MIgał5

Rozdziały: 1 2 3 4 5 6

1.

Przemek wyszedł na werandę i z zadowoleniem obserwując rozsiane po ogrodzie roześmiane grupki przyjaciół pociągał drobnymi łykami z trzymanej w ręce butelki. Schłodzone piwo, idealny deser po znakomitej kolacji. Zasadniczo wszystko wydawało mu się dziś idealne. Odkąd w końcu wprowadzili się do wymarzonego domu, którego budowa kosztowała i jego i Kasię tyle nerwów, wyrzeczeń i użerania się z najróżniejszymi urzędami nic nie sprawiało mu większej przyjemności niż sobotnie popołudnia. Zawsze ktoś wpadał, często zapraszali gości, urządzali niekończące się nocne biesiady przy grillu bądź, gdy pogoda nie sprzyjała, przy salonowym kominku. Nieodmiennie zaskakiwała go frajda, z jaką wcielał się w rolę gospodarza. Jeszcze niedawno nie cierpiał tak zwanych „domówek”, które po długich negocjacjach forsowała jego żona i które zawsze kończyły się nieokiełznanym bałaganem skumulowanym w zaledwie czterdziestometrowym mieszkaniu. Teraz był przekonany, że nikt tak dobrze jak on sam nie zamarynuje karkówki ani nie dobierze odpowiedniego wina, i że byłoby śmiertelnym grzechem nie dzielić się z nikim tym nowo odkrytym talentem. W ten sposób weekendowe spotkania „u Przemków” stawały się z wolna tradycją, a sam pan domu nie wyobrażał już sobie innego sposobu na odpoczynek po ciężkim tygodniu pracy.

Zlustrował czujnym okiem ustawiony nieopodal szwedzki bufet notując w pamięci, że trzeba koniecznie donieść sałatki ziemniaczanej. Uśmiechnął się pod nosem, jeszcze się nie zdarzyło, żeby nie brakło sałatki ziemniaczanej jego autorstwa. Na sekundę zmarszczył brwi zatrzymując wzrok na trawie wokół sąsiadującego ze stołem rusztu. Jego duma i radość, pielęgnowany w każdej wolnej chwili trawnik, zasilany wiosną, solidnie plewiony z chwastów latem, z taką troską wyrównywany i podlewany doznał dziś istotnego uszczerbku. Oto skutki dopuszczania oszołomów do odpowiedzialnych stanowisk. Kadziewicz jakimś cudem przekonał go, że stek dla Igi przygotuje osobiście, skończyło się przewróconym grillem i wypalonymi śladami w nieskazitelnej dotychczas zieleni. Eh. Przemek rozejrzał się ponownie próbując odszukać winowajcę i może namówić go do wypicia kilku głębszych za pamięć poległych ździebełek. Zamiast tego oparł się wygodniej o drewnianą poręcz i zapatrzył na siedzącą na uboczu parę.

Łukasz opowiadał o czymś wymachując żywiołowo rękami. Chyba streszczał Idze przebieg jakiejś, sądząc po jego gestykulacji, wyjątkowo nieskoordynowanej i chaotycznej boiskowej akcji. Pokazywał ruch nadgarstka i rozstawienie palców. Dziewczyna śmiała się co słowo i rzucała drobne uwagi, na które Kadziu reagował udawaną złością. Przemek był pewien, że prowadzili typową dla siebie konwersację, pełną przycinków i złośliwości, którą każdy postronny, nieznający ich lepiej obserwator uznałby za przejaw skrajnej nienawiści. A oni po prostu tacy byli razem, nie musieli zwracać się do siebie z czułością. Wystarczyło na nich popatrzeć, by i tak ją dostrzec. Wymieniane spojrzenia, uśmiechy, drobne gesty. Choćby teraz, gdy Iga pochyliła się aby wytrzeć z policzka Łukasza zaplątany tam ślad musztardowego sosu, jej mężczyzna zwinnie złapał cofającą się dłoń i złożył na jej wewnętrznej stronie ukradkowy pocałunek po czym swobodnie wrócił do przerwanej na moment opowieści. Musiał dotrzeć do puenty gdyż jego towarzyszka zaniosła się głośnym śmiechem a on sam przyglądając się jej z zadowoleniem sięgnął po stojący obok kufel. Idze podał szklankę z wodą.

Z wodą… No właśnie, Iga nie piła alkoholu. Przemek uświadomił sobie, że to już kolejne barbecue, podczas którego jego przyjaciółka unika mocniejszych trunków. Wyprostował się gwałtownie a nagły przebłysk zrozumienia przerodził się w szczery i szeroki uśmiech. Ciekawe kiedy się przyznają. Bo że wiedzą oboje stało się nagle oczywistością. Ona promieniała rozjaśniona wewnętrznie, on ostatnio prawie codziennie, punktualnie o szesnastej wydzwaniał Igę przypominając nieugięcie, że dzień pracy właśnie się skończył. Przemek dotychczas składał te objawy na karb przedłużającego się miodowego miesiąca, beztroskiej sielanki niemogących nacieszyć się sobą nowożeńców, ale przed sekundą niespodziewanie zorientował się, że za tym zachowaniem kryło się jeszcze coś. Siłą powstrzymał się, żeby do nich nie pobiec, nie wyściskać tej wariatki a Kadziewiczowi nie złożyć należnych gratulacji. Poczeka cierpliwie, aż sami uznają za stosowne przekazać tą nowinę innym. Jednak nikt nie zabroni mu się cieszyć, w końcu się układa, im wszystkim. Jego zadowolenie nie uszło uwadze innego czujnego obserwatora.

-Kolejny udany wieczór, włoskie rodzinne przyjęcia to już teraz twoja specjalność – Kasia zdołała wreszcie ułożyć do snu rozbrykane bliźnięta. Stanęła obok męża, wśliznęła się pod jego ramię i sięgnęła po trzymaną przez Przemka butelkę.

-Dobrze im razem, prawda? – spytała dokańczając napoczęte przez niego piwo i podążając za jego wzrokiem. Iga i Łukasz zdawali się nie dostrzegać otoczenia zatopieni w kolejnej burzliwej wymianie zdań.

-Nawet nie myślałem, że będą aż tak trafioną parą, miło popatrzeć – Przemek zgodził się z żoną.

-Jak długo ją znam, nie widziałam jej tak szczęśliwej, prawdziwie beztroskiej. Jak to czasem niewiele a równocześnie wiele potrzeba – Kasia oparła głowę na ramieniu męża.

-Ja widziałem, bardzo dawno temu. Nie wierzyłem, że to się jeszcze może powtórzyć, świetnie jest się czasem mylić. Wiesz, właśnie sobie myślałem, że w końcu się układa, nam wszystkim. Jest dobrze Słońce – objął  żonę mocniej i pocałował w czubek głowy.

-Ćśśś nie zapeszaj.

-Michał, musisz tu przyjechać, nie wiem co mam robić, nie potrafię jej pomóc. Odjechała zupełnie, nie ma z nią kontaktu. To jest tak jak jakaś katatonia, jakby atak, sam nie wiem – Przemek w zdenerwowaniu zaczął się jąkać – Michał, przyjedź tu. Nie wiem czy dzwonić po pogotowie? Nie chcę żeby ją zabierali. Przyjedziesz?

-Tak.

Iga siedziała skulona w fotelu, po jej twarzy bezgłośnie spływały łzy, wargi drżały, cała drżała, trzęsła się jak w malignie. Ale najbardziej przerażający był widok jej dłoni, lewa pokryta rozmazaną krwią wciąż sączącą się z dziesiątek drobnych ale głębokich zadrapań, prawa nadal kalecząca skórę ostrymi paznokciami. Michał wpadł do pokoju odpychając na bok Przemka i przypadł do dziewczyny, uklęknął przed nią unieruchamiając w silnym chwycie jej ręce. I tą zadającą i tą przyjmującą ból. A właściwie jego namiastkę, bo dla tej rozpaczy w jaką teraz popadła Iga nie było wystarczającego ujścia.

-Iga, Igunia, już wystarczy, przestań, słyszysz? – wyszeptał starając się przyciągnąć jej wzrok – Iga, to ja, spójrz na mnie – poprosił potrząsając jej nadgarstkami.

Powoli odwróciła głowę, ogromne łzy toczyły się jedna po drugiej po jej policzkach. W zupełnej ciszy, w rozdzierającym, okrutnym milczeniu. Zielone oczy spoglądały nieprzytomnie na Kubiaka, obojętne i puste.

-Igunia… – Michał objął ją i przytulił najmocniej jak potrafił.

W jednej chwili zapomniał o wszystkim, o całej nienawiści i gniewie, jakie towarzyszyły mu od miesięcy. Od momentu kiedy wybrała. Na dalszy plan odsunął się żal, rozgoryczenie, poczucie krzywdy. Na dalszy plan odsunął się on sam. Zamykał w swoich ramionach dygoczące cierpienie, skazany na porażkę próbował je ukoić. Pomyślał, że to już kiedyś było, że to nie powinno się powtarzać, że to cholernie niesprawiedliwe i podłe. Pomyślał, że wcale tego nie chciał, to były tylko słowa, głupie i nierozważne, podyktowane rozczarowaniem i odrzuceniem. Pomyślał, że to jego wina.

-Igunia, wracaj, nie jesteś sama, wracaj  – powtórzył uwalniając ją delikatnie z objęć. Zajrzał jej w oczy, próbował przywołać spojrzeniem. Bał się, że bezskutecznie, ale wzrok dziewczyny powoli zaczął nabierać wyrazu, koncentrował się na jego twarzy. Rozpoznała go. Milion dreszczy przebiegł przez jej skulone ciało, kolejne szeregi łez wytyczyły ścieżkę na jej policzkach. Drżąc i ledwo wydobywając z siebie głos zadała jedno, jedyne pytanie.

-Dlaczego?

Na całym świecie nie było nikogo kto znałby odpowiedź.

2.

Michał przechodził wolno pod ceglano-betonowymi pozostałościami przedwojennej strzelnicy. Zatrzymywał się co kilka kroków obracając wokół własnej osi i wpatrując w iluzoryczny tunel tworzony przez poszczególne łukowate umocnienia. Zawsze lubił to miejsce, często przychodził tu biegać, wąskie leśne ścieżyny parku nadawały się świetnie do tego celu. To jedna z ostatnich rzeczy w Lubinie jakie darzył jeszcze sympatią. Nie chciał tu wracać, nie miał wyjścia.

W ubiegłym roku udało mu się stąd uciec, na chwilę. Sezon wypożyczenia do Bełchatowa minął w mgnieniu oka, błyskawicznie, o wiele szybciej niż powinien. I nie pomógł w taki sposób, jakiego Michał oczekiwał, niczego nie uleczył upływający na treningach i pracy czas, może tylko trochę przytępił odczuwany żal. Co z tego, skoro klub upomniał się o swoją gwiazdę kategorycznie żądając powrotu Kubiaka do wyjściowego składu Cuprum tej jesieni. A teraz z każdym kolejnym wdechem uwierające poczucie straty i przegranej z odnowioną siłą wypełniały jego świadomość, jak gdyby lubińskie wrześniowe powietrze było nimi przepełnione. Lubińskie powietrze smakowało porażką.

Nagle spokój i ciszę, o tej porze niepodzielnie królujące w parku, przerwało głośne ujadanie i szurgot roztrącanych na wszystkie strony pożółkłych liści. Do zaskoczonego mężczyzny z szybkością bojowej torpedy pędził niewielki rudy kształt nieprzerwanym poszczekiwaniem oznajmiający światu udaną szarżę. Michał ze śmiechem przykucnął przyjmując całą siłę tej nieoczekiwanej psiej radości i bezskutecznie starając się uchronić własną twarz przed mokrym pyskiem podskakującego zwierzaka.

-Parówka, skąd ty się tu wziąłeś? – spytał na głos tarmosząc jamnika za uszy i nawijając na dłoń ciągniętą przez psa smycz – przestań bo ci ten ogon zaraz odpadnie, uspokój się mówię, z kim tu przylazłeś?

-Migał! – w ramach odpowiedzi zza zakrętu alejki wypadła drobna blondynka. Jej włosy związane na czubku głowy w śmieszną kitkę majtały się z prawej na lewą gdy biegła na ratunek. Potwór, który zerwał się z uwięzi właśnie atakował nadstawiając łeb pod kolejną porcję pieszczot.

-Przepraszam pana, nie wiem co mu się stało, wyrwał mi się jak wariat, nigdy tak się nie zachowuje, przepraszam – zadyszana dziewczyna przystanęła obok siatkarza. Wydawała mu się znajoma, ale mimo starań nie potrafił stwierdzić kim mogła być. Poczuł ulgę, był przekonany, że czeka go zupełnie inna konfrontacja.

-To nic takiego, znamy się od dawna – Michał uśmiechnął się i nachylił do psiaka – prawda Parówko?

-Czyżby? – blondynka zmarszczyła brwi i wyciągnęła rękę po trzymaną przez Kubiaka smycz – on wabi się inaczej.

-Nigdy nie uważałem, że to dobre imię – Michał z przekorą usunął z zasięgu dziewczyny nylonową linkę chowając ją za plecami – zdaje się, że miałem rację. Iga nadal tak na niego woła?

-Różnie – odpowiedziała wymijająco przyglądając mu się uważnie, wyraz jej twarzy świadczył, że boryka się z tym samym problemem co siatkarz – Czy mogę spytać kim pan jest? Niestety nie bardzo mogę sama skojarzyć.

-Starym znajomym właścicielki – trzy niewłaściwe słowa podsumowujące zakończoną historię. Kolejny nabrany haust lubińskiego powietrza – bez znaczenia.

-Proszę go lepiej pilnować – dodał wręczając dziewczynie smycz – Iga go uwielbia, aż dziwne, że pozwoliła zabrać Parówkę na spacer komuś innemu.

-Niechętnie, ale z małym mają takie urwanie głowy, że nie starcza już czasu – blondynka zajęta przywoływaniem Migała do porządku nie zauważyła nieprzyjemnego skrzywienia ust jakim Michał skwitował tą wiadomość – będziemy uciekać. Jeszcze raz przepraszam.

Pożegnał i dziewczynę i psa skinieniem głowy i ruszył przed siebie. Oczywiście, że wiedział. Siatkarski światek jest śmiesznie mały. Dlatego tak bardzo nie chciał tu wracać. Lubińskie powietrze. Tego się spodziewał, nie da się nie trafiać na ich ślady. Niemożliwe, nie gdy Łukasz był nadal jego trenerem a nawet poza halą czyhały na niego takie sytuacje jak ta sprzed chwili. Profesjonalizm, jasna sprawa. Był zawodowcem, potrafił oddzielić życie prywatne od pracy. To nic, że za każdym razem gdy słuchał fachowych wskazówek Kadziewicza, dłonie bezwolnie zaciskały się w pięści, a w głowie rozbrzmiewał stek przekleństw. Zdoła nad tym zapanować, nie ma wyjścia. Jego gniew od roku skutecznie przejmował bokserski worek treningowy, jedyny niezbędny sprzęt w mieszkaniu. Nikomu nie przyznał się jak często po serii uderzeń zamiast ulgi czuł tylko przeszywającą niemoc. Bo jakim ciosem ma wymazać Łukasza ze swojej przeszłości, a jeszcze lepiej z życia Igi? Najlepiej gdyby Kadziewicza po prostu zabrakło, nigdy nie było. Żeby zniknął.

