoczony młodymi, zapatrzonymi w niego fankami ma prawo nie ustrzec się przed pokusą. To ona powinna mieć się na baczności, powinna uważać, czuwać, kontrolować. Puszczała te wszystkie dobre rady mimo uszu. Wierzyła w jego wierność, byli siebie pewni, od zawsze. Mógł uśmiechać się do wielbicielek i z powagą spoglądać w oczy przeprowadzających z nim wywiady dziennikarek, ale gdy tylko skończył się mecz dzwonił do niej, dopytując się czy widziała tą najważniejszą akcję, jak czują się dzieci, co w domu, zapewniając, że kocha i tęskni nie mniej od niej. Czuła, ufała i była przekonana, że nigdy nie było żadnej drugiej. Poza siatkówką.

Tak długo jak wszystko czego zapragnął leżało w zasięgu ręki nie interesowały go skoki w bok. Miał miłość, sławę i swoją pewność siebie. Nie potrzebował żadnych dodatkowych potwierdzeń, że sobie radzi, że jest kimś, że wie dokąd zmierza. Ale kiedy zabrakło siatkówki okazało się, że nic już nie utwierdza go w przekonaniu o własnej wartości. I wybrał ten najprostszy sposób żeby znów poczuć się dobrze. Uwiedziony zachwytem promieniującym z utkwionych w nim oczu, uśmiechem dedykowanym tylko jemu, podziwem z jakim wypowiadany był pod jego adresem każdy komplement. Dał się omamić, naiwny, zagubiony dzieciak, a teraz czuł się jeszcze gorzej niż przedtem. Przez pychę beztrosko postawił na szali to co powinno być dla niego najważniejsze.

Podeszła do niego bez słowa, usiadła mu na kolanach, wtuliła się w jego ramiona. Nie czuła złości, rozczarowania, urazy. Czuła żal. Do siebie, że nie potrafiła temu zapobiec. Zachłysnęła się radością, że teraz to ona prowadzi w ich wspólnym biegu, że oto nareszcie nadszedł jej czas, że po tych wszystkich latach, to ona będzie nadawać tempo. I zostawiła go w tyle, o wiele bardziej niż kiedykolwiek on zostawił ją.

-Odejdziesz ode mnie? – spytał chowając twarz w jej włosach.

-Posłuchaj co mówisz – odsunęła się na tyle by móc spojrzeć mu w oczy – Ty się poddajesz. Ty! Szukasz wymówki, żeby zejść już do szatni. Nigdy tego nie robiłeś. Teraz od przedtem nie różni się tak strasznie jak ci się wydaje. Jest inaczej, ale zasady są podobne. Walczymy do końca. To tylko kontuzja, poboli i przestanie.

Pocałował ją, nieśmiało, nie wiedząc jak zareaguje. Pozwoliła mu na to, odwzajemniła pocałunek a po chwili wylądowali w sypialni poświęcając sobie tyle uwagi ile tylko było możliwe, zapewniając się dotykiem, pieszczotą, westchnieniem, że nadal są dla siebie jedyni, że kochają bez pamięci każdą cząstkę tej drugiej osoby. Nie wybaczali sobie, bo nie mieli nic do wybaczenia. I tylko potem, gdy leżeli przytuleni splatając palce swoich dłoni, wsłuchani w ciszę pogrążonego we śnie domu szeptem wyjaśniali sobie wszelkie niedopowiedzenia. Ustalali kierunek, skinieniem głowy potwierdzali gotowość do dalszego biegu. Ramię w ramię.

2015.10.18

UP

120 odpowiedzi na „Skróty

  1. ~sianokosik pisze:

    Świetne te miniatury. Popłakałam się na Lennym i Mapie…

  2. ~VE. pisze:

    Fajnie by było czasem spotkać takiego Kadziewicza. Bo to człowiek, z którym na pewno dobrze by się gadało. Ale nie ma co gdybać, niestety lub stety.
    Miło Cię tu znów czytać. :)

    • otfilulu pisze:

      Mam podobne myśli, tylko, że dokładam do tego jeszcze picie :D . A najchętniej pogadałbym sobie z Plińskim, czasami się po prostu wie, że z kimś można się naprawdę dogadać.
      A gdybać należy, cały ten fanficowy biznes na tym stoi.
      Miło mi Cię znów gościć :) Pozdrawiam.

  3. ~Greenberry pisze:

    O jaaa, wchodzę sobie tak nagle, jakiś dziwny impuls, bo ostatnio z blogowym światem mi kompletnie nie po drodze, a tu takie MIgnięcie okiem w stronę mojego ulubionego Kubiaka i ulubionego Kadziewicza. Łezka się w oku kręci. Cudnie. Uwielbiam. Dziękuję.
    i chyba też powinnam wreszcie coś napisać

    • otfilulu pisze:

      Oj tak, powinnaś, powinnaś. Ja zawsze czekam, zaglądając w któreś z Twoich niedokończonych opowiadań. Gregor, ten kartofel, czeka również.
      Pozdrawiam i powodzenia w świecie pozablogowym :)

  4. ~prosaen pisze:

    ojej. zupełnie się tego nie spodziewałam (ale szok), ale… to jest bardzo intrygujące i myślę, że to zdecydowanie za mało.

    • otfilulu pisze:

      Cieszę się, że udało mi się Ciebie zaskoczyć. Myślę, że długość odpowiednia, wystarczy, że złamałam postanowienie i wróciłam do początków.
      Pozdrawiam

  5. ~Hania pisze:

    Tak mi się jakoś łezka w oku zakręciła, kiedy TO małe, spinoffowe cudo przeczytałam.
    Dziękuję za zaanonsowanie tego, że żyjesz.
    I tak w ogóle to wesołych świąt (raczej nie staną się wesołe od ciągłego powtarzania, ale próbować warto). I spokoju na wiosnę.

    Cura, ut valeas.
    H.

    • otfilulu pisze:

      No to zaklinajmy rzeczywistość dalej: Wesoły Świąt, Haniu :) Może zdążymy coś z nimi zrobić, choć koniec już bliski (Świąt, nie nas oczywiście).
      Dziękuję, że zaglądasz, choć ja przestałam dostarczać. Mi też się łezka zakręciła, widząc, że wciąż Cię tu goszczę.
      Pozdrawiam bardzo żywotnie.

  6. ~selene pisze:

    Po pierwsze, nie ma za co przepraszać, bo ja bym mogła nawet i sto lat czekać (swoją drogą, nie wiem, jak sama musiałabym się pokajać, skoro obijam się prawie osiem miesięcy), a po drugie, bardzo, bardzo, bardzo się cieszę, że się pojawiłaś, nawet jeśli tylko na chwilę. Jak to mówią – you made my day ;) I tylko szkoda, że ledwie zaczęłam czytać, a już skończyłam. Aż chciałoby się więcej.
    Znów nęcisz nadmorskimi krajobrazami, które wprost uwielbiam, zarówno za pomocą słowa, jak i obrazu. Fajnie, że nawiązałaś do MIgałów, i że jest to urywek akurat z Kadziewiczem, który w Twoim wykonaniu jest wręcz doskonały. Skala 1:1. Kurczę, wkrótce miną dwa lata odkąd męczę Cię swoimi elaboratami, a to nadal moje ulubione opowiadanie. Natomiast co do miniatury, to jak zwykle mamy sto procent Kadziewicza w Kadziewiczu i mamy też swego rodzaju nostalgię, bo mam wrażenie, że morze jakoś siłą rzeczy wprowadza w nastrój skłaniający do głębszych przemyśleń lub właśnie wręcz przeciwnie – powoduje, że kompletnie wyłącza się myślenie, ale nigdy nic pomiędzy. Co by było, gdyby… Czasem nie warto się zastanawiać.
    „Co się stanie, kiedy w mordę dam, debilowi, którego za ścianą mam?” – oczywiście przy okazji tego zdania w głowie rozbrzmiała mi melodia z wspomnianej przez Ciebie reklamy ;)
    Pozdrawiam ciepło, bo pogoda zdecydowanie niewiosenna ;)
    PS. Tak jeszcze a propos MIgałów… od dawna zastanawiałam się nad czasem akcji, a w zasadzie nad rokiem jej rozpoczęcia i według jakichś tam moich szacunków powinien być to rok 2017 (jeśli wziąć pod uwagę koniec tureckiego kontraktu prawdziwego Kubiaka, który pierwotnie miał być przecież trzyletni) lub 2018, gdyby turniej kwalifikacyjny do igrzysk w Tokio z trzeciej części był turniejem ostatniej szansy, a więc prawdopodobnie byłby rozgrywany w roku olimpijskim (w tej części, jeśli dobrze pamiętam, jest również mowa o tym, że Iga i Michał znają się od dwóch lat). Wiem, że to bezsensowne dywagacje, ale jak wiadomo, lubię sobie drążyć ;)

    • otfilulu pisze:

      Kurcze Uszate! To już dwa lata? Ale czas leci. Czy powinnam jakiś prezent przygotować z okazji jubileuszu? W końcu jesteś osobą, która zostawiła na tym blogu niewiele mniej znaków ode mnie, a z jej komentarzy spokojnie można stworzyć osobne opowiadanie.
      Ostatnio stwierdziłam, że prawdziwa wartość dodana tej strony to nie moje wypociny, ale osoby, ba osobowości, które zostawiają po sobie tak wiele w sekcji na dole. A Selene z pewnością wiedzie w tym prym, za co stale, niezmiennie i szczerze dziękuję.
      MIgał teoretycznie zaczyna się w tym roku, we wrześniu i trwa 4 lata. (Zdaje się, że coś tam trochę zmaściłam w czasoprzestrzeni, już ja dobrze wiem co, ale nie będę sama sobie strzelać tu goli. Drążące osóbki Twojego pokroju zapewne dojdą, co nie gra.) I mogłabym powiedzieć, że to stąd mi się wzięło na wspominki, ale najzwyczajniej w świecie Kadziewicz wyglądał dobrze na ostatnim meczu Gacka, lepiej niż jako szczaw z 2006 :) i zaczął za mną chodzić, więc i ta, bardzo krótka i sztywna (zastałam się, oj zastałam) miniaturka musiała być o chodzeniu.
      Pozdrawiam również (fajnie to napisać znów) i dziękuję, bardzo bardzo, że nadal tu jesteś.
      PS. Mam nadzieję wrócić bardziej regularnie i dokończyć Tildę (w tym celu popełniłam rozdział 6,5), ale nie obiecuję, bo widzę co się dzieje.

  7. ~prosaen pisze:

    ja cię popieram w wyobrażaniu sobie takiego Kurka. po akcjach ostatnich miesięcy też miałam podobne przemyślenia, a ty swoje bardzo dobrze ubrałaś w fabułę i słowa.

  8. ~Greenberry pisze:

    Bartek, och Bartek.
    Barteczek, taki niedojrzały dzieciak. Chcę, tupnę nóżką, dostanę, postawię na swoim, wezmę, co sobie wymyśliłem, a reszta mnie nie obchodzi.
    Upaprany w błocie, zły, ale niejednoznaczny. Każdy ma instynkty, pragnienia, które są silniejsze, niż zdrowy rozsądek i poczucie przyzwoitości. Szkoda Anki. Szkoda męża Sylwii. I samej Sylwii, bo jaką ma gwarancję, że Bartek jej nie skrzywdzi?
    A tak poza miniaturką, jak zawsze świetną, to Bartek mnie wkurwił. Było mi go szkoda, potem mnie wkurwił, potem zaczęłam się z tego cyrku śmiać. A potem z tyłu głowy sobie uświadomiłam, że po Bartkowym sezonie w Rzeszowie wysłałam moją Anikę do Bełchatowa, bo „przecież znowu nie zagra w Skrze”. Ups.

