Nart

Witamy w Narcie Starym! Nie ma tu prostej ścieżki ani drogowskazów.

Wchodzisz na własną odpowiedzialność, a jeżeli zostaniesz, to na własne ryzyko.

I nie pytaj proszę: czy to jest normalne? Nie jest. Nie ma być.

Eufor

Rumpus by Karen O And The Kids

Działo się to dawno temu. A może wcale nie tak dawno? Przekonany nie jestem. Za to na pewno daleko stąd, to wiem. Bo to trzeba było najpierw długo jechać na wschód, potem trochę skręcić na północ i zjechać z krajówki, następnie koło takiej niemiłosiernie zarośniętej zielskiem kapliczki z jakimś nierozpoznawalnym, brodatym świętym wjechać w las i zastanawiać się, czy to GPS zwariował, czy też tędy rzeczywiście gdzieś można dojechać. Aż w końcu traciło się tę nadzieję, bo się asfalt kończył, tak w połowie gęstej dąbrowy. I nie było wyjścia, gdyż ani nawrócić ani gdzieś zboczyć, tylko modlić się do tego brodacza z rozstajów, żeby kolein oszczędził. Zazwyczaj wysłuchiwał, ale jak był w złym humorze, bo mu znów kornik kolejną dziurę w szacie wywiercił albo przelatująca nisko sójka nieobyczajnie upstrzyła stroskane święte oblicze to nagle nieprzygotowany podróżnik lądował w błocku wszystkimi kołami na raz i nie pozostawało mu nic innego jak klnąc na czym świat stoi wędrować dalej pieszo. Są tacy co przysięgają, że się drewniany świątek w takich wypadkach nieznacznie uśmiechał a na jego wyblakłej szacie pojawiało się w niewytłumaczalny sposób kolejne nacięcie. Jak dobrze policzyć to znalazłoby się ich już tam koło setki. Co by nie było, czy pojazdem zmechanizowanym czy na własnych, ubłoconych po kolana nogach, znużony wędrowiec prędzej czy później trafiał do celu.

Cel nieodmiennie zapowiadały, zazwyczaj w tej kolejności: psie wycie, choć niekoniecznie musiał to wyć pies, pole kapusty, z ustawionym pośrodku strachem na wróble, usmarkany dzieciak dowolnej płci rzucający w przybysza grudami rudawej ziemi oraz przekrzywiona tablica z ledwie już czytelnym napisem: Witamy w Narcie Starym. Zdecydowana część wymordowanych podróżą, niejednokroć przerażonych przyjezdnych uderzała w tym momencie w niekontrolowany płacz rozmazując po twarzy kurz i błoto i upodabniając się do nadal asystującego im z bezpiecznej odległości berbecia z nieodłączną świeczką wiszącą z nosa. Toć chcieli do Nartu ale Nowego, tam gdzie spa, hotel i słynne źródła wód mineralnych. Nart Stary do zaoferowania nie miał wiele więcej poza kapustą i koniecznością powrotu dokładnie tą samą drogą, którą ledwie co udało się pokonać w przeciwnym kierunku. Jedni łkając, potykając się bądź pchając przed sobą samochód wracali skąd przyszli. Inni… No cóż, stary, rosochaty dąb nie darmo nazywany był przez mieszkańców drzewem wisielców.

Jednak raz na jakiś czas zdarzało się, że wędrowiec trafiał dokładnie tam gdzie zamierzał. Ucieszony obejmował stracha na wróble i z lubością wystawiał się na cel ziemnych pocisków tubylczego smarkacza. Cywilizacja! Nie zginął pożarty przez wygłodniałe wilki, nie spędzi wieczności błąkając się po leśnej gęstwinie i nawet telefon wskazuje znów tę upragnioną, rachityczną kreseczkę zasięgu. Tak było i tym razem, gdy zaczyna się nasza historia. Dawno temu, jak już wspominałem. A nie, wróć, to wcale nie było tak dawno. Ale daleko.

==============================================================

Historia pierwsza, w której główny bohater podlega bombardowaniu, sołtys cierpi na słowotok i mitomanię, Pleban udziela pokuty, właściciel Salonu Fryzjerskiego „Lok od Fabia” zostaje krzyżowcem, Bar Euforia otwiera podwoje, wyjaśnia się czym jest Wszechmocna Księga Wyboru, a morał jest taki, że język francuski mimo wszelkich przeciwieństw zawsze pozostanie językiem miłości.

Wojtek Żaliński niechętnie okazywał uczucia. Sam lubił myśleć o sobie, jako o rozważnym racjonaliście, człowieku, który nieskoro poddaje się emocjom a w życiu częściej kieruje się rozumem niż porywami serca. I rzeczywiście, Żaliński taki właśnie był, do przedwczoraj. Albowiem Wojtek Czwartkowy od Wojtka Sobotniego różnił się jak nie przymierzając Nart Stary od Nowego. Wojtek Czwartkowy w żadnym wypadku nie klęczałby teraz wprost w brudzie piaszczystego pobocza, nie scałowywałby z nabożnym pietyzmem rdzawego pyłu z zielonych liści i nie szeptał do obejmowanej czule kapusty:

-Moja słodka, moja najukochańsza fotosyntetyzująca piękności – Wojtek Sobotni pozwolił sobie nawet na uronienie pojedynczej łzy radości, która trafiła prosto w oko pełzającą wśród twardych liści gąsienicę bielinka kapustnika, a podnosząc się z kolan zakrzyknął unosząc nad głową ręce w geście triumfu – Uratowany! Uratowany jestem! Skoro ty żyjesz to znaczy, że i ja mogę!

-Auć! – niespodziewanie przerwał swoją orację człowieka szczęśliwego, który cudem przedarł się przez leśne ostępy tracąc przy tym rurę wydechową oraz godność, gdy nagląca konieczność wymusiła użycie jesionowych listków zamiast pewnego znanego cywilizacji artykułu pierwszej potrzeby.

-Auć! – powtórzył, gdyż twarda pacyna rudawej ziemi ugodziła go znienacka w rozpromienione oblicze.

Kilka metrów za pozostawionym na środku drogi, zdezelowanym oplem, różniącym się od opla czwartkowego brakiem rury wydechowej i kilku pomniejszych śrubek, podskakiwał na jednej nodze niedorostek i prezentując szeroki uśmiech, w którym brakowało górnej jedynki brał właśnie zamach do kolejnego strzału. Gruda podrygująca w dłoni dzieciaka wydała się Żalińskiemu znacznie większa i twardsza od poprzedniej.

-Ej, czemu we mnie rzucasz? – Wojtek zdołał uchylić się przed nadlatującym pociskiem i biorąc się pod boki groźnie spojrzał na malca.

-Bo mogę – padła zwięzła odpowiedź a napastnik schylił się wybierając w skupieniu kolejną bryłkę spełniającą wymagania idealnego naboju. Decyzja nie należała do najłatwiejszych, o czym świadczyło kilka odrzuconych kandydatur i niechętne pomrukiwania. Gdy chłopczyk w końcu się wyprostował spod strzechy jasnych zmierzwionych włosów błysnęły łobuzersko zadowolone niebieskie oczy. Umorusana buzia i rudawe ślady znaczące przód niegdyś białej koszuliny jednoznacznie potwierdzały, że nie tylko mógł, ale również chciał oraz, że nad wyraz lubił swoje zajęcie oddając mu się z pełną zaangażowania gorliwością.

-To przestań – Wojciech ściągnął brwi i wbił gniewne spojrzenie w zamierzającego się do rzutu dzieciaka.

-Nie – szczerbaty uśmiech uzupełnił lakoniczną odpowiedź, drobne, dziecięce ramię odchyliło się do tyłu, a po chwili jasna koszulka Wojtka upodobniła się do klasycznego stroju ludowego miotacza staronarciańskiej gleby.

Żaliński pomyślał, że kontynuowana w ten sposób rozmowa raczej nie doprowadzi do przełomu. Postanowił zatem spróbować inaczej.

-A jak ty masz na imię chłopczyku? – okrasił pytanie wymuszonym uśmiechem starając się nie dać po sobie poznać jak bardzo zamiast „chłopczyku” korciło go użycie innego określenia. Gówniarz na przykład pasowałoby jak ulał. A „gówniarz z powyrywanymi rączkami” to już w ogóle.

-Pawełek.

-Bardzo ładnie. To powiedz mi Pawełku, gdzie mogę znaleźć kogoś dorosłego, twojego tatusia na przykład. Jak on ma na imię?

-Pawełek.

Wojtek stwierdził, że maluch chyba się zawiesił, możliwe, że nie nawykł do tylu słów w jednym zdaniu.

-Bardzo ładne masz imię Pawełku, ale pytam o tatusia.

-Pawełek.

Konwersacyjne umiejętności Żalińskiego zostały tym samym wyczerpane. Musiał przyznać, że lokalna odmiana zabawy „w pomidora” rozłożyła go na łopatki w samym środku kapuścianego pola. Wzruszając ramionami otrzepał spodnie i starł to co mógł ze śladów po trafieniach, zastanawiając się w której to reklamie widział proszek spierający podobne, rdzawe plamy.

-U nas w domu wszyscy się tak nazywajo. Tatko, i dziadek i bracia też, i ja – chłopczyk dumnie wypiął chudziutką pierś.

-O mamie zapomniałeś – błysnął zaskoczony niespodziewanym słowotokiem malca Wojciech.

-No jakże kobieta Pawełek? Zatorscy mają dziwne pomysły, ale nie aż tak – za plecami Wojtka rozległ się perlisty śmiech.

Żaliński odwrócił się zaskoczony. Mógłby przysiąc, że jeszcze przed chwilą, poza szczerbatym Pawełkiem nikogo w okolicy nie było. Nowo przybyły musiał chyba urodzić się w kapuście i wyskoczyć z niej przed sekundą. Teraz stał tuż za Wojciechem i szeroko rozkładając ramiona oznajmił:

-Witamy w Narcie Starym – napis za jego plecami głosił dokładnie to samo.

-Jestem tu sołtysem. Igła, do usług, w czym mogę pomóc? – tego już na przekrzywionej i mocno nadgryzionej zębem czasu tablicy nie było, ale Żaliński odetchnął z ulgą, nareszcie będzie mógł dowiedzieć się czegoś sensownego.

-Szukam kogoś, może podjedziemy do wsi? – wskazał na swój samochód – pomógłby mi pan ustalić, gdzie znajdę tę osobę.

-Ależ o tej porze lepiej się przejść, godziny szczytu, masę czasu zmarnujemy niepotrzebnie w korkach – sołtys wyglądał śmiertelnie poważnie, a zdezorientowany Wojtek aż obrócił się kilkakrotnie wokół własnej osi. Nic się nie zmieniło: las, wąska, gruntowa droga, pole kapusty, strach na wróble, Pawełek ryjący zawzięcie w rudej hałdzie, przelatująca sójka. Natężenie ruchu ujemne. Nie zdołał jednak wyrazić swoich wątpliwości, bo ujęty pod łokieć przez uśmiechniętego od ucha do ucha włodarza Igłę został poprowadzony w kierunku majaczących na horyzoncie zabudowań.

-Pozdrów brata Pawełku – rzucił sołtys na pożegnanie w stronę chłopczyka pochłoniętego układaniem wyselekcjonowanych bryłek ziemi w równym rządku.

-Którego?

-Pawełka!

Droga zajęła im mniej niż kwadrans. W tym czasie Wojtek nie został dopuszczony do słowa ani razu, natomiast chcąc nie chcąc wysłuchał historii rodziny Zatorskich, gdzie jeszcze dziadek, po tym jak wrócił z wojny, na której ponoć zbłąkany odłamek mocno wgiął mu hełm w okolicy ciemieniowej, stwierdził, że wymyślanie imion to zbytek i oznaka zepsucia i jego jest równie dobre jak każde inne, a przynajmniej jak się zawoła, to zawsze ktoś się w domu odezwie. Stąd kolejne pokolenie Pawełków chowało się zdrowo i któreś z nieletnich Zatorskich wiecznie pałętało się po kapuścianym polu witając obcych tradycyjną salwą. Następnie sołtys płynnie przeszedł do swoich osobistych dokonań, ale w momencie, gdy opowieść zahaczyła o zdobycie funduszy na dwupasmową drogę łączącą Nart Stary z Nowym Żaliński nabrał uzasadnionych przypuszczeń, że ktoś tu znacząco mija się z prawdą. Milczał jednak, nie tylko przez grzeczność, ale przede wszystkim dlatego, że nawijający jak katarynka Igła nie dawał mu najmniejszej szansy na wyrażenie jakiejkolwiek opinii.

Mijali właśnie pierwszą zagrodę, przy której gadatliwy sołtys napoczął niezupełnie jasny dyskurs o dwóch braciach, którzy choć z jednego ojca znani byli pod różnymi nazwiskami i stale się o coś kłócili. Prawdopodobnie była to miedza, bądź równie tradycyjny przedmiot rodzinnych waśni. Jednak Wojciechowi nie dane było się o tym przekonać, gdyż opowieść przerwana została czyimś krzykiem. Wrzeszczeć musiała kobieta, po pierwsze ze względu na wysoki, piskliwy głos, po drugie w związku z treścią lamentu.

-Tylko nie moje włosy, tylko nie mój loczek! Oszczędź! –  niewieście błagania stawały się coraz bardziej rozpaczliwe.

Wojtek przyspieszył kroku. Może to ona? Zaczął biec nie zważając na zachowującego stoicki spokój sołtysa. Nikt nie będzie bezkarnie krzywdził jego ukochanej, ani zasadniczo żadnej kobiety w obecności Żalińskiego, szczególnie tego w wersji sobotniej nie przedwczorajszej. Z pełnym impetem Wojciech wypadł na dziedziniec przed drewnianym kościółkiem. Jak i wypadł nagle tak i nagle zahamował wzniecając tuman rudawego pyłu. Na taką scenę nie był przygotowany, trudno żeby był.

Ryneczek był niewielki, brukowany. Od wschodniej strony ograniczał go szereg niskich kamieniczek opatrzonych kolorowymi szyldami: sklep, apteka, szewc czy krawiec a nawet zakład fotograficzny. Po przeciwnej stronie znajdował się tylko jeden budynek, parterowy i dość długi, z niewielkimi okienkami rozmieszczonymi tuż pod okapem. Na pomalowanej jasnobeżową farbą elewacji jakiś niezbyt wprawny, ale zapewne zapalony kaligraf umieścił jaskraworóżowy napis: Bar Euforia. W wyglądzie lokalu trudno było dopatrzeć się czegokolwiek euforycznego, czy choćby ociupinę optymistycznego. Może poza informacją, że dziś co drugie piwo złotówkę tańsze. Ścianę północną placu zajmował jednonawowy, późnogotycki kościół otoczony niewysokim kamiennym murkiem. Ustawiona nieopodal drewniana dzwonnica kryła się w cieniu wiekowych lip. Rynek sprawiał miłą niespodziankę każdemu z trafiających tu omyłkowo wędrowców. Po kapuścianym polu i przenikliwym wyciu wiecznie ukrywającego się psa odpoczynek na ławeczce obok cembrowanej studni napawał otuchą, nawet tych, którzy zmuszeni byli do mozolnej, powrotnej drogi w stronę Nartu Nowego.

Jednak dziś emanującą spokojem atmosferę i kojący szum lip przyćmiewały wydarzenia rozgrywające się na samym środku placu. Nawet przy najszczerszych chęciach Wojtek nie mógłby określić zastanego obrazka inaczej niż niepokojący i dziwaczny. Stał z rozdziawionymi ustami nie wiedząc jak powinien się zachować i czy w ogóle powinien się zachowywać, czy też najzwyczajniej w świecie wziąć nogi za pas, wsiąść do swojego opla i katując wsteczny wiać stąd gdzie pieprz rośnie, a przynajmniej tam, gdzie takie rzeczy nie zdarzają się zwykłym ludziom.

-Co tu się dzieje? – wydukał w końcu do swobodnie pogwizdującego sołtysa, który powolnym krokiem dotarł na miejsce i stanął przy Żalińskim.

-Ksiądz proboszcz udziela pokuty.

Dla Wojtka pokutą było dziesięć zdrowasiek i litania do świętego Charbela, natomiast nie był pokutą ustawiony na bruku zydel z siedzącym na nim bardzo wysokim i bardzo brodatym księdzem. Kapłan ów w mocnym uścisku więził pod pachą głowę. Głowa była niewątpliwie płci męskiej, choć zanosiła się zwodniczym piskliwym płaczem. Do głowy zaś przytwierdzone było energicznie wierzgające ciało w widoczny sposób nie zgadzające się z metodami wychowawczymi kleru. Jednak stalowy chwyt proboszcza pozostawał nieczuły, zarówno na próby oswobodzenia jak i na żałosne prośby o litość. Wielebny przemawiał łagodnie nie dbając o to czy głowa go słucha:

-Cichaj synku, nic to nie pomoże. Ostrzegałem cię, prosiłem, poniechaj dziewuchy. W imię Pana, mówiłem, daj spokój kieckom, ostaw w pokoju żony, córki i kochanki. Ustatkuj się. Usłuchałeś?

-Ale nie włosy, błagam, tylko nie włosy – głowa zakwiliła cicho – zaufanie społeczne stracę, klienci mnie odejdą.

-Trudno. Chyba wolisz żebym to ja cię rozgrzeszył zanim Michał cię znajdzie? Młynarz ciężką rękę ma a i w gniewie wyrywny bywa, wiesz chyba Fabio.

-Nie, tylko nie Młynarz! – ciemnowłosa głowa po raz pierwszy przestała zalewać się łzami a w jej oczach pojawiło się prawdziwe przerażenie. Głos również znacząco się obniżył, kiedy dzielnie oznajmiła – Odpuść grzechy, czyń swą powinność.

Ksiądz uśmiechnął się z gęstwiny swej brody i nie czekając dłużej przejechał przez sam środek czarnej czupryny dzierżoną w drugiej ręce golarką. Ciemne loki obficie zasłały dziedziniec.

-Sołtys na to pozwala? – oburzony Wojtek zwrócił się do Igły, który nie wykazywał oznak najmniejszego niepokoju czy zgorszenia. Nie szykował się również do żadnej interwencji.

-Sołtys?! – ksiądz i jego ofiara odezwali się równocześnie podnosząc zdziwione spojrzenia na stojących przed nimi mężczyzn.

-Kto? Igła? – upewnił się proboszcz a potem pogroził golarką w kierunku wycofującego się drobnymi kroczkami wiernego – Oj Krzysiu, coś ty znów naplótł, mało ci było, żeś mi mojego Organistę na trzy dni do lasu wysłał, żeby szukał huby, co do kobiet ośmiela? Pokuty już mi się dla ciebie kończą.

-Ogolić! – zaproponowała kwaśno głowa, której pozbawiony włosów pas przypominał Wojtkowi tatrzański wiatrołom.

-Toć to żarty tylko takie były, niewinne – zakrzyknął samozwańczy sołtys, który nie wiadomo kiedy znalazł się po przeciwnej stronie rynku i zaraz potem zniknął we wnętrzu narożnej kamieniczki.

Nad wejściem do budynku Wojtek dostrzegł niepozorną tabliczkę informującą o świadczeniu usług taksydermicznych. Natomiast w witrynie na parterze otoczony neonowym szaleństwem napis głosił: Salon Fryzjerski „Lok od Fabia” Zaprasza. Żaliński w nagłym przypływie współczucia spojrzał smutno na odbierającego dalszą część pokuty grzesznika. Wygolony centralnie na czubku głowy znak krzyża z pewnością nie wpłynie dobrze na interesy.

-Idź i nie grzesz więcej – ksiądz podniósł się z zydelka ze stęknięciem rozmasowując lędźwie. Uwolniony Fabio przeżegnał się niedbale i pociągając nosem pomknął w stronę swojego lokalu.

-A teraz ty synku – proboszcz górując nad Wojciechem przyglądał mu się z zaciekawieniem.

Wojtek odruchowo złapał się za głowę. Co z tego, że nosi się krótko i może mniejszy żal, niż w przypadku wymuskanej grzywki fryzjera. I tak nie pozwoli, żeby mu tu wygolono symbole w ramach źle pojętego moralnego uzdrawiania.