Wspólnymi siłami udało im się skłonić Igę do zażycia środków uspokajających. Michał przeniósł ją, nadal drżącą w jego ramionach, do sypialni i starannie okrył kocem. Usiadł na brzegu łóżka cały czas trzymając jej dłonie w mocnym uścisku, Przemek zajął miejsce na podłodze opierając się plecami o ścianę. Czuwali w milczeniu, czekając aż dziewczyna zaśnie. Kiedy jej oddech się wyrównał a dreszcze przestały wstrząsać skulonym pod przykryciem ciałem obaj spojrzeli po sobie z ulgą. Nie odważyli się jednak na nawet nieznaczną zmianę pozycji bojąc się spłoszyć płytki sen.

-Skąd się dowiedziała? – Michał zadał pytanie szeptem, lękliwie sprawdzając czy Iga go nie słyszy – Łukasz w klubie zabronił wspominać komukolwiek o zasłabnięciach ani o złych wynikach z morfologii.

-Może i zabronił – Przemek wzruszył ramionami – ale tego, że ma zlecony rezonans już ukryć nie zdołał. Ona – wskazał ruchem głowy śpiąca dziewczynę – reaguje źle na samo słowo. Od razu zrobiła się czujna. Chyba bardziej chciała wierzyć niż wierzyła w te opowiastki, że półroczny ząbkujący dzieciak i jeszcze bardziej dokuczliwa banda siatkarzy są powodem przemęczenia, migren i ogólnego słabego samopoczucia.

-Właśnie, gdzie mały? – Michał rozejrzał się przypominając sobie, że powinien być tu ktoś jeszcze.

-Iza zabrała go do nas, sam widziałeś co się działo.

-Iza? – Kubiak zaskoczony uniósł brwi.

-Przekonaliśmy Igę, żeby ją zaprosiła, żeby ktoś z nimi był gdy Kadziewicz będzie na badaniach. Mówiłem ci, samo słowo „rezonans” ją paraliżowało.

-Ale jak się dowiedziała? – Michał powrócił do zadanego wcześniej pytania – Lekarz prowadzący?

-Nie, on już dostał zakaz od Łukasza i ode mnie. Ale to Iga, jej się nie da tak łatwo zbyć. Wykorzystała sytuację, dziś dyżur miał jakiś niewtajemniczony fąfel – Przemkowi w złości zadygotała szczęka – wygadał się, że jest diagnoza, że jutro biopsja i jeszcze w tym tygodniu prawdopodobnie operacja, bo nie ma na co czekać. Dobrze, że Iza z nią była. To się zaczęło już w samochodzie.

-Ten – Przemek przez chwilę szukał lepszego słowa, ale zrezygnowany dokończył – atak.

Zamilkli. Michał spoglądał na śpiącą dziewczynę targany współczuciem i wyrzutami sumienia. I strachem. Pomiędzy zawodnikami od dłuższego czasu krążyły plotki o dolegliwościach Kadziewicza, przybrały na sile, kiedy kolejne treningi poprowadził drugi szkoleniowiec. Zaczęto przebąkiwać o tym, że władze Cuprum szukają zastępstwa na ten sezon. Pewnego dnia ktoś powiedział: „guz” i to słowo zawisło czarną chmurą, nie chciało już odejść. Kubiak starał się je ignorować, usuwać ze swoich myśli. Odchodził, kiedy tylko w jego obecności zaczynała się rozmowa z udziałem tego wyrazu. W swoim mieszkaniu zdemontował worek treningowy, nie nadawał się do leczenia z poczucia winy. Przekonywał się, że to absurd, że ludzie mówią masę rzeczy, których tak naprawdę wcale nie chcą. Nie pomagało. Codziennie spoglądał z narastającym wstydem w swoje odbicie w lustrze. Jak strasznym egoistą jest ten człowiek, którego widzi? Przestał się golić, zapuścił brodę, nie mógł znieść widoku własnej twarzy.

-Co mówią lekarze? Jakie są szanse? – ponownie zwrócił się szeptem do siedzącego na podłodze mężczyzny.

-Wiesz jak to jest, żadnych konkretów – Przemek nerwowo wyginał palce splecionych dłoni – uważają, że więcej będą mogli stwierdzić po wynikach biopsji, że każdy przypadek jest inny.

Michał chciał zapytać o coś jeszcze, ale w tym momencie odezwała się Iga. Musiała usłyszeć ostatnie zdanie, bo kontynuowała myśl rozpoczętą przez jej przyjaciela:

-Nigdy nie patrzą ci w oczy, kiedy opowiadają o pięćdziesięcioprocentowych szansach. Mają świadomość, że od samego początku cię oszukują – jej głos był bezbarwny i rzeczowy. Mężczyźni wymienili zaniepokojone spojrzenia. Efekt zażytych tabletek? Czy może kryzys minął?

-Iga, ale my musimy wierzyć, że będzie dobrze. Łukasz jest silny, ma ciebie, ma Kubę, ma was. Będzie dobrze, zobaczysz – Przemek pochylił się w kierunku nadal leżącej w bezruchu dziewczyny ignorując zastygłego w przerażeniu Michała.

Kubiak był pewien, że ze wszystkich możliwych pocieszeń to było najgorsze. Obietnice bez pokrycia. Ale było już za późno, Iga poderwała się gwałtownie wbijając gniewny wzrok w przyjaciela:

-Nie mów mi tego! Słyszałam to już! Nie kłam! Nie ty! – podniosła głos, oczy znów jej się zaszkliły.

-Nie możesz się poddawać, musisz być silna, dla niego. Musisz! – Przemek brnął dalej nie zdając sobie sprawy, że tylko pogarsza sytuację.

-Nie dam rady, rozumiecie?  - Iga przeniosła spojrzenie na Michała – Ja już to widziałam, nie chcę tego znów. Nie dam rady. Nie zniosę tych wszystkich kłamstw, które trzeba będzie mówić, w które będzie trzeba wierzyć. Doszukiwania się poprawy w każdym lepszym dniu, podczas gdy to tylko ohydna ułuda. Niespełnialnych przyrzeczeń, że nadal jest szansa. Nie ma szans, nie ma nadziei. Będzie tylko ból. Jego ból, na który ja będę bezradnie patrzeć. Znów.

Cisza. Kłująca pustka. Brak słów. Michał pochylił się, przygarnął Igę do siebie, otoczył ramionami, żałosne schronienie przed nieszczęściem. Z wargami tuż przy jego uchu Iga zadała to okrutne pytanie:

-Dlaczego? Który z was powie mi dlaczego?

Zamknął oczy, pod powiekami pojawiały się jedna za drugą murowane ściany strzelnicy, niekończący się tunel zrujnowanych wybuchami umocnień. Wyrwy w jego własnych mechanizmach obronnych, w jego pewności siebie, w zadowoleniu z własnej osoby, w przekonaniu, że jest dobrym człowiekiem. Zniszczenia, które spowodował jeden pocisk. Dlaczego? Bo mu tego życzyłem.

==============================================================

OBRÓĆCIE SIĘ WOKÓŁ WŁASNEJ OSI

==============================================================

3.

-Iguś, wstajemy – Łukasz ponowił próbę dobudzenia swojej upartej żony.

-Nie! – efekt nie był zadowalający, pod kołdrą nastąpiło co prawda poruszenie i zaczęła spod niej wystawać jedna stopa, jednak towarzyszące temu mruknięcie było raczej jednoznaczne.

-Jak to nie? Właśnie, że tak leniwcze – zaśmiał się i pociągnął za tą właśnie wystającą stopę. Nie był to dobry pomysł, wywołał tylko energiczne wierzgnięcie mijające ledwie o centymetr jego szczękę.

-Nie! – pościel zakotłowała się ponownie, tym razem wysunęła się spod niej ręka i po chwili macania na oślep chwyciła go za nadgarstek.

-Zmieniłam zdanie, nie robimy żadnych zakupów, zostajemy w domu – poczuł, że jest powoli przyciągany, kołdra podniosła się nieznacznie i jedno zielone, zaspane oko mrugnęło do niego zachęcająco.

-Iga, zachowuj się – Łukasz postanowił stawić opór, choć wiedział już, że robi to tylko z czystej przekory – ostatnia wolna sobota, od następnego tygodnia startujemy z treningami, jak dziś nie kupimy to potem będziesz załatwiać sama.

-Jakoś przeżyję – wystawiona stopa zaczęła przesuwać się po jego kolanie. Jeżeli głos nie był szczególnie uwodzicielski, to dotyk i kierunek jaki obrała ta część Igi zdecydowanie były.

-Ale ja będę marudził, że mi się nic nie podoba – zastrzegł ściągając w pośpiechu koszulkę i zgadzając się z wciągającą go pod kołdrę ręką, że pewne kobiece atrybuty idealnie pasują do jego dłoni – nie pozwolę, żebyś urządziła mojemu synowi pokoik na różowo.

-Lawendowo! Daltonisto! – Iga zaśmiała się oplatając jego biodra nogami – Czy możesz skupić się teraz na czymś innym?

Gorliwie zastosował się do jej prośby. Jak mógłby odmówić?

Kiedy wyczerpana i spełniona opadła obok oparł głowę na zgiętej w łokciu ręce i zadowolony przyglądał się jej zarumienionej twarzy. Maleńka otworzyła oczy i uśmiechnęła się do niego. Rozpamiętując przeżytą przed chwilą rozkosz i zastanawiając się jak od jednego uśmiechu może zrobić się jaśniej, pomyślał, że taka powinna być wieczność, że tak mogłoby wyglądać umieranie.

Dotychczas był przekonany, że zna własny organizm w najdrobniejszych szczegółach. Tak jak każdy wprawny rzemieślnik przez lata sportowej kariery nauczył się wyczuwać wszelkie zaburzenia i zmiany w działaniu swojego narzędzia pracy. Wiedział, które objawy zmęczenia można zignorować, a kiedy jego ciało domaga się gwałtownej regeneracji, był świadomy bólu jaki potrafi znieść nie sięgając po żadne uśmierzające go środki, w ciemno odgadywał jakimi partiami mięśni powinien zająć się masażysta. Jak dotąd z prawie stuprocentową skutecznością diagnozował przyczyny złego samopoczucia czy słabszej formy.

Teraz leżąc w szpitalnym łóżku Łukasz czuł się oszukany. Wyprowadzony w pole przez samego siebie. Miał wrażenie, jakby umieszczono go w cudzym futerale, przeniesiono jego tożsamość w inne opakowanie. Nie zorientował się w znakach ostrzegawczych, jeżeli takie w ogóle pojawiły się na jego drodze. Z dnia na dzień został zupełnie pozbawiony wpływu na własne życie, a ono niespodziewanie zaczęło przed nim uciekać, przeciekać mu przez palce z zatrważającą prędkością. Każda wcześniejsza kontuzja, rehabilitacja po wypadku były tylko pytaniem: kiedy? Kiedy znów stanie na nogi, kiedy odzyska pełną sprawność, kiedy wyjdzie w pierwszym składzie, kiedy poprowadzi samochód? Dziś w duchu coraz częściej zadawał sobie pytanie: czy?

Z początku udawało mu się bagatelizować ten problem. Trudno, stało się, nie z takich opresji ludzie wychodzą, a on ma do kogo wracać. Przez ostatnie miesiące ostrożnie zbudował swoje małe szczęście, po to żeby pewnego dnia w oszołomieniu stwierdzić, jak jest ogromne. Nie ma mowy, żeby tych kilka zgniłych komórek stanęło mu teraz na drodze. Zoperują, wytną, pozbędą się tego. Nie było nawet powodu, żeby wspominać o tym Idze. Błahostka, którą nie będą zaprzątać sobie głowy. O wiele lepiej przypatrywać się jak Maleńka pochyla się nad łóżeczkiem w pokoju o lawendowych ścianach, jak Kubuś uśmiecha się do niej, i czuć jak oboje wypełniają szczelnie jego serce.

Dość długo udało mu się wytrwać, odizolować siebie i swoją rodzinę od zagrożenia. Do czasu. Najpierw dowiedziała się Iga. Pokazała mu swoją niezłomną naturę, twarde, stanowcze stwierdzenia mające zapewnić poczucie bezpieczeństwa. Kochał ją za to, jednak po raz pierwszy żałował, że nigdy nie nauczyła się jak go oszukiwać. Strach w jej zielonych oczach był aż nadto wyraźny. Zgodził się wtedy, bardziej z myślą o niej niż o sobie: więcej żadnych tajemnic, są w tym razem. Byli zatem razem. Siedzieli sztywno na drewnianych krzesełkach a lekarz unikał ich wzroku informując o wynikach biopsji. Łukasz zastanawiał się czy ten smutny mężczyzna wbijający tępo spojrzenie w jakieś bezosobowe zdjęcia i wykresy zdaje sobie sprawę, że jego głos formuje z powietrza realne niebezpieczeństwo. Krągłe hasła: gwiaździak, trzeci stopień, operacja, naświetlania, sterydy, wywoływały z niebytu bezsilność, złość i żal. A przede wszystkim to niewdzięczne uczucie, że wszystko, wszyściusieńko właśnie się rozpada. Iga chwyciła jego dłoń a on zaczął się bać. I już nie przestał.

Potem operacja. Ogolona głowa, znaki na skórze, kolejna porcja strachu. Krzepiący uśmiech Igi i jej nieudolnie skrywane łzy. Obcość we własnym ciele, zadręczanie się niemożliwymi do przezwyciężenia słabościami. Znów nie pamiętał co jadł na śniadanie i czy w ogóle je jadł, znów podniósł rękę sięgając po coś co nie istniało, znów ten ból tuż za uchem nie pozwolił mu zasnąć. I te cholerne słowa, których nie umiał dobrać. Maleńka cierpliwie odgadywała sens z poplątanych zdań, które w jego umyśle były dokładne i właściwe, a po wypowiedzeniu zamieniały się w beznadziejny galimatias znaczeń. Jakim cudem na pytanie: co zjadłby najchętniej, odpowiedział: Beverly Hills zamiast zupa pomidorowa? Co takiego stało się z jego mózgiem, że chociaż chciał krzyczeć i wrzeszczeć leżał bez ruchu patrząc w przestrzeń? Iga kłamała i był jej za to wdzięczny. Mówiła, że zasnął na chwilę, ale on wiedział, że to nieprawda. Był tu cały czas, próbował zmusić świadomość do powrotu, swój skradziony przez nowotwór organizm do jakiekolwiek aktywności. Tak bardzo bał się, że kiedyś mu się to nie uda i utknie w tej próżni i to będzie jego wieczność. Nie zdoła się już z niej wyrwać, odwrócić głowy, nie spojrzy ponownie na Igę prosząc o ten jeden uśmiech, który choć na chwilę rozproszy gęstniejący wokół niego mrok. Z wolna zaczynało do niego docierać, że tak może wyglądać umieranie.

4.

Iga z westchnieniem ulgi oparła opuchnięte stopy na ułożonej na niskim krzesełku poduszce i sięgnęła po pilota uruchamiając wiszący na ścianie telewizor.

