MIgał4

Rozdziały: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11

1.

Z bliska jej rzęsy wydawały się jeszcze dłuższe. Zielone oczy wpatrzone w niego, ciepłe, czułe spojrzenie i delikatny uśmiech unoszący kąciki ust. Powoli odgarnął kosmyk włosów z zaróżowionego policzka, nawinął pasemko na palec bawiąc się nim przez chwilę, wciąż patrzył na nią zachłannie. Szczęście, to musi być właśnie szczęście. Nie ma potrzeby szukać innych słów, to najprostsze i tak rzadko używane jest tu jak najbardziej na miejscu. Ulga i spokój – kolejne określenia, nieodzownie związane z tym pierwszym. Teraz już będzie dobrze, już nic ich nie rozdzieli i nie skłóci. Nigdy na to więcej nie pozwoli. Dotknęła jego twarzy, przesunęła palcami po jego skórze a on przymknął z zadowoleniem oczy. Tak cudownie mieć ją przy sobie, ciepło jej ciała, dziewczęcy uwodzący zapach, bicie serca tuż przy jego własnej klatce piersiowej. Cały strach i niepewność ostatnich tygodni zniknęły i uleciały. Nie stracił jej, nie roztrwonił najważniejszej dla niego rzeczy, choć wszystko zawisło na krawędzi. Od przepaści, z której nie znaleźliby wyjścia dzieliły ich centymetry. Odegnał tą myśl, nie ma już znaczenia, nie ma potrzeby zaprzątać sobie głowy gdybaniem. Jest tylko tu i teraz. I jest ona. Pochylił się i pocałował ją rozsmakowując się w miękkich chętnych wargach, dłońmi błądził po jej ramionach, talii, biodrach. Znajomy elektryczny dreszcz, uwielbiał to uczucie, uwielbiał ją. Zatracał się w niej wciąż na nowo, coraz bardziej namiętnie i łapczywie scałowując słodkie pożądanie z jej ust. Ich oddechy przyspieszały, ruchy stawały się gwałtowniejsze. Jęknął niekontrolowanie, pragnienie przepełniało go i miał pewność, ze jest odwzajemnione.

-Kocham cię Michał – na potwierdzenie usłyszał jej szept tuż przy swoim uchu. Zmysłowy głos zadziałał jak najdoskonalszy afrodyzjak. Szczęście, to musi być właśnie to. Rozchylił usta by odpowiedzieć, by dodać jeszcze, że jest dla niego światem. Zawsze będzie. Nie zdążył.

Silnie uderzył pięścią w kołdrę, w to okropnie puste miejsce na łóżku po swojej prawej stronie. Wtulił twarz w poduszkę, która choć częściowo stłumiła wrzask bezsilniej wściekłości. Nienawidził tych snów a równocześnie tęsknił za nimi i masochistycznie czekał na nie każdej kolejnej nocy. Bo tylko wtedy ją spotykał, dotykał, czuł całym sobą. Tylko to mu pozostało w pustym mieszkaniu, które najchętniej spaliłby i zburzył zamieniając je w ruinę i zgliszcza, najlepiej korespondujące z tym, czym stała się właśnie najwspanialsza miłość jakiej w życiu zaznał. Powinien się stąd wynieść, za dużo wspomnień i skojarzeń. Chociaż wysprzątała wszystkie zakamarki z zastraszającą starannością pozbawiając go jakiejkolwiek pamiątki, nie zostawiła nic, najdrobniejszego przedmiotu. Nawet jej zapach ulotnił się bezpowrotnie. Ale i tak wciąż czuł jej obecność, gdziekolwiek spojrzał dostrzegał Igę. Igę w swoich objęciach na kanapie, Igę na podłodze bawiącą się z dokazującym szczeniakiem, Igę zaglądającą do lodówki i recytującą potrawy możliwe do przygotowania ze znajdujących się tam składników, Igę opartą o balustradę tarasu z kubkiem parującej kawy w drobnych dłoniach, Igę w samym ręczniku wybiegającą w rannym pośpiechu z łazienki i Igę bez ręcznika. Gdzie by się nie obejrzał, osaczała go swoją manifestacyjną nieobecnością.

I wiedział dlaczego tak jest, bo ona wciąż tkwiła w nim jak zadra. Słodki ból, którego za żadne skarby nie chciałby się pozbyć, mimo że zdrowy rozsądek tak nakazywał. Dlatego się nie wyprowadza, dlatego choć nienawidzi już tego miejsca zostanie tu. Bo wciąż łudzi się, że pewnego dnia to wszystko, co stracił przez własną głupotę wróci do niego. Otworzy drzwi a ona będzie stała na progu. Odzyska ją, zapracuje na wybaczenie. Nie był w stanie pozbyć się tych nadziei, chociaż z każdym upływającym dniem, szansa na ich urzeczywistnienie blakła i przygasała.

Nigdy nie zapomni tego paraliżującego smutku i odrętwienia, kiedy po powrocie z Mediolanu wszedł do ciemnego, pustego mieszkania. Gdy w sypialni powitało go zasłane pieczołowicie łóżko, krzyczące jedną poduszką, że tu już nikogo więcej nie ma. Poczuł jakby właśnie otrzymał potężny cios w splot słoneczny, osunął się wtedy na kolana i jeszcze długo nie mógł się podnieść. Przez całą drogę do domu spodziewał się takiego zakończenia, ale dopiero, gdy stanął przed naocznym dowodem, że Iga podjęła już wszystkie ostateczne decyzje, dotarła do niego bezlitosna rzeczywistość. Wielokrotnie próbował się z nią skontaktować, ale podejrzewał, że zmieniła numer telefonu, bo nigdy nie doczekał się, choć jednego dźwięku połączenia. Gdy pojawił się w biurowcu Orkoni błyskawicznie napotkał barykadę nie do pokonania w postaci witającego go w holu Przemka. Nie było wrogości ani agresji. Kubiakowi wydawało się nawet, że słyszy współczucie w głosie jej przyjaciela, kiedy ten prosił:

-Michał, nie przychodź tu więcej. Wiesz, że ona i tak tu rzadko bywa, nadal pracuje głównie w domu. Nie mogę ci pomóc, rozumiesz to chyba – siatkarz skinął głową, nie miał nawet zamiaru przekonywać Przemka do udzielenia jakichkolwiek wskazówek, nic by to nie dało.

-Przekaż jej, że byłem, że muszę z nią porozmawiać – odparł zrezygnowany, wiedział, że niczego nie zmieni, nawet jeśli jego słowa dotrą do Igi w co wątpił. Przemek był zbyt rozsądny na wykonywanie nic niewnoszących i bezsensownych posunięć.

-Powiem szczerze, choć masz święte prawo nie dowierzać moim intencjom – mężczyzna ujął Kubiaka za łokieć i skierował w stronę wyjścia z budynku – moim zdaniem powinieneś był wyjechać do Kazania. Znasz ją, podjęła decyzję. Tu już nic dla ciebie nie ma.

Nie byłby sobą, gdyby dał się tak po prostu odstraszyć. Poddawanie się nie leżało w jego charakterze. Walka do samego końca wbrew przeciwnościom i owszem. Jak rasowy psychopata czaił się przed bramą wjazdową na teren zakładu, gdy tylko pozwalał mu na to czas. Poświęcenie się opłaciło, śledził znajomą skodę i dowiedział się tego, czego Przemek nigdy by mu nie wyjawił. Strzeżone osiedle na obrzeżach Świdnicy. Musiał spróbować. Kolejnego dnia o tej samej porze, pokonując wcześniej opór strażnika piłką z autografami reprezentacji kraju i dodatkową koszulką lubińskiej drużyny, w napięciu czekał przed wejściem odpowiedniej klatki schodowej. Serce zabiło mu żywiej, gdy zobaczył ją idącą wolnym krokiem z parkingu, z przewieszoną przez ramię torbą z laptopem i siatką zakupów w jednej ręce. Wyglądała na zmęczoną i wymizerowaną, nie był pewny czy znów nadmiar pracy czy wydarzenia zapoczątkowane wylotem na turniej we Włoszech były tego przyczyną. Zapewne oba powody wchodziły w grę. Ale dla niego była najpiękniejsza, jaśniała, radość sprawiał mu sam jej widok. W tej sekundzie nie mógł uwierzyć, że kiedykolwiek Iza wydawała mu się aż tak podobna, że dał się nabrać i otumanić. Były zupełnie inne. Iga była jego, i musi zrobić wszystko by znów z nią być. Dostrzegła go, z odległości nie potrafił rozszyfrować jej miny, ale nie odwróciła się, nie uciekła, nie zmieniła nawet tempa z jakim podążała w jego kierunku. To napawało nadzieją. Był kompletnie nieprzygotowany na to co nastąpiło potem.

-Iga! – złapał ją za ramię, kiedy z obojętnym wyrazem twarzy mijała go przed wejściem do budynku, zupełnie ignorując jego obecność. Ale to było stokroć lepsze niż to spojrzenie, którym go teraz obdarzyła. Jakby widziała go pierwszy raz w życiu, jak gdyby był jej zupełnie obcy.

-My się znamy? – głos jej nawet nie drgnął. Nic nie mogło go przygotować na takie pytanie, a chłód jaki bił od każdego wypowiedzianego słowa był wprost fizycznie odczuwalny. Wolno przeniosła wzrok na jego dłoń wciąż zaciśniętą na rękawie jej skórzanej kurtki. Zaskoczony poluzował chwyt, kiwnęła głową i już otwierała drzwi do klatki schodowej. Otrząsnął się z szoku i zanim ciężkie metalowe skrzydło zatrzasnęło się za nią odcinając go definitywnie i ostatecznie zdołał uchwycić klamkę i wbiec do środka. Do jej mieszkania dotarł w chwili, kiedy przekraczała próg i sięgała do włącznika światła w przedpokoju. Nie namyślając się wiele wpadł do ciemnego wnętrza popychając ją przed sobą. Bał się, że za chwilę jednym szczęknięciem kolejnych drzwi Iga odgrodzi się od niego jeszcze skuteczniej niż przybraną bezduszną maską obojętności. Impet z jakim zderzył się z jej plecami odrzucił dziewczynę na podłogę. Upadła a z upuszczonej reklamówki posypały się opakowania z jogurtem, jakieś pieczywo, po miękkiej wykładzinie we wszystkie strony potoczyły się jabłka. Zwabiony rozgardiaszem i głosami do przedpokoju wtargnął Migał, najpierw dopadł swojej pani, ale chwilę później dostrzegł Michała i zaczął obtańcowywać go wokół z radością należną dawno niewidzianemu przyjacielowi. Iga wykorzystała ten moment, aby podnieść się z ziemi. Rozcierając kolano zbliżyła się do Kubiaka.

-Za chwilę zadzwonię do ochrony i powiem, że w moim mieszkaniu jest intruz. Wezwą policję albo sami cię stąd usuną – powiedziała spokojnie sięgając ręką do słuchawki wiszącego na ścianie domofonu – Możesz też teraz wyjść sam i zaoszczędzę ci wstydu.

-Nie pozbędziesz się mnie dopóki nie porozmawiamy. Jak dorośli ludzie. Skończ z tą szopką – warknął chwytając ją za nadgarstek i ciągnąc za sobą przez uchylone drzwi do pokoju, który okazał się sypialnią.

Wszędzie leżały jeszcze nierozpakowane pudła i walizki. Ubrania częściowo powyciągane z pakunków wisiały byle jak przerzucone przez stojącą w kącie deskę do prasowania. Nie zadomowiła się tu do tej pory, trudno było ocenić, czy w ogóle ma taki zamiar. Tymczasowość. Najlepiej pasujące wyrażenie. Wszystko zawieszone w powietrzu, nietrwałe, bez znaczenia. Przechowalnia przedmiotów. I przechowalnia dla Igi? Poza jedną rzeczą. Na nocnym stoliku w agresywnej pozie pysznił się Opętany Kot patrząc na Michała spode łba, jak zawsze. Wyczuwał demony.

-Nie chcę z tobą rozmawiać, nie mam o czym – dziewczyna nie wyrywała się, spokojnie usiadła na łóżku i wbiła w niego zimne spojrzenie. Przerażała go, takiej nie poznał jej wcale. Wyobrażał sobie, że to spotkanie będzie pełne emocji, spodziewał się krzyków, awantury. Mimo, że to tak do Igi niepodobne, zakładał, że kiedy stanie z nim twarzą w twarz nastąpi wybuch, wygarnie mu wszystko, wyrzuci całą złość do niego. Jak strasznie, dotkliwie się pomylił. Trafił w lodowatą otchłań, raniącą dogłębniej i skuteczniej od każdego słowa. I ta obojętność. Jakby nic nie znaczył, jakby był nieznajomym. Nie umiał sobie z tym poradzić, i wiedział, że to było jej celem. Ogrywała go jak małe dziecko, z pełną okrutnością zdradzonej kobiety.

-Iga, proszę cię – zrezygnowany i bezradny przykucnął przy niej. Nie odważył się jej dotknąć, choć tak bardzo chciał objąć ją, przytulić, pocałować. I usłyszeć, że znów jest dobrze. Że nic nie zostało nieodwracalnie zabite. Milczała patrząc na niego z zaciekawieniem, jakby była świadkiem sceny z najsłabszego na świecie widowiska. Była widzem, nie bohaterem, to nie jej dotyczyła ta szmira. Ona swój epizod już dawno odegrała. Po mistrzowsku, słusznie zakładając, że gesty mają czasami o wiele większą siłę wyrazu niż najbardziej wyszukane zdania. A niewypowiedziane potrafi rozbrzmieć dźwiękiem najpotężniejszego dzwonu. Tak jak nagle bezpański komplet kluczy leżący tuż pod lustrem.

-Iga – nie potrafił znaleźć słów, powodowany impulsem oparł czoło o jej kolana, objął jej łydki w mocnym uścisku. Ostatni rozpaczliwy gest oddania. Nie może jej stracić, ona musi wybaczyć. Przecież się kochają, to się nie zmieniło, przecież jest dla niego najważniejsza. To się teraz nie skończy, nie pozwoli na to. Iga zawahała się, już prawie dotknęła jego głowy, już prawie go pogłaskała, prawie uległa. Nie widział jak niewiele brakowało. Lepiej dla niej. Lepiej dla niego.

-Powinieneś stąd wyjść, nic tu dla ciebie nie ma – powiedziała półgłosem, stanowczo i pewnie, nieświadomie powtarzając to zdanie za Przemkiem. Tak trzeba. – I nie wracaj, bo nic tu dla ciebie nie będzie.

Poderwał się, wyprostował gwałtownie. Udawała, że nie dostrzega żalu z jakim na nią spojrzał, ani jego niespodziewanie wilgotnych oczu. Podniosła się z łóżka, minęła go, a po chwili z kuchni dał się słyszeć szum gotującej się w elektrycznym czajniku wody. Normalny odgłos codzienności, podkreślający każde z jej słów, uświadamiający ich dodatkowe przesłanie: „nic już tu nie znaczysz Kubiaku”.

Trzasnęły drzwi i równocześnie maska spadła na ziemię odsłaniając na moment tak udatnie skrywaną prawdę. Płakała schylona wpół nad kuchennym blatem, zachłystywała się szlochem wyrzucając z siebie rozpacz i ból. Stare blizny na kciuku znów zmieniły się w krwawiące rany, nierozłączni kompani wszystkich tłumionych uczuć. Nikt nie dowie się ile ją to kosztowało. Ile siły trzeba było, aby opanować emocje na jego widok, utrzymać w ryzach ręce, które wyrywały się, żeby go objąć, uspokoić krok, aby nie zamienił się w zdradziecki bieg, zatrzymać w sobie przebaczenie, żeby nie wyleciało przez usta i nie unieważniło przeszłości. Wyparła się miłości na rzecz rozsądku, bo tak trzeba. A teraz była pewna, że do jej nocnych koszmarów dołączy obejmujący jej nogi Michał, wystarczy wyciągnąć dłoń, pogłaskać jego pochyloną głowę, to ukoiłoby rozdzierającą tęsknotę. I nawet we śnie nigdy tego nie zrobi. Przebudzi się tylko z mokrą od łez twarzą i smutkiem po niepowetowanej stracie. I z paznokciami wbitymi w kciuk. Ale o tym nie dowie się ani Michał ani nikt inny. Tak trzeba.

2.

-Iga, mogę cię prosić na chwilę? – Przemek wychylił głowę ze swojego oszklonego gabinetu widząc przechodzącą korytarzem przyjaciółkę. Sądząc po jej nerwowym kroku i niesionym w ręce specyficznym zielonym skoroszycie miała zamiar wpaść do działu sprzedaży i porozstawiać po kątach menadżerów produktu za beznadziejnie przygotowane statystyki obrotów z regionów. Wyhamował ją w ostatniej chwili.

-Zamknij drzwi, musimy porozmawiać – zwrócił się do dziewczyny, a sam usiadł za swoim biurkiem zawalonym teczkami i dokumentami wymagającymi podpisu. Poczekał aż zajmie miejsce przy ustawionym na środku biura małym stole konferencyjnym i spojrzy na niego wyczekująco.

-Co to było dziś rano na odprawie? – postanowił nie bawić się w podchody. W końcu to Iga, nie ma sensu owijać w bawełnę.

-No tak – odchrząknęła i spuściła głowę. Nie zdziwił jej przyczyną, dla której się tu znalazła. Na dywaniku, pierwszy raz odkąd Przemek przeniósł się do zakładu w Świdnicy i został jej szefem – Ale sam widziałeś te dane, to się nie trzyma kupy. Debile nie wiedzą co robią i jeszcze próbują wsadzić mnie na minę. Trzeba było być kretynem, żeby coś takiego pokazać zarządowi. A teraz ja się muszę z tym gównem uporać, bo żadna realizacja nie pasuje do tych ich wyciągniętych z dupy cyferek – starała się jeszcze bronić swojej postawy, choć zdawała sobie sprawę, że to misja skazana na klęskę. Przesadziła, miała tego pełną świadomość. Skutków również.

Dziś podczas coponiedziałkowej narady poniosło ją jak chyba nigdy. Dyrektora sprzedaży nazwała nieodpowiedzialnym głupkiem, a kiedy próbował jej przerwać walnęła pięścią w stół uciszając nie tylko jego, ale całe zgromadzenie. Wiedziała, że powód do uniesienia był jak najbardziej słuszny. Ten beztroski palant, nie konsultując tego z nikim, przedstawił budżet na nowy rok obrotowy z takimi marżami, które nawet przy jakimś cudownym ożywieniu gospodarczym nie miałyby szansy urzeczywistnienia. Co dopiero w kryzysie. A teraz, kiedy mleko się rozlało i centrala oczekiwała sprostania wyznaczonym celom, ten dwulicowy skurwiel próbował obarczyć winą dział analiz. Argumentując to jakimś mailem wysłanym do niepracującej już w firmie stażystki. Iga straciła panowanie nad sobą. Było to równie wielkim zaskoczeniem dla niej jak i dla wszystkich innych współpracowników. Jedynym nieporuszonym wydawał się Przemek. Osadził ją w miejscu jednym ostrym spojrzeniem i szybko zakończył niefortunne spotkanie. Iga zdążyła jeszcze policzyć się ze swoim zespołem, za brak nadzoru nad szkolonym personelem i ruszyła na dogrywkę w dziale sprzedaży. Nie miała zamiaru odpuścić. Uspokoiła się na tyle, żeby załatwić sprawy w swoim stylu. Konkretnie z niepodważalnymi dowodami w ręce, i na zimno. Z tego była znana, za to ceniona i awansowana. Na stanowiska, które dotychczas obejmowali jedynie mężczyźni. Jeden kretyn nie zniszczy jej wypracowanej i zasłużonej pozycji.

Przemek domyślał się takiego scenariusza i czujnie obserwował korytarz przejmując Igę zanim ta zdoła jeszcze bardziej narozrabiać. Wiedział, że to ona ma słuszność i że dyrektora sprzedaży nie uratuje żadne głupawe tłumaczenie. Kiedy zarząd zacznie wymagać realizacji budżetu posypią się głowy, a może nawet odstrzał zacznie się wcześniej. Gdy wpadnie tu prezes. Dla nich obojga oznaczało to dwie rzeczy: natychmiastowe opracowanie jakiegoś planu B, gwarantującego choćby nikłą szansę osiągnięcia kosmicznych wyników oraz spacyfikowanie sprawcy całego zamieszania. Ale do tego trzeba podejść jak zawsze: systemowo i profesjonalnie. Przemek obawiał się, że w Idze nadal buzuje za dużo gniewu, żeby mogła być wystarczająco skuteczna. Najpierw musiał z nią wyjaśnić kilka spraw, bo dzisiejsza niesmaczna scena to tylko objaw, a leczyć należy przyczyny. Czas na diagnozę.

