Najlepsi

Zanim zaczniesz czytać – to nie jest opowiadanie o siatkówce. Nie ma żadnej oczywistej łączności z MIgał-ami. Duża szansa, że ci się nie spodoba, bo jest dziwaczne i trochę niezrozumiałe. To jest opowiadanie ode mnie dla mnie. Składa się z poukrywanych migawek, których nie chcę zapomnieć, ze snów, które przyszły później. I just wanna remember what it was like back then. I wierzyć, że spotkamy się jeszcze w tej latarni.

cropped-Albino.jpg

0.

Kim ty jesteś? Dlaczego cię nie pamiętam?

Spoglądam na śpiącego obok mnie mężczyznę. Rzadki zarost na policzkach, wyraźnie zaznaczone brwi, drobna, trochę chłopięca twarz. Lekko posapuje przez sen. Jedną dłoń trzyma na moim przedramieniu, jak gdyby pilnował żebym nie uciekła.

Nie mam takiego zamiaru. Chociaż nie wiem gdzie jestem, kim jestem i z kim jestem, czuję w przedziwny sposób, że to moje miejsce. Zaczarowane. Jak tu trafiłam? Czemu niczego nie mogę sobie przypomnieć? Ze wspomnień pozostał mi tylko wczorajszy dzień, niewyraźny i niepełny.

Idę zielonym trawnikiem w kierunku stojącego na samym końcu tej starannie przystrzyżonej łąki budynku. Jeszcze nie rozpoznaję jego przeznaczenia, przypomina wieżę albo stary wiatrak bez ramion. Jest ciepło, mimo że od strony morza wieje lekka bryza. Idę boso, delikatna rosa osiada na moich stopach. Trawa miękko układa się, gdy po niej stąpam, nie kaleczy. Wyskakują z niej od czasu do czasu pasikoniki. Zwiewny obraz pojawia się w mojej głowie: mała dziewczynka biegająca po nagrzanej słońcem polanie, ze słoikiem przykrytym podziurawioną gwoździem nakrętką w dłoni, stara się złapać jak najwięcej umykających przed nią owadów. Po chwili scenka zaciera się, rozmazuje, nie jestem w stanie znaleźć dla niej kontekstu ani umiejscowić jej w czasie. Pozostaje tylko pewność, że ta łąka, którą wędruję jest też moja.

Rozpoznaję budynek, to latarnia. Charakterystyczna kopuła na szczycie, nie widać światła, ale nie można pomylić jej funkcji z niczym innym. Nie jest pomalowana w typowe białe i czerwone pasy tylko cała jednolicie śnieżna. Lśniąca bryła na końcu szmaragdowego błonia. Gdy jestem kilkanaście metrów od celu widzę jak otwierają się jedne z szeregu drzwi najniższego poziomu wieży. Sylwetka mężczyzny ledwie widoczna w otaczającym go cieniu wydaje mi się znajoma. Szczupły, niewysoki. Wychodzi na zewnątrz, staje przed latarnią i patrzy na mnie z uśmiechem.

Choć go nie znam zaczynam biec, czuję, że tak bardzo chcę być z nim, jak najszybciej. Po to tu przyszłam, żeby z nim być. On rozpościera ramiona, czekał na mnie, woła coś, ale wiejący wiatr znosi słowa, nie jestem w stanie niczego zrozumieć. Nieważne, jestem już tak blisko. Wpadam wprost w jego objęcia. Unosi mnie, wirujemy razem, mam wrażenie, że jesteśmy ponad ziemią. Kiedy spoglądam w dół z zaskoczeniem stwierdzam, że tak właśnie jest. Niewiele, bo raptem parę centymetrów, ale nie dotykamy już trawnika. Nie boję się tego, widocznie tak powinno być. Jestem przecież z nim. Z kim?

-Nareszcie – wypowiada jedno słowo i przytula mnie jeszcze mocniej do siebie. Już nie obracamy się, powoli opadamy, stopy znów dotykają gruntu. Nie rozumiem do końca powodów, ale wybucham płaczem. Ulga, i szczęście, że go widzę, że znów mnie obejmuje. Znów? Przecież go nie znam. Ale tak, jest pewność w mojej głowie, to już kiedyś było. Najcudowniejsze uczucie na świecie. Ociera moje policzki z łez, patrzy na mnie z bliska, w jego zielonych tęczówkach wesoło połyskują żółte i brązowe plamki.

-Nie płacz, już będzie dobrze Najlepsza. Chodź, musisz wszystko zobaczyć.

Chwyta mnie za rękę i prowadzi w kierunku skarpy, latarnia stoi na samym jej brzegu. Widok zapiera dech w piersiach. Morze, błękitne i sięgające horyzontu. Poniżej urwiska jasna plaża, piasek skrzący się w słońcu. Wśród wydm stoją ogromne wiatraki, rozsiane nieregularnie, mielą jednostajnie powietrze. Ich widok mnie pochłania, nie mogę oderwać od nich wzroku. Jestem pewna, że nie są tu po to by produkować energię, maja tylko być i poruszać potężnymi śmigłami. Mam wrażenie, że mogłabym tak siedzieć godzinami patrząc na nie. Na nie i na morze.

-Ty to wymyśliłaś – mówi przyglądając mi się z ciepłym uśmiechem – ja dodałem łąkę – wskazuje za swoje plecy – i to, że mieszkamy na górze. Widok jest stąd lepszy. I Latarnia. Musisz ją zobaczyć, jestem z niej niesamowicie dumny. Chodź – ciągnie mnie za rękę w kierunku otwartych drzwi. Ale zanim wejdziemy do środka przytulam się do niego ponownie.

Uśmiecha się, czuję jego wzruszenie, drżą mu dłonie splecione na moich plecach.

-Też tęskniłem, tak bardzo mi cię brakowało. Nareszcie jesteś. Najlepsza.

1.

Lis siedział nad samym brzegiem strumienia. Owinięty szczelnie pięknym puszystym ogonem przyglądał mi się zupełnie nie po zwierzęcemu. Nie uciekł, kiedy usłyszał moje kroki, odwrócił tylko w moją stronę smukły pyszczek i wlepił we mnie bursztynowe ślepia. Szukałam czegoś innego, czegoś co miało mi pomóc pamiętać.

Kiedy Kicaj, tak kazał się zwracać do siebie znajomy-nieznajomy, powiedział mi co mam zrobić, w pierwszym odruchu roześmiałam się traktując to jako żart. To było następnego dnia po moim przybyciu. Siedzieliśmy na tarasie trzeciej kondygnacji przy nakrytym do śniadania stoliku. Patrzyłam na moje wiatraki odcinające się cudowną bielą od niebiesko-zielonego morskiego tła. Wierzyłam, że to mój pomysł, że to ja zaprojektowałam ten dziwaczny krajobraz, tak bardzo mnie fascynował i zauroczył. Dlaczego zatem nie przyjęłam słów Kicaja za pewnik? Przecież w tym miejscu nic nie było racjonalne.

-On ci wszystko wyjaśni, pomoże ci przypomnieć sobie to co potrzebne – mężczyzna ujął moją dłoń, spojrzał na mnie z troską – wiem jak to brzmi, ale ja tam już byłem. Zaufaj mi, takie rzeczy tu się zdarzają.

-A dlaczego ty nie możesz mi powiedzieć kim jesteś, kim ja jestem. Przecież widzę, że doskonale to wiesz – rozbawienie zniknęło z mojej twarzy. W końcu uwierzyłam, że rzeczywiście czeka mnie to spotkanie. W tyle głowy pojawił się kolejny przebłysk. Ufam mu, on nie kłamie. Ale dlaczego zmusza mnie do tego absurdu, zamiast po prostu wyjaśnić to, czego nie pamiętam?

-Mówiłem ci już Najlepsza – wciąż trzymał mnie za rękę przesuwając smukłymi palcami po mojej skórze – takie są zasady. Nie wolno mi, wszystko bym zepsuł a ciebie stracił. Ale ty sobie sama przypomnisz, już niedługo.

-Skąd ta pewność – spojrzałam na niego ze złością – nic do mnie nie wraca. Staram się i nic. A jak tak mi zostanie? Co wtedy zrobisz? Co ja zrobię? – głos zaczął mi niebezpiecznie drżeć, poczułam napływające do oczu łzy.

-Będzie dobrze – uśmiechnął się do mnie – popatrz na to – wskazał gestem stojący przed nim talerz z gorącą jeszcze jajecznicą i filiżankę kawy – nie mówiłem ci, że dwie łyżeczki cukru i bez mleka, a jest idealna. I że jajka muszą być tak ścięte, bo…

-…bo nie zjadłbyś gdyby była rzadka, nigdy nie tknąłbyś też jajka na miękko – wpadłam mu w słowo i spojrzałam z wdzięcznością. Rzeczywiście, nie zastanawiając się nad tym doskonale wiedziałam co lubi i jak powinnam to przygotować. Tak jak wczoraj, gdy kładliśmy się do wspólnego łóżka, instynktownie wybrałam lewą stronę. Prawa zawsze jest jego.

Zrobiłam kilka kroków w kierunku siedzącego nadal bez ruchu zwierzęcia. Rozejrzałam się dookoła. Wszystko się zgadzało: zakole strumienia, wielkie liście łopianów na przeciwległym brzegu, szary płaski kamień obrośnięty dziwnym pomarańczowym mchem. Tylko gdzie jest Królik? Lis go dopadł, i już nigdy niczego się nie dowiem?

-Witaj – miękki niski głos rozległ się bezpośrednio w mojej głowie, spojrzałam zaskoczona na rudą plamę przed sobą.

-Tak, to ja i to ze mną chcesz się zobaczyć – znów słowa wystrzelone wprost do mojego mózgu. Dziwne uczucie. Postanowiłam spróbować podobnie, nie otwierając ust starałam się uformować strumień myśli dla niespodziewanego rozmówcy.

-Miałeś być Królikiem, tak powiedział Kicaj – musiałam dotrzeć do adresata, bo w tej samej sekundzie odebrałam pełną zdziwienia odpowiedź.

-Kicaj? Tak kazał się nazywać? – wydawało mi się, że słyszę też cichy chichot – Naprawdę, po tym, co zrobił z…

-Z czym? – spytałam ciekawie.

-Nieważne, ale  ten twój Kicaj ma tupet – rozbawienie dominowało w tym stwierdzeniu – a wracając do pierwszego wrażenia: Królik był dla niego, ja jestem dla ciebie.

-Nie rozumiem – naprawdę nic już z tego nie pojmowałam. Telepatycznie rozmawiam z Lisem, który miał być czymś zupełnie innym, nie wiem dokładnie po co tu przyszłam i jak to ma pomóc mi w odzyskaniu samoświadomości. Najdziwniejszy sen w moim życiu.

-Doprawdy? – zwierzę podniosło się z gracją i zbliżyło się do mnie. Cały czas w nienaturalny sposób patrzyło mi prosto w oczy. Kolejna migawka z przeszłości. Klatka pośrodku zaniedbanego podwórka. Za mną nieotynkowany dom ze starej ciemnoczerwonej cegły. Od drucianej zagrody czuć intensywny nieprzyjemny zapach. W środku od ścianki do ścianki miota się rdzawy lśniący błysk. Nie mogę przyjrzeć się mu dokładnie, niesamowicie szybki nie zatrzymuje się ani na chwilę. Chcę podejść bliżej, ale ktoś łapie mnie za rękę i odciąga, chyba ojciec. Ta woń, później zawsze ją rozpoznawałam, oznaczała, że w okolicy są lisy. A one tak często były w pobliżu, tam gdzie i ja.

-A więc to ty mi powiesz o co w tym wszystkim chodzi? Co tu robię? – spytałam, kiedy wizja się rozmyła.

-Nie, mogę jedynie pokazać ci właściwy trop, pomóc. Ale sama będziesz musiała to zrozumieć. Albo i nie – zwierzak przeszedł obok muskając moją nogę swoim puszystym ogonem.

-No chodź już, i tak jesteśmy spóźnieni – usłyszałam zniecierpliwione sarknięcie. Odwróciłam się i podążyłam jego śladem. Postanowiłam sobie w duchu, że już niczemu nie będę się dziwić.

-I jak? – szary kształt przysiadł obok przyczajonego przed wejściem do pieczary Lisa.

-Weszła przed chwilą, zobaczymy – odparł rudzielec.

-Wiesz, że nie o to pytam. Jak wrażenia? Da radę? – kulące się w zaroślach stworzenie trudno było przyporządkować do jakiegoś konkretnego gatunku. Najbardziej przypominało karłowatą burą żyrafę. Efekt psuły długie sterczące uszy i puszysty biały ogonek.

-Skąd mam kurde wiedzieć? Tego nigdy nie da się przewidzieć – Lis był wyraźnie zirytowany – ale od razu przeszła na wymianę myśli. Bez żadnych prób pośrednich.

-No co ty? – Szary nie krył zdziwienia – Nieźle. Mój na początku gadał, zanim się zorientował, że przecież wcale nie musi.

-To jeszcze o niczym nie przesądza. Wiadomo, że musi być inteligentna, w końcu jestem Lisem.