    • otfilulu pisze:

      Ha!To może to znak, że niby zakończone opowiadanie wcale się nie zakończyło i domaga się jakiegoś post epilogu? Byłaby to nie lada gratka, bo dla mnie Twój Bartek, to najlepiej napisany Bartek jakiego znam. Przemyśl to :)
      A swoja drogą coś w wieszczeniu opowiadaniami chyba jest, bo prosaen, dawno temu, przeniosła Lucasa Kampę do Jastrzębia, i co? Kampa w Jastrzębiu wylądował. Ale jak kiedyś Kubiak trafiłby do Lubina, to ja wyjdę oknem ;)
      Pozdrawiam bardzo.

  9. ~selene pisze:

    Fajnie, że pośrednio i zupełnie nieświadomie przyczyniłam się do realizacji pomysłu na miniaturę. Jakbyś jeszcze kiedyś potrzebowała dodatkowej motywacji, to służę pomocą ;)
    Nigdy się do tego nie przyznawałam, ale Twoja Elektroliza spowodowała, że zapałałam do Bartosza jakby większą sympatią. Chociaż zawsze zdecydowanie oddziela się fikcję od rzeczywistości, to jednak bywa tak, że opowiadaniowa kreacja potrafi wpłynąć na nasz światopogląd. Bo może autorka dostrzega w danej postaci coś, co nam do tej pory umykało, a jak jeszcze potrafi zaserwować całość w bardzo apetycznym sosie, to już w ogóle jest się totalnie kupionym. W Elektrolizie Bartek miał wiele wad i słabości, ale dał się lubić, natomiast tutaj… tutaj jest Uszatym Paskudem i tym razem to określenie nie jest ani trochę pieszczotliwe. W dodatku beztroskim i niedojrzałym. Co tam kontrakt, opinia publiczna, dziewczyna stojąca za nim murem, czy jakiś tam mąż, któremu z premedytacją przyprawiono rogi – lepiej iść na żywioł, niewiele zastanawiając się nad konsekwencjami. Ubłociłaś naszego bohatera od stóp do głów. Myślę, że ten prawdziwy Bartosz w zestawieniu z fikcyjnym wypada mimo wszystko lepiej, ale nie da się ukryć, że ostatnio stracił trochę na wiarygodności. Najpierw było zrozumienie i współczucie, bo porażka na drugich igrzyskach z rzędu plus świadomość, że podpisało się „kontrakt życia” z klubem, w którym znów będzie się wiodącą postacią, gwiazdą przez duże G mogły uwierać i obciążać psychicznie. Terminy takie jak zmęczenie, wypalenie czy dłuższa przerwa były odmieniane w mediach i przez samego zainteresowanego przez wszystkie przypadki. A później okazało się, że transfer do Skry rozwiązuje większość jego problemów i wychodzi na to, że w zasadzie to on mógłby wrócić do gry choćby od zaraz. Oczywiście Kurek konsekwentnie broni pierwotnej wersji, ale w świetle ostatnich wydarzeń ona przestaje trzymać się kupy. Nic dziwnego, że pozostał niesmak, a na niego spadła fala krytyki, niemniej jednak ciężko podjąć się jednoznacznej oceny. Nie wiemy przecież wszystkiego.
    Pozdrawiam :)

    • otfilulu pisze:

      Dobry Wieczór, porozmawiajmy.
      Chyba nigdy o tym nie wspominałam, ale w skrócie: o Kubiaku piszę, bo kompletnie nie rozumiem jak on funkcjonuje, o Kurku, bo tak wiele jego zachowań jest mi bliskie. Oczywiście wszystko zasadza się na daleko idących przypuszczeniach i niepopartych niczym wyobrażeniach oraz na psychoanalizie dla ubogich, więc cały czas nie wychodzimy poza fikcję.
      Ten skrót w zamierzeniu jest troszkę pastiszem. Po przeczytaniu wielu komentarzy i wypowiedzi na jadowitym forum plusligi uruchomiła mi się reakcja: chcecie Bartka złego? To zobaczmy jak bardzo zły mógłby być. Najczarniejszy scenariusz. Fanficowe wyzwanie. Wcześniej, zanim machina ruszyła, zaraz po opublikowanym przez Kurka oświadczeniu miałam zamiar napisać coś ckliwego, ale teraz nie miałoby to już sensu.
      W tym, co Bartosz podał do prasy padało zdanie: „Zmęczenie skumulowane przez wiele lat ciągłego grania zaowocowały ogólnym narastającym osłabieniem organizmu i wypaleniem mentalnym w efekcie czego straciłem coś co zawsze mną kierowało czyli pasję i chęć do grania.” W tę część jestem skłonna uwierzyć. I natychmiastowe pojawienie się w Skrze wcale mnie nie dziwi ani nie oburza. Nie musi być przeczeniem samemu sobie, to dysonans między chcę a mogę. Chcę odpocząć i dać sobie z tym spokój vs nikt mi na to nie pozwoli, ja sobie też nie. W mojej opinii dzieje się kilka rzeczy równocześnie:
      Jest presja otoczenia (kolegów, menadżera, może rodziny, ogólnie środowiska), coś w stylu: zaprzepaścisz karierę jak nie będziesz grał, nie możesz się poddawać, nie możesz zniknąć ze świadomości trenerów i klubów.
      Jest wyrzut sumienia, bo Bartek musi odczuwać choćby szczątkowy dyskomfort, od określenia „brak profesjonalizmu” trudno tu uciec, więc jakoś wizerunek trzeba ratować, i chodzi mi tu bardziej o ratowanie go przed samym sobą, żeby nadal być tym kimś, za kogo uchodziło się we własnym odczuciu.
      Jest biznes. Skra trochę ryzykuje, bo jaką dyspozycję będzie prezentował Kurek w tym sezonie dopiero się okaże, ale raczej mało prawdopodobne, że zejdzie poniżej poziomu, który zapewniają inni zmiennicy w klubach, więc jeżeli Mariusz Wlazły zrobi swoje w LM to na fazę zasadniczą ligi „słaby” Bartek z ławki wystarczy, a „mocny” wniesie więcej od Luburicia (na sprzedaży którego Skra z pewnością nie straciła – biznes!)
      Jest syndrom „wsiadania na konia po upadku”. Kluczowe i zarazem najbardziej niepokojące wydaje mi się tu poszukiwanie „chęci do grania”. Bo w prawdziwym życiu, nieorganizowanym przez kluby i prezesów, kończy się często chodzeniem jak robot do znienawidzonej już pracy i odliczaniem dni od poniedziałku do piątku. Chyba, że ktoś ma odwagę/możliwość/szczęście zmienić profesję, czasami sama zmiana pracodawcy to za mało. Przyczyny wypadnięcia z siodła nie są bez znaczenia, ale o tym napisać można pewnie osobny elaborat.
      Podsumowując, całe to japońsko-bełchatowskie zamieszanie ciekawi mnie bardziej z powodu mechanizmów jakie mogą w nim tkwić niż ze względu na postawę Bartka. Pod miniaturą napisałam, że lubię go sobie wyobrażać jako prawdziwego gnojka. Pewnie dlatego, że wolę to od bezradności czy bezwolności i gdyby nagle okazało się, że nie ma wypalenia ale jest wyrachowanie, chyba śmiałabym się razem z Bartkiem.
      I tyle, rozpisałam się jak mało kiedy, ale to dlatego, że fajnie jest sobie pogadać na związane-niezwiązane tematy od czasu do czasu :)
      Dziękuję za tę możliwość i pozdrawiam.

      • ~selene pisze:

        Widzę, że temat dokładnie przeanalizowany ;) To się chwali, bo zdaje się, że znaczna część opinii publicznej, reprezentowana właśnie przez plujących jadem forumowiczów, wykreowała obraz Bartka, który wymyślił sobie problemy emocjonalne, zrobił na szaro włodarzy japońskiego klubu i cudownie okrzepł w Bełchatowie, a wszystko było z góry zaplanowanym działaniem. To krzywdząca teoria, ale czy zaskakująca? Ani trochę. Jak cię widzą, tak cię piszą, a Bartosz postępując tak, a nie inaczej dostarczył pożywki swoim przeciwnikom. Także i niejeden zwolennik z pewnością stwierdził, że Kurek stracił w jego oczach. Faktem jest, że media zawsze rozdmuchują pewne sprawy bardziej niż to jest potrzebne, pojawiają się opiniotwórcze felietony i równie sugestywne wywiady z ludźmi ze środowiska, które z pewnością nieco zaciemniają obraz całej sytuacji. Bo po co pomyśleć, zagłębiać się w temat, skoro ktoś inny zrobił to za nas? Jeżeli wszystkie gazety/portale internetowe mówią jednym głosem, to znaczy, że to jest właśnie prawda. Tylko jaka prawda? Bo kłamstwo powtarzane tysiąc razy też może się nią stać, a prawda obiektywna ponoć nie istnieje. Jeśli chodzi o mnie, to jak zwykle stoję gdzieś pomiędzy; nie mam zamiaru wtórować hejterom, ale daleka też jestem od głaskania po główce. Bartek chciał wyjść z twarzą, jednak w efekcie sam ukręcił na siebie bata. Sport zna wiele przypadków wypalenia zawodowego, depresji etc. Nie twierdzę z całą stanowczością, że kłamał, ale też nie dałabym sobie uciąć żadnej kończyny, że nie podkoloryzował rzeczywistości. Ale tutaj znowu pojawia się kolejne pytanie – po co miałby to robić? W każdym razie sprawy wymknęły mu się spod kontroli, a kolejne kluby dwa razy się zastanowią, zanim zaproponują mu kontrakt. Senior Bartman twierdzi nawet, że Japończycy są urażeni i że Polacy w lidze japońskiej są skończeni na lata (jeśli nie natknęłaś się na jego wywiad dla Radia Centrum to polecam posłuchać, bo mówiąc delikatnie, dał czadu. O siatkówce bez ściemy i mydlenia oczu ).