-Słuchaj, niechętnie to mówię, ale zaczyna ci dziewczyno odpierdalać, tak solidnie i po całości – poderwała głowę, ale nie skomentowała. Popatrzyła na niego przenikliwe w milczeniu ważąc jego słowa i nagle skinęła.

-Wiem, przepraszam. Sama siebie nie poznaję. To się nie powtórzy, nie może – za to ją właśnie lubił. Nie było wymówek i zamiatania pod dywan. Kiedy wiedziała, że popełniła błąd potrafiła się do tego przyznać i ponieść konsekwencje. Znał bardzo niewielu ludzi, których było na to stać, miał nadzieję, że sam również się do nich zalicza.

-Ta reprymenda musi dotyczyć jeszcze jednego – zawiesił głos i spojrzał na nią oczekując reakcji. Nie pomylił się, wiedziała.

-Ludzie się skarżą, słyszałam. Ostatnio dokręciłam im śrubę aż za bardzo, ale jeżeli mamy przejąć obowiązki centrali i tak jak chce prezio obsługiwać całość analityki dla grupy to muszę wiedzieć na kogo mogę stawiać, a kto jest do wymiany – stwierdziła z powracającą pewnością siebie. To było przemyślane działanie, realizowany plan. Kolejnym zdaniem udowodniła, że zna również jego słaby punkt – ale masz rację, złagodzę wypowiedzi. Nie przystoi.

-No raczej, staramy się nie używać na co dzień określenia „młot parowy” w stosunku do pracowników, nawet jeśli to smutna prawda – Przemek uśmiechnął się krzepiąco. Był zadowolony, przewidywał większe trudności i czuł się niezręcznie strofując swojego najlepszego kumpla. Nie wybaczyłaby mu jednak, gdyby ze względu na ich znajomość potraktował ją ulgowo. To trochę jak z dzieckiem nauczyciela, wymaga się od niego jeszcze więcej, żeby nikt nie posądził cię o stronniczość.

-A przy okazji twojego zespołu, jak Anka znosi ten poligon? – zagaił uznając, że nadszedł czas zwrócić Idze uwagę na potencjalne zagrożenie – ona naprawdę dobrze się zapowiada, nie chcemy jej stracić.

-Jest niezła – zgodziła się z nim bez wahania – i nie martw się, daje radę i wytrzymuje napięcia. Jeżeli kogoś jestem pewna to właśnie jej.

-Patrzy w ciebie jak w obraz, nie zmarnuj tego, możesz być Łączyńskim – powiedział Przemek uśmiechając się na widok zaskoczenia malującego się na twarzy przyjaciółki – właśnie tak, już jesteśmy w tym wieku. W tej organizacji wymiana pokoleń jest superszybka.

Łączyński. Kiedy oboje trafili do Orkoni był ich pierwszym przełożonym. I już nigdy nie mieli mieć szczęścia pracować z kimś lepszym. Facet konkretny aż do bólu, oszczędzający słowa i gesty do koniecznego minimum. I skuteczny, jak nikt inny. To od niego uczyli się jak poruszać się po grząskim firmowym gruncie, to on pokazał im jak ważna jest rzetelna i sumienna praca i ile można z niej czerpać satysfakcji. Było prawie pewne, że poza oczywistą zbieżnością charakterów to Łączyński był pierwiastkiem, który zdecydował o wieloletniej, niezawodnej przyjaźni Przemka i Igi. To on stworzył z nich team. Chyba już na zawsze.

Kiedy teraz usłyszała to porównanie aż potrząsnęła z niedowierzaniem głową. Ale po chwili doszukała się analogii. Ania, świeżo po studiach, jej pierwsza praca i akurat w wymagającej Orkoni. Ambitna i wytrwała dziewczyna, choć w dziale analiz najkrócej już dawno przeskoczyła w umiejętnościach kilku panów z większym stażem. Chciała się uczyć i dążyła do perfekcji. Nie można było przejść obok tego obojętnie, bo właśnie w te cechy tak ubogi był narybek z najmłodszych roczników. Pokolenie „należy mi się”. Przemek miał rację, grzechem byłoby ją zniechęcić lub odstraszyć. Iga zaczynała podobnie i dużo zawdzięczała swojemu pierwszemu kierownikowi. Z własnego doświadczenia wiedziała co było najlepszą motywacją, kiedy potrzebna była pochwała i w jaki sposób przekazana krytyka przynosiła najbardziej owocne skutki. Pora wykorzystać tą wiedzę w praktyce w stosunku do młodszej koleżanki. Choć Łączyńskim nie będzie nigdy.

-Ej ale nie mogę nim być, bo stwierdzenia „ochujałeś” używam o wiele za rzadko, nawet ty mu nie dorastasz do pięt, choć statystki u ciebie rosną – zaśmiali się oboje, co prawda to prawda. Ich były szef potrafił tym jednym słowem rozwiązać większość absurdalnych codziennych problemów, i sprawiał, że wielu petentów zastanowiło się dwukrotnie zanim postanowiło zawrócić mu głowę.

-No dobrze, to skoro Anka sobie radzi, to może pora wypuścić ją na głęboką wodę? Płyń bądź toń. Ale z tego co mówisz nie pójdzie na dno – Przemek odchylił się w fotelu czekając na jej opinię. Po raz kolejny się nie zawiódł i równocześnie uspokoił. Iga nadal dysponowała cenną cechą precyzyjnej oceny sytuacji.

-Chcesz mnie wysłać na urlop? Aż tak cię ruszyła dzisiejsza akcja? – nie była zła, może jedynie o to, że zamiast walnąć prosto z mostu bawi się z nią w zagadki. Z drugiej strony jak go znała zrobił to celowo, pewnie chciał coś sprawdzić.

-Uważam, że powinnaś wyjechać. Tu nic ci nie ułatwi powrotu do równowagi – przyglądał się jej z troską – Na pewno nie pomoże w tym nawiedzający cię Kubiak. On się łatwo nie podda, to jeszcze nie koniec. A za chwilę dołączy Kadziewicz.

-Już go wypisują? – spytała nerwowo wyłamując palce. Przegrywała nierówną walkę i rumieniec powoli wypływał jej na policzki. Miała wyrzuty sumienia, to jak postępowała z Łukaszem z każdym dniem wydawało jej się coraz bardziej nie w porządku.

-Gdybyś go odwiedziła choć raz wiedziałabyś – Przemek nie mógł sobie odmówić przygany. Tego już zupełnie nie rozumiał. Kadziu to nie było małe dziecko. Jedno „nie” spokojnie by wystarczyło. I mogli nadal być przyjaciółmi. Iga wybrała coś zupełnie innego. Konia z rzędem temu, kto umiałby to rozsądnie wytłumaczyć.

-On się na pewno zamelduje – kontynuował nie rezygnując z karcącego tonu – nie myśl, że nie wie, kto mu zorganizował najlepszą z możliwych rehabilitację. To, że pojawiasz się w szpitalu i rozmawiasz z lekarzami też nie jest tajemnicą. Wcale się nie zdziwię jak będzie na ciebie wściekły. Dlatego proponuję ci: wyjedź na tydzień, dwa. Uporządkuj myśli. To się opłaci również w firmie. Przed nami ciężkie półrocze, mamy niebotyczne marże do zrealizowania.

-Przemyślę to, możesz mieć wyjątkowo rację – Przemek pokręcił głową z uśmiechem. Uparta jak muł. Ale i tak uzyskał więcej niż oczekiwał. Duża szansa, że go posłucha.

-A teraz mogę wrócić do pracy? – podniosła się z miejsca uznając, że najważniejsze zostało powiedziane i naświetlone – już nie chcę zrównywać sprzedaży z ziemią. Przyjdzie na to odpowiedni moment.

Przytaknął i odetchnął niezauważalnie. Negocjacje z Igą to zawsze najlepszy trening dla jego umiejętności. Ale im trudniejszy przeciwnik tym większa satysfakcja.

-Cześć mała cholero – wykrakany przez Przemka Łukasz powitał ją bez uśmiechu. Utrzymując równowagę dzięki kulom stał w tym samym miejscu co zaledwie kilka dni temu Michał. Jego lewą nogę obejmował ortopedyczny usztywniacz, Iga wiedziała, że Kadziewicz będzie na niego skazany jeszcze dłuższy czas. Na szczęście był to już ostatni widoczny ślad wypadku, który w ciągu najbliższych miesięcy również przejdzie do historii. Happy end. Prawie.

-Cześć – odparła unikając jego wzroku – nie wiedziałam, że już możesz wychodzić na takie spacery. Ale chyba nie powinieneś się forsować, mogłeś… – nie dokończyła nagle przerażona, bo zabrnęła w bardzo niezręczną sytuację. Bo co ma mu powiedzieć? Że mógł zadzwonić? Może i próbował, ale jedną z pierwszych rzeczy jaką zrobiła po powrocie z Mediolanu było wyłączenie telefonu. Nowy numer znał tylko Przemek. Mógł czekać, aż go odwiedzi? Skoro dotąd tego nie zrobiła byłaby to raczej próżna nadzieja. Teraz było jej wstyd, że tak go potraktowała, można to było załatwić inaczej, doroślej. Zamiast tego stoi w jego karcącej obecności jak dziecko, które nabroiło i musi liczyć się z zasłużoną karą. Zupełnie słusznie.

-Mogłem, ale to by nic nie dało – stwierdził oschle patrząc na nią z uwagą z wysokości swoich dwóch metrów z hakiem – nie zajmę ci dużo czasu, taksówka na mnie czeka.

-Może wejdziesz do środka? Nie musimy tutaj rozmawiać – próbowała ocieplić atmosferę. I uciec choć na chwilę przed żywym wyrzutem sumienia. Daremne wysiłki. W końcu to Łukasz, przed nim zawsze najtrudniej było jej się schować. Teraz też skrócił dystans i ograniczył pole manewru.

-Nie, sama zauważyłaś, że nie powinienem się forsować. Poza tym to tylko kilka zdań.

-Przepraszam – wyrwało jej się, a na dźwięk jej skruszonego głosu na twarzy Kadzia zabłąkał się krótkotrwale uśmiech. Ale natychmiast przywołał się do porządku. Nie powinien niczego ułatwiać, wszystko musi przebiec tak jak postanowił. To jedyne właściwe rozwiązanie.

-Bez sensu, przecież wcale nie jest ci przykro – stwierdził – ja natomiast chciałem ci podziękować. Bo w szpitalu już się nie pojawiasz. To znaczy wiem, że przychodzisz i dużo załatwiasz, choćby tego świetnego rehabilitanta, ale dla mnie nie starcza ci czasu – nie skrywał sarkazmu, oboje doskonale znali przyczynę zachowywanej przez nią rezerwy.

-Nie przerywaj – podniósł głos, widząc, że dziewczyna próbuje się wtrącić, może wytłumaczyć. Choć wyjaśnienie było tylko jedno – Iga, nie mam pięciu lat. Zrozumiałem następnego dnia, kiedy nie pojawiłaś się po powrocie i nie oddzwoniłaś na żaden z moich telefonów. I wystarczy, jest ok. Nie będę cię dręczył ani do niczego nakłaniał. Nie po to tu przyszedłem. Dziękuję ci za to co dla mnie zrobiłaś zaraz po wypadku i teraz, naprawdę jestem wdzięczny za okazaną pomoc. Ale musisz już z tym skończyć, bo skoro nawet nie chcesz ze mną rozmawiać, to ja nie mogę nosić takich długów dalej. I ty to rozumiesz. Nie przerywaj, prosiłem – zgromił ją wzrokiem, kiedy znów nabrała powietrza, żeby odpowiedzieć – Już kończę i znikam. Jeżeli zechcesz to do mnie sama przyjdziesz, znajdziesz mnie. Szkoda mi naszej zażyłości, ale nie będę podskakiwał jak marionetka na twoich sznurkach. Kubiak odmówił Zenitowi, został, to też ma pewnie wpływ na twoje zachowanie, ale go wcale nie usprawiedliwia. O moją przyjaźń i zaufanie jest równie trudno jak o twoje. Miałaś, odrzuciłaś. Jeśli będziesz chciała coś zmienić, wiesz gdzie mnie szukać. Trzymaj się mała.

-A i jeszcze jedno – mijał ją właśnie i te słowa powiedział wprost do jej ucha – nie zatrzyma mnie żaden strażnik, któremu powiesz, że ma nikogo tu nie wpuszczać. Nie przyjdę tu więcej, bo nie będę chciał. Nie dlatego, że mi nie pozwolisz.

Kuśtykając oddalał się w kierunku bramy wjazdowej osiedla, gdzie pewnie czekał na niego samochód. Iga nie wykonała żadnego ruchu, nie zawołała, nie zatrzymała go. Nie było po co, powiedział wszystko co należało i tak jak trzeba, nic do poprawy. Jedynie decyzje do podjęcia. Kiedy patrzyła w ślad za odchodzącym siatkarzem czuła do siebie wstręt. I żal. Bo właśnie za rogiem znikał ktoś dla niej ważny. Kogo odepchnęła z premedytacją zajęta rozpamiętywaniem własnej krzywdy, z którą Łukasz nie miał nic wspólnego. Wcześniej była stuprocentowo przekonana o słuszności podjętej decyzji, aby odciąć wszystkich, wyrzucić przemocą ze swojego życia. Wątpliwości zaczęły narastać po wizycie Michała, spotkanie z Kadziewiczem tylko je pogłębiło.

Kadziu ostrożnie wsiadał do taksówki. Jeden fałszywy ruch, jakieś nieostrożne uderzenie czy szarpnięcie i tygodnie rehabilitacji i terapii trzeba będzie zacząć od nowa, jeżeli położenie ułatwiających zrastanie się kości śrub zostałoby naruszone. Jednak warto było zaryzykować. Uśmiechnął się do siebie na wspomnienie speszonej i zawstydzonej Igi, nic nie jest rozstrzygnięte skoro nawet nie starała się ukryć tych uczuć. Reagowała zgodnie z jego oczekiwaniami. Postanowił zagrać va bank i miał nadzieję, że nie pomylił się w ocenie. A jeżeli popełnił błąd, to znaczy, że wcale jej nie zna i tak naprawdę nic z tego co sobie wymyślił nie ma znaczenia i większego sensu. Teraz pozostaje czekać. Aż Iga ponownie wróci pamięcią do dzisiejszej sceny, zrozumie ją i zdecyduje.

-Cześć, ty już swoje powiedziałeś, teraz moja kolej – nie spodziewał się jej tak szybko. Zakładał, że zajmie to przynajmniej kilka dni jeśli nie tygodni zanim Iga przetrawi jego słowa i zdecyduje się na jakiś ruch. Teraz poczuł niepokój. To na co on czekał nie miało prawa wyklarować się w ciągu kilku godzin.

-Wchodzę, bo chcę – zabrzmiało to jak tajemne hasło do jego własnego domu. Przecisnęła się pod opartą o futrynę ręką siatkarza i śmiało podążyła do salonu. Nie miał wyjścia, teraz on został przestawiony i podporządkowany, ruszył za nią. Stanęła na środku pokoju i odwróciła się w jego stronę.

-Przepraszam cię – powiedziała patrząc mu prosto w oczy – moje kretyńskie zachowanie nie ma wytłumaczenia. Brakuje mi ciebie i chciałabym żeby było jak dawniej. Pozwól na to.

Podeszła do niego i przytuliła się kryjąc twarz w jego domowej wyciągniętej bluzie. Wahał się chwilę, ale odwzajemnił niespodziewany uścisk. Jego obawa stała się faktem. Przyjaciel. Jak dotychczas. Tylko, że teraz to za mało. Jakby siedziała w jego głowie, bo wyzwalając się z jego objęć powiedziała:

-Nic więcej nie mam. Przykro mi. Ale nie wolno ci myśleć, że mógłbyś być marionetką – uśmiechnął się do niej. Stanowczość, którą tak w niej lubi. I ta zdecydowana mina, ściągnięte brwi i szczerość w zielonych oczach, to w niej pokochał. Cóż nie zawsze dostaje się to czego się chce. Przynajmniej znów będzie blisko. Zanim jednak na zawsze utonie w friendzone… Przyciągnął ją do siebie, pochylił się i zanim zdążyła mu to udaremnić pocałował ją. Niezbyt mocno, zbyt krótko. Jednak wystarczająco by tęsknić za smakiem jej ust i dreszczem jaki wywoływał dotyk jej warg.

-Musiałem, żeby się więcej nie zastanawiać jak to jest – stwierdził widząc jej zdezorientowaną minę. Właśnie w ciszy konała jakaś część jego nadziei na własne małe szczęście. To nie bajka, w której jeden skradziony pocałunek odmienia losy bohaterów i łączy ich na wieki wieków upragnioną miłością. Sam przed sobą nie chciał przyznać, że naiwnie tego oczekiwał. Ale już po wszystkim. Zostanie tylko wspomnienie.

-No dobrze mała cholero – złapał ją za rękę i pociągnął w kierunku kuchni zadowolony, że nie stawia oporu – ja przygotuję nam moje sławetne francuskie tosty, a ty mi opowiesz co tak naprawdę stało się podczas tej całej mediolańskiej wycieczki. Będzie ci lżej, zobaczysz.

Jeżeli los ma mu do zaoferowania jedynie przyjaźń to będzie ona najwyższej próby. Musi tylko zwalczyć pokusę żeby znów ją pocałować.

3.

Piotrek opuszczał halę dworca szybkim krokiem nucąc pod nosem: „chłopcy są niewinni, chłopcy mają szyk, chłopcy będą słynni, będą słynni jak nikt”. Miał wrażenie jakby właśnie zrzucił z pleców stukilowy ciężar. Czuł się lekko i radośnie. Zmierzając do wyjścia odpowiadał na uśmiechy i powitania tych z podróżnych, którzy go rozpoznawali. Takich osób było całkiem sporo, w końcu był tu u siebie. Zadomowił się w Rzeszowie na dobre i każdy kto miał choć trochę sentymentu do siatkówki musiał znać wieloletniego zawodnika Resovii.

-Panie Piotrze, nie wypada – sam skarcił się w myślach, kiedy zamiast ominąć czyjąś sporych rozmiarów torbę leżącą na jego drodze przeskoczył nad nią udając telemark przy lądowaniu – nie brykamy jak ostatni młokos. Ludzie patrzą. I nieładnie się cieszyć z takiego powodu.

Miał zwyczaj prowadzenia podobnych rozmów sam ze sobą. W ten sposób porządkował myśli i pielęgnował niezbędny dystans do świata. Dzięki temu był też nazywany Cichym. Kiedy już obgadał ze sobą co należy nie miał potrzeby zanudzania innych zbytecznym słowotokiem. Teraz również przemawiał do własnego rozsądku.

-Zasługuje Pan na naganę, Panie Piotrze, jak można radować się wyjazdem własnej rodzicielki? Jak mama by się poczuła, gdyby wiedziała?

Zawsze zwracał się do siebie per Panie Piotrze. Głównie dlatego, że nikt do niego tak nie mówił. W domu dla rodziców był Pietką, dla rodzeństwa Młodym, w klubie Pitem lub Piterem, dla byłych dziewczyn Kotkiem, Miśkiem, Skarbem. Jakby nigdy tak naprawdę nie dorósł i nie zasłużył na to żeby zwracano się do niego pełnym imieniem. Przynajmniej w swoich wewnętrznych monologach odpuszczał sobie zdrobnienia i przezwiska. Szczególnie gdy musiał przywoływać się do porządku. Tak jak dziś, kiedy fakt, że w końcu odzyskał wolność i kontrolę nad własnym życiem wiązał się bezpośrednio ze stukoczącym po szynach pociągiem uwożącym Panią Nowakowską w kierunku Warszawy. Każda upływająca sekunda powiększała dystans między synem a matką, a do Piotra wracały jego prawa: rzucanie skarpetek na podłogę, picie coli na śniadanie, zasypianie przed telewizorem i nietłumaczenie się ze wszystkich niezjedzonych posiłków. Równocześnie miał do siebie pretensje, bo przecież mama chciała jak najlepiej i kochał ją z całego serca. A udawanie Małysza na środku dworcowej poczekalni z powodu jej wyjazdu było już zupełnie nie miejscu.