-Ciekawe czym będziesz jak z tobą skończy – Szary zaśmiał się złośliwie, Lis obrzucił go złym spojrzeniem i kłapnął zębami.

-Wiesz, że kazał do siebie mówić Kicaj? – odezwał się po chwili z satysfakcją w głosie.

-No żesz, jego mać – Szary aż zawarczał, co kompletnie wykluczało się z jego wyglądem – bezczelność. Najpierw narobił mi takiego dziadostwa, a teraz ze mnie jawnie kpi.

Lis zaśmiał się cicho. Sam był ciekawy czym on będzie, kiedy miną sprawdziany i próby. Miał nadzieję, że zachowa sporo z siebie, był zdania, że baza nie jest zła. Kilka drobiazgów do dopracowania. Ale może właśnie to był problem, że już sam uważał, że wszystko w nim jest jak najbardziej w porządku. A przecież nie trafiliby tu gdyby tak było.

2.

Moje oczy z wolna przywykają do ciemności. Dłonią dotykam chropowatej ściany tunelu, jest tu wilgotno i zimno. Ostrożnie stawiam kroki, najpierw badając stopą przestrzeń przed sobą a dopiero potem opierając nogę na nierównym gruncie. Kiedy światło przeciskające się przez wejście do jaskini zdaje się całkowicie zanikać następuje zmiana. Po obu stronach skalnego korytarza ściany zaczynają jarzyć się fluorescencyjną poświatą. Niezrozumiałe znaki i wzory po prawej w kolorze zielonym po lewej w pomarańczowym biegną na wysokości mojej głowy. Rozświetlają przestrzeń na tyle, że mogę bezpiecznie ruszyć dalej. Tylko dokąd? Właśnie stanęłam na rozdrożu podziemnego labiryntu. W tym miejscu również rozdzielają się barwy. Przypominam sobie słowa Lisa.

-Będziesz zmuszona wybierać, na tym to polega. Wszystko najczęściej się do tego sprowadza. Wybór.

-Ale dlaczego tu? To jakiś żart chyba – wcale mi się to nie podobało. Najpierw Kicaj zupełnie poważnie mówi mi o spotkaniu z Królikiem, który okazuje się Lisem-Telepatą, a teraz mam bawić się w podchody w ciemnej, zapadającej się grocie.

-Żebyś mogła wyostrzyć zmysły, adrenalina też ma znaczenie. Nie trać czasu i nie dyskutuj tylko zaczynaj. Będę na ciebie czekał. I pamiętaj, możesz zawrócić, ale musisz zapłacić.

Decyzja. Prawo czy lewo? Zieleń czy pomarańcz? Zamykam oczy, wsłuchuję się w siebie. Pojawiają się obrazy.

-Hej, ale tu siedzi Ewka – popatrzyłam ze zdziwieniem na chłopaka, który jak gdyby nigdy nic usadowił się przy mnie.

-Ewka poszła do przodu, bo chce się wyspać w drodze powrotnej a tam są podwójne wolne – uśmiechnął się do mnie w półmroku – Czego słuchasz? – wskazał na mojego Ipada.

-Masz, zobacz sam – podałam mu słuchawkę – ale nie wiem czy to w twoim guście.

-Nie jest złe – odpowiedział po chwili – możemy się podzielić?

Kiwnęłam głową i przymknęłam oczy. Nie tylko Ewa chciała się wyspać.

Obudził mnie chyba jakiś wstrząs autobusu, ocknęłam się z głową na ramieniu sąsiada. Wyprostowałam się gwałtownie.

-Ej, miło było, wracaj tu – usłyszałam szept. W autobusie było ciemno i cicho. Wszyscy chyba posnęli zmęczeni atrakcjami dnia. Oczy kolegi z klasy błyszczały w mroku. Milczałam, nie miałam pojęcia jak się zachować. Nagle poczułam jak dotyka mojego policzka i przyciąga delikatnie moja głowę do swojej. Zanim się zorientowałam, całowaliśmy się na tyle intensywnie na ile pozwalała intymność autobusowych siedzeń. Dopiero po dłuższej chwili zadziałał też mój mózg i odsunęłam się aż pod szybę.

-Wracaj tu – powtórzył szept.

-Nie, to moja najlepsza przyjaciółka, nie zrobię jej tego. To nie jest dobre.

-Jest, jest. Nie wiesz ile odwagi mnie to kosztowało. Ale mam pewność, że tak ma być – przysunął się do mnie. Szyba ograniczała mi możliwości ucieczki, więc bez trudu sięgnął moich ust. Znów zatopiliśmy się w pocałunkach. I ponownie dopiero po chwili odzyskałam wolną wolę.

-Nie.

-Przestań, przecież też tego chcesz, szaleję za tobą – usłyszałam. Chciałam.

-Nieważne – zdawkowa odpowiedź, odepchnięcie słowem.

-Jeszcze tylko rok Najlepszy, potem wracam do domu – mimo, że w naszej dotychczasowej rozmowie sprawa mojego stażu nie wypłynęła ani razu czułam, że to jest powód tego bijącego z jego głosu chłodu.

-Spoko, przecież wiem. Słuchaj, będę leciał. Mamy grill u Martina – nadal to samo, nie wiem czy specjalnie, ale rani mnie każdym wypowiedzianym słowem. Tonem.

-Dobrze, pogadamy później. Miłego wieczoru – silę się na spokój i nawet uśmiech.

-No, pewnie tak – bez zmian. Barykada i przerwane połączenie.

Decyzję podjęłam zaraz potem. Spakowałam na chybił trafił to, co wisiało na suszarce w pokoju a w głowie kalkulowałam: dziś pięć godzin jazdy z Gdańska, jest już późno, po sobotnich korkach nie powinno być śladu. W niedzielę, jeśli wyjadę o drugiej w nocy, to jakoś się dotoczę na czas do pracy. Dam radę. Muszę do niego jechać.

Kiedy stanęłam w drzwiach naszego mieszkania jego jeszcze nie było, ciemne okna bez typowego dla tej pory niebieskawego blasku monitora podpowiedziały mi to już na parkingu. Rozczarowana usnęłam w fotelu czekając, nie zadzwoniłam, to miała być niespodzianka. Wrócił nad ranem, ale w takim stanie, że nawet mnie chyba nie zauważył, od razu zakopał się w pościel. Odsypiał prawie całą niedzielę, nie chciałam go budzić, to i tak nie miało sensu. Snułam się po mieszkaniu starając się zwalczyć uczucie dojmującej bezsilności. Zły dzień, zdarza się i Najlepszym. Po popołudniowej wizycie u rodziców znów trafiłam w pustkę. Krótka informacja zostawiona na lustrze w przedpokoju „będę późno”. Płakałam, zasnęłam skulona na łóżku. Cicho zamykałam za sobą drzwi, kiedy wychodziłam zaraz po pierwszej w nocy. Nie chciałam go obudzić, to i tak nie miało sensu.

Ruszam pewnie pomarańczową odnogą. To uczucie jest lepsze. Kiedy ktoś cię tak bardzo chce, kiedy ty dla kogoś tracisz zdrowy rozsądek i poddajesz się przepełniającemu cię szczęściu. Samotność, opuszczenie w ciemnym mieszkaniu były tak dojmujące, złe. Żal do niego, że nie rozumie i mnie odrzuca. Łatwa decyzja Lisie.

Kim był ten chłopak z autobusu? Nie pamiętam go, ale przecież nie tylko jego. Znaki na ścianach pulsują i migocą jaskrawym pomarańczowym światłem, jakby cieszyły się razem ze mną, czyżby czekał na mnie na końcu korytarza? Smak jego ust nadal wyczuwalny na moich wargach. Czy to się rzeczywiście zdarzyło? Ciekawe, co było dalej, bo nakręcaliśmy się wzajemnie przepotężnie.

Zdążyłam już przebyć znaczny dystans od rozdroża, myśli wypełniało mi wspomnienie nocnych pocałunków, gdy nagle nabrałam pewności. To nie ta droga.

-Wracam! – krzyknęłam na całe gardło. Obróciłam się w miejscu, chciałam ruszyć biegiem z powrotem, ale niespodziewanie opuściły mnie siły, ciężko usiadłam na ziemi. Światło zaczęło przygasać. Przypomniałam sobie.

Połowa drogi, czuję zmęczenie, a mój ciężki dzień dopiero się zaczyna. Zegar na desce rozdzielczej pokazuje czwartą piętnaście. Przestałam płakać jakąś godzinę temu. Teraz staram się po prostu nie zasnąć, skupiam się na słowach piosenek z radia nie na swoich myślach. Nic tam dobrego nie ma, a z resztą w słuchanych tekstach również. Jakby wszystko sprzysięgło się przeciwko mnie. Dzwonek telefonu, odbieram, choć powinnam zignorować.

-Przyjechałaś specjalnie dla mnie? – cichy nieśmiały głos.

-Nieważne – posmakuj swojego lekarstwa.

-Przyjechałaś. Dlaczego?

-Żebyś mógł mnie potraktować jak powietrze – irytuje mnie, że nie potrafię zachować spokoju. Po co mu wiedza, że mnie zranił?

-Przepraszam Najlepsza. Kocham cię jak nikogo. Nie mogę już wytrzymać bez ciebie, ciągle się boję, że nie wrócisz – smutek w jego głosie neutralizuje moją złość w sekundę.

-Też cię kocham, przecież wiesz. Ale to również jest dla mnie ważne, rozmawialiśmy o tym. Musimy jakoś przetrwać, już tyle za nami. Jeszcze rok. I wrócę. Mogę przyjeżdżać co weekend, dam radę – muszę go przekonać, że nic się zmieni.

-Ktoś mi ciebie zabierze. Poznasz kogoś lepszego – zazdrosny? On? Nie mogę uwierzyć. I choć to głupie cieszę się, że to przyznał.

-Nie ma takiej możliwości. „Bo choćby były was miliony to tylko jeden jest ulubiony”, pamiętasz? – słyszę jego śmiech, ja też czuję się lepiej.

-Mistrzyni częstochowskich rymów znów atakuje. Kim ja bym bez ciebie był Najlepsza? – teraz jestem pewna, że dobrze zrobiłam przejeżdżając taki szmat drogi. Zajęło mu to trochę czasu, ale zrozumiał w końcu. Nie oddam tej miłości bez walki, jest zbyt piękna.

Szorstki lisi język przebiega raz po raz po mojej skórze. Ból powoli słabnie, ale ślad po poparzeniu chyba zostanie. Całe przedramię od łokcia po nadgarstek pokrywa silny rumień, pokazują się też pęcherze. Lis omija je w swoich leczniczych zabiegach. Mówił, że będę musiała zapłacić, jeżeli zechcę wrócić. Kiedy postanowiłam podążyć korytarzem w kierunku zielonego przejścia nagle pojawiły się pomarańczowe płomienie zagradzające mi drogę. Las ognia, szumiący i promieniujący żarem. Nie wahałam się długo, przebiegłam szpalerem jaskrawych ogników chociaż ciągnęły się kilkanaście metrów. Czułam ból, krzyczałam i nadal brnęłam do przodu. Musiałam trafić do właściwego miejsca, pójść prawidłową odnogą. Tak naprawdę można powiedzieć, że się wykpiłam jednym oparzeniem. Powinnam spłonąć doszczętnie, ale teraz wiem, że ogień miał mnie tylko naznaczyć. Lis wyjaśnił mi to, kiedy w końcu pojawiłam się w jednym z bocznych wyjść z jaskini. Powitało mnie rześkie powietrze, kolor zielony dominował w otoczeniu, mech, paprocie i pnącza otaczały mnie z każdej strony. Tym wyraźniej odcinało się na tym tle rude błyszczące futro.

-Szybko poszło, choć widzę, że była korekta – podszedł i obwąchał moją rękę, którą ostrożnie trzymałam przed sobą. Każdy gwałtowniejszy ruch powodował kolejną falę bólu.

-Przypomniałam sobie coś, parę rzeczy. Ale Kicaj był w tych wspomnieniach też. On jest bardzo ważny dla mnie, prawda? – zdołałam się zmusić do mówienia, mimo że ledwo utrzymywałam się na nogach. Jeszcze chwila i zemdleję.

-Zaraz, najpierw usiądź i pokaż to oparzenie. I tak nie zrozumiesz, co do ciebie mówię w tym stanie – głos Lisa nie dopuszczał sprzeciwu. W ten sposób wylądowałam na mchu z przedramieniem leczonym w zupełnie niekonwencjonalny sposób, który zakwestionowałby chyba każdy lekarz na świecie. Ale ból i pieczenie powoli ustawały i zasady medycyny zupełnie mnie w związku z tym nie obchodziły.

-Czuję, że to nie wszystko. Coś jeszcze się wydarzyło, kiedy postanowiłam zmienić decyzję – wznowiłam rozmowę. Mój rudy opiekun odsunął się już ode mnie i z godnością usadowił obok. Piękny ogon znów owinął się wokół jego ciała.

-Owszem. Można powiedzieć, że to tylko przypieczętowanie umowy. Straciłaś coś więcej niż naskórek. Chętnie wysłucham twoich przypuszczeń – zwierzę przyglądało mi się ciekawie.