    • otfilulu pisze:

      No muszę powiedzieć, że Panem Leonem mnie zastrzeliłaś. Jakoś wydaje mi się, że nie noszę w sobie wyidealizowanego obrazu siatkarskiego światka, ale tyle błocka to się chyba nie spodziewałam. Jakieś to się wszystko takie brudne i lepkie zrobiło. A jeszcze zaraz po wysłuchaniu audycji oglądałam jak moje Cuprum obrywa od Skry wykazując różnicę co najmniej jednej klasy rozgrywkowej i w głowie kołatało mi się bez przerwy „ogóry”, „plankton”. A na dobitkę GKS z Zaksą, droga przez mękę.
      Chwilę się będę teraz leczyć z informacji Bartmana seniora (w tym z pojazdu po Kubiaku, bo jak rozumiem, to on wykosił Żalinskiego).
      I tylko pociesza mnie, że Bartek nadal nie gra na przyjęciu tylko wchodzi z ławy za Wlazłego. Tzn. pociesza mnie, bo może Pan Leon aż tak wszechwiedzący nie jest. Dla Kurka natomiast to fatalnie, jak tak to będzie dalej wyglądać (wejście na podwyższenie bloku w jednej akcji). No ale sezon się zaczyna, pożyjemy – zobaczymy. Tak samo jak w kwestii czy rzeczywiście Bartosz po swoim dziwnym zwodzie zostanie pariasem klubowych transferów. Osobiście uważam, że jeśli grać będzie na poziomie to krzywda mu się nie stanie. Nie wierzę, że kluby nie mają w kontraktach kar za takie odstąpienia (to chyba normalna praktyka, a jeśli nie to w przypadku Kurka nią będzie), i to tylko ich wola czy z nich rezygnują i dogadują się z zawodnikiem, czy nie.
      Podsumowując, po Twoim zamykającym nawiasie, to jak nawet Kurek problemów emocjonalnych nie miał, to ja mam :) Czemu na świecie tak wiele rzeczy musi kończyć w rynsztoku? Pytanie retoryczne.
      Pozdrawiam późno w nocy.

  10. ~Hania z R pisze:

    Im gorszy Bartek, tym lepiej się czyta. Choć do mnie przychodzi w wersji bardziej połamanej, takiej do głaskania po głowie i pilnowania, żeby nie odtworzył przedostatniej sceny Spalonych Słońcem.
    Jak zwykle perfekcyjnie niejednoznaczny. Choć zły, bardzo zły.
    I Wilk w sercu piękny.
    Dziękuję.

    Cura, ut valeas!

    • otfilulu pisze:

      Im gorszy Bartek, tym lepiej się pisze. Poszłam sobie na całość przejaskrawiając sytuację, więc ogromnie się cieszę, że widać niejednoznaczność.
      Gdybym usunęła ostatni fragment, Kurek byłby mniej zły, gdybym zostawiła tylko połowę pierwszego byłby całkiem dobry. Prawda (jeżeli w ogóle się o nią przypadkowo ocieram) pewnie gdzieś pośrodku, bo każdy czasem potrzebuje głaskania po główce.
      Cieszę się, że się spodobało i pozdrawiam.

  11. ~Greenberry pisze:

    Najlepszy z możliwych Kubiaków, jak zawsze zresztą. Popieram przedmówczynie, jak Kubiak, to tylko tutaj.
    Nie da się łatwo zapomnieć, oj nie. Tak jak Michał nie może zapomnieć, mimo że jest Monika. Takie wariackie uczucie, które pewnie nie skończyłoby się dobrze, ale nie da się go pozbyć, to dziwne przyciąganie. Zrujnowałoby życie, ale chciałoby się pożyć w tych ruinach.
    Właściwie każda Twoja historia zostaje w głowie na dłużej, robi dziurę w mózgu i nie chce odejść. Z tą będzie podobnie.
    Czapki z głów. I dziękuję, niezmiennie dziękuję, że mam szczęście tak fantastyczne rzeczy czytać.

    • otfilulu pisze:

      Kolejny, świetny podtytuł: „chciałoby się pożyć w tych ruinach”. Piękne. Dziękuję.
      Jak zwykle przy takich okazjach wspomnę nieśmiało, że czekam na reaktywację Twojego Kubiaka. Wiem, że jesteś na niego zła, wcale nie bronię, też mnie wkurzył. Ale to Kubiak no… on tak ma.
      Pozdrawiam i czujnie sprawdzam.

  12. ~selene pisze:

    Jak Kubiak, to tylko od Ciebie. Chyba żaden inny już nigdy mi się tak nie spodoba. A „kryzysowy” Kubiak to już w ogóle coś, co lubię najbardziej. Najlepsze w tym wszystkim jest to, że nieważne jak bardzo się go sponiewiera w opowiadaniu, on zawsze jakoś daje radę. Bulletproof, nie do zdarcia. Taki charakter. Broni się sam, nawet przed bezlitosnymi autorkami ;))
    Kolejna fantastyczna miniatura, obrazowa, klimatyczna, pozostawiająca z niedosytem i trafną puentą. Tym razem Michał mierzy się z poczuciem niespełnienia i decyzjami, które potrafią uwierać przez całe życie. Nie wiem czy istnieje coś takiego jak przeznaczenie, a nawet jeśli tak, to przeznaczenie =/= happyend (przynajmniej nie zawsze), o czym wielu zwykło zapominać. Owszem, możemy spotkać osobę po której już nigdy nic nie jest takie samo, niechaj będzie, że właśnie ona jest nam przeznaczona, ale nie ma gwarancji, że los nie postanowi pomieszać szyków. I pewnie napisałabym jeszcze więcej, ale tym razem nie powinnam przesadzać z byciem nocnym markiem ;) W każdym razie pozdrawiam i dziękuję za kolejny materiał do przemyśleń.

    • ~selene pisze:

      PS. A jak tak patrzę sobie na zdjęcie, to mi się przypomina zeszłoroczna akcja z brodą. Może też dzięki użytemu w tekście porównaniu do Miśka z Krupówek ;)

    • otfilulu pisze:

      Trudno mi sobie wyobrazić lepszą pochwałę. Strasznie dziękuję, bo przecież tak bardzo mi na tym zależy, od samego początku. Żeby zostać lokalną specjalistką od Kubiaków. Gdybym nie trzymała swojej blogowej działalności w sekrecie lub zdecydowała się na agresywną kampanię reklamową strony dałabym to sobie we wszystkich statusach: Jak Kubiak, to tylko ode mnie. Dziękuję.
      P.S. Akcja „Broda” do dziś mnie rozczula. Tyle fajnych, spontanicznych opowiadań od Was. Ale nie będę proponować powtórki: „Kogo zabija wzrokiem Kubiak, i dlaczego jest to Maruf”.

  13. ~Hania z R. pisze:

    E tam, że o tym samym. Jak zwykle high quality Kubiak.
    Poza tym, jak już wspomniałaś wyżej, częste pisanie o Kubiaku dobrze wpływa na cerę. Wnioski nasuwają się więc same.
    A z Miśka to taki trochę skurwiel w stosunku do obu pań na M. i myślę, że paradoksalnie większy w stosunku do Maliny.
    Bo kiedy jest to jest źle, a jak jej nie ma, a się przypomni to jest jeszcze gorzej.
    Poza tym zdjęcie. Wiadomo, że punkt widzenia zależy od perspektywy, ale jak dla mnie to Dzik na tym zdjęciu przybrał pozę : „jestem taki zajebisty, a jak popatrzę spod byka to nawet jeszcze bardziej” albo nawet „cześć mogę cię zjeść?”.

    Cura, ut valeas

    • otfilulu pisze:

      Cieszę się, że nadal wychodzi, bo ode mnie już tyle o nim było, że można wpaść w nudną powtarzalność. Ale, właśnie ze względu na cerę, pewnie to nie jest ostatni raz.
      Ha! Co do zdjęcia to zgadzam się z Tobą bardzo, bardzo. Mało tego, ostatnio, wg mnie, przekonanie o własnej zajebistości dotyka Kubiaka coraz bardziej i w realu. Mam nawet podejrzenia o wewnętrzną rywalizację z … o szlag, nie dokończę, bo właśnie wpadł mi do głowy pomysł na kolejny skrócik. Nawet mam piosenkę do tego.
      [tralalala, przyszła trójmiejska (miejmy nadzieję, że już niedługo) piłeczka kauczukowa MODE ON]
      Pozdrawiam skocznie :)

  14. ~VE. pisze:

    Nieco zagubiony Kubiak, trochę pogubiona ja. To zabawne jak czasem tęsknimy za tym, co kiedyś było częścią naszego życia.

    • otfilulu pisze:

      Ano, nostalgia – mocna rzecz, a jak się włączy jeszcze scenariusze, co by było gdyby, to można odpłynąć zamiast żyć dalej.

  15. ~Hania z R. pisze:

    Fuzzy Kulka podobnie jak Najlepsi wyrywa dziurę w sercu. Nic więcej nie można dodać.

    Cura, ut valeas.

    • otfilulu pisze:

      Dzięki, to rzeczywiście znów coś ode mnie dla mnie. Przewrotnie jak się pisze to bardziej plaster niż nabój.
      Pozdrawiam niezmiennie.

  16. ~selene pisze:

    Nie zabrnę w słowotok, bo to nie byłoby właściwe, ale będę miała o czym myśleć przez najbliższy tydzień.
    Są osoby, które spotykamy za wcześnie lub za późno, ale są też takie, których być może nie chcielibyśmy spotkać, by nie musieć ich tracić. Albo wręcz przeciwnie – nasze życie byłoby niepełne, gdyby ta osoba się nie pojawiła, nawet jeśli jej obecność była krótka. Zbyt krótka. W tej miniaturze jest wszystko. Czerń, biel, mrok, jasność, przejmujący smutek, strach, tęsknota, ale i uśmiech – uśmiech do niektórych wspomnień.
    Pozdrawiam bardzo ciepło.

    • otfilulu pisze:

      Cieszę się, że nie wyszły całkowite smęty, bo chyba łatwo mogłoby się tak skończyć. To dopiero byłoby niewłaściwe.
      Ale koniec z niesiatkarskimi off-topicami na razie. Dawno nie pisałam o Kubiaku :)
      Dziękuję za zrozumienie i pozdrawiam.

  17. ~Greenberry pisze:

    Nadal jestem zbyt zmęczona, żeby pisać długo i z sensem, przepraszam.
    Fuzzy kulka to taki tekst, który robi mi dziurę w sercu i zostaje na długo, w głowie, w myślach.
    Zabolało, ale było piękne.

  18. ~VE. pisze:

    Fuzzy Kulka jest tak prawdziwa, że brak mi słów. Tylko gdzieś tam głęboko w środku jakoś dziwnie zabolało. Dziękuję i podziwiam.

    • otfilulu pisze:

      Dziękuję, skutek uboczny Twojej ostatniej miniatury, wysoka wieża mnie dopadła.
      PS Widzę, że tryb wakacyjny znów włączony i szwendanie się po nocy :) Miło, że w moim kierunku :)

  19. ~Greenberry pisze:

    Ja jestem, z opóźnieniem i w ogóle po jakiejś hiperdługiej nieobecności w blogowym świecie (do Hani tylko wpadłam na sekundę). I przepraszam za to, za tę całą nieobecność, nietykanie mojego Kubiaka i w ogóle. Dobiło mnie to wszystko.
    Ale jestem, kocham, uwielbiam. I trochę Arturka rozumiem, tak jakby. Jakoś ostatnimi czasy blisko mi osobiście jednak do poglądu, że miłość to bujda, niepotrzebne problemy i potem płacz, że znowu się źle trafiło, a dążenie do jakichś celów i osiągnięć przynajmniej coś dobrego daje. I samego Artura zresztą też lubię, zabawny dzieciak (dzieciak w moim wieku, ups). I byłoby mi chyba przykro, gdyby to Bednorz pojechał do Rio, nie Szalupa. Bo Szalupa ma jakiś swój udział w tym awansie jednak, Bedni nie. Ale niezbadane są wyroki Stefana, chylmy przed nimi głowę, czy jakoś tak.
    Uwielbiam. I cieszę się, że jesteś ;)
    G.