-Wstyd! Jeszcze zatęsknisz za ruskimi i krupnikiem. A za parę miesięcy będziesz tylko odliczał dni do Świąt, żeby wrócić do domu – próbował jeszcze raz stłamsić w sobie niestosowną radość.

Nagle jego wzrok przyciągnęła znajoma twarz. Postać siedząca na dużej walizce, pochylona na ekranem telefonu, mamrocząca coś do siebie i niezwracająca najmniejszej uwagi na otoczenie. A to ci niespodzianka. Co ona tu robi?

-Cześć Iga, co cię tutaj przywiało? – klepnął dziewczynę po ramieniu, ale gdy odwróciła się do niego zorientował się, że to pomyłka – O przepraszam, wziąłem panią za kogoś innego.

-Niezupełnie – odpowiedziała dziewczyna tak łudząco podobna do kubiakowej kobiety, że mogła być tylko jej siostrą. Siatkarz przypomniał sobie Bartmana rozprawiającego na cały autobus o tym, że laska Michała rozmnaża się przez pączkowanie, jak gremlin i zrozumiał z kim ma przyjemność.

-Jestem Piotr, kolega Igi – postanowił się przedstawić. Był pewien, że dobrze powiązał fakty.

-Iza, siostra – odparła krótko potwierdzając te przypuszczenia i wyciągając do niego rękę – chyba cię kojarzę z boiska, byłeś na turnieju w Mediolanie.

-Owszem, przewinąłem się pod siatką raz czy drugi – uśmiechnął się i zaraz zadał dręczące go pytanie – Iga też przyjechała do Rzeszowa?

-Nie – dziewczyna potrząsnęła głową – to ja jadę do niej, czekam na połączenie do Lublina. Coś nie tak? – dodała widząc zaskoczenie Nowakowskiego.

-Przeprowadziła się? Aż tak się zepsuło? – Piotrek nie zdołał zapanować nad ciekawością chociaż zdawał sobie sprawę, że nie powinno go to obchodzić. I nagle go olśniło.

-Lubin nie Lublin – spojrzał na dziewczynę nie kryjąc zdziwienia. Jak można było się tak pomylić?

-Żartujesz! Ja się chyba zabiję – Iza opadła na walizkę, a że źle wymierzyła odległość czy też może jej bagaż nieoczekiwanie się zachwiał klapnęła z rozmachem na posadzkę. Jakiś przypadkowy obserwator parsknął śmiechem, ktoś przechodzący obok obejrzał się na siedzącą na ziemi dziewczynę. Tymczasem ona nawet nie próbowała się podnieść, uderzyła tylko zaciśniętymi pięściami w podłogę i zaczęła wyzywać się od idiotek. Całkiem głośno.

-Gratulacje Iza, oczywiście, że Lubin tumanie. Wystarczyło sprawdzić gdzie on gra. Przeszłaś samą siebie. To teraz wymyśl co dalej imbecylu – kontynuowała swoją tyradę, ignorując zdziwione spojrzenia oraz wyciągniętą rękę Piotrka. Zdezorientowany siatkarz postanowił samodzielnie położyć kres tej scence. Podszedł do dziewczyny od tyłu, chwycił ją pod pachami i postawił na ziemi. Otrzepał jej płaszcz do którego przylepiły się jakieś paprochy z brudnej dworcowej podłogi i odwrócił ją do siebie.

-Wystarczy objawów szaleństwa, nic się nie stało. Zadzwoń do Igi, przyjedzie po ciebie – rozwiązanie wydawało mu się oczywiste. Iza zaśmiała się smutno i podsunęła mu pod nos wyświetlacz swojego smartfona. Listę wypełniał jeden kontakt: Glusia. Pozycja po pozycji, połączenia w cogodzinnych odstępach. Wszystkie nieudane.

-Nie odbiera, ma chyba wyłączony telefon. Nie mogę się z nią skontaktować od tygodni – wyjaśniła a Piotrek zaczął znów powoli układać pewne wydarzenia w całość. Iga załamana pod Mediolanum Forum, zdruzgotany Kubiak zostawiony na boisku, kompletnie obojętny po wygranym turnieju, Kadziewicz dzwoniący do Cichego z dziwnymi pytaniami o swojego zawodnika i jego dziewczynę.

-Ale Pan wdepnął Panie Piotrze. To jakieś trudne sprawy. Należy się chyba ewakuować i nie mieszać – wbrew temu do czego się nakłaniał nadal stał w miejscu i z marsową miną przyglądał się Izie. Jakoś tak głupio ją tu teraz zostawić nie upewniając się, że sobie poradzi.

-Mogę cię zawieźć do jakiegoś hotelu, przegrupujesz siły, odpoczniesz przed dalszą podróżą – zaproponował pod wpływem impulsu. Jeżeli odmówi będzie mógł bez żadnych wyrzutów sumienia popędzić do swojego odzyskanego spod matczynej okupacji mieszkania.

-Dzięki, ale kasa mi się kończy. Nie stać mnie w tej chwili na taki luksus. Jestem w drodze trzeci dzień, myślałam, że dziś już dotrę na miejsce. Ale musiałam i to spieprzyć – ze złością kopnęła walizkę, która z hukiem upadła na posadzkę – Wydawało mi się, że moim największym problemem będzie znalezienie Igi w Lublinie, nie brałam pod uwagę, że nie mam nawet pojęcia gdzie ona teraz mieszka.

-Chodź – Nowakowski nie namyślając się wiele chwycił jej bagaż za wyciąganą rączkę i pociągnął za sobą. Po kilku metrach odwrócił się i spojrzał ponaglająco na wciąż stojącą w tym samym punkcie Izę – No ruchy, ruchy. Zaraz zapłacę mandat za parkowanie ponad dwadzieścia minut. Chyba, że chcesz nocować tutaj zamiast w moim ciasnym, ale własnym mieszkaniu?

Dziewczyna uśmiechnęła się z wdzięcznością i pobiegła za siatkarzem.

-Pan Piotr, miłosierny samarytanin. Ciekawe, czy równie szybko przygarniałbyś jakąś starą babę. Bo ta bezdomna jest wyjątkowo atrakcyjna. To otrzepywanie płaszczyka, bardzo energiczne i oczywiście musiało być tam gdzie zetknęła się z posadzką. Czysty przypadek, ale z chęcią byś powtórzył – jego myśli ociekały ironią, jednak wiedział, że postępuje słusznie. Utwierdzało go w tym rozpogodzone oblicze siedzącej w fotelu pasażera dziewczyny. Była jeszcze ładniejsza, kiedy się nie złościła.

Iza spacerowała po mieszkaniu rozglądając się ciekawie. Wnętrze było sterylnie czyste, pokoje i kuchnia wprost lśniły. Piotr szybko rozwiał obawy dziewczyny, którą przeraziła opieka maniakalnego porządnisia, opowiadając o właśnie zakończonej wizycie rodzicielki i wprowadzonym przez nią terrorze dokładnie wycieranych butów i wiecznie polerowanych podłóg. Szybko też zaproponował, że zamiast pozostawionego przez mamę, gotowego do odgrzania bardzo zdrowego i pożywnego obiadu, zamówi pizzę. Dużą, największą możliwą, z podwójnym serem, z serowym brzegiem, gwarantującą natychmiastową zwyżkę cholesterolu. I niemająca nic wspólnego z warzywami gotowanymi na parze i gruboziarnistym ryżem. Izie nie pozostawało nic innego jak tylko zgodzić się z gospodarzem, który uradowany osobiście postanowił pojechać do pizzerii. Musi dopilnować, żeby wszystko było idealne po tak długim okresie przymusowej abstynencji. I żeby sera nie było przypadkiem za mało.

Dziewczyna wycierając wilgotne włosy dużym frotowym ręcznikiem podeszła do okna, z którego widoczny był osiedlowy parking. Po samochodzie siatkarza nadal nie było śladu. Niewątpliwie swoją misję potraktował bardzo poważnie i przygotowanie pizzy spełniającej wszystkie wymagania potrwa jeszcze trochę. Iza zdążyła już wziąć długą, orzeźwiającą kąpiel, zmywając z siebie trudy trzydniowej tułaczki, zapach lotnisk i dworców i choć częściowo pozbywając się zmęczenia. Humor wyraźnie jej się poprawił, a poczułaby się jeszcze lepiej, gdyby ustało to irytujące burczenie w brzuchu. Niech już ser będzie pojedynczy, tylko niechże się w końcu pojawi. Uświadomiła sobie, że ostatni ciepły posiłek jadła dwa dni temu. Żeby odciągnąć myśli uparcie krążące wokół kwestii żywieniowych ponownie zaczęła zwiedzać klubowe mieszkanie Nowakowskiego uważniej przyglądając się wystrojowi.

Po siedzibie siatkarza, i to takiego, któremu sukcesy i zwycięstwa nie są obce, można było spodziewać się ustawionej w kącie dużego pokoju etażerki, wypełnionej pucharami, medalami, statuetkami MVP. Nie zaskakiwały również zdjęcia z drużyną w koszulkach w biało-czerwone pasy ani te z kolegami z reprezentacji. Natomiast duży plakat z niebieskim znakiem nakazu skrętu w lewo i przewrotnym podpisem „almost right” przewidywalny już nie był. Świadczył za to o dość nietypowym poczuciu humoru właściciela. Tak samo jak oprawiony w ramkę, wydrukowany czarną grubą czcionką cytat: „nieodłączną częścią życia strach i ból i chcę podkreślić to waląc głową w stół”, wiszący, jakżeby inaczej, nad stołem w wydzielonej z niewielkiej kuchni części jadalnej. Dziewczyna zaśmiała się cicho, bawił ją ironiczny przekaz. Ale w prawdziwe osłupienie wprawiły ją zdjęcia zdobiące ściany pokoju mającego służyć za jej sypialnię. Rozpoznawała artystę. Znała nawet nazwę tego projektu. Seria portretów Royal Blood Erwina Olafa wzbudziła swojego czasu wiele kontrowersji. Iza nigdy nie przypuszczałaby, że zetknie się ze znajomymi, porcelanowo białymi sylwetkami akurat tu, w mieszkaniu przypadkowo spotkanego sportowca. Tuż nad łóżkiem wisiała jej ulubiona Sissi. Moc i siła jaką wyrażało to podkreślone czerwienią spojrzenie, doskonale kontrapunktujące mleczną skórę i jasne włosy, zawsze ją hipnotyzowały. Nigdy w życiu nie posądzałaby Piotra o tak specyficzny gust, przynajmniej pierwsze wrażenie na pewno nie zapowiadało takiej niespodzianki. Poświęciła jeszcze chwilę podziwiając Księżnę Antoninę, Cezara, Dianę, zanim jej wzrok padł na leżący na komodzie album. Ciekawie zajrzała do środka, wycinki z gazet dokumentujące siatkarską karierę środkowego reprezentacji. Spomiędzy stron wypadł niewklejony jeszcze na kolejną kartę artykuł o zwycięskim turnieju w Mediolanie. Duże zdjęcie świętujących zawodników, na pierwszym planie uradowany Michał. Iza zmarszczyła brwi i zamyśliła się.

Stała obok walizki wyładowanej byle jak poupychanymi ubraniami. W rękach trzymała dwie pary butów zastanawiając się, które powinna jeszcze wcisnąć do swojego bagażu. Decyzja po co tak naprawdę chce wracać do kraju zamykała się w wyborze pomiędzy prawą a lewą dłonią. I nagle rozluźniła uchwyt, trampki i szpilki uderzyły z głuchym łomotem o podłogę. To zupełnie nie tak, to nie jest aż tak proste, pod powierzchnią kryje się o wiele więcej. Oczywiście chciałaby doścignąć w końcu Igę i szczerze z nią porozmawiać. Kto wie, może potrafiłaby związać się z Michałem, gdyby znów stanął na jej drodze. Ale żadne z nich nie było prawdziwym powodem, ostatecznym impulsem do nagłego wyjazdu. Był nim kilkutysięczny tłum w zajmowanych przez polskich kibiców sektorach na widowni siatkarskiego obiektu.

Gdy siedziała wśród wiwatujących, wrzeszczących ludzi poczuła się u siebie. Pierwszy raz od bardzo dawna nie była gościem, obcym. Wykrzykiwane w ojczystym języku słowa, swojsko brzmiące przyśpiewki przypominały o domu. A kiedy zabrzmiały pierwsze wersy hymnu i setki gardeł wypełniły przestrzeń potężnym śpiewem poczuła wzruszenie i niesamowitą tęsknotę. Już dość tułaczki i prób wpasowania się w środowiska, gdzie zawsze będzie postrzegana jako przyjezdna. Pora wracać, spróbować ułożyć sobie życie wśród swoich. Nie zostawi tu niczego, za czym miałaby rozpaczać. Ale zamiast szkicować włoskie pejzaże chce znów namalować widok z Sokolicy. I móc, kiedy zapragnie, kiedy będzie jej źle i przykro, pójść na cmentarz. Stanąć przy grobie mamy i powiedzieć jej o wszystkim, jak wtedy, gdy była dzieckiem. Czas wracać do domu, mimo, że tak naprawdę trzeba go będzie zbudować od podstaw, ale jego miejsce jest w kraju, nie na obczyźnie.

A jeśli poważnie myśli o naprawieniu swoich relacji z siostrą to nie ma na to najmniejszych szans pozostając w Mediolanie. Szczególnie po tym co się wydarzyło. Michał, tragiczna w skutkach pomyłka. Kolejny w jej życiu przykład, że kierowanie się samym instynktem zbyt często prowadzi do nieszczęścia. Iga się dowiedziała, zabrała ze sobą dowód, nieopatrznie pozostawiony na ścianie szkic przedstawiający jej śpiącego chłopaka. Tak mało a tak wiele. Nie da się wytłumaczyć ani usprawiedliwić tej zdrady, ale przynajmniej można poprosić o wybaczenie. Spróbować, żeby odzyskać choć odrobinę szacunku do samej siebie. I zacząć od nowa.

Zadzwoniła przebukowując wylot na następny miesiąc. Przez kolejne tygodnie załatwiała wszystkie formalności. Rozwiązała umowę najmu mieszkania, złożyła rezygnację w firmie, posegregowała cały swój dobytek odkładając sporo przedmiotów, które chciałaby zabrać ze sobą, a jeszcze więcej rozdała, sprzedała i wyrzuciła. Dzięki uprzejmości kolegów z pracy kartony wypełnione malarskimi akcesoriami, książkami, ulubionymi drobiazgami, z którymi nie potrafiła się rozstać czekały w magazynie na sygnał. Jedyny plus jej wyuczonego zawodu, odkryty zupełnie niespodziewanie. Przedsiębiorstwo spedycyjne będzie w stanie dostarczyć popakowane w pudła życie pod każdy wskazany w Europie adres. Tymczasem, w jego poszukiwaniu, z jedną walizką i poczuciem nagle odzyskanej wolności wyruszyła do Polski. W pierwszej kolejności postanawiając stanąć przed Igą. Najpierw katharsis, od tego będzie zależało co dalej. Wszystko wydawało się iść zgodnie z planem, do momentu, gdy wraz z Piotrem spłynęło oświecenie, że od samego początku próbuje dostać się nie do tego miasta. Jak zwykle osty, rzepy i inne dziadostwo. I co teraz?

Nie zdołała odpowiedzieć sobie na to pytanie, bo w zamku drzwi wejściowych zazgrzytał klucz i do mieszkania wpadł zarumieniony siatkarz triumfalnie dzierżąc ogromny szary karton. Na jego widok Izie ponownie zaburczało w brzuchu, najpierw potrzeby niższe, a potem sprawy ducha. Piotrek uśmiechnął do niej ze zrozumieniem, kiedy zasiadali na podłodze do wyczekiwanej uczty. Jemu również kiszki grały marsza. Dopiero po drugim kawałku pizzy, gdy mogli zapomnieć o gorszących scenach obżarstwa i udawać, że od samego początku jedli tak dystyngowanie i wstrzemięźliwie padły między nimi pierwsze słowa. Nowakowski miał pewne wiadomości.

-Dzwoniłem do Łukasza, to trener Cuprum, tej drużyny, w której gra Michał – dodał widząc, że Iza nie ma pojęcia o kim mówi – on niestety też nie wie jak skontaktować się z Igą, w Lubinie jej podobno nie ma.

-I po to bił się Pan z myślami przez ostatnią godzinę Panie Piotrze, żeby teraz jednak ulec Kadziewiczowi i kłamać w żywe oczy? Bardzo ładne oczy swoją drogą – w jego głowie rozpoczęła się typowa wewnętrzna konwersacja.

-Łukasz, to on miał wypadek, prawda? – dziewczyna skojarzyła w końcu imię i zmarszczyła gniewnie brwi widząc jak Nowakowski twierdząco kiwa głową – To w takim razie nie powiedział ci prawdy. Iga zostawiła nas w restauracji jak tylko się dowiedziała, że coś mu się stało, był wtedy najważniejszy. Nie wierzę, że jej przyjaciel nie wie gdzie ona jest.

-No i proszę, tak się kończy łgarstwo. A teraz za późno i trzeba Panie Piotrze brnąć dalej. Cholerny Kadziewicz i jego pomysły.

Miał mieszane uczucia po tym co usłyszał od Kadzia, ale przynajmniej dobrze zrobił uciekając z tą rozmową z mieszkania. Spokojnie mógł zamówić pizzę przez telefon, tak jak zawsze. Wolał jednak załatwić pewne sprawy na osobności. Jak się okazuje słusznie. Ponad trzydzieści minut spędził w samochodzie wysłuchując Łukasza. Kadziewicz prosił go o czas.

-Zatrzymaj ją jakoś, niech nie przyjeżdża – słowa wypowiadane w pośpiechu, jakby trener Cuprum bał się, że może mu ich zabraknąć – tu jest takie zamieszanie, że jeżeli jeszcze pojawi się jej siostra, to ja sobie tego nie wyobrażam. Iga w tym bałaganie wcale się nie odnalazła, wszystko jest zbyt świeże. Martwię się o nią i wolałbym żeby ta krzywda nie odżywała w niej na nowo. Ona jak zwykle zgrywa twardziela, utrzymuje pozory, ale ja wiem, że w ogóle nie jest dobrze. Widzę to, maleńka cierpi w środku.

Piotrek nie komentował, słuchał uważnie. I dziwił się.

-Dziwi się Pan, Panie Piotrze, i prawidłowo. To nie jest normalne. Maleńka. I nawet nie wspomniał o Kubiaku, że pojawienie się Izy może mu na przykład zdekoncentrować gracza tuż przed pierwszym meczem sezonu. Bo tu już chyba nie chodzi o Michała i Igę. To znaczy nie tylko o nich. Domyślał się Pan trójkąta, a tu proszę, wierzchołki są cztery. Maleńka. Ładnie o niej mówi, nawet się nie zorientował, że mu się wypsnęło. A wie Pan dlaczego? Właśnie tak Panie Piotrze, gdyż tylko w ten sposób o niej myśli. I stało się to naturalne, w całej swojej nienaturalności. Ale kanał.

-Wyśmienita – wytarł usta chusteczką i zadowolony poklepał się po żołądku grając na czas oraz unikając dalszego roztrząsania wypowiedzianych przez Izę zarzutów – jak chcesz możesz spożyć ostatni kawałek, ja już odpadam.

-Jutro wsiadam w pociąg i jadę tam, docisnę tego Łukasza na miejscu – dziewczyna uparcie trzymała się niezręcznego tematu, ale Piotrek właśnie znalazł oczywiste rozwiązanie. Że też nie wpadł na to od razu.

-Nie musisz, oni przyjadą do ciebie – uśmiechnął się zwycięsko – pierwszy mecz grają z nami, tu, w Rzeszowie. Za trzy dni. Kubiak również się tu stawi – rzuciła mu badawcze spojrzenie.

-Nie zdradź się Panie Piotrze, przecież nawet nie ma Pan pewności, wszystko to Pana domysły.

-W końcu to jej facet, będzie coś wiedział – kontynuował udając, że nie dostrzegł reakcji Izy na dźwięk nazwiska przyjmującego – zostań tu do soboty, jeśli oczywiście chcesz. Po spotkaniu będziesz mogła wypytać i jednego i drugiego.