-Nie wiem czy się nie mylę, ale kiedy biegłam przez ogień miałam pewność, że nie zasługuję na prawdziwą przyjaźń. Na mnie czeka zdrada i rozczarowanie. Chyba dlatego, że tak łatwo, bez większych oporów sama potrafiłam zawieść czyjeś zaufanie – nic przyjemnego dowiedzieć się czegoś takiego o sobie.

-Brawo. To znaczy nie dla postępowania – Lis wydawał się zakłopotany – tylko dla prawidłowej oceny sytuacji. Niestety wydaje mi się, że masz rację. Cena za zmianę decyzji. Nie żałujesz teraz?

-Kicaj, a właściwie to, co się wydarzyło między nami było ważniejsze – odparłam natychmiast – ta chęć walki o niego, o nas w tym wspomnieniu. Żadnych rozterek czy warto, czy to ma jeszcze sens. Wiesz, co najbardziej mi utkwiło w pamięci?

-Zmiana w jego głosie pomiędzy waszą pierwszą rozmową a drugą? – nawet mnie nie zdziwiło, że dokładnie znał wszystkie wydarzenia. Bardziej byłabym zaskoczona, gdyby o nich nie wiedział.

-Wydawałoby się, że nic, kilka godzin jazdy, milcząca niedobra niedziela. Żadnych deklaracji, wielkich słów, awantur – zamyśliłam się na chwilę.

-Odrobina poświęcenia. Gest świadczący o tym, że ci zależy. Czasami mało to wiele, a cicho to głośno – Lis uzupełnił mój tok rozumowania wpychając te zdania wprost do mojej głowy. Mogłam tylko przytaknąć – Choć pamiętaj, nie wiadomo czy wybrałaś właściwie. To nie jest tego rodzaju sprawdzian, prawidłowych i nieprawidłowych odpowiedzi.

-Domyśliłam się, ale czuję się dobrze, ta droga bardziej odpowiada temu, kim jestem albo chciałabym być. Ten chłopak w autobusie to było coś, czego bardzo chciałam, ale tylko na chwilę. Kicaja potrzebowałam i to na zawsze, to odczucie było nad wyraz silne  – podniosłam się z miejsca – Dziękuję ci za pomoc i za zaleczenie rany.

Lis spojrzał na mnie z uznaniem, wiedział, że nie mówiłam tylko o oparzeniu. Czy jego oczy nie były przedtem złote?  Teraz są intensywnie zielone.

-Wracaj do niego. Czeka – usłyszałam na odchodnym.

Siedział na ogromnej pasiastej pufie ustawionej przed Latarnią. Z daleka przypominał chłopca przylepionego do wielgachnej pomarańczowo-białej landrynki.  Twarz wystawił do słońca, leciutki wiatr odgarniał mu z czoła włosy. Byłby oazą spokoju, gdyby nie drgająca nerwowo stopa i bębniące o powierzchnię siedziska palce. Zakradłam się najciszej jak potrafiłam, nie zauważył mojej obecności dopóki z rozmachem nie usiadłam obok niego. Zapadliśmy się  głębiej w miękką poduchę, wyleciało z niej kilka drobnych piórek, które podmuch powietrza z miejsca uniósł ku górze. Kicaj drgnął przestraszony, gwałtownie otworzył oczy, chciał coś powiedzieć. Nie zdążył, bo ujęłam jego twarz w dłonie i pocałowałam prosto w uchylone jeszcze ze zdziwienia usta. To nic, że nadal nie pamiętałam jego imienia, a poza odzyskanym w jaskini wspomnieniem nic więcej nie świtało mi w głowie w sprawie naszej wspólnej przeszłości czy teraźniejszości. Chciałam go i tylko to miało znaczenie.

-A to za co? – szybko opanował zaskoczenie, objął mnie i przyciągnął do siebie zaglądając w oczy.

-Bo choćby były was miliony to tylko jeden jest ulubiony – odparłam. Uśmiech jakim mi odpowiedział nadał jego twarzy nowy wyraz. Szczęście. Zaśmiał się cicho.

-Mistrzyni częstochowskich rymów – tym razem to on mnie pocałował. Opadliśmy na pufę, teraz poza piórkami w powietrze wzbiły się również drobne błyszczące gwiazdki. Poczułam, że unosimy się delikatnie ponad powierzchnią pasiastego materiału. Ale nie było mi w głowie sprawdzanie czy to tylko złudzenie. Całowaliśmy się tak, że historia z autobusu wyblakła i poszarzała zamieniając się w nieistotną migawkę. Nie warto o niej nawet pamiętać.

3.

Latarnia, niesamowita poplątana budowla, z dziesiątkami pokoi i schowków rozmieszczonych po obwodzie każdej z trzech okrągłych kondygnacji. Spiralne drewniane schody w samym centrum wieży prowadzą aż na szczyt, do kopuły gdzie poza ogromną lampą zapalającą się każdej nocy miejsca jest akurat tyle, aby dwie osoby mogły obserwować okolicę. Horyzont zamyka z jednej strony morze a z drugiej skraj łąki. Jeżeli dobrze się przyjrzeć można dostrzec ścieżki, które wiodą od północy na plażę a od południa do strumienia po przeciwnej stronie skarpy. Ale stąd nie widać ani jaskini ani miejsca gdzie spotkałam Lisa. Co jest dalej?  Czy coś tam w ogóle jest? Z tego punktu obserwacyjnego mam wrażenie, że jesteśmy zamknięci pomiędzy błękitem a zielenią. Ale nie przeszkadza mi to, wprost przeciwnie, daje poczucie bezpieczeństwa. Świat ograniczony do tej przestrzeni, nienaruszalnej przez żadne niezależne od nas czynniki. Wyspa, nasz azyl.

Pierwszego dnia, kiedy Kicaj oprowadzał mnie po budynku byłam zbyt zagubiona i zaskoczona miejscem gdzie trafiłam, żeby zauważyć i docenić wszystko co mi pokazywał. Jego słowa przelatywały gdzieś obok, skupiałam się na uczuciu spokoju i radości, jakie dawał mi fakt, że mogę trzymać go za rękę, że słyszę jego ciepły głos. Przeznaczenie większości pokoi umknęło mi zupełnie. Zapamiętałam tylko tyle, że wszystko tutaj to jego dzieło. Na początku miał być domek na plaży, ale zmodyfikował ten pomysł, wymyślił skarpę i postawił na niej naszą zaczarowaną Latarnię. To musi być magia, bo chociaż wieża jest ogromna nie ma innego wytłumaczenia na rozkład pokoi, gabinecików, tajemnych skrytek.

Teraz schodzę powoli ze szczytu, drewniane stopnie skrzypią od czasu do czasu. Domowy, przyjazny dźwięk. Co trochę przystaję otwierając niektóre drzwi i zaglądając ciekawie do kryjących się za nimi pomieszczeń. Poza pokojami o typowych zastosowaniach jak kuchnia, łazienka, schowek na meble ogrodowe czy skrytka, która okazała się po prostu szafą pojawiają się zaskoczenia. Jednym z największych pozostaje nasza sypialnia. Całą półkolistą ścianę wypełnia szklana tafla, śpimy w ogromnym oknie. Łóżko jest tylko koniecznym dodatkiem, miejscem, z którego roztacza się nieziemski widok. Idealny kadr ujęty w szybie: bezkresne morze, fale rozbijające się na piasku i jeden jedyny wiatrak z prawej strony. Doskonała kompozycja. Kiedy obudziłam się tu pierwszy raz boso podbiegłam do okna i tkwiłam tak w szarości poranka nie zdając sobie sprawy z upływającego czasu. Wyrwałam się z tego transu dopiero, gdy poczułam jak Kicaj okrywa mnie kocem i delikatnie obejmuje stając za moimi plecami.

-To jest fantastyczne – wyszeptałam.

-Miało takie być, chciałem cię zachwycić – odpowiedział.

Im lepiej poznawałam Latarnię, tym bardziej zachwyt się pogłębiał. Tyle drobnych szczegółów, które zauważałam po pewnym czasie. To, że pozostałe okna w budynku spiralnie ułożone od podstawy do samej góry wieży były zaprojektowane w ten sposób, żeby zawsze wypełniał je któryś z wiatraków. Lampy o dziwacznych kształtach, kafelki w łazience z podobnymi motywami, ale jednak różniące się w detalach, witraże wstawione w niektóre z drzwi, wygrawerowane na oparciach krzeseł maski i symbole. Musiał poświęcić temu wiele pracy. I był niesamowicie utalentowany.

Otwieram jedne z drzwi, które przyciągają moją uwagę biało-czarną szachownicą wypełniającą ich górny panel. Małe pomieszczenie z wąskim okienkiem, oczywiście z widokiem na wiatrak. Pośrodku niski stoliczek i dwie poduszki. Plansza i pojemniki z surowego drewna wypełnione okrągłymi, białymi i czarnymi kamieniami. Przypominam sobie.

-Musisz grać z handicapem, jestem lepszy i takie są zasady – denerwuje się już, ale ja też nie chcę odpuścić. Dlaczego zakłada, że go nie pokonam? Przecież to gra logiczna.

-Nie będziesz mi pomagał, poradzę sobie – odpowiadam usuwając rozstawione czarne z gobanu.

-Jesteś uparta jak muł – wzrusza ramionami – jak chcesz, ale ta rozgrywka nie mu już najmniejszego sensu. Nigdy się nie nauczysz w ten sposób. Poza tym sama filozofia Go została właśnie pogwałcona.

Przegrywam. Ze złości mam ochotę płakać. On dobrze to wie, i to jeszcze bardziej mnie rozwściecza. Razem gramy bardzo rzadko i za każdym razem jest tak samo. Nie rozumiem tej gry a koniecznie chcę zwyciężyć. Nigdy mi się nie udaje, za to zawsze kończy się spięciem.

Uśmiecham się do tego wspomnienia zamykając za sobą drzwi. Pamiętał i o tym, a ten goban rozłożony na stole jest identyczny z tym, który podarowałam mu pod choinkę. Ciekawe, czy w Latarni też będzie tak iskrzyło, jeżeli zaczniemy układać białe i czarne kamienie. Może zgodzę się na handicap. Kolejna scenka z przeszłości zadomowiła się na swoim miejscu.

Schodzę niżej, ten pokój już znam. Tu pracuje. Pełno szkiców porozwieszanych na ścianach i kilka desek kreślarskich, na każdej inny projekt. Jakieś części nieznanego mi przeznaczenia, modele z kartonu, drewna i chyba nawet metalu, wśród nich nasza Latarnia w miniaturze. Porozrzucane przybory kreślarskie i zmięte kartki na podłodze. Kto by pomyślał, że architekt jest takim bałaganiarzem. Kicaj mówi, że tylko wtedy mu się dobrze myśli, jeżeli wokoło panuje twórczy nieład. I kiedy wie, że jestem gdzieś niedaleko. Nie ma go teraz w pracowni, jeden ze stojaków przykryty białym płótnem przyciąga mój wzrok. Przez chwilę walczę z pokusą, żeby podejrzeć co skrywa, ale skoro ma to być niespodzianka to widocznie jeszcze nie czas na nią.

Po przeciwnej stronie moja samotnia. Wiem, że był rozczarowany reakcją, jaką we mnie wywołała. Ale naprawdę nie pamiętam, że to potrafię. Sztalugi i farby. Białe karty, puste blejtramy. Nie mógł mi nic podpowiedzieć, liczył na to, że kiedy tu wejdę sama dojdę do tego co robić. Nie wiem, nie umiem. Zmuszam się, żeby wziąć do ręki paletę i czuję strach. Smutek jakby przenikał z drewnianej płytki wprost przez moją skórę. Obserwowałam Kicaja, gdy szkicuje. Nieobecny uśmiech na jego twarzy, dłoń o szczupłych palcach porusza się szybko, czasami coś do siebie mamrocze. Ale widać, że sprawia mu to przyjemność. Moja pracownia nie budzi we mnie takich uczuć. Nie powiedziałam mu tego, ale przeraża mnie to miejsce, podświadomie kojarzy mi się z bólem i samotnością. Tak bardzo chcę sobie wszystko przypomnieć, ale tego, że jestem malarką wolę chyba nie pamiętać.

Szybko zbiegam na dół. Pomiędzy piętrami metalowe słupki balustrady mają kształt pnących roślin, identyfikuję bluszcz, nasturcję, jest chyba i pachnący groszek. Otwieram kolejne nieznane mi drzwi.

Biblioteka. Regały od ziemi do samego sufitu wypełnione książkami. Na wprost drzwi duże holenderskie okno, co druga szybka to mały witraż. Rozpoznaję czarno-biały namiot cyrkowy, smoka  ziejącego ogniem i medalion z głową wilka. W podłogę wpuszczona jest okrągła kanapa obłożona poduszkami, wpadam w nie tak jakbym skakała do basenu. Przytulne gniazdko, górujące nad głową półki z tej perspektywy zdają się zbiegać do jednego wspólnego punktu. Iluzja. To miejsce wydaje mi się znajome.