-To co Kuba? Obejrzymy sobie coś z historii polskiej siatkówki? – zagadnęła kładąc dłoń na swoim pokaźnym brzuchu – To cię powinno zainteresować, ten koleś może ci się wydawać znajomy.

Zaśmiała się cicho. Koleś, dobrze, że nie słyszy. Spojrzała na zegarek, ma jeszcze jakieś czterdzieści minut do powrotu Łukasza, ostatnio zrobił się niesamowicie punktualny. Iga przypuszczała, że cały czas podejrzewa ją o łamanie zaleceń lekarza i nie dowierza, że jego małżonka może usiedzieć spokojnie przez tyle godzin, nie sięgając po odkurzacz, kosiarkę czy choćby taczkę z gruzem. Jej przeczucia potwierdzał wyraz zaskoczenia jaki pojawiał się na twarzy Kadziewicza za każdym razem kiedy wpadał do domu i natykał się na żonę grzecznie unikającą wysiłków i przeciążeń. Nawet nieodłączny laptop coraz częściej leżał wyłączony i porzucony w niełasce. Samą Igę zadziwiało jak szybko i skutecznie nienarodzony jeszcze maluch poprzestawiał priorytety i samowolnie przewartościował jej świat. Trudno winić zatem Łukasza, że nie ufał w zupełności emanującemu od przyszłej mamy spokojowi i stale dopatrywał się zręcznych oszustw.

-Dziś też nas na niczym nie przyłapie – Iga uśmiechnęła się poprawiając na kanapie – To co? Gotowy? Oto tata w akcji. Tak to wyglądało jak grał z Zagumnym. Widzisz? To się nazywa przesunięta krótka. A tu tata ładuje komuś do plecaka, bo no cóż, szczerze mówiąc, twój ojciec bywał dość wredny, lubił sobie tak kogoś nabijać zagrywką. Natomiast to rozegranie to jest majstersztyk, ładnie się uzupełniali z Gumą. Podoba ci się? Mi też Kubusiu. O, a tu, tu w tym momencie tata się będzie kłócił. Ta przypadłość mu akurat pozostała, nie dalej jak w ubiegłym tygodniu znów dostał karę za dyskusje z sędziami. Ale za to go kochamy, nie zapominaj. Tylko mu nie mów, że się przyznałam, bo mamie żyć nie da. A to to nie wiem jak się nazywa, ale aż sobie obejrzymy po raz drugi, bo musimy to omówić. Popatrz, ten pan to Stanley, a w tym momencie tata go podrywa. No nie śmiej się tylko zapamiętaj, jak zobaczysz, że tak strzela oczami do kogokolwiek to od razu mi melduj, bo …

-Matko Boska Siatkarska, co ty mu opowiadasz? – Iga odwróciła głowę, nie usłyszała otwieranych drzwi i nie miała pojęcia jak długo Łukasz stał oparty o futrynę i przysłuchiwał się jej rozmowie z własnym brzuchem. Uśmiechnął się do niej i poruszył brwiami w dokładnie taki sam sposób jaki przed chwilą demonstrował na ekranie.

-Krótką historię twojej kariery. Podoba mu się – wystawiła mężowi język i poklepała miejsce obok siebie, dając do zrozumienia, żeby się do nich przyłączył.

-Ale czemu w taki sposób? – Kadziewicz usiadł przy Idze kładąc na stole sporych rozmiarów pakunek – Synu, synu, nie słuchaj swojej obłąkanej matki. My się z Claytonem znamy i lubimy od lat. Tu nie było żadnego podtekstu.

-Jasssne, ale iskra poszła – Iga cmoknęła Łukasza w policzek a on uśmiechnął się do niej obejmując ramieniem. Jak zwykle ich rozmowa zupełnie nie korespondowała z gestami.

-Milcz mała cholero, nie pleć. I jeszcze wmawiasz mojemu dziecku, że mu się podoba twoja wersja.

-Sam zobacz – chwyciła jego rękę i położyła na brzuchu. Razem poczuli kopnięcie i ruch pod naprężoną skórą. Szczęśliwi spojrzeli sobie w oczy.

-Ej, nie tak się umawialiśmy, miał być siatkarz, nie piłkarz – Łukasz starał się nie okazać wzruszenia, choć wyraz jego twarzy zdradzał ile emocji wywołał w nim pierwszy fizyczny kontakt z synem.

-Młody jest, jeszcze mu się odmieni, bądź cierpliwy. A co to? – Iga wskazała kolorowe pudełko leżące przed nimi.

-Prezent dla Kuby – Kadziewicz dumnie zaprezentował zawartość kartonika.

-A ty zwariowałeś? To znaczy, pogorszyło ci się? – patrzyła na niego z niedowierzaniem – nie wiem czy sobie zdajesz sprawę, kochany mężu, ale twój syn jest jeszcze w fazie płodu. A nawet jak już z niej wyjdzie to tym – dźgnęła palcem zabawkę – będzie się mógł zajmować nie wcześniej niż za jakieś pięć lat lekko licząc.

-Mamy czas – Łukasz nie dał się zbić z pantałyku – a ja się zdążę nauczyć obsługi. To może chwilę zająć – powiedział ustawiając na podłodze zdalnie sterowaną terenówkę.

-Przyznaj się, że kupiłeś to dla siebie – Iga popatrzyła z politowaniem na swojego dorosłego mężczyznę, którego tak bardzo zajęła próba uruchomienia modelu, że aż dziw, że na modłę wszystkich małych chłopców nie wysunął w tym zapale języka – Trener Cuprum Lubin, rozpatrywany kandydat na selekcjonera. Profesjonalizm w każdym calu – zakpiła.

-Chyba nie chcesz się kłócić? – spojrzał na nią z łobuzerskim uśmiechem  – A może właśnie chcesz, przecież za to mnie kochasz – udowodnił, że wystarczająco długo przysłuchiwał się ukradkiem jej rozmowie z synem.

-Jeszcze będzie ci głupio Iguś, jak to będzie najulubieńsza zabawka Kuby – dodał prezentując pierwszy udany wiraż wokół stołowej nogi.

-Chyba już jest, niestety – Iga ponownie ułożyła dłoń na brzuchu, a po chwili przykryła ją ręka Łukasza. Całowali się czując pod palcami kolejne miarowe kopnięcia.

Kubuś leżał na brzuszku i z radosnym gaworzeniem obserwował zbliżający się i oddalający od niego samochodzik. Wyciągał małe pulchne rączki starając się schwytać zabawkę i śmiał się zadowolony kiedy prawie jej sięgał. Zupełnie nie deprymowało go, że próby są bezowocne i terenówka wciąż mu się wymyka. Iga dbała o to, ostrożnie przesuwając dźwigienki sterownika, uśmiechała się przez łzy. To jedna z wielu nowych rzeczy jakich nauczyła się ostatnio, bądź których nauczyła się na nowo. Ciągłego przekonywania wszystkich, że ma siłę, kłamstw wypowiadanych z niezachwianą pewnością, wspólnego udawania, że jest lepiej, codziennego rozpadania się i zbierania w całość. I tego niepowstrzymanego płaczu w zupełnej ciszy.

„Mamy czas” zdanie rozbrzmiewające w jej głowie, głos męża wypowiadający je raz za razem, towarzyszący wahadłowym ruchom terenówki. Mamy czas, mamy czas, mamy czas. Nie mieli.

Dziś wspólnie postanowili, że Iga nie będzie już przynosić synka do szpitala. Łukasz nie dał się przekonać, że Kuba i tak nic z tego nie zapamięta. Nie chciał odcisnąć się we wspomnieniach dziecka bezsilny, zmaltretowany chorobą, oderwany od samego siebie, nawet jeśli ryzyko, że jest to możliwe było minimalne. Wystarczała mu świadomość, że takiego widziała go córka, że trafiła na kolejny atak padaczki, zabierający ostatnie resztki godności, pozostawiający go nieprzytomnym na długie godziny, niszczący najmniejsze okruchy nadziei, że leczenie przynosi efekty.

Iga stała w szpitalnym korytarzu tuląc do siebie łkającą Amelkę i czekając, aż znów będzie można wejść do sali zajmowanej przez Łukasza. Sama nie mogła płakać, musiała być silna, niezłomna, zakłamana. Ktoś musiał dać oparcie tej przestraszonej dziewczynce, oszukać ją raz jeszcze, przekonać, że wszystko jest pod kontrolą, że to tylko objaw uboczny, bo terapia wymaga czasu. I że ten nieistniejący czas nadal jest.

Mamy czas. Samochodzik podjeżdżający do dziecięcych rączek i oddalający się z ich zasięgu, prawie schwytany. I ponownie. I jeszcze raz.

Leczenie zostało zakończone. Nikt, kto nie musiał wysłuchać tych słów w przybrudzonych ścianach klinicznego gabinetu od unikającego kontaktu wzrokowego człowieka, w którego możliwości tak bardzo chciało się wierzyć, od którego oczekiwało się cudu, nie zrozumie do końca ich znaczenia. To parafraza, eufemizm. Tak oznajmia się śmierć. Tak mówi się uważnemu słuchaczowi, że czasu już nie ma, właśnie oddalił się od wyciągniętych po niego rąk. Razem ze spokojem, szczęściem, bezpieczeństwem, nadzieją. Iga znała już smak tego stwierdzenia, a jednak pozwoliła aby ją zaskoczyło, powaliło i przygniotło. Bo na coś takiego nie można się przygotować ani uodpornić. Trzeba to przeżyć, przecierpieć, przepłakać w ciszy bawiąc się kupionym przedwcześnie samochodzikiem, ostatnim wspomnieniem beztroskiej chwili, kiedy wszystko wydawało się w końcu układać.

Pozwoliła wyjąć sobie z rąk sterownik, zgodziła się ułożyć synka do łóżeczka i przykryć go lawendowym kocykiem. Ulegle dała się posadzić na kanapie a potem ufnie zapadła się w mocne objęcia. Teraz był moment odwrócenia ról. Mogła być przestraszoną dziewczynką, bo ktoś inny był silny i niezłomny. Przejmował wytrwale jej ból i cierpienie nie oczekując niczego w zamian. Nie zastanawiała się dlaczego to robi, dlaczego dopilnowuje, żeby zdołała się pozbierać i podnieść, z jakiego powodu wciąż czuwa i pozostaje w pobliżu. Była tylko wdzięczna, że jest oparciem, że przynosi oszustwa i kłamstwa, których potrzebowała. Drżąc w silnych ramionach Michała potrafiła na krótko uwierzyć, że mają czas.

5.

Ostatni gwizdek oznajmiający koniec meczu, bezapelacyjną wygraną Cuprum i pewny awans do finałów. Znajdujące się na wyciągnięcie ręki mistrzostwo Polski wywoływało w wypełniających lubińską halę kibicach euforię, która wzmogła się jeszcze bardziej gdy MVP spotkania wybrany został Michał Kubiak. Odbierał nagrodę wsłuchany w skandowane gromko „dziękujemy” i czuł się przez moment wolny i szczęśliwy. Ta chwila nie trwała długo.

Widział jak nieśpiesznie schodzi w dół trybun dając się potrącać i przepychać przez przeciskających się wokół niej ludzi. Zdawało się, że wcale tego nie zauważa uśmiechnięta i wpatrzona w stojącego przy bandach mężczyznę. Jeszcze nie tak dawno spoglądała w ten sposób na Michała, choć bardzo rzadko zbiegała na boisko, najczęściej utrzymywała dystans i spotykali się dopiero po meczu. Dziś Iga stała na ostatnim stopniu betonowych schodów a Łukasz przeskoczywszy zwinnie przez zagradzające mu drogę zapory był już przy niej. Szczęśliwy porwał dziewczynę w ramiona i obrócił się z nią kilkakrotnie. Kubiakowi przypomniało się ich pierwsze spotkanie. Wtedy, na Podpromiu, Kadziu zachował się tak samo, tylko, że wtedy pocałował ją w policzek, nie w usta, wtedy na jej twarzy malowało się zaskoczenie nie radość, wtedy on sam był tym, na którego czekała a nie Kadziewicz. Zmusił się do rozluźnienia zaciśniętych w pięści dłoni, odwrócił wzrok i ruszył w kierunku szatni obojętnie mijając nawołujących go fanów. Jeżeli ma z nią porozmawiać nie może zwlekać.

Nie mylił się, czekała w stałym miejscu, w ich miejscu. Schowana za załomem muru, tam gdzie znaleźć mógł ją tylko ktoś kto jej szukał, tak jak on teraz. Oparta o ścianę w znajomej pozie, słuchawki w uszach i uśmiech czający się kącikach ust. Całkowicie pochłonięta tekstową wymianą zdań nie zauważyła nawet, że nie jest już sama. Michał był przekonany, że irytujące dźwięki przychodzących jedna po drugiej wiadomości to sprawka Kadziewicza, który nie pierwszy raz podczas konferencji prasowej zajmował się czymś zupełnie innym niż swoimi trenerskimi obowiązkami. Kubiak podszedł bliżej i dotknął jej ramienia, Iga poderwała głowę i spojrzała na niego zmieszana. Delikatnie pociągnął kable słuchawek i wyjął z rąk dziewczyny nieprzerwanie popiskujący telefon, wykorzystując moment zaskoczenia wyłączył aparat przytrzymując przycisk na obudowie.

-Porozmawiamy – oznajmił oddając Idze smartfona – Powiesz mi, kiedy skończy się ta farsa?

-O czym ty mówisz? – jak zwykle świetnie panowała nad twarzą, prawie uwierzył.

-O tej głupiej, infantylnej karze, którą sobie dla mnie wymyśliłaś. Już pora przerwać tą zabawę z Łukaszem, nie uważasz, że to okrutne?

-Nic nie rozumiesz, prawda? – potrząsnęła smutno głową i wbiła spojrzenie w podłogę.

-Po prostu powiedz mi czego oczekujesz, to zrozumiem. Co mam zrobić, żebyś w końcu zapomniała i wróciła? – starym zwyczajem ujął jej podbródek i zmusił do patrzenia sobie w oczy.

-Michał, nie wszystko kręci się wokół ciebie. Nie skłamałam, kiedy mówiłam, że nie będziemy razem, że wybrałam inaczej. Przykro mi, ale tak jest. To żadna gra. Zastanów się, znasz mnie trochę, naprawdę uważasz, że mogłabym zniżyć się do czegoś takiego? Kim jestem dla ciebie, skoro posądzasz mnie o podobną podłość? – w jej wzroku dostrzegł rozczarowanie, ale nie byłby sobą, gdyby nie spróbował jeszcze raz.

Pochylił się i pocałował ją, wypełniająca go tęsknota znalazła w końcu ujście. Iga go nie odepchnęła, pozwoliła przyprzeć się do ściany, ale to nie dało mu oczekiwanej satysfakcji, nie było zwycięstwem. Bierna, uległa i obojętna. Kukiełka czekająca aż skończy. Kiedy oderwał się od jej ust napotkał to samo rozczarowane spojrzenie.

-To żadna gra – powtórzyła smutno – i szkoda, że tego nie widzisz. Nie zmienisz niczego namiętnym pocałunkiem, nie tym razem.