-Dziękuję ci – uśmiechnęła się a po chwili nachyliła w jego kierunku i szybko cmoknęła w policzek – nie zauważysz nawet mojej obecności.

-Skoro ty się nie skusisz to ja chyba jednak zmieszczę ten kawałek – sięgnął po ostatni leżący w tekturowym pudełku trójkącik. Musiał jakoś zamaskować zmieszanie, które wywołał w nim niewinny buziak.

-Obawiam się Panie Piotrze, że będzie prawie niemożliwe nie zauważać jej obecności. Zdążył Pan zajrzeć w ten dekolt, kiedy się pochyliła? Nieźle, nie?

4.

-Ahoj! A ciebie to się tu nie spodziewałem – Łukasz wyciągnął do niej rękę pochylając się nad krawędzią basenu. Iga nie wahając się długo chwyciła jego dłoń, palce mężczyzny przesunęły się po wilgotnej skórze i po chwili objęły mocnym, pewnym uściskiem jej przedramię. Wybiła się z wody a on uniósł ją bez większego wysiłku stawiając obok siebie. Pomyślała, że ten niewyreżyserowany gest najlepiej oddaje kim stał się dla niej Kadziewicz, idealne odzwierciedlenie ich relacji.

-Ja ciebie tym bardziej – odpowiedziała zdejmując z głowy czepek i wykręcając mokre włosy – w tym stroju będziesz pływał? Wiem, że jesteś starym, przedwojennym dziadkiem, ale nawet w dziewiętnastym wieku pantalony kąpielowe bywały krótsze. Przyznaj się, nie ogoliłeś tych patykowatych nóg – uśmiechnęła się złośliwie przypatrując się jego granatowym spodniom od dresu.

-Wiesz, może ja cię jednak wrzucę z powrotem? I jeszcze uczynnie przytrzymam łepek pod wodą? Bo w środku samo powietrze, to się będziesz huśtać jak boja bez mojej pomocy – zrobił ruch jakby rzeczywiście miał zamiar spełnić swoją groźbę. Iga odskoczyła na bezpieczną odległość, tak na wszelki wypadek, przecież to wariat.

-Z Amelką jestem. Mam ją na tydzień u siebie, a wtedy zawsze przychodzimy do Centrum na zajęcia – na potwierdzenie jego słów po posadzce lubińskiego basenu zaplaskały dziecięce stopy i radosne piski wypełniły halę.

-Tatusiu, ale będziesz patrzył jak pływam? – rezolutna blondyneczka, przewyższająca o głowę otaczające ją koleżanki upewniała się gorliwie, że jej najwierniejszy kibic pozostanie na miejscu – Patrz teraz!  – krzyknęła, szykując się już do spektakularnego skoku. Co też i nastąpiło. Plusk został zwielokrotniony przez kolejne lądujące w wodzie dzieciaki. Ratownik bezskutecznie próbował zapanować nad rozbrykaną hałastrą.

-Nigdy nie zostanę trenerem młodzieżówki, nie ma takich pieniędzy – Kadziewicz ze zgrozą pokręcił głową widząc podtapiających się nawzajem chłopców i chlapiące na wszystkie strony dziewczynki.

-Przebierz się i wróć, pomożesz mi przetrzymać te półtorej godziny – poprosił przenosząc spojrzenie na Igę, która zdążyła owinąć się w międzyczasie wielkim pasiastym ręcznikiem. Dziewczyna uśmiechnęła się przytakując i zniknęła w przebieralni. Patrzył za nią chwilę, a potem powędrował na galerię, stwierdzając, że z wysokości będzie miał lepszy ogląd sytuacji i równocześnie istotnie zmniejszy ryzyko wepchnięcia do wody przez dowodzone przez jego szaloną córkę dzieci. Podejrzani szeptali właśnie zbici w ciasne kółeczko zerkając na niego ukradkowo. W ich mniemaniu konspiracja była doskonała, ale znał swoją latorośl, ten uśmieszek nie wróżył niczego rozsądnego. Amelka odziedziczyła go niewątpliwie po tatusiu.

Stał oparty o barierkę podziwiając nienaganną żabkę jaką jego pociecha pokonywała kolejne metry gdy obok ponownie pojawiła się Iga. Poczuł jej obecność zanim ją dostrzegł. Po prostu zrobiło się cieplej. Niedosuszone włosy okalały wilgotnymi kosmykami twarz dziewczyny, oczy jeszcze trochę zaczerwienione od chloru i nieumalowana buzia nie wpisywały się w żaden kanon urody, a jemu wydawała się tak ładna, że przez chwilę nie mógł oderwać od niej wzroku. Uśmiechnęła się niepewnie i szturchnęła go w bok, dając do zrozumienia, że ma się posunąć i zrobić jej miejsce. Też chciała dobrze widzieć poczynania młodocianych pływaków.

-Nie bliżej ci na basen w Świdnicy? – zapytał starając się nie myśleć o tych kilku centymetrach przerwy dzielących ich ramiona i sposobach jak ten odstęp zniwelować zupełnie. Na przykład obejmując ją. Mocno splótł palce, na wszelki wypadek, gdyby jego ręce zechciały samowolnie wyrwać się spod kontroli i narobić nieodwracalnych szkód.

-Tu mam jeszcze karnet do wykorzystania do końca roku, nie jest aż tak daleko. A Michał nawet o tym nie wie. Był w Spale, kiedy zaczęłam znów pływać. Bez zagrożeń. Chociaż ty jesteś oczywiście wszędzie – zaserwowała mu całkiem mocnego kuksańca pod żebro. Nie tak wyobrażał sobie zmniejszanie odległości.

-No to mów co potrzebowałaś przemyśleć – uśmiechnął się widząc, że ją zaskoczył – znam cię, jak zasuwasz kraulem to masz jakąś zagwozdkę. Coś nowego?

-Dostałam propozycję nie do odrzucenia, nie lubię takich – stwierdziła krótko. A potem opowiedziała całą resztę.

Migające światełko aparatu, nieodebrana rozmowa. Nieuważnie sprawdziła listę połączeń. Dereng? Szybko wybrała z menu opcję „oddzwoń” ciekawa o co też może chodzić tym razem. Spięty głos powitał ją już po pierwszym sygnale.

-Dzień dobry Bartku, czyżbym mogła ci w czymś pomóc, czy też dysponujesz nowościami po wizycie szefostwa? – dyrektor pomorskiego centrum dystrybucyjnego Orkoni uwielbiał zajmować jej czas ploteczkami z życia organizacji. Wbrew obiegowym opiniom mężczyźni nie są wcale mniejszymi paplami od kobiet. A w niektórych przypadkach znacznie prześcigają płeć piękną w tej sztuce. Bartosz był mistrzem.

-Możesz pomóc gdyż niestety dysponuję – Iga usiadła ciężko za swoim biurkiem natychmiast skupiając się całkowicie na rozmowie. Ton z jakim Dereng wypowiedział to krótkie zdanie nie zapowiadał niczego dobrego. Jeszcze bardziej niepokojąca była cisza, nie zalewał jej tak typowym dla siebie potokiem bezładnych słów.

-Skurwiel wywalił mi cały dział – oświadczył grobowo. Nie musiał doprecyzowywać kogo ma na myśli używając tego jakże przemiłego zwrotu. Najwidoczniej pobyt prezesa w Trójmieście zakończył się odstrzałem. W ten sposób w narzeczu Orkoni określano wręczanie nagłych wypowiedzeń. Szef był strzelcem nieprzewidywalnym, czasami byle drobiazg doprowadzał do prawdziwych pogromów. Tym razem ofiarą padł matecznik zarządzany przez Bartka.

-Kogo? Za co? – Iga już domyślała się, że będzie chodziło o jej działkę, w innym przypadku to nie ona wisiałaby teraz na linii z załamanym kolegą. Chciała jednak potwierdzenia. Bo to był najgorszy moment na kumulację kryzysów. Dość pracy wymagał bałagan, który zgotował jej na miejscu świdnicki półgłówek ze sprzedaży.

-Analizy – no oczywiście, nie mogło być inaczej – bo podali mu nie te dane. Ogólnie przyjechał nastawiony na rozpierdówę. Nie musiał nawet szukać powodów, bo dostał je na tacy. Popieprzyli kursy i wartości się kompletnie rozjechały. Nie było jak ich obronić, bo tak naprawdę wystarczyło na to raz popatrzeć a nie tylko bezmyślnie oddrukować i od razu było widać, że to nie może być dobrze. Jest środek sezonu a ja zostałem bez raportowania. Musisz tu przyjechać, prezes sam sugerował, żebym cię ściągnął. Choć do momentu, kiedy zatrudnimy nowych ludzi. Ja już chyba mam wrzody z tego wszystkiego… – Bartek powoli wracał do siebie wylewając kolejne żale i trajkocząc jak nakręcony.

Iga przycisnęła ramieniem słuchawkę telefonu, wiedziała, że ten monolog potrwa jeszcze trochę, mimo że najważniejsze zostało już dawno powiedziane. Dereng musiał się wygadać. Sięgnęła po smartfona wysyłając krótką wiadomość do Przemka: „stary wywalił analizy w Gdańsku, centralizacja nastąpi chyba szybciej. Wiedziałeś? Ja? Czy ktoś inny?”. Po chwili otrzymała zwięzłą odpowiedź: „Przypuszczałem. Ty. Ale pewnie chce zobaczyć jak posprzątasz burdel u Bartosza”. Zmarszczyła brwi, sprawdziany, kolejny tor przeszkód. Z rozmysłem wybierała litery dotykając wyświetlacza: „Tu też mamy gnój, nie dam rady na dwa fronty”. Nie czekała długo na reakcję i uśmiechnęła się słysząc prawie gniewne sarkanie Przemka: „Nie pierdol Iga. Sam cię rekomendowałem. Jak zrezygnujesz to już drugi raz nie będzie takiej szansy, nie tu. Spylaj nad morze kretynko. Przyda ci się taka odmiana. I nie chcę kurwa słyszeć, że nie dasz rady!”.

-Wyjeżdżasz zatem – Łukasz wciąż obserwował ćwiczącą Amelię. Dziewczynka miała właśnie za zadanie przepłynąć jak najdłuższy odcinek pod wodą. Radziła sobie z tym doskonale a tatę przepełniała duma. I niezadowolenie. Z zupełnie innego powodu  – Na długo? – poczuł zaniepokojone spojrzenie Igi. Wiedział, że wyrwało mu się za wiele i był zły na samego siebie. Zachowuje się jak dzieciak odsłaniając karty.

-Kilka tygodni, może trochę więcej. Zależy co tam zastanę. I jak się ukształtuje koncepcja w pięknym umyśle prezesa. Centrala analiz wcale nie musi być w Świdnicy – odparła z ociąganiem – Jestem jak wieczny Nomada, nigdzie na stałe. Chciałabym mieć w końcu swoje miejsce.

-To stąd ten kraul, znów nie masz pewności co dalej – Iga przyzwyczaiła się już do trafności jego ocen. Nie spodziewała się jednak, że jej rozterki będą tak bliskie Kadziewiczowi.

-Wiem jak to jest – powiedział pochylając głowę i wpatrując się w taflę wody, po której raz po raz przechodziły niespokojne dreszcze wywoływane przez ćwiczące przy brzegu dzieci – Tych kilka prywatnych przedmiotów nałogowo przewozisz z kąta w kąt, z miasta do miasta, a one nigdzie nie pasują. Nie podobają ci się kolory ścian w wynajmowanych mieszkaniach. Każdy zakup, choćby głupiej pościeli rozpatrujesz uwzględniając miejsce w walizkach. Wiesz, że przez kilkanaście lat nie miałem nawet własnego kompletu sztućców? Wciąż były hotelowe albo cudze. Takie życie jest fajne jedynie przez chwilę. Wydaje ci się, że to wolność. A tak naprawdę to inny rodzaj więzienia. Klatka, po której hula wiatr – urwał, czując delikatny uścisk jej dłoni na swoim przedramieniu.

-Zawsze rozumiesz – powiedziała cicho. Milczał. Iga mogła bezkarnie przyglądać się jego profilowi. Znajoma twarz, wysoko osadzone kości policzkowe, prosty wąski nos, wyraźnie zarysowany podbródek z tym zabawnym dołeczkiem, z którego lubiła się naśmiewać. Czy jego rzęsy zawsze były tak długie? Niespodziewanie powróciło wspomnienie dotyku warg, czułe, przelotne muśnięcie. Przerażona przyłapała się na tym, że nie miałaby nic przeciwko temu, żeby znów spróbował. Odwrócił głowę i spojrzał jej prosto w oczy. Wydawało się, że chciał coś jeszcze dodać, ale zrezygnował. A może to było tylko złudzenie.

-Muszę już iść – zakłóciła niebezpieczny moment. Jeżeli sprawdzony sposób pokonywania kolejnych dystansów na pływalni nie zdał dziś egzaminu to te kilka wypełnionych ciszą minut na galerii lubińskiego basenu zrobiło swoje. Decyzja nie mogła być łatwiejszą. Przeciwległy kraniec Polski, daleko od Michała. I jeszcze dalej do Łukasza. Szybko zbiegła po schodach, zanim cokolwiek, czy co jeszcze gorsze, ktokolwiek zdołałby ją zatrzymać.

-Zostań maleńka – powiedział, gdy już dawno nie było po niej śladu. Nie złamał ustalonych przez siebie reguł, ale zamiast satysfakcji czuł złość. Brakowało mu pewności, czy gra, którą podjął nie poprowadzi go w zupełnie przeciwnym od zamierzonego kierunku.

-No cholera jasna, tu się wszystko zgadza. Po co mam to sprawdzać?! – Anka uniosła głowę znad swojego laptopa i spojrzała ciekawie na ciskającego się w drugim krańcu biura mężczyznę. Marcin wrócił dziś rano wściekły z tym samym raportem, z którym szczęśliwy wychodził wczoraj popołudniu. Iga znalazła niezgodności w sumach i bezlitośnie zleciła kontrolę wszystkich arkuszy. Frustrację pracownika przejmował właśnie połamany w drzazgi ołówek.

-No sama nie wiem – postanowiła się wtrącić, widząc, że wszyscy inni pospuszczali głowy. Zwyczajowo unikali agresywnego kolegi, szczególnie gdy był w takim podłym nastroju – może po to żebyśmy nie podzielili losów Gdańska? Sezon na kaczki nie został chyba odwołany?

-Młoda, pytał się ktoś ciebie? – Marcin odwrócił się w jej kierunku zadowolony, że będzie miał na kim wyładować złość – popracujesz tu tyle co ja, to będziesz mogła rozmawiać z dorosłymi. A jedyną kaczuszką w tym pomieszczeniu jesteś ty, więc siedź cicho na swoim uroczym kuperku i módl się o jak najmniejszy ładunek śrutu.

-Na twoim miejscu martwiłabym się raczej o siebie – Ania posłała Marcinowi promienny uśmiech nie okazując zupełnie jak zirytowały ją jego uwagi  – śrut łatwo wydłubać, szczególnie z młodego kuperka. Gorzej jak po tak wielu latach pracy nadal się nie wie, że kolumna „razem” oznacza wszystkie dane cząstkowe, a nie tylko losowo wybrane. Wtedy nazywałaby się „razem ale niekoniecznie”. Zapisać ci?

Siedzący naprzeciwko niej Tomek parsknął cichym śmiechem i kopnął ją pod stołem, dając do zrozumienia, że już wystarczy. Poczerwieniała z gniewu twarz starszego pracownika mówiła dokładnie to samo.

-Kolejny Jabber, ciągnie swój do swego. Gniazdujecie tu, czy ki czort? – chciał dodać jeszcze jakiś złośliwy komentarz, ale pojawienie się Igi zamknęło mu usta w odpowiednim momencie. Jabberwocky we własnej osobie. Nie wiadomo kto pierwszy zaczął tak o niej mówić, ale przylgnęło na dobre. Szczególnie w połączeniu z często cytowaną frazą „Beware the Jabberwock my son”. Marcin nawet nie zdawał sobie sprawy, że starając się dokuczyć Ance tak naprawdę sprawił jej przyjemność. Jeżeli chciała kiedykolwiek kogoś naśladować, to właśnie swoją szefową.

-Zapraszam do konferencyjnej, mamy zadymę – wszyscy zaniepokojeni podnieśli się zza swoich biurek i szybko podążyli do sali po przeciwnej stronie korytarza. „Temat” był codziennością, „Akcja” zwiastowała nadgodziny, „Zadyma” to była już walka o przetrwanie. Defcon 1.

-Wiecie już pewnie, co się wydarzyło w Orkoni Pomorze – wszyscy w milczeniu pokiwali głowami i jak jeden mąż wbili wzrok we własne dłonie. Nieformalna sekunda ciszy. Iga przyjrzała się swojemu zespołowi. To co ma im do zakomunikowania raczej ich nie ucieszy – dla mnie oznacza to wyjazd na kilka tygodni a dla nas wszystkich dodatkową pracę. Pewne statystyki od zaraz przechodzą tutaj.

Nawet nie jęknęli. Marcin co prawda powiercił się trochę na krześle rozglądając się za sojusznikiem, ale widząc, że wszyscy spokojnie przyjmują do wiadomości nienajlepsze nowiny odpuścił sobie bezowocne narzekanie. I tak nic by nie wskórał.

-Od poniedziałku do odwołania będę w Gdańsku. Oczywiście pracujemy zdalnie: telefony, maile, wiadomo. Musimy jednak podzielić już dziś zadania na najbliższe dni, bo poza bieżączką mamy jeszcze cały czas akcję z budżetem sprzedaży…

Przydział obowiązków nie zajął im wiele, każdy znał swój zakres i wiedział, co należy do jego obszaru. Analiza danych z innego oddziału w standardowych szablonach nie była niespodzianką i nie wymagała wielu wyjaśnień. Zaskoczenie przyszło dopiero na sam koniec narady.

-Za projekt kalkulacji kosztów do nowych marż odpowiedzialna będzie Ania – Iga uśmiechnęła się do dziewczyny udając, że nie dostrzega niedowierzania w oczach kilku innych pracowników. Płyń bądź toń. Ale przeczucie mówiło jej, że to jest jedna z tych niezatapialnych jednostek. Czas na test bojowy – Raportujecie bezpośrednio do niej a Anka do mnie. Jakieś pytania? Nie? Dziękuję zatem i doceniam wykazane tu zaangażowanie. Wiem, że będzie ciężej niż zwykle, ale wybrniemy i z tego. Jak zawsze.

Podnieśli się szurając krzesłami i błyskawicznie zaczęli rozchodzić do swoich zajęć. Dzień pracy skurczył się jeszcze bardziej pod naporem nadprogramowych czynności. Iga uporządkowała dokumenty i zaczęła odłączać kable rzutnika od swojego komputera. Układając w myślach listę spraw, które koniecznie musi jeszcze dziś załatwić, a przynajmniej uruchomić nie zauważyła, że nadal nie jest sama.

-Naprawdę wydaje ci się, że to dobry pomysł? – Ania stała przy stole mnąc w dłoniach plik kartek.

-Jedyny słuszny – posłała dziewczynie krzepiący uśmiech – pracowałaś ze mną przy tym od samego początku, część narzędzi do wyliczeń przygotowałaś sama. Nikt nie jest lepiej zorientowany od ciebie w tym zagadnieniu.

-Ale… – dziewczyna zakłopotana spuściła wzrok.

-Ale – Iga podparła się pod boki podejmując urwaną frazę – najwyższa pora sprostać roli lidera. Jesteś ambitna i widzę, że chciałabyś osiągnąć o wiele więcej. Dlatego potrzebujesz się sprawdzić, to jest bardzo dobra okazja. Gdybym miała wątpliwości nie dostałabyś tego projektu, więc zapewne ich nie mam. Poza tym ja nie umieram, tylko wyjeżdżam. Kontrolować będę na odległość. I nie chcę słyszeć, że nie dasz rady – uśmiechnęła się do siebie świadomie cytując Przemka.

-Nie zawiodę – Anka popatrzyła śmiało w oczy swojej przełożonej. Nie dodała „cię”, zatrzymała na końcu języka ten zaimek, który nadałby jej deklaracji zupełnie nowego znaczenia.

-Jestem o tym przekonana. Zależy mi jednak jeszcze na czymś – starsza koleżanka zbierała przez chwilę myśli – Zastanów się czy tego właśnie chcesz dla siebie, na przyszłość. Popatrz na to z boku, jeżeli zdołasz. Co poświęcisz dla wyników, czego się wyrzekniesz. I czy potrafisz tak żyć. Przynajmniej postaraj się to zrobić.