-Co cię sprowadza do Nartu? – wielebnego chyba opuściła już kapłańska nadgorliwość i Żaliński, choć zachowując odpowiednią rezerwę i bezpieczny dystans postanowił wyjaśnić powód swojego przybycia.

-Dostałem list, piękny list miłosny – wyznał rumieniąc się lekko – w obcym języku, ale kolega z pracy zna francuski i przetłumaczył. I podążyłem proszę księdza, bo serce nie sługa, a zakochałem się w samych słowach. Nieważne czy będzie zjawiskowa, czy nie, czy niska, wysoka, gruba czy chuda. Kocham ją straceńczo.

-Straceńczo mówisz? – proboszcz z nieodgadnionym uśmiechem podrapał się w czubek głowy – a pokaż ten list no, znam ja swoje duszyczki, zaraz zobaczymy, która to taka romantyczka.

Wojtek z ociąganiem podał wymiętoszony kartelusik. Tylekroć składał na nim ukradkowe pocałunki, że papier pomarszczył się i pomiął jakby od długotrwałego namaczania. Ksiądz przebiegł wzrokiem pismo i przygryzł wargę, następnie poklepał Wojciecha po ramieniu i poprosił:

-Pójdź tam oto, do tego baru, powiedz, że cię Pleban Możdżonek przysyła i poczekaj na mnie. Wszystko się wyjaśni.

Drzwi Baru Euforia zamknęły się za Wojtkiem z donośnym piskiem dawno nieoliwionych zawiasów. Żaliński skrzywił się mimowolnie czując jak irytujący dźwięk wwierca mu się w czaszkę i odzywa bólem migdałków. Zamrugał kilkakrotnie czekając aż oczy przywykną do półmroku panującego wewnątrz lokalu. Przez wąskie, gęsto upstrzone przez muchy okienka wpadało przyćmione światło, a że słońce już dawno zaczęło chylić się ku zachodowi, z każdą minutą robiło się jeszcze ciemniej.

Biorąc pod uwagę wygląd budynku należało spodziewać się typowej mordowni, gdzie jedyny gatunek występującej euforii wynikać będzie ze skutecznego wrażenia zatwardziałemu wrogowi noża pod żebro, a uwzględniając okolicę, w której znajdował się lokal, to może i całej siekiery, z trzonkiem. Tymczasem Bar Euforia zaskakiwał. Było tu schludnie i czysto, choć skromnie. Przez środek pomieszczenia ciągnęła się długa, drewniana ława, wzdłuż której poustawiane były zabawne i dość niezwykłe siedziska zdradzające talent i sporą kreatywność gospodarza. Spocząć można było na wypolerowanym świerkowym pieńku, obciągniętej koźlą skórą beczułce, obróconej do góry dnem glinianej donicy zdobnej w ludowe wzorki, wypchanym sianem worku a nawet na przytarganym skądś sporych rozmiarów kowadle. Spod stropowej belki zwieszały się pęki ziół przesycając powietrze zapachem lawendy, kocimiętki i macierzanki zaś świeczki wetknięte w szyjki pustych butelek wypełniały przestrzeń migotliwym drżeniem płomyczków.

Na wprost drzwi znajdował się bar. Ustawione szeregiem kufle informowały o dostępnych markach piwa a zawartość półek wabiła kolorowymi etykietkami popularnych alkoholi. W ciemnej, dębowej desce kontuaru, wybłyszczonej od ciągłego polerowania, wywiercono rządek otworów niewiadomego przeznaczenia. Jednak nim Wojtek zdążył im się zdziwić jego wzrok padł na punkt, gdzie klasyka filmów noir nakazywała mocować pokaźnych rozmiarów lustro. Tylko, że to nie była Casablanca. To był Nart Stary. Nart Stary rządził się swoimi prawami, dlatego centralne miejsce na ścianie zajmował takiej oto treści komunikat:

-I co tak gębę rozdziawił? Zamknie, bo mu much nawpada i znowu sanepid na mnie anonimy dostanie – niedbale oparty o bar stał rudowłosy mężczyzna, przez ramię przewieszoną miał kraciastą ściereczkę a wokół bioder przewiązany biały fartuch.

Wojtek posłusznie zamknął usta i głośno przełknął ślinę.

-No co tak się gapi? Przyszedł się napić, czy będzie wystrój wnętrza podziwiał? Za zwiedzanie też się płaci – wąskie wargi Barmana wykrzywił ironiczny uśmieszek.

-Przysłał mnie tu ksiądz proboszcz, ja jestem… – Wojciech zrobił krok w kierunku kontuaru.

-Wiem, wiem, już mi tu wielebny Możdżonek dzwonił, żeby cię przypilnować – rudzielec wskazał Żalińskiemu stołek przy barze, który przy bliższych oględzinach okazał się być starym kołem garncarskim umocowanym do dyszla – Musi z ciebie być nielicha sierota, jeśliś uwierzył, że Igła mógłby zostać sołtysem czegokolwiek większego od zagonka kapusty Zatorskich, a i to nie bardzo, bo by go pewnikiem strach na wróble w wyborach pokonał.

Wojtek smętnie pokiwał głową, czuł się osierocony. Dotarł tu ryzykując życiem, jeżeli nie swoim to z pewnością swojego samochodu, porzucił zdrowy rozsądek na rzecz ukrytego w kieszonce na piersi listu od cudownej nieznajomej. Przygnała go tu miłość, najwznioślejsze z uczuć a co go spotkało w zamian? Nieuzasadniona agresja, oszustwa i kłamstwa. I jakby tego było mało, teraz stał się lokalnym pośmiewiskiem. Wojciech szykował się już do rozdzierającego westchnięcia dającego upust jego rozgoryczeniu i podkreślającego dramatyzm sytuacji, gdy w tajemniczym otworze blatu wylądował rzucony wprawna ręką kufel wypełniony złocistym piwem.

-Niezły patent, co? Żeglarski – Barman z dumą wskazał na idealnie wpasowaną w powierzchnię kontuaru szklanicę – Mniej się tłucze. Wymyśliłem, kiedy pewnego wieczoru się taki jeden zapomniał i zamiast w lesie siedzieć do wsi przylazł. Całą zastawę wtedy straciłem. No, spróbuj, sieroto, narciańskiego marcowego, nigdy takiego nie piłeś.

Jednak zanim Wojciech zdołał zaprzyjaźnić się bliżej ze specjalnością lokalnej kuchni drzwi do baru otworzyły się z hukiem obijając ościeżnicę i wypadając z zawiasów, które tym razem nie zdołały nawet pisnąć. W wejściu stanął barczysty mężczyzna, zaklął siarczyście na widok wyrządzonej szkody a następnie ryknął tak, że piana wojtkowego piwa opadła samoistnie.

-Guma, dawaj mnie tu tej lagi, co nią Igłę do domu przeganiasz. Ja tego wyfiokowanego lowelasa dziś utłukę, bóg mi świadkiem.

-Drzwi napraw – beznamiętnie odparł nazwany Gumą Barman – przeciąg jest.

-Potem, najpierw Fabio i laga, dawaj, nie mam czasu, leki na ciśnienie wziąłem i mnie zaraz nerw puści – obcy ze stroskaną miną przycisnął palce do własnego nadgarstka sprawdzając tętno.

-I dobrze, bo już Pleban go rozgrzeszył, golarką – Guma uśmiechnął się po swojemu, ironicznie i połowicznie – nie widziałeś włosów przy studni?

-Przegapiłem widocznie. A to ci dopiero, to mówisz, że znów mu krzyżowca wielebny wlepił? – furiat zaśmiał się złośliwie i pogwizdując zaczął na powrót osadzać w futrynie wyważone wierzeje.

-Maryśka, chodź no tu – zakrzyknął w stronę wejścia – słyszałaś? Twojego amanta podstrzygli.

-Wuju, ile razy mam wujowi powtarzać, to nie mój amant – z zewnątrz dobiegł naburmuszony dziewczęcy głos – Fabio uczy mnie fryzjerstwa, jak nas wuj wtedy przyłapał, to znaczy spotkał, jak nas wuj wtedy w tym stogu spotkał to mi Fabio akurat pokazywał…

-Już ja dobrze wiem, co on ci tam pokazywał – warknął rozeźlony na nowo wuj – i przestań już tyłkiem wiercić przed barem, twój amant jest zajęty wyrównywaniem strat, nie wyjdzie do ciebie. Powinien sobie zakład przemianować, na Łysinka od Fabia – mężczyzna, zadowolony z udanego żartu, puścił oko do Gumy.

-Maryśka, mówię do ciebie, chodźże tu – krzyknął raz jeszcze równocześnie wprawiając drzwi w rewizyjny ruch wahadłowy. Przeraźliwy pisk zawiasów wywołał u Wojtka niekontrolowane dreszcze.

Ale te były niczym w porównaniu z całym spektrum sensacji duchowo-cielesnych, jakie dopadły go, gdy w progu Baru Euforia zamajaczyła kształtna, kobieca sylwetka.

Maryśce półmrok nie przeszkodził w wyłuskaniu z otoczenia przystojnego bruneta usadzonego na stałym miejscu któregoś z synów starego Grzyba. Jej spostrzegawczości dopomógł zapewne fakt, że brunet ów właśnie krztusił się piwem i wybałuszając oczy próbował nie zejść na niedotlenienie. Dziewczyna odrzuciła na plecy gruby, przeplatany wstążkami warkocz w kolorze dojrzałej pszenicy i wyuczonym, rozkołysanym krokiem podeszła do baru. Jej jasnoniebieska sukienka podrygiwała w miejscach, o które, w przypadku Maryśki natura hojnie zadbała. Wojciech poklepywany akuratnie po plecach przez Gumę zakrztusił się ponownie. Dziewczyna posłał chłopakowi promienny uśmiech a następnie przygryzając karminową wargę przysiadła obok niego.

-A ty co za jeden? – do akcji wkroczył wuj Maryśki obserwujący dotąd całą scenę w posępnym milczeniu i z rosnącym niepokojem – bo ja jestem Michał, a to moja bratanica i jako młynarz z wieloletnim stażem twierdzę, że chleba z tej mąki nie będzie.

-Od proboszcza jest, daj mu spokój Kubiak – rudowłosy Barman przytomnie odsunął sękatą laskę poza zasięg nagle dziwnie rozbieganych rąk Młynarza – szuka tu kogoś.

-A kogo? Bo na razie to kłopoty jeno znajduje – Michał zmarszczył groźnie brwi i przesunął się tak, że Maryśka cała skryła się za jego szerokimi barami. Nie spuszczając stalowego spojrzenia z pobladłego Wojciecha Młynarz powolnym ruchem przyłożył palce do swojej szyi sprawdzając puls. Wynik musiał być niezadowalający gdyż Kubiak skrzywił się zniesmaczony i pokręcił głową.

-Nie zrobiłbyś mi kawy, Guma? – poprosił bez nadziei w głosie, a następnie zwrócił się do Żalińskiego -To co cię tu sprowadza?

-List, list dostałem, miłosny, piękny. Ukochanej szukam – Wojtek uśmiechnął się do dziewczyny zerkającej na niego zalotnie ponad ramieniem wuja – i chyba znalazłem.

-Maryśka?! – Młynarz obrócił się jak sprężyna – Czyś ty rozum postradała? Mało ci tych wsiowych przygłupów, parobczaków co się do ciebie bez przerwy ślinią? Teraz jeszcze korespondencyjnie następnych ściągasz? Do grobu mnie wpędzisz dziewucho. Guma, lagę daj, kawy już nie chcę. Lagę mówię!

-Ależ wuju, co wuj? – dziewczyna próbowała mitygować rozsierdzonego opiekuna. W sukurs pośpieszył jej Wojtek:

-No właśnie, wuju, co wuj?

-Ja ci dam wuja! – Młynarz obracał się jak fryga pomiędzy obojgiem niedoszłych oblubieńców nie mogąc się zdecydować na kim powinien w pierwszej kolejności wypróbować barmańską lagę.

-Michał, synu, czy ja znów mam nad tobą egzorcyzmy odczynić? – po raz drugi tego wieczoru nie zaskrzypiały zawiasy wejściowych drzwi Baru Euforia pozwalając by  pojawienie się kolejnych gości  zaskoczyło zgromadzonych we wnętrzu lokalu.

Ksiądz Możdżonek pochylił się przechodząc przez próg i opierając ręce na biodrach pokręcił z dezaprobatą głową. Tuż za proboszczem do pomieszczenia wśliznął się niepozorny jegomość z przewieszonym przez ramię płóciennym plecakiem i z ulgą przysiadł na kowadle dając znak Barmanowi, że nie będzie miał nic przeciwko narciańskiemu marcowemu razy dwa.

-Ale Maryśka znowu, listy wysłała, i ten, a ja bratu obiecałem, i moje ciśnienie, a on nie stąd – Kubiak w oburzeniu nie mógł sklecić ani jednego pełnego zdania – to ja lagą go, bo wuju, i ten, nie będzie z tego chleba mąki – zakończył bezradnie i zupełnie nieprawidłowo.

-To nie od Marysi list – krzaczasta broda Plebana zadrgała jakby od wstrzymywanego śmiechu.

-Nie od niej? – upewnił się uradowany Młynarz.

-Nie od niej? – zawtórował mu niespodziewanie załamany Wojciech.

-Nie ode mnie – potwierdziła dziewczyna – ale chętnie ci coś napiszę – obiecała skwapliwie.

-Maryśka! Do domu! – Kubiak wskazał dzierżoną w ręce laską drzwi – gluten z żyta wybierać, samo się nie zrobi.

-Ale nie można… – bratanica Młynarza próbowała jeszcze oporu, jednak znała wujka nie od dziś i dobrze wiedziała, że nagły szczękościsk i drgające nozdrza to sygnał, że leki na nadciśnienie przestały właśnie działać. Pomachała więc ukradkiem Wojtkowi i szybciutko umknęła z pola rażenia drewnianej lagi.

-Pewnie chciała powiedzieć, że nie można glutenu z żyta wybierać, bo chleb powszedni niesmaczny się robi – stwierdził w zamyśleniu Pleban.

-Smaczny, smaczny i zdrowy – sprzeciwił się Michał, który o mące i pieczywie rozmawiać mógłby i do białego, mącznego ranka.

-To jest ingerencja w boskie prawa – oburzył się ksiądz – nie stoi w Piśmie, że któregokolwiek dnia Pan Bóg stworzył bezglutenową bułkę. To wynalazek szatana jest, ot co!

Kubiak nabrał powietrza w płuca szykując się do zajmującej zbożowo-religijnej dysputy, Guma po cichu przeliczał czas na piwa a następnie piwa na pieniądze, wiedząc z doświadczenia, że kiedy się wielebny z Młynarzem spotkają, to i pianie koguta ich zastać może, a nadal nie znajdą konsensusu, zaś Pleban jął przeszukiwać podręczny stary testament zaznaczając zaginanymi rogami odpowiednie cytaty, które będzie mógł w odpowiednim momencie przytoczyć zbijając glutenowego heretyka z pantałyku. Zapowiadał się typowy, refleksyjny wieczór w Barze Euforia.

Wojtek siedział zadumany nad swoim niedokończonym piwem i bezmyślnie przesuwał dłonią po głębokich karbach znaczących obłą krawędź blatu, w straszących drzazgami wyżłobieniach spokojnie mieściły się dwa palce. Jednak Wojciecha nie interesowało obecnie rozwiązywanie zagadki jakież to przeraźliwe, rolnicze narzędzie jest zdolne do pozostawienia takich śladów, tak samo jak nie interesowała go tocząca się nieopodal żarliwa dysputa. Młynarz straszony anatemą uparcie utrzymywał, że manna była bezglutenowa.

Żaliński przygarbił się na chybotliwym stołku i opierając brodę na przedramieniu oddał przykrym rozmyślaniom. Próbował dociec, co takiego wydarzyło się w jego życiu, że jak za sprawą czarodziejskiej różdżki w ciągu dwóch dni przemienił się z rzeczowego, rozsądnego Wojciecha Czwartkowego w gnającego bez wahania na kraniec świata Sobotniego Romea. Czy rzeczywiście był to tajemniczy liścik, spisany w języku, który samym brzmieniem kusił i obiecywał nieziemskie rozkosze? A może sposób w jaki jego wieloletni przyjaciel i przełożony zareagował na podsunięty mu do przetłumaczenia tekst? Daniel, ten bezpośredni, konkretny do bólu szef na widok spisanych wymyślnymi zawijasami zdań rozmarzył się nieprzepisowo, a potem poklepał zdumionego Wojtka po plecach i wyznał, że sam kiedyś do Nartu trafił, i były to niezapomniane chwile. I tak oto Romeo Żaliński zachęcony przez starszego kolegę zapomniał o wrodzonej trzeźwości umysłu, odrzucił ratio na rzecz affectum i pognał do lasu. Gdybyż jeszcze Julia czekała na jakimś balkonie. Ale gdzie w Narcie uświadczysz balkonu? Tutejsza Capuletti mogła co najwyżej pomachać mu nogami z dachu stodoły. Z resztą on wcale nie pragnął Julii. Histeryczki o skłonnościach samobójczych nigdy nie były w jego typie, takie związki raczej nie rokowały. Co innego krzepkie, rumiane dziewoje z jasną kosą sięgającą pośladków. Pośladków, które tak ponętnie kołysały się pod niebieską sukienką, dokładnie w tym samym rytmie co zawartość przyciasnego staniczka.

Wojtek westchnął a wzrok rozmaślił mu się nieprzytomnie. Stojący na linii tegoż spojrzenia Guma zmieszał się mocno, chrząknął, podrapał po potylicy aż w końcu doszedł do wniosku, że pora przypomnieć Plebanowi o pozostawionej samej sobie sierocie.

-Księże proboszczu, nie zapomniało się o czymś?

-No oczywiście – wielebny plasnął się w kolano, a następnie wycelowawszy oskarżycielko palec w Młynarza oświadczył dobitnie – Na początku było słowo, nie gluten!

Kubiakowi malowniczo opadła dolna szczęka, ksiądz uśmiechnął się zwycięsko a rudowłosy Barman ukrył twarz w dłoniach.

-Ja nie o tym – wymamrotał zrezygnowany.

-No tak, no tak – zreflektował się kapłan i odwróciwszy w kierunku baru klasnął w dłonie wyrywając Wojciecha z rozmarzenia – Synu, chyba najwyższa pora, żebyśmy porozmawiali poważnie i abyś dowiedział się wreszcie, kto stoi za tym twoim miłosnym liścikiem.

Wojtek skwapliwie pokiwał głową, a oczy pozostałych zgromadzonych skierowały się w stronę brodatego proboszcza. Każde ze spojrzeń zdawało się wyrażać odmienne uczucia. Młynarz marszcząc brwi całym sobą manifestował, że wolałby nie usłyszeć o jakimkolwiek związku Maryśki z tą podejrzaną historią, choćby z dbałości o własne nadciśnienie. Milczący nieznajomy sprawiał wrażenie zakłopotanego i zmieszanego, wiercił się na kowadle i nerwowo obracał w rękach pusty już kufel. Natomiast Guma zajął swoje ulubione stanowisko opierając się nonszalancko o bar i uśmiechając złośliwie, jakby próbował powiedzieć: „no jestem bardzo ciekaw, jak to sensownie wytłumaczysz, księżulu”.

-Ekhm, więc, tego – ksiądz odkaszlnął, podniósł się z miejsca tylko po to żeby na powrót usiąść, westchnął i ponaglony chrząknięciem Barmana rozpoczął – Jak już pewnie zdążyłeś się zorientować, bo zdaje się bystry z ciebie chłopak, żyjemy tu sobie tak jakby na odludziu. Wszędzie daleko, a w zimie jak śniegiem sypnie to zapomnij, żeby się kto ze wsi wydostał, albo do Nartu dotarł. No chyba Gregor jedynie, ale to zupełnie insza inszość, a poza tym akurat on ma wieczny, nieodwołalny zakaz ruszania swojej rozczochranej osoby poza granice naszego sioła.

-A powinien mieć i w obrębie – dodał ni z gruszki ni z pietruszki Guma, lecz zgromiony spojrzeniem kapłana zamilkł nie rozwijając wątku i powrócił do polerowania na błysk kolejnej szklanki.