-Kochasz mnie – powiedział z całą pewnością na jaką było go stać. Była tak blisko, wystarczy, że teraz nie zaprzeczy a znów ją pocałuje potwierdzając w ten sposób to co oczywiste.

-Tak – odparła cicho. Zanim triumfalny uśmiech wypłynął na jego wargi dodała jednak – ale Łukasza kocham bardziej.

-Dlaczego? – zareagował mimo woli, pytanie zabrzmiało dziecinnie i żałośnie, wyrwało mu się samo, wyprzedzając gniew czy niedowierzanie.

-Może rzeczywiście pomoże jeżeli ci powiem. On nigdy nie zachowałby się tak jak ty. Nie jestem rzeczą, niczyją własnością – Iga mówiła coraz szybciej, dopiero teraz pozwalając sobie na emocje, rumieniec pojawił się na jej policzkach a oczy błyszczały w zdenerwowaniu – nie trzeba mnie opieczętowywać ani oznaczać, to co zrobiłeś przed chwilą to nic innego jak kolejna próba przywłaszczenia. Dlatego przed tobą stale uciekałam, broniłam każdego skrawka wolności. Nawet nie wiesz, co działo się ze mną tamtej nocy w Gdańsku, spałeś zadowolony, że wszystko znów masz pod kontrolą. A mnie ta kontrola zaczęła wtedy dusić i uciskać. Widzisz, ja nadal pamiętam co mi powiedziałeś, kiedy oznajmiałeś wyjazd do Kazania. Że nic mnie tu nie trzyma. Jakbyś nic o mnie nie wiedział, jakbym była dodatkiem do twojego życia, bez własnego celu czy znaczenia. Nie chciałam tego i przy Łukaszu nie muszę się o to bać. A przede wszystkim wiem, że mogę na niego liczyć bez względu na to co zrobię, że nie pozwoli aby jego urażone ego nim kierowało. Dla ciebie rozwiązanie zazwyczaj jest jedno, twoje. A nie wszystko kręci się wokół nas samych. Kocham Łukasza, bo on to wie.

Zamilkła oczekując jego reakcji. Zacisnął zęby, wściekłość narastała po każdym usłyszanym zdaniu, dłonie już dawno zwinęły się w pięści. Zauważyła to.

-Chciałbyś to zmienić gniewem? – zapytała chwytając jego nadgarstek. Ułożyła rękę Michała na swoim mostku – proszę, to się stało tutaj – wskazała trochę na lewo od miejsca gdzie przytrzymywała jego pięść – uderz, jeżeli tak tego chcesz.

Wyrwał dłoń z jej uścisku, schował ją za siebie jakby w obawie, że mógłby rzeczywiście to zrobić.

-Zawsze zastanawiałeś się czy się ciebie boję – powiedziała patrząc mu z bliska w oczy – za każdym razem przeczyłam. Ale nigdy nie czułam się przy tobie naprawdę bezpieczna. I to nie ma nic wspólnego z agresją. Nie udało nam się Michał, z wielu powodów. To jest twoje „dlaczego”.

Powinien coś odpowiedzieć, może zanegować, spróbować wyjaśnić, że wcale tak nie było, że to ona niczego nie zrozumiała. Milczał. W ciszy odwrócił się i odszedł, nie umiał znaleźć słów, które zamieniłyby kolejność, sprawiłyby, że kochałaby Łukasza, ale to jego bardziej.

Michał nie wiedział kiedy nieznajomy przysiadł się do niego. Nie dostrzegał niczego wokół, zamyślony i skoncentrowany na przeciwległych drzwiach. Czekał, aż się otworzą, aż wyjdzie przez nie lekarz i oznajmi, że można tam wejść, że jeszcze jest do kogo. Przed chwilą został wyproszony, wizytę u Łukasza przerwał kolejny atak padaczkowy. Michał patrzył na wstrząsane spazmami, prężące się i charczące ciało trenera, oczy chowające się pod powiekami, napięte ręce, tak wychudłe, że można było policzyć wszystkie żyłki pod pergaminową skórą. Był świadkiem tego, co wycieńczająca choroba potrafi zrobić z silnym, wysportowanym mężczyzną i nie mógł uwierzyć jak niewiele czasu potrzeba było, aby doprowadzić do takiego stanu. Na szczęście nie przyjechał z Igą. Widziała już o wiele za dużo tych scen, niszczyły ją i coraz trudniej było jej się po nich otrząsnąć, ona też słabła, wraz z Łukaszem.

-Święty Juda – z odrętwienia wyrwał siatkarza cichy głos. Michał przeniósł wzrok na niespodziewanego sąsiada. Jedyną wskazówką, że to duchowny była koloratka zatknięta w kołnierz ciemnej koszuli.

-Co proszę? – przyjrzał się księdzu z uwagą, nie był pewien czy ten zwracał się do niego czy też może szeptał jakąś specjalną litanię o zdrowie chorych. Był stary, posiwiały i pomarszczony, spokojnie mógłby być dziadkiem a może i pradziadkiem Kubiaka, jego twarz budziła zaufanie, a bladoniebieskie oczy obserwowały otoczenie z pobłażliwą wyrozumiałością, typową dla tych, którzy już dość się nachodzili po tym świecie, aby dać się zaskoczyć byle czym.

-Patron spraw beznadziejnych, poprosił mnie dziś żebym mu przypomniał kto nim jest – staruszek wskazał na drzwi prowadzące do sali, w której leżał Kadziewicz – powiedział, że tylko on go może wysłuchać. Wiesz, co mu odparłem?

Michał pokręcił głową, byłoby niegrzeczne, gdyby zgodnie z prawdą przyznał, że wcale go to nie interesuje. Miał nadzieję, że duchowny sam domyśli się, że jego towarzystwo nie jest tutaj potrzebne. Ksiądz jednak zdawał się zadowolony z biernej postawy słuchacza bo kontynuował:

-Że to powinien być patron dużej części znanych mi chorych i jeszcze większej zdrowych. Pośmialiśmy się chwilę. Twój przyjaciel ma nadal sporo energii choć widać jak z niego uchodzi. On też ma tego świadomość, ale jeszcze walczy. Dałem mu medalik z Judą, zacisnął na nim te wychudzone palce. Jeżeli zgubi to dam mu następny. Mam ich sporo. To jest niestety odpowiedni święty w tym miejscu.

-Pan wybaczy, to znaczy ksiądz – Michał zakłopotany swoim przejęzyczeniem potarł kark – ale ja nie jestem szczególnie wierzący, i raczej nie w nastroju do rozmów religijnych – czy jakichkolwiek, dodał już w myśli.

-Oczywiście, że nie jesteś – staruszek zaśmiał się cicho – nikt z was nie jest moi trędowaci.

-Nie rozumiem – wbrew wcześniejszej deklaracji Kubiak dał się wciągnąć w pułapkę dziwnego stwierdzenia.

-Ano tak, trochę niewierzący, teraz jest was tak wielu, biedaki. Trąd dwudziestego pierwszego wieku. To się tak łatwo mówi, nie wierzę. Ten tam – znów wskazał na zamknięte drzwi – kolejny niewierzący, ściska w ręku mój medalik. A ta biedna, zagubiona kobieta o poranionych dłoniach? Ta, która przesiaduje przy jego łóżku, żona zdaje się. Też z pewnością nie wierzy, ale patrzy na mnie z takim oczekiwaniem, jakbym samodzielnie wskrzesił Łazarza. I ty też, zaplątany człowieczku, wystarczy na ciebie spojrzeć, żeby zauważyć, jak bardzo nie wiesz co dalej i jak bardzo potrzebujesz w coś uwierzyć.

Michał otworzył usta i miał zamiar w kilku dosadnych słowach podsumować co myśli o natrętnych kaznodziejach z bożej łaski, którzy nie potrafią uszanować czyjejś prywatności i włażą z butami tam gdzie ich nie proszą. Coś kazało mu się jednak powstrzymać, być może był to uniesiony do góry sękaty palec nieznajomego.

-Nie rób do mnie groźnych min chłopcze – duchowny zbył widoczny gniew siatkarza wzruszeniem ramion – jestem starym, zmęczonym księdzem, za dużo tu widziałem, żeby mnie przestraszyły czyjeś zmarszczone brwi. Przychodzę tu pomagać, i umierającym i tym, którzy muszą patrzeć jak ich bliscy odchodzą. Takie mam powołanie i nie tobie mnie od niego odwodzić. Mówię o was trędowaci, bo tacy jesteście, przez to wasze trochę niewierzenie poodpadało z was tak wiele części, że kiedy przychodzi do próby nie macie czym się bronić. Bo nie ma wiary, nadziei, miłości. A pustką to się żaden głodny nie nakarmił. Żal mi was, zarażacie się nawzajem i wmawiacie sobie, że bez palca, nosa, stopy, a w końcu i całej ręki można żyć. Oczywiście, że można, tylko co to za życie? Jakby trochę niepełne, nie uważasz? Ale cóż, ten trąd jest chorobą, którą można leczyć, jeżeli się chce. Można też na nią umrzeć. Wolna wola, też trochę nie wierzycie, że ją macie.

-Z księdza to coś jakby filozof – Michał nie oparł się drwinie.

-A żebyś wiedział, jak dożyjesz moich lat to zrozumiesz. Wtedy jest ci wszystko jedno, czy ktoś traktuje cię poważnie, czy kpi, mam już bliżej niż dalej i szkoda mi czasu na przejmowanie się głupimi przytykami – z niewzruszoną miną odparł na zaczepkę, Kubiak poczuł się skarcony.

-Przepraszam – powiedział cicho – to jest bardzo zły dzień, ostatnio są same takie. Czy… – zawahał się, ale po chwili przełamał i dokończył – czy ksiądz wie jak wytłumaczyć komuś dlaczego tak się dzieje? Wspominał ksiądz o niej, o tej kobiecie, która przychodzi do Łukasza, jej trzeba pomóc. Ja muszę jej jakoś pomóc.

-Pomagasz – staruszek poklepał go po ramieniu i uśmiechnął się – to, że ty dostrzegłeś mnie dopiero dziś nie znaczy, że ja cię nie znam. Obserwuję cię od kilku tygodni. Wspierasz ją, dbasz, żeby wytrwała, a patrzysz na nią jakbyś błagał o wybaczenie, bo zdaje ci się, że jesteś winny jej cierpienia. Nie jesteś. Domyślam się, że może być w tobie zazdrość i gniew, ale nie sprowadziłeś tej choroby.

-Ciężko wierzyć, że jest bóg, który może coś takiego sprowadzać – Michał odparł z ociąganiem, nie chciał wchodzić w takie dysputy, ale nie potrafił też tego przemilczeć – wolę nie wierzyć.

-Raczej odpadło z ciebie tak wiele, że nie potrafisz uwierzyć. Nie bój się, nie będę cię nawracał – ksiądz zastrzegł prędko widząc minę Kubiaka – Ale przez to trudniej ci pomóc. Widzisz chłopcze, kiedy umiera ktoś bliski ciężko znaleźć w tym sens, ale on gdzieś tam jest. Wszystko ma swój zamysł, jest po coś na tym świecie. Czasami całe życie schodzi nam na poszukiwaniu tego znaczenia, bywa też, że strata niespodziewanie je ujawnia. Nigdy pewnie nie zrozumiemy, dlaczego odchodzą dzieci, ich matki czy ojcowie, ale zauważamy jakie zmiany wywołała ich śmierć. I zdarza się, że po jakimś czasie dociera do nas, że bez tego nie miałoby miejsca wiele innych, dobrych rzeczy w naszym życiu. A ból? Towarzyszy nam od urodzenia, nie można się go pozbyć, można o nim na chwilę zapomnieć. Może ty jesteś po to, żeby pomóc jej zapomnieć? Bo może klucz do wszystkiego, to być dla kogoś, a nie dla siebie? Pomyślałeś kiedyś o tym? Że w naszym istnieniu nie chodzi o nas a o innych? Wam, moim biednym trędowatym, często ciężko to dostrzec, bo macie coraz mniej do zaoferowania, wasza choroba z was ujmuje a nie dodaje. Zobacz co tam jeszcze z ciebie zostało i spróbuj jej to podarować, bezinteresownie, wyzwolisz się i nawet jeśli nie zdołasz jej wytłumaczyć dlaczego on umiera, pomożesz jej to przetrwać.

Michał spoglądał na księdza szeroko otwartymi oczami. Nie znali się, nic o nim nie wiedział a jednocześnie jego jasne tęczówki przejrzały go na wskroś. Próbował coś odpowiedzieć, ale w tym momencie oczekiwanie dobiegło końca, drzwi otworzyły się raz jeszcze.

-Niech pan wejdzie, na kilka minut, podaliśmy mu silne leki nasenne, musi odpocząć – lekarz zwrócił się do Kubiaka poprawiając stetoskop. Duchownego powitał pełnym szacunku skinieniem głowy i szybkim krokiem oddalił się wgłąb korytarza, do kolejnych pacjentów, mimo że tylko nielicznym był w stanie pomóc.

-Dziękuję księdzu, nie każdy chciałby wyciągnąć rękę do trędowatego – Kubiak zwrócił się do staruszka, który uśmiechnął się do niego ciepło. Rozstali się krótkim uściskiem dłoni i Michał podążył w stronę szpitalnej sali. Odwrócony nie mógł zobaczyć znaku krzyża, którym pożegnał go ksiądz, można jednak było odnieść wrażenie, że siatkarz nieznacznie się wyprostował. Jakby z jego barków ujęto odrobinę przygniatającego go ciężaru.

Łukasz wyglądał bardzo źle, wycieńczony atakiem z trudem walczył z opadającymi powiekami. Blady, spocony, z przygryzionymi do krwi wargami i tak zdołał przywołać na twarz nikły uśmiech.

-Będę się streszczał, bo boję się, że zaraz znów mnie trafi albo odpłynę  – odezwał się słabym głosem – ostatnio nauczyłem się wykorzystywać do maksimum chwile, kiedy myślę trzeźwo więc proszę nic nie mów tylko słuchaj. Tym bardziej, że kosztuje mnie przełamanie się do tego o co chcę cię prosić.

Kubiak skinął głową i zbliżył się do łóżka chorego, tak by ten nie musiał marnować sił i mógł mówić ciszej.

-Michał, wiem, że to będzie ckliwe, babskie i głupie, ale i tak to powiem – Kadziewicz odchrząknął i dopiero po dłuższej pauzie kontynuował – Zajmij się nimi. Przemek będzie blisko, na pewno, ale to może być za mało. Maleńka mi się rozpadnie, nie pozwól na to. Zdaję sobie sprawę, że dużo wymagam choć nie mam do tego prawa, ale kochałeś ją, może nadal kochasz i nie ma nikogo innego, kto pojmuje lepiej co to z nią robi – wskazał palcem na swoją głowę, na miejsce gdzie nadal widniały szwy po przebytej operacji, na miejsce, z którego brało się umieranie – Nie jestem Maćkiem a równocześnie nim jestem, nie będę ci tego tłumaczył, bo doskonale rozumiesz. Mam coraz mniej siły, żeby walczyć o nią i o siebie. Poza tym w grze o siebie dostaję tragicznie w tacę. Proszę, jeżeli coś się stanie, albo raczej kiedy się stanie, zajmij się nimi. Choć przez ten najgorszy czas – Kadziewicz urwał i wbił intensywne spojrzenie w Michała.