Iga próbowała ubrać w słowa ostrzeżenie, którego sama nigdy nie otrzymała. Nie miała zamiaru straszyć ani demotywować. Chciała tylko, żeby Ania nie podążyła ślepo znajomym szlakiem. Jeżeli zechce, to powinna poznać jasne i ciemne strony tego wyboru. Nie da się osiągnąć idealnej równowagi, można do niej zmierzać, ale zawsze coś będzie przechylało szalki na swoją korzyść. Jeżeli pragniesz sukcesu, wszystko jedno w jakiej dziedzinie, bez znaczenia czy będziesz go wymiarować pieniądzem, stanowiskiem, udanym życiem rodzinnym, realizowaną pasją, spokojem ducha, wolnością, nigdy nie uciekniesz od poświęcenia czegoś innego. Przypomina to upychanie całej masy drobnych przedmiotów, twoich małych skarbów i pamiątek, do za ciasnej kieszeni. W końcu dociera do ciebie, że nie dasz rady schować ich wszystkich i niektóre z mniejszym bądź większym żalem musisz odłożyć. A z czasem o nich zapomnieć.  Nie unikniemy tego. Ale Iga mogła przynajmniej pokazać Ani co kryje się pod powierzchnią zanim będzie już za późno. Tak postąpiłby Łączyński, gdyby tylko miał świadomość, że ta sama ścieżka kariery dla mężczyzny i kobiety oznacza coś zupełnie innego. Równouprawnienie jest piękne jedynie na papierze.

-Dobrze, zastanowię się nad tym – dziewczyna kiwnęła głową – ale wszystko można jakoś pogodzić, prawda?

-Chciałabym – smutny uśmiech szefowej nieoczekiwanie przyćmił słynne, stalowe iskierki w jej zielonych oczach. Anka domyśliła się, że pancerna łuska Jabberwocky’ego nie chroni tak szczelnie jakby się wydawało. Ale to wcale nie oznacza, że nie warto hodować własnej.

5.

Przegrywali. Mało powiedziane, dostawali solidny łomot. Jakaś fatalna rzeźnia. Nic im nie wychodziło, kompletna porażka, żenujące widowisko. Łukasz chodził w tę i we w tę wzdłuż linii bocznej boiska. Nerwowo wyłamywał palce, mamrotał pod nosem wszystkie znane mu przekleństwa i najchętniej sam stanąłby pod siatką, żeby choć trochę podratować beznadziejną sytuację swojej drużyny. Kiedy kątem oka spoglądał na stanowisko komentatorów stacji telewizyjnej widział uradowaną twarz Ignaczaka, co jeszcze bardziej podnosiło mu ciśnienie. Krzysiu, kiedy spotkali się wzrokiem, znacząco pomachał trzymanym w ręku telefonem nie przerywając wygłaszanych właśnie do mikrofonu peanów o swojej ukochanej Resovii. Kadziewicz doskonale wiedział, czego powinien się spodziewać po powrocie do szatni. Jego stała przepychanka z Igłą, tym razem on będzie ofiarą. W ubiegłym roku sam był autorem wielu niewybrednych żartów wysyłanych do najsłynniejszego polskiego libero za każdym razem gdy Cuprum łoiło Rzeszów jak tylko chciało, prawie z zamkniętymi oczami. Dziś role w końcu się odwróciły. Domyślał się nawet jakiej treści smsów może oczekiwać: „A kiedy przyjedziesz z tą słynną drużyną?” albo „Wiedzą, że to mecz?” bądź „Zapomniałeś im wytłumaczyć jak w to się gra?”. I nie miał nic na usprawiedliwienie, bo dręczyły go podobne myśli. Zastanawiał się czy przypadkiem na odprawie nie mówił w jakimś obcym języku? Pomylił karty z charakterystykami przeciwnika? Czy te barany robią mu po prostu na złość? Bo jak inaczej tłumaczyć fakt, że, chociaż wszyscy wiedzą: „szóstka” jest nie do zatrzymania po skosie i należy mu zamykać ten kierunek zmuszając do mniej skutecznego ataku po prostej, to lubiński blok z niezrozumiałą, żelazną konsekwencją wciąż pozwala przeciwnikowi na ulubione zagranie tracąc w ten sam sposób kolejne punkty? Albo skoro rozgrywający Resovii nie dysponuje mocną zagrywką natomiast potrafi technicznie podkręcić piłkę to z jakich obłąkańczych powodów jego przyjmujący za każdym razem ustawiają się tak jakby ten wątły chłopaczyna miał nagle posłać pocisk z szybkością nadświetlną? No i proszę, teraz stoją i patrzą jak piłka ląduje w boisku, bo strefa szósta bez żadnej obrony, nagle wielce zdumieni, że mikasa mogła tu wpaść. I dwa do ucha. Pięknie, cholera jasna, cudownie. Ignaczak właśnie pokazał mu podniesiony w górę kciuk, ledwie powstrzymał się, żeby odpowiedzieć podobnym gestem, tylko innym palcem.

-Czas na zmiany – warknął do drugiego trenera, gdy trzeci set rozpoczęli kolejną serią beznadziejnego przyjęcia, co z miejsca przełożyło się na jeszcze bardziej beznadziejne rozegranie i coś czego nawet w podstawówce nikt nie nazwałby atakiem.

-Kogo? – mężczyzna sięgnął po ponumerowane tabliczki.

-Najchętniej to wszystkich  – był zły na siebie, że zwlekał tak długo z decyzją naiwnie licząc, że w końcu się przełamią, bo pierwszy mecz, bo to podstawowa szóstka, bo stać ich na więcej. Gówno, nic się nie poprawia, tylko czas ucieka – Na początek Młody na atak, może on się nie będzie bał przywalić – wskazał głową na rozgrzewającego się nastolatka, nową nadzieję Lubina. Planował dać mu dziś szansę. Przy ustalonym wyniku i bezpiecznej przewadze, a nie w roli desperackiego rozwiązania. Cóż. Nikt nie obiecywał małolatowi, że będzie łatwo. Płyń bądź toń.

-I Kubiak – dodał obserwując z niesmakiem kolejną piłkę przelatującą obok zaskoczonego tym zjawiskiem Michała – przyjęcia nie mamy w ogóle.

-Nie będzie zadowolony – mruknął drugi trener uzupełniając listę zmian.

-To będzie nas dwóch – Łukasz uśmiechnął się krzywo a sekundę później zaklął głośno. Następna zmarnowana kontra – Dawaj, nie ma na co czekać.

Michał musiał spojrzeć dwukrotnie upewniając się, że to nie wina przesuniętej soczewki i cyferki na trzymanej przez rezerwowego tabliczce to znajoma trzynastka a nie efekt przywidzeń. Kadziewicz naprawdę go ściąga, niewiarygodne, jakby to on był dziś największym problemem. Kurwa mać. A wydawało się, że nie może być bardziej wściekły, że jego gniew już dawno osiągnął apogeum po nie wiadomo którym już spieprzonym odbiorze. Gdy piłka powtórnie ześlizgnęła się z jego rąk i pognała daleko w bok, prosto w trybuny. Jednak widok małego kwadracika uniesionego wysoko przez dłoń czekającego na zmianę zawodnika odkrył w nim kolejne pokłady złości. Dawno zapomniane czerwone plamy przed oczami, wewnętrzne dreszcze odcinające rozsądek na rzecz pierwotnych instynktów. Wrzeszczeć, zniszczyć, każdy jest wrogiem, uderzyć w coś, w kogoś. Wszystko jedno, żeby poczuć ulgę, wyładować frustrację i napięcie, uwolnić się od palącego w piersi uczucia. Zanim zdążył zastanowić się co robi wątłe drewienko pękło w jego dłoniach, ukłucia drobnych drzazg dawały namiastkę ukojenia. Przechodząc obok ławki rzucił odłamki w siedzącego na krzesełku drugiego trenera. Odbiły się od zaskoczonego mężczyzny i upadły na ziemię. Znów poczuł się trochę lepiej. Nie zaszczycił spojrzeniem Kadziewicza mijając go w drodze do kwadratu dla rezerwowych. Sprawy mogłyby przybrać nieprzyjemny obrót, z pewnością poprawiłoby to jego nastrój o kolejną odrobinę, choć miałoby to opłakane konsekwencje. Przez jeden kuszący moment zapragnął nawet kosztem swojej przyszłości w tym klubie szarpnąć Łukasza, obrócić i wyprowadzić ten jeden jedyny cios, zobaczyć jak upada. Stałby nad nim przyglądając się z satysfakcją, a dusząca wściekłość opuszczałaby jego zmaltretowane ciało. I serce. Zanim autodestrukcyjny impuls zdołał doprowadzić do ostatecznej katastrofy kolejny krok oddalił go od strefy zagrożenia, każdy następny ratował go przed nim samym.  Bezpieczny stanął wśród kolegów z drużyny nie odzywając się do nikogo i śledząc bezmyślnie ruch kolorowych koszulek po jednej i drugiej stronie siatki. Stygł, po wysiłku i wykonanej pracy. Stygł, po emocjach, których intensywność wywoływała niepokój. Budziła złą przeszłość.

Przemknął nieobecnym wzrokiem po trybunach. Obojętnie przyglądał się zgromadzonym w hali ludziom tylko po to, żeby nie musieć zajmować się własnymi myślami. I nagle całą uwagę skoncentrował w jednym punkcie a jego tętno oszalało. Żaden trening wydolnościowy ani najbardziej dramatyczna akcja na boisku nie dałyby takiego efektu. Tylko ona mogła sprawić ten szum w uszach, nagłe uderzenie gorąca i równocześnie zimny pot spływający stróżką po plecach. Skąd? Jak? Dlaczego? Gdyby mógł pobiegłby do niej już teraz, przeskakując bandę, potrącając zagradzających mu drogę widzów. Wbijał w nią rozgorączkowane spojrzenie zaklinając w duchu, żeby odwróciła głowę w jego kierunku. Tak bardzo chciałby się upewnić, że przyjechała dla niego, że coś, co zdawało się stracone wciąż można odzyskać, że przegrany mecz, upokarzające zejście z boiska za sekundę zupełnie straci znaczenie przy jej zielonych oczach. Usłyszała jego myśli, zobaczyli się. I… to już się kiedyś przydarzyło. Kubeł zimnej wody wylany na rozżarzone węgle, rozczarowanie i żal, że znów dał się oszukać, omamić iluzji. Z daleka właściwie są nie do rozróżnienia. Gniew powrócił na swoje miejsce rozpychając się i sadowiąc wygodnie na jego karku, szepcząc do ucha, podburzając i zamieniając miękki błękit tęczówek w stalowoszare błyski. Po co tu przyszła? Nic tu dla niej nie ma. I nic tu dla niej nie będzie.

-A czemuż on się tak gapi na nią? Panie Piotrze, ten wzrok zwiastuje kłopoty. Może to nie był najlepszy pomysł? Może trzeba było najpierw sprawdzić jak się sprawy mają, a potem zaaranżować jakieś spotkanie po meczu? Albo i nie. Może należało znów skłamać, wykręcić jakoś kota ogonem i uratować ją przed tym agresorem? No naprawdę, mógłby przestać bo aż ciarki przechodzą, zachowuje się jak psychopata. Czyżby zastanawiał się Pan, czy dałby mu Pan radę Panie Piotrze? No nie zakładałbym się. Niższy, fakt, można mu piwo na głowie postawić, ale Pan nie dysponuje taką DZIKĄ zawziętością. Dziką, naprawdę? To Pana śmieszy? I takim, powiedzmy sobie szczerze, suchym poczuciem humoru chciałby Pan komuś zaimponować? Komuś o zielonych, smutnych oczach na ten przykład? To już lepiej dalej milczeć, wyda się Pan przynajmniej intrygujący, tajemniczy. Swoją drogą to dziwne, że akurat w stosunku do Izy tak potężnie kusi żeby zrezygnować z zasad. Ale czy to kiedykolwiek skończyło się dla Pana dobrze? Waha się Pan nad odpowiedzią Panie Piotrze? Oczywiście, że nigdy. Przecież ma Pan to rozpracowane, potwierdzone empirycznie. Ludzie nie interesują się innymi, są zbyt zajęci myśleniem o sobie. Udowadnianiem, że są wyjątkowi, a wcale nie są. Cytując głos minionego pokolenia: „Myślisz, że jesteś lepszy? Jesteśmy tacy sami”. Nawet, gdy wydają się słuchać w swoich nadętych głowach opracowują błyskotliwe komentarze stawiające ich w dobrym świetle, gorączkowo poszukują analogicznych historii z ich własnego życia. Czekają tylko, kiedy będą mogli zacząć opowiadać. O sobie. Dlatego Panie Piotrze, jakby to nie było zgorzkniałe i smutne, należy milczeć. Zachować siebie dla siebie, uszanować swoje zwyczajne jestestwo nie rozmieniając go na jeszcze drobniejsze drobne. Choć chciałoby się czasem móc z kimś pobyć w cichości. I podzielić się którąś niezbyt wzniosłą myślą. Podzielić, a nie rzucić ją jako przynętę dla cudzych wywnętrzeń, które wszystko zagłuszą, rozszarpią między sobą, zamiast dać poczucie zrozumienia. I wracając do punktu wyjścia, z jakiegoś niewiadomego powodu zielone oczy przekonują, że ich właścicielka potrafiłaby usłyszeć, przyjąć taką myśl i zostawić ją w spokoju. Urojenia?

-Dosyć już, Panie Piotrze, bo zebrało się Panu na jakieś dziewczyńskie sentymenty. W pracy Pan jest, właśnie spóźnił się Pan do bloku niewiarygodnie. Koncentrujemy się. No, od razu lepiej, ładnie siadło komuś pod nogi, nie będzie tu byle chłystek skakał do Pana od niechcenia wykorzystując chwilowe zamyślenie. O proszę, nawet Kubiak odwrócił to mordercze spojrzenie od widowni. Szkoda tylko, że teraz skierował je na Pana. To jak on i tak się złości niech ma o co. Ha, przesunięta krótka. Widziałeś Kadziu? Coś ci to przypomina, z twoich młodzieńczych lat może? Trzeba skrócić tą mękę i dobić Cuprum. A potem szybko zaradzić nieszczęściu. Bo ten furiat gotów ją zgruchotać, podobnie jak tą nieszczęsną tabliczkę. Tak Panie Piotrze, mecz się skończy, a dogrywka jeszcze przed Panem. No to do góry, blok, blok! Bardzo ładnie.

-Zostaw ją, co ty wyprawiasz? – Piotrkowi udało się jakimś cudem odepchnąć Kubiaka, wyrwać ze stalowego uchwytu szczupły nadgarstek dziewczyny. Ze złością zauważył czerwony ślad na jasnej, piegowatej skórze. Spóźnił się. W tej całej pomeczowej euforii, poklepywaniu się po plecach, zbiorowych uściskach nie dostrzegł w porę, że Michał już ją dopadł. Dosłownie.

-Całkiem ci odbiło? – Nowakowski stanowczo zmarszczył brwi, najgroźniejsza mina na jaką było go stać.

-Nie jest tu mile widziana, ma znikać! – siatkarz wbijał w Izę nienawistne spojrzenie i cedził każde słowo przez zęby.

-Wprost przeciwnie. To mój gość – Piotr zasłonił dziewczynę swoim ciałem stając pomiędzy nią a przyjmującym. Nie chciał, żeby Kubiak się do niej zbliżał, nie gdy był w takim stanie. Nowakowski widział już do czego jest wtedy zdolny. Koszmarny obraz zakrwawionej twarzy Bartmana wydostał się nieproszony z odpowiedniej szufladki. Tej opatrzonej wściekle czerwoną etykietą: „nie otwierać!”.

-No ładnie, nie zasypujesz gruszek w popiele, kolejny do siatkarskiej kolekcji? – Michał wysyczał to zdanie robiąc krok do przodu. Jakby nie zauważał środkowego tkwiącego nieruchomo na jego drodze – Wracaj skąd przyszłaś, nie namieszasz tutaj więcej – prawie oparł się o Piotrka, nadal nie odwracał złego spojrzenia od Izy.

-Muszę spotkać się z Igą – głos dziewczyny drżał nieznacznie, ale starała się trzymać fason. Piotrek poczuł jak ściska jego rękę w poszukiwaniu wsparcia i odwagi – Twój widok cieszy mnie równie mocno, jak mój ciebie. Daj mi kontakt i zniknę. Nie pochlebiaj sobie, że zrobiłeś na mnie aż takie wrażenie, żebym z twojego powodu leciała tu z wywieszonym jęzorem.

Piotrek napiął mięśnie. Zaraz coś się wydarzy, po co ona go jeszcze drażni? Mentalnie przygotowywał się do pierwszej w swoim życiu bójki. Nie szło mu najlepiej.

-Powariowaliście? Nie macie gdzie robić scen tylko tutaj, przed tą widownią? – Łukasz w przeciwieństwie do Nowakowskiego pojawił się na czas. Teraz kładąc dłoń na ramieniu Kubiaka wskazał dyskretnie grupkę fanów stojących nieopodal i wybałuszających oczy na nadprogramową atrakcję – Wynocha do szatni, już! Obydwaj.

Posłuchali. Każdy w inny sposób. Michał z niechętnym mruknięciem i zmarszczonymi brwiami. Piotrek z wdzięcznością i westchnieniem ulgi.

-A ty… – Kadziewicz zawiesił wzrok na pobladłej z emocji dziewczynie.

-Ja jestem… – wykrztusiła zamierzając skorzystać z okazji i zadać przygotowane wcześniej pytania. Domyśliła się już kogo ma przed sobą i miała nadzieję, że teraz w końcu dowie się czegoś przydatnego.

-Widzę kim jesteś, nie da się tego ukryć. Idziesz z nami – nie dał jej dojść do słowa. Wydał tylko rozkaz i sam pomaszerował przodem nie oglądając się nawet. Nie miała wyjścia, mamrocząc pod nosem niepochlebne opinie o naładowanych testosteronem samcach podreptała pokornie za ostatnim źródłem informacji, jakie jej pozostało.

Przystanęli w rozjaśnianym drgającym blaskiem neonówek korytarzu prowadzącym do szatni i pomieszczeń socjalnych. Łukasz postanowił załatwić tą sprawę jak najszybciej, pozbyć się Izy raz na zawsze. Wciąż miał przed oczami wykrzywioną gniewem twarz Kubiaka, który był już chyba na granicy poczytalności. Bardzo słaby mecz, nieudolność na boisku, zmiana, której się raczej nie spodziewał i z którą na pewno się nie zgadzał manifestując to aż nad wyraz dobitnie. I jeszcze to, wyrzut sumienia, uosobiona pomyłka patrząca na niego tymi samymi zielonymi oczami, za którymi tęsknił. Za którymi tęsknili obaj. Wszystko nawarstwiło się w jednym momencie, najniekorzystniejszy zbieg okoliczności z możliwych. Iza musi zniknąć zanim sytuacja wymknie się spod kontroli. A było już naprawdę blisko. Starał się nie okazać strachu, ale wcale nie był przekonany, czy jego zawodnik usłucha i odpuści. Wyobraźnia podsuwała mu sceny, które staną się pożywką mediów na kolejne miesiące. W duchu przyznawał: więcej szczęścia niż rozumu.

-Dlaczego tu jesteś? – zadał bezpośrednie pytanie, nie miał czasu na udawane grzeczności. Ochoty też nie.

-Szukam Igi. Nie mogę się z nią skontaktować, nie znam jej adresu. I chyba zmieniła numer telefonu. Możesz mi pomóc? – uśmiechnęła się przymilnie i odgarnęła pasemko włosów opadające na policzek. Zagubiona i bezbronna, najstarsza sztuczka świata. Łukasz również nie był najmłodszy.

-Przykro mi, ale nie jestem w stanie. Iga zniknęła po powrocie z Mediolanu. Dla wszystkich – odpowiedział patrząc jej poważnie w oczy. Miał nadzieję, że zrozumie i się z tym pogodzi.

-Nie kłam, na pewno się z nią widujesz. To moja siostra, mam prawo wiedzieć, co się z nią dzieje! – flirt w mgnieniu oka przeszedł w irytację.

-A ona ma prawo wybierać z kim chce się widywać. W twoim wypadku zdaje się, że decyzja jest jasna – głos Kadziewicz stał się ostry i nieprzyjemny.