-Więc tak sobie egzystujemy, ja i moje owieczki niepokorne w niejakiej izolacji – podsumował wielebny – I dobrze nam z tym. To co najważniejsze mamy pod ręką. Jest młyn i piekarnia, jest fryzjer, kościół, bar, sklep a nawet apteka. A nasz pigularz potrafi coś tam i sam podleczyć, a i o bydlątka zadbać – tu wskazany palcem towarzysz proboszcza powstał i ukłonił się – Czasem jednak potrzeba wymusza zmiany, konieczne jest wsparcie.

-Nie bardzo rozumiem – Żaliński usilnie próbował powiązać swoją osobę z przydługim wstępem proboszcza, bez efektów.

-Widzisz synu… A jak ci właściwie na imię? – postanowił zainteresować się ksiądz ewidentnie grając na zwłokę.

-Wojciech.

-O widzisz, a u nas nie ma żadnego Wojciecha, a to taki ważny święty, aż nie wiem jak to się stało. Pawłów za to mamy sporo, bo nie wiem czy ci synu wiadomo, ale…

-Ale, ale! – niespodziewanie wtrącił się Aptekarz, długotrwałe milczenie musiało być niewątpliwie powodem, dla którego te krótkie słowa zabrzmiały nieco dziwacznie i obco. Mimo to uruchomiły kilka rozbieżnych reakcji jednocześnie.

-Ale u Zatorskich każdy chłopak to Pawełek – dokończył z rozpędu Pleban.

-Ale co ja mam z tym wszystkim wspólnego i może w końcu się dowiem do kogo tu przyjechałem? – Wojtek próbował ukrócić obojętne mu dygresje.

-Ale?! Przecież wiesz, że mam tylko marcowe albo porterki – obruszył się Barman.

-Ale ja tylko chciał, żeby szybciej do sedna iść – wytłumaczył się czerwieniejąc Aptekarz – Allez, allez! To po…

-Francusku! – wpadł mu w słowo Wojtek i zerwał z krzesła mało przy tym nie łamiąc nóg – O co tu chodzi? Kto wysłał ten list?

-Ja, ja zrobił – wyznał żałośnie farmaceuta.

W Barze Euforia zapanowała cisza. Jednak nie na długo.

-Miłosny list napisałeś Stefan? Do faceta? – Kubiak po raz drugi w przeciągu zaledwie pół godziny mógł pochwalić się szeroko rozdziawionymi ustami.

-A co miał napisać? Księga jasno powiedziała jak ma być. A ja potrzebuję pomoc w przyjęciu – Aptekarz raptownie zamachał trzymanym w ręku plecakiem.

-Stefan ma rację – potwierdził z powagą ksiądz – sam już nie da rady wszystkiego własnoręcznie przyjmować.

Pleban podniósł się i podszedł do oniemiałego Wojciecha wyciągając do niego ramiona jakby w zamiarze ojcowskiego uścisku.

-Tak więc synu, będziesz naszym nowym przyjmującym.

-Przyjmującym? Przyjmującym co? Oszaleliście wszyscy? – Żaliński odskoczył na bezpieczną odległość przylegając plecami do ściany i rozejrzał się szacując szanse ucieczki. Niestety, z miejsca, w którym się znalazł możliwość dotarcia do drzwi ograniczała się albo do rejterady po kontuarze baru, na którego końcu czekał uśmiechający się kpiąco Barman dzierżący w dłoniach tylekroć dziś już przywoływaną lagę, bądź pomiędzy nogami kapłana, co groziło raczej pewnym ugrzęźnięciem w powłóczystej sutannie.

-Cielęta – oświadczył beztrosko Guma – cielęta będziesz przyjmował. Weterynarz nam potrzebny.

Wojtka zatkało, Młynarz dostał nagłego ataku śmiechu, proboszcz pokiwał głową potwierdzając tym samym słowa Barmana, a Aptekarz zwany Stefanem obiecał:

-Nic się nie boi, ja wszystkiego nauczy, jestem bardzo dobry przyjmujący.

-Poza tym Księga cię wskazała, nie masz wyjścia – uzupełnił ksiądz.

-Jaka księga? O czym wy wszyscy bredzicie? – Wojciech odzyskał głos, a także zdrowy rozsądek i jasność myślenia Wojciecha Czwartkowego. Postanowił pytać o cokolwiek odwracając uwagę od swojej osoby, a równocześnie kroczek po kroczku przesuwać się w kierunku wyjścia obok zagradzającego mu drogę kapłana. Następnie plan zakładał szaleńczy bieg przełajowy do zagonka kapusty, odpalenie opla i natychmiastową ucieczkę, byle dalej stąd, od tego obłąkanego towarzystwa.

-Wszechmocna Księga Wyboru, nieodzowna, kiedy trzeba kogoś nowego przywołać do Nartu – wyjaśnił cierpliwie Barman, a pozostali skwapliwie przytaknęli – Zresztą, Stefan, pokaż mu.

Aptekarz sięgnął do płóciennego plecaka i namaszczeniem położył na ławie opasłe, wielostronicowe tomisko.

-Zawsze z niej korzystam, nigdy się nie myli – oznajmił Francuz z czułością gładząc żółtą obwolutę księgi – Wystarczy powiedzieć kogo się szuka i otworzyć. Pokaże nazwisko i sposób powołania.

-Przywołania – poprawił ksiądz.

-Przywołania – powtórzył Stefan – na przykład mówi: przyjmujący i patrzy – farmaceuta wprawnym ruchem przekartkował książkę a ta sama otworzyła się w stosownym miejscu.

-Wy jesteście wszyscy nienormalni! – krzyknął przerażony Wojciech nie mogąc uwierzyć, że wydobyte na światło dzienne tomiszcze jest dokładnie tym czym mu się zdaje, że jest – To jest jakieś wariatkowo, nienormalne, zwariowane wariatkowo.

I z tymi słowami Żaliński przemknął pod łokciem zaskoczonego duchownego, odepchnął na bok zawadzającego mu Stefana i uszczęśliwiony dopadł drzwi baru, przesadził przez próg i pognał na oślep przecinając brukowany plac i nie oglądając się za siebie.

Nagły podmuch wiatru, który wtargnął przez otwarte na oścież podwoje Baru Euforia zgasił płomyczki świeczek, przeczesał czuprynę Młynarza i nieobyczajnie uniósł poły sutanny Plebana. Jednak strony rozłożonej na stole Wszechmocnej Księgi Wyboru nie drgnęły nawet. Wydana przez TPSA żółta książka telefoniczna wskazywała nieodwołalnie nowego przyjmującego: Żaliński, Wojciech, Miłosna 1.

-Tego jeszcze nie było – zaopiniował Barman.

-Ano nie, ale niezbadane są ścieżki Pana – uzupełnił ksiądz – trzeba będzie Księgę prosić o nowe nazwisko, może się uda.

-Weźcie na wstrzymanie, księże proboszczu – Kubiak, który podszedł do wejścia z zamiarem zamknięcia drzwi przystanął i przetarł oczy. Ale nie mógł się pomylić, sam płacił za te kolorowe wstążki a jasny warkocz poznałby wszędzie. To, że przebiegający obok jaśminowych krzewów niedoszły przyjmujący zatrzymał się niespodziewanie a potem bez większych oporów dał się wciągnąć pomiędzy zarośla również przypadkiem być nie mogło. Młynarz zazgrzytał zębami.

-Zdaje się, że macie swojego weterynarza, ale zanim coś tu przyjmie będzie najpierw z rączkami w łubkach leżał. Guma, dawaj mnie tu tej lagi!

Jak już się rzekło: typowy, refleksyjny wieczór w Barze Euforia.

==============================================================

Historia druga, w której Grześ łażąc po wsi marnotrawi produkty spożywcze, Wypychacz Zwierząt pozostaje w ukryciu, dowiadujemy się co zwykło wisieć w Barze Euforia, zapoznajemy ze zwyczajami ludowymi w trakcie odpowiedniej fazy księżyca oraz z ogólnymi założeniami łowów na grubego zwierza, a wszystko po to, żeby wielka zdobycz pozostała niezdobyta.

Idzie Grześ przez wieś, worek z mąką niesie, a przez dziurkę mąka ciurkiem…

– Sypie się! Jemiole jeden! Mąka ci się sypie!!! – Młynarz wymachując rękami pognał za oddalającym się Gregorem, który beztrosko pogwizdując znikał już za zakrętem piaszczystej ścieżynki. Niebaczny, że jego trasę znaczy biały, sypki ślad.

– Stójże gamoniu! – wrzasnął ile sił w płucach Kubiak i odruchowo przycisnął palce do tętnicy monitorując poziom stresu, pomny ostrzeżeń Stefana, że jeżeli nie zaprzestanie (według Aptekarza bezpodstawnie, według samego zainteresowanego jak najbardziej zasadnie) się unosić, to pewnego pięknego dnia niespodziewanie trafi go szlag. Pęknie mu przysłowiowa żyłka i zaleje go nagła krew. Michał przestraszony tą wizją popijał zawzięcie przepisaną melisę, zażywał swoje lekarstwa na nadciśnienie i coraz częściej przymykał oko na wybryki bratanicy. Tylko po cóż wszystkie te wysiłki i wyrzeczenia, jeżeli ciągle musi użerać się z nieodpowiedzialnymi bęcwałami?

– Nie widzisz, że masz dziurawy worek, kapcanie zatracony? – wydyszał zasapany dopadłszy wreszcie Grześka i wskazując mu istotną nieszczelność w jego systemie transportowym. – A potem będziecie mi wszyscy wmawiać, że was na wadze rżnę, opowiadać w Euforii, że Kubiak to odrzyskóra.

– Nikt tak nie twierdzi – zaprzeczył nieszczerze Grześ, który sam był świadkiem, gdy Igła waląc kuflem w ławę rozprawiał o kombinacjach na mące lżejszej o gluten.

Co prawda Krzysztof nie zdążył wtedy jakoś szczególnie rozwinąć wątku, bo chwycony za kołnierz przez rudowłosego Barmana został najpierw zaciągnięty przed kontuar, gdzie Guma przypomniał mu brzmienie punktów jeden, dwa i cztery regulaminu a następnie wystawił spokorniałego nagle Krzysia za skrzypiące drzwi lokalu, ale jednak Michał nie strzelał zupełnie na ślepo.

– Dobra, dobra. – Młynarz podważył zapewnienia Grzegorza szczególnym wygibasem językowym, sławetnym podwójnym potwierdzeniem oznaczającym przeczenie, równocześnie rozglądając się wokół w poszukiwaniu uszczelniacza. Ponieważ nie znalazł niczego godnego uwagi, nie wahając się zbytnio wyciągnął z kieszeni scyzoryk a następnie wprawnym ruchem chwycił sterczący z brody swojego klienta wiecheć kędzierzawych włosów i odciął go przy samej skórze.

– Auć! Za co? – Bławatne oczęta Grzesia zaszkliły się z doznanej niesprawiedliwości.

– Za marnotrawstwo podstawowego produktu spożywczego. – Kubiak, zadowolony z własnej pomysłowości, wyszczerzył się z gęstwiny nienagannie utrzymanego zarostu.

– Patrz, jak pięknie pasuje – dodał, zatykając nieszczęsną dziurę pękiem zdobytego włosia.

– Ja tam wolałem jak mi pasowało do twarzy – ponuro skonstatował Gregor.

– Odrośnie, na tobie wszystko się goi jak na psie. – Młynarz obojętnie wzruszył ramionami. – A swoją drogą ogoliłbyś się, ostrzygł, bo już dzieci u Zatorskich tobą straszą, wszystkich Pawełków naraz.

– Naprawdę? – Grzesiek ucieszył się nie wiadomo z czego. – To ja jeszcze zarosnę. No chyba że Marysia…

– Maryśka już nie interesuje się fryzjerstwem – uciął krótko Kubiak i przytknął palce do nadgarstka wyczuwając bezbłędnie, że poruszony właśnie temat nie idzie w parze ze zdrowym trybem życia. – Teraz zafascynowała ją opieka nad zwierzętami.

– Aha. – Smutno pokiwał głową Grześ. – A może kiedyś zaciekawi ją również wyrąb drzew?

– Lepiej, żeby nie, po co masz się bać własnej siekiery? – Oczy Michała zwęziły się pod gniewnie zmarszczonymi brwiami a umięśnione ramiona wykonały niekontrolowany kołowrotek. Rozmowa zdecydowanie toczyła się w niepożądanym kierunku.

– To ja już sobie lepiej pójdę. – Gregor zarzucił na plecy worek z taką łatwością, jakby wypchany był watą a nie mąką najwyższego gatunku, z pierwszego mielenia.

– To ty już sobie lepiej idź – przytaknął Michał przyglądając się z respektem poczynaniom Drwala.

– I wróć za tydzień, nie wcześniej – dodał, widząc, że po uszczerbku w brodzie Grześka nie pozostał nawet najmniejszy ślad. Co więcej, zarost wydawał się gęściejszy i bardziej szczeciniasty niż przed chwilą.

Pożegnali się, Grzegorz raźno ruszył przed siebie a odprowadzający go stroskanym wzrokiem Kubiak mruknął pod nosem:

– I to akurat teraz, kiedy Wypychacz wrócił do wsi.

Niezupełnie jasne stwierdzenie Młynarza zasłyszała przelatująca sójka, która natychmiast pofrunęła na rozstaje, swoim zwyczajem donieść o wszystkim brodatemu świątkowi. I nie ma co się temu dziwić, bo jak się całymi dniami siedzi w zarośniętej kapliczce, to z nudów i plotki przynoszone przez wścibskie ptaszyska stają się interesujące.

Jak to naprawdę jest z Wypychaczem Zwierząt nie wiedział chyba nikt w Narcie Starym. Oczywiście zagadnięty w tej materii Igła udzieliłby wyczerpującej odpowiedzi, gęsto okraszonej dygresjami, pełnej barwnych anegdotek oraz odwołań do relacji naocznych świadków. I zupełnie, całkowicie, bezczelnie zmyślonej. Z tego to właśnie powodu Krzysztofa nikt o nic nigdy nie pytał. A jednak, mimo to, niewytłumaczalnym sposobem milczący Krzysiu należał do ewenementów niespotykanych w naturze i uchodził tym samym za jeden z siedmiu lokalnych znaków apokalipsy. Tymczasem jedyny, niepodważalny fakt był taki, że Wypychacz pojawiał się niezapowiedziany i znikał bez pożegnania jak przysłowiowy kominiarz na pasach. Choć w przypadku Nartu jest to wyjątkowo nietrafione porównanie, bo ani tu kominiarza ani tym bardziej przejścia dla pieszych nie znajdziesz.

Blade, żółtawe światełko migoczące w zakratowanych okienkach sutereny mieszczącej się tuż pod będącym źródłem neonowej iluminacji salonem fryzjerskim Fabia umknęło uwadze mieszkańców i musiało minąć kilka dni zanim we wsi zorientowano się, że Wypychacz wrócił ze swojej ostatniej, egzotycznej eskapady a zakład taksydermiczny znów jest czynny. Jednak, gdy raz poczynione przez wiecznie snującego się ze spuszczoną głową Organistę przypadkowe odkrycie w mgnieniu oka obiegło domostwa i zagrody, nie trzeba było długo czekać, aby od melisowych pól za kościołem po zagonek kapusty pod lasem szeptano, snuto przypuszczenia i wymieniano najśmielsze plotki. W żadnym przypadku nie wiązało się to z popytem na świadczone w lokalu usługi. Klientela nie miała zamiaru szturmować piwniczki ani ustawiać się w kolejce do narożnej kamienicy. Zasadniczo w Narcie hołdowano sprawdzonym tradycjom: kury szły na rosół, świnki na kiełbasy a trafiona jakimś zupełnym przypadkiem dziczyzna do potrawki. Nikomu też nie przychodziło do głowy żeby i najbardziej zasłużonego dla ochrony gospodarskiego mienia Burka czy Reksia upamiętniać inaczej niż zgrabną mogiłką za sławojką. Przyczyna niezdrowej ekscytacji była zupełnie inna i nie bez związku z czynionymi przez niektórych zapobiegawczych Narcian przygotowaniami.

Pleban Możdżonek zamienił kieszonkowe wydanie starego testamentu na opasły mszał z metalowymi okuciami i wymachiwał nim wyjątkowo często, jakby trenował. Guma nie rozstawał się z lagą, co miało dodatkowy, pozytywny w mniemaniu Barmana, efekt uboczny w postaci Igły unikającego jak ognia Baru Euforia. Młynarz zażywał swoje lekarstwa garściami przegryzając je rumiankiem i zapijając melisą oraz z tylko sobie wiadomych powodów zgrzytając nieprzerwanie zębami. Zaś Stefan przepracowywał kolejne nadgodziny niestrudzenie mieszając, odważając, ucierając i butelkując specyfiki przyśpieszające gojenie i uśmierzające ból. Wszystkich natomiast łączyło to samo, pełne nerwowości wyczekiwanie. Bo gdy Wypychacz Zwierząt wracał do Nartu, zawsze coś się działo. I zazwyczaj nie było to nic dobrego.

A sam obiekt całego zamieszenia? No cóż, wypychał. Akuratnie Igłę.

– Krzysiek, wyjdź! – Wypychacz Zwierząt ponowił próbę pozbycia się niewygodnego gościa. Próba polegała na naparciu z całej siły na zapierającego się w progu Krzysztofa i przypominała pchanie świni do obory. A właściwie osła, upartego, krnąbrnego, nieprzejednanego osła.

– Ale ja chcę zobaczyć! – oświadczył radośnie Igła a następnie nic sobie nie robiąc z wysiłków gospodarza, któremu pot wystąpił na czoło a policzki nabrały charakterystycznej, karminowej barwy, prześliznął się zwinnie pod kierującym go za drzwi ramieniem i wcisnął się nieproszony do wnętrza lokalu.

Za plecami Krzysia rozległ się wrzask a potem głuchy łomot uwieńczony metalicznym brzdękiem. To Wypychacz, niespodziewanie pozbawiony przeciwwagi runął jak długi przez korytarz lądując głową w kopczyku ziemniaków i strącając wiszącą na ścianie emaliowaną miednicę, która dźwięcznie rąbnęła w potylicę zbierającą się z ziemi ofiarę uruchomiając potok niewybrednych epitetów kierowanych pod adresem Krzysztofa. Igła pozostawał nieczuły na wyzwiska. Po pierwsze, nasłuchał się już w swoim życiu niejednego i byle przyrównanie go do cymbała brzmiącego czy wsiowego głupka nie mogło naruszyć wrodzonego Krzyśkowi spokoju ducha. A po drugie w tym właśnie momencie w całości pochłonęło go podziwianie najnowszego, taksydermicznego dzieła.

Jednym z powodów, dla którego Wypychacza Zwierząt i Krzysia łączyło coś na kształt przyjaźni było zamiłowanie do znajdowania się w centrum uwagi, za wszelką cenę. Jakkolwiek w przypadku Igły pragnienie to ograniczało się do opowiadania niestworzonych historii, które w zamiarze miały być koloryzowanymi humoreskami a w efekcie z rzadka nimi bywały, tak Wypychacz, korzystając z przywilejów oferowanych przez jego profesję, potrafił posunąć się o wiele dalej. On wracał do Nartu żeby zabłysnąć, pokazać rzeczy, które zapewnią mu sławę i rozgłos, wprawią wszystkich w osłupienie i zachwyt. Igła snuł fantazje, Wypychacz je tworzył.

– Prawdziwy, chiński smok – wydukał Krzysiek podchodząc bliżej ustawionego na postumencie stworzenia, któremu od strony zadniej, spod ogona, wystawała nadal wiązka słomy.

Nieistotny szczegół wymagający dopracowania, całość i tak prezentowała się imponująco. Ogromny, rogaty łeb bestii ział rozwartą paszczą, z której, pomiędzy śnieżnobiałymi kłami, zwisał szkarłatny, wężowy jęzor. Ciało smoka pokrywała zielona łuska, a wzdłuż smukłego grzbietu ciągnął się rząd rogowych płytek. Szpony przednich łap zaciśnięte wokół pomalowanego złotą farbą dysku imitującego słońce zdawały się rozszarpywać go na kawałki.

– Nazywa się Zaćmienie – powiedział z nieskrywaną dumą Wypychacz, który otrzepując się z ziemniaczanego pyłu i kopiąc przed sobą jakąś zawieruszoną bulwę powrócił właśnie do swojego gabinetu.