    • otfilulu pisze:

      Trochę wiem co się podziało, bo w cichości śledzę. Nie da się tu nic mądrego powiedzieć, przynajmniej ja nie umiem. W każdym razie trzymaj się!
      A wrócisz, jak wrócisz. Z pewnością pisanie pomaga, tego jestem pewna.
      Pozdrawiam i dziękuję za obecność mimo wszystkiego niedobrego.

  20. ~prosaen pisze:

    bardzo mnie ta nowa miniatura cieszy, bo żyjesz i chyba masz się nieźle, a poza tym to sporo o tej sytuacji na przyjęciu myślałam. no i jak zwykle dobrze zobrazowałaś emocje, zaglądamy prosto do głowy Artura. szkoda tylko, że tak tam niewesoło (tak naprawdę to nie, bo o czym pisać jak jest wesoło).

    • otfilulu pisze:

      A mnie cieszy, że Ty nadal tu zaglądasz. I niezmiennie czekam, aż pewnego dnia pojawi się tu komentarz w którym napiszesz, że zapraszasz. Wszystko jedno czy do miniatury, opowiadania, prawdziwie wydanego „COSia” czy life performance bądź wystawy :) Wszędzie poszłabym w ciemno.
      Wiesz, że to nie zupełnie ok? Umieć malować słowami i tego nie robić/bądź się tym nie dzielić?

  21. ~selene pisze:

    Po czym poznać, że Otfilulu wraca? Po nowym nagłówku! ;) Zaglądałam od przedwczoraj i wyczekiwałam z niecierpliwością. Fajnie, że już jesteś, bo jak nie czytam nic Twojego, to czuję dziwną pustkę i nawet stos ustaw, które musiałam przerobić przed egzaminem nie był w stanie jej wypełnić ;) Przy okazji, fajna perspektywa, tam na zdjęciu.
    Chyba się starzeję, bo moi rówieśnicy zaczynają pukać do drzwi seniorskiej reprezentacji. Na przykład Szalpuk. Mniejsza o to. Po raz kolejny robisz taki „myk”, że nie do końca wiadomo, jak ocenić bohatera i jego postępowanie, bo niby nie chcę za bardzo nawrzucać Szalupie, ale z drugiej strony na głaskanie po główce również nie zasłużył. Jak zwykle dajesz do myślenia.
    Artur zachował się trochę tak, jakby kierował się w życiu podwójnymi standardami. Bo na miłość przyjdzie jeszcze czas, a na wyjazd na igrzyska już nie? Gdyby podpiąć jego sytuację z oneparta pod rzeczywistość, okazałoby się, że wybór był nieco chybiony, bo prawdopodobnie już przegrał rywalizację z Bednorzem. Turniej czterolecia, wielkie marzenia i ambicje, młody siatkarz, który chce udowodnić, że warto na niego stawiać, ale nasz bohater chyba nie potrafił tego wszystkiego wypośrodkować, zapomniał, że oprócz siatkówki istnieje coś jeszcze, a właściwie ktoś jeszcze. No i ten tytuł, „Bez żalu”. Trochę przewrotny. Teraz tego żalu jeszcze nie ma, ale się pojawi. Prędzej czy później.
    Pozdrawiam serdecznie :)
    PS. Fraaans, jego piosenka z Eurowizji też została ze mną na dłużej, wraz z propozycją Łotwy.

    • otfilulu pisze:

      No a jak? Nagłówek kluczowym elementem jest. A ile było przymiarek zanim został wybrany, parafrazując syndrom prawie każdej kobiety: „niby tyle tego wszystkiego, a nie mam w co cię ubrać, blogu”. Miło, że ostateczna stylizacja się podoba :)
      Hmmm może tak być, że większe szanse ma Artur na kolejną miłość niż kolejne IO. Jakby nie spojrzeć to jest dopiero szczypiorek, nie wiadomo jak z nim będzie dalej, cztery lata szmat czasu, a historia naszpikowana jest przypadkami jednorazowych przebłysków. Kto pamięta jeszcze o Gromadowskim choćby? A też przepowiadali mu super-gwiazdę. Jak sobie porównałam co wyprawia równolatek Szalpuka, Kliuka, to matko. Choć to też nie wyznacznik oczywiście. No i jeszcze jedna ważna zmienna niewiadoma – Leon.
      Nie mam też przekonania czy Bednorz tak pozamiatał, że ma już bilet. Osobiście, z zastrzeżeniem zmian nastawienia po końcówce LŚ, obstawiam skład do Rio: Kubiak, Mika, Buszek i Szalpuk właśnie. Bardziej ciekawi mnie co zrobi Stefek z środkowymi, i co środkowi zrobią sami z sobą. Jakieś typy?
      Pozdrawiam i dziękuję za tradycyjnie obszerny komentarz, nie ukrywam, stęskniłam się za nimi :)
      PS. Jak już napisałam, to może w końcu się ode mnie odczepi :) Nie nadaje się na podkład pod pisanie Elektrolizy zupełnie.

      • ~selene pisze:

        Zgadzam się w całej rozciągłości, nie wiadomo jak to z Szalpukiem będzie w ciągu najbliższego czterolecia, ale zakładając optymistyczną wersję braku poważniejszych kontuzji oraz jego ciężką pracę i szlifowanie umiejętności, na Tokio jak najbardziej będzie miał szansę. A co do Bednorza, to oczywiście pewności nie ma, dlatego użyłam słowa „prawdopodobnie”, ale to, że właśnie on jedzie do Francji musi o czymś świadczyć. Jeśli zaś chodzi o „młodych gniewnych”, to ogromnie jestem ciekawa jak potoczą się kariery Kwolka i Droszyńskiego, naszej nadziei na rozegraniu. Oby nie przepadli.
        Moja trójka środkowych? Możdżonek, Bieniek i Kłos. Nie wierzę jednak, że Stefan nie zabierze na IO Pita, choć uważam, że póki co zasługuje najmniej. Czy zdąży z formą na Rio? Trudno wyrokować. Gdzieś w internetach natrafiłam na spekulacje, że odpadnie Bieniu… Zobaczymy :)

    • otfilulu pisze:

      No to mnie kurcze nie pocieszyłaś, bo ja też takie opinie widzę, że bez Bieńka. A bez Bieńka to na zagrywce będziemy mieli Kurka, Kubiaka i armię flotowców z tendencją do baloników, trochę słabo.
      I jeszcze musiałaś poruszyć bolący ząb ;) Rozegranie. To aż pojadę klasyką: „wielkie mi uczyniłeś pustki w składzie moim, Mój drogi Panie Pawle, tym odejściem swoim”. I tyle. Taki Guma, to się rodzi raz na pięćdziesiąt lat chyba, a że jestem bardzo Gumolubna, to mi się szybko nikt nie spodoba na tej pozycji :)
      Ale żeby nie było samego marudzenia: Jedziemy!

      • ~selene pisze:

        Jest jeszcze Fabian (miejmy nadzieję, że wyleczy kontuzję, bo i o Woickim na IO słyszałam), no i Buszek jak ma dobry dzień, to też potrafi „przydzwonić” zagrywką, ale ostatnio formą zbytnio nie grzeszy.
        Niby nie ma ludzi niezastąpionych, a jednak jest Guma :) Ciężko bez niego, a do końca miałam nadzieję, że jednak skusi się na Rio.
        O matko, Bartosz w tym nagraniu jest epicki! Prawie jak w Igłą Szyte :)

  22. ~Hania z R. pisze:

    Dziękuję za motywację, którą dałaś mi „Bez żalu”. W jakiś taki pokrętny sposób Twoja kreacja Szalpuka (szczególnie w części pierwszej) bardzo, bardzo odpowiada mojej obecnej sytuacji. I chyba wiem, co teraz mam robić. Dziękuję.

    Jak zwykle emocjonalnie pozamiatałaś. Wykreowałaś (a może wcale nie musiałaś, biorąc pod uwagę Twój doskonały zmysł obserwacji) misję tak ważną i wielką, że wszystko inne: rodzina, partnerstwo, często nawet zdrowie staje się mniej ważne od celu. W świetny sposób oddane. I łatwe do przełożenia na problemy uniwersalne.
    Zmusza do zastanowienia się nad sobą.
    Za to też dziękuję. I wracaj do nas szybko!

    Pozdrawiam bardzo.

    • otfilulu pisze:

      Trochę mnie przestraszyłaś, bo mam spore wątpliwości czy postawa Szalupy jest w jakikolwiek sposób godna naśladowania :) Mam nadzieję, że nie wysyłasz własnie smsów w stylu „wybacz stary, nic z tego nie będzie. Zostaję czołgistką/kapitanem łodzi podwodnej/współczesną Artemidą” ;)
      Zatem jedynie ostrożnie bąknę pod nosem: cieszę się, że mogłam pomóc… ?
      Wracam, wracam, jak żółw ociężale, ale wracam.
      Pozdrawiam BARDZIEJ :)

      • ~Hania z R. pisze:

        W sumie to tym opowiadaniem pokazałaś mi, że w sumie tak jak ostatnio żyję, czyli odcinamy wszystko, łącznie z rodziną, bo mamy cel, jedziemy po bandzie i wypisujemy się ze szpitala na własne żądanie, bo się przypadkiem zemdlało w bibliotece… to się raczej na dłuższą metę nie pożyje. Fanfiction bawi i uczy.

        Zabrzmi to górnolotnie, ale dzięki, za… sama wiesz za co. :)
        (A współczesna Artemida, hmm… trafiłaś bardzo, choć w sumie patrząc to Freja miała większe… pole manewru. Tak to ujmę :) )

    • otfilulu pisze:

      Ejjj do tego, żeby wiedzieć, że zdrowie przede wszystkim nie potrzeba grafomańskich opowiadań!!! Może trzeba klapsa w tyłek albo plaskacza w czółko? Gdyby nie to że byłoby to skrajną hipokryzją, napisałabym gniewnie: „Hanka, ogarnij się!”. Ale nie napiszę, bo mnie hipokryzja mierzi. A Ty i tak wiesz.

      Freja, proszę uprzejmie. Freja z R. :) A jeżeli dobrze kojarzę (ale tu by mnie musiała prosaen zweryfikować) to Freja jeździła na Dziku :) To bym chciała przed śmiercią jeszcze zobaczyć! „Wiśta wio Michał! – zakrzyknęła gromko Hanka strzelając z bata”.

      • ~Hania z R. pisze:

        Hmm, jak to ładnie powiedział mój promotor: czasami zbyt długie przebywanie w archiwach potrafi rzucić się na mózg. I mi się widocznie kabelki w mózgu przepaliły, no ale jak chce się mieć magiczne lic. przed nazwiskiem to jednak… nie w sumie nawet to nie jest warte zdrowia.
        To nie jest grafomańskie opowiadanie. To właśnie plaskacz jest.

        Na swoje 4,5 z wykładu o wikingach poświadczam. Tak, jeździła. Miał na imię Hildisvíni. Kilka liter odjąć, kilka liter dodać, i wyjdzie Kubiak.