-Powiedz jej – Nowakowski przystanął tuż przy nich. Przebrany, z wilgotnymi włosami, musiał bardzo się spieszyć skoro uwinął się w tak krótkim czasie.

-Nic nie wie – Iza uśmiechnęła się ironicznie. Łukasz zastanawiał się jak w ciągu zaledwie kilku minut potrafiła przechodzić przez całe spektrum nastrojów. I jak bardzo jest w tym niepodobna do Igi.

-Są razem, ale on nie ma pojęcia gdzie ją znaleźć. To oczywiste – patrzyła na niego wyzywająco, a pewny siebie uśmiech nie schodził z jej warg. Blefowała, próbowała go rozdrażnić licząc, że zaskoczony czy zagniewany zdradzi cokolwiek. Ze zdumieniem obserwowała jego twarz. Trafiła. Zupełnie przypadkiem. Przyjrzała mu się uważniej. Nie, to nie dokładnie to, ale bardzo blisko. Coś jest na rzeczy. Kolejny rycerz w orszaku jej siostry. To dlatego tak jej broni. A ona sama jest w tej bajce czarownicą, smokiem i zatrutym jabłkiem w jednym. Zagrożeniem.

-Bredzisz dziewczynko, nie wiesz co mówisz – Kadziewicz starał się nie spoglądać na Piotrka. Czuł jego badawczy wzrok. Nowakowski może i rzadko się odzywał, ale nie był głupi. Zapewne zdołał poskładać razem kilka, na pierwszy rzut oka niemających znaczenia, faktów i wysnuł słuszne wnioski.

-Myślę, że powinnaś stąd wyjechać i zostawić nas w spokoju. Igę, Michała, mnie i … Przemka – dodał z premedytacją po wydłużonej sztucznie pauzie – I rozwiewając przezornie twoje nadzieje. Ani on ani ja nie jesteśmy zainteresowani. Kubiak chyba też nie, sądząc po jego zachowaniu.

Łukasz wiedział, że to było niskie i podłe. Nie zdołał się jednak powstrzymać, zezłościła go swoją spostrzegawczością. Jeszcze tego brakuje, żeby ta trochę-więcej-niż-plotka zaczęła krążyć wśród zawodników. Prędzej czy później ktoś usłużnie podsunie ją Michałowi. To z pewnością ostudzi jego głowę i poprawi nastroje w drużynie. Bez wątpienia. Mimo to miał sobie za złe, że dał się sprowokować i posunął się do takiego szczeniackiego zagrania.

-A kim ty jesteś, żeby mnie oceniać? Nagle znasz mnie tak dobrze, żeby między wierszami nazywać mnie kurwą? – w Izie buzował gniew, a ona nie miała w zwyczaju go tłumić. Drżącym ze zdenerwowania głosem wyrzucała z siebie oskarżenia – Niepokalany, jedyny sprawiedliwy. Ciekawe czy twój zawodnik wie, że nie tylko ściągasz go z boiska i pozbawiasz gry, ale i dziewczyny? W swej nieposzlakowanej szczerości opowiedziałeś mu też o tym?

Dotychczas milcząco asystujący tej wymianie zdań Piotrek głośno wciągnął powietrze. Nim ktokolwiek zdołał zareagować złapał Izę za rękę i przemocą pociągnął w głąb korytarza. Byle dalej od tego co się tu zaraz wydarzy, zanim fala uderzeniowa zmiecie wszystko i wszystkich w swoim zasięgu.

Tuż za Łukaszem stał Michał. Blady, z dłońmi zaciśniętymi w pięści. Gniew usunął się w cień, ustąpił lękliwie przed furią. Mimo, że dawno jej tu nie było żelazny posmak w ustach przypomniał Kubiakowi, że trochę mu jej brakowało.

6.

-Ty skurwielu – Michał wypowiedział obelgę nadzwyczaj spokojnie, jego twarz nie wyrażała żadnych emocji, tylko skóra przybrała niezdrowy, kredowobiały odcień. Powoli zbliżył się do Kadziewicza, który zaskoczony zamarł w miejscu nie wiedząc jak powinien się zachować. Kubiak zrobił jeszcze jeden krok i błyskawicznie, bez żadnego zamachu, wyprowadził krótki cios trafiając Łukasza prosto w brzuch. Kadziu zgiął się z głośnym stęknięciem obejmując rękami bolący żołądek i wtedy otrzymał kolejne uderzenie, w twarz. Tym razem siatkarz włożył w nie o wiele więcej siły i jego trener w jednej chwili wylądował na brudnej posadzce korytarza, spomiędzy palców przyłożonej do ust i nosa dłoni sączyła się krew.

-Wstawaj – Michał warknął stając nad Kadziewiczem i patrząc na niego z pogardą – jeszcze nie skończyliśmy gnoju – pochylił się i szarpnął go za ubranie – Wstawaj mówię, bo skopię cię jak śmiecia, którym zresztą jesteś.

Łukasz bardzo wolno podnosił się z ziemi, podpierając na rękach a później chwytając dłońmi ściany. Mocne uderzenie musiało go trochę zamroczyć, świat wirował przed oczami. Na podłogę spadały, jedna po drugiej, szkarłatne kropelki krwi z rozciętej wargi i rozbitego nosa. Wyprostował się z wysiłkiem i spojrzał odważnie na Kubiaka starając się skoncentrować wzrok i nie okazać, jak blisko jest tego, by upaść ponownie.

-No to wal, śmiało, masz pełne prawo – widząc, że Michał nie zamierza na razie spełnić groźby mówił dalej ocierając twarz z krwi i rozmazując ją w upiorne wzory na brodzie i policzkach – powinienem był ci powiedzieć. Tym bardziej, że coś zaczęło się ze mną dziać jeszcze przed Mediolanem. Ale pewności nabrałem w trakcie turnieju.

-Pewności czego? Że mi ją zabierzesz? – Kubiak zadał pytanie wahając się między chęcią usłyszenia odpowiedzi a rozkoszą ponownego oglądania rywala gramolącego się z ziemi i znaczącego szary beton czerwienią.

-Że ją kocham – Łukasz nigdy nie przypuszczał, że wyzna to na głos w takich okolicznościach. Paradoksalnie mimo rwącego bólu, puchnącego nosa i nabrzmiałej wargi poczuł się lepiej. Wiedział od dawna, że tak jest, ale kiedy wypowiedział te słowa uświadomił sobie jak bardzo są prawdziwe. I jak zupełnie nieważne – Tylko, że to nie ma znaczenia, dała mi jasno do zrozumienia, że nic z tego nie będzie.

Michał stał przed nim niezdecydowany, bezwiednie zaciskając i rozprostowując palce. Większość zaślepiającej wściekłości uszła z niego wraz z nokautującym uderzeniem, jej iskrzące resztki walczyły ze zdrowym rozsądkiem, który zdołał w końcu przebić się przez tłumiące go dotychczas emocje. Kubiaka dopadła trochę irracjonalna myśl. Co w tym dziwnego, że Łukasz ją kocha? Jak można nie kochać Igi? Czy to powód by pobić kogoś do nieprzytomności, co miał zamiar zrobić jeszcze kilka sekund temu?

-Jak chcesz mi przypierdolić, to raczej teraz, bo jak jeszcze trochę tak postoję, to przewrócę się bez twojej pomocy – Kadziewicz ciężko oparł się barkiem o ścianę opanowując kolejny zawrót głowy. Przód jego klubowej koszulki zdobił szlaczek krwawych znaków, nabrzmiała warga utrudniała mówienie, a promieniujący od rozbitego nosa ból niekontrolowanie wyciskał łzy z oczu. Korzystając z podpory jaką dawał chłodny, chropowaty mur powoli zsunął się w dół i ciężko usiadł na podłodze podkurczając nogi. Pomyślał, że na szczęście pogruchotane na skutek wakacyjnego wypadku kości wytrzymały kubiakowy atak i nie będzie musiał znów kuśtykać o kulach jak ostatnia łamaga. Pochylił głowę pozwalając krwi swobodnie kapać na ziemię, w milczeniu przyglądał się jak krople w coraz dłuższych odstępach rozpryskują się pomiędzy jego stopami. Nie zauważył, kiedy Michał powielił jego ruch i skopiował pozę lustrzanym odbiciem tuż obok.

-Udała, że mnie nie zna – zawodnik odezwał się po chwili bezbarwnym głosem – Potraktowała mnie jak powietrze. Kurewsko nieprzyjemna, zimna jak nigdy. Wiedziałeś, że może taka być?

-Ucieka – stwierdził Łukasz, nagle mogli o tym tak po prostu rozmawiać, zjednoczeni i podzieleni jedną osobą i jednym uczuciem – przede mną też próbowała. Ale to poza, mechanizm obronny.

-Rozpierdala mnie to, że nie zgodziła się nawet mnie wysłuchać. Rozpieprza mnie od środka, nie mogę się skoncentrować, jadę na jakimś kurewskim zdalnym sterowaniu i w końcu rozwalę się na zakręcie. Widzisz co się dzieje. Nie gram, nie panuję nad sobą, drobiazgi wyprowadzają mnie z równowagi. Mało brakowało a przywaliłbym ci dziś na boisku. Rozumiesz? Samobój kurwa.

-Całe szczęście, że się powstrzymałeś. Nie wiem jakbym to zniósł, gdybyś mnie uderzył. Mógłbym zacząć krwawić czy coś – Kadziewicz parsknął rozcierając butem czerwoną plamę. Michał spojrzał na niego i uśmiechnął się przelotnie. Zaraz jednak zatroskanie i niepokój wróciły skłaniając do zadania dręczącego go pytania.

-Powiedz mi jak z nią jest? – poprosił – Radzi sobie? Ciągle o tym myślę, bo wiesz, stale miewała te sny. Razem z koszmarami zawsze wracał strach. A teraz jak jest sama, to czy nie będzie gorzej? Powiedz mi, że niepotrzebnie się martwię, że jest w porządku – tak bardzo chciał potwierdzenia ujmującego choć odrobinę z ciężaru zalegającego w klatce piersiowej, budzącego w nocy na zmianę ze snami o niej.

-Nie jest w porządku – Łukasz pokręcił głową wpatrując się tępo w podłogę – udaje, że wszystko gra, stara się niesamowicie, jednak to tylko maska. Zrobiłeś jej krzywdę, bardziej ty niż Iza. Bo tobie jeszcze ufała. Ciężko jej się po tym pozbierać. Kocha cię, to dlatego – Michał wyprostował się gwałtownie, słysząc wypowiedziane z taką pewnością stwierdzenie, nadzieja w nim zrobiła to samo.

-I dlatego ja nie jestem żadnym zagrożeniem, tylko śmiesznym pajacem, któremu coś się wydawało – Kadziewicz tłumaczył to właściwie sobie samemu, a nie siedzącemu obok siatkarzowi. Mówione na głos myśli mają to do siebie, że nabierają wyrazistości. Wierzy się w nie wtedy mocniej niż w te zostawione w ciszy – Dobrze, że ona jest mądrzejsza.

-Mądrzejsza? – Michał nie pojmował do czego nawiązuje jego trener.

-Dostałbym resztki ze stołu – Łukasz znów zrozumiał więcej, odsłonił kolejny zakątek Igi. I jeszcze bardziej zwątpił w swoje szanse, którym tak ufał, gdy podejmował się rozgrywki czekając na nią przed jej mieszkaniem – Byłaby ze mną, bo nie może być z tobą. Nie chcę tak, nikt by tak nie chciał. Ochłapy są upokarzające. Uznała, że na nie nie zasługuję, a nie ma dla mnie nic innego.

Zamilkli, nie zostało nic do dodania. Cisza między nimi przestała być niebezpiecznie elektryczna, napięcie ulotniło się wraz niedopowiedzeniami. Tak długo jak Iga będzie uciekać przed jednym a trzymać na dystans drugiego sytuacja jest patowa. Przymusowe zawieszenie broni i wzajemne tolerowanie siebie jako niepełnoprawnych rywali do tego samego trofeum, które równie dobrze może okazać się zupełnie nieosiągalne.

-To co, teraz wywalą mnie na amen? – Michał podniósł się z podłogi i wyciągnął rękę do Kadziewicza. Z jednej strony, widząc zmaltretowaną twarz Łukasza, żałował, że nie opanował agresji, z drugiej przewrotnie cieszył się, że jej się poddał. Wrażenie jak po burzy, orzeźwiający i odświeżający chłód. Klarowne myśli i względny spokój. Potrzebował tego.

-Wywalą za co? Przewróciłem się. Ślamazara taka ze mnie – Kadziu wysilił się na uśmiech, chwycił wyciągniętą dłoń i po chwili stał obok Michała.

-Kto ci w to uwierzy? – Kubiak wyraził wątpliwość, ale czuł ulgę i wdzięczność. To nie był dobry moment, żeby zostać bez klubu.

-Jeszcze się nie nauczyłeś? Bycie niesfornym dzieckiem siatkówki, a w moim przypadku dziadkiem, wiąże się z tym, że i tak zawsze zakładają, że kłamiesz. Będą plotki, że wyjebałem się po pijaku albo pobiłem w jakimś barze. Nic nowego.

-Dzięki – Michał uścisnął dłoń trenera. Łukasz tylko kiwnął głową w odpowiedzi. Iga była zbyt ważna dla nich obu, aby sprowadzać to do płytkich rozgrywek. Mieszanie jej w taki sposób upadlałoby nie tylko ich, ale i ją. A gdyby się dowiedziała, żaden nie spojrzałby jej w oczy, baliby się rozczarowania, które by tam czekało.

Jechali w milczeniu, w drodze do mieszkania nie padły między nimi żadne słowa. Iza tępo przyglądała się mijanym budynkom i samochodom, co jakiś czas dawała tylko upust zgromadzonym w sobie emocjom uderzając pięścią we własne udo bądź kopiąc ze złością leżącą pod jej nogami torebkę. Piotrek nie reagował, nawet tego nie zauważał, był zbyt zajęty prowadzoną w myślach rozmową z samym sobą. Jeszcze w hali na Podpromiu zadał jej jedno pytanie: „Dlaczego?”. Z odpowiedzią jaką uzyskał nie potrafił zrobić nic konstruktywnego, więc schował się w dającą komfort ciszę. Chociaż wewnętrznie wrzał, nawet krzyczał na siebie.

-Panie Piotrze, nie chodzi o to, że Pan pochopnie osądza! Tu nie było zrobione nic na szybko, widział Pan, stał Pan obok. Premedytacja! To jest to słowo, którego Pan szuka. Albo, którego Pan unika. I to wcale nie jest za proste rozwiązanie, to się wydaje być jedyną właściwą odpowiedzią. Tak, zgoda, to jest przykre, że ktoś tak interesujący, i powiedzmy to szczerze, urzekający, może być też okrutny. Ale to nie znaczy, że tylko ze względu na te niesamowite oczy, które może i kryją jeszcze jakieś tajemnice, należy odrzucać fakty. Na siłę im zaprzeczać. Zresztą, zapytał Pan. Mogła powiedzieć wszystko, a powiedziała to. Czy to nie świadczy o czymś? Inni by się tłumaczyli, ona nawet nie uciekła wzrokiem. Bo to było wyzwanie, mówi Pan? Wyzwanie do czego? Oczywiście, jest coś w tym, że bycie złym wymaga tyle samo wysiłku co i bycie dobrym. Bycie jakimś w ogóle nie przychodzi łatwo. Ale czy to aby na pewno jest usprawiedliwienie? Czy lenistwo, tchórzostwo i słabość są dla Pana wystarczającym wytłumaczeniem? Poprawiają sytuację? Naprawdę? To niech Pan może zapyta jeszcze raz. Niech Pan, Panie Piotrze sięgnie po ostateczne sprawdziany. Czy usłyszy Pan cokolwiek, czego można by się z nadzieją uczepić? I czy ona potrafi usłyszeć Pana? Bo może to tylko Pana pobożne życzenie.

Z zamyślenia wyrwał go dopiero głos Izy, prawdopodobnie powtarzała ponownie tą samą prośbę. Zaskoczony rozejrzał się wokoło, kompletnie nie pamiętał drogi z parkingu, jak przez mgłę kojarzył otwieranie drzwi do mieszkania. Temat był ciężki, ale takie wyłączanie się z rzeczywistości nie świadczyło o niczym zdrowym ani normalnym.

-Piotrek, słyszysz? Czy mógłbyś mi zamówić taksówkę? Ja idę się spakować – dziewczyna patrzyła na niego starając się wyczytać z jego twarzy, czy w końcu zrozumiał, co do niego mówi.

-Nie! – nie wiedziała, której części zaprzecza, nie miała nawet pewności czy odnosi się do jej wypowiedzi. Już kilka razy zwróciła uwagę, jak niespodziewanie potrafi odpłynąć, zamknąć się w sobie. Obserwowała go, podobał jej się ten nieobecny uśmieszek albo grymas złości, jakie czasami towarzyszyły takim momentom. Jak gdyby odcinając się od świata zapominał, że świat nadal go widzi. Dziecko, któremu wydaje się, że zasłaniając oczy staje się niewidzialne.

-Co nie? Nie słyszysz? Nie zamówisz mi taksówki? Nie idę się pakować? – należało doprecyzować ten sprzeciw.

-Wszystko nie!

Iza patrzyła na siatkarza szeroko otwartymi oczami, jak daleko sięgać będzie ten absurd? Miała ochotę odwrócić się na pięcie i zająć własnymi sprawami samodzielnie, jednak jakiś nie do końca uświadomiony impuls kazał jej zostać.

-Dlaczego to zrobiłaś? Wiedziałaś, że Michał tam stoi. Po co poszczułaś ich na siebie? I nie mów mi tego co przedtem – Piotrek wymachiwał w zdenerwowaniu rękami jakby ruch powietrza miał przybliżyć go do prawdy.

-A jakie to ma znaczenie, co powiem? Ty również wydałeś wyrok, tak jak ten cały Łukasz. Równie dobrze możesz myśleć o mnie to samo co on i Kubiak. Za chwilę i tak mnie już tu nie będzie, mam to gdzieś. Z niczego nie muszę ci się tłumaczyć – Iza nie zamierzała stawać przed kolejnym trybunałem, wystarczyło, że sama musiała z sobą wytrzymywać.

-Skrzywdziłaś ją, przede wszystkim Igę. O nich możesz nie dbać, ale o siostrę powinnaś. Sądzisz, że teraz łatwiej będzie poskładać to w całość? Mediolan wystarczająco namieszał w jej życiu – Piotrek patrzył na dziewczynę z wyrzutem i czekał. Nie odezwała się. Jedna, pojedyncza łza potoczyła się po bladym policzku, po chwili podążyły za nią kolejne. Usłyszała. Teraz on mógł wysłuchać jej.

Wszystko zaczęło psuć się tej wiosny, kiedy Iza została zmuszona wybrać szkołę średnią. Mama nie chciała słyszeć o liceum plastycznym, to nie była przyszłość, żaden zawód, zero pewności. „Rysunek to miłe hobby, ale żyć z czegoś trzeba” powtarzała z uporem w trakcie każdej rozpoczynanej przez młodszą córkę dyskusji. Dzisiejsza Iza postawiłaby na swoim, nie oglądając się na nikogo, dawna Iza była zahukaną dziewczynką w porozciąganych swetrach i z czarnym eyelinerem wciąż rozmazującym się na powiekach, śmiałość była ostatnią rzeczą jaką dysponowała. Liczyła na siostrę, niezawodną powierniczkę i opiekunkę, ona zawsze rozumiała i wspierała. Zawsze, aż do tego jednego kwietniowego popołudnia. To właśnie wtedy powstało pierwsze zarysowanie w ich relacji, stale pogłębiające się pęknięcie. Iga poparła matkę, zwarła front. Czy to dlatego, że sama nigdy nie doświadczyła, jaka to radość, kiedy spod własnych palców wyłania się coś pięknego, nowego, twojego, czy może z powodu dzielonego z mamą praktycznego podejścia do świata. Bez znaczenia. Zdrada pozostaje zdradą.