-Zajmę się – niepotrzebne były dodatkowe przyrzeczenia, w głosie Kubiaka doskonale dało się wyczuć determinację. Łukasz uśmiechnął się z wysiłkiem, ogarniała go senność. Ale przede wszystkim czuł spokój, po pierwsze zdołał pokonać samego siebie, wzbraniającego mu tej rozmowy z tak ważnym człowiekiem w życiu Igi, z mężczyzną, z którym przecież jeszcze niedawno o nią rywalizował, po drugie uzyskał odpowiedź jakiej oczekiwał i wierzył w szczerość tej oszczędnej deklaracji. Skinął jeszcze głową nie znajdując siły na głośne podziękowanie i zasnął, odurzony podanymi po ataku lekarstwami. Spomiędzy jego palców wysunął się mały, srebrny krążek. Michał przez chwilę obracał w dłoni podobiznę świętego, a następnie pieczołowicie owinął przytwierdzony do medalika łańcuszek wokół nadgarstka Kadziewicza.

Juda, patron spraw beznadziejnych, ich wspólny patron.

6.

Patrzyli sobie w oczy, bez słowa wymieniali się spojrzeniami starając się przekazać jak najwięcej z tego na co zabrakło im czasu. Łukasz z całych sił walczył z ogarniająca go sennością, nie chciał stracić ani jednej cennej sekundy. Iga siedziała na brzegu łóżka delikatnie gładząc jego rękę. Obejmowała wychudłe palce męża zastanawiając się jak to możliwe, że jego rozbita wieloletnim uderzaniem w piłkę dłoń nagle stała się tak smukła i krucha, jakby nie należała do siatkarza a do nawykłego do wielogodzinnego ćwiczenia oktaw pianisty. Uśmiechnął się z wysiłkiem sięgając jej policzka, ocierając zbłąkaną, pojedynczą łzę.

-Nie martw się Maleńka, ja się wcale nie daję, będzie dobrze – wyszeptał kolejne kłamstwo.

-Wiem, nie dajemy się oboje – odpowiedziała oszustwem.

Prawda nigdy nie przeszłaby przez ich ściśnięte żalem gardła. Szczere były tylko spojrzenia, pełne znaczeń, zaklęć i obietnic.

„Kocham cię Iguś, pamiętaj”, „Kocham cię Łukasz, nigdy nie zapomnę”, „Opowiedz czasem Kubie o mnie”, „Twój syn będzie z ciebie dumny, zadbam o to”, „Nie poddawaj się, nie zniósłbym, gdybyś…, gdybyś postanowiła odejść”, „Nie wiem jak bez ciebie będę żyć dalej”, „Boję się umierać”, „Tak bardzo boję się, że za chwilę znikniesz”, „Przepraszam cię, że znów powtarzam twój koszmar”, „Dziękuję ci za szczęście, o którym myślałam, że nigdy się już nie powtórzy”.

Jeszcze jeden słaby uśmiech, jedna niechciana łza, spojrzenie przenikające do głębi, odczytujące wszystkie niewypowiedziane słowa, jeszcze jeden uścisk szczupłych palców, które nagle zwiotczałe przesunęły się bezwładnie po skórze jej dłoni.

I krzyk. Kto tak krzyczy? Ona? Przecież jej już nie ma.

Przemek zaalarmowany głosem Igi wpadł do pomieszczenia, jedno spojrzenie wystarczyło, żeby zrozumieć. Właściwie wiedział już wcześniej, gdy tylko usłyszał nieludzki skowyt przyjaciółki. Jednak nadzieja nie poddaje się dopóki nie zobaczy, nie dostanie ostatecznych dowodów. Takich jak widok Łukasza leżącego z nienaturalnie odchyloną do tyłu głową. I zachłystującej się szlochem zrozpaczonej kobiety, wciąż krzyczącej imię męża.

Tuż za Przemkiem pojawił się Michał, a po chwili salę zaczął wypełniać podenerwowany szpitalny personel. Iga odepchnięta od łóżka zatoczyła się pod ścianę, upadłaby, gdyby nie refleks Kubiaka, który zdążył ją podtrzymać.

-Zabierz ją, zabierz ją stąd! – Przemek wskazał na otwarte drzwi, a Michał podniósł ucichłą niespodziewanie Igę, wziął ją na ręce i wyniósł na korytarz. Usiadł na najbliższej ławce nadal tuląc ją do siebie. Wydawało mu się, że nic nie waży, że trzyma w objęciach pustą skorupkę. I nie zdziwił się tym, nie pierwszy raz zamykał w ramionach cierpienie.

Zobojętniały spojrzał na Przemka kręcącego z rezygnacją głową, nie pozwolił Idze zobaczyć wyjeżdżającego z sali,  przykrytego białym prześcieradłem łóżka przyciskając ją mocniej do swojego torsu, zgodził się żeby pielęgniarka wkłuła się w drżące przedramię dziewczyny, a zaraz potem znów przygarnął ją do siebie, schował przed światem i jego niesprawiedliwością. Sam nie wiedział jak długo tak siedzieli, on zaciskający ręce wokół jej ciała, kołyszący Igę jak małe dziecko, ona uspokajająca się pod wpływem farmaceutyków, Przemek tuż obok, ze schowaną w dłoniach twarzą. Ocknął się na widok znajomej sylwetki. Staruszek w sutannie stał w pewnej odległości, z jego wzroku Michał wyczytał aprobatę. Sam też to czuł, był teraz dla niej, nie dla siebie. Możliwe, że po raz pierwszy.

Ostatnie co pamiętała wyraźnie to ciepłe, gasnące spojrzenie Łukasza. Potem wszystko zmieniło się w rozmazany kalejdoskop niepowiązanych ze sobą urywków. Krzyk, jakaś obca kobieta wywrzaskująca imię jej męża, czyjeś objęcia unoszące ją z tego piekła, puste, ciemne mieszkanie, w którym nie doczeka się już jego powrotu, synek wyciągający do niej rączki nierozumiejący dlaczego jego mama tak bardzo płacze.

-Rodzina prosi o nieskładanie kondolencji – poważny głos należący do smutnego człowieka w garniturze.

Nie zna go. Co ona tu robi? Ktoś umarł? Poczuła jak osuwa się w ciemność, czyjeś ramię ratujące ją przed upadkiem. Marmurowa płyta pokryta kwiatami, tysiące ludzi, sztandary. Jej siostra ubrana na czarno, trzymająca na rękach rozglądającego się ciekawie Kubusia. Spojrzała na swoje dłonie ułożone równo na skrytych pod czarną tkaniną kolanach. Dlaczego oni wszyscy są ubrani na czarno? Ktoś umarł? Maciek już od dawna nie żyje, po co to powtarzają? Zatopiła paznokieć w kciuku, poczuła się lepiej, chciała powtórzyć. Mocny uścisk palców na nadgarstku, niebieskie tęczówki wpatrujące się w nią intensywnie:

-Igunia, przestań, proszę cię – szept tuż przy jej uchu.

Dobrze, właściwie nie wie po co to robi, to nikogo nie uratuje. Znów ciemność.

Otworzyła oczy. W słabym blasku nocnej lampki rozpoznała ich sypialnię. Leżała skulona pod kocem, na stoliku obok łóżka stała szklanka z wodą i ampułka do zastrzyków. Ostrożnie dotknęła palcami opuchniętej twarzy. Jak bardzo musiała płakać? Wiedziała, że i tak nie zdołała uśmierzyć tym bólu, a jednak łzy znów zapiekły ją pod powiekami. Nie chciała ich, od zawsze nienawidziła słabości. Musi się pozbierać, nie dla siebie, dla Kuby. Podniosła się powoli, drzwi pokoju były uchylone, przez szparę sączyło się mocne światło. Ktoś czuwa. Iza? Przemek?

Siedział w fotelu, nogi wyciągnął przed siebie a zaciągnięty w płuca papierosowy dym wydmuchiwał w stronę uchylonego okna. Na jej widok poderwał się zaniepokojony.

-Od kiedy palisz? Chyba nie powinieneś – podeszła wyjmując z jego ręki papierosa i wkładając go sobie do ust.

-Od niedawna, trochę pomaga – przyglądał się jej niepewnie – jak się czujesz?

-Lepiej, wiem gdzie jestem, wiem kim jestem. Czy to dzięki zastrzykom? Czy dlatego, że już ich mi nie robisz? – jak przez mgłę przypominała sobie Kubiaka z precyzją wbijającego igłę w zgięcie jej łokcia. Tak było chyba wczoraj, i przedwczoraj. A co było wcześniej?

-Miałem rację, że już dość szprycowania – uśmiechnął się kącikiem ust.

-Gdzie Kuba? – ruszyła w kierunku pokoju synka.

-Obudzisz go – zatrzymał ją chwytając za nadgarstek. Pamiętała ten gest, robił to za każdym razem, gdy postanowiła rozszarpać sobie dłonie – Izie trochę zajęło zanim zdołała go uśpić. Daj mu odpocząć.

-Też tu jest – odpowiedział na zaskoczenie w jej wzroku – i też śpi, zmieniamy się, żeby zawsze ktoś był na nogach. Potrzebujesz – zająknął się – potrzebowałaś stałej opieki.

Aż tak? – opadła ciężko na kanapę – Przepraszam.

Usiadł obok obejmując ją ramieniem.

-Przestań, po prostu wracaj Iga. Nic więcej nie chcemy.

W milczeniu siedzieli przy sobie, czuła spokój jaki promieniował z jego objęć, znów pomagał jej poskładać się w całość. Dlaczego to robi?

-Dziękuję Michał, bez ciebie nie wiem czy dałabym radę – powiedziała cicho.

-Nie gadaj głupstw, masz syna, wracasz dla niego – burknął ponad jej głową.

-Nie chcę być nie fair, potrzebuję cię, bardzo mi pomagasz, ale… – nie była pewna, czy to dobry moment, aby o tym mówić, ale nie umiała udawać, że to wszystko jest tak zupełnie naturalne. To nie był Przemek, to nie był jej brat.

-Nie musisz tłumaczyć, rozumiem – przerwał jej – nie jesteś mi winna żadnych obietnic ani wyjaśnień. Wracaj do nas, przetrwamy to z tobą. Tylko o to tu chodzi.

Popatrzyła na niego z wdzięcznością.

-Zajrzę jednak do niego, nie obudzę, obiecuję, ale muszę go zobaczyć. Zawiodłam go na chwilę, to się nie powtórzy – powiedziała z tak typowym dla siebie przekonaniem. Michał z uśmiechem kiwnął głową.

Odprowadził ją wzrokiem, a kiedy ostrożnie wśliznęła się do sypialni synka sięgnął po kolejnego Lucky Strika i wyszedł na taras. Naprawdę był z siebie zadowolony, lekarz przekonywał, że powinna jeszcze przez pewien czas dostawać te zastrzyki, ale on znał ją lepiej. Twarda i krucha równocześnie. Jego Iga.

Zaciągnął się mocno papierosowym dymem wspominając ich pierwsze spotkanie. Uśmiechał się, kiedy uświadamiał sobie swoje nieporadne zaloty, ileż czasu zajęło mu zanim się zorientował, że ją kocha. Czy zacząłby jeszcze raz, gdyby wiedział jak się to wszystko potoczy? Spoglądając na rozgwieżdżone niebo był pewien odpowiedzi.

==============================================================

I to jest oficjalny koniec, nie będziemy przeciągać tej części, z założenia miała być krótka i skondensowana. Nie będzie też epilogów, prologów, części szóstych i siódmych. Nie wiem czy żyli długo i szczęśliwie, więc nie mogę o tym napisać. Porzucam ich w zawieszeniu. Kto lubi jednoznaczne happy-endy niech zostanie z częścią drugą (#TeamKubiak) bądź czwartą (#TeamKadziu). A mój MIgał kończy się tak naprawdę przed czwartym wielokropkiem, ale to nie byłoby odpowiednie.

Dziękuję, że tu jesteście. Naprawdę wiele to dla mnie znaczy.

I żadnych wzniosłych słów więcej. Jeszcze tylko prośba, skoro już tu jesteś a za Tobą prawdopodobnie wszystkie pięć części, zostaw proszę ślad. Spędziłaś z moimi bohaterami trochę czasu, czymś Cię przyciągnęli i zatrzymali przy sobie na dłużej. Opowiedz mi o tym, poklep po ramieniu za dobrze wykonaną pracę albo skarć za błędy i rozczarowania. Wszystko jest ważne i daje powód żeby jeszcze bardziej się starać.

==============================================================

Dla ułatwienia:

Elektroliza = coś nowego

Odpowiedzi na pytanie: Co mieszka w brodzie?

Niby bez związku

Uciekam

59 odpowiedzi na „MIgał5

  1. ~E. pisze:

    Jestem w szoku, totalnym… Płaczę, że ostatnia część była czymś niesamowicie wzruszająco-przygnębiająco-życiowa? Płaczę, bo to przeczytałam? Płaczę, bo już wiem, że się skończyło? Bo szkoda mi Igi, Łukasza? A może szkoda mi Michała? Nie wiem, wszystkiego po trochu. Ja w tym opowiadaniu stałam murem za Michałem, niemal przez cały czas. I dla mnie opowiadanie skończyło się na części 4, gdzie końcówka równie dobrze mogła być powrotem Igi do Michała. Nie było tam żadnej śmierci Łukasza, którego lubiłam równie mocno, mimo że później był niejakim rywalem Kubiaka.
    Ale… Pamiętam część 5 i chyba długo nie zapomnę.
    Dla mnie majstersztykiem była przede wszystkim część 3…
    Podziwiam za wszystkie emocje jakie u mnie wywołałaś ;) Coś pięknego i cudownego. Tu, w tej historii wszystko było od początku do końca niepewne. Tak jak w życiu.
    Ty ją tworzyłaś, ale mam wrażenie, że wydarzenia działy się poza nami wszystkimi. Oni byli tak prawdziwi, ich rozmowy, wszystkie detale, że w pewnym momencie zaczęłam żałować, że nie będę mieć okazji spotkać takiej Igi, Łukasza, Michała, czy Izy (która była od początku do końca odbierana przeze mnie jako postać pozytywna)…
    Nawet myślałam żeby fajnie było jakby Michał z nią coś zaczął, a Iga by kipiała z zazdrości :D mogły by być śmieszne akcje ;)
    Ale i tak było wiele momentów, kiedy sie smiałam :P i takie kiedy płakałam :)
    I biłam brawo, z niedowierzaniem, że ktoś ma taki talent :)
    Najlepsze opowiadanie ever !