  23. ~VE. pisze:

    Hm. Przeczytałam „Bez żalu” i trochę rozumiem, a trochę nie.
    Rozumiem chęć wyjazdu do Rio i rozumiem sportowe ambicje.
    Nie rozumiem jak można odpuszczać inne rzeczy, przedkładać sport nad wszystko. Okej, marzenia o złotym medalu, w ogóle o medalu wygranym na Igrzyskach Olimpijskich…ale nie, jednak nie umiem do końca tego pojąć.
    Niemniej jednak, było to niezmiennie cudowne.

    • otfilulu pisze:

      Tu się chyba zerwało ze smyczy moje wewnętrzne zgorzknienie i przekonanie, że rzadko która miłość jest naprawdę miłością a nie jakimś popkulturowym zlepkiem „wydaje mi się”. Takim przedstawieniem na pokaz, cytując jeden niedoszły hit: „szkoda że nikt tego nie filmuje/Specjalnie dla telewizji/To będzie wspaniałe show/Czy zostaną mi od tego blizny”.
      Dziękuję za kolejną nocną wizytę i bardzo proszę w żadnym wypadku nie brać mojego skwaśniałego punktu widzenia z tej miniatury pod uwagę.
      Pozdrawiam :)

  24. ~prosaen pisze:

    Mapa!!!!! jest po prostu idealnie, myślę i myślę nad tym, co mądrego napisać, ale chyba musisz się zadowolić wykrzyknikami.
    a Złota jest bardzo Kubiakowa. pasuje do niego. wydaje się, że on bardzo lubi złoty kolor.

    • otfilulu pisze:

      Jak Mapę skończyłam, popatrzyłam na nią z boku to od razu sobie pomyślałam o Tobie. Bo choć z pewnością daleko mi do takiego malowania miniaturek jak Ty to robisz to chyba klimatycznie musiałam się inspirować czymś Twoim, Pink Rabbit np albo Stellą. No w każdym razie, w moim odczuciu wyszło delikatnie prosaenowate. Hmm w ogóle to mógłby być gatunek: prosaentyzm, taki rodzaj słownego impresjonizmu.
      Pozdrawiam bardzo i usłyszeć od Ciebie „idealnie”, no kurde, więcej niż miło.

  25. ~VE. pisze:

    Mapa – może jestem ślepa, może niezbyt spotrzegawcza i zauważyłam to dopiero teraz, ale wielbię to. Bo nie można traktować ludzi gorzej, tylko dlatego, że wyglądaja inaczej. Bo to co według jednych jest brzydactwem, defektem, dla innych może być czymś najpiękniejszym na świecie.
    Złota – też lubię. Ale charakter tej dziewczyny do mnie nie przemówił. Tajemnice bywają złe, czasem do przesady. A zaufanie to podstawa. Chociaż jeśli Misiek jest z nią szczęśliwy, to wystarczy. Najważniejsze to się w tym odnaleźć.

    • otfilulu pisze:

      Oj Złota. Przewrotna, nieprzewidywalna, niestała w uczuciach i kapryśna. A i tak ją kochają, nie tylko Misiek, choć go nieraz ukrzywdziła, i pewnie jeszcze nieraz sponiewiera zdrowo. Taka jest.
      Cieszę się, że i tu zajrzałaś i że Łaciata się spodobała, bo to zupełny przypadek, że powstała.
      Pozdrawiam jak zawsze :)

  26. ~Greenberry pisze:

    Szkoda, że ten Kraków mi tak kompletnie nie po drodze, a w tym roku faktycznie, wybitnie siatkarski jakiś. A Warszawa taka niekochana, taka pomijana. Chociaż jakby nie patrzeć, Torwar to może Tauron Arenie schodki czyścić.

    Kubiak, ach Kubiak. Tęskniłam za nim w Twoim wykonaniu. Dobrze napisanego Kubiaka nigdy za wiele. Złotooka, trochę tajemnicza, trochę prowokująca. Przyciąga Kubiaka i przyciąga czytelnika. Czarujesz, wodzisz za nos i zostawiasz w zawieszeniu. I jedna miniaturka będzie przez najbliższe kilkanaście dni skutecznie siedziała i mieszała mi w głowie. Gratuluję i podziwiam, jesteś niesamowita.
    Dziękuję!

    • otfilulu pisze:

      Nom, bez lokalnego patriotyzmu, bom nie z Krakowa wcale, ale Tauron Arena najlepszym obiektem sportowym jak dla mnie w kraju w ogóle. Idealna pojemność, nie jakiś hangar, na którym nie wiadomo co urządzić i nie malizna. No i efektowna, nie ma co.
      A na Kubiaki to się możemy licytować, po tym jak Twój się zamknął (dosłownie i w przenośni) w samochodzie, to go uwielbiam :)

  27. ~selene pisze:

    Dbaj o cerę, pisz o Kubiaku ;)
    Cóż mogę rzec? Twój Kubiak jest Kubiakiem, jakiego lubię najbardziej. Coś w tym jest, że doskonale „czujesz” tego bohatera, zresztą to samo można powiedzieć w kontekście każdej innej siatkarskiej postaci, którą bierzesz pod lupę. Tutaj Michał znów jest niespokojny, usiłujący trzymać nad wszystkim kontrolę, może nie „łatwopalny”, jak zwykłam nazywać go w myślach w trakcie trwania MIgałów, ale z pewnością bardzo, bardzo realistyczny. A jeśli już mowa o kontroli, to w moim odczuciu jest ona pozorna. Bo tak naprawdę to pani Złotooka robi z nim co tylko zechce, wcale się z tym nie kryjąc, a on bezwiednie się temu poddaje, zupełnie jakby w pewnym sensie się od niej uzależnił, choć nie jestem pewna czy to właściwe słowo. Próbuję też doszukać się analogii pomiędzy siatkówką a miłością (lub generalnie życiem), bo takowe na pewno tutaj występują… O, na przykład ostatni fragment, który przywodzi mi na myśl wymianę pokoleniową w sporcie. Najpierw złoto i chwała, a później zastępują cię kimś innym, co jest naturalną koleją rzeczy. Sport nie znosi próżni, życie zresztą też. Dynamika zmian musi być obecna. A ze Złotooką jak z siatkówką właśnie. Czasem złości, czasem zawodzi, ale nie sposób z niej zrezygnować, bo zbyt mocno się ją kocha.
    Bar Euforia, który istnieje nie istniejąc? Brzmi intrygująco ;) A w Krakowie klęska urodzaju, jeśli chodzi o imprezy siatkarskie i nie tylko. Jest w czym wybierać :) Złośliwi podpowiadają, żeby jeszcze przenieść turniej kwalifikacyjny do stolicy Małopolski, w końcu jak szaleć, to szaleć! ;)
    Pozdrawiam ciepło, bo temperatura dzisiaj nie rozpieszcza ;)
    PS. I nie żeby coś, ale zdaje się, że masz nieaktualne informacje :) Zbychu skończył sezon w Chinach i wyruszył na podbój Francji. Teraz jest zawodnikiem Stade Poitiers :)

    • otfilulu pisze:

      Sacrebleu! Le Zbyszek z akcentem na ostatnią sylabę. A Łasko też wrócił? Ja rzeczywiście mam tyły straszne. To nie wysyłaj zderzaka do Chin, nie ma po co ;)
      Bar Euforia, zakochałam się od pierwszego wejrzenia. Całość, budynek, te literki, ta miejscowość w której się znajduje, to co rzeczywiście się tam mieści. Wszystko jest przepięknie przewrotne. Nazwa cudowna i chyba daje pole do popisu. Pan może poznać tu Panią, albo zapijać złamane serce, można tu świętować zwycięstwo i pocieszać się po porażce. Wszystko można, nawet odurzać się absyntem albo czymś zakazanym. Chciałabym zobaczyć co komu przyjdzie do głowy bo lubię kreatywne pisanie. Rozumiem, że zainteresowana, w końcu Arenę masz na miejscu. A finał LŚ fajna rzecz, a może Wagner? Dobrze, że jeszcze nie wyemigrowałam do Trójmiasta, bo tyle się dzieje na miejscu, a prawie się już zdecydowałam.
      Dzięki za dobre słowo o Kubiaku :) Lubię o nim pisać, choć go nie rozumiem, możliwe, że to właśnie dlatego. A Złotooka? No cóż, jest i jej nie ma, podobnie jak Bar z nagłówka. Możliwe, że porwałam się na trochę za wiele w tej miniaturze albo poświęciłam jej za mało uwagi, chyba będę poprawiać, ale to nie dziś.
      Pozdrawiam również i też ciepło, spod koca i w grubych skarpetkach.

      • ~selene pisze:

        Gdzie ja znajdę zderzak od Poloneza! :) Chyba tylko na zbyszkowym licu :P O Łasko nic nie wiem, ale coś mi się wydaje, że on zostaje na kolejny sezon, bo nigdzie nie ma informacji na temat jego ewentualnego transferu.
        Nie poprawiaj nic, bo lepsze jest wrogiem dobrego. Wszystko gra i trąbi :) A czy zainteresowana? Właśnie sama nie wiem, bo u mnie ostatnio z pisaniem na bakier. Właściwie więcej myślę o tym, co chcę napisać niż piszę, zupełnie jakbym nie potrafiła uwolnić z głowy swoich pomysłów. Strasznie męczące uczucie.

  28. ~Hania z R. pisze:

    Żre. Zdecydowanie żre. I bardzo dobrze. Bo pięknie się czyta.
    Fajnie ukazany dualizm życia. No i oczywiście Człowiek-Kubiak, jak zwykle ślicznie niepokorny. Choć może to Ty go takim stworzyłaś. I bardzo dobrze.
    A Złota jest magiczna. Chciałabym kiedyś uświadczyć trochę tego magnetyzmu. Najlepiej sama go wytwarzać, bo to kobieta stuprocentowa. Nie wiem, może jakieś kursy, warsztaty, albo ekstrakt? :P
    Bar Euforia Challenge? Bardzo chętnie się z tym zmierzę.