– Kurde, Zbyszek, wygląda jak żywy. – Krzysztof ostrożnie pogładził ostre zęby poczwary po czym natychmiast cofnął rękę, jakby bał się, że zwierzę niespodziewanie ocknie się z letargu i odgryzie mu dłoń. – A ja myślałem, że smoki nie istnieją.

Bo nie istnieją – pomyślał ponuro Wypychacz.

Zresztą, jak każde z jego trofeów. Nie istniał dwugłowy bawół, który miał jakoby pochodzić z Surgutu dotkniętego radiacyjną klęską a w rzeczywistości został zszyty naprędce z dwóch krów. Żadnej pustyni nie zamieszkiwał pięciogarbny wielbłąd, szczególnie taki, zmajstrowany z wełnianego koca i wiaderek po farbie. W żadnym włoskim rezerwacie nie chroniono latającego wilka, którego skrzydła do złudzenia przypominały bocianie. No i wołek zbożowy wyglądał zupełnie inaczej. Nie miał trąby ani żuchwy, której nie powstydziłaby się koparka i która spokojnie mogłaby zastąpić zderzak w polonezie. Wołek zbożowy w istocie był mikroskopijnym chrząszczem, szkodnikiem bardzo dobrze znanym wszystkim młynarzom. Wszystkim. Także temu, który z rozbawieniem przyglądał się bawołowi, przymknął oko na wielbłąda i nawet kłócił się zawzięcie z Plebanem o uskrzydlonego basiora, dowodząc, że dla tych, co wyznają ewolucję, jest to stworzenie zupełnie prawdopodobne, spadające lotem pikującym, jak grom z jasnego nieba, na stada owiec wypasanych na łąkach Toskanii. Jednak wołek zbożowy w aranżacji Wypychacza Zwierząt, okraszony dodatkowo przemową o niebezpieczeństwach czających się w ciemnych zakątkach młyna, których nikt należycie nie zamiata, nadszarpnął kredyt zaufania, jaki Zbigniewowi przydzielił Kubiak. Sytuację zaogniło stwierdzenie, że Michał nie zna się na swoim fachu, skoro nie potrafi rozpoznać potwora upolowanego w jego własnej, nie najczystszej zdaje się spiżarni. Pokaz najnowszych eksponatów z kolekcji Wypychacza zakończyło tego pamiętnego dnia spektakularne mordobicie, któremu kres położyć zdołały dopiero połączone siły barmańskiej lagi i mszału Plebana. W efekcie Młynarz powiesił na wierzejach swojego domostwa zakaz zbliżania się hochsztaplerów i fałszerzy o imionach zaczynających się na „Z” a zaczynający się na „Z” Zbigniew udał się w ponad roczną pielgrzymkę po Azji, w ramach pokuty wyznaczonej przez wyjątkowo wściekłego księdza. Prawdopodobnie wielebny żywił prywatną urazę, gdyż faktycznie niewiele brakowało, aby dał się przekonać Młynarzowi do wizji latającej, wilczej watahy.

A teraz, po tygodniu ukrywania się i udawania, że nie ma go w domu, to znaczy w suterenie, Wypychacz był gotowy, aby ponownie wystąpić w świetle reflektorów, odebrać należne hołdy, sławę i splendory prezentując narciańskiej społeczności swoją ostatnią zdobycz. Okaz nietuzinkowy, przygotowany na tyle dokładnie i precyzyjnie, że nikt nie będzie mógł zarzucić Zbyszkowi oszustwa. Najprawdziwszy, dopieszczony w każdym szczególe pekiński smok nazwany Zaćmieniem. Smok, który jeszcze niedawno był zaledwie przejechanym przez traktor pekińczykiem, który wabił się Pchełka.

– Że też świat nosi takie gadziny – stwierdził filozoficznie Igła sprawdzając równocześnie czy smok jest płci żeńskiej czy męskiej. – A wiesz, że nie trzeba jeździć do Chin po potwory? U nas też się jeden zalągł.

– Nie może być. – Zbigniew złapał się za głowę dając jasno do zrozumienia, że zna Krzysia nie od dziś i na żadne konfabulacje nabrać się nie da.

– Jak bonie dydy! – oficjalnie zarzekł się Krzysztof. – Pytaj kogo chcesz. Przyplątał się nam wilkołak.

Wypychacz Zwierząt, z którym nikt nie wiedział jak jest naprawdę, przez moment mierzył Igłę podejrzliwym wzrokiem. Krzysiu nie odwrócił spojrzenia, nie wykręcał nerwowo palców, nie skubał się za ucho, jednym słowem nie zdradzał żadnych typowych oznak nadchodzącego ataku daleko posuniętej mitomanii. I wtedy Wypychacz uwierzył, zdając sobie sprawę, że jego największe dzieło to nie umieszczony na metalowym słońcu, spreparowany smok, a szlajający się gdzieś w łopianowych zaroślach najprawdziwszy, narciański wilkołak.

W Barze Euforia od zawsze coś wisiało. Przykładowo – pajęczyna w rogu, tuż nad barem. Pajęczyny od lat nikt nie ważył się choćby tknąć, bo była schronieniem ukochanego pupila właściciela lokalu, pająka wołanego Oczko. Pieszczoszek miał spokojnie dwadzieścia centymetrów długości, ważył na oko z pół kilograma i zżerał za jednym posiedzeniem barani udziec z kopytem. W Narcie utarło się nawet lokalne powiedzenie, którym napominano niegrzecznych Pawełków: „Siedź spokojnie, bo przyjdzie Guma i puści ci Oczko”. Dawało to o wiele lepsze efekty wychowawcze od straszenia Babą Janką, choćby z tego powodu, że pająka i Gumę zobaczyć mógł każdy, a ostatnią Babę Jankę spotkał chyba Stary Grzyb podczas grzybobrania, i to gdy był jeszcze całkiem młody, czyli dość dawno.

Poza pajęczyną wisiały w Barze również zioła, kręcące w nosie bogactwem leśno-polnych zapachów, obok kominka wisiał czosnek wraz z suszącym się sznurkiem borowików, nad kontuarem przybity gwoździem tkwił niezmiennie regulamin lokalu a nad półką z kuflami zakurzony portret praprapradziada Zagumnego. Barman twierdził uparcie, że rudowłosy i rudobrody przodek zwał się Gumnar Roztropny i trafił do Nartu skutkiem niezawinionego błędu nawigacyjnego, gdyż wikingiem-odkrywcą był świetnym, ale żeglarzem już mniej. Igła utrzymywał natomiast, że to nie dziad a babka Zagumna.

W Barze Euforia wisiał ponadto kalendarz, a właściwie Kalendarz. Na pierwszy rzut oka nie wyróżniał się niczym szczególnym. Składał się z miesięcy, tygodni i dni. Święta i niedziele nadrukowano czerwoną czcionką a od stycznia do grudnia podziwiać można było zdjęcie rozkosznych kotków. Ale jak to w Narcie bywało, nic nie mogło być tu zupełnie zwyczajne, Kalendarz nie należał do wyjątków. Za to sam był wyjątkowy.

Z dawien dawna utrwalona tradycja nakazywała, aby z Nowym Rokiem zbierała się wioskowa starszyzna. Pleban, Barman, Młynarz zasiadali przy wesoło trzaskającym ogienku. Podjadając pierniki i popijając zachowywany specjalnie na tę okazję trójniak zaznaczali jaskrawozielonym flamastrem Dni Specjalne, święta, które znajomo zabrzmieć mogły jedynie w uszach rodowitego Narcianina. W ten sposób tuż po Trzech Królach pojawiał się Dzień Trzech Proroków: Andrzeja z Anastasii, Daniela z Castellano i Raula z Lozano. W okolicach lipca wypadało święto ruchome zwane Wagnerusem, słynące drużynowym polowaniem na szopy pracze a siódmego listopada Wielki Festyn Produktów Mącznych, przy którym Kubiak zawsze stawiał wykrzyknik. Zasadniczo w Kalendarzu nie uświadczyłbyś miesiąca, w którym nienaniesiona zostałaby choćby drobna korekta. Była więc Sobota Obowiązkowego Krwiodawstwa, Dzień Wesołego Ireneusza, Festiwal Narciańskiego Marcowego (Guma corocznie wykorzystywał ten moment na przewietrzenie swojej piwniczki i pozbycie się wszystkich zalegających i trącących już kwaskiem trunków), Wspomnienie Zwycięzców Października 74, oraz całkowita świeżynka, Rocznica Września 2014. Od pewnego czasu w Kalendarzu zwykło się także podkreślać podwójną kreską wszystkie zbliżające się pełnie. Zwyczaj wprowadzony na kategoryczne żądanie Barmana.

Każdy bywalec Baru mógł w dowolnym momencie zerknąć na ścianę i upewnić się, czy nie zapomniał o czymś istotnym, przeliczyć dni od nowiu bądź sprawdzić jakież to lokalne święto wypada w tym miesiącu. Kalendarz był tak nieodłącznym elementem Euforii jak sam rudy właściciel, zwieszający się z sufitu Oczko czy leżąca zawsze pod ręką laga. Wszyscy przyzwyczajeni byli już do tego, że w Barze Euforia od zawsze coś wisiało. Tego wieczoru, poza tym co zwykle, wisiało również coś w powietrzu. Konkretnie w kącie, gdzie Wypychacz Zwierząt, Igła i dwóch zakapturzonych osobników prowadziło ożywioną dysputę.

– Punktualnie o północy zajmujemy pozycje. Ja będę tutaj, w maliniaku. – Wypychacz przesunął solniczkę po chropowatym blacie stołu i skrył ją za serwetnikiem. – Kiedy bestia wpadnie na polanę…

– To ja wtedy PIF! – wszedł mu w słowo jeden z siedzących po przeciwnej stronie ławy wspólników.

Zbyszek chrząknął groźnie, nie przywykł do tego, aby mu przerywano. Do powtarzania piętnaście razy tego samego również nie.

– Nie, ty… – Nie było mu jednak dane dokończyć, bo drugi z zakapturzonych mężczyzn postanowił dodać coś odkrywczego od siebie.

– Nie! To ja pierwszy! PAF!

Wypychacz Zwierząt spojrzał z rezygnacją na Igłę. Krzysztof musiał odczytać nieme pytanie, bo tylko wzruszył bezradnie ramionami. Czego Zbyszek się spodziewał? W całym Narcie nikt poza tą dwójką nie wszedłby w konszachty z przegnanym na kraniec świata banitą, narażając się tym samym za jednym zamachem zarówno Plebanowi jak i Młynarzowi. Może i synowie Starego Grzyba nie byli najbystrzejsi, potwierdzając całym swoim jestestwem powiedzenie „wysoki jak brzoza…”, ale nikt tak jak oni nie znał lasu, a wrodzona beztroska i brak skłonności do deliberowania nad skutkami własnych poczynań, pozwalały zakładać, że w kluczowym momencie łowów bracia nie wezmą nóg za pas i nie opuszczą pola walki z krzykiem.

– Żaden z was ani PIF ani PAF! – warknął Wypychacz. – Obaj siedzicie grzecznie w swoich kryjówkach. Ty – wskazał na młodszego z Grzybów – w paprociach, a on na jesionie. Nikt nie strzela, dopóki nasz cel nie wbiegnie na środek polany i nie złapie się we wnyki! Zrozumiano?

Zbyszek podkreślił wagę swoich słów uderzając pięścią w stół z taką mocą, że wzdłuż ławy rozdźwięczały się wszystkie kufle. Brzęk szkła z miejsca wzmógł czujność Barmana, który, jakby od niechcenia podpierając się lagą, podszedł do spiskującej grupki.

– I co się tak rzuca? Awanturników nie obsługujemy. – Guma zwrócił się bezpośrednio do Wypychacza Zwierząt, a następnie przeniósł ciężki wzrok na kulącego się w rogu Igłę. – A tobie mało kłopotów? Pleban cię w końcu rozgrzeszy za wszystkie czasy, Krzysiu.

– Chodzi ci o coś? Czy przyszedłeś powalczyć o wysokość napiwku? – Zbigniew podniósł się z beczki, która służyła mu za siedzisko i śmiało spojrzał Barmanowi w oczy. – Musisz się w takim razie bardziej postarać, bo póki co rewelacji się nie spodziewaj.

– Długo cię nie było, to chyba nie pamiętasz, co się dzieje jak się staram. – Guma zrobił krok w kierunku Wypychacza i podrzuciwszy w dłoni lagę złapał ją w połowie długości.

Igła, obeznany z arkanami szermierczej sztuki, której ofiarą bywał nie raz i nie dwa, wiedział, że z tej pozycji Zagumny uderzyć może w dowolne miejsce. Jeżeli będzie to jedynie ostrzeżenie to w ucho albo nos, ale jak sprawy przybiorą poważniejszy obrót, to linia narciańskich Wypychaczy Zwierząt zakończy się na Zbigniewie. Krzysztof w obawie o kluczowe dla podtrzymania rodu organy przyjaciela, postanowił wkroczyć rozładowując sytuację swoim niezawodnym poczuciem humoru. Tym samym, które Guma tak uwielbiał.

– Żyjemy w wolnym Narcie! – pisnął Krzysiu. – Mamy wolność zgromadzeń i wypowiedzi.

– Ty nie masz. Punkt piąty regulaminu, przypominam. – Barman nie miał zamiaru zaszczycać Igły choćby spojrzeniem. Odstąpił jednak od Zbyszka i powali cofając się dodał – Wolny Nart kończy się razem z moją cierpliwością, więc proszę spokojniej. Pełnia tuż tuż, ludzie stają się nerwowi.

Guma nie mijał się z prawdą. Pełny księżyc w Narcie miał szczególne znaczenie i wiązał się z pewnymi rytuałami, zaniedbanie których mogło prowadzić do niechybnego nieszczęścia. Stąd też mieszkańcy okazywali się w tym czasie wyjątkowo podrażnieni i skorzy do kłótni. Te zresztą wybuchały nagminnie, a powód zdawał się prozaiczny. Tojad i werbena. Niepozorne roślinki, niewyróżniające się niczym spośród innego zielska porastającego okoliczne łąki i pola. A jednak pełnia sprawiała, że ich wartość w Narcie przewyższała złoto, diamenty a nawet kupon na darmowe strzyżenie u Fabia. Gdyby ktoś wykazał się sprytem i w odpowiednim momencie pojawił na placu przed Barem Euforia z wozem wypełnionym świeżo zerwanym tojadem, stałby się w mgnieniu oka bogaczem. Taki pomysł przechodził wielokrotnie przez myśl właścicielowi bezkresnych, melisowych pól, ale zawsze wrodzona godziwość przezwyciężała chciwą pokusę. Mimo to, co miesiąc przeżywał prawdziwe oblężenie próbując reglamentować zapas ziół i upewniając się, że żadne z domostw nie zostanie bez ochrony.

Tojadem i werbeną zalatywał cały Nart. Liście i kwiaty poupychane były w szpary okien, pęki roślin zwisały nad drzwiami i pokrywały klepiska obórek, natomiast psy i koty uszczęśliwiano zielonymi obróżkami. Zatorscy w panice liczyli wszystkich Pawełków i wieszali im na szyjach tojadowo-werbenowe wisiorki, Fryzjer nacierał czuprynę bądź odrosty, jeżeli był krótko po pokucie, specjalnym ziołowym żelem, a Pleban, oficjalnie odżegnujący się od zabobonu, wdziewał po kryjomu nietypowo spreparowaną bieliznę, która z bawełną nie miała wiele wspólnego.

Tak, Guma miał rację, tuż przed pełnią było wiele do zrobienia i ludzie naprawdę stawali się nerwowi.

Nerwowy Zbyszek zasiadł zatem z powrotem za ławą, pochylając się w stronę nie mniej nerwowych towarzyszy, a wyjątkowo nerwowy Barman podążył do piwniczki w celu upewnienia się, że tojad i werbena przesyciły pomieszczenie swoim zapachem i nie grozi mu powtórka z pewnej katastrofy, której jakiś czas temu doświadczył tracąc prawie całą rezerwę Narciańskiego Marcowego. Schodząc po schodkach Guma mamrotał jeszcze do siebie, że gdyby jego praprapradziad nie okazał się taką babą, to żadnego wolnego Nartu by nie było, a jedynie niezależna monarchia pod władaniem dynastii Zagumnych.

– Na czym to ja skończyłem? – zapytał sam siebie Wypychacz.

– No tak. – Podjął przerwany wątek. – Dopóki zwierz nie zapląta się w sieci nikt nie śmie nawet kwiknąć siedząc w swojej kryjówce, jasne?

Pozostali pokiwali zgodnie głowami, włączając w to Igłę, który w planie Zbyszka nie siedział nigdzie i postanowił na swoje nieszczęście o tym przypomnieć.

– Brzmi dobrze, ale skąd pewność, że wilkołak w ogóle na tę polankę trafi? Możecie tam tkwić do białego rana, a bestia nawet tamtędy nie przemknie.

– Przemknie, przemknie – zapewnił z całą mocą Zbigniew – nie oprze się przynęcie.

– Przynęcie? – wydukał Krzysztof, któremu nagle przestał podobać się nieładny uśmieszek igrający na ustach Wypychacza. – Ale wilkołaki nęci się chyba dziewicami.

– Nie szkodzi, Krzysiu. – Zbyszek poklepał Igłę po ramieniu. – A gdy nasz wilczek utknie we wnykach, to wtedy… – Wypychacz dał wreszcie zakapturzonym braciom długo wyczekiwany znak.

– To wtedy ja mu PIF, prawda Andrzeju? – Młodszy Grzyb aż podskoczył z radości.

– Tak, tak Karolu! A ja na to PAF! – odparł równie rozradowany starszy z braci.

– I trofeum będzie nasze  –  podsumował Wypychacz Zwierząt i z zadowoleniem klasnął w ręce.

To nie miało prawa się nie udać.

Gregor przystanął i podrapał się za uchem. Zdarzenie niegodne odnotowania gdyby nie drobny szczegół. Gregor podrapał się za uchem nogą. A właściwie łapą, zadnią, będąc dokładnym. Uczynił to z dwóch powodów, prozaicznego, gdyż coś go okrutnie zaswędziało oraz egzystencjalnego, bo w obecnym stanie Grześ dysponował zadnią łapą. Ponadto był posiadaczem okazałego, puszystego ogona, szpiczastych uszu, ostrych jak brzytwa pazurów i nie mniej ostrych kłów jak również pary błyszczących, zaskakująco błękitnych ślepi o źrenicach wielkości łepków od szpilek. Jedyne, czego mu brakowało, to świadomości, że zaledwie kilka godzin wcześniej, zanim na niebie nie pojawił się nieznający litości księżyc, Grzegorz nie należał do psowatych. No cóż, nie można mieć wszystkiego.

– Auuuuuu! – Przemieniony nie do poznania Gregor skończył się drapać i unosząc wąski pysk ku górze zawył, targany wewnętrzną tęsknotą.

Melancholia nie była bezzasadna. Wilka ciągnęło do wsi. Całe jego wilcze jestestwo domagało się wtargnięcia pomiędzy domostwa i podążenia znajomą drogą prosto do wyłożonego kocimi łbami ryneczku. A stamtąd dzieliłby go już tylko jeden sus, jedno machnięcie pazurzastą łapą, jedno groźne warknięcie od zasmakowania w upragnionej, gorzkawej, złotej zdobyczy czekającej na spragnionego Grzesia w zaszpuntowanych antałkach złożonych pod podłogą Baru Euforia. Wilkołak zawył ponownie, rozdzierająco i przeraźliwie smutno. Dzisiejszej nocy próbował już kilka razy dostać się do Nartu. Okrążał osadę wielokrotnie, wściekle starając się odnaleźć lukę w niewidocznej barierze otaczającej budynki. Bez efektu. Wieś pachniała nieprzyjemnie i strasznie, przesycona była wonią, która w wilczym umyśle Grzegorza kojarzyła się z chorobą, bólem, nagonką i ogniem. Zapach tojadu, poutykanego gdzie tylko się dało, ostrzegał jednoznacznie: „Nie przychodzimy podczas pełni, Gregor”.