Lata w liceum ekonomicznym były dla Izy udręką. Wszystko ją tam przygnębiało, począwszy od przytłaczającego budynku, szarego kloca betonu z ciemnymi korytarzami, obsypującym się ze ścian tynkiem i zalatującymi stęchlizną salami w podziemiu poprzez wypełniających to monstrualne więzienie nieciekawych ludzi i znudzonych pracą nauczycieli aż po wykładane przedmioty. Z królową na czele, wiecznie niezrozumiałą matematyką. Nigdy nie zapomni tego półrocza, gdy groził jej brak zaliczenia i do akcji wkroczyła Iga. Pęknięcie pogłębiło się wtedy istotnie. Żelazna dyscyplina, codzienne ćwiczenia i wspólne rozwiązywanie zadań. Co z tego, że nie było wyzwisk czy krzyków, skoro Iza czuła się jak ostatni debil, za każdym razem, gdy widziała na twarzy siostry ten przykry wyraz rozczarowania, gdy znów musiały wracać do tych samych zagadnień, gdy ponownie trzeba jej było tłumaczyć oczywiste rzeczy. Płakała po nocach ze stresu, z obawy, że zawiedzie. I dokładnie tak się stało. Wciąż pamięta słowa jakimi Iga skwitowała pierwszą wypracowaną, nie, nie wypracowaną, wymordowaną, wydartą poświęceniem czwórkę. „Jeżeli się w końcu postarasz masz szansę na więcej”. To była jej nagroda. Świadomość, że nawet nie zbliżyła się do poprzeczki. Do samego zakończenia szkoły Iza dbała o to by nigdy, przenigdy nie musieć wracać do tego koszmaru. Skoro i tak nie zasłuży na uznanie, to równie dobrze może prześlizgiwać się przez problem ściągając czy prosząc o pomoc innych. Byle tylko nie rodzoną siostrę. Wygrała samodzielność i niezależność, straciła więź odsuwając się od Igi najdalej jak można.

A potem pęknięcie przeistoczyło się w przepaść. Razem z Markiem. Piwne oczy, rozbrajający uśmiech, głęboki głos, na dźwięk którego kolana uginały się same. Dziś takich przereklamowanych chłopców Iza owijała sobie wokół palca w ciągu minuty, wtedy nie miała szansy nawet na jedno spojrzenie. Postanowiła sobie pomóc. Marek interesował się, jakżeby inaczej, psychologią i zaburzeniami osobowości. Opowiadał na przerwach dyrdymały wyczytane z akademickich podręczników brata, a słuchający go wianuszek wiernych wielbicielek wzdychał nad przenikliwością jego spostrzeżeń. I co tydzień inna dziewczyna dostępowała zaszczytu odprowadzania do domu i nie tylko. Każda, ale nie Iza. Do momentu, gdy w tajemnicy zwierzyła mu się, że jej siostra ma podejrzenie choroby psychicznej i rodzina zastanawia się nad oddaniem jej do odpowiedniego ośrodka. Iga cierpiała wtedy na przewlekłe zapalenie mięśni międzyżebrowych i zażywała szczególnie mocne lekarstwa. Uśmierzały ból i pozwalały jej na jako takie funkcjonowanie ale też otępiały i spowalniały reakcje. Charakterystyczne dla niej chłód i introwertyczność dopełniały obrazu. Marek ze swoją zamykającą się w kilku zdaniach wiedzą nie miał szans na inną diagnozę niż „wariatka, stadium początkowe”. Iza natomiast nie miała szans na nic więcej jak robienie mu czarnej, mocnej kawy, kiedy je odwiedzał. Rozmawiał z Igą, w jakiś niewytłumaczalny sposób przełamał jej rezerwę i zaczęli spędzać w swoim towarzystwie coraz więcej czasu. Nic poza koleżeństwem, taki chłopak może pomagać szaleńcom, ale nie będzie się z nimi wiązał. Jego „pacjentka” również nie była zainteresowana. On myślał, że przez chorobę, ona wiedziała, że przez rozbrajającą głupotę nowego znajomego. Litowali się nad sobą nawzajem zupełnie nie zdając sobie z tego sprawy. Po kilku tygodniach Marek postanowił przeprowadzić improwizowaną interwencję. W obecności obu sióstr wykrzyczał ich matce, że to okrucieństwo pozbywać się nieznacznie zagubionej psychicznie córki, że z takimi zaburzeniami może spokojnie funkcjonować w społeczeństwie. Kto mu naopowiadał takich niedorzeczności? Oczy wszystkich zgromadzonych równocześnie skierowały się na Izę.

Dalej mogło być tylko gorzej, i było. Iga odcięła się w najskuteczniejszy możliwy sposób, udając, że nic się nie stało, uśmiechając się i obracając to w nic nieznaczący i trochę nieśmieszny dowcip. I oddalając się każdego dnia, prezentując maski na wszystkie okazje, skrywając pod nimi prawdziwe uczucia, ucząc się nad nimi doskonale panować. Doszła do takiej perfekcji, że poza domem potrafiła minąć Izę na ulicy nie dostrzegając jej, przechodząc jak obok nieznajomej. Wypierała ją z codzienności. Miała powód. Obie miały.

Gdy Iza zaczęła opowiadać stała na środku pokoju, od czasu do czasu ocierając płynące łzy i pociągając nosem, w trakcie swojej historii usiadła na podłodze a Piotrek górował nad nią nie będąc w stanie wykonać ruchu, porażony tym co słyszał. Gdy kończyła był już przy niej, zaglądając jej w twarz i dodając odwagi, skoro zabrnęła tak daleko nie należało już niczego ukrywać. Nie zatrzymała się zatem mówiąc o złości i nienawiści do samej siebie, o pozbawiającym chęci do jakichkolwiek wysiłków wrażeniu, że w oczach siostry nigdy nie będzie wystarczająco dobra, o ucieczce za granicę, kiedy wydawało jej się, że coś uda się zmienić. I może by się i udało, gdyby nie to, że gdziekolwiek pojechała zabierała też siebie. O Przemku, którego pragnęła zbrukać, zniszczyć nimb świętości jakim otaczała go Iga, ale zamiast tego wpadła w okrutną, beznadziejną miłość, z której leczyła się latami. I o Michale, który pojawił się w nieodpowiednim miejscu o nieodpowiednim czasie i wabił ją jak ćmę. Bo w pewien sposób był płomieniem. Za jego pomocą spaliła ostatnie wątłe nici wiążące ją z siostrą.

-I kiedy powiedziałam ci, że jestem zła, to nie była to poza czy żebranie o litość. Robię straszne rzeczy, innym, i sobie – podniosła nagle koszulkę pokazując brzuch. Jasna piegowata skóra poznaczona gęstą siatką okrągłych blizn. Nigdy nikomu nie wyjawiła obmyślonej dla siebie za każdą wstrętną, ciemną sprawkę kary. Gaszony we wrażliwym miejscu papieros, zapach przypalanej skóry, ból, na który zasługiwała i znamiona, które nie pozwalały zapomnieć.

Piotrek patrzył na Izę przerażony. Nie mieściło mu się w głowie jak kilka błędów może poplątać i spaprać czyjeś życie. Śnieżna kula pomyłek tocząca się z coraz większą szybkością, w pewnym momencie niemożliwa do zatrzymania i porywając ze sobą wszystko co napotka na swojej drodze. Ale to bezwład, nie zamysł. Tego był pewien, mimo, że wewnętrzny głos nadal siał wątpliwości. Zielone oczy nie kłamały, były zagubione, przestraszone, smutne, ale szczere. Przytulił ją. Nie lubił słów, nigdy nie wyrażały tego co powinny. Zamknął ją zamiast tego w objęciach chowając twarz w jej miękkich włosach. Całym sobą próbował ją przekonać, że to nie jest zło. Nie umiałby zakochiwać się w kimś złym.

7.

Porażająca świadomość, że nie da rady dopadła Igę w połowie brukowanego deptaka prowadzącego do plaży. Ciepłe kamienne płyty grzały stopy, widziała odległy błękit Bałtyku i jasny, skrzący się w słońcu piasek. Była tak blisko i nie mogła wykonać następnego kroku. Przeliczyła się. Dotychczas oswoiła drogę z hotelu do biurowca Orkoni, pewnie poruszała się po terenie spółki i wychodziła na niedalekie spacery po parku położonym tuż obok Jaśkowego Dworku, gdzie wynajmowała pokój. Ale nadal nie dotarła nad morze, mimo, że mijał już tydzień odkąd przybyła do Gdańska. Przyczyną nie był jedynie nadmiar pracy, choć z pewnością miał w tym swój udział, przede wszystkim bała się. Nadal odczuwała strach przed przestrzenią, nieznanymi miejscami, ludźmi. Ostatecznie stwierdziła, że pora się przełamać i tego popołudnia wsiadła do samochodu z niezachwianym postanowieniem, że przynajmniej na chwilę zanurzy stopy w zimnej, słonej wodzie. Obrała kierunek Stogi. Odcinek od parkingu przy pętli tramwajowej pokonała nad podziw gładko, minęła słabo zaludnione knajpki i była już przekonana, że to idealne dla niej miejsce. Kilku spacerowiczów, spokój i cisza, żadnych tłumów, ale też nie całkowita pustka. Wszystko miała pod kontrolą, do momentu, gdy alejka wiodąca do plaży zaczęła się niebezpiecznie zaciskać wokół niej. Sytuacji nie poprawiały zarośla wystawiające macki przez oczka poprowadzonej z obu stron siatki ani widok nieba przechodzącego linią horyzontu w ciemnoniebieską wodę. Wprost przeciwnie, pogłębiały tylko wrażenie uwięzienia. Igę zaczęło ogarniać przerażenie, że już nie tylko nie będzie potrafiła ruszyć do przodu, ale i wycofać się do bezpiecznego samochodu, który teraz wydawał się być kilometry stąd. Oddech spłycał się niebezpiecznie, strużki potu spływały po jej plecach. Panika.

-Przepraszam, wszystko w porządku? – wysoki chłopak podszedł przyglądając się jej pobladłej twarzy.

Zdołała tylko przytaknąć, mimo, że na pierwszy rzut oka widać było, że nic, ale to nic jest w porządku.

-Mogę jakoś ci pomóc? – nieznajomy delikatnie chwycił ją za łokieć i podprowadził do pobliskiej ławeczki. Iga nie była w stanie wykrztusić ani słowa, z trudem stawiała kolejne kroki. Obcy mężczyzna zdecydowanie przejął inicjatywę.

-Usiądź i staraj się oddychać głębiej. Razem to zrobimy – przykucnął przed dziewczyną i patrząc jej w twarz głośno nabrał powietrza w płuca. Iga automatycznie wykonała polecenie, po chwili skopiowała również długi wydech. Po kilkunastu kolejnych seriach poczuła, że zaczyna znów panować nad swoim ciałem, cichł ogłuszający łomot serca a mięśnie powoli opuszczało bolesne napięcie. Trzeźwiej spojrzała na niespodziewanego wybawiciela.

-Dziękuję – uśmiechnęła się słabo – mam szczęście, że trafiłam na kogoś, kto wiedział jak się zachować.

-I to znajomego kogoś – chłopak usiadł obok z rozbawieniem obserwując bezbrzeżne zaskoczenie malujące się na twarzy Igi – myślałem, że mnie pamiętasz.

-Przepraszam, nie kojarzę jeszcze wszystkich z firmy, naprawdę mi przykro – zupełnie nie mogła umiejscowić tej buzi na żadnym spotkaniu, w żadnym z biurowych pomieszczeń czy w którejkolwiek hali magazynowej.

-Nie, to nie tak – chłopak zaśmiał się – może ja się przedstawię. Moper jestem.

-Nadal nic? – dodał marszcząc brwi w zabawny sposób. Iga zrozpaczona pokręciła głową – to może inaczej, Wojtek Siek, gram w reprezentacji wspólnie z Michałem. Lecieliśmy razem do Mediolanu. Zaczepiłem cię na lotnisku i dostałem za swoje. Teraz mam dzięki tobie znienawidzone przezwisko.

-O szlag! – dziewczyna aż plasnęła otwartą dłonią w czoło przypominając sobie doskonale scenkę, która pozwoliła jej choć trochę pozbyć się irytacji wywołanej niespodziewanym spiskiem Kubiaka z Przemkiem – Rzeczywiście. Strasznie mi głupio, że cię nie poznałam. Ja jestem Iga, bardzo, niesamowicie wręcz wdzięczna ci za pomoc Iga.

-Praktyka, miałem do czynienia z klaustrofobią, wtedy też dochodzi do podobnych ataków – siatkarz poklepał ją przyjacielskim gestem po ramieniu – u ciebie to pewnie coś innego, ale objawy znajome.

-Pierwszy raz coś takiego się ze mną stało, dotychczas jak zaczynałam się bać, to zawsze ktoś był obok. Głupio zrobiłam, że tu przyszłam sama.

-Nie najmądrzej, fakt, ale z moją siostrą to samo, mimo lęku przed zamkniętymi pomieszczeniami zawsze włazi… – Wojtek nagle westchnął i dokończył ciszej – właziła tam gdzie nie powinna.

Iga obrzuciła chłopaka czujnym spojrzeniem, odruchowo zerknęła na jego dłonie szukając śladów. Nie znalazła blizn, ale na nadgarstku zauważyła niewielki tatuaż, otoczona geometrycznym wzorem data oznaczała początek tego roku. Uchwycił jej wzrok, kiwnął głową potwierdzając, to co już zdążyła sama zrozumieć.

-Rak, nie mogę się przyzwyczaić, że jej nie ma – powiedział pocierając palcem cyferki na swojej skórze. Milczała, wiedziała co ma na myśli i co może odczuwać. Nie miała zamiaru naruszać jego żałoby słowami, również dlatego, że jedyne co mogła mu wyjawić, to, że z czasem strata wcale nie boli mniej, boli rzadziej. To nie byłoby pocieszenie.

-Masz rodzeństwo? – spytał o pierwszą przychodzącą mu do głowy kwestię, próbując jak najszybciej zmienić przykry dla niego temat.

-Tak, brata – odpowiedziała bez zastanowienia i zaskoczona stwierdziła, że nawet nie jest jej wstyd. Tak jest prawdziwiej. Ma brata, nie siostrę. Osobą, której bezgranicznie ufa, z którą rozumie się bez słów, która nigdy jej nie zawiodła i zawsze, gdy była potrzebna stanęła wiernie u jej boku był Przemek. Dla niego Iga wyrzekłaby się prawie wszystkiego, gdyby tego wymagał, a on nigdy czegoś takiego by nie zrobił. Samo przeświadczenie, że poszliby za sobą w przysłowiowy ogień wystarczała napawając pewnością, spokojem, poczuciem bezpieczeństwa. Żadna z tych rzeczy nie kojarzyła się z Izą. Przeciwieństwa owszem. I ta bolesna bariera wiecznego niezrozumienia. Co nią kieruje, skąd ten ciągły gniew, dlaczego będąc sama rozedrganą emocją tak łatwo ignoruje uczucia innych? Egzotyczny, trujący kwiat, który najlepiej obserwować zza szyby, tylko z bezpiecznej odległości, bo choć wydaje się piękny zetknięcie z nim krzywdzi. Czy ktokolwiek w ten sposób opisałby siostrzaną więź?

-Dasz radę wrócić sama? – Wojtek przyglądał się jej z troską – A może przejdziesz się ze mną? Przychodzę tutaj, żeby się odizolować, długi tandetny spacer brzegiem morza sprzyja wyciszeniu. Tobie też się chyba przyda.

Iga z wdzięcznością skinęła głową, sama nie znalazłaby w sobie więcej odwagi by próbować dostać się na plażę, a przecież właśnie to chciała tu znaleźć, spokojne miejsce do poukładania bardzo wielu pogmatwanych spraw. Ruszyli wolno nie odzywając się do siebie. Cisza nie była niezręczna, łączyła ich, podobnie jak znaki na dłoniach. Byli sobie obcy, słowa niczego by nie zmieniły, a to milczenie było wspólne. I pomagało. Wojtkowi świadomością, że to z czym musi się uporać nie jest wyjątkiem, szczególną zemstą losu, dziewczyna idąca obok, doświadczyła czegoś podobnego. I nadal tu jest. W pewnym momencie wiedziony impulsem chwycił ją za rękę. Dla mijających ich ludzi byli wyjątkowo cichą parą zakochanych. Dla siebie byli nieoczekiwanym wsparciem. Gdy żegnali się na parkingu jedynie gestem dłoni, nie przerywając cudownie kojącej ciszy wiedzieli już, że to była pierwsza z wielu kolejnych przechadzek, awizowanych krótkimi smsami: „dziś, 16:00?”, „ok, na murku gdzie zawsze”. Nawet w myślach nazywali te spotkania podobnie. Iga „spacerem poharatanych” Wojtek „terapią dla dwojga”. Naturalnym wydało mu się zatem, że gdy kolejny raz sięgnął po jej rękę zauważył datę wytatuowaną na nadgarstku. Była o wiele starsza od jego własnej, ale już wiedział. Bolała tak samo.

-Czyli co? Mamy to ustalone i Orkonia dołoży się do naszego mini turnieju? – Kadziewicz sięgnął po filiżankę z kawą stojącą przed nim na niskim stoliku i pijąc patrzył wyczekującą na przyjaciela.

-Myślę, że tak. Prezes co prawda jeszcze niczego nie podpisał, ale w rozmowie telefonicznej się zgodził, więc powinno obyć się bez niespodzianek – Przemek kiwnął głową i poprawił się w fotelu.

-Dla was to też dobra reklama w regionie i przy okazji zaliczycie imprezę pracowniczą, a ja nie muszę martwić się o sponsora i dzieciaki dostaną jakieś lepsze nagrody niż w ubiegłym roku. Dzisiaj piłka do siatkówki to nie jest szczyt marzeń. Rozpuszczone toto jak dziadowski bicz – Łukasz nie krył zadowolenia, bo właśnie rozwiązał mu się jeden z poważniejszych problemów. Od dawna jego ambicją było organizowanie corocznego turnieju siatkarskiego dla uczniów szkół podstawowych i gimnazjów. Starał się żeby wszystko było jak najbardziej profesjonalne, żeby dzieci nabierały przeświadczenia, że tak wygląda prawdziwa sportowa rywalizacja. Zapraszał znajomych, byłych graczy i aktualnych trenerów, negocjował wynajem hali z własnym klubem. Ale zawsze najlepsze chęci rozbijały się o pieniądze. Pozyskanie takiego partnera jak Orkonia oznaczało, że tegoroczne zawody pobiją na głowę ostatnią edycję.

-I może będę miał okazję uścisnąć dłoń człowieka, który wyłożył większość kasy na moją operację?

-Nie liczyłbym na to, że będzie cię w ogóle kojarzył – Przemek wiedział, że Łukaszowi może być trudno zrozumieć pobudki jakimi kierował się jego szef. A były zupełnie przyziemne. On i Iga poświęcali firmie bardzo dużo, stosując siatkarski żargon: zostawiali na boisku wiele potu. Dla kluczowych w organizacji osób nawet kamienne serca finansistów czasem miękły i stąd charytatywne dofinansowanie dla byłego siatkarza. Nie miało to żadnego związku z osobą poszkodowanego i Przemek szedł o zakład z każdym, że nazwisko Kadziewicz dziś nie znaczyło dla prezesa więcej niż wczorajszy kurs dolara. A zapewne mniej, bo tamten był wyjątkowo niekorzystny dla interesów.

-Przepraszam, mogę na chwilę? – drzwi uchyliły się i do biura zajrzała drobna blondynka – potrzebuję pilnie ustalić jedną rzecz.

-Wchodź Ania, wybacz Łukasz – Przemek podniósł się od stolika i podszedł do biurka biorąc od dziewczyny plik dokumentów.

-Jesteś pewna? Sprzedaż rano pokazała inne cyfry – postukał palcem w jedną z kartek.

-Jestem – dziewczyna nawet nie spojrzała na wskazywane zestawienie – sprawdzałam kilka razy, a szef wie, że oni się gubią, jak liczby nie kończą się zerem, a mnożenie przez więcej jak jeden jest poza zasięgiem naszych gwiazdorów od sprzedaży. Może dlatego, że nadal sprzedają detalicznie choć nam jest potrzebny obrót hurtowy.

-Ania – Przemek pogroził jej palcem, ale widać było, że raczej skłania się do opinii dziewczyny, lekki uśmiech drgał w kąciku jego ust – wiem, że nadal macie kosę ze względu na sytuację z budżetem, ale odpuść złośliwości.

Przysłuchujący się tej krótkiej wymianie zdań Kadziewicz parsknął pod nosem, a kiedy oboje spojrzeli na niego pokusił się o komentarz.