    P.S. wczoraj na meczu Czarnych z Lotosem nie było Mikaczu. A tak bardzo mu chciałam powiedzieć, że jest pierdołą :P

    • otfilulu pisze:

      Ha! To się dopiero robi nieliche wyzwanie: Ty do Mikacza, że pierdoła, Greenberry powinna iść do Bartka i powiedzieć mu: „Hej, Kurku, zrobiłam ci dziecko”, a ja stając w bezpiecznej odległości udrzeć się do Kubiaka, czy zgolił brodę przez te pchły. Selene ma tylko trochę ciężko bo jej Zbychu w Chinach, ale mogłaby mu wysłać ten zderzak od poloneza z adnotacją :) Widzę takie akcje oczami mojej chorej wyobraźni.
      A Człowieki-Kubiaki są niepokorne z natury, mój tutaj to jak na swoje możliwości wyszedł chyba aż za spokojny. Przyznaję się bez bicia, że choć się staram, to nadal nie rozumiem mechanizmu, który pozwala temu gościowi nakręcić się jak sprężyna, że bez kija nie podchodź i dosłownie sekundę później zachowywać się jakby nigdy nic, ale może kiedyś spotkam kogoś podobnego i zajarzę. Tak jak chyba rozumiem, dlaczego Kurek w ciężkich momentach potrafi nagle śmiać się jak głupi do sera :)
      P.S.Za zgłoszenie dziękuję, zobaczymy czy będzie z kim rywalizować :)

  29. ~selene pisze:

    Powtórzę za resztą: cieszę się, że już jesteś. :)
    Uwielbiam w Twoich opowiadaniach to, że zawsze starasz się za ich pośrednictwem coś przekazać, zwrócić uwagę na jakąś kwestię. Czasem bardziej lub mniej czytelnie, ale to dobrze, bo fajnie się to wszystko później analizuje, czy mówiąc bardziej potocznie, „rozkminia”. To taka moja odskocznia od rozkminiania innych, mniej przyjemnych rzeczy, których mimo początku semestru nagromadziło się już całkiem sporo ;) Tym razem, w moim odczuciu, przekaz jest jasny – nie ocenia się ludzi po wyglądzie, a to, co na pierwszy rzut oka wydaje się być defektem, może stać się atutem. To zależy od punktu widzenia. Patryk zobaczył w Łaciatej coś, czego nie dostrzegali inni. Zazwyczaj osoby, które zmagają się z podobnymi „niedoskonałościami” mogą czuć się gorsze od innych (o, np. zestawienie ze sobą Magdy i Agnieszki było mocno kontrastowe), a to przecież nieprawda. Niestety świat jest teraz tak skonstruowany, że zazwyczaj w pierwszej kolejności patrzy się na wygląd, a jednostki, które w jakiś sposób się wyróżniają, są wytykane palcami i to jest smutne. Niby nie ocenia się książki po okładce, a jednak wiele ludzi to robi.
    Generalnie to uświadomiłaś mi tym onepartem, jak bardzo jestem w tyle z Plusligą, bo aż musiałam sprawdzić o jakim Patryku piszesz. Jestem zmuszona ograniczać się do oglądania Resovii, ewentualnie Jastrzębia, i to też nie zawsze, więc nawet nie kojarzę pełnych składów pozostałych drużyn. Wstyd, kiepski ze mnie kibic siatkówki ;)
    Pozdrawiam serdecznie :)

    • otfilulu pisze:

      Cieszę się, że ktoś się cieszy na mój widok :) To bardzo, bardzo miłe. Dziękuję.
      Brakowało mi już Twoich „rozkmin” (tak wiem, sama sobie jestem winna) dziękuję zatem, że nadal Ci się chce i nie straciłaś do mnie cierpliwości.
      „Łaciata” to jakiś przypadek zupełny, przypełznął nie wiadomo skąd to i siatkarz jest z drugiego szeregu, tych mniej ogranych. Chyba tylko kibice Czarnych wiedzą, że mają go na stanie, choć zawsze jeszcze pozostaje libero-widmo Zbierski, ale to bardziej klimat ktokolwiek widział ktokolwiek wie :)
      Jeszcze raz dzięki za wpisanie się na listę obecności i pozdrawiam również.

  30. ~Hania z R. pisze:

    Dobrze, że już jesteś.
    Dzięki za opowiadanie bliskie mojemu sercu, bo przecież nie miejscu zamieszkania. :)
    Jest piękne, wzbudzające nadzieję, taki balsam na moje porozrywane coś ostatnio serce. Wiem, że to tylko zlepek liter, ale to jest realne, zajebiście realne i może się zdarzyć. Dziękuję za nadzieję, jaką dostałam po „Mapie”. W ogólnym rozpierdolu psychicznym z jakim zmagam się od świąt, to opowiadanie to taki jasny promyczek i może jutro będzie mi się chciało wstać z łóżka przez to z własnej woli, a nie z poczucia obowiązku.
    A. I dziękuję za długi komentarz na Bazylu. Trafiłaś w punkt.
    Ściskam.
    H.

    • otfilulu pisze:

      Co mam powiedzieć? Powtórzę: Trzymaj się Hanka!!! Kauczukowe radomskie piłeczki mają to do siebie, że nie da się ich przekłuć i spuścić z nich powietrza, po prostu czasem nie mają siły bądź ochoty podskoczyć, ale w końcu energia się znajdzie i nikt takiej piłeczce nie dorówna. Pozdrawiam bardzo.

  31. ~Greenberry pisze:

    Piękne. Dające nadzieję, że zawsze znajdzie się ktoś, kto pokocha twoją Tasmanię, twoje niedoskonałości. Plamy, blizny, to wszystko, czego może nie powinno być, a co opowiada historię życia. Co nas odróżnia od innych. I tylko potrzeba kogoś, kto to zaakceptuje, pokocha, dostrzeże w tych niedoskonałościach piękno.
    Piękne, bardzo piękne. Delikatne. Brak mi słów.
    Dziękuję. Cieszę się, że tu jesteś. Że znowu znajduję tu coś wspaniałego. Dziękuję.

    • ~Greenberry pisze:

      a tak mniej poważnie: jak weszłam zobaczyć, czy może jest coś nowego, i zobaczyłam nowy nagłówek, to moje O BOŻE WRÓCIŁA słyszała chyba cała dzielnica :D

    • otfilulu pisze:

      Co bym miała nie wrócić, jeszcze mam coś do napisania i nawet jakiś zalążek pomysłu na coś po Elektrolizie. Jedyne czego mi brak to czas, dlatego nie obiecuję regularności pojawień.
      Dziękuję natomiast za zaglądanie wytrwałe, mimo mojej przeciągniętej absencji. To jest takie… budujące i strasznie miłe. Pozdrawiam.

  32. ~prosaen pisze:

    przeczytałam już wczoraj rano, ale dopiero dzisiaj mogę się odezwać.
    to jest super, idealny prezent świąteczny! :D może w przyszłym roku zaprosimy na Wigilię nasze bohaterki :>

    • otfilulu pisze:

      O widzisz! To jest pomysł. I można by przygotować taką zupełnie niesprawiedliwą ustawkę: Klara, Anita, Nadia, Iga i jeden delikatnie zaszczuty Kubiak :)
      Bardzo mi miło, że Ci się podobało. Pozdrawiam

  33. ~Seehhex pisze:

    Ojej jak mi cieplutko na serduszku! Dziękuje za pamięć mimo tego, iż nie jestem tutaj najgłośniejsza :D Dziękuje wam, że mogę być choć ta malutką pchełką FIVB❤️
    P.S Zrobiłaś mi tydzień :D

    • otfilulu pisze:

      Zgodnie ze statutem FIVB (oczywiście mam na myśli Fanfiction(al) Institution… etc): „wszyscy członkowie są równi w prawach, bez względu na pełnioną funkcję czy staż członkowski”. Tak więc, żadna malutka pchełka :) i bezwzględnie musiałaś wystąpić w opowiadaniu.
      P.S. Czyżby w domu na Święta? Bo mi się tu krajowa miejscowość wyjątkowo wyświetliła :)

  34. ~selene pisze:

    ♥ ♥ ♥
    Właściwie mogłabym ograniczyć się tylko do tych trzech serduszek, ale to chyba niemożliwe :D Jej, co ja właśnie przeczytałam! :) Po pierwsze, z każdą linijką tekstu uśmiechałam się coraz szerzej i szerzej, a po drugie, jesteś tak wprawną obserwatorką, że mogłabym pomyśleć, że znasz mnie prywatnie, serio. Bo ja taki trochę Cichy Pit jestem ;) Niby spokojna, trzymająca się na uboczu, nie mająca zbyt dużej siły przebicia i nienawidząca bycia w centrum uwagi, ale, czasami, gdy już muszę zabrać głos… Nie będę opowiadać o pewnej sytuacji z czasów liceum, ale coś mi się wydaje, że mój były wychowawca zapamięta ją na długo ;) A ja tylko chciałam uciąć dyskusję na pewien temat…
    Ach, no i ten nieszczęsny słowotok… ;) No to jeszcze jedna „story of my life”: pierwsza klasa liceum, pierwsze wypracowanie, jedna piątka w klasie i dopisek od nauczycielki, że żadnych zastrzeżeń co do formy i treści, ale… za krótko. Tak więc z tym bywało różnie :)
    No i wszystko super, fajnie, ale gdzie jesteś Ty? :) Hmm, może jako prezes FIVB (swoją drogą, fantastyczny pomysł na rozwinięcie skrótu) koordynujesz wszystko z Tajnego Centrum Dowodzenia, jak sugeruje Hania? Tak, myślę, że właśnie tak to wygląda :)
    Ściskam, tym razem w pełni świątecznie i dziękuję.
    PS. Jeszcze à propos elektrolizy – broń Boże nie namawiam do rewolucji! Jeśli zmierzasz do happy endu (chociaż kto Cię tam wie ;))), to ja będę bardzo kontent ;)

    • otfilulu pisze:

      Gdybyś ograniczyła się tylko do trzech znaczków zaczęłabym się bać, że poczułaś się urażona. Co by to była za miniatura z Selene w jednej z głównych ról bez jej wypowiedzi poniżej? Ale jest i mogę oddychać spokojnie. Bardzo dziękuję.
      Jak rozumiem po uwadze nauczycielki żadne wypracowanie nie było już zbyt krótkie? ;) W obszarach opowiadań siatkarskich sporych rozmiarów komentarz to przecież Twój znak firmowy, grzechem byłoby to pominąć w opowiadaniu :)
      To chyba tak działa, że jeżeli ktoś zostawia po sobie choćby kilka zdań, daje się w jakiś sposób poznać, więc jeżeli udało mi się Ciebie sportretować jak należy to li i jedynie Twoja zasługa!
      A ja oczywiście też tam się pojawiam, tylko się nie odzywam :) Razem z całym zastępem innych milczków, których mogę wskazać jedynie na mapie.
      Wesołych Świąt!

  35. ~Hania z Radomia pisze:

    Piszczę, cieszę ryjek i podskakuję niczym szczęśliwa radomska piłeczka kauczukowa. W swetrze w renifery :)
    W punkt, po prostu w punkt :) I nawet jakbyś wiedziała, że ćwiczyłam ostatnio rzucanie nożami. I mi to wychodziło! :)
    To najlepszy, najmilszy prezent pod choinkę ever! Dziękuję!
    Tylko brakuje mi tutaj Twojej obecności. Choć jednak nie. Ty niczym Blofeld (który moim ulubionym bondowskim charakterem jest) siedzisz gdzieś w Tajnym Centrum Dowodzenia, głaszczesz białego koteła i śmiejesz się szyderczo. I za to szanuję i podziwiam.
    <3

    • otfilulu pisze:

      Uff, to mi lepiej, bo był cień obawy, że możesz być ociupinę niezadowolona.
      Kurcze, szkoda, że wcześniej nie wiedziałam o swetrze w renifery :D wystąpiłabyś w nim jak nic, ale wyobraźmy sobie, że tak właśnie jest.
      Wesołych Świąt Rozskakana Piłeczko Kauczukowa :)
      P.S.Czy ja się muszę śmiać szyderczo? Jak już nie mogę serdecznie, ciepło czy radośnie to choć obłąkanie mi pozwól :)

  36. ~prosaen pisze:

    aż mi zimno po przeczytaniu tej miniatury. to naprawdę straszne, jak ludzie, którzy powinni cię wspierać, robią z twojego życia piekło. wciąż nie wiem, jak się ustosunkować do czynu Elizy. nie mogła się do niczego zmusić, na pewno nie mogła zastosować się do pomysłu swoich i jego rodziców, ale… nie wiem, może mogła zrobić coś innego? bardzo trudny przypadek do ocenienia. dobrze, że to napisałaś. sceny z Marcinem były bardzo ładne.