Zrezygnowany wilkołak zwiesił łeb i węsząc tuż przy ziemi ruszył przed siebie drobnym truchtem. Skoro miał obejść się smakiem, jeżeli chodzi o popitkę to może poszczęści mu się przynajmniej w sprawie dziczyzny. Wśród szeleszczących pod łapami liści wyczuwał ślady. Zajączek, lisek, sarenka. Produkty spożywcze, których nie należy marnować. Humor Grzesia poprawiał się z wolna na myśl o czekającej go uczcie.  Lecz gdy właśnie miał podjąć kluczową decyzję, jakiego rodzaju mięsko kusi go najbardziej, zatrzymał się niespodziewanie i czujnie uniósł łeb. Nasłuchiwał przez chwilę a potem jak szara, rozmazana strzała, pognał na przełaj przez zarośla, z wysiłkiem powstrzymując się od rozradowanego poszczekiwania. W końcu nie był byle psiakiem i swoją wilczą godność miał. Ale w jego drapieżnej duszy wszystko śpiewało uszczęśliwione. Nie dziczyzna. Dziewczynizna!

– Ratunku! Pomocy! O ja biedna! – zawodził piskliwym głosikiem Igła wiercąc się równocześnie na pieńku i krzywiąc przy tym niemiłosiernie.

– W biuście mnie ta kiecka uwiera – poskarżył się półgłosem w kierunku krzaczków malin przerywając na moment swoje nawoływania.

– Zmiłuj się, Krzysiu, jesteś płaski jak deska. – W maliniaku coś zachrzęściło i po chwili na polanę wychynęła rozczochrana głowa Wypychacza Zwierząt. We włosach Zbigniewa tkwiło pełno drobnych gałązek i mchu a policzki oraz czoło pokrywały wymalowane farbami plakatowymi plamy we wszystkich odcieniach zieleni i brązu. Kamuflaż prawie doskonały, gdyby nie psujące efekt okulary w jaskrawoniebieskich oprawkach.

– A teraz zamknij się i przywabiaj. – Po wydanej komendzie głowa Zbyszka schowała się z powrotem w gęstwinie liści.

– Deska, też mi – prychnął Krzysztof. – Typowy facet, jak nie podwójne D, to od razu deska.

Krzysiu gderał tak jeszcze przez moment kokosząc się na pieńku i naciągając we wszystkich kierunkach dekolt sukienki pożyczonej od młynarzowej bratanicy. A gdy wreszcie, ponaglany niecierpliwym sarkaniem ukrytego w krzakach Zbyszka, nabrał powietrza gotów kontynuować swoje rozpaczliwe biadania, oczy najpierw powiększyły mu się do rozmiaru spodków a następnie wywróciły się w głąb czaszki, jakby miały tam miejsce rzeczy, którym natychmiast należało się przyjrzeć. Tymczasem w mózgu Igły nie działo się już wiele, bo właśnie odłączono prąd i zapadły egipskie ciemności. Właściciel postanowił po bohatersku zemdleć z gracją osuwając się w leśne runo.

Grześ, którego pojawienie się na polanie było bezpośrednią przyczyną niedyspozycji Krzysztofa, przystanął zaskoczony. Coś tu nie grało. Choć głos, za którym przedzierał się w takim pośpiechu przez knieje, brzmiał dziewczęco i niewinnie, to wystające zza pieńka, włochate łydki poza goleniem domagały się mycia i z pewnością do dziewicy nie należały. Wilkołak ostrożnie rozglądał się wokół i węszył, nie był jednak w stanie wyczuć zasadzki. Wypychacz Zwierząt wraz ze swoją śmiałą załogą z rozmysłem wybrali zawietrzną.

Krok po kroku, nieświadomy niebezpieczeństwa Grześ zmierzał w stronę swojej domniemanej kolacji, która w tym, dość przełomowym momencie, zdołała się ocknąć. Tylko po to, aby na widok wyszczerzonej paszczy i cieknącej łakomie śliny, wrzasnąć dziko i ponownie bezsilnie opaść na ziemię. Grzegorz zachęcony łatwą zdobyczą zebrał się do skoku i wybił w powietrze powodując tym samym pewien, niezupełnie zaplanowany, ciąg przyczynowo-skutkowy.

– PIF! Mam go, Andrzeju! – Niecelnemu wystrzałowi towarzyszył wyjątkowo szczęśliwy głos Młodszego Grzyba gramolącego się z paproci.

– PAF! To ja go mam, Karolu! – sprostował Grzyb Starszy zeskakując z jesionu.

– Mam go! Mam! – Na polanę z przeciwnej strony wbiegł rozradowany Wypychacz gubiąc po drodze swoje unikatowe okulary – Będę sławny! I bogaty! I piękny!

– A ja mam go dość! Was też. – Dochodzący do siebie Krzysiu smarknął w rękaw delikatnie już nieświeżej sukni. – Idę sobie.

Zanim jednak Krzysztof zdołał zmienić słowa w czyny gdzieś z góry, sponad koron drzew dobiegł ich zagniewany głos:

– Żaden go nie ma. A teraz wypad mi stąd, natychmiast!

Igła kichnął, czknął, spojrzał w niebo, potrząsnął głową, spojrzał ponownie i zemdlał. Choć dotąd nigdy mu się to jeszcze nie zdarzyło.

Synom Starego Grzyba nie trzeba było dwa razy powtarzać. Gnąc się w ukłonach i mamrocząc pod nosem nieskładne przeprosiny wycofywali się powoli na skraj polany, a gdy tylko dotarli do pasa drzew obrócili się na pięcie i pomknęli do wsi chyżo niczym sarenki. Może Andrzej z Karolem do najbystrzejszych nie należeli, ale las znali jak własną kieszeń a od ojca słyszeli tysiące opowieści o stworzeniach, które w puszczy można napotkać. Oraz o tym, co owe stworzenia, nieopatrznie podrażnione, potrafią zrobić z niefrasobliwym grzybiarzem. Rzadko bywało to coś przyjemnego. A już z pewnością nie ze strony rozzłoszczonego okazu Baby Janki. Dokładnie takiego, jaki właśnie, usadowiony w niedbałej pozie na noszącej ślady wielokrotnego użycia miotle, lewitował ponad ich głowami.

– A wy potrzebujecie osobnego zaproszenia? – Wiedźma obniżyła pułap muskając bosymi stopami zieloną trawę i obróciła swój pojazd dziobem w kierunku Wypychacza Zwierząt a rufą do Grzesia leżącego bez życia na środku polanki. – Weź proszę tego zesłabionego pod pachę i śmigajcie mi stąd w podskokach. Raz dwa.

Wypychacz, który i tak nie wyglądał w tej chwili najmądrzej, rozdziawił usta i wybałuszył oczy, ostatecznie żegnając się z wizerunkiem wygadanego, zuchwałego cwaniaka. Zbigniew przetarł powieki i potrząsnął głową, jakby opędzając się od natrętnych komarów. Na nic. Baba Janka nie chciała zniknąć. Uśmiechając się kącikiem ust dyndała nogami w powietrzu, a drgająca miotła zdawała się sama rwać do bezpardonowej szarży na niedoszłego pogromcę wilczej bestii.

– Ale przecież wymarłyście, nie ma już was – płaczliwie oznajmił Krzysiu przerywając tętniącą napięciem ciszę. Dobiegającemu zza pieńka głosikowi towarzyszyło szare, okrągłe oko zerkające z przestrachem na Wiedźmę.

– I w ogóle, jesteście stare, szkaradne i macie brodawki. Czemu nie masz brodawek? – Nawet bliski omdlenia Igła nie był w stanie zapanować nad swoim niewyparzonym językiem. Jak już się rzekło, milczący Krzyś zapowiadał koniec świata, a ten nie był zaplanowany na dzisiejszy, i tak już obfitujący w wydarzenia, wieczór.

Baba Janka odrzucając na plecy ciemnobrązowe warkocze zaśmiała się głośno i klasnęła w dłonie. Jej śmiech trwał długo, przechodząc w coraz bardziej piskliwy i złowieszczy chichot. A kiedy w końcu ucichło nawet niosące się po lesie echo na miotle zamiast młodej, zgrabnej dziewczyny kuliła się pomarszczona staruszka. Olbrzymi, haczykowaty nos zdobiła dorodna brodawka, kolejna, nie mniejsza wykwitła na szpiczastej brodzie. I tylko żarzące się w ciemności oczy pozostały młode i czujne. Przerażony niespodziewaną przemianą Igła kwiknął chowając się błyskawicznie za pniakiem. Zbyszek nadal stał nieporuszony, mrugając coraz gęściej.

– Chyba wystarczy za dowód, że z tym wymarciem plotki są odrobinę przesadzone – zaskrzeczała Wiedźma. – A teraz żegnam panów, tam jest wyjście.

Wypychacz odruchowo odwrócił się we wskazanym przez Babę Jankę kierunku i dzięki temu wyrwał wreszcie z przedłużającego się osłupienia. Mężnie postąpił kilka kroków naprzód, splótł ramiona na piersi ukrywając tym samym ich niewielkie drżenie, chrząknął i starając się brzmieć jak najpewniej przemówił:

– Nie ma potrzeby się unosić…

– Szczególnie na miotle. – Przypomniał o sobie sufler zza pieńka.

Zbyszek zignorował Igłę i powtórzył:

– Nie ma potrzeby się unosić, szanowna pani. Wilka starczy dla wszystkich. Tam, w pułapce mojej konstrukcji, po przeprowadzonej według mojego idealnego planu akcji, leży pierwszy i ostatni narciański wilkołak. I choć należałoby mi się więcej, ze względu na moje zasługi w złowieniu bestii, zadowolę się niewinnym trofeum. Drobiazgiem upamiętniającym mój wyczyn. Skórką, zapchlonym futerkiem zostawiając czcigodnej pani wszystko, co wartościowe i tak rzadkie na magicznym rynku. Proszę się częstować. Kły, wątroba, nawet serce, co tylko sobie pani Baba Janka życzy.

Wypychacz Zwierząt ukłonił się nisko skrywając zwycięski uśmiech. W myślach widział już siebie, otoczonego wianuszkiem wielbicieli, opartego poufale o swoje najwspanialsze dzieło. Wypchanego, prawdziwego, zupełnie niepodretuszowanego wilkołaka.

– Nazwę go Łomaczem – pomyślał rozanielony Zbigniew. – A jak się będą pytać dlaczego, to powiem, że w trakcie walki połamał okoliczne drzewa, ale mnie nie zdołał.

– To ja cię nazwę Zi-Bi. – Baba Janka udowodniła, że jej wiedźmie umiejętności nie ograniczają się jedynie do pokazów z serii przed i po makijażu, ale obejmują również zaawansowane czytanie w myślach. – A jak się ktoś odważy spytać dlaczego, to powiem, że Zniknął Bezpowrotnie. Podoba się? Spadaj, synku, zanim się na poważnie zezłoszczę. Mówiłam, że żaden z was nie będzie go miał, nawet włosa spod ogona nie dostaniesz. Wypad.

Zbigniewowi stężała twarz, zadygotał z niepohamowanego gniewu. Był przekonany, że dobił targu i nic nie stoi mu na przeszkodzie aby nacieszyć się zasłużoną zdobyczą. Tymczasem jakaś pokręcona baba, która, jak słusznie zauważył Igła, nie powinna nawet istnieć, przychodzi na gotowe i traktuje go jak byle kmiotka. Niedoczekanie.

– Z drogi kobieto! – Wypychacz śmiało ruszył wprost na zagradzającą przejście na środek polany Wiedźmę. – Nie będę się z tobą certolił, mogłaś zabrać co ci było potrzebne, ale jak tak, to nie dostaniesz nic.

– Zbyszek, daj spokój. Nie drażnij jej. – Igła przezwyciężył strach, wyskoczył zza dającego mu schronienie pniaka i uczepił się łokcia przyjaciela starając się zatrzymać go w miejscu.

– A co może zrobić? Naśle na mnie swoje brodawki? – Wypychacz wyszarpnął się Krzyśkowi nie zważając na jego mitygujące sykanie.

– A przeklnę cię, na przykład. – Wiedźma potarła garbaty nos, ponownie klasnęła w dłonie.

Miotła, na której siedziała, zaczęła się obracać, coraz szybciej i szybciej, aż w końcu nie można już było rozróżnić sylwetki wirującej na niej kobiety. Na środku polany szalał czarci wir, wiedźmie tornado, z głębi którego rozbrzmiał dudniąc potężny głos:

– Zbigniewie, Wieczny Tułaczu, przeklinam cię. Na sierp księżyca, na wschodni wiatr i polarną gwiazdę. Przeklinam cię mocą mojego rodu, pradawną siłą. Nie zaznasz spokoju, nie będziesz miał domu. Twoim celem wędrówka, twoją klątwą tęsknota. Będziesz wszędzie i nigdzie. Na tuman kurzu, na samotną falę i babie lato. Przeklinam cię. Nie znajdziesz miejsca na ziemi. Zbigniewie, Wieczny Tułaczu, słyszysz? Woła cię droga. Czas na ciebie.

Głos zamilkł. Słup powietrza spiralnie unosił się w górę. W zupełnej ciszy.

– Chodźmy, do domu. – Wypychacz Zwierząt odwrócił się i jak w transie ruszył przed siebie.

Igła ucieszony z takiego obrotu sprawy podkasał sukienkę i drobiąc popędził z Zbyszkiem. Gdy zrównał się z przyjacielem obejrzał się jeszcze przez ramię sprawdzając, czy rozjuszona wiedźma nie będzie chciała ich ścigać a następnie, uspokojony, spytał półgłosem:

– Chyba nie wierzysz w to co mówiła, w to całe przekleństwo, prawda? To tylko taki straszak pewnie, choć w sumie nie wiadomo, co ona potrafi. Stary Grzyb opowiadał kiedyś, że Baby Janki jak chciały to i słońce mogły zaćmić. Tylko, że wtedy to ich było dużo. A ta jedna, to co ona umie? Mleko skwasić, co nie? Ale dobrze robimy, że wracamy. Po co ryzykować. Zapolujemy sobie na coś innego do wypychania. Może na tego wielkiego szczupaka w stawie? Jak myślisz, Zbychu? Zbychu?

Igła wyprzedził Zbigniewa i spróbował zagrodzić mu drogę, zmusić do reakcji. Bezskutecznie. Wypychacz wpatrzony w niewidoczny punkt, gdzieś poza lasem, a może i poza samym Nartem brnął przed siebie odsuwając na bok wszelkie przeszkody. Choćby Krzysia, którego po prostu zepchnął ze ścieżki.

– Zbyszku, ej Zbyszku! Do domu mieliśmy iść! – Zdezorientowany Igła wskazywał ręką właściwy kierunek.

– Idę. – Padła zwięzła odpowiedź.

– Dokąd? Dom jest tam! Tam, popatrz! Nie wiem gdzie ty tędy chcesz trafić. – Zrozpaczony Krzysiu kolejny raz tej nocy robił wszystko, aby zatrzymać Zbyszka.

– Do domu, do Stambułu. – Wypychacz Zwierząt, z którym nikt nie wiedział jak jest naprawdę, popatrzył na Igłę, jakby widział go po raz pierwszy w życiu.

A potem, niepamiętny pozostawionego w piwnicy smoka zwanego Zaćmieniem, ani porzuconego na pastwę Baby Janki wilkołaka, podążył za wołaniem. Wołała droga. Pchała tęsknota. Gdzieś tam musiał być dom.

Tymczasem na polanie w najlepsze trwał pokaz wiedźmich umiejętności. Wir powietrza zwalniał, opadał, rozwiewał się i zanikał. Na wilgotną od rosy trawę spadła najpierw rozłupana jak od uderzenia piorunem miotła a zaraz za nią, z głośnym jęknięciem, właścicielka pojazdu. Po przygiętej wiekiem staruszce nie został najmniejszy ślad. Z ziemi, rozmasowując potłuczoną kość ogonową podnosiła się młoda dziewczyna o ciemnych oczach  i brązowych warkoczach. Bosą stopą dźgnęła kupkę drewienek i zaklęła ze złością:

– To teraz na sabat z buta. Ale wstyd.

– Chyba, że… – Jej wzrok padł na bezwładne cielsko leżącego nieopodal wilkołaka.

– Ha! To będzie wejście. Pozielenieją z zazdrości, przynajmniej te, które normalnie nie są zielone. – Baba Janka mamrotała do siebie równocześnie rozcierając i gimnastykując dłonie. – A ja w czerwonej, nie, nie w czerwonej, po co ta ostentacja. W srebrnej, oj tak, w srebrnej sukni. Tylko musisz współpracować wilczku, no dalej.

Wiedźma uklękła obok powalonej bestii, przesunęła opuszkami palców wzdłuż grzbietu zwierzęcia. Siateczka złocistych iskierek zamigotała w gęstej, puszystej sierści. Baba Janka szeptała niezrozumiałe inkantacje wyginając dłonie w coraz bardziej skomplikowanych gestach. Szept przechodził w monotonny zaśpiew. Wilkołak targnął łbem, poruszył łapą, aż nagle zerwał się gwałtownie i odskoczył w bok szczerząc zęby.

– Spokojnie. – Baba Janka ostrożnie podniosła się z kolan nie spuszczając z oka prężącego się do skoku wilka. – Ja cię tylko uratowałam, strzelał ktoś inny. Jak masz na imię, mój niebieskooki przyjacielu?

Z gardła Grzesia wydobyło się głuche charczenie. Przeszywający ból zniknął, zniknął też strach. Wilkołak poruszył się w miejscu, testując sprawność łap, sprężystość kroku. Powęszył i zwrócił pysk w stronę wyciągającej ręce w uspokajającym geście kobiety. Zawarczał obnażając kły. Kolacja.

– No chyba żartujesz. – Baba Janka wzięła się pod boki marszcząc groźnie brwi. – Prawdziwy dzikus? Bez opanowania przemiany? Myślałam, że to już się nie zdarza. I pomyśleć, miałam twoje serce na tacy.

Grześ, któremu paplanina dziewczyny wydała się wyjątkowo głupim pomysłem na odparcie ataku zjeżył się cały i przymierzył do skoku. Spojrzał przy tym głęboko w oczy swojej przyszłej ofiary. I nagle w jego wilczym umyśle błysnęło, świat zawirował. Przytłoczony masą wrażeń i bodźców Grzegorz zdołał wyłuskać te najważniejsze: bezpieczny, syty, szczęśliwy. Kolejne, niezrozumiałe sygnały przemykały z zawrotną prędkością, nieuchwytne i niewyraźne. Nad wszystkim zaś górował mocny, zdecydowany głos Baby Janki wypowiadającej najpotężniejsze ze znanych zaklęć:

– Ogarnij się!

W ostatnim momencie Grześ uchwycił szczególnie intensywną, pachnącą igliwiem i wolnością myśl: Masz to serce na tacy.

A potem się ogarnął.

==============================================================

Prawdziwa historia Baby Janki i Gregora

Narciańska historia Baby Janki i Gregora

by Hania z R.

==============================================================

Dziękując za wszystkie poniższe komentarze wymyśliłam sobie tak, że Nart będzie tu schowany. Dla wtajemniczonych :) Przecież do Nartu Starego nie można tak po prostu sobie trafić, bez wysiłku minimalnego choć. Poza tym trzeba chcieć tu trafić, bo to naprawdę nie będzie normalne, to co na tej stronie powstanie, ale z pomysłu nie zrezygnuję, bo skoro mam kredyt zaufania od VE. i Selene, Hania się wydobyła z niedoczasu, żeby wesprzeć, Greenberry znalazła Nart na mapie (tak, to ten) a Synestezja zlokalizowała go w terenie i na dokładkę Paula po pierdyliardzie, a nie tylko pierdylionie lat dała znak życia i jeszcze trafiłam w jej okolice, to nawet nie wypada się wycofać.

I tylko gwoli wyjaśnienia: na miejscówkę wybrałam Nart, bo udało mi się tam kiedyś zbłądzić i nazwa mnie urzekła, ale na tym podobieństwa się będą kończyć.

Zapraszam zatem serdecznie do skrętu przy kapliczce i wytrwałe brnięcie w kierunku zagonka kapusty Zatorskich. A jeżeli komuś znajome są miejsca bądź mieszkańcy, o których zapomniałam tu wspomnieć niech śmiało sięga po pióro. Melisowe pola zaklepane przez Selene, ale Nart choć mały to przecież duży.