-Ale to książka dla dziewczyn, daj spokój – odpycha moją rękę przesadnym gestem. Nie poddaję się.

-Musisz przeczytać, klimat jest taki, że nawet ty się nie oprzesz – podsuwam mu zaznaczony fragment powieści – masz spróbuj tutaj.

-No dobrze, dawaj. Miejmy to za sobą – wzdycha, ale pochyla się nad tekstem.

-Nie dla mnie – stwierdza po chwili – ale fajny pomysł z tym łóżkiem w podłodze, jeszcze nad nim powinno być okrągłe okno. Jak to się nazywa?

-Cyrk nocy – odbieram mu lekturę – perły przed wieprze – dodaję widząc jego rozbawienie wywołane tytułem.

On wszystko pamięta, ze wspomnień zbudował Latarnię. Ile jeszcze drobiazgów mi umyka i nawet nie wiem, że to o nas albo dla mnie? Najlepszy. Podchodzę do regałów, na chybił trafił wyciągam jakąś pozycję, ma podniszczoną okładkę i plamy na karcie tytułowej, chyba kawa. I nagle wiem już wszystko o tej książce, czytałam ją. Zaślubiny patyków. W podnieceniu sięgam po kolejne. Za każdym razem tak samo, pierwsza strona i już znam zakończenie. Zgromadził całą moją bibliotekę. Wszystkie ulubione, zaczytane do granic możliwości, te, które miałam w ręce jeden jedyny raz, te, które miałam ze sobą od dziecka oraz te, które przez lata zdążyłam zgubić, podarować, pożyczyć na wieczne nieoddanie. Każdy tom to wypełniona luka w mojej głowie. Czasem poza treścią pojawiają się twarze rodziców, nauczyciel polskiego, zegarek wskazujący piątą nad ranem, cytat wpisany do szkolnego kalendarza, kojarzona z fabułą piosenka czy obraz. Skarbnica wiedzy o mnie samej.

Kiedy po dłuższym czasie odrywam się od tego niespodziewanego lekarstwa na moją niepamięć słońce powoli chowa się za trawiasty horyzont.  Przez witrażowe okno dostrzegam Kicaja, który stawiając długie kroki spaceruje w kółko środkiem łąki, gestykuluje i chyba mówi coś do siebie. Wygląda jakby prowadził dziwaczne pomiary, zdecydowanie nad czymś pracuje. Uśmiecham się do siebie rozczulona tym widokiem, odkładam trzymaną w ręce książkę na miejsce i po chwili już do niego biegnę. Stęskniłam się. Latarnia zabrała mi kilka godzin, a jeszcze tyle tu nieodkrytych niespodzianek. Muszę wszystko mu opowiedzieć, podziękować za bibliotekę i nieoczekiwaną pigułkę wspomnień. Musimy iść na plażę, nie może być bardziej kiczowatego spaceru jak ten w zachodzącym słońcu brzegiem morza, ale kto się temu oprze?. Muszę go pocałować, a on mnie.

4.

-Ty, patrz, co Oni znów wyprawiają? – Szary trącił Lisa pyskiem niezgrabnie pochylając nad nim długą szyję. Wciąż nie mógł się do niej przyzwyczaić i opanować właściwych ruchów, które nie wyglądałyby tak nieporadnie.

-Zakochują się w sobie na nowo – Lis niechętnie otworzył jedno oko, żeby zobaczyć, co tak naprawdę wyprawia się na plaży. Nie spostrzegł tam niczego aż tak zaskakującego jak można byłoby sądzić po reakcji jego towarzysza. Znów zamknął oczy i przeciągnął się w wygrzebanym wśród wydm grajdołku. Chciał jak najlepiej wykorzystać słoneczną pogodę, czuł w kościach, że nie potrwa już zbyt długo.

-A co ty tak do mnie przemawiasz jakbyś nauczał? – Szary nie dawał za wygraną ignorując pomruki niezadowolenia wydawane przez rudzielca – nie rozmawiasz z Nią tylko ze mną, nie musisz robić przedstawienia. Nieomylny guru myślałby kto. Wytłumacz mi lepiej o co tu chodzi bo kompletnie nie jarzę ich zwyczajów. To jakaś gra?

-Puszczają latawiec młotku – zezłoszczony Lis nie silił się nawet na spokój.

-Co to jest latawiec młotku?

-Latawiec to zabawka a młotek to ty. Tak samo tępy – Lis wykrzywił pysk w złośliwym uśmiechu.

-A walnął ci ktoś kiedyś już? – Szary zaczął podnosić się z piasku.

-Spokojnie, jak byłeś mniejszy to znałeś się na żartach. Latawiec to takie ustrojstwo, które unosi się na wietrze. Jak widać na załączonym obrazku sprawia to wiele radości – wskazał pyskiem scenkę rozgrywającą się poniżej ich kryjówki.

Mężczyzna obejmował stojącą przed nim kobietę pomagając jej w sterowaniu linkami utrzymującymi papierową konstrukcję w powietrzu. Obydwoje co jakiś czas wybuchali wspólnym śmiechem, który niósł się po pustej plaży. Dało się zauważyć, że przyjemność daje im samo przebywanie ze sobą, bliskość i wzajemny dotyk, zabawa to tylko dodatek, przypadkowy rytuał.

-Zwróciłeś uwagę, że spędzają ostatnio ze sobą jeszcze więcej czasu? Choć wydawałoby się, że to już niemożliwe – Szary znów rozsiadł się wygodnie obserwując z zaciekawieniem parę, która dla odmiany zatopiona w pocałunkach kompletnie ignorowała opadający na ziemię latawiec.

-Zakochują się w sobie, mówiłem już – powtórzył Lis, w jego głosie pojawiły się ciepłe nutki – Ona nadal nie pamięta, poznaje go trochę na nowo, trochę sobie przypomina i uczucie powraca.

-A On po tak długiej rozłące nie może się nią nacieszyć – Szary podjął mentorski ton przyjaciela – ta miłość jest nadal świeża. Choć trwa latami. Mają szczęście, ci dwoje, nie każdemu jest coś takiego dane.

-Znasz cenę – Lis poruszył się niespokojnie – czasami mam wątpliwości, czy to jest dobre.

-Niedługo sami zdecydują, nie nasza rola to oceniać. Opowiedz mi lepiej jak jej poszło wczoraj. Widzę, że z tobą obeszła się raczej łagodnie – Szary spojrzał z zazdrością na towarzysza.

-Wybrała siebie, ponownie. Znów maluje, chociaż doskonałość może osiągnąć tylko w jednym przypadku – rudy zwiesił nagle łeb i z rezygnacją zaczął grzebać łapą w piasku.

-Domyśla się?

-Witaj Lisie – uśmiechnęłam się do czekającego na mnie zwierzaka równocześnie wysyłając nieme powitanie w eter. Coraz bardziej podobała mi się ta forma komunikacji, w ogóle wszystko tutaj podobało mi się coraz bardziej. A najbardziej podobał mi się Kicaj.

Wciąż zaskakiwało mnie jak dobrze się z nim rozumiem, czasami wystarczało nam kilka słów, żeby wiedzieć, co drugie z nas miało właśnie na myśli. Nie byliśmy zgodni w stu procentach, to nie tak, wprost przeciwnie, sprzeczaliśmy się o wiele spraw, małych i dużych. Ale mówiliśmy wspólnym językiem, podobnie postrzegaliśmy świat, różnice wynikały bardziej z tego jak podchodziliśmy do pewnych problemów. On był typowym zawziętym nerwusem, ja starałam się zachowywać za wszelką cenę spokój. Kicaj najchętniej zmieniałby to, co mu nie odpowiadało, ja wolałam akceptować i co najwyżej omijać przeszkody. Spacerując po plaży toczyliśmy słowne boje na temat ludzkiej natury, żeby już chwilę potem śmiać się z zupełnie abstrakcyjnych żartów. Dużo czasu spędzałam w jego pracowni. Kiedy szkicował czy przygotowywał kolejny model siedziałam cicho skulona na ustawionej w kącie kanapie podpatrując go a udając, że zajmuję się lekturą. Nie dawał się nabrać, ale wiedziałam, że lubił to moje milczące towarzystwo. Późnym popołudniem rozkładaliśmy się na landrynkowej pufie przed Latarnią. Kicaj kładł głowę na moich kolanach, zamykał oczy i słuchał czytanej przeze mnie opowieści, tak długo jak możliwe było rozróżnianie liter w zapadającym zmroku. A gdy przenosiliśmy się do sypialni, mimo, iż wydawało nam się, że zaśniemy zaraz po przyłożeniu głów do poduszek, w łóżku często zastawał nas świt. Nadal pochłoniętych szeptami, cichym śmiechem, bądź jedynie wpatrywaniem się zachłannie w swoje twarze. Jeżeli nasza przeszłość, z której nadal pamiętałam bardzo niewiele, była choć w połowie tak cudowna jak teraźniejszość, to musieliśmy być najszczęśliwszymi z ludzi. Na pewno w Latarni takimi byliśmy.

-Teraz tak będzie? Po prostu obudzę się i będę wiedziała, że mam się u ciebie zameldować? – spytałam Lisa podchodząc bliżej. Znów spotykaliśmy się nad strumieniem, szum liści nad moją głową mieszał się ze szmerem przepływającej wody. Było tu chłodniej niż na górze, na naszej łące, moje ramiona pokryła gęsia skórka.

-Też się zdziwiłem z jaką łatwością twój umysł dostroił się do panujących tu warunków. Dysponujesz zaskakująco mocną intuicją – usłyszałam znajomy niski głos rozbrzmiewający wprost w mojej głowie.

-No tak, ale mój szósty zmysł nie podpowiada mi co znów czeka mnie w jaskini – odpowiedziałam przykucając obok Lisa.

-Bo to tym razem nie będzie jaskinia, dziś pracujemy tutaj – odparł podchodząc do głazu, który zwrócił moją uwagę już za pierwszym razem. Przede wszystkim ze względu na niespotykanie pomarańczowy mech porastający głaz i tworzący na jego powierzchni dziwne spiralne wzory.

-Połóż na nim dłonie, w tych miejscach – Lis wskazał pyskiem wolne szare przestrzenie pomiędzy jaskrawymi plamami. Pod palcami poczułam chropowaty chłodny kamień a po chwili dziwne szczypanie, jak gdyby niewielkie elektryczne ładunki przepływały po mojej skórze.

-Zastanów się czy warto, czy aż tak to kochasz – usłyszałam jeszcze oddalający się głos mojego przewodnika.

Barwy i kształty. Wokół mnie, wszędzie. Cudowne formy układające się w całość. W fantastyczne pejzaże złożone z na pierwszy rzut oka niepasujących do siebie szczegółów. Jest tu las, w którym drzewa zamiast koron mają kiście rozpostartych parasoli. Łódź znikająca we mgle, w wodzie odbija się niebo, a może ona sunie przez usianą gwiazdami taflę? Mała dziewczynka tańcząca pośrodku malinowego zagajnika, wirująca sukienka składa się z miliona twarzy, im bardziej im się przypatruję tym bardziej są koszmarne. Niewielka sylwetka człowieka ginąca w cieniu potężnego muru, nakłada na jego powierzchnię cienką warstwę tynku, determinacja wobec przytłaczającego ogromu pracy. Wiatraki na tle szarpanych wiatrem chmur. Kobieta stojąca przed lustrem, jej odbicie pokrywają cierniste pnącza wbijające się w jej nagie ciało, mimo, że sama ubrana jest jedynie w obcisła gładką suknię.

Kolejne obrazy przesuwają się przed moimi oczami. Niepokojące wizje, wobec których nie można pozostać obojętnym. Zachwycają mnie w dziwny, przewrotny sposób. Im dłużej im się przypatruję tym więcej zaskoczeń mogę z nich wychwycić. Wśród twarzy tworzących spódnicę dziewczynki jest również jej własne oblicze tylko starsze, przy murze, bardzo daleko pracuje jeszcze ktoś, ledwie widoczny, suknię kobiety pokrywa delikatny wzór, oplatają ją róże. Jestem pod wrażeniem wyobraźni artysty, który stworzył te światy, każdą z tych prac chciałabym mieć na własność. Mam pewność, że wciąż można odkrywać w nich coś nowego, dodawać znaczeń.

W moich dłoniach niespodziewanie pojawiają się pędzel i paleta. Czuję ich fakturę, szorstką powierzchnię drewna, przedmioty układają się w moich rękach jakby od zawsze do nich należały. Spływa zrozumienie. To moje obrazy, ja to potrafię, to jest we mnie. Przypominam sobie.

-Ma pani duży talent moje dziecko. Mogłaby pani wystawiać w największych galeriach – mój promotor spogląda na mnie znad zsuniętych na czubek nosa okularów.

-Ale? Przecież czuję, że czai się jakieś ale, panie profesorze – zaciskam bezwiednie pięści, boję się tego co mogę usłyszeć. Tak bardzo, chciałabym, żeby mi się udało, żeby świat docenił moje prace.