    Chcę więcej i więcej… takich opowiadań z Kubiakiem :D
    Pozdrawiam gorąco :)
    mimo-wszystko-ide.blog.onet.pl
    odchodze-kochanie.blogspot.com

    • otfilulu pisze:

      Naprawdę nie wiem, jak Ci mam podziękować za wszystkie wystawione MIgałom oceny, za te pełne emocji zdania i pochwały. Często autorki powołują się na slogan: komentujesz = motywujesz. I to rzeczywiście prawda, tutaj poniżej jest kilka moich stałych motywujących czytelniczek, papierków lakmusowych, które dbają o to, żebym w trakcie pisania nie wypadła z torów, żebym chciała zaskakiwać i trzymać je w niepewności a każdy szczegół fabuły oglądać kilkakrotnie starając się uniknąć sztampy. Z szacunku dla ich czasu poświęconego mojej grafomanii.
      Ale jest też druga kategoria komentarzy, te pojawiają się później, z zaskoczenia i niespodziewanie. Opowiadanie jest zakończone, ostatecznie zalakowane, razem ze swoimi lepszymi i gorszymi momentami. Zdawałoby się, że ostatnia kropka została już dawno postawiona, nie ma nic do dodania. I gdy ktoś po dłuższym czasie odkrywa tę historię na nowo, brnie wytrwale przez wszystkie części i zostawia tak piękne post scriptum jak Twoje, to czuję niewypowiedzianą dumę i radość. Bo ten mój pomysł nadal żyje, wzrusza i zostaje w głowach. Nie wiem, czy moje kolejne opowiadania są lepsze czy gorsze, nie wiem które z nich będzie tym ostatnim. Nieważne, tu i teraz, dzięki Twoim słowom, wiem, że to właśnie się udało. A miło poczuć, że coś zrobiło się dobrze. Za to poklepanie po plecach, które uskrzydli mnie na długo, bardzo dziękuję, najlepiej jak potrafię.
      I nie byłabym sobą, gdybym na wezwanie o więcej nie zaproponowała mojego naj: Kubiakowy Kubiak
      Jeszcze raz dziękuję za czas i że chciało Ci się do mnie napisać. Pozdrawiam ciepło.

      • ~E. pisze:

        Ty to pisałaś? Naprawdę? Kochana, właśnie się rozpłakałam :D To było moje ukochane opowiadanie, i pierwsze jakie czytałam kilka razy, wracałam do pewnych rozdziałów nagiminnie, a wymianę zdań między Kubiakiem i wszechwiedzącym Możdżonkiem znałam na pamięć, komentowałam to opowiadanie (Mila07) i ta biedna, krucha Ania.. kłamliwy, niekłamliwy Michaś … wow… ja to uwielbiam i ja to podziwiam … Maciek zmarł Idze, Kuba zmarł Ani. No przecież! Wiedziałam, jak tu trafiłam, że ten sposób pisania skądś już znam ! Ojej, jakie to jest piękne, jakie cudowne, mogę tylko chylić czoła i wracać tu z sentymentem. Bo opowiadanie m.kubiak pamiętam, a nie czytałam już tyle czasu, to zostaje w pamięci *.* Iga zostanie, tak jak Ania została. Buziaki słodkie na walentynki, które nadchodzą :)

    • otfilulu pisze:

      Oj, oj, to nie tak. Małe zamieszanie. To nie ja. To po prostu moje ukochane opowiadanie o Kubiaku, najlepsze jakie znam i niedościgniony wzór.
      Jedno z pierwszych jakie przeczytałam, które wciąż czytam na nowo i które sobie wydrukowałam. A pewnie gdyby nie ono mojego bloga by nie było, bo wtedy się przekonałam, że można napisać fanfica tak, żeby był dobry, i to staram się z lepszym/gorszym skutkiem urzeczywistniać u siebie.
      Ale nie, niestety @ni@ to nie ja. Choć pod każdym Twoim słowem zachwytu podpisuję się oburącz.
      Pozdrawiam i przepraszam za rozczarowanie.

      • ~E. pisze:

        @nia@ no tak :D to bylo tak dawno ze zapomnialam jaki to byl nick, przeczytalam na szybko komentarz, napisalam odpowiedz w biegu, ale to i tak nie zmienia mojej oceny :D obie jestescie genialne *.* uwielbiam Kubiaka, zawsze szukam o nim historii i ja znam jeszcze jeden blog ktory mnie uwiodl, na ktory czekalam, jak na gwiazdke, choc na pewno nie az tak jak na Anie czy Ige (no i Kubiakow) ale tez jest wspaniale napisany ;)
        Kojarzysz znajomy-nieznajomy.blog.onet.pl ? Polecam bo warto, choc charakter tamtego Kubiaka doprowadza mnie do szalu, autorka jest zdolna :) i do mnie tez zapraszam jakby sie nudzilo :) odchodze-kochanie.blogspot.com , mimo-wszystko-ide.blog.onet.pl :D

  2. ~Greenberry pisze:

    Znowu ja, no siema.
    Skończyłam czytać MIgała w nocy z czwartku na piątek, mamy wtorkowy wieczór. Musiałam się pozbierać, zanim coś napiszę. Pozbierałam się. Trochę.
    MIgał. Michał i Iga. I Parówka. I Kadziewicz. I nie wiem właściwie, co mam powiedzieć. Napisać znaczy.
    Bo nie pamiętam, kiedy ostatnio płakałam po przeczytaniu czegokolwiek, czy to fanfiction, czy książka, czy cokolwiek innego. A po MIgale przepłakałam pół nocy. Przez śmierć Kadzia, przez Igę, której znowu wszystko się zawaliło na łeb, przez Michała, który oberwał po dupie konkretnie, trochę zasłużenie, nie powiem (psiakrew, za Izę chciałam go zabić).
    Póki nie pojawił się na horyzoncie Kadziewicz, całym serduszkiem kibicowałam Michałowi. Potem, przez Izę, przez rozwój relacji Igi i Łukasza stanęłam w takim trochę mentalnym rozkroku i do tej pory nie wiem, co zrobić. Bo mam wrażenie, że mimo wszystko Michał kochał bardziej, ale Kadziewicz kochał stabilniej. O ile to ma jakikolwiek sens.
    I wybór Igi to wybór między szczęściem umiarkowanym, ale stałym, a wybuchami szczęścia i bólu.
    A potem się okazuje, że to umiarkowane szczęście boli jeszcze bardziej.
    Nie wiem, co napisać, jak skomentować coś, co jest tak perfekcyjne, tak bardzo grające na emocjach, bo rozhuśtałaś mnie tak, jak dawno nie byłam rozhuśtana.
    I tylko Przemka nie byłam w stanie polubić przez te pięć części.
    I za każde słowo, zdanie, za Miśka z rzucaniem talerzami i Kadziewicza pijącego z Bednarukiem, za Parówkę, za Bartmana i Pita, za wszystko, co tu zostało napisane, za te pięć części, za te moje łzy i rozbujanie emocjonalne.
    Dziękuję.

    • otfilulu pisze:

      „Michał kochał bardziej, ale Kadziewicz kochał stabilniej” – jak ja Ci ogromnie dziękuję za to zdanie, sam sens, samo sedno. I dokładnie przed takim wyborem Iga stała w mojej głowie i dokładnie tak: „to umiarkowane szczęście boli jeszcze bardziej”. Wielkie, niesamowite DZIĘKUJĘ za ten komentarz, piszesz, że się zbierałaś po opowiadaniu, ja się zbierałam po Twojej wypowiedzi.
      I przyznaję, bardzo, bardzo chcę Wami huśtać, kręcić na karuzeli, mieszać w głowach. Ta grafomania będzie miała sens jedynie wtedy, kiedy od czasu do czasu kogoś poruszy, więc za przyznanie się do tego również, wielkie, niesamowite DZIĘKUJĘ.

      Dziękuję także za zaskoczenie. Znam już przeciwników Izy, Kadzia, Michała i nawet samej Igi (i wydaje mi się, że wiem skąd się biorą te antypatie), ale Przemek? Dlaczego? Nie chcę go bronić, tylko zrozumieć co w nim odrzuca, żeby nie popełnić kolejnego błędu w konstrukcji bohatera prawie pozytywnego. Pomóż, proszę :)

      • ~Greenberry pisze:

        Czemu nie lubiłam Przemka? Nie wiem, chyba trochę po kubiakowemu byłam zazdrosna, bo zawsze był ważniejszy od Miśka. I jakoś za bardzo starał się naprostować życie Igi, kosztem innych. Bo Kubiak ją zrani, bo zły, niedobry, be. Tylko to do Kubiaka dzwoniła po ataku.
        Ale dobra, może ja jestem dziwna, może ja za bardzo kocham Kubiego, w każdej wersji.
        Bo jako postać wykreowana przez Ciebie Przemek jest genialny, tak jak wszyscy:) i może dlatego da się go lubić albo nie, bo nie jest papierowy, tylko prawdziwy.
        I huśtaj nami do woli!

        • ~Greenberry pisze:

          Tak mi się przypomniało, bo niedawno znowu czytałam MIgała.
          Jadąc autobusem na uczelnię mijam autobusy jadące w stronę pętli Gwiaździsta. I przez jakieś dwa tygodnie po pierwszym przeczytaniu MIgała miałam łzy w oczach za każdym razem, jak widziałam te autobusy i ten napis Gwiaździsta. Kojarzyło mi się z gwiaździakiem. Kadziewiczem. Piątą częścią.
          Takie emocjonalne rozpieprzenie mi zafundowałaś:D

          • otfilulu pisze:

            Kurczę, to nie powinno tak być, bo akurat nazwa pętli „Gwiaździsta” jest fajna, źle, że się kojarzy tak negatywnie.
            To powinna być pętla na której zdarzy się coś dobrego – pomyśl nad miniaturką i sobie odczaruj to miejsce :D

  3. ~kika pisze:

    Przeczytałam całość prawie jednym tchem. Historia mnie poruszyła. Brawo. Masz niewątpliwy talent pisarski. Zastanawiam się jak Tobie w głowie układa się ciąg dalszy? Właściwie dlaczego uśmierciłaś ŁK, chyba tylko po to aby dać szanse Michałowi. Przecież mogłaś zamienić ich rolę…Może będę jedyna i narażę się na krytykę ale nie lubię Igi, myślę, że to ona nie zasługiwała na Michała…Wymagała a tak naprawdę sama nie dawała wielkiego wsparcia…Michała natomiast przedstawiłaś tak, że nie można go nie lubić, nawet w Mediolanie moja sympatia pozostała przy nim…Gdybym miała dopisać zakończenie, to Michał znalazłby inną dziewczynę bardziej odpowiednią dla siebie a przy niej miłość. Iga zaś niech zostanie użalając się nad swym losem pomiędzy domem a cmentarzem…dlaczego? …nie buduje się szczęścia na cudzym nieszczęściu (patrz związek z Łukaszem ) i nie rzuca się nikomu ochłapów z litości…może gdyby Michał sobie kogoś znalazł zrozumiałaby co straciła…

    • otfilulu pisze:

      Ciekawa opinia i taka inna, podoba mi się. Jak zawsze kiedy ta historia w kimś zostaje i prowokuje do przemyśleń.
      Tak więc dziękuję za poświęcony MIgałom czas i ekspresowe przebrnięcie przez całość, nic więcej mi do szczęścia nie potrzeba :)
      W mojej głowie jakiegoś oczywistego ciągu dalszego nie znajduję, bo dla mnie końcem jest zdanie: „Ona? Przecież jej już nie ma.” I w pewnym sensie się z Tobą zgadzam, Iga zostaje wtedy między domem a cmentarzem. Natomiast ta piąta część to raczej próba domknięcia klamrą opowiadania, powrót tam gdzie się ono zaczęło. Łukasz jest tu kalką Maćka, o którym tak pisać w pierwszej części nie mogłam, z różnych względów. Piątka miała być przede wszystkim o umieraniu. Bohaterowie są trochę bardziej drugorzędni, szansa Michała to wypadkowa zdarzeń a nie cel sam w sobie. Z resztą, czy to szansa? Sama poddajesz to w wątpliwość i tutaj też przyznaję Ci rację. Nadal podtrzymuję: nie wiem czy żyli długo i szczęśliwie, więc nie mogę o tym napisać.
      Jeszcze raz dziękuję za odwiedziny i pozdrawiam bardzo.

      • ~kika pisze:

        Dziękuję za prędką odpowiedź i jeszcze raz za całe opowiadanie pięknie napisane :-) chyba każdy tu może znaleźć coś swojego, jakieś analogie do własnego życia, przemyślenia, refleksje….bardzo to wszystko trafnie poujmowałaś i dzięki temu ta historia porusza i pozostaje w czytelniku,
        również pozdrawiam i życzę wszystkiego dobrego…
        P.S.
        swoją drogą ciekawe czy nasi drodzy siatkarze wiedzą, że istnieje coś takiego jak opowiadania siatkarskie ;-) ?

        • otfilulu pisze:

          Dzięki jeszcze raz :)
          P.S. Mam nadzieję, że nie wiedzą albo mają jakieś szczątkowe pojęcie. Co poniektórzy mogliby się mocno zdziwić czytając pewne rewelacje na swój temat.

  4. ~VE. pisze:

    Pochłonęłam wszystkie części MIgała i nie wiem co napisać. To było takie…prawdziwe. Pokazałaś, że nic nie jest jednoznaczne, ani pewne i że cały ludzki los może odmienić się w jednej chwili. Kiedy czytałam początkowe części, byłam po stronie Michała, ale im dalej brnęłam w tę historię, tym bardziej skłaniałam się ku Łukaszowi. A przy czwartej części zyskałam pewność, że Iga wybrała jego. Po prostu tak czułam. A piątka…piątka jest taką mieszaniną wydarzeń i emocji, że brak mi słów. Doskonale to opisałaś, tylko żałuję bardzo, że Łukasz niestety zmarł. Dlatego pozostanę wierna czwartej części, gdzie bohaterka wybrała właśnie jego. Ewentualnie początkowi piątej, gdzie byli szczęśliwi.
    I dziękuję. I będę tutaj zaglądać i sprawdzać czy napisałaś coś nowego. I w miarę możliwości komentować, bo na to zasługujesz.
    Pozdrawiam ;)

    • otfilulu pisze:

      Dziękuję za pozytywny odbiór :) i oczywiście zapraszam do odwiedzin, bo mam nadzieję, że ta seria to nie jest moje ostatnie słowo.
      I w ogóle podoba mi się jak dla każdego MIgał-y kończą się inaczej. I dobrze, niech sobie ta historia żyje w tych co ją przeczytają, choćby przez chwilę.
      Do zobaczenia u Ciebie :)

  5. ~Paulina pisze:

    Powinnam chyba zacząć od tego, że nie wiem, jak to się stało, że dotarłam tu dopiero dziś, po takiej przerwie, ale to chyba w obliczu tych wszystkich wydarzeń, a właściwie końca (w wielu aspektach) ma niezbyt duże znaczenie?
    Przyznaję się, że kiedy zaczęłam czytać kolejną część i dotarło do mnie, że dla Łukasza nie ma już ratunku (co właściwie było oczywiste od początku), że znów pojawił się Michał, to byłam wściekła. Bo sama wiesz, że mnie z Twoim Kubiakiem ostatnio było bardzo nie po drodze, ale ostatecznie muszę skapitulować. Bo gdyby nie Michał, to nie wiem, co by się z Igą stało. Czy mi się to podoba, czy nie, oni zawsze już będą ze sobą w jakiś sposób połączeni. Choćby przeszłością. Nie potrafię sobie wyobrazić, i nawet nie chcę, tego co czuła Iga tracąc drugi raz ukochaną osobę, drugi raz w ten sam sposób. I cierpienia Łukasza, który mimo wszystko, starał się robić dobrą minę do złej gry, jak to on. A ja chciałam naiwnie wierzyć, że teraz wszystko im się ułoży, choć w „żyli długo i szczęśliwie” jakoś nie wierzyłam, ale tego, co im zafundowałaś się nie spodziewałam. I czytając to wszystko, w całości, dochodzę do wniosku, że jakkolwiek okrutnie to zabrzmi, ta śmierć Łukasza pokazała przemianę Michała, że jednak dojrzał do pewnych spraw, swoje zrozumiał i zrobił to, co najlepszego mógł – był wsparciem dla Igi, choć zdawał sobie sprawę, że z jej strony niczego nie może oczekiwać… Choć kto wie? Losy tych bohaterów były tak zagmatwane, że mogłoby się tu jeszcze wszystko zdarzyć. Tylko nie wiem, czy Michał chciałby być zastępstwem Łukasza? A może to Łukasz był zastępstwem Michała? W sumie, to obaj byli następcami Maćka. Można by rzec, że historia Igi zatoczyła koło. W tragiczny sposób. Wspominałam już, że ostatnio Kubiak nagrabił sobie u mnie za bardzo, ale przyznaję, dynamizm tej postaci i to, jak się zmieniała pod wpływem tych wszystkich wydarzeń, jest godne podziwu. Nie wiem, czy działo się to naturalnie, po prostu, samo z siebie czy też Michał miał (ma?) nadzieję odzyskać Igę, ale może być z siebie dumny, a raczej Ty z siebie :) Byłam na niego cięta, a teraz mam ochotę przybić mu piątkę, wręcz pogłaskać po głowie. Z zapatrzonego w siebie dupka, który traktował Igę jak swoją własność, myśląc że skoro jest z nim, to już nic złego się nie może wydarzyć i będzie niemal jego cieniem, stał się myślącym i odsuwającym na boczny tor swoje „zachciewajki” facetem, który potrafił odnaleźć się w tak cholernie trudnej i tragicznej sytuacji jaką jest patrzenie na cierpiącą i tracącą kontakt z rzeczywistością po stracie męża kobietę, którą się kocha. Czytając piątkę nigdy nie spodziewałabym się po sobie, że byłabym w stanie zaakceptować ewentualny fakt, że Michał znowu może być blisko Igi, po tym wszystkim, co jej zafundował, a jednak…
    Ciężko jest mi to, co mam w głowie, przerobić na słowa i tu wyrazić, bo chyba brakuje mi słów. Bo to, co tu stworzyłaś, wszyscy bohaterowie w swej szarości i ich losy, to było jak mistrzostwo świata. I choć skończyło się tragicznie, to chyba się cieszę. Bo to pokazuje to, o czym niejednokrotnie pisałam – realizm. Życie jest okrutne, Idze po raz kolejny zgotowało tragiczną lekcję, ale kto jak kto – ona musi sobie z tym poradzić. Dla swojego syna, który zawsze będzie częścią Łukasza i czymś, co po nim pozostanie.
    Mam wrażenie, że chyba się za bardzo nie postarałam, ale pewnie jak przeczytam to po raz kolejny i kolejny, to jeszcze coś napiszę. Muszę to przetrawić.
    Czekam na coś nowego, na pewno będzie równie perfekcyjne :)

    • otfilulu pisze:

      Ok. To ja koryguję odpowiedź na komentarz Selene, królowe kontrolowanego słowotoku są dwie :)
      Myślałam, że już ze mnie zrezygnowałaś, bo tak dawno Cię tu nie było. Bardzo się cieszę, że dotarłaś i to od razu na finał.
      A już w ogóle jestem zadowolona, bo przekonałam Cię dwa razy, do Izy a teraz do Michała.
      Poniekąd to MIgał, więc Kubiak nie mógł tak po prostu zniknąć. Mógł się trochę zmienić, żeby Iga zupełnie się nie załamała, i tak się stało.
      I cieszę się, że Ty też tak to odbierasz. Czyli napisałam to co chciałam, to zawsze podbudowuje.

      Mam nadzieję, że kiedy znów tu zajrzysz po przerwie, będzie coś nowego na Ciebie czekać :)

  6. ~prosaen pisze:

    koniec? o_o w zasadzie nie wiem, co mam powiedzieć. i chyba ostatecznie jestem #teamMichał, bo Kubiak na przestrzeni wszystkich części zmienił się i dojrzał i widać, że zależy mu na Idze, więc… dla mnie będzie dobrze.
    Kurek? spoko :)

  7. ~Paula pisze:

    Chociaż wcześniej miałam takie wrażenie, że uśmiercisz Kadziewicza i myślałam, że jestem na ten fakt w pełni przygotowana, to łzy mi oczywiście same popłynęły, ale tak już chyba mam – jak jest gdzieś śmierć, to ja już ryczę. ;) Mimo to, mam uśmiech na twarzy (co za paradoks, bo to koniec mojego ulubionego opowiadania)! Ale chodzi mi o to, że pierwszy raz w życiu trafiłam na opowiadanie bardzo dla mnie emocjonalne, genialnie napisane i ten uśmiech wziął się stąd, że mam do czego wracać i co od nowa czytać, bo to z pewnością się stanie. ;) Oczywiście Twoje nowe dzieło również mam zamiar czytać, przeżywać, emocjonować się, kochać i nienawidzić, jeśli będzie trzeba ;DD Dzięki, że jesteś, piszesz i dzielisz się tym talentem z nami;) Dużooo weny na następne pisarskie dziecko! <3

    • otfilulu pisze:

      Dziękuję, że byłaś tu przez wszystkie 5 części i fajnie usłyszeć że MIgał jest w ulubionych :)
      A co do nowości zobaczymy jak wyjdzie, na razie męczę się z planem.
      Pozdrawiam serdecznie.

  8. ~selene pisze:

    Więc piszę: brak mi słów. Ale to przenośnia.
    Wracam do świata internetów po dwóch dniach zupełnego niebytu i co widzę? Koniec MIgałów. Nie jestem jeszcze gotowa! :) Z góry przeproszę za kompletnie nieuporządkowany komentarz, ale znów mam tysiąc myśli na minutę, zresztą w przypadku tej historii to u mnie standard.
    Wszystko co wydarzyło się w części piątej odwróciło bieg całego opowiadania o co najmniej 180 stopni. Kiedy już przyzwyczaiłam się do myśli, że Iga wybrała Łukasza, że tak chyba po prostu musiało być, ba, kiedy zaczęło mi się to nawet podobać, Ty wywinęłaś kolejny numer. To chyba powoli staje się Twoim znakiem rozpoznawczym, to ciągłe zaskakiwanie czytelnika. Po prostu, ni stąd, ni zowąd wyskakujesz niczym królik z kapelusza, serwując nam kolejną bombę :) Będąc na etapie planowania wyżej wspomnianej części piątej pisałaś, że jest coś, z czym musisz się uporać. Oczekując na nią główkowałam, co też możesz mieć na myśli, ale chyba nigdy nie wydedukowałabym, że Kadziu podzieli los Maćka, a życie wystawi Igę na kolejną tak okrutną próbę. No właśnie, Łukasz. Chyba ani przez moment nie miałam złudzeń, że go oszczędzisz, zresztą poniekąd „zdradziła” Cię piosenka Florence (swoją drogą, świetna nowa płyta). Scena jego śmierci i to, co stało się później, totalnie mną „pozamiatało”. To niesamowite, że posługując się swoistym literackim minimalizmem (chodzi mi o to, że zawsze jesteś bardzo konkretna, unikasz patosu, waty słownej, nie dywagujesz nad rzeczami nieistotnymi, etc.) potrafisz przekazać wszystko co trzeba. Nic dodać, nic ująć. To co wymyśliłaś dla Kadziewicza wydawało mi się odważnym, wręcz kontrowersyjnym pomysłem, nie wiem czy do końca akceptowanym, bo chociaż nie studiuję związanego z medycyną kierunku, to przecież wiedziałam, że to nie zawsze jest wyrok, że ludzie wychodzą i z takich opresji, może też dlatego to budziło mój wewnętrzny sprzeciw. Tak było tylko na początku, bo z każdym kolejnym fragmentem wprowadzałaś nas krok po kroku w mające nastąpić niedługo wydarzenia, tak jakbyś chciała, żebyśmy razem z Igą spróbowały znaleźć w tym wszystkim jakieś ukryte znaczenie, nawet jeśli byłoby to karkołomne. Wrócę sobie jeszcze na chwilę do piosenki przewodniej. Może tym razem będzie to nadinterpretacja, ale dla mnie główna bohaterka jest teraz tą Florence z teledysku, apatyczną, niemal obłąkaną, krążącą bez celu po rozdrożach. Taką miałam ją w głowie czytając chociażby rozdział szósty. Nie wiadomo, czy Iga zdoła odnaleźć w swojej stracie jakieś znaczenie, pewne zaś jest, że obok niej będzie ktoś, kto nie pozwoli jej się zupełnie rozsypać. I w ten oto sposób przechodzę płynnie do naszego smutnego palanta. Aż mam ochotę nieśmiało zaskandować „Michał-Kubiak-Michał”, bo ten facet wreszcie zaczął myśleć, co prawda z pomocą osoby trzeciej w postaci zakonnika, która nakierowała go na odpowiednie tory, ale jednak sam fakt wart jest odnotowania. Wydaje mi się, że i jemu ta strata coś uświadomiła. Michał zrozumiał, że do tej pory tylko brał, niewiele dając od siebie i to jest właśnie odpowiedź na pytanie dlaczego nie wyszło mu z Igą. Bo Iga chyba nawet w połowie nie była z nim tak szczęśliwa, jak szczęśliwa była z Łukaszem, właśnie przez to, co w nim „siedziało”, te wszystkie „przeszkadzajki” – egocentryzm, ciągła chęć bycia na pierwszym planie, porywczość i bezmyślność – to ostatnie, mam nadzieję, zażegnane raz na zawsze. Tym bardziej należy docenić to, że potrafił odrzucić przeszłość i po prostu być, nie oczekując nic w zamian. Chyba jak kiedyś Łukasz.
    Lubię otwarte zakończenia, więc nie czuję niedosytu, a wręcz cieszę się, że niejako zezwalasz nam dopowiedzieć sobie ciąg dalszy. Byłam, jestem i będę #TeamKubiak i nie zmieniła tego nawet moja aprobata dla związku Igi i Kadziewicza, aczkolwiek sama nie wiem czy po tylu zawirowaniach nasza bohaterka mogłaby wejść po raz drugi do tej samej rzeki. Poniekąd złożyłaś Łukasza w ofierze i zostawiłaś otwartą furtkę dla głównych bohaterów, więc znów może się zdarzyć absolutnie wszystko.
    Pozwolę sobie zauważyć jeszcze jedną prawidłowość: wszystkie MIgały choć spójne i w oczywisty sposób ze sobą powiązane, są jednocześnie od siebie niezależne. Bo prawie każdy z nich ma konkretne zakończenie po którym mogłoby nie być już nic. „Nic” oprócz wyobrażeń czytelniczek na temat dalszych losów. Gdybym miała wskazać swoją ulubioną część, to chyba byłaby to trójeczka. Ciekawy pomysł na przedstawienie tygodnia,który kompletnie odmienił życie wszystkich bohaterów.
    Nie wiem czy napisałam już wszystko co chciałam, ale z pewnością nie mogę zapomnieć o podziękowaniach. Uwielbiam każde zdanie, każdy wyraz i każdą literkę tego opowiadania. Czytanie było niekłamaną przyjemnością. Dziękuję raz jeszcze. A na pytanie w adresie bloga odpowiadam twierdząco. Tak, to jest normalne. To najbardziej normalne opowiadanie jakie znam. I to nadal moje ulubione opowiadanie o Kubiaku. I chyba takim już zostanie na wieki wieków, bo nie sądzę, by ktokolwiek zdołał Cię przebić.
    A co do kolejnej historii – niechaj będzie i Kurek, ostatnio też zapałałam do niego nieco większą sympatią. Właściwie to możesz mi pisać nawet o Wronie na którego mam wręcz alergię, a i tak będę czytać, bo wiem, że to będzie dobre. Innymi słowy – idę w ciemno :)
    Chyba pobiłam swój osobisty rekord w długości komentarza :) Tak naprawdę w rzeczywistości jestem raczej oszczędna w słowach, tylko na blogach muszę się „wygadać” (bardzo prawdopodobne, że jedno wynika z drugiego).
    Pozdrawiam i przepraszam za mój słowotok ;)

    • ~selene pisze:

      Na samym początku miało być: „Napisze, że brak jej słów, a pod spodem i tak nasmaruje mini elaborat”, ale coś się nie dodało, może przez nawiasy, których użyłam. No ale elaborat jest :)

    • otfilulu pisze:

      To ja może trochę krócej, pozwolisz? W końcu królowa kontrolowanego słowotoku może być tylko jedna :)
      Każdy kto grał w siatkówkę, choćby w ramach szkolnego wf-u wie jakie to uczucie, kiedy piłka „siada”, czy to przy ataku, udanej zagrywce czy odbiorze. Ja mam takie wrażenie za każdym razem kiedy czytam twoje komentarze, myślę sobie: „jest! siadło!”, bo doskonale wiesz co miałam na myśli i co próbowałam przekazać albo zrobić w kolejnych MIgałowych rozdziałach. I nie może być lepszego uczucia po umieszczeniu następnego wpisu.
      Tak więc dziękuję bardzo, że jesteś i czytasz. Zawsze najlepiej odbija się piłkę z kimś kto łapie na tym samym zasięgu :)
      Mam nadzieję, że jeszcze poodbijamy.

  9. ~Hania z Radomia pisze:

    Smutno, że to już koniec Migałów. Ale jak to napisał mistrz Sapkowski coś się kończy, coś zaczyna… Mam nadzieję, (ba, nawet jestem pewna), że będzie lepiej, ciekawiej, czego bardzo Ci życzę :)
    Opowiadanie jest tak boleśnie realne jak sam proces agonii nowotworowej, niepewności przed śmiercią ukochanej osoby i ogłupienie farmaceutykami przeplatane z nielicznymi elementami świadomej żałoby. Z autopsji wiem jakie to trudne, więc albo gratuluję umiejętności postrzegania, albo współczuję straty.
    A wracając do weselszych tematów, to gdzieś przewinął się temat o tym „co żyje w brodzie Kubiaka”. Taka miniatura byłaby cudna.
    Rozpisałam się za bardzo (za co przepraszam, bo nieskładne), no ale cóż zrobię, gdy to co robisz wymaga rozszerzonego komentarza :).
    Z niecierpliwością będę zaglądać w oczekiwaniu na nowość.
    Pozdrawiam serdecznie.
    Hania

    • otfilulu pisze:

      Dziękuję za zrozumienie, bo spodziewam się, że taki koniec serii wielu osobom może wydawać się niestosowny. Ale przed pewnymi sprawami nie da się uciec, można je za to, jak się okazuje, z siebie wypisać.