94 odpowiedzi na „Nart

  1. ~synestezja pisze:

    Wracam! Trochę z mojej winy, trochę przez czynniki niezależne, jak zwykle opóźniona, ale w końcu doczołgałam się i tu, do komentowania.
    Na wiedźmę w życiu bym nie wpadła, a „Zniknął Bezpowrotnie” zniszczył mnie doszczętnie. Kłaniam się do kostek. Przekleństwo pierwsza klasa, aż pasowałoby ironicznie zachichotać pod nosem. „Do domu, do Stambułu” – jejku, tak znęcać się nad biednym Zbigniewem? :D Lubię to.
    Piękna puenta na koniec, full groteska. Chcę więcej!
    PS Kiedy, tym razem ja, się ogarnę, to zajrzę do „ładnego” Luki, obiecuję ;) Bo jestem, tylko jeszcze nie pozostawiłam tam po sobie śladu. A tak na marginesie to ciężko czyta mi się właściwie o każdym Włochu, więc liczę, że tym razem się przełamię, a Ty mi w tym pomożesz ;)
    PS 2 Młynarz pozdrowiony :D

    • otfilulu pisze:

      No to challenge accepted! Zobaczymy, co mi się uda wykrzesać z Vettoriego i na ile Cię to skusi. Zapraszam bardzo.
      Kolejny Nart wyłania się z mgły bardzo powoli. Jakaś katarynka, osobnik na szczudłach, coś niewyraźnego jeszcze, ale coraz bliżej :)
      Cieszę się, że znów jesteś! Już się martwiłam, że postanowiłaś zostać na odludziu na zawsze. Lub że spotkanie pierwszego stopnia z Młynarzem przebiegło niekorzystnie ;) Witam ponownie i pozdrawiam

  2. ~Greenberry pisze:

    Niezmiennie Nart uwielbiam i niezmiennie chcę tam uciec i zostać na zawsze.
    To już wiemy, dlaczego Zbych wypychacz nie może usiedzieć w miejscu. Wyjaśnienie idealne i prawdopodobne.
    No i Janka taka Jankowa, Gregor taki Gregorowaty, pięknie, wspaniale, chcę więcej
    Pozdrawiam

    • otfilulu pisze:

      Oj, ja też, z miłą chęcią przeprowadziłabym się do Nartu Starego. Hmmm może to jest pomysł? Na kolejny Christmas Special?
      Dzięki!

  3. ~selene pisze:

    Tak się jakoś melancholijnie zrobiło, zupełnie nietypowo jak na Nart. Jeszcze za ścianą słyszę chyba „Ruchome piaski” i już w ogóle jestem załatwiona i mi tysiąc myśli przebiega przez głowę, no bo Zbychu, a o jego postaci myślę w zasadzie codziennie, wiadomo. Bo to jest trochę smutne, że Zibson sobie nie może miejsca znaleźć w tym siatkarskim świecie, co sezon w innym kraju, ba, na innym kontynencie przecież, w PlusLidze nieszczególnie mile widziany, o reprezentacji to już w ogóle można zapomnieć, ale zapomniany Zi-Bi przynajmniej sprawia, że niektórzy są w stanie tolerować go jakby bardziej. No ale teraz przynajmniej wiadomo, kto maczał w tym wszystkim palce :) Rozdział bezapelacyjnie zdominowany przez Babę Jankę, wiedźmę, której nie sposób nie lubić. A końcówka skradła mi serce. Znakomite nawiązanie do równie znakomitego opowiadania Hani.
    Pozdrawiam :)
    PS. A w odpowiedzi do Twojej odpowiedzi polecam po prostu napić się prawdziwej melisy ;) Wiem, że trochę działa, co prawda nie z autopsji, lecz obserwacji ;) Chyba sama muszę na wszelki wypadek spróbować. A w ćwiartce zagramy z Juesej ewentualnie Kanarkami, tak obstawiam, ale ja w tego rodzaju przewidywaniach mylę się równie często jak Bartosz na zagrywce, chociaż medal w kolarstwie czułam od samego rana. A Włosi na tych IO wyraźnie górują nad resztą. Dobrze, że przynajmniej ich mamy (na razie) z głowy.

    • otfilulu pisze:

      A bo mi się ostatecznie Zbyszka też szkoda zrobiło. Tak sobie pomyślałam, że on ciągle robi dobrą minę do złej gry i choć pewnie więcej ma korzyści niż uciążliwości z tych ciągłych zmian, to byłoby miło gdyby sobie o nim tutaj przypomniano od czasu do czasu.
      Gratuluję typu. USA już jutro. Melisę nabyłam. Myk jest tylko taki, że w półfinale trafiamy na Włochów. I wtedy to już Valium :)
      Pozdrowienia i tylko dla przypomnienia, ja nadal czekam wytrwale na Zbigniewa po Amnezji :)

      • ~selene pisze:

        Nie wiem czy jest czego gratulować :P Dobrze, że jutro będę mogła wreszcie zająć myśli czymś innym, więc może czas do meczu upłynie mi w miarę szybko.
        Tylko nie Valium, Grzegorz odradza (nawet pomimo tego, że wygląda jak żywa reklama tego specyfiku).
        Gdyby nie pewna kłopotliwa scena, Zbigniew wróciłby już w lipcu, a teraz sama już nie wiem co pisać (i w efekcie nie piszę nic przez brak wystarczająco dużego „feelingu”), bo mam kilka pomysłów, które chciałabym zrealizować przed początkiem roku akademickiego. Zobaczymy czy cokolwiek z tego wyjdzie :)

  4. ~VE. pisze:

    Dobrze, że Gregorowi nic się nie stało. W końcu to wilkołak, kto wie, może się jeszcze do czegoś przydać ;p
    Zbyszek wieczny tułacz? Czemu nie, im go mniej tym lepiej. :D

    • otfilulu pisze:

      Ha! Moja w znoju wypracowana opinia seryjnego mordercy wiecznie żywa. Nawet tutaj, w sielskim Narcie, widzę, że były poważne podejrzenia, że pozwolę zaszlachtować podstawowego rozgrywającego. A figę ;)
      Pozdrawiam.

  5. ~Hania z R. pisze:

    Może nie pobiję Selene w długości komentarza, ale prawie każde zdanie będę musiała zakończyć serduszkiem. Tak bardzo to uwielbiam.
    Normalnie łezka mi ze szczęścia i śmiechu poleciała. Dziękuję!!! Po stokroć dziękuję! :D
    Za humanitarne potraktowanie Gregora (więc już wiadomo, skąd ta dobra forma na boisku), moją Jankę i w ogóle <3
    I za pieśń o Zbigniewie tułaczu. Przecudne <3
    Dzię-ku-ję!!!
    [radomska piłeczka skacze jak popierdolona]

    • otfilulu pisze:

      No to UFFFFFF. Dobrze, że siadło i nie zepsułam.
      Dziękuję za tą całą rozskakaną, radomską radość :) Żadnych słów więcej nie trzeba.
      A Grzesia w życiu bym nie skrzywdziła. Grześ dobrem podstawowym Cuprum w końcu. A ja jestem z sezonu na sezon coraz bardziej miedziana.
      Pozdrawiam i do przeczytania gdzieś/kiedyś.

  6. ~synestezja pisze:

    Zgłaszam się. Informuję, że niezmiennie jestem i czytam, aczkolwiek wywiało mnie w miejsce, gdzie pojęcie zasięg jest dość obce. Na szczęście udało mi się zdobyć kupon na darmowy internet i mam nadzieję, że ten komentarz będzie miało prawo do tego, żeby się wysłać ;)
    Typowy, narwany Zbysio – jakże mi tego brakowało! PIF i PAF, no tak – bracia syjamscy, synowie Grzyba, jak mogłam na to nie wpaść. I znowu zbieżność pozycji. Przypadek czy cel zamierzony? :D
    Gregor – wilkołak. Matko z ojcem, jakby to Kadziu powiedział. Ten spokojny, nieco ciapowaty Gregor wilkołakiem? Idąc moim tropem myślenia, spodziewałam się w tej roli któregoś z Resoviaków albo Wilków Bednaruka ;) Zaskoczyłaś mnie!
    Przekomarzania przynęty płaskiej jak deska, czyli Krzyśka i Zbycha a.k.a. oczojebne oprawki okularów zrobiły mi dzień. Opis zwabiania Wilkołaka i jego zachowania – kolejne mistrzostwo. No i ten tajemniczy głos na końcu. Czyżby wielce szanowny Pan Guma? A może nowy bohater?

    • otfilulu pisze:

      Hmmm, brak zasięgu, kupon na internet. Jesteś w Narcie!!! Pozdrów Młynarza :)
      PIF, PAF i ich rodziciel to tym razem pełna premedytacja. Przyjmujący wyszli mi tylko zupełnym przypadkiem. A Gregor musiał być wilkołakiem, bo to się zaczęło już tak dawno i nie u mnie, że nawet nie było innej opcji.
      Widzę, że zakończenie będzie zaskoczeniem. Troszkę mi wyszło poważniej niż prześmiewczo, ale chyba zjadliwie.
      Pozdrawiam i trzymam kciuki za powrót do cywilizacji.

  7. ~VE. pisze:

    Igła przynętą? No tak, można było się domyślić, że będzie niekonwencjonalnie. Ale to dobrze, bo dzięki temu chce się to czytać i wciąż się czeka. :)

    • otfilulu pisze:

      Konwencji w Narcie mówimy stanowcze nie! Nie po to się tam trzeba przedzierać, żeby było normalnie :) .
      A przy okazji – koniec czekania :)
      Pozdrawiam

  8. ~selene pisze:

    Ogromną zaletą tego opowiadania jest to, że tak naprawdę nie da się przewidzieć co się wydarzy, kto okaże się sprawcą największego zamieszania i która postać dołączy do narciańskiej społeczności jako następna. Nie mam pojęcia ile tutaj spontaniczności, a ile realizowania z góry określonego planu, ale jeżeli przeważa to pierwsze, to chapeau bas, bo wszystko jest spójne i do siebie pasujące. Nawet jeśli faktycznie masz plan rozpisany od A do Z, to nie wiem czy w ogóle da się go urzeczywistniać punkt po punkcie, bo trudno sobie wyobrazić, że możliwe jest utrzymanie takiej mieszanki wybuchowej w sztywnych ramach. No chyba że masz pełną kontrolą nad tą ferajną , to szczerze podziwiam :)
    Ale że Krzysiu przynętą na wilkołaka? No to się doigrał! Tak się kończy rumakowanie („Koniem bym był, koniem!”) i niewyparzony język ;) Z drugiej strony Gregor to przecież wcale nie jest groźny wilkołak, tylko łagodny wilczek i myślę, że nawet muchy by nie skrzywdził, pomimo tego, że wizja dziewiczyzny, która ulokowała się w jego wilczej wyobraźni z pewnością przedstawiała się bardzo zachęcająco.
    A czyj to głos dobiegł z oddali? Bo takiej stanowczości jak zwykle spodziewałabym się po omnipotentnym Panu Pawle ;)
    Pozdrawiam :)
    PS. A sytuacja zmusza mnie do poważnych rozważań nad plantatorem melisy, bo dzisiejszy, a właściwie już wczorajszy wyścig kolarski przyprawił mnie o palpitacje. Co te igrzyska robią z człowiekiem… Tylko wioślarstwo mnie relaksuje (pod warunkiem, że nikt nie zbliża się do mety ;)).

    • otfilulu pisze:

      Dziękuję za dobre słowo. Nart powstaje z radochy, bardzo spontanicznie i z ogólnego planu. To jest flow i tak ma być. Staram się tylko zostawiać sobie jak najwięcej „zahaczek” w tekście, żeby można się było do nich odnieść w kolejnych odsłonach i podtrzymywać wrażenie ciągłości. Ale część ferajny mam rzeczywiście obsadzoną już od dawna.Kiedy nie śniło mi się o Narcie nawet, wiedziałam już, że Możdżon powinien być księdzem :)
      PS. Plantator Melisy wyrasta powoli na kluczową postać. Namelisowana byłabym mniej przejęta rozkminianiem z kim najlepiej byłoby nam grać w ćwierćfinale i nie gnębiłabym się może kosmicznym poziomem tego co dotąd pokazali Włosi.

  9. ~Hania z R. pisze:

    [skacząca radomska piłeczka kauczukowa mode on]
    Zrobiłaś mi dzień. Najpierw bardzo sugestywny opis drapiącego się Gregora, dyskretny urok wilkołaka-alkoholika, Igła w roli dziewicy ofiarniej (gdybym była jednorożcem lub smokiem. skusiłabym się :D), dziewiczyzny, łydek i oczywiście Baby Janki.
    Dzięki stokrotne. :)
    Uwielbiam bardzo i idę radośnie, radomsko skakać :D

    Cura, ut valeas.

    • otfilulu pisze:

      Lubię jak radomska piłeczka skacze :) To najlepsza wersja piłeczki.
      Mam nadzieję, że po końcówce podskoczy przynajmniej jeden raz, ale wysoko, bo robiłam co mogłam, żeby się to wszystko razem spięło.
      Bardzo dziękuję za wprowadzenie Janki do Baru Euforia, opowiadanie zmieniło się od tego momentu niesamowicie, i chyba na korzyść.
      Kapitalna sprawa, tak się nakombinować, żeby była jakaś ciągłość. Wierzę, że z dobrym skutkiem. Jeszcze raz dzięki i pozdrawiam.

  10. ~selene pisze:

    Lubię takiego Zbyszka. Apodyktycznego, balansującego na granicy bezczelności, „cwaniaka”, jak określiła go moja współlokatorka, gdy pokazałam jej fragmenty Igłą szyte. Choćbyś nie wiem, jak bardzo go tutaj „ubrudziła”, pewnie i tak będę darzyć go nieobiektywną sympatią. Wypychacz Zwierząt zaczyna pokazywać „prawdziwą” twarz ;) Chociaż może to nie początek, tylko kontynuacja, w końcu jest ekspertem od psucia atmosfery :P Szkoda, że mnie nie wychodzi taki, jak bym chciała, ale może coś jeszcze wykombinuję. W zasadzie Zbychu jako jedyny miał tutaj wszelkie predyspozycje, by postawić się Gumie, a że po raz kolejny okazało się, że z Panem i Władcą się nie zadziera, to już inna historia ;) Może chociaż w ramach rekompensaty przysłuży się narciańskiej społeczności w polowaniu na wilkołaka :)
    To mówisz, że wszyscy znerwicowani? Trzeba będzie jakoś temu zaradzić ;)
    Pozdrawiam bardzo.

    • otfilulu pisze:

      No mam nadzieję, że nawet jeżeli Zbigniew Niewdzięczny nie daje się napisać to choć melisowe pola Cię hmmm zrelaksują ;)
      Zresztą, to chyba widać, że cały Nart odwiedza plantatora, taka faza musi być stymulowana :)
      Daj znać, jak dopadnie Cię wena i pokaże się nowe oblicze Nartu, ja czekam i pozdrawiam.

  11. ~Hania z R. pisze:

    Boję się o biednego Grzesia :/
    No i nie mogę się doczekać nowej Baby Janki :D (swoją drogą przypuśćmy, spotkanie wilkołaka ze swoją prawdziwie wiedźmowatą teściową)
    No a z Młodymi Grzybami… nie dziwię się akurat takiej obsadzie postaci :)
    A młodej wersji Gumnara Roztropnego proszę powiedzieć: puczystom i mącicielom wolności mówimy nie i szczujemy wilkołakiem!
    Cura ut valeas!

    • otfilulu pisze:

      Ciepło, ciepło, gorąco… parzy? Ale nie bój się, przecież Ty wiesz co było dalej :)
      Gumy nie poszczułabym niczym, biedne coś by tego nie przeżyło, a Guma powiedziałby pewnie „meh” :D

  12. ~VE. pisze:

    Złapanie wilkołaka nie ma prawa się udać, a jednak wcale się nie zdziwię jak się uda. W końcu to Nart, tam wszystko działa inaczej i nie ma nic oczywistego. :p
    P.S. ja tu sobie grzecznie poczekam na dalszy ciąg ;)

  13. ~VE. pisze:

    Jak pająków nie lubię, tak Oczko przypadł mi do gustu. Może dlatego, że nie ma go obok? :p A tak serio, jak przeczytałam jakiego pupila ma nasz Paweł, to nawet mnie to nie zdziwiło. W końcu Guma to mędrzec jakich mało, więc i pająki się go słuchają. :p
    No i cóż, jak zawsze czekam na dalszy ciąg. :)

    • otfilulu pisze:

      Bar Euforia to worek bez dna, wszystko tam można upchać :) Nawet taką bestię jak Oczko. Aż sama się boję zaglądać po kątach, bo naprawdę nie wiem co na człowieka wyskoczy. Poza Gumą z lagą oczywiście :)

  14. ~synestezja pisze:

    Melduję się i ja. Pierwszym akapitem przypomniałaś mi o mojej arachnofobii. I tu dodam, że po odbiegnięciu myślami w innym kierunku, uświadomiłam sobie, że wyszło Ci bardzo interesujące połączenie – Pająk, Oczko, Guma, czyli trzech sypaczy, jakby nie patrzeć ;) W każdym razie, gdyby na mojej drodze pojawił się taki gigant, jak pieszczoszek Pana Barmana Gumy to myślę, że Bolt nie miałby ze mną szans w biegu na setkę.
    Oczywiście f(Nart) = masa śmiechu. Nie wiem co rozbawiło mnie bardziej: Trzech Proroków, dziad aka babka Zagumna czy nazwy lokalnych świąt. Idąc za pomysłami – dodałabym od siebie nieco wątpliwe święto ruchome, pojawiające się w czasie reprezentacyjnego zenitu, czyli Dzień Wywoływania Gównoburzy Przez Jerzego M. Aczkolwiek nie wiem, czy ktokolwiek chciałby je obchodzić.
    No nieważne. Bardziej interesują mnie teraz ci dwaj zakapturzeni osobnicy. Wachlarz wyboru jest tak wielki, że nawet nie będę próbowała zgadnąć o kim mowa.
    Pozdrawiam cieplutko i czekam na ciąg dalszy! :)

    • otfilulu pisze:

      O kurka wodna, rzeczywiście, ale to nieświadomie zupełnie :) Jestem genialna przypadkowo ;) Cieszę się, że zwróciłaś uwagę na Gumowego dziada/babkę, bo mnie akurat ten kawałek bardzo bawi, choć może to nieskromne. Ale akurat Nart powstaje w dużej mierze ku mojej radości, więc nie będę udawać.
      Dzień Gównoburzy to może nie, bo w Narcie to mogłoby być dosłowne opady, ale Jurka jakoś trzeba będzie kiedyś wprowadzić, choć na razie nie mam pomysłu.
      Zakapturzeni to Pif i Paf – pomogłam? ;) ;) ;)
      Naprawdę nie wiem, kiedy ten cdn bo mnie ostatnio nie ciągnie na wesoło, ale obiecuję się jakoś pozbierać ostatecznie.
      Pozdrawiam, pozdrawiam i dziękuję za wizyty regularne.

  15. ~Greenberry pisze:

    Jestem i kocham, niezmiennie i niezmiernie.
    Wzięłam się za nadrabianie, to i Nart odwiedziłam, z niemałą przyjemnością. Uwielbiam tę lekkość, uśmiech, kapustę, melisę, a Oczko będzie jedynym pająkiem, którego zaakceptuję. Nawet w takich rozmiarach.
    W sumie takie zwierzątko do Gumy jak najbardziej pasuje.
    No i kalendarz, aż korci mnie pozaznaczać takie święta na swoim i godnie i uroczyście je obchodzić. Szczególnie trzech proroków i wesołego Ireneusza.
    Uwielbiam, ale to już mówiłam
    Dziękuję!

    • otfilulu pisze:

      :) Miło, miło :)
      Za Trzech Proroków dziękować należy Hani, bo to jej pomysł. W ogóle fajne jest to, jak ktoś się dokłada do tej Narciańskiej Społeczności, choćby w komentarzach. Jak w końcu się otrząsnę i uśmiechając dokończę tę historyjkę to nawiązanie do obcych koncepcji jeszcze się pojawi.
      Pozdrawiam i to ja dziękuję!