-Brakuje czegoś, mocy, pasji, kropki nad i. Wszystko jest poprawne, ale nie zachwycające – czuję jak krew odpływa mi z twarzy, czy można usłyszeć coś straszniejszego? Poprawne. Który artysta chce być poprawny?

-Kiedy pewnego dnia się pani przełamie, nie będzie miejsca, gdzie nie będą chcieli pani obrazów – mężczyzna kontynuuje bezlitośnie, z typową dla starszych ludzi pewnością, że wszystko już widzieli i mogą szafować wyrokami. Bo to jest dla mnie wyrok. Kocham to co robię i mam tyle do przekazania, tak wiele pomysłów roi mi się w głowie. Ale nie pokażę tego nikomu, nie pozostawię po sobie najdrobniejszego nawet śladu, jeżeli będzie to jedynie poprawne. Najgorsze słowo.

Wspomnienie się rozwiewa, odrzucam trzymane w dłoniach przedmioty. Nie chcę tego, to jest cierpienie. Udręka niezrealizowanej doskonałości. Tysiące szkiców, rysunków, które w moim wyobrażeniu będą idealne, a kiedy będę chciała je oddać na płótnie, stracą blask, będą nieudolnym kserem. Frustracja i bezsilność odbierające chęć do czegokolwiek. Nie potrzebuję takiego talentu. Jednak po chwili znów podnoszę paletę, przyglądam się jej. Czuję niepokój, tak jak wtedy, gdy dotknęłam jej w stworzonej przez Kicaja pracowni. Z tą drewnianą płytką związany jest strach. Ponownie wraca do mnie przeszłość.

Stoję na wprost płótna opartego o ustawioną na środku pokoju sztalugę. Jestem blada, potargane włosy i podkrążone oczy, wyglądam jakbym właśnie wyszła z długotrwałej, wycieńczającej choroby. Z nienawiścią spoglądam na białą wolną przestrzeń, zaciskam palce na pędzlu tak mocno, że jeszcze chwila i pęknie mi w dłoni. Podchodzę bliżej i kładę pierwszą warstwę farby, potem kolejną i następną. Pracuję z zawziętością, w jakimś szalonym amoku, nad niczym się nie zastanawiam. Obraz wprost z mojego umysłu przepływa bezbłędnie przez palce na płótno, bez chwili zawahania, doskonale wiem, co i jak powinnam namalować. Kiedy kończę, nie mam wątpliwości, że właśnie nastąpił przełom, o którym kiedyś mówiono mi na uczelni. Ocieram twarz rozmazując farbą spływające po policzkach łzy. Nie ma we mnie radości, chociaż właśnie skończyłam swój pierwszy wielki pejzaż, otwierający serię prac, o których zrobi się głośno. Dlaczego to tak boli?

Odrywam dłonie od kamienia, po skórze nadal przepływają elektryczne wyładowania, dostrzegam drobne niebieskie iskierki rozbłyskujące pomiędzy moimi palcami. Zaczepiona o prawy kciuk paleta przypomina natarczywym ciężarem, że przecież wcześniej jej tam nie było. A więc jestem malarką, i to cholernie dobrą.

-Czyli jednak – Lis przysiada tuż obok, w jego zielonych oczach nie widać zadowolenia.

-Nie rozumiem – powoli podnoszę się z ziemi, czuję się wyczerpana, przepuszczona przez wyżymaczkę.

-Wybrałaś to – trąca nosem dyndającą w mojej ręce paletę.

-Nie wiem, mam mieszane uczucia, nic tam nie było dobrego ani niemoc ani zdolność – upuszczam przedmiot na trawę. Na palcu pozostaje odciśnięty ślad drewnianego oczka.

-Doprawdy? – Lis nie wydaje się przekonany. Ma rację. Mimo wszystkich złych emocji, jakimi wypełnione było to wspomnienie najważniejsze jest to cudowne uczucie spełnienia, kiedy potrafię idealnie przelać na płótno kłębiące się w moim mózgu wizje. W moich myślach pojawił się Kicaj. Jego nieobecny uśmiech, gdy pochylony nad deską kreślarską dopracowuje kolejny projekt. Duma, z jaką pokazuje mi swój następny niesamowity pomysł. Też tego chcę, pasji, która napędza, daje satysfakcję. I chcę móc go również zachwycić, tak samo jak on wprawia swoim talentem w osłupienie mnie. Mój najlepszy obraz będzie dla Niego.

Podnoszę z ziemi paletę, przyciskam ją do piersi. Nie muszę nic mówić, Lis ze zrozumieniem kiwa łbem. Mam wrażenie, że moja decyzja go zasmuciła.

5.

-Nie!!! Wracaj!!!  – nie odwracam się do biegnącego za mną Kicaja, nadal wytrwale idę w kierunku zbliżającego się w moją stronę tornada. Powietrze jest duszne, drobinki piasku unoszące się w powietrzu uderzają mnie w twarz, kłują i zmuszają do mrużenia oczu. Mimo to czuję przymus, coś nieokreślonego przyciąga mnie do wirującego cyklonu. Chcę zobaczyć go z bliska, może nawet od środka. Przecież nic mi się nie stanie, nie na naszej plaży, nie w tym miejscu. Podejdę tylko na chwilę.

-Nie rób tego! – dopędził mnie, złapał za rękę i przyciągnął do siebie – Zatrzymaj się, proszę – przerażenie w jego twarzy, strach w oczach każe mi się opamiętać.

-Nie wchodź tam, proszę Najlepsza – przytula mnie do siebie, mocno obejmując ramionami. Kryję twarz w miękkim materiale jego bluzy, pod powiekami czuję łzy. Wydaje mi się, że to od wciskających się wszędzie ziarenek piasku, ale nie mam pewności. Kicaj gładzi mnie po włosach, czuję jak drży, naprawdę się boi.

-Wracajmy – udaje mi się zebrać w sobie na tyle, żeby mój głos nie zdradził jak bardzo jestem roztrzęsiona. Odwracamy się plecami do wciąż czekającego na mnie tornada i nie zaszczycając go już spojrzeniem ruszamy w powrotną drogę do naszej Latarni. Mijamy wiatraki, których śmigła obracają się w szaleńczym tempie przypominając, że zjawisko na plaży nie było jedynie moim wymysłem.

-Co się dzieje Najlepsza? – Kicaj delikatnie wyjmuje z moich palców pędzel. Dopiero wtedy orientuję się, że stoję tak od dawna, z ręką zawieszoną nad płótnem, bezmyślnie wpatrzona w ledwie zarysowany widok.

Po ostatnim spotkaniu z Lisem zaczęłam malować. Po prostu weszłam do przygotowanej dla mnie pracowni, ustawiłam płótno na sztaludze przy oknie i spróbowałam. W głowie mam gotowy obraz: zielone pnącza wijące się w agresywnym nieładzie, ich liście mają ostre jak brzytwa krawędzie, pędy zakończone są szczerzącymi zęby paszczami. I w samym środku ruda lśniąca plama. Mój opiekun spokojnie siedzący pomiędzy zabójczymi roślinami, ich władca o zielonych ślepiach. Spojrzenie, które nie daje pewności, jaka będzie decyzja: zostawcie ją w spokoju czy pożryjcie? Niestety odzwierciedlenie mojej wizji jest dalekie od ideału, ciągle coś poprawiam i koryguję nie mogąc trafić we właściwy odcień, nieudolnie próbuję uzyskać wrażenie pełzającego niebezpieczeństwa. Męczę się. Wiedziałam, że tak będzie, a jednak chciałam do tego wrócić.

Ale nie to mnie martwi. Z całych sił próbuję przypomnieć sobie, co pomogło mi się przełamać, wyzwolić w sobie pełnię możliwości. Nie mogę odnaleźć właściwego tropu, dotrzeć do sedna. Rośnie tylko we mnie poczucie bezradności i strach, przed tym co odkryję. Niejasne przeczucie, że rozwiązanie tej zagadki będzie bolesne i złe. Boję się.

-Co się dzieje Najlepsza? – Kicaj powtarza pytanie, sadzając mnie na kanapie w swojej pracowni. Nawet nie wiem, kiedy przeszliśmy na drugą stronę klatki schodowej. U niego jest cieplej, dopiero teraz czuję jak bardzo zmarzłam – Najpierw tornado a teraz to? – troska w jego głosie każe mi skupić się na tej rozmowie. Nie powinnam mieć przed nim tajemnic.

-Chyba jestem coraz bliżej, niedługo sobie przypomnę – mówię półgłosem wbijając wzrok w nasze splecione dłonie – i czuję, że jest wiele niedobrych rzeczy, które wtedy wrócą, ty to wiesz.

-Zawsze jest jakiś ból i cierpienie, nie można żyć inaczej – siada koło mnie, opieram głowę o jego ramię, po chwili czuję jak chowa twarz w moich włosach. Siedzimy dłuższą chwilę w milczeniu, wsłuchuję się w równe bicie jego serca. Bezpieczeństwo.

-Kiedy pojawiło się pierwsze tornado? Jakiś miesiąc temu? – przerywam ciszę.

-Coś koło tego, kilka dni po tym jak puszczaliśmy latawiec, pamiętasz? – stara się brzmieć beztrosko, ale wyczuwam jego niepokój. Wciąż brakuje mi wspomnień, a jednak znam go tak dobrze.

-Wtedy obserwowaliśmy je z sypialni. Piękne i straszne jednocześnie wędrowało brzegiem morza, jak gdyby było na spacerze. Wiesz, co mi wtedy powiedziałeś?

-Że to jest rozwiązanie wszystkiego, tak stwierdził kiedyś Królik.

-Właśnie. Za każdym razem, kiedy się pojawiają, jestem przekonana, że są tu po mnie, może nawet po nas. Wzywają mnie. Nie zrozum tego źle – staram się szybko wytłumaczyć mój tok myślenia – wiem, że z nikim i nigdzie nie mogłabym być szczęśliwsza niż z tobą tutaj. To nie ma być ucieczka. Bardziej wyzwolenie z tej obezwładniającej niepamięci.

-Rozumiem – odzywa się półgłosem, mam pewność, że tak jest. To jest właśnie to co wiąże mnie z Kicajem najmocniej. Najsolidniejszy z możliwych fundamentów. Zrozumienie, akceptacja tego jacy jesteśmy, a dzięki temu bezgraniczne wprost zaufanie. Najpierw przyjaciel a potem kochanek.

 -Ale to chyba jeszcze nie czas na takie kroki – kontynuuje po chwili – Nie znam powodów, dla których przychodzą  tornada, wiem za to, że gdybyś dziś podeszła bliżej to ta trąba powietrzna by cię zabrała, na zawsze. Nie chcę cię stracić, nie mogę. Przypomnisz sobie Najlepsza, sama czujesz, że to już niedługo. I wtedy wiele się wyjaśni, a ja będę obok i przez te gorsze rzeczy przebrniemy razem.

-Przepraszam, zgłupiałam dziś – mam wyrzuty sumienia, egoistyczny postępek, jak mogłam tak go przestraszyć – wydawało mi się, że jeżeli dotknę tego wirującego powietrza, poczuję je na skórze, to mi pomoże.

-Wiem, naprawdę rozumiem, ale proszę cię – odsuwa się ode mnie, tak aby móc spojrzeć mi w oczy – obiecaj mi, że z kolejnym takim pomysłem przyjdziesz najpierw do mnie. Obiecaj.

-Obiecuję Najlepszy – zwracam się tak do niego pierwszy raz odkąd tu jestem. Żółte i brązowe plamki w jego tęczówkach zalśniły radością – a na dowód, że już zawsze pierwszy dowiesz się ty: jutro rano idę do Lisa, będzie czekał.

Śnieg. Ostatnia rzecz jakiej bym się spodziewała w tym miejscu. Zupełnie nie pasuje ani do morza, ani do Latarni, ani do łąki. Z Lisem spotkałam się tam gdzie zawsze, ale bez zbędnych wstępów, kazał mi iść za sobą. Ruszyliśmy wzdłuż strumienia przedzierając się przez porastające brzeg wysokie trawy. Z czasem zarośla zaczęły się przerzedzać, potem zastąpiły je skarłowaciałe krzaczki. Potok zmienił się najpierw wąską stróżkę wolno płynącej wody żeby następnie zniknąć zupełnie. I nagle z takiego półjesiennego krajobrazu wpadliśmy od razu w pełną ostrą zimę. Nieskalana biel jak sięgnąć okiem. Lis zatrzymał się oznajmiając, że to cel naszej wędrówki.  Teraz będziemy czekać.

Czekam. Zimno, drżę w swojej lekkiej letniej sukience, na pewno nie pomaga też, że jestem boso. Tkwię we wciąż powiększającej się zaspie, śnieg pada nieprzerwanie. Miękkie białe płatki osiadają mi na rzęsach, włosach, policzkach, zamieniam się w lodową figurę. Mam zamarznąć tu na śmierć, zginąć? Czuję zmęczenie i senność, oznaki hipotermii. Ruda sylwetka mojego przewodnika zaciera się i traci ostrość. Odpływam w szumy i szmery w mojej głowie.