      A wyzwanie podejmuję! Taka monumentalna broda nie może przejść bez echa :)

  10. ~Paula pisze:

    Pierwsza myśl jak tu zajrzałam: Boże, jak dobrze, że jest Migał5! Sielanka Igi i Łukasza, dziecko – no idealnie! ;) czytam dalej… i na usta z każdym zdaniem ciśnie mi się coraz głębsze: „o cholera!”. No nie powiem, tragicznie urządziłaś tego naszego Kadziewicza i niestety coś mi serce podpowiada, że będzie tylko gorzej. Ale za to uwielbiam to opowiadanie: że nie jest tu sama kolorowa tęcza, różowe okulary i wszystko „och,ach” ;) <3 i podoba mi się, że jednak w tym cierpieniu Igi ciągle jest obecny Michał;)

    • otfilulu pisze:

      Cieszę się, że wróciłaś tutaj :) Miło po przerwie zobaczyć znajomą hmmm nie napiszę twarz, napiszę: znajome IP ;)
      No i ta część z pewnością nie jest tęczowa, raczej bura i deszczowa.

  11. ~selene pisze:

    Ach, Ty niedobra Autorko ;) Tak Łukasza urządzić… Jeżeli Michał po godzinach dorabiał sobie jako szaman albo inny czarnoksiężnik, a na dnie szuflady przechowywał laleczkę voodoo łudząco podobną do Kadziewicza w którą wbijał kolejne szpilki, to chyba najwięcej tych szpilek lądowało w jej głowie. Okej, żarty na bok.
    Przede wszystkim dzięki przeplatance fragmentów z życia Igi i Łukasza widać ogromny kontrast między tym co było, a tym co jest teraz. Niestety, owo „teraz” nie daje nadziei na lepsze jutro. W zamian za to jest strach i niepewność. Boję się, że któregoś dnia Łukasz na dobre straci kontakt z rzeczywistością, że faktycznie zapadnie się w tę otchłań z której nie ma już powrotu.

    • otfilulu pisze:

      Nie mam do Ciebie siły :) Co komentarz to mi zabierasz zdania z przygotowanego posłowia do tego opowiadania. Będę je musiała przepisać.
      I taki był zamiar: dobre-złe, cieszę się, że go widać. Dziękuję za utwierdzenie, że pomysł nie był zupełnie chybiony.
      A gdzie Twój rozdział, bo nie ukrywam – czekam :)

      • ~selene pisze:

        Najmocniej przepraszam, ale musisz uwierzyć mi na słowo, że nie posiadam żadnych zdolności telepatycznych ;) Po prostu Twoje opowiadanie stwarza mi szerokie pole do interpretacji, chyba największe spośród wszystkich przeczytanych przeze mnie do tej pory fan fiction, co bardzo, bardzo mi się podoba.
        Rozdział u mnie dodany, po wielu trudach i znojach. Aż mam ochotę z radości odtańczyć Lambadę na środku pokoju :)

        A Łukasza nie chcę żegnać, naprawdę nie chcę.

  12. ~prosaen pisze:

    twoja odpowiedź na mój komentarz nie jest ani odrobinę pocieszająca, ale w sumie to może i dobrze, jak ktoś potrafi pisać (na przykład ty), to dramaty są właściwie dobre. tylko szkoda Igi, bo przechodzi przez to samo kolejny raz i zastanawiam się, co to z nią zrobi, bo na pewno zrobi coś złego. no i gdzie w tym wszystkim będzie Michał.
    (wcale nie powiedziałam na głos „to dlatego Kubiak ma taką brodę”, wcale nie)

    • otfilulu pisze:

      Wiem, że się powtarzam, ale boję się tej części, nie podoba mi się jak sama do mnie przychodzi. I wcale nie mam przekonania, że jej podołam, ale na odwrót za późno.
      Co z Igą – częściowo widać w dzisiejszej czwórce, co z Michałem – ociupinkę też.
      A na brodę Kubiaka innego wytłumaczenia nie mam, musi się nie oglądać co rano. Poza tym mam wrażenie, że coś w niej mieszka ;) Hmm w sumie, to mogłoby być ciekawe opowiadanie: „Co mieszka w brodzie Kubiaka?” ;)

  13. ~Hania z Radomia pisze:

    Wow. To jedno ciśnie mi się na usta po przeczytaniu wspaniałej części piątej. A przynajmniej części części.
    To jak potoczył się los Igi jest tak boleśnie prawdziwy jak tylko prawdziwe może być życie.
    Pisz dalej, miej wenę, bo to, co robisz jest cudowne!
    I takie małe pytanko. Na przestrzeni ilu lat toczy się opowiadanie?
    Bo już mi się wyliczenia odrobinę pogmatwały.

    Pozdrawiam i pozostaję w stałym zachwycie Twórczością.
    Hania :)

    • otfilulu pisze:

      A łudziłam się, że nikt nie będzie liczył ;) Wiem nawet gdzie się troszkę wystrzeliłam z jednym wydarzeniem, które nie pasuje do pory roku, ale się nie przyznam sama :) Odpowiadając na pytanie: to już piąty rok od pierwszego spotkania Igi i Michała.
      Bardzo dziękuję za budujący komentarz, mam nadzieję, że dowiozę tą część do końca w dobrym stylu.
      Pozdrawiam Radom, kurcze dawno tam nie byłam.

  14. ~ani pisze:

    przeczytałam za jednym zamachem, dzień z o życia, do tego prawie o głodzie – powtórzyłabym, polecam! ;)

    i był Maciek, jest Łukasz. tak podobny do tego pierwszego, jak to stwierdził przyjaciel Igi. a życie bywa przewrotnie okrutne.
    pomimo ich zagmatwanej historii i cieżkiej przeszłości, porażek, błędów i setek rzeczy, które mogli zrobić dla siebie, a nie zrobili, wciąż jestem #teamIgaKubiak :)

    • otfilulu pisze:

      Nawet nie wiesz jakie to świetne, fantastyczne uczucie, zobaczyć, że kogoś aż tak wciągnęła ta historia. Przeczytane jednym tchem – coś niesamowitego. Dziękuję serdecznie za wszystkie komentarze zostawione po każdym etapie. Szkoda, że nie mogę się przyznać tym którzy dziś pytają co mnie tak cieszy, że to z powodu Twojej opinii na blogu :) Dzięki jeszcze raz.
      Mam nadzieję, że dziś wolne i odespałaś ten maraton :)

      • ~ani pisze:

        Odespałam, i jak wierny pies jestem ;) Nabuzowana szczęściem, bo jedziemy do Rio!
        Dziękuję ja, Twoja praca jest na fantastycznym poziomie, pod każdym względem, i czytanie to przyjemność dla oka i wyobraźni, tak że po prostu nie mogę się doczekać kolejnej części! :D

        • otfilulu pisze:

          Jedziemy, tzn ja nie, a chciałabym. Wydaje mi się, że stamtąd skąd Ty się odzywasz masz ciut bliżej ;) Zazdroszczę, chyba, że wujek Google kłamie.
          Kolejna część – proszę uprzejmie, ale nie jest dobrze.
          Pozdrawiam serdecznie :)

          • ~ani pisze:

            Z każdą częścią, z każdym wpisem mam nadzieję na jakieś rozwiązanie, a tu wszystko się gmatwa… Nie żeby życie nie pisało podobnych scenariuszy. Jakkolwiek kosztuje mnie widzieć umierającego Kadziewicza. Nawet jeśli od początku kto inny przemawia do mnie jako przeznaczenie Igi.
            Nie zasługuje Łukasz na śmierć. Ale i nie zasługuje na życie oglądając szczęście tej, którą kocha tak bardzo. Tak sobie myślę: co to za życie? Z tym że śmierć przekreśla wszystko i dyskusji nie ma, a życie jeszcze wiele może przynieść na swojej drodze.

            • otfilulu pisze:

              Teraz, kiedy już koniec, mogę odpowiedzieć. Nie było moim zamiarem „rozdawanie” śmierci. Raczej próba przekazania co ona z nami robi, bo że była/jest/będzie paradoksalnym elementem życia to nie ulega kwestii.
              Nie bardzo rozumiem stwierdzenie: „Ale i nie zasługuje na życie oglądając szczęście tej, którą kocha tak bardzo” Kogo masz na myśli? Chciałabym się do tego odnieść, ale może po prostu źle interpretuję twoją wypowiedź. Jak znajdziesz chwilę to rozwiń ją proszę.
              Pozdrawiam ciepło :)

              • ~ani pisze:

                No nie wierzę…

                A miałam na myśli jedynie to, że co to za życie oglądając ukochaną osobę u boku kogoś innego? Widziałam gdzieś kiedyś, że tak naprawdę umieranie zaczyna się z dniem narodzin, zapalamy sobie świeczkę życia i z dniem śmierci ona gaśnie. Tak sobie myslę, że w kontekście życia przy, ale nie z miłością swojego życia powolne umieranie nabiera innego znaczenia.

                Nie ukrywam, że będzie mi brakować Twojego Migala… :)

                • otfilulu pisze:

                  Aaaa widzisz, teraz rozumiem. Ale, hmm według mnie Iga kochała Łukasza, naprawdę. I gdyby nie Kubiak mogłoby być bardzo źle po jego śmierci. Nawet miałam taką wersję, ale stwierdziłam, że jest zbyt drastyczna.
                  I wcale nie jest pewne, czy kiedykolwiek wróci do Michała, to już zależy od tego kto sobie opowiadanie przeczyta i wymyśli zakończenie.

                  A mi MIgała brakowało po poprzednich częściach, ale teraz już jestem pewna, że koniec i nie ma nic więcej. Pora ruszyć w nieznane. Pozdrawiam i zapraszam jak już w to nieznane dotrę :)

                  • ~ani pisze:

                    W zasadzie tak, mam takie wewnętrzne przekonanie, że w życiu nic nie dzieje się bez przyczyny, a więc i wszystkich na naszej drodze spotykamy z jakiegoś powodu. Idąc tym tokiem, i Łukasza, i Michała Iga spotkała, wtedy, kiedy spotkać miała i z konkretnego względu.

                    Niech będzie i Kurek, nie mam wątpliwości, że polecisz :)

  15. ~selene pisze:

    Nawet sobie nie wyobrażasz, jaki ogromny uśmiech zagościł na mojej twarzy! :) Cieszę się, że wracasz, a jeszcze bardziej, że z kolejnym MIgałem. Swoją drogą, też bym chciała, żeby mi się śniło jak mam pisać. Jakże by mi to ułatwiało życie! ;)
    Przed Tobą bez wątpienia niełatwe zadanie – nie zepsuć efektu, który wypracowałaś w poprzednich częściach, ale ja jestem pełna wiary, że będzie dobrze.
    To dopiero początek, a mi już szczęka opadła do samej ziemi. Nie dasz im spać spokojnie, co? ;)
    Historia poniekąd zatoczyła koło. Iga znów znajduje się w potrzasku, znów może tylko patrzeć bezradnie na bieg wydarzeń, w żaden sposób nie potrafiąc go zahamować. Zastanawiam się, ile jest w stanie znieść ta dziewczyna, jak długo jeszcze życie będzie próbowało ją złamać, wystawić na próbę jej wewnętrzną siłę.
    No i Michał, wrak człowieka, który pomimo swej niezłomności nadal nie może poradzić sobie ze stratą Igi, który znów się miota, znów szuka swojego miejsca, który ciągle jest blisko, a zarazem tak daleko głównej bohaterki. Z przyjemnością będę śledzić ich dalsze losy.
    Pozdrawiam ;)

    • otfilulu pisze:

      Postaram się, żeby wyszło jak najlepiej, ale skłamię, jeśli powiem, że się nie boję. Z różnych względów. W każdym razie dziękuję za miłe słowa i wsparcie :) Również pozdrawiam.

  16. ~Little Witch pisze:

    Jak mogłaś? :(
    Nie umiem tak czytać na raty, za bardzo mnie rozpieściłaś czterema cudownymi częściami. I jak ja to przeżyję teraz?

    • otfilulu pisze:

      Na pocieszenie powiem, że to będzie krótsze opowiadanie od poprzednich części i nie narzucam sobie, że jeden rozdział na tydzień. Proszę, wytrzymaj :)

  17. ~eni pisze:

    Witaj po przerwie :)
    hymm po pierwszych akapitach „rzygłam tęczą” :P i miałam sobie dać spokój, ale coś mnie podkusiło „przelecieć” wzrokiem jeszcze koniec i zaintrygowałaś mnie. Nie obiecuję, że dotrwam do końca, bo Iga i Kadziewicz to nie moja bajka i zwyczajnie nie będzie mi sprawiało przyjemności czytanie o nich. I nawet to, że lubię twój styl tu niestety nie pomoże… Nie będzie mieć mi za złe, prawda? :D
    P.S. Widzimy się w Kraków Arenie?

    • otfilulu pisze:

      :) W życiu za złe, a będzie prywatnym sukcesem, jeżeli Cię zatrzymam każdym kolejnym rozdziałem. Daj znać kiedy przegram.
      P.S. No ba :)

      • ~eni pisze:

        No przeczytałam… Mam wrażenie, że zaczyna się źle, ale koniec końców Kadziewicz cudownie ozdrowieje, będzie dziecko nr 2 itd., itp. Tylko, że Ty tak bardzo schematyczna nie jesteś, ale przeczucie mi mówi, że to nie skończy się po mojej myśli (inna sprawa, że po takiej końcówce MIgała4 już nie może być po mojej myśli – #teamKubi zawsze i wszędzie) i tylko się nadenerwuję niepotrzebnie. Ja chce szczęśliwego Kubiego!
        P.S. Super :D

        • otfilulu pisze:

          Jeszcze trochę pomarudzisz i napiszę osobne zakończenie 4 tylko dla „pierwszej ever” ;)
          I szczęśliwy Kubiak, to chyba po wygranej z Iranem a nie u mnie :) Albo jak udziela wywiadów Kadziewiczowi :P

          • ~eni pisze:

            A mogłabyś? Bo wiesz maruda to moje drugie imię lol
            Czyli skoro u Ciebie nie ma szans na szczęśliwego Kubiaka to chyba nie mam tu już czego szukać :(
            Kiedy można się spodziewać następnego opowiadania? :P
            P.S. Jak wrażenia z naszej Tauronki? Bo ja przeszczęśliwa, że pograli sobie wszyscy moi ulubieni Amerykanie :D

            • otfilulu pisze:

              Ale to tylko na priv, oficjalnie nic nie zmienię. I może jednak dojedziesz do końca, sama ocenisz czy z Kubiaka jeszcze coś wykrzesałam :)
              Następne jak mi się tylko przyśni, a ostatnio już coś się działo w tym temacie, i chyba rzeszowskie klimaty, bardziej Twoje.
              P.S.No piątek był kluczowy, hala niosła w drugim secie, a potem w tiebreaku, bez dwóch zdań. I Rio!!! W sobotę Anderson się nudził a Kubiak gwizdał do My Heart is a Ghost Town. I pożegnałam Kadziewicza po raz drugi. Także udany dwumecz, nie powiem :)

  18. ~prosaen pisze:

    o kurczę, jestem pierwsza!
    no, to jestem ciekawa co im tutaj urządzisz, bo już pachnie dramatem.

    • otfilulu pisze:

      Miałaś chyba kiedyś taki autokomentarz przy Emilce, że zaczęłaś pisać kolejną odsłonę, ale tak Cię przestraszyła, że zrezygnowałaś.
      No właśnie. Daj proszę znać jeżeli przesadzę, w którąkolwiek stronę.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>