  16. ~selene pisze:

    Dwadzieścia centymetrów długości, ładny mi pieszczoszek! Chyba padłabym na zawał widząc takiego na żywo, zresztą po pewnej traumie z dzieciństwa mam opory przed dotknięciem nawet pająka zabawki ;)
    Trudno byłoby wskazać ulubioną postać tego bezapelacyjnie wyjątkowego opowiadania, bo każda z nich jest na swój sposób oryginalna i nietuzinkowa, natomiast najnowszy fragment na pewno można traktować w kategorii wstępu do jakichś wydarzeń właściwych, w końcu mamy ożywioną dysputę i dwóch zakapturzonych osobników. Oczywiście będą wyczekiwać z ciekawością dalszego ciągu, a melisą zajmę się, gdy ogarnę bałagan na blogu. A komentarz na Elektrolizę… in progress ;) Wpadnę tam w najbliższych dniach.
    Pozdrawiam :)
    PS. Miejmy nadzieję, że panowie będą mogli uzupełnić Kalendarz o Dzień Bohaterów Sierpnia 2016, chociaż na razie nie wygląda to wszystko najlepiej. Obyśmy przebudzili się w Final Six, bo czas ucieka.

    • otfilulu pisze:

      Na razie mamy 13.07 Dzień Agresora Bieńka. Jeszcze zbieram szczękę z podłogi po tym co Bieniu dziś wyprawiał w stosunku do Le Roux i to nie tylko siatkarsko. Kubiak go pogryzł i wścieklizna gotowa :) Bardzo żałuję, że tym razem nie było mnie na hali, bo jak usłyszałam, że cała nasza ławka pokazała Francuzom żeby wzięli challenge to chciałabym zobaczyć czyj to był wspaniały pomysł i co jeszcze sobie chłopcy pokazywali. Dlaczego mi to śmierdzi Kapitanem?
      Czy o takie przebudzenie Ci chodziło jakie nastąpiło dziś po secie drugim? Jak tam układ nerwowy? Przetestowany po kolejnym sztandarowym przykładzie, dlaczego kochamy siatkówkę i naszą reprezentację? :)
      PS. Melisa sobie spokojnie rośnie, kwitnie i czeka na swoją kolej, nie ma pośpiechu. Na komentarz też czekam cierpliwie, bo przecież wiem, że nie odpuścisz :)
      PS. Spokojnej nocy, jeżeli to dziś w ogóle możliwe.

      • ~selene pisze:

        Czy o takie, to nie wiem, bo standardowo jesteśmy jak bomba z opóźnionym zapłonem (tym razem zdążyła wybuchnąć na czas), ale po trzecim secie prosiłam w myślach, by przypomnieli sobie Japonię. Chyba podziałało ;)
        Przyznam, że po kwalifikacjach jakoś nie potrafię odnaleźć w sobie „tych” emocji, więc układ nerwowy w normie. No, może nie do końca, bo dochodzą mnie słuchy, że IO bez Możdżonka. Nie rozumiem i chyba nie zrozumiem, ale łudzę się, że to nie jest ostateczna decyzja.

    • otfilulu pisze:

      No Strefa Siatkówki podała nieoficjalnie za Mielewskim. Lepa też się o to pytał Kłosa, więc coś na rzeczy jest. Ostatnio, jak już stało się jasne, że Szalpuk wypadł (co przepowiedziałaś niestety) trochę sobie o tym myślałam i doszłam do wniosku, że postaram się nie oceniać. Rio zweryfikuje i albo Antidze będą stawiane pomniki albo zostanie ukamienowany. Bo decyzja albo bardzo odważna (nie pierwszy raz) albo bardzo głupia, okaże się. Za to z pewnością cholernie niesprawiedliwa (to tyle jeżeli chodzi o nieocenianie ;) ), kto widział Berlin, ten wie, że bez Możdżonka kwalifikacji prawdopodobnie by nie było.
      Zazdroszczę odporności psychicznej, mnie dziś zmaltretowali nerwowo.

  17. ~Hania z R. pisze:

    Niniejszym oświadczam, że padłam, umarłam i jestem w nie… wróć. W Narcie.
    Baba Janka endemicznym, narciańskim gatunkiem niczym driady z wiedźmina? Cudownie! Biorę to!
    Zabiłaś mnie trzema prorokami, Oczkiem i Dniem Wesołego Ireneusza.
    Uwielbiam Twoje mrugające w odpowiednich momentach oko. Przecudości.:)

    Cura ut valeas!

    • otfilulu pisze:

      Trzema prorokami zabiłaś Ty! Ja tylko pozwoliłam sobie w ramach dobrze rozumianej współpracy zapożyczyć. Nart w końcu musi być spójny.
      A Baba Janka – sama zobaczysz, Ty mrugasz do mnie ja do Ciebie ;)

  18. ~synestezja pisze:

    Wielbię to odrzeczywistnienie. Dziękuję za olbrzymią dawkę humoru w ten pochmurny dzień.
    Któż mógł pojawiać się i znikać? Któż mógł konsolidować się z Igłą? Kto wywoływał niepożądane emocje wśród mieszkańców Nartu? Kto pragnął glorii i chwały? I jeszcze ten chiński smok. Piękny, cudny, przejaskrawiony, żartobliwy obraz Zbyszka. Siatkarski gatunek kosmopolityczny.
    Już zacieram ręce na myśl o potyczce/próbie poskromienia wspominanego wilkołaka, która raczej nie zakończy się zbyt pomyślnie naszego Wypychacza ;)

    • otfilulu pisze:

      A ja dziękuję za pozytywny odbiór i przyjęcie swobodnej wariacji na temat nowo wprowadzonego mieszkańca Nartu.
      Do potyczki dojść musi, to jasne, ale przebiegu chyba nie spodziewa się nikt, bo ja sama się go nie spodziewałam :)

  19. ~selene pisze:

    Czy mi się wydaje, czy ktoś tu do mnie mruga? ;)
    Zaskoczyłaś mnie potężnie, bo w życiu nie podejrzewałabym Zbigniewa, chociaż pierwsze nieśmiałe skojarzenia pojawiły się po przeczytaniu tego oto zdania: „Bo gdy wypychacz zwierząt wracał do Nartu, zawsze coś się działo. I zazwyczaj nie było to nic dobrego”. Myślę sobie: „Wypychacz psuje atmosferę. Zupełnie jak Zbyszek” :) No i zepsuł, bo na swoim koncie może zapisać konflikt z Kubiakiem i nieprzychylne spojrzenia plebana Możdżonka. Pozwolę sobie jednak dostrzec, że nasz wielokulturowy Zibi (słyszałaś, że sezon zakończył w Katarze?) nie jest już takim zwierzęciem medialnym jak wcześniej, teraz schedę po nim z powodzeniem przejęło Ptaszysko. Znaczy Wrona. Zapewne jest to wymuszone przez sytuację, bo i popyt na Zbigniewa jakby się zmniejszył, a im mniej go w mediach, tym moja sympatia większa. Nie zmienia to jednak faktu, że jest w nim jakaś narcystyczna potrzeba bycia podziwianym i należycie docenionym.
    Zauważyłam też, że na kartach najnowszej odsłony zadebiutowały melisowe pola, więc chyba nie pozostawiasz mi wyboru ;) Pojęcia jednak nie mam, kiedy uda mi się coś skrobnąć, bo moja majówka istnieje właściwie tylko w teorii, a na poczet nowego rozdziału na wspomnienie napisałam całe jedno zdanie. Zastanawiam się tylko, czy Grzegorz nie powinien poszerzyć swojej oferty… ;)
    Pozdrawiam serdecznie i jak zwykle jestem pełna podziwu dla tego, co tutaj wymyślasz. Chapeau bas!
    PS. Ciekawi mnie siedem lokalnych znaków apokalipsy. Jednym z nich jest Krzysiu, drugim, jak mniemam, psujący atmosferę wypychacz. A pozostałe? ;)

    • otfilulu pisze:

      Oj tak delikatnie mi oczko poleciało, nie mogłam się powstrzymać. Nic nie poradzę, że le Zbyszek (a obecnie Al Zbyszek) będzie mi się teraz już dożywotnio kojarzył z Twoim opowiadaniem. I dobrze, że Zbigniew może na Ciebie liczyć, bo jak widać mi się nie udało uciec przed niechęcią do niego i odrobinę się wyzłośliwiłam w jego temacie.
      Melisowe pola należało zakonserwować, żeby nie umknęły, kiedy przyjdzie na nie czas to przyjdzie :) W każdym razie ja ich nie dotykam i nie rozpracowuję, zostawiając je Tobie.
      Pozdrawiam i życzę jednak choć chwili wolnego w ten dłuższy weekend.

  20. ~VE. pisze:

    Uwielbiam Grzesia. Kto inny mógłby być tak nieporadny jak on :D Dobrze przynajmniej, że wszystko goi się na nim jak na psie, tak samo jeśli chodzi o odrastające owłosienie. Przynajmniej nie ma ubytków :p

    • otfilulu pisze:

      Nieporadnych bym może jeszcze znalazła kilku, ale żaden chyba nie jest równie sympatyczny jak Gregor :)
      A ubytki to jak na razie specjalność Fabia, gdyż zgodnie z przysłowiem „szewc bez butów chodzi” Fabio musiał zostać bez włosów.
      Zapraszam na ciąg dalszy i pozdrawiam.

      • ~VE. pisze:

        Niezmiennie brak mi słów zachwytu. No i ładnie to tak robić? :P
        I mogę Ci ciągle pisać, jak bardzo to uwielbiam, ale Ty przecież wiesz. Bo w tej kwestii nic się nie zmienia. Bo każda nowa postać zachwyca coraz bardziej i bardziej. Nawet jeśli w opowiadaniu przewija się Zbyszek :P

        • otfilulu pisze:

          A jak to się stało, że przegapiłam ten komentarz? Bardzo przepraszam, tradycją w końcu jest, że odpowiadam zawsze. Nadrabiam bardzo po czasie.
          A tego, że Zbyszka można zaakceptować, mało tego można za nim nawet zatęsknić, nauczyła mnie Selene. Oraz przeświadczenie, że fajnie by było, żeby ktoś w naszej olimpijskiej ekipie potrafił przywalić, poza niezmordowanym Bartkiem.
          Pozdrawiam i obiecuję, że w lipcu wypychacz tu powróci.

  21. ~selene pisze:

    Twój Nart niesamowicie oddziałuje na wyobraźnię, bo na dzisiejszym wykładzie przyplątał się do mnie Grzegorz Kosok plantator melisy, skutecznie odwracając uwagę od przekazywanych przez prowadzącą treści. Ach, gdybym tylko miała więcej czasu…
    „Nie denerwuj się, bo ci żyłka pęknie” – to zdanie w kontekście raptownego Kubiaka pasuje jak ulał, ale jak ten człowiek miałby zachować spokój, no jak? To chyba graniczy z cudem ;)
    No i mamy Grzesia z bezglutenową mąką. Czytając wszystkie kwestie wypowiadane przez tego bohatera cały czas miałam w głowie głos prawdziwego Łomacza. A napięcie stopniujesz bardzo powoli, nadal pozostawiając nas w domysłach na temat tożsamości wypychacza. Czekam więc z niecierpliwością na część poświęconą tej postaci.
    Pozdrawiam ciepło i niezmiennie uwielbiam :)

    • otfilulu pisze:

      O jaaa, rzeczywiście, melisowy Kosok. No oczywiście, to on dostarcza zioło nadpobudliwemu Kubiakowi, jak to się wszystko ładnie układa w całość. Proszę, proszę, znajdź czas, znajdź, znajdź, znajdź! Majówka idzie… A ja i tak pozwolę sobie to zachować w pamięci i gdzieś tu wpleść, żeby nie uciekło. Idealny plantator i oczywiście, że mieszka w Narcie, skręcasz za kościołem w prawo, potem kawałek prosto i już widać te bezkresne, melisowe pola. Tak to właśnie jest.
      Jak powiem, że nie wiem kim jest wypychacz, to i tak nikt nie uwierzy :) Nie sądzę, żeby ktoś się tego spodziewał, ale myślę, że zdołam wybronić swój wybór, choć wiem, że będziesz czujna i muszę się postarać.
      Pozdrawiam, dziękuję i tego… znajdź ten czas :)

  22. ~prosaen pisze:

    ja myślę, że coś naprawdę jest w tym nadciśnieniu Kubiaka. właściwie to wszyscy są tutaj bardzo prawdziwi.

    • otfilulu pisze:

      Dostać komentarz, że bohaterowie całkowicie abstrakcyjnego opowiadania są wiarygodni – bezcenne. Dziękuję bardzo.
      P.S. Oczywiście, że on ma nadciśnienie, do tego nerwicę, ADHD i w ogóle jest inny :) A sekundę po tym, jak mało kogoś w złości nie zatłukł, schodzi z boiska i wysyła całusy córce i/lub dziewczynie. W życiu za nim nie trafię.

  23. ~Greenberry pisze:

    Młynarz zostaje jednym z moich ulubieńców w Narcie, „Jemioł jeden” mnie urzekł. Jego metody łatania worków zresztą też.
    No i mamy Grzesia-wolverine’a, Grzesia-wilkołaka. W punkt.
    I czekamy na Wypychacza.
    Niezmiennie uwielbiam, niezmiennie mnie zachwycasz, poczuciem humoru, stylem, wszystkim, co tu znajduję.
    Dziękuję!

    • otfilulu pisze:

      Nie da się ukryć, że lubię Kubiaka, co? Fajnie mi się go zawsze pisze, choć gościa zupełnie nie rozumiem. Może to właśnie dlatego? I z tego powodu lubię sobie go też czytać, kiedy jest wg moich standardów trafiony, jak na przykład Twój (foch samochodowy przypomina się dość często, bo jak dla mnie jest idealnie dzikowaty).
      Bardzo się cieszę, że Nart nadal się podoba, dla mnie to eksperyment istotny, a poza tym, no nie czarujmy się, normalne fanfiction toto nie jest :)

  24. ~synestezja pisze:

    Jest miło, przyjemnie, a wypychacz coraz bardziej intryguje. Pozostał malutki niedosyt przez długość, bo jeszcze nie zdążyłam na dobre zagłębić się do świata Nartu, a tu koniec. Bum. Aż przewijałam, żeby sprawdzić czy czegoś nie pominęłam! :D
    PS Kiedy czytałam tę końcówkę to wyobraźnia podsunęła mi obraz rzeźby przedstawiającej Wronę. No bo brodaty, bo ptaszyska… Co jest ze mną nie tak?

    • otfilulu pisze:

      Oj, nie mi odpowiadać na takie pytania, ja wciąż się zastanawiam „czy to jest normalne?” i znikąd ratunku :)
      Przepraszam, że tak króciutko, ale na tyle starczyło mi czasu w niedzielę, obiecuję, że następnym razem będzie dłużej, jakby coś to na głód jest przyjacielska miniaturka Hani. Zapraszam :)

  25. ~Hania z R. pisze:

    Piskłam, podskoczyłam na krześle i zaczęłam tańczyć polkę ze szczęścia!
    Przecudowna kompilacja wątków. Niemalże jak bławatne oczęta <3
    Wyglądam radośnie i z niecierpliwością ciągu dalszego.
    Zbliża się pełnia?

    • otfilulu pisze:

      Cała radocha w pisaniu Nartu polega właśnie na tym, że tak można, odbijać się na trampolinie tego co było przed chwilą. W końcu oni sobie tam żyją wszyscy razem, wątki muszą się przenikać i powtarzać.
      Ciąg dalszy oczywiście nastąpi, choć pieron wie kiedy, zaleca się zaglądać.
      A ja czekam niecierpliwie na Twoją Euforię, bo to będzie uczta, wiem to!
      I niby bez związku odpowiem: Auuuu :)

  26. ~selene pisze:

    Zjawiam się i ja, choć z opóźnieniem i w minorowym nastroju, bo Resovia. Ale przeczytałam sobie kolejną część narciańskich perypetii i od razu mi lepiej. Wszechmocna Księga Wyboru z miejsca przywiodła mi na myśl serial Charmed, który oglądałam namiętnie w czasach podstawówki. pewnie dlatego, że główne bohaterki również korzystały z opasłego tomiska, zawierającego wszelkiej maści zaklęcia. Tutaj przeznaczenie Księgi jest nieco inne, ale przynajmniej wiadomo, skąd wziął się w Narcie Wojtek, który notabene nie potrafi jak na razie pojąć filozofii tego miejsca. Wygląda jednak na to, że z Nartu nie ma ucieczki, co jest fascynujące i niepokojące zarazem.
    No proszę, kto by pomyślał, że ze Stefana taki aptekarz-romantyk? ;) Co prawda więcej było w tym wszystkim interesowności niż romantyzmu, ale w jednym na pewno miałaś rację – język francuski tak czy siak pozostaje językiem miłości ;)
    Przepraszam za tak badziewny komentarz, który absolutnie nic nie wnosi, a ja nie lubię pisać o niczym, ale chyba więcej już z siebie dzisiaj nie wykrzesam :/ Wiedz jednak, że niezmiennie rozpływam się nad Twoją kreatywnością i umiejętnością „czucia” siatkarskich bohaterów, bo wyeksponowanie określonych cech ich charakteru też jest nie lada wyzwaniem, a Tobie jak zwykle wychodzi to wspaniale. A preferencji określonych nie mam, aczkolwiek najbardziej intrygująco brzmi wypychacz zwierząt ;)
    Pozdrawiam :)

    • otfilulu pisze:

      Zadaniem Stefana jak i w prawdziwym świecie jest powoływanie, tzn przywoływanie. A że korzysta z czego korzysta to inna bajka. Swoją drogą, jak zobaczyłam szeroki skład, to przy niektórych nazwiskach zastanawiałam się, czy aby to nie była w rzeczywistości Wszechmocna Księga i wybrany losowo numer, ale to tylko moje wewnętrzne spostrzeżenie bądź efekt potauronowskiego podenerwowania.
      W każdym razie bardzo dziękuję za odwiedziny w Narcie i cieszę się, że nie chcesz stąd z wrzaskiem uciekać. Zobaczymy co powiesz po wypychaczu :)
      Pozdrawiam i proponuję już zapomnieć o final four, do następnego roku.

      • ~selene pisze:

        A wiesz, że miałam podobne odczucia po zapoznaniu się z listą powołanych? Nawet ze smyczy urwała się taka jedna nieładna myśl – „My chcemy tym składem zdobyć medal olimpijski?” Oczywiście rozumiem, że ze względu na rezygnację z gry w reprezentacji kilku kluczowych zawodników Stefan ma trochę zawężone pole działania, ale nic nie poradzę na to, że czarnowidztwo uaktywnia mi się o każdej porze dnia i nocy. A zainspirowana Twoim wczorajszym postem na stronie głównej również stworzyłam sobie listę denerwujących mnie rzeczy. Pojedynek siatkówki z życiem codziennym zakończył się remisem, a największy hit dotyczy herbaty z października 2014 i treści jednej z ustaw (wbrew pozorom jest coś, co może łączyć te dwie rzeczy, ale mniejsza o to ;))
        Pozdrawiam! :)

  27. ~Hania z R. pisze:

    To jest tak abstrakcyjne, że aż piękne.
    Ale dostałam za swoje, bo śmiałam się tak bardzo, że oberwałam od współlokatorki przez łeb. Kapciem, nie lagą, całe szczęście.
    Nie spodziewałam się takiego przyjęcia pozycji przyjmującego. I sposobu powołania do społeczności narciańskiej.

    Co tu dużo mówić, jestem, czytam i się śmieję. Uwielbiam i czekam na opowieść o niebieskich oczach :)
    Pozdrawiam :)

    • otfilulu pisze:

      No cóż, Nart to jakaś wersja Alicji po drugiej stronie lustra. Mam nadzieję, że wyjdzie z tego seria, która najlepiej będzie odpowiadać adresowi bloga. Nie ma zatem opcji zbyt oczywistych rozwiązań, pozycja przyjmującego zmieniła kształt zaraz po skręcie przy kapliczce, prosto do lasu i nie mogła być standardowo siatkarska.
      Dziękuję za śmiech, nawet bolesny w skutkach, w końcu to jedyna słuszna pochwała dla tej historyjki. Dzięki jeszcze raz.