Zaczynam rozróżniać głosy, kobiece i męskie, dziecięce i należące do starszych osób. Staram się wychwycić pojedyncze zdania. Kiedy mi się udaje w moim umyśle otwiera się odpowiednia szufladka, znajome wydarzenie i sytuacja wracają do mojej pamięci. Ktoś tak kiedyś o mnie powiedział.

-Nie chcę się z nią bawić, ona psuje zabawki, bo ciągle sprawdza co mają coś w środku.

-Dlaczego twój las jest niebieski a ziemia czerwona? Co to znaczy, że drzewa wypiły całą wodę z okolicy?

-Moja kolej! Gdyby koleżanki zamieniły się w chłopaków, z kim chciałabyś chodzić? Ale mi się pytanie trafiło. Z tobą, ty byś była Najlepsza.

-A ja myślę, że ty specjalnie piszesz ołówkiem, żeby nikt nie mógł od ciebie skserować notatek.

-Jeżeli pozwolisz ludziom tak po sobie deptać to niczego w życiu nie osiągniesz, musisz być asertywna.

-Nigdy nie wiem czy akurat żartujesz, czy nie. Ironia? Tego też nigdy nie mogę rozpoznać.

-Chciałbym ci kogoś przedstawić, to dość niecodzienna osoba. No co: „przestań”, przecież tak jest, i dlatego warto cię znać.

-Ale przecież przyjdą do ciebie przyjaciele, urządzisz jakąś imprezę, musisz mieć zastawę na więcej jak dwie osoby. Jak to nie masz przyjaciół?

-I to jest twoja dewiza? Nie płacą ci za to żeby cię lubili? Nie rozumiem cię w ogóle.

-Wiem, że się powstrzymujesz, że mogłabyś być o wiele bardziej złośliwa. Nie próbuj tego, i tak jest ciężko.

-Nie jestem pijany i wiem co chcę powiedzieć, za nikim bym w ogień nie poszedł ale za tobą tak. A wiesz czemu? Bo jesteś szczera, przywalisz między oczy, ale nie będziesz kluczyć jak te dwulicowe świnie. I co z tego, że słyszą? Sama prawda!

-Dziwna jesteś, jak można bać się zamówić pizzę przez telefon?

-Nie lubię w jaki sposób ucinasz te wszystkie drobne rozmowy, jak na przykład ktoś zaczyna: „wiesz?” to ty koniecznie musisz odpowiadać: „nie, nie wiem i chyba mi z tym dobrze”? Przecież to niegrzeczne.

-Nie można ci odmówić inteligencji, poradzisz sobie i w tej pracy.

-Widzisz? To ta babka co mieszka u mnie w kamienicy, mówiłam ci. Widziałeś jej obrazy? Na trzeźwo to chyba nie było robione.

Otwieram oczy. Stoję po kolana w zaspie, śnieg przestał padać a zza chmur wyjrzało słońce. Przestałam odczuwać to przenikliwe zimno. Lis siedzi bezpośrednio przede mną, rude lśniące futro wśród połyskującego białego pola.

-A teraz wybieraj – krótkie polecenie.

-Ale co? – nie bardzo rozumiem, czego ode mnie oczekuje.

-Spójrz na dół – rzeczywiście, do moich otoczonych białym puchem nóg biegną promieniście różnokolorowe linie. Śnieg w tych miejscach jakby jarzył się dodatkową poświatą, widoczną nawet w pełnym słońcu.

Dotykam delikatnie niebieskiej szerokiej ścieżki i już wiem, co oznacza. To samotność w tłumie, niby wśród ludzi a odstaję. Przesuwam palce do kolejnego koloru. Fioletowy – poczucie odrębności, niezależności od opinii innych, czerwony – rozum przed sercem, brązowy – szczerość. Orientuję się, że szerokość linii oznacza natężenie danego pojęcia, jeżeli naciskam barwę ręką pasek zwiększa objętość. Spoglądam na Lisa, szukając w jego ślepiach potwierdzenia, czy dobrze zrozumiałam.

-Dokładanie – potwierdza – to jesteś ty w pierwiastkach, możesz dokonać kilku zmian. Wybrać. Nie muszę dodawać, żebyś zachowała ostrożność.

Kiwam głową i najpierw starannie poznaję wszystkie opcje. Znajduję między innymi opanowanie, dziwactwa, wyobraźnię, cynizm, egoizm. Kiedy zaczynam manipulować wielkością promieni, okazuje się, że niektóre są ze sobą skorelowane. Decydując się na odrębność muszę pogodzić się z samotnością, wybierając szczerość patrzę ze smutkiem jak zmniejsza się żółty segment nawiązywania relacji. Zadanie staje się jeszcze trudniejsze. Ostatecznie robię tylko kilka korekt bazowego ustawienia. Na samym końcu dotykam czarnego już i tak szerokiego paska powiększając go jeszcze trochę – złośliwość. Mój niebieski odcinek i tak nigdy nie był zbyt znaczący, a tak przynajmniej pomarańczowa ścieżka odporności zyskała kilka dodatkowych milimetrów.

-Skończyłam – melduję Lisowi, gdy jestem pewna, że już niczego nie chcę poprawiać ani zmieniać. Nie jestem całkowicie zadowolona z efektów, ale to wynika przede wszystkim z puli cech, jakie miałam do dyspozycji. Moja osobowość w tak prosty sposób rozłożona w białym nieskalanym śniegu nie powala bogactwem ani pięknem. Wydaje mi się, że to jak na nią wpłynęłam, też do końca na dobre mi nie wyjdzie. Jednak to mój świadomy wybór, spodobały mi się niekoniecznie pozytywne cechy.

-Hmm, coś mi się widzi, że jak się spotkamy ponownie, to będę trochę inny – rudzielec obchodzi mnie dookoła przystając co pewien czas i trącając nosem kolorową linię, która go akurat zainteresowała – ale chyba obędzie się bez spektakularnych metamorfoz.

-Co masz na myśli? – znów nie wiem o czym mówi.

-Zobaczysz – zaśmiał się cicho – a teraz wracajmy, wystarczy zimy. Mam zamiar powygrzewać się na plaży, słońce zdecydowanie bardziej mi odpowiada niż taki syberyjski klimat. A dla ciebie Kicaj ma niespodziankę.

-Jak to? Skąd wiesz? Jaką? – gdybym mogła to chyba zaczęłabym podskakiwać w miejscu, na szczęście dla mojego wizerunku śnieg nadal więzi mnie w zaspie.

-To jego prezent, sam ci wyjaśni. Chodźże wreszcie, bo mi ogon odmarza – i nie czekając aż wygrzebię się z pułapki rusza przed siebie dumnie kołysząc rudą kitą.

6.

-Nie podglądaj – Kicaj ostrożnie prowadzi mnie za rękę, ciasna opaska zasłania mi oczy i choć wiem, że idziemy płaską jak stół łąką wciąż wydaje mi się, że zaraz o coś się potknę i upadnę.

-Nic nie widzę jak mogę cokolwiek podejrzeć – w odpowiedzi słyszę jego zadowolony śmiech.

Kiedy wróciłam z lisiej wycieczki nie pozwolił mi wychodzić z Latarni, wymógł na mnie taką obietnicę i w ten sposób właściwie cały kolejny dzień spędziłam dopracowując rozpoczęty pejzaż. Wciąż nie jestem z niego zadowolona, ale czuję, że już niedługo, jeszcze jakiś drobny detal, korekta światła bądź barwy w otaczającej rudą plamę zieleni i będę mogła postawić w prawym dolnym rogu swój ideogram. Przypomniałam sobie o nim niedawno, mój symbol, sygnatura. Nie wiem czy odnosi się do imienia czy przezwiska, wiem, że oznacza cierń i zawsze podpisywałam nim swoje prace.

-Stań tutaj – czuję ręce Kicaja na biodrach, elektryczny dreszcz przebiega po moim ciele, przyjemnie. Rozwiązał opasującą moją głowę tasiemkę, wstążka powoli opada na ziemię, a ja głośno nabieram powietrza do płuc, nie jestem w stanie wydobyć z siebie głosu. Zbudował fontannę. Tylko nie zwyczajną, taką, którą można spotkać w parku czy ogrodzie. Nawet nie jedną z tych niezwykłych, które widuje się na pocztówkach czy w albumach, z wymyślnymi posągami i ozdobnikami. Stworzył coś, co wymyka się znanym mi przymiotnikom, dzieło sztuki.

Fontanna jest ogromna, cała z białego kamienia z umiejętnie ukrytymi konstrukcjami ze szkła i praktycznie niewidocznego metalu. Basenu otoczonego niskim ażurowym murkiem, w którego prześwitach ledwie zauważalnie błyszczą szybki nie wypełnia jeszcze woda. Znad krawędzi wystają fragmenty rzeźb: liście dziwacznych roślin, rybi ogon o szerokiej płetwie, drobna kobieca dłoń, konar drzewa. Wprost przede mną zaczyna się podest, płaskie kamienne talerze prowadzące jak stopnie w górę. Bo Fontanna pnie się również wzwyż. Ostatnie promienie słońca odbijają się od zamontowanych spiralnie szklanych instalacji nieodgadnionego przeznaczania tworzących kilkumetrową iglicę pośrodku budowli.

-Gotowa? – Kicaj ujmuje moją dłoń i spogląda wyczekująco w oczy. Skinęłam głową, nadal nie jestem zdolna wykrztusić ani słowa. Rozlega się szum wody, a my zaczynamy wchodzić po białych płytach. Strumienie wypływające tuż spod ich krawędzi wypełniają zbiornik, konstrukcja jeszcze bardziej zaczyna przypominać schody. Ścieżka zaprojektowana jest tak, aby z każdym krokiem pojawiały się kolejne szczegóły widoczne tylko z tego i wyższego poziomu. Jak w skomplikowanej wycinance coraz to nowe warstwy nakładają się na siebie uzupełniając obraz o idealnie dopasowane elementy. Pod naszymi stopami zdają się przepływać kamienne ryby i najady, na powierzchni unoszą się wyrzeźbione liście i kwiaty, wokół wyrastają wodne dmuchawce i drzewa. Mniej więcej w połowie drogi otoczają nas kurtyny spadających w synchronizowanym rytmie kropli, mam uczucie jakbym szła przez gwałtowny letni deszcz nie moknąc w nim, a jedynie wsłuchując się w jego dźwięk. Po pokonaniu kilku kolejnych stopni ulewę zastępują cyklony. Zamknięte w szklanych tunelach nieprzerwanie obracające się wiry otoczone spiralami drobnej wodnej mgiełki podnoszą się i opadają naprzemiennie. Aleja tornad.

W końcu docieramy na szczyt, wstępujemy na największy, ostatni biały kamień, gdzie ukazuje się zamykający całość detal. Światło zapalającej się właśnie latarni przeszywające w równych odstępach strumienie, strugi i krople wody rozszczepia się w przemyślnie poukrywanych pryzmatach obejmując nas siatką różnokolorowych promieni. Fontanna jest kompletna.

Odwracam się do Kicaja. Patrzy na mnie z łagodnym uśmiechem, czułym gestem odgarnia wilgotny kosmyk włosów z mojego policzka.

-To jest… ja… ty… – zaczęłam dukać nie potrafiąc znaleźć właściwych słów, żeby opisać zachwyt nad pięknem i doskonałością, które zaprojektował i zbudował. Zdaję sobie sprawę, że nigdy nie zdołam tego odpowiednio wyrazić, zamiast tego ujmuję jego dłoń i zbliżam do swoich ust.

-Aż tak? – pyta zaskoczony. Kiwnęłam głową. Przygarnia mnie do siebie i tuli gładząc po włosach.

-Najlepsza, gdyby nie ty nie potrafiłbym tak – szepnął wprost do mojego ucha – każdą najdrobniejszą rzecz rysowałem myśląc o tobie. Zawsze. A Fontanna przyszła do mnie, kiedy w końcu się tu pojawiłaś. Przyniosłaś ją ze sobą. Kim ja bym bez ciebie był?

-Kocham cię – znajduję w sobie odwagę, żeby w końcu to powiedzieć. Zapewne słyszał już ode mnie te słowa, w tej części naszego życia, której nadal nie pamiętam. Ale teraz czuję to tutaj, w tym dziwnym zaczarowanym miejscu na nowo. Do tego mężczyzny, który właśnie mnie obejmuje, który biega ze mną po plaży, śmieje się z moich głupich żartów, przykrywa mnie kocem, kiedy usnę w kącie jego pracowni a potem zanosi do naszej sypialni.

-Kocham cię – powtórzyłam podnosząc na niego spojrzenie. Słucha w milczeniu – tu i teraz, nie przeszłość i przekonanie, że tak kiedyś było. Kocham cię, bo jesteś Najlepszy.

Nic więcej nie zdążyłam powiedzieć, zamknął mi usta pocałunkiem. Stoimy na najwyższym poziomie Fontanny pośród szumiącej i przelewającej się wody całując się zapamiętale, tak jak można tylko po tym, gdy wyzna się komuś miłość. Nie chcę na tym poprzestawać. Prowadzę go za rękę ku kamiennym stopniom a potem w kierunku Latarni, tam gdzie czeka na nas łóżko z niesamowitym widokiem na morze.