    • otfilulu pisze:

      Pod Lennym chciałam podlinkować Twoje „Spadanie”, kolejny przykład zaszczucia prowadzący do śmierci.
      Szkoda, że się go pozbyłaś ze strony, to było jedno z pierwszych Twoich opowiadań, po których złapałam efekt „wow”.
      To, że podobają Ci się sceny z Marcinem bardzo dużo dla mnie znaczy, dziękuję.

  37. ~Hania z Radomia pisze:

    A ja wyłamię się z tych długich komentarzy. Bo nie wiem co mam powiedzieć. To opowiadanie mną pozamiatalo. Czuję się jakbym dostała cegła w twarz. Prowincjonalizm i dewocja to choroba. Nie homoseksualizm. Przedstawiłaś bolesna prawdę. Czasem brak wsparcia nawet w rodzicach. O ile można nazwać to rodzicami.
    PS. Widziałam Cię na memoriale Gołasia?

    • otfilulu pisze:

      A Ty się wyłamuj do woli, kiedy tylko masz ochotę :) I bez komentarza wiem, że jesteś (za co niezmiennie dziękuję), tak mnie sobie wychowałaś :)
      P.S. A latałam na miotle? Jak latałam to mnie widziałaś :D

  38. ~Greenberry pisze:

    Lenny.
    Biedny, delikatny Lenny, doprowadzony do ostateczności, bo wszystko było lepsze niż to, co dostał od rodziców. Bo wyjście było tylko jedno, ucieczka w miejsce, z którego się nie wraca.
    Niektórzy mówią, że to odwaga, inni, że kompletne tchórzostwo. A czasami to po prostu jedyna możliwość.
    Bo dla niego już chyba nie było ratunku, bo jego rodzice nie mogli się zmienić. I nie mogli zmienić jego. Lenny był jedną z tych osób, których nie da się włożyć do żadnej szufladki, nie da się jednoznacznie zdefiniować. A oni bardzo chcieli to zrobić. I to go rozwaliło chyba najbardziej. Metody i cel tych działań.
    Marcin. Mam wrażenie, że dla niego Lenny był zabawką, zdobyczą, ładnym trofeum do kolekcji. Że tu nie było jakiejś więzi emocjonalnej, nie z jego strony. I to była kolejna rzecz, która rozwaliła Lennego.
    I jeszcze Elza. Czytając Elektrolizę byłam jednoznacznie po jej stronie, byłam przekonana, że zrobiła właściwie wszystko, co mogła. Teraz już takiej pewności nie mam. Bo Lenny chyba był typem, którego trzeba wziąć za rękę i poprowadzić, bo sam nie zrobi kroku, nie tak wielkiego, nie wymagającego tyle odwagi. I może Eliza powinna o tym wiedzieć.
    Ale nie da się przeżyć życia za kogoś.
    I Lenny podjął w końcu decyzję, odważną albo tchórzliwą, zależy, jak na to patrzeć. Ale na pewno nieodwołalną.
    I chyba to jest w tym najsmutniejsze, ta nieodwołalność tej decyzji.

    I ten komentarz chyba nie ma najmniejszego sensu, bo nie mogę po Lennym pozbierać myśli, bo przeraża mnie, do czego z moich tworów się dokopałaś, bo nie mogę wyjść z podziwu, jak wspaniale piszesz, bo znowu mam łzy w oczach, a ty doskonale opisujesz to, co siedzi w głowach bohaterów.
    Dziękuję.

    • otfilulu pisze:

      Nic dodać nic ująć. Sam sens mimo niepozbieranych myśli. Podoba mi się, że Lenny nie przechodzi bez echa i za to dziękuję.
      Cieszę się, że zwróciłaś uwagę na Elizę. Nie jest bez winy, bo nikt nie jest jednoznacznie czarny bądź biały. Nawet Marcin.
      I nie chcę rozdrapywać cudzych blizn, ale każdy czasem trafia w bardzo mroczne miejsca, albo jest świadkiem jak ktoś inny w nich znika.
      Wiesz coś o tym, Twoja „Zwyczajna dziewczyna” i „Niewinność” najlepszym dowodem. Swoją drogą, powtórzę to jeszcze tutaj: niesamowity zbiór miniatur , od pierwszej do ostatniej. Uwielbiam, kiedy wpada tu ktoś, nienachalnie zostawia ślad, a potem okazuje się, że jest niesamowity. Poprzeczka stale idzie w górę, kiedy wiem kto tu zagląda.
      Dziękuję i pozdrawiam.

      • ~Greenberry pisze:

        Coś takiego nie może przejść bez echa, nie da się podejść do tego obojętnie. Nawet, jeżeli nigdy się nie było w miejscu, w którym był Lenny. Przynajmniej tak mi się wydaje, że nawet, jeśli się nie czuło chociaż w przybliżeniu tego, co on, to nie da się tak po prostu tego przeczytać, bez emocji.
        A ja faktycznie trochę rozumiem, co siedzi w takiej poranionej głowie, jak Lennego, jak Elizy w końcówce Elektrolizy. Trochę, bo każdy przypadek, jeśli tak to mogę nazwać, jest inny. I trochę, bo powody były zupełnie inne.

        A tych miniaturek, szczerze mówiąc, nie cierpię:D

    • otfilulu pisze:

      To ja Cię nie rozumiem, Twoje miniatury mnie akurat rozłożyły, dawno nie trafiłam na coś tak klimatycznego. Bez kitu i kadzenia.

      • ~Greenberry pisze:

        Dlaczego nie cierpię tych miniatur? Pomijając, że nie lubię sposobu, w jaki je napisałam (i znowu tak samo piszę), nie cierpię tego, o czym je napisałam. Bo w sumie co kogo obchodzi, co jakiejś walniętej dziewczynie siedzi w głowie?
        Ale czasami chyba trzeba, o czymś takim też. I w taki sposób. Nawet, jeśli później się na siebie o to wściekam.
        Dlatego wracam, dlatego czasami piszę coś takiego, i czasami gdzieś to wrzucam. Trochę, żeby z siebie wywalić to, co złe. A trochę, żeby pokazać innym, jak może być.
        I dlatego dzisiaj

  39. ~selene pisze:

    Wow razy milion. Powiedz mi, co ja mam teraz napisać, skoro znów totalnie mnie poruszyłaś?
    Nie ukrywam, że bardzo czekałam na tę miniaturę i to chyba jedna z najlepszych rzeczy, jaką napisałaś. Jest w niej coś subtelnego, wręcz aromatycznego, ale jednocześnie ciężkiego, zawiesistego, no i oczywiście wstrząsającego. Nie wiem, czy inspiracją była muzyka Troye Sivana i jego trzy teledyski, które co prawda opowiadają nieco inną historię, ale przekaz i klimat podobny.
    Można powiedzieć, że to dzięki poznaniu Marcina Lenny w pełni zrozumiał kim tak naprawdę jest. To, co wcześniej wydawało się niewiarygodne, niemal absurdalne, stało się oczywiste. Szkoda tylko, że jego rodzina próbowała w nieludzki sposób nakłonić go do rezygnacji z siebie. Tylko że on nie miał zamiaru tego robić, nawet za tak wysoką cenę. Chyba w tym objawiała się jego siła, choć było jej znacznie mniej w obliczu zaszczucia, zastraszenia i beznadziei. Teraz lepiej rozumiem położenie, w którym się znalazł. Kruchy, eteryczny, jakby nie pasujący do brutalności dzisiejszych czasów, zmuszony do wpasowywania się w sztywne konwenanse. I samotny, to chyba przede wszystkim, bo na końcu okazało się, że został sam, że zawiedli go wszyscy ci, w których pokładał jakiekolwiek nadzieje. To smutne, ale nasuwa się wniosek, że śmierć była tutaj jedyną szansą na wyzwolenie.
    A ostatnie zdanie jest jak… Sama nie wiem, jak je określić. Wystrzał z karabinu, eksplozja ładunku wybuchowego, coś, co sprawia, że sytuacja zmienia się nieodwracalnie.
    Mnożę wow przez kolejny milion.
    Wyrazy uznania.

    • otfilulu pisze:

      Lenny ma poruszać, przynajmniej z takim nastawieniem był pisany. Cieszę się, że się udaje i dziękuję za taką piękną interpretację.
      Wszystko co chciałam przekazać a nawet więcej jest w Twoim komentarzu, dziękuję bardzo. Szczególnie dla mnie ważne, bo to postać spoza siatkarskiego światka, najbardziej prywatna.
      Z pewnością żaden z moich bohaterów nie przyszedł z muzyką tak bardzo jak Lenny. Troye i jego Wild zmieniły go z epizodu w kogoś bardzo istotnego. Ale prawdziwym dopełnieniem był ten kawałek, przewrotnie marcinowy.

  40. ~VE. pisze:

    Nie wiem co napisać o Lennym. Bo to jest tak cholernie przykre i smutne, że był taktowany w ten sposób tylko dlatego, że był inny. Co z tego? Przecież to nie jego wina. Taki się urodził, a prawdziwie kochający rodzice powinni to zaakceptować. Ale jak widać, jego rodzice tacy nie byli. I byli idiotami, bo próbowali wyleczyć go z czegoś, co przecież nie jest chorobą.
    Ale i tak w tej miniaturze najbardziej rozbił mnie list. Te parę zdań, ale tak boleśnie szczerych…przykro, bardzo. Mimo, że to przecież tylko nieistniejąca postać. Ale co z tego? Na świecie jest pełno takich Lennych, którzy przez niezrozumienie najbliższych kończą swój żywot.
    Dziękuję. I ściskam mocno.

    • otfilulu pisze:

      Choć Lenny jest totalnie fikcyjny to niestety jestem pewna, że jego historia nie jest. Zgadzam się, że to się komuś przydarzyło.
      Bardzo przykre, bo masz rację, na świecie Lennych jest więcej. Dziękuję za Twoje wzruszenie.

  41. ~prosaen pisze:

    to na pewno nie jest coś, czego się spodziewałam i w ogóle to nie wiem, co mam powiedzieć. w każdym razie bardzo się śmieję bo to co się tu dzieje dość trudno sobie wyobrazić, ale mimo wszystko coś w tym jest.