      • ~Hania z R. pisze:

        Zatem niech święci Andrea z Anastasii, Daniel z Castellano i Raul z Lozano mają narciańską społeczność w swej opiece, niech się rozwija, rośnie w siłę i dostatek :)
        A ja się przyznam, że podjęłam Bar Euforia Challenge. I czeka on na ostateczny kształt. Mam nadzieję, że się za to nie obrazisz, że umieściłam to coś w narciańskim uniwersum.
        Pozdrawiam bardzo.

    • otfilulu pisze:

      Ha! Świetne wprowadzenie trzech proroków :) I super, że będzie Twoja wersja Baru Euforia, nie mogę się już doczekać. W ogóle, każdy kto zna jakąś narciańską opowieść i chce się podzielić jest mile widziany i zapraszany. W końcu w Narcie zdarzyć może się dosłownie wszystko.

  28. ~Greenberry pisze:

    Uwielbiam, padam na kolana z zachwytu.
    Biedny Wojtek, próbował uciec, a tu się nie udało. I zostanie w tym Narcie, i będzie przyjmował, i tylko byle nie dostał za mocno od młynarza, bo szkoda chłopaka, fajny jest.
    Guma w punkt, bardziej Gumowaty być chyba nie może.
    Genialne, tyle powiem.
    Wypychacz intryguje mnie chyba najmocniej, bo nie mam pojęcia, kto to może być. Ale i o organiście chętnie poczytam, i o właścicielu niebieskich oczu.
    Dziękuję! Uwielbiam

    • otfilulu pisze:

      Bardzo dziękuję, za słowo o Gumie. Jeśli mi się udał to świetnie i będę się starać tego nie zepsuć, bo nie wyobrażam sobie, że w kolejnej odsłonie Bar Euforia wraz z właścicielem nie pojawią się choć na chwilę.
      Widzę, że wypychacz budzi największą ciekawość, pochodzę z nim zatem trochę w głowie i wrócę ujawniając tożsamość.
      Dziękuję za odwiedziny i pozdrawiam.

  29. ~synestezja pisze:

    Daniel? Tłumacz? Przyjaciel? Praca? PLINA?! Jejku i nawet jego tutaj przemyciłaś. Moje serduszko się raduje.
    Nieśmiertelne „ale, ale”. Słyszę w głowie ten francuski akcent. No jasna sprawa, że to Stefan, ale (ale) że farmaceuta? Prawie sturlałam się ze śmiechu na podłogę, bo wyobraźnia podsunęła mi obraz Stefka, stojącego w białym fartuszku za ladą w aptece, który wydaje leki starszym babciom i to w swojej legendarnej, różowej czuprynie. :D
    Kiedy chciałam na sekundę odetchnąć i się uspokoić, wjeżdżasz z buta, właściwie to z opony, niczym bolid F1, z przyjmowaniem cieląt. Z początku pomyślałam o jakiejś amatorskiej drużynie w stylu Narciańskie Patałaszki, ale to byłoby jak na Ciebie zbyt proste. Chociaż kto go tam wie, czy w Narcie nie grają gdzieś w siatkówkę główką kapusty, na przykład przez miedzę?
    Wojteczek chciał uciec, ale coś mu nie wyszło. Typowy facet. Mam nadzieję, że Michał wziął leki, bo z nowego przyjmującego raczej nic nie zostanie.
    Podsumuję wszystko króciutko, parafrazując Młynarza: dawaj mnie tu kolejną historię. ;) Muszę przyznać, że ten wpychacz zwierząt bardzo mnie ujął. Bo o ile domyślam kim może być organista i posiadacz hipnotyzujących oczu, tak nie mam pojęcia kto kryje się pod postacią wypychacza :D
    Pozdrawiam gorąco! :)

    • otfilulu pisze:

      Narciańskie Patałaszki ujęły moje serce. To jest tak piękne, że aż mam nadzieję, że uda mi się gdzieś przemycić. Tak jak Plinę, bo jakże o Żalińskim bez Daniela? Tęskni mi się czasem za starą ekipą nie ukrywam, bo to od nich się zaczęła moja przyjaźń z siatkówką i dlatego wydaje mi się, że jeszcze jakiś senior się do Nartu zabłąka.
      Jestem przeszczęśliwa, że się spodobała moja nienormalna wizja i postaram się nie dać czekać na kolejną zbyt długo.
      Pozdrawiam oczywiście.

  30. ~VE. pisze:

    To jest tak świetne, że nie wiem co napisać. Lekkość, prześmiewczy ton. Czekam na więcej i więcej! Po prostu cudo.

    • otfilulu pisze:

      Nie wiem co napisać, i napisałaś siaturkę :) w ogóle, to nie tęskni Ci się za jakąś dłuższą historią? Poczytałabym coś.
      Ja też czekam na więcej, ale nie ma kiedy, zupełnie, więc na razie wszyscy siedzą w Barze Euforia zrelaksowani.
      Pozdrawiam

      • ~VE. pisze:

        Uwielbiam to. I mocno racjuje mnie jak bardzo oni wszyscy pasują do ról, które im przypisałaś. To ciekawe, jak prawdziwe osoby mogą być plastyczne jeśli tylko wrzuci się je do odpowiedniego fikcyjnego otoczenia :)
        Tęskni, tęskni się nawet bardzo. Miałam nawet pomysł, tak naprawdę nadal go mam, aczkolwiek brakuje mi czasu, by stworzyć to takim jak bym chciała. Nawet jak już siadam przed otwartym plikiem w Wordzie, to okazuje się, że zapomniałam o czymś ważnym. Ale mam nadzieję, że uda mi się stworzyć to, co sobie wymyśliłam. Pytanie tylko kiedy.
        Choć wydaje mi się, że wyszłam już z „wprawy” w pisaniu.
        A w siaturach tak tego nie widać :p

        • otfilulu pisze:

          Nawet jeżeli to prawda (o wyjściu z wprawy) to wystarczy kilka rozruchowych rozdziałów. Super, że coś tam się w Tobie układa i jest szansa na opowiadanie. Ciekawe o kim, ciekawe jakie, ciekawe czy na smutno czy na wesoło. Tyle pytań, nie daj czekać zbyt długo :) Siatury lubię, ale zdarzają się tak rzadko…

  31. ~Greenberry pisze:

    Któż inny mógłby być barmanem, jak nie Guma Pan? W punkt, jak każda inna rola w Narcie.
    W punkt też regulamin, w punkt charakter młynarza. Wszystko idealne, po prostu. Nawet nie wiem, co sensownego napisać, poza tym, że uwielbiam i że znowu śmiechem obudziłam kota.
    Czy ja mogę zakładać już Stowarzyszenie Obrońców Fabia?
    Uwielbiam, dziękuję, kłaniam się w pas z zachwytu!

    • otfilulu pisze:

      SOFa mówisz? Proszę uprzejmie. A członkowie to SOFiści? Podoba mnie się :) Choć może Fabio wybroni się sam?
      Kota przeproś delikatnie, ale właściwie to mi wcale nie przykro, bo skoro ktoś się śmieje razem ze mną, to może być tylko miło.
      Dziękuję i kapitalnie, że się spodobało.

  32. ~selene pisze:

    ♥ ♥ ♥ ♥ ♥
    Wybacz infantylność mojej reakcji, ale wręcz nie posiadam się z zachwytu nad tym, co właśnie przeczytałam i aż brakuje mi słów i znaków na klawiaturze, by go wyrazić. Boskie! Urzeka klimat, urzeka styl, urzeka forma i groteskowość, która bezsprzecznie wyziera spomiędzy wierszy. Nart, który nam przedstawiasz to takie trochę „państwo w państwie”, rządzące się swoimi prawami i odcięte od cywilizacji.
    Pawełek, który tak „serdecznie” przywitał Wojtka odrobinę przypomina mi pewną osóbkę, która ostatnio rozgościła mi się w Wordzie, ale żeby nie było – wszelkie ewentualne podobieństwa przypadkowe :) No i znów robisz to, co zawsze wychodzi Ci znakomicie – wyciągasz z bohaterów to, co w nich najlepsze i najbardziej charakterystyczne. Poważny Możdżonek, raptowny Kubiak, niepokorny Fabian, bajduś Igła, sprytny lisek Guma plus trochę nieodnajdujący się w alternatywnej, narciańskiej rzeczywistości Wojtek. Lekko, prześmiewczo i z dystansem.
    A glutenofobów przybywa w ostatnim czasie jak grzybów po deszczu i chwilami zaczynam się obawiać, że któregoś dnia jeden z nich wyskoczy mi z lodówki.
    Pozdrawiam, dziękuję i uwielbiam.
    PS. Tak z ciekawości jeszcze zapytam – a Pan Piotr się pojawi? ;)

    • otfilulu pisze:

      Selene Bezsłowna? Ta odmiana nie występuję w naturze! ;)
      Nart Stary dziękuje za odwiedziny i dobre słowo, z dziecięcą radością wita każdego, komu zechce się do niego dotrzeć. I proszę się tu niczym nie krępować, bo w Narcie uchodzi wszystko, nic tu nie jest przecież na poważnie a wszystkie absurdalne i dziwaczne chwyty dozwolone.
      Pana Piotra w tej odsłonie nie przewiduję, choć zdaje się, że jego cień przemknął w którymś momencie, ale że zalążków kolejnych historii jest kilka to prędzej czy później nadejdzie i jego kolej. A kim będzie? No przecież nie powiem!
      Pozdrawiam, dziękuję, zapraszam ponownie.

  33. ~synestezja pisze:

    Czytam „pytamy czy można się do mnie odezwać, zanim się odezwiemy, Krzysiu”, myślę – Król Guma. Orientacja w terenie działa. Oczywista, oczywistość. Aż nabrałam ochoty na powtórne obejrzenie Igłą Szyte, dziękuję.
    A jak trzeba to mogę pocieszyć Fabiana. Bardzo proszę, „Łysinka od Fabia” też jest dobra. Może nieco bardziej stratna, ale do bełchatowskiego fryzjera jeszcze temu daleko :D
    Młynarz w akcji, uśmiałam się! Dobrze, że Maroufa w pobliżu nie było ;) Choć, gdy Michał nerwa nie ma to zęby też mogą ucierpieć, o czym najlepiej poświadczy Winiar. A Wojtek to taki trochę kapustowy lovelasek. Oj, jestem pewna, że niejedno go w Narcie jeszcze zaskoczy. I nas także (ten list po francusku nie daje mi spokoju). :)
    Proboszcz również w formie. Wszystko w formie. Bezglutenowa bułka aka dzieło szatana, zapamiętam.
    PS A z tej mąki jest chleb, bardzo dużo chleba ;) Tak trzymaj.

    • otfilulu pisze:

      Świetnie, że orientacja działa i znów przedarłaś się do Nartu :) No i że powiodło się przedstawienie bohatera przed jego właściwym przedstawieniem, jednak nie ma to jak kultowe parafrazy z kultowego Igłą Szyte. Ale któż inny byłby bardziej godny prowadzania Baru Euforia od Pana Pawła?
      Francuskojęzyczny list bez znaczenia nie jest a od rozwiązania zagadki dzieli nas jeden wielokropek, ale to nie dziś.
      Postaram się tak trzymać z całej mocy :)

  34. ~Hania z R. pisze:

    Kocham. Po prostu kocham.
    Dziś nawet sabat czarownic, który zalęgnie się w moim salonie nie będzie mi straszny, gdyż ponieważ zrobiłaś mi dzień.
    Dziękuję okrutnie.
    I niniejszym oznajmiam, że wybieranie glutenu z żyta robi robotę. I karteczka nad kontuarem również, szczególnie punkt ostatni (z sentymentu :P ), teraz będę musiała czekać (z wytęsknieniem) na potwierdzenie mojej hipotezy, że toto wyjące coś to Gregor we wnykach.
    Po raz kolejny idealny dobór postaci.
    Japka cieszy mi się niezmiernie.
    Uwielbiam, pozdrawiam. Z resztą sama wiesz.

    • otfilulu pisze:

      Cieszę się, że mogłam pomóc :)
      Pisze się samo z niebywałą frajdą i naprawdę cudownie, że spotyka się z takim pozytywnym odbiorem.
      Na Gregora trzeba będzie pewnie poczekać, bo w tej debiutanckiej narciańskiej opowieści się jeszcze nie pojawi. A co będzie następne to sama nie wiem, zobaczymy co się przypałęta i kiedy, akurat w Narcie nie mam zamiaru niczego wymuszać ani forsować, cierpliwie poczekam aż mi się kolejna historia przyśni.
      Wytrzymałości podczas sabatu, w razie czego proponuję pożyczyć lagę do Gumy, wiesz, tę na Krzysia ;)

  35. ~prosaen pisze:

    okej. widzę, że potrafisz nas jeszcze niejednym zaskoczyć. ja jestem bardzo zainteresowana.

    • otfilulu pisze:

      No przecież jak przestanę zaskakiwać, mieszać i utrzymywać w niepewności to po pierwsze, nikt mi tu nie zostanie, a po drugie sama siebie na śmierć zanudzę :)

  36. ~Greenberry pisze:

    Pakuję walizki i jadę do Nartu.
    Zrobiłaś mi wczoraj tym dzień, a właściwie to noc, bo czytałam z telefonu gdzieś o pierwszej, śmiejąc się jak głupia, aż kota obudziłam.
    I tylko włosów Fabiana mi szkoda, lubię je, ładne są w sumie.
    Co tu się właściwie stało to chyba nie jestem do końca pewna. Ale biorę w ciemno. Bo ostatnio trudno mnie rozśmieszyć.
    Wszyscy idealni w swoich rolach, szczególnie chyba kupił mnie ten Igła, który właściwie nie wiem, kim jest, ale pewnie czymś w rodzaju lokalnego wariata. Czyli cały Krzysiu.
    Czapki z głów. Dziękuję!

    • otfilulu pisze:

      Pamiętaj o gumofilcach, bo przy tej pogodzie na pewno błoto po pas, zanim dotrzesz do kapusty.
      A Fabianowi włosy odrosną, nic się nie martw. No chyba, że stale będzie musiał pokutować za rozwiązłość :)
      Cieszę się, że przypadło do gustu i że narciańska wizja bawi nie tylko mnie.

  37. ~synestezja pisze:

    Jeśli już teraz parskam cicho pod nosem jak chora psychicznie, to co będzie później? Zrobiłaś mi tym dzień, miesiąc, a może i życie! :D Niby to nie jest normalne, ale potrafię wyobrazić sobie Możdżona w sutannie czy Fabiana posługującego się z gracją nożyczkami i grzebieniem. A gang Zatorów to już w ogóle poezja. Zagubiony Wojtek i jego Opel bez wydechu i fragment ody do kapusty też są fajni. Wszystko tu jest fajne. Czekam na resztę ferajny! I nawet nie będę podejmować się odgadnięcia kto i w jakiej kreacji zagości w Narcie, choć brzmi to kusząco :)

    • otfilulu pisze:

      A mnie cieszy pozytywny odbiór, bo w przeciwieństwie do mrocznych klimatów, gdzie czuję się całkiem pewnie, tak w przypadku mniej lub bardziej zaawansowanego absurdu w ogóle nie wiem, czy trafiam do kogoś czy tylko do swojego poczucia humoru. Tak więc, you made my evening, dzięki :)

      • ~synestezja pisze:

        No to jak widać mamy podobne poczucie humoru, bo do mnie trafiasz w stu procentach :D Zresztą lubię absurd na poziomie, dużo absurdu (i ironii), przez co czasem ludzie z najbliższego otoczenia nie rozumieją moich żartów, a ja czerpię z tego niemałą satysfakcję. Ale jak zrozumieją to też się cieszę, żeby nie było, że lubię pastwić się nad innymi :D W żadnym wypadku mi to nie przeszkadza.

  38. ~Hania z R. pisze:

    Uhm. Ozłocę Cię za to! Co ja mogę powiedzieć, jak mi słów brakuje, żeby opisać coś tak dobrego? Jest pięknie cudnie i staram się śmiechem nie wybić okna.
    Pocznijmy od początku: Pomysł, wykonanie, język i komizm jak zawsze medalowe. Pięknie, pięknie.
    Wojtek Żaliński w roli błędnego, kapuścianego rycerza, klan Pawełków Zatorskich, fryzjer Fabio, pleban Możdżonek (To wyjątkowo dobre. Do złota dodaję diamenty :P ), Igła taki igłowo-sowizdrzalski. Dziku jako młynarz? Tak!
    A kogo bym dodała? Mikaczu mógłby paść gąski, Pitu byłby wyjątkowo nieudanym, bo cichym organistą, no a Gregor… znachorem okazjonalnie przemieniającym się w wilkołaka?

    Będzie pięknie. Czuję to.
    Pozdrawiam, uwielbiam i życzę spokojnych świąt :)

    • otfilulu pisze:

      :) Super, że się podoba. Ja przepadam za Twoim mrugającym okiem poczuciem humoru, więc jeżeli się tutaj śmiejesz to nobilituje. Dzięki.
      A nie zdradzając niczego, wymieniłaś dodatkową trójkę, ale tak naprawdę czwórkę i trafiłaś w coś co już mam rozpisane i czeka na swoją kolej :)
      Wesołych Świąt i jeszcze raz dzięki, że chciało Ci się przedzierać do Nartu :)

      • ~Hania z R. pisze:

        Nartu warte są nawet pokłute kolcami jeżyn nogi, pozdzierane kolana i wpadnięcie w bagno. Także wiesz, jestem skłonna do poświęceń, szczególnie w Takiej sprawie :)

  39. ~synestezja pisze:

    Jak zwykle spóźniona, wybacz! Ale znalazłam! Bo jakże bym mogła nie znaleźć Narta. Intuicja dowiedzie mnie wszędzie. No dobra, prawie wszędzie. Choć z moją orientacją w terenie również nie jest najlepiej. :D
    W każdym razie informuję, że zostaję. Bo Nart wydaje się być zupełnie inny. „To naprawdę nie będzie normalne” – i tym mnie kupiłaś. Ostatnio nabrałam ochoty na sci-fi z siatkarzami w tle. I choć nie umiem pisać, to może kiedyś się podejmę. Moja wyobraźnia podsyła mi czasem dziwne obrazki. Warto by je wykorzystać.

  40. ~Paula pisze:

    Oooooo widzę, moje klimaciki, gdyż od tegóż Starego Nartu mam 10km do rodzinnego domu! :D Także jeśli będziesz to kontynuować, to zostanę z przyjemnością, nie tylko z tego powodu, ale i dlatego, że z Twojej ręki strasznie dobre rzeczy wychodzą! :)
    Nie komentowałam u Ciebie już chyba z pierdylion lat, ale jestem tu codziennie i codziennie zaglądam na Elektrolizę, a od dzisiaj też i tu będę zerkać. :)
    Pozdrawiam ciepło!
    Paula

  41. ~Hania z R. pisze:

    Ostatnio jestem stworzonkiem w wielkim niedoczasie, dlatego powstrzymam się od elaboratów i napiszę krótko, acz treściwie: Dobre. Chcę więcej.

  42. ~Greenberry pisze:

    Zacznijmy od tego, że ja tutaj z zainteresowaniem, zachwytem i wypiekami na twarzy przeczytałabym nawet przepis na herbatę.
    To jest zupełnie inne niż wszystko, co znalazłam tu do tej pory. I ja już jestem kupiona stuprocentowo i zachwycona. Bo ja kocham małe miejscowości, takie zabite dechami dziury, ja kocham błotniste drogi w lesie, kocham pola i strachy na wróble. Kocham taki klimat, te okolice, gdzie psy szczekają drugą stroną, taki brak cywilizacji i tych prostych ludzi.
    I kocham tu być.
    A Stary Nart sobie wygooglowałam i jestem ciekawa, czy to, co znalazłam, to ten Twój Nart;)
    Dziękuję i pozdrawiam:)

  43. ~selene pisze:

    Ja nie do końca potrafię się w tym na razie odnaleźć, no ale nic dziwnego, w końcu zabierasz nas w jakieś knieje ;) Niemniej jednak jestem jak najbardziej na tak, idę w ciemno i czekam na więcej, a do Elektrolizy dobiorę się trochę później, bo teraz wypadałoby się powoli zbierać na zajęcia :)
    Pozdrawiam ;)

  44. ~VE. pisze:

    Brzmi bardzo interesująco, z chęcią przeczytałabym więcej. ;)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>