Pierwsze co zobaczyłam po przebudzeniu to zielone oczy Kicaja wpatrzone we mnie. Leżał na boku, głowę opierał na zgiętej w łokciu ręce i przyglądał mi się z delikatnym uśmiechem.

-Cześć – odezwał się szeptem – jesteś piękna, wiesz?

-A ty Najlepszy – również starałam się mówić cicho, nie chciałam psuć tego momentu. Tak dobrze było obudzić się obok niego, mieć go tak blisko i tylko dla siebie. Móc go kochać bez przeszkód. Nie miało już dla mnie znaczenia, czy będę pamiętać, czy wróci do mnie przeszłość. Szczęście było na wyciągnięcie ręki, żółte i brązowe plamki połyskiwały w jego tęczówkach.

Pochylił się w moją stronę i pocałował. Najpierw leciutko musnął moje wargi jakby drażniąc się ze mną, z niewielkiej odległości spojrzał mi w oczy i uśmiech zaigrał mu na ustach. Ponownie mnie pocałował, ale tym razem tak, że zabrakło mi tchu. Przyciągnęłam go do siebie, znów chciałam poczuć ten cudowny dreszcz, który na całym świecie potrafił u mnie wywołać tylko ten jedyny mężczyzna. Dotykaliśmy się zachłannie, pragnienie było wszechpotężne. Zatopiliśmy się w sobie, w osiąganiu i dawaniu rozkoszy. Odchyliłam do tyłu głowę i zanim całkowicie odpłynęłam w ekstazę usłyszałam swój głos wypowiadający jego imię. Jego prawdziwe imię, które przecież znałam od zawsze.

-Przykro mi, ale szanse są niewielkie – lekarz siedzący za biurkiem unika mojego wzroku.

-… przyjmij tę obrączkę jako znak mojej miłości i wierności… – wsuwam złoty krążek na jego palec.

-Nie zostawiaj mnie – potrząsam bezwładnym ciałem leżącym na łóżku.

-Ja też cię kocham Najlepszy – krople deszczu łomoczą w napięty materiał namiotu, ogrzewamy się wzajemnie wciśnięci w jeden śpiwór.

-Będzie dobrze Najlepsza, przecież ja się nie dam – delikatnie ściska moją dłoń, ale otucha nie przychodzi. Boję się.

-To jest świetne, fantastyczny projekt. Jestem najdumniejszą żoną Najlepszego architekta – przyciąga mnie do siebie i całuje w policzek.

-Zostawcie mnie, nie chcę was tu. Jego już nie ma, i mnie też nie powinno już być, rozumiecie? – wykrzykuję prosto w zatroskane twarze rodziców, trzaskam drzwiami i wybucham płaczem.

-No jak to z jakiej okazji? Dziś Dzień Królika! Znów zapomniałeś, a to twoje święto przecież. Czy podoba ci się to przezwisko czy nie, ja uważam, że pasuje – podaję mu zapakowany w kolorowy papier prezent. Długo szukałam odpowiedniej miniaturki, przyleciała z Amsterdamu. Latarnia z Albino Point.

-Musi się pani otrząsnąć, niech pani spróbuje wrócić do malowania. To będzie dobra terapia – słucham nieuważnie, rodzina zmusza mnie do tych wizyt.

-Wiesz, wciąż się zastanawiam. Gdyby nie ten jeden wieczór i jeden wspólny znajomy nigdy bym cię nie spotkała, przecież to szaleństwo. Bez ciebie mnie nie ma – słyszę jak śmieje się rozbawiony, przytula mnie w ciemności i całuje w czubek głowy. Naprawdę tak uważam.

-Dziękuję za uznanie i to wyróżnienie. Chciałam dedykować nagrodę tak jak wszystko Najlepszemu – kończę krótkie, pewnie niezrozumiałe dla wielu przemówienie i opuszczam salę, zdziwaczałym malarkom wiele się wybacza.

-Nie żyjemy – stwierdzam spokojnie. Zupełnie mi to nie przeszkadza, właściwie to wreszcie jest tak jak powinno być. Jesteśmy razem, a ja rozumiem dlaczego i gdzie.

-Coś w tym stylu – mówi mi do ucha, stoimy objęci na tarasie trzeciego piętra. Morze jest dziś niespokojne, spienione fale zawzięcie atakują wybrzeże – Wiedziałem, że w końcu sobie przypomnisz, mimo, że Królik uważał, że może być różnie.

-A ty pamiętałeś od początku? – pytanie, które chciałam zadać od dawna, teraz mógł mi odpowiedzieć.

-Nie, też przychodziło powoli. Zawsze czułem, że cię kocham, tylko nie wiedziałem kim jesteś – odparł zamyślony – Królik bardzo pomógł, te próby czy sprawdziany również. Wracały drobiazgi. Tak jak i u ciebie. Kolor oczu, twój ulubiony szalik, plansza do Go. I scenki, pamiętasz kłótnie o taksówkę?

Zaśmiałam się, rzeczywiście, było coś takiego. Nigdy nie mogłam go przekonać, że skoro już wraca późno to niech nie kusi losu. Najczęściej kończyło się odprowadzaniem „przez telefon”. Rozmawialiśmy przez całą jego powrotną drogę, większość czasu wykłócając się czy taksówka była konieczna czy nie.

-Uwielbiałam te nocne słuchowiska. Pamiętasz jak kiedyś stałeś już pod naszym blokiem, ale dalej się nie rozłączyliśmy, a ty nie wchodziłeś, bo temat był za ciekawy, żeby przerywać?

-Głupek ze mnie był, zamiast marnotrawić czas na gadanie, trzeba było jak najszybciej znaleźć się z tobą w łóżku – cmoknął mnie w ucho –Nawet nie wiesz jak mnie to cieszy, że znów mamy wspólną przeszłość.

-To dobre i złe równocześnie. Tak bardzo za tobą tęskniłam, kiedy umarłeś, życie bez ciebie koszmarnie bolało. Lepiej było tego nie pamiętać – wtulam się w niego, nie czuję już wesołości. Teraz, kiedy wróciły wspomnienia pojawił się i strach. Nie chcę go stracić.

-Wiem. Mnie zabijało czekanie na ciebie. Czułem, że tu trafisz, a pewność przyszła z pojawieniem się wiatraków. Myślami byłaś ze mną stale, budowaliśmy to miejsce razem, nawet jeśli ty nieświadomie. Mijały dni a ciebie nie było, wariowałem.

Odwróciłam głowę i pocałowałam go. Każde z nas w jakiś sposób cierpiało bez drugiego. To oczywista prawda, ale im coś jest szlachetniejsze, bardziej wartościowe tym większa rozpacz, kiedy już tego nie ma. Z drugiej strony, to co mieliśmy warte było wysokiej ceny, bez chwili zawahania zapłaciłabym ją ponownie.

-Kocham Cię Najlepszy.

Zamilkliśmy wpatrując się w rozszalałe nagle morze. Kolejny sztorm. Nawałnice zdarzają się coraz częściej, za chwilę znów pojawią się trąby powietrzne, śmigła wiatraków już nabrały takiej prędkości, że były jedną drgającą plamą. Niespodziewanie nabieram pewności, że musimy spotkać się z Lisem. I z Królikiem. Ostatnia próba.

7.

Nie musieliśmy iść zbyt daleko, zaraz przed wejściem do Latarni czekał Lis. I Królik? Kicaj był równie zaskoczony jak ja, chyba nie widział swojego opiekuna od dawna i nie takiego widoku oczekiwał. Dopiero kiedy dokładniej się przyjrzałam zauważyłam jakiekolwiek królicze cechy. Ograniczały się praktycznie do ogona i uszu. Cała reszta była niekwestionowanie czymś innym. Była Żyrafą.

-Nieładnie się tak gapić, nie uczyli w domu? – usłyszałam w głowie nieznajomy głos, był jakby zachrypnięty i szorstki. I nie zabrzmiał przyjaźnie. Kicaj szybko przeniósł spojrzenie na Lisa, widocznie przekaz był dla nas obojga.

-Wybacz, nie tak sobie ciebie wyobrażałam – próbowałam usprawiedliwić swoje zachowanie.

-Nie tłumacz mu się, jest nie w sosie, po drodze zaplątał się w gałęzie – Lis zachichotał złośliwie, ale zaraz spoważniał zgromiony wzrokiem przez szarego olbrzyma.

-Może przejdźmy do rzeczy, co? Czasu nie ma za wiele, siadajcie, czujcie się jak u siebie – nazywana Królikiem Żyrafa przysiadła już na zadzie przed naszą ukochaną pufą. Zajęliśmy miejsca. Pierwszy odezwał się Lis.

-Wiemy, że sobie przypomniałaś i oboje już rozumiecie, przynajmniej w jakiejś części, co stało się waszym udziałem. Jesteśmy tu z Szarym żeby wyjaśnić jeszcze kilka spraw, odpowiedzieć na wasze pytania. I zadać to ostateczne. Ale po kolei.

-Kim wy tak naprawdę jesteście? – Kicaj wyrwał się pierwszy i został obdarzony karcącym spojrzeniem przez oba zwierzaki.

-Spokojnie, pozwólcie nam mówić. Jeżeli potem jeszcze coś będzie niejasne to zapytacie – głos Szarego nie dopuszczał żadnego sprzeciwu. Dał nam chwilę na przybranie wygodnych pozycji. Usiadłam opierając się o klatkę piersiową Najlepszego, on objął mnie w pasie. Wydawało mi się, że na ten widok Szary rozpogodził się w końcu, i kiedy znów się odezwał zniknęły wyczuwalne dotychczas nutki irytacji.

-Zacznijmy od tego, że nie spotykamy się po raz pierwszy. Wasza historia nie jest najdłuższa z mi znanych, ale zdążyliście ją powtórzyć już kilka razy. Nie pamiętacie tego i nie będziecie, to niczego by wam nie ułatwiło ani w niczym nie pomogło. Musicie zaufać moim słowom, że zawsze jest podobnie. Wasza miłość kosztuje i nie jesteście z tych, co żyją długo i szczęśliwie.

-Uprzedzając pytania – wtrącił się Lis – nie mamy pewności, ale wydaje nam się, że można to zmienić. Kwestia wyborów, zaraz z resztą do tego przejdziemy, ale jakaś specyficzna kombinacja decyzji, przypadków mogłaby odwrócić wasz los. Tylko pamiętajcie, trudno przewidzieć, co jeszcze uległoby zmianie.

-Właśnie, próby miały wam to uzmysłowić. Ja ci o tym wspomniałem nad jeziorem a Rudy w jaskini: wszystko sprowadza się do wyboru. Oboje byliście zmuszeni decydować, wybierać właśnie, nie mając pewności czy robicie dobrze, czy to właściwe rozwiązanie. Tak jest zawsze, i tu i kiedy szukacie się wśród żywych.

-Czasem macie większy wpływ na swoją przyszłość, czasem żaden. Czasem możliwe jest wycofanie się z błędu, ale o wiele częściej jest na to za późno – Lis podjął przerwany wątek – Nie mamy też recepty ani instrukcji, którą moglibyśmy wam przekazać, a która zapewniłaby wam sukces, szczęście, spokojne życie. To jak wam się ułoży tym razem to wypadkowa miliona zdarzeń, przypadków i oczywiście waszych wyborów. W tym miejscu, które stworzone jest z waszej wyobraźni, z waszych myśli o sobie nawzajem dokonaliście już pewnych zmian, które będą miały znaczenie dla waszego następnego spotkania. Zmian niewielkich, jak i całkiem sporych – Lis wymownie spojrzał na Szarego, który udał, że z zainteresowaniem obserwuje przemykające po niebie obłoki. Nawet nie ukrywał, że czuje się obrażony.

-Weź, nie strój fochów – skarcił go rudzielec.

-Łatwo ci mówić, nie tobie zmienił się środek ciężkości z dnia na dzień – Szary wypowiadając te słowa przyszpilił wzrokiem Kicaja.

-Daj już spokój, jesteśmy profesjonalistami w końcu, przynajmniej udawaj, że jesteś – zaśmiałam się cicho, Najlepszy też się uśmiechał. Myśleliśmy chyba podobnie. Oba zwierzaki do nas zwracały się budując pełne powagi i mądrości zdania, podczas gdy do siebie nawzajem odnosiły się jak starzy kumple od piwa.

-Jeżeli dobrze rozumiem, to w trakcie prób oddziaływaliśmy nie tylko na nas samych, ale również na was? Dlaczego? – postanowiłam przerwać ich sprzeczkę i wrócić do najbardziej interesujących spraw.

-Bo jesteśmy wami – odpowiedź Lisa zaskoczyła nas oboje – to znaczy, jakby to najlepiej wyjaśnić? Jesteśmy kopią bezpieczeństwa, takim archiwum najważniejszych cech, słabości, zdolności. Tak jak mówiłem, to miejsce budujecie wy, wasze umysły, a z nas czerpiecie osobowość.