    • otfilulu pisze:

      Ja nie spodziewałam się również, po prostu wpadło nagle. Ale tak, reakcja w stylu: „WTF?” bardzo na miejscu.
      Skoro jednak towarzyszy jej uśmiech, to może jest dla mnie nadzieja.
      Dzisiaj wrzucam tu coś bardziej typowego i wracam w mrok, tam gdzie moje miejsce :)

  42. ~selene pisze:

    Wcale nie zwariowałaś, tylko nam tutaj w fantastyczny sposób „ewoluujesz” pisarsko. Jest coś, czego nie potrafiłabyś napisać? ;) You made my evening :) Akurat tak się przypadkowo złożyło, że czytałam powyższą miniaturę w towarzystwie tego utworu, co chyba też nadało jej jakiegoś nowego klimatu. Szkoda, że Stefan tak szybko się obudził, bo może zdołałby również ujrzeć wcielenia swoich innych „podopiecznych”. Niemniej jednak każde z owych wcieleń sprawiało, że dany siatkarz był nie do pomylenia z żadnym innym. Barwne osobowości w tej naszej reprezentacji, nieprawdaż? ;) I pewnie napisałabym coś jeszcze, ale dzisiaj goni mnie czas. Aha, jeszcze jedno. Chyba zostałam fanką drobiu (a może raczej Drobiu ;)))

    • otfilulu pisze:

      Myślę, że to chyba była największa, jednorazowa dawka absurdu jaką przeciążony umysł trenera mógł bez szwanku unieść ;)
      Ale tak samo jak przy „zapchlonym” Kubiaku: jeżeli ktoś zna inny sen Stefka Antigi to niech się podzieli :) Ostatecznie może to być seria koszmarków.
      Bardzo dziękuję za dobre słowo, najlepiej, że się podoba, bo jak na mnie, to jest zupełnie po innej bandzie.
      P.S. Skoro sympatyzujesz z Resovią, to bycie Fanką Drobiu jest jak najbardziej na miejscu. Ciekawe czy Kurek wykazałby dystans gdyby na kształt Klubu Miłośników Dzików powstało Stowarzyszenie Amatorów Drobiu? :D

      • ~selene pisze:

        Ja żadnego snu nie znam, ale jeżeli inni znają, to tak jak sugerujesz, mogłaby powstać analogiczna do brodatej seria miniatur ;)
        „Stowarzyszenie Amatorów Drobiu” :)))
        Teraz pewnie tak, chociaż początkowo wizja Bartka w resoviackim pasiaku budziła we mnie ambiwalentne odczucia, ale chyba powoli już się przyzwyczajam. Zresztą nie bez wpływu na postrzeganie osoby Kurka pozostaje miniony sezon reprezentacyjny, podczas którego jego postawa mogła się podobać, i nie mam na myśli wyłącznie formy sportowej :)

  43. ~ani pisze:

    o jeżu. właśnie jestem po drugim. przeczytałaś komentarz i się zainspirowałaś? :D
    uśmiałam się jak pijany nietoperz. jutro to komuś muszę przeczytać, to musi iść w świat! :D

    • otfilulu pisze:

      Dzięki, zrobiłaś mi dzień tymi komentarzami :)
      Bardzo się cieszę, że się podoba. A mnie i tak rozkłada na łopatki stwierdzenie: Cud, miód i musztarda z serem :) :) :)
      Mówisz, że Kadziu? Czemu nie, ale czy Winiar jest taki niewinny to bym się sprzeczała :D

  44. ~ani pisze:

    Hehe, jakoś pierwsze moje skojarzenie to Kadziu, gdzie tam mi z niewinnym Winiarem wyjeżdżacie :D
    Cud, miód i musztarda z serem te shorty! Delektuję się i czekam niecierpliwie na Elektrolizę dwójeczkę ;)

  45. ~Hania z Radomia pisze:

    Panie Zagumny, co Pan tu robi?
    Choć może to raczej wypadkowa każdego po kolei, jakoś wszystkie cechy zlewają się w jeden, wspólny portret miłości trwałej i wypróbowanej, choć poddawanej upadkom.
    Zazdroszczę bohaterce hartu ducha i niezłomności. Ma baba jaja.
    Super pomysł z miniaturami. Uwielbiam i ostrzę ząbki oraz zacieram łapki na więcej i więcej.
    Raduje mnie także opowieść o Elektrycznej Elizie vol. 2. :)
    PS. kłaniam się w pas za posyłanie Dyabeua w świat. <3

  46. ~VE. pisze:

    A ja akurat widzę tutaj Igłę, co potwierdza jak uniwersalna jest ta miniatura.
    I podoba mi się jak pokazałaś to, jak zmienia się życie profesjonalnego siatkarza po zakończeniu kariery. I jak wiele, z pozoru błahych rzeczy może go przytłoczyć.
    I cieszę się ogromnie, że zamierzasz napisać Elektrolizę 2. Nie mogę się już doczekać.
    Pozdrawiam :)

    • otfilulu pisze:

      Guma, Winiar, Ignaczak, nie ma świętości :) Super, że każdy kreuje własnego bohatera tej historyjki.
      Pozdrawiam i mam nadzieję, że nie dam czekać zbyt długo na Elektrolizy ciąg dalszy.

    • otfilulu pisze:

      :) pełen abstrakt, super, że przypadł do gustu. Jednak udało się napisać coś jednoznacznie radosnego, choć bezsensownego jak kilo gwoździ bez łebków :)

  47. ~Greenberry pisze:

    A ja jakoś miałam tu w głowie Winiara.
    Ale kimkolwiek by nie był, spokojne życie, bez sportu to coś, czego musi się długo uczyć. Życie, którym żyją miliony, rachunki, dzieci, normalność. Bez treningów i całej tej otoczki.
    I nagle się okazuje, że to go przerasta, że potrzeba tej adrenaliny. W jakiejkolwiek formie, jak się okazuje, bo skoro sportu nie ma, a nadarza się okazja, jest zdrada.
    Pytanie, czy to jednorazowa słabość, po której się otrząśnie, czy brak adrenaliny znowu się odezwie. I jeśli to nie był jeden raz, czy wytrzyma to jego żona. Wybaczyła raz. Drugi może nie wybaczyć.
    I nagle pojawia się pytanie, czy przetrwa jego małżeństwo, które wydawało się pewne, silne, które takie było. Póki była siatkówka. Co będzie dalej?
    Nie wiemy. Ty wiesz, my możemy się domyślać, marzyć, kombinować.
    I jest w tym coś niesamowitego, że możemy sami dopisać sobie zakończenie.
    Dziękuję.

    [a na memoriale za każdym razem, jak widziałam Bednaruka, chciało mi się śmiać, bo przypominał mi się pijący z nim MIgałowy Kadziewicz:D]

    • otfilulu pisze:

      Twoje rozwinięcie bardzo mi się podoba, choć tym razem chciałam napisać coś co kończy się dobrze. Ale rzeczywiście, pewności nie ma, a adrenalina pewnie też trochę uzależnia. Winiar? Proszę uprzejmie. To mógłby być i Winiar.

      A jeżeli chodzi o pijących razem Bednaruka z Kadziewiczem to co ja tam wiem (poza tym, że na pewno niejedna flaszka przy nich pękła). Ale zajrzyj tutaj, jeżeli oni się razem bawią, to to z pewnością tak wygląda:Dyabeu

      • ~Greenberry pisze:

        Znowu się musiałam kilka dni zbierać po czymś Twoim.
        Tym razem ze śmiechu. I musiałam ogarnąć, co tu w ogóle zaszło.
        I jest to tak cudowne i prześmieszne, i tak bardzo nie mam słów, i tak bardzo Dzik-Hulk i tak bardzo wszystko, że kłaniam się w pas. Z podziwu i ze śmiechu

    • otfilulu pisze:

      No ja sama nie mam pewności co tu zaszło, jakieś neurony się popaliły zapewne :)
      Cieszę się, że Dzik-Hulk jest rozpoznawalny, pasuje to do niego, czyż nie?
      Tak bardzo dziękuję za uśmiech nad tym opowiadankiem i pozdrawiam równie bardzo :)

  48. ~selene pisze:

    Przede wszystkim cieszę się bardzo, że masz zamiar kontynuować Elektrolizę, bo jakoś tak zawsze, gdy kończysz opowiadanie (bądź jego część) czuję niedosyt i mam nieodparte wrażenie, że mogłoby trwać dalej.
    Czytając tego parta oczyma wyobraźni niemal przez cały czas widziałam Pawła Zagumnego (może dlatego, że jego kariera również nieuchronnie zmierza ku końcowi, a biografia, którą ostatnio wydał też na pewno stanowi pewne podsumowanie jego siatkarskiej drogi), choć nie ulega wątpliwości, iż historia jest na tyle uniwersalna, że moglibyśmy umieścić w jej świecie przedstawionym niemal każdego innego siatkarza, bo przecież każdy z nich prędzej czy później będzie musiał pożegnać się z zawodowym sportem.
    Czasami zastanawiam się, jak sportowcy radzą sobie po zakończeniu kariery. Bohater tejże miniatury okazał się być zupełnie nieprzystosowanym do „normalnego” życia, zabrakło adrenaliny, pojawiła się rutyna i paradoksalnie wyszło na jaw, że biegnąc w zwolnionym tempie można być bardziej zmęczonym i zniechęconym, dlatego postanowił poszukać sobie innych „rozrywek”, substytutu, który pozwoliłby mu choć na chwilę przerwać tę monotonię. I w tej sytuacji zbawienna okazała się cierpliwość i poświęcenie żony. Bo przecież nie wyklucza się na dobre zawodnika, który odniósł kontuzję lub aktualnie jest bez formy.
    Cóż mogę jeszcze dodać? Jak zwykle rewelacyjnie. I tak mimowolnie przypominam sobie o własnych rozgrzebanych zapiskach i planowanym od dawna blogu z jednopartami, ale to chyba się nie uda.
    Pozdrawiam ;)

    • otfilulu pisze:

      Naprawdę nie myślałam o nikim konkretnym, ale jestem przekonana, że każdy z nich wpada w mniejszy bądź większy dołek. Po prostu nie da się przestawić z dnia na dzień, z takich obrotów, z tego, że wszystko co robisz podporządkowujesz siatkówce: o której wstajesz, co jesz, gdzie zamieszkasz etc. Podczas LŚ Kadziu przydybał gdzieś z kamerką Świdra, i ten na pytanie czy tęskni odpowiedział bez zająknięcia, że zawsze, a przecież on obraca się dalej w środowisku, jak mało kto. Dał mi tym do myślenia.
      I bardzo proszę nie poddawać się na starcie, skoro masz rozgrzebane fragmenty, o których wciąż pamiętasz, to znaczy, że prędzej czy później wydostaną się na światło dzienne. Ja z pewnością chętnie przeczytałabym coś off-topic w Twoim wykonaniu, i pewnie nie tylko ja.

  49. ~prosaen pisze:

    muszę powiedzieć, że to jest bardzo ciekawe spojrzenie na życie siatkarza, bo chyba nikt właściwie się nie zastanawia, co się dzieje potem. jedyne, co mi się tu nie podoba, to że ona przejęła winę na siebie :)

    • otfilulu pisze:

      Wyszłam z założenia, że za każdym wielkim mężczyzną stoi kobieta i w związku z tym naturalnym było, że to ona zdecyduje co będzie z nimi dalej i czy coś w ogóle będzie. Czy ta wina była taka znacząca? Wiem, że to kontrowersyjne, bo zdrada, ale to był w tym wszystkim tylko ostatni, niewielki krok do dna, żeby można było się odbić, nic więcej. Mam taką ukochaną książkę gdzie pada zdanie: „Wiedziałem, że go kochałaś, ale nigdy nie miałem wrażenia, że przestałaś kochać mnie, uznałem więc, że wszystko w porządku.” A tutaj o żadnym uczuciu nie było nawet mowy, tylko o słabości.
      Cieszę się, że pomysł do Ciebie trafił, pozdrawiam bardzo.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>