-Kiedy podczas sprawdzianów wybieracie inaczej niż sugerowałaby wasza dotychczasowa historia zmieniamy się i my. Wiesz dlaczego nie jestem już Królikiem? – Szary zwrócił się bezpośrednio do swojego podopiecznego.

-Bo chciałem być mniej nerwowy, mniej impulsywny. Mieć w sobie więcej opanowania, spokoju i dystansu – Kicaj poruszył się niespokojnie i po krótkiej pauzie dodał ciszej – I chciałem być wyższy.

-Pięknie powiedziane, szkoda, że nie przełożyło się na mój wygląd równie pięknie – były Królik mimo wszystko nie mógł się chyba pogodzić ze swoją niepełną transformacją.

-Na przykładzie mojego rozgoryczonego kolegi oraz własnym – Lis zaprezentował na krótko swój ogon, który nie był już pokryty rudym puszystym futrem tylko czarnymi błyszczącymi łuskami i szybko schował go na powrót za siebie, wyraźnie zawstydzony. Nie zdążyłam zidentyfikować gatunku, do którego mógłby należeć – wyjaśnię tylko, że nie bez powodu jesteśmy takimi hmm rozbabranymi – w tym miejscu Szary prychnął szyderczo – modelami.

-Chyba rozumiem – ponieważ nikt mi nie przerywał, kontynuowałam – Wybór, tak? W zależności od tego co zrobimy, jak będziemy żyć, możemy wrócić do podstaw a możemy dokończyć metamorfozę?

-Dokładnie, ja może znów będę Królikiem, on stanie się czymś nowym. Wolna wola. Natomiast coś wygra, osiągnie przewagę.

-A kim byliście, to znaczy byliśmy, wcześniej? – spytał Kicaj.

-On był zawsze jakimś gryzoniem, dlatego tak ciężko to przeżywa – Lis wyglądał na ubawionego – a na poważnie, to tak samo jak z waszymi poprzednimi historiami, nie potrzebujecie tej wiedzy. Nie ma znaczenia dla tego co przed wami.

-A co przed nami? Tornado? – zapytałam z ciężkim sercem, chyba domyślałam się jak się stąd odchodzi.

-Miałeś rację, jest naprawdę niezła – Szary zwrócił się do patrzącego na mnie z uznaniem Rudego.

-W ten sposób wrócicie, zaczniecie od nowa, kolejny raz – z głosu Lisa zniknęło wszelkie rozbawienie, jego towarzysz przyglądał nam się uważnie.

-Ale wcześniej wybierzecie po raz ostatni – powiedział.

Wybraliśmy, każde za siebie, w ciszy, wybraliśmy najlepiej.

-Uda im się? – Szary zwrócił się do Lisa. Siedzieli na skraju urwiska przyglądając się jak Ona i On kroczą spokojnie w kierunku wirującego przy brzegu powietrznego leja. Trzymali się za ręce, nie spieszyli, ale i nie ociągali. Już wszystko pamiętali i wiedzieli. Pora na kolejne rozdanie, następny rozdział w ich wiecznie trwającej historii.

-Oczywiście. Są w końcu Najlepsi – Lis machnął swoim nowym czarnym ogonem zakończonym ostrym kolcem jadowym. Był mimo wszystko zadowolony z tej odmiany, trujący spryt, trochę bezwzględny, może nawet śmiertelny. Czarna linia na śniegu.

-Myślisz, że tym razem potrwa to dłużej? Chyba zasługują ostatecznie na trochę więcej czasu – Szary wyciągnął swoją żyrafią szyję, żeby lepiej widzieć parę zbliżającą się do swojego przeznaczenia.

-Nie sądzę. Ale jestem pewny, że znów nas zadziwią – Rudy spojrzał za siebie – widziałeś tą Fontannę, którą dla Niej zrobił?

-Fantastyczna, te wszystkie detale i drobiazgi, dopracowana do najmniejszego szczegółu – Szary powiedział to z nieskrywaną dumą – jest naprawdę utalentowany. I najpiękniejsze rzeczy tworzy z miłości do Niej.

-A Ona w rozpaczy po Nim – powiedział Lis w zadumie – chwila szczęścia i ocean cierpienia. A mimo, że dziś mogli z tego zrezygnować znów wybrali tak samo. Zadziwiają mnie tym za każdym razem.

-Bo są Najlepsi, dla siebie. Zapłacą każdą cenę, żeby móc znów być razem, choć na chwilę – zwierzęta wymieniły spojrzenia.

-Patrz, wchodzą – Szary zwrócił uwagę na scenę rozgrywająca się na plaży. Kobieta i mężczyzna wciąż trzymając się za ręce zostali właśnie pochłonięci przez czekające na nich tornado. Było ich jeszcze widać przez chwilę, jak wirowali coraz szybciej i szybciej, a potem stożek powietrza rozwiał się w drobną mgłę i plaża została pusta i cicha. Kontury wiatraków powoli zaczęły się zacierać, morze traciło intensywną barwę. Skarpa opadała delikatnie a po łące nie było już śladu. Latarnia stała nadal, ona podda się ostatnia.

-To i na nas czas, pora na zasłużony odpoczynek druhu – Lis odwrócił się od blednącego krajobrazu i podreptał przed siebie, w kierunku ciemnej ściany lasu, który ni stąd ni zowąd pojawił się na horyzoncie.

-Swoją drogą to ciekawe, jak bardzo różnimy się od tego jak nas sobie wyobrażają – Szary podążył w ślad za przyjacielem. Długa szyja przydawała jego ruchom swoistej gracji. Rozumiał już potrzebę tej zmiany, o ile więcej pewności siebie ma się krocząc tak dystyngowanie w porównaniu do pociesznego kicania? I można spojrzeć z góry na Lisa, to się już dawno nie zdarzyło.

-Masz na myśli brak skrzydeł i aureoli? – jakby na potwierdzenie tych myśli Rudzielec zadarł łeb, żeby dostrzec jego reakcję – Cóż, chyba też nie do końca jesteśmy tym samym. Ja się czuję bardziej trenerem niż opiekunem.

-No tak, nasz wpływ na to co teraz się wydarzy jest praktycznie żaden, możemy mieć tylko nadzieję, że dobrze ich przygotowaliśmy.

-Nie martw się wielkoludzie – Lis przyspieszył, musiał teraz mocno się starać, żeby dotrzymać kroku Szaremu – Są Najlepsi.

Moja pierwsza wystawa, no właściwie nie moja tylko grupowa, dla studentów drugiego roku. Ale są tu moje prace, aż trzy, to duże wyróżnienie i wewnętrznie puszę się jak paw.

Stoję na osobności, niedaleko ścianki z obrazami, żeby dobrze widzieć reakcje oglądających. Nie każdemu odpowiada moja estetyka, przyzwyczaiłam się już do tego, tylko czy naprawdę potrzebne są te grymasy i wzruszenia ramion? Obiecałam sobie, że będę dziś grzeczna, ale jeszcze chwila i podejdę do kolejnego „konesera” i powiem mu coś od siebie. Miłego, żeby przynajmniej autorkę zapamiętał dobrze.

Nie mam z kim podzielić się narastającą we mnie frustracją. Gdybym dołączyła teraz do grupki kolegów z roku to część mogłaby paść trupem na miejscu, a reszta zaczęłaby chyba uciekać. Obracam w palcach swój wisiorek z zamkniętym w maleńkiej fiolce onyksowym skorpionem zastanawiając się, czy nie mogłabym przypominać jakiegoś bardziej sympatycznego stworzenia, może królika? Króliki wszyscy lubią. Z drugiej strony, czy potrafiłabym nie ciąć słowem? Przecież to sama przyjemność.

O proszę, jest następny. Wielkolud jakiś, potrząsa głową przed moim ukochanym szkicem. Dość tego.

-Cześć, nie mogę oprzeć się wrażeniu, że jako wybitny znawca sztuki masz coś mądrego do powiedzenia na temat tej pracy, mimo że twój wygląd sugeruje coś innego. Przekonajmy się – mocno zadzieram głowę, żeby spojrzeć na chłopaka. Ależ jest wysoki.

-Co? Nie, to nie o to chodzi – patrzy na mnie z góry nieprzytomnym wzrokiem, co jeszcze mocniej mnie irytuje.

-To o co chodzi? Stoisz dobre piętnaście minut przed moją wystawą i stroisz dziwne miny. A głową potrząsasz, bo lubisz ten dźwięk wewnątrz czaszki? To ten ostatni neuron, szanuj go, one nie odrastają – od razu mi lepiej. Co prawda moją obietnicę właśnie trafił szlag, ale przynajmniej nie muszę biernie obserwować potwierdzenia tego, co sama doskonale wiem. Że może i wizja była, ale nigdy nie trafiła we właściwy sposób na płótno i papier. Uciekła mi spod pędzla kolejny raz.

-Znam to miejsce – odpowiada ignorując mnie zupełnie i znów wbijając spojrzenie w rysunek.

-Niemożliwe – zaskoczył mnie tym bardziej, niż faktem, że całą moją nieprzyjemną wypowiedź po prostu puścił mimo uszu – to nie istnieje. Tylko w mojej wyobraźni. A tam wygląda o wiele lepiej niż tu – przyznaję szczerze.

-Wiem – uśmiecha się do siebie, a mnie odbiera mowę, pierwszy raz w życiu.

W milczeniu patrzymy na mój pejzaż. Latarnia na skraju zielonej łąki. W tle pole elektrowni wiatrowej. Wśród trawy biała fontanna o niecodziennych kształtach. Dziwne połączenie, to z tej pracy tak śmiali się na ostatnich zajęciach. Jednak komisja uznała ją za wystarczająco dobrą do prezentacji. A ja uważam ją za swoją ulubioną. Może poza Lisem, ale tego obrazu nie pokażę nikomu dopóki nie poczuję, że jest skończony.

-A swoją drogą dziwny sposób, żeby zachęcić publiczność, atakowanie potencjalnych nabywców – nieznajomy przerywa ciszę i uśmiecha się do mnie. W zielonych tęczówkach wesoło połyskują żółte i brązowe plamki – Wbrew niezasadnym oskarżeniom podobają mi się twoje prace. Bardzo. Powiedziałbym nawet, że jesteś tu najlepsza – zatoczył ręką krąg wskazując pozostałą część ekspozycji.

Toczę ze sobą wewnętrzną bitwę. Mam nieodparte wrażenie, że jeżeli teraz popełnię błąd to ominie mnie coś niesamowicie ważnego. Zatrzymuję na języku kilka typowych dla mnie, ociekających jadem odpowiedzi i mówię coś, co mało kto ma okazję ode mnie usłyszeć.

-Przepraszam. To nerwy i niepewność. Naprawdę cieszę się, że ci się podoba.

-Czyli potrafisz być miła, wiedziałem – jego uśmiech jest zaraźliwy i jakby znajomy – wydaje mi się, że powinniśmy iść w tym kierunku. Proponuję kolejną próbę, jak długo wytrzymasz nie rzucając się mi do gardła, na przykład jutro przy kawie. Poza tym chciałbym kupić ten szkic.

Wiem, że mu go po prostu dam. Z dedykacją. „Od Najlepszej na wystawie dla Najlepszego zaatakowanego”.

==============================================================

Dla nielicznych, którzy tu dotrą:

Le Cirque des Rêves pojawia się niespodziewanie.

… and made him king of all wild things

Wieża podświadomości

Come on, come out, come here, come here

5 odpowiedzi na „Najlepsi

  1. ~Greenberry pisze:

    Dotarłam i tutaj, a jakże.
    To takie… inne. Delikatne, bez tej emocjonalnej szarpaniny MIgałów czy Elektrolizy. Oniryczne jakby. I na pewno bardzo osobiste, to czuć w praktycznie każdym słowie.
    Zawsze trochę niezręcznie się czuję, jak czytam coś takiego, pisanego, jak sama to określiłaś, „od siebie dla siebie”, bo mam wrażenie, że włażę z butami do czyjejś duszy.
    Ale przeczytałam, bo znowu mnie zaczarowałaś, znowu nie mogłam przestać. I jestem wdzięczna, i dziękuję, bo było warto.
    Dziękuję. Znowu

    • otfilulu pisze:

      Ogromnie cieszę się, że się spodobało, bo mam pełną świadomość jakie dziwaczne, niezrozumiałe, momentami infantylne i nieudolnie filozoficzne jest to opowiadanie. Takie niezdarne uwiecznienie twórcy latarni. Gdybym jednak nie chciała się tym dzielić nie byłoby tutaj tej historii, z pewnością nie mam mowy o deptaniu prywatności.
      Dziękuję serdecznie za poświęcony Najlepszym czas.

  2. ~Nan pisze:

    Wchodzę, patrzę, widzę coś nowego i szczerzę się do ekranu :). Zaczyna się ciekawie, na pewno będę obserwować jak akcja się rozwinie.

    • otfilulu pisze:

      Miło, że odwiedzasz :) Zapraszam serdecznie.
      Tutaj może być zaskakującą miejscami.Mam ambitny plan domknąć Najlepszych w grudniu.
      I pamiętam o Twoim życzeniu kolejnych migalskich rozdziałów. Mam przeczucie, że coś z tego będzie.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>