-Nawet nie muszę się długo zastanawiać z kim pracujesz na co dzień cięta kobietko – a przenosząc wzrok na Przemka dodał – uważaj stary, igowacizna ci się rozprzestrzenia, nawet nie myślałem, że to zaraźliwe może być.

-Niech pan będzie spokojny, to dotyka tylko osoby o odpowiednich predyspozycjach. IQ i takie tam – Anka, zanim zdążyła zastanowić się czy aby nie obraża jakiegoś ważnego kontrahenta, pozwoliła sobie na tą mało grzeczną ripostę. Była wyczulona na docinki porównujące ją z Igą. Dość często raczyli ją nimi współpracownicy i nauczyła się reagować na zaczepki natychmiast.

-Spokojnie, Łukasz dysponuje specyficznym poczuciem humoru, ale to nasz człowiek – Przemek mrugnął do Kadziewicza za plecami młodszej koleżanki.

-Tak jest, przyjaciel, nie gryziemy mały potworku – Kadziewicz podniósł do góry ręce w obronnym geście.

-Widać wszystko poszło we wzrost i na dowcip wiele nie zostało – Ania pokiwała głową z udawanym politowaniem i zebrawszy podpisane przez przełożonego dokumenty ruszyła do wyjścia. Przechodząc obok siedzącego w fotelu gościa błyskawicznie wyciągnęła rękę i poklepała go po głowie. Zanim zamknęły się za nią drzwi obaj zaskoczeni przebiegiem sytuacji mężczyźni zdążyli jeszcze usłyszeć:

-Nawet małe potworki znajdą sposób żeby postukać w czaszkę przerośniętych, wtrącających się w nie swoje sprawy ważniaków.

 Łukasz z Przemkiem spojrzeli po sobie i jak na komendę ryknęli głośnym śmiechem.

-Tego Idze nie odpuszczę – wykrztusił w końcu Kadziewicz ocierając łzy z oczu – ja rozumiem szkolenie pracowników, coaching nawet, ale to już jest przesada.

-Niezła, nie? – Przemek zajął miejsce naprzeciwko wciąż śmiejącego się przyjaciela – Żebyś widział je obie w akcji, goście ze sprzedaży zawsze są na przegranej pozycji. Nawet teraz, jak mam na stanie tylko jedną.

-Właśnie, wiesz kiedy wraca? – Łukasz postanowił wykorzystać okazję i wybadać czy Przemek nie wie czegoś więcej niż on sam.

-Nie przeszło ci? – Kadziu nie odpowiedział. Nie było potrzeby.

-Wiesz, coś ci powiem – Przemek bawił się trzymanym w rękach długopisem – jak dowiedziałem się co się stało i że wraca sama z Włoch trzy razy wybierałem numer telefonu. Najpierw do ciebie, że może to twój moment, potem do Kubiaka, że za chwilę zniknie mu z horyzontu i że to może być jego ostatnia szansa, żeby ją zatrzymać. A wiesz do kogo zadzwoniłem?

Łukasz pokręcił głową.

-Do szefa. Przekonałem go, że trzeba dać Idze możliwość rozwoju, jeżeli chcemy ją zatrzymać w firmie, że pora na spektakularny awans, bo jest tego warta. Powstała wizja centralnego działu analiz. Przypuszczałem, że tak namieszacie, że zacznie uciekać, może nawet zmieniając pracę. Wy się w niej zakochujcie do woli, ale ja jej potrzebuję. Tu jest zajebiście ciężko znaleźć kogoś, kto powie ci szczerze co myśli, nie będzie przytakiwał bo jesteś jego przełożonym tylko powie bez kluczenia czy spieprzyłeś temat czy nie. Nie wspominam już o tym, że przy tym całym dwulicowym towarzystwie mieć kogoś kto będzie pilnował twoich pleców jest nieocenione. Zadbałem o swój interes, swoją część Igi. Pomyślałem, że co się będzie działo w jej prywatnym życiu nie zależy ode mnie, wysłucham jej ale nie pokieruję. Ale tu, w Orkoni nie dam się wyrolować, nie zgodzę się, zostać na lodzie, bo będzie chciała się schować przed innymi problemami. Zasugerowałem prezesowi, żeby dał jej wybór. To ona podejmie decyzję, w której lokalizacji zbuduje centralę. Ja niczego nie stracę, no może poza wspólnymi wyjściami na obiad, w kontakcie nadal będziemy stale. Nie tylko nasza przyjaźń, ale i praca tego wymaga. Przy okazji stworzyłem jej przestrzeń do ucieczki, jeżeli będzie tego chciała. Bezpiecznej ucieczki.

Kadziewicz słuchał nie przerywając. Miał ogromny problem jak zakwalifikować postępowanie Przemka. Z jednej strony nie zrobił niczego co można by było odczytać jako zdradę zaufania, z drugiej to była zimna kalkulacja zysków i strat. A przynajmniej tak to przedstawiał w swojej opowieści. Łukasz zastanawiał się co pomyślałaby Iga, gdyby usłyszała to samo. Czy doszukałaby się braterskiej troski, chęci zatrzymania przy sobie najlepszego przyjaciela? Czy oszustwa, zakulisowej, niezupełnie szczerej interwencji w jej własne życie? Powinna o tym w ogóle wiedzieć, czy w czymkolwiek by to pomogło?

-Tymczasem wczoraj dostałem to – Przemek sięgnął za siebie i podał Kadziowi zadrukowany arkusz papieru – masz, czytaj.

Łukasz przebiegł wzrokiem po tekście, zatrzymał się na najważniejszym akapicie i odczytał go na głos.

-Centrala Analiz z siedzibą w Świdnicy, organizacyjnie w strukturach Orkoni Śląsk – spojrzał na uśmiechniętego Przemka.

-Masz odpowiedź, wraca. I chyba nie ze względu na Kubiaka – Kadziewicz wzruszył ramionami poddając w wątpliwość przypuszczenia przyjaciela – no to jeszcze jedno, jak często dzwoni do ciebie?

-No nie wiem, ale rozmawiamy prawie codziennie – Kadziu nie rozumiał, czego dowieść miałoby to pytanie. Zazwyczaj wieczorami spędzał przy telefonie dziesięć czy dwadzieścia minut przekomarzając się z Igą, żartując z bieżących spraw i nawet pobieżnie nie poruszając jakichkolwiek trudnych czy poważnych tematów. Lubił i czekał na te krótkie pogawędki, ale nie upatrywał w nich najmniejszej zmiany w ich wzajemnej relacji.

-A ja z nią ostatnio w ubiegły piątek, nie wliczam służbowych telekonferencji i wymiany maili. Ale ani słowa prywatnie tu nie było. Od czterech dni. Wzrusz ramionami na to cwaniaku – Przemek zaśmiał się ponownie. Mimo, że na początku był temu przeciwny, dziś coraz bardziej podobała mu się wizja wspólnych spotkań przy grillu: uśmiechnięta Iga, uśmiechnięty Łukasz, szczęśliwy on i szczęśliwa Kasia. Tak powinno to wyglądać.

-Kubiak, on jeszcze nie odpuścił. – Kadziewicz wypowiedział to zdanie zmazując zadowolenie z twarzy przyjaciela i tłumiąc własne podekscytowanie. Tak bardzo chciałby się mylić.

Jak na październik pogoda była cudowna, ciepło i bezwietrznie. Iga wyciągnęła się na murku przy deptaku prowadzącym do plaży, zdjęła bluzę pozostając w koszulce na ramiączkach, przymknęła oczy i oparta na zgiętych łokciach wystawiła twarz do słońca. W ciągu tych kilkunastu spacerów z Wojtkiem zdążyła się całkiem nieźle opalić, a teraz z zadowoleniem impregnowała w promieniach nowo nabyty kolor skóry. Moper się spóźniał, ale nie dawał znać, że odwołuje dzisiejsze spotkanie, więc pewnie utknął w jakimś korku. Poczeka, nigdzie się nie spieszy a tu jest tak przyjemnie. Przemek jak zwykle miał rację, wyjazd był właśnie tym co było jej najpotrzebniejsze. Spokój i wyciszenie. I ta odległość, która sprawiała, że wszystkie jej uczuciowe rozterki traciły na ostrości.

Z błogiego rozleniwienia wyrwał ją odczuwalny ruch za plecami. Siatkarz wreszcie doczłapał na miejsce spotkania i w milczeniu tarabanił się obok.

-Dziś jest tak ładnie, że proponuję wycieczkę do terminalu i z powrotem, co ty na to? Masz jeszcze siłę po treningu? – zapytała nie otwierając oczu tylko lekko odwracając głowę w jego kierunku. Nagle zerwała się jak oparzona, niespodziewany pocałunek złożony na jej nagim ramieniu palił żywym ogniem. I przypominał.

-Młody, chyba ci się coś … – urwała w połowie zdania, jej ciało wiedziało wcześniej, jeszcze zanim widok siedzącego na kamiennym murku Kubiaka stał się żywym dowodem, że to co chciała zostawić daleko za sobą, podążyło jej śladem. Zrobiła zatem to co zawsze, uciekła. Odwróciła się na pięcie i pobiegła w kierunku plaży.

Michał westchnął, który to już raz będzie ją gonił? Powoli wstał z miejsca, podniósł pozostawioną przez dziewczynę bluzę. Nie oparł się pokusie i na chwilę przybliżył ją do twarzy, szary miękki materiał pachniał Igą, tęsknił za tym. Ponownie obrzucił murek kontrolnym spojrzeniem, czy aby jeszcze czegoś nie porzuciła na pastwę losu, gdy wybrała najdziecinniejszy sposób rozwiązywania problemów i ruszył jej śladem. Widząc, że już zniknęła z zasięgu wzroku przyspieszył i po chwili jego stopy ugrzęzły w ciepłym nadmorskim piasku. Rozejrzał się, Iga stała kilka metrów od niego po prawej stronie. Widać było, że waha się jak postąpić. Wiedział, że się boi, plaża była prawie pusta, jakieś miniaturowe sylwetki majaczące w oddali, nie czuła się dobrze w takich miejscach. Ale gdy dostrzegła zbliżającego się Michała przełamała strach. Poczuł ukłucie żalu, był dla niej gorszym złem niż nabyta po napaści trauma. Pobiegł za nią i dopędził ją po kilku sekundach. Złapał za rękę, zatrzymał szarpnięciem.

-Iga, porozmawiajmy. Musimy – pociągnął ją w swoim kierunku. Rzuciła się na niego. Zdziwiony nawet nie zareagował, spodziewał się chłodu i wystudiowanej obojętności. Po raz kolejny go zaskoczyła, ale ta reakcja była mu o wiele bliższą. Czuł uderzenia drobnych pięści w klatkę piersiową. Jak w tej wątłej dziewczynie znalazło się tyle siły? Bolało, nie tylko od ciosów.

-Jak mogłeś to zrobić, niczym na to nie zasłużyłam – krzyczała wciąż łomocząc w jego tors zaciśniętymi w kułaki dłońmi – zostaw mnie. Nie chcę zdrajcy, nawet jeśli cię kocham.

Złapał ją, objął, przycisnął do siebie tak jak wtedy, dawno temu w lesie pod Opolem, żeby nie mogła się ruszyć a musiała uspokoić. Poczuł jak targa nią płacz, zaczął głaskać ją po plecach. Szamotała się chwilę w jego objęciach, ale jej opór powoli słabł. Odważył się rozluźnić uścisk i ujął jej twarz w dłonie. Spojrzał z bliska w wilgotne od łez zielone oczy i wyszeptał.

-Iga, kocham cię. Wiem, że jestem palantem, popełniłem masę błędów, jestem egoistycznym zaborczym gnojkiem i zraniłem cię przez swoją głupotę. Ale bez ciebie mnie nie ma, rozumiesz? Musisz mi wybaczyć. Weź mnie z powrotem, bo ja jestem twój. Tylko twój – nie miał pojęcia czy powiedział wszystko co należy, czy to wystarczy i co jeszcze mógłby zrobić. Więc ją pocałował.

I po chwili przepełniło go szczęście, bo Iga nie pozostała bierna. Oderwał się od niej po kilku długich, niesamowitych minutach. Tylko po to, by mogła złapać go za koszulkę i przyciągnąć ponownie do siebie, teraz ona poszukała jego warg. Przytulił ją, schowała głowę w jego ramionach i stali tak przez kolejne upływające sekundy. Wybaczenie tak jak i ich rozstanie przychodziło w milczeniu. Z należytą powagą przyjmowali je oboje. Tak trzeba.

-Chodźmy – wciąż trzymał ją za rękę. Bał się, że jeżeli ją wypuści, wszystko na co tak długo czekał pryśnie i rozmyje się w mgnieniu oka. A on znów obudzi się w pustym łóżku i żaden krzyk nie pomoże na ten ból. Ale ona nadal tu była, szła obok.

Znaleźli właściwe miejsce. Michał usiadł na piasku opierając się o przytargany przez plażowych imprezowiczów okorowany pień i pociągnął Igę w dół, tak, że dziewczyna znalazła się przed nim. Ufnie utonęła w jego objęciach układając wygodnie głowę na jego obojczyku. Uśmiechnął się do siebie. Teraz jest dobrze, teraz w końcu jest dobrze. Oparł podbródek na jej barku i rozpoczął odczynianie uroków. Szepcząc jej do ucha odczarowywał każdy z tych fatalnych momentów, które doprowadziły do chyba najgorszego okresu w jego życiu. Mówił o prowadzonych w tajemnicy negocjacjach z Zenitem, nadziei, ze zabierze ją stąd. Z dala od pracy, Przemka, Łukasza. Gdzieś gdzie będzie ją miał tylko dla siebie. Że kiedy wszystko się posypało cała ta eskapada przestała mieć dla niego jakikolwiek sens. Opowiadał o tym przykrym rozstaniu w mediolańskiej tawernie, o swojej złości i gniewie narastających w nim z każdym kolejnym upływającym bez niej dniu. O swojej głupocie, która doprowadziła go do Izy. O największym błędzie jaki popełnił. Starał się nie usprawiedliwiać, tylko wyjaśniać. W przerwach swojej spowiedzi całował jej ramiona, kark, szyję. Dziwił się, że wokół nie sypią się iskry. Czuł je przecież, pełgały po jej cudownie gładkiej skórze.

Iga odzywała się z rzadka, zapatrzona w wyjątkowo dziś spokojne morze słuchała. I rozumiała. Również to, że sama nie jest bez winy. Patrzyła na ich splecione palce i delikatnie gładziła jego dłoń. Kilkakrotnie sięgając do tyłu dotknęła jego policzka, wiedziała, że przymknął wtedy oczy by po chwili odwzajemnić czułość kolejnym muśnięciem warg, wilgotnym śladem pozostawionym tuż pod jej uchem. Wierzyła mu, kiedy mówił, że zawsze liczyła się tylko ona. Wybaczenie rządzi się swoimi prawami, nie można po nim wątpić. Inaczej cały wysiłek stanie się marnością, nic niewartą jarmarczną sztuczką. To czarna gruba kreska oddzielająca przeszłość, jeżeli zechcą za nią wracać, oglądać się na to co tam pozostawili nigdy nie zrobią kroku w przód. Zaprzepaszczą swoją szansę. A tego nie wolno robić, nie w świecie, który oferuje ich tak niewiele i z taką łatwością je odbiera.

Siedzieli tak dopóki nie zaczął dokuczać im chłód, jesienne popołudnie przypomniało o sobie, gdy słońce zaczęło chylić się ku zachodowi. Michał już dawno zamilkł i trwali tak w ciszy ciesząc się swoją obecnością. Gdy Iga zadrżała przytulił ją mocniej osłaniając przed wiatrem. Nie chciał stąd odchodzić, nigdzie na świecie nie mogłoby mu być teraz lepiej.

8.

Cześć Aniu,

dzięki za zestawienia, rozumiem, że to wersja robocza i mam tylko ocenić działanie narzędzia. Bo wyniki mocno odbiegają od tego co ustaliłyśmy. Cieszy mnie, że Marcin zaangażował się w projekt, ale jego wsad z kosztami stałymi rozjechał się w ostatnim wierszu – sprawdzałaś przed wysłaniem? Za tydzień musimy mieć domkniętą całość, a to jest jeszcze bardzo rozbabrane. Założenia i algorytmy oczywiście w porządku, jeżeli się w końcu postarasz masz szansę zakończyć analitykę w terminie bez mojej pomocy. Czekam na wersję ostateczną jutro do 12.

Pozdrawiam, Iga

Ze złością kliknęła „wyślij” świadoma, że właśnie zafundowała komuś szczególnie nieprzyjemny poranek. Nie było aż tak źle jak sugerowała w swoim emailu, ale za duże nadzieje wiązała z młodszą koleżanką, żeby jej pobłażać. Cichy, złośliwy głosik sumienia przypomniał jej, że kiedyś już próbowała podobnych metod, z raczej mizernym skutkiem. Iza i matematyczne fiasko, może to jednak nie najlepsza ścieżka? Zbyła niewygodne myśli wzruszeniem ramion i pośpiesznie zabrała się do pisania krótkiego raportu dla Przemka. Chciała żeby był na bieżąco, ze wszystkim co mogło dotyczyć śląskiego oddziału, a sprawa z kulejącą analizą marż na pewno zaliczała się do tej kategorii. Opisując sytuację w równoważnikach zdań poprzedzanych każdorazowo mocnym uderzeniem w enter zdawała sobie z wolna sprawę, że ocena jej przyjaciela może różnić się od jej własnej. Z każdym kolejnym akapitem traciła pewność siebie i docierało do niej, że chyba przesadnie zareagowała na dostarczone przez Ankę zestawienie. Szczególnie często wracało do niej stwierdzenie: „jeżeli się w końcu postarasz”, nie było fair ani dawno, dawno temu, ani teraz. Dziewczyna poświeciła zapewne kilka nieprzespanych nocy na przygotowanie skomplikowanych wyliczeń, a sam fakt, że udało jej się przełamać wrodzony opór Marcina i zmusić go do efektywnej, praktycznie bezbłędnej pracy powinien budzić szacunek. Iga pobieżnie przejrzała napisaną notatkę i zdecydowanie zamknęła dokument bez zapisywania. Weszła w panel zarządzania w programie pocztowym i odwołała wysłaną przed kilkoma minutami wiadomość. Uspokojona wróciła do otrzymanych kalkulacji i zaczęła zapełniać je uwagami i komentarzami, tym razem konstruktywnymi. Była w połowie arkusza, gdy usłyszała niezbyt głośne, ale stanowcze pukanie do drzwi. Spojrzała na zegarek, dochodziła północ, gość mógł być tylko jeden. Z westchnieniem odłożyła laptopa i obciągając kusy tshirt podreptała żeby wpuścić Kubiaka.

Mogła przewidzieć, że nie przełknie jej odmowy tak gładko. Gdy wracali z plaży, trzymając się za ręce i zupełnie beztrosko planując gdzie powinni zjeść kolację, Michał zaproponował zmianę wynajmowanych hotelowych jedynek na wspólny pokój. Iga najdelikatniej jak potrafiła odwiodła go od tego pomysłu. W końcu ma tu do domknięcia kilka dużych tematów i późne wieczory przywykła spędzać pracując wśród porozrzucanych papierzysk, gorliwie przygotowując strukturę swojego nowego działu: cele, zadania, zakresy obowiązków. Siatkarz słysząc, że miałby negatywny wpływ na jej koncentrację uśmiechnął się z zadowoleniem i zrezygnował z dalszego nakłaniania Igi do, jak to sam nazwał, nieuniknionej rozwiązłości. Zadowoli się pozostałymi do zmroku godzinami w jej towarzystwie, a może potem ona sama zmieni zdanie? Drapieżny uśmieszek nie znikał z jego warg.

Nawet gdyby bardzo się starała nie byłaby w stanie przywołać z pamięci potraw, które zamówili tego wieczoru. Zapewne były wyśmienite, jak zawsze w Targu Rybnym, ale dziś stały się nic nieznaczącym dodatkiem, niekończącymi się przystawkami. Daniem głównym była ona sama. Kubiak przypatrywał się jej zachłannie, wprost pożerał ją wzrokiem. Bombardowana intensywnym spojrzeniem niebieskich oczu nie mogła oprzeć się wrażeniu, że jest jak zwierzę schwytane w światła pędzącego w jego kierunku samochodu. Straciła poczucie czasu, automatycznie sięgała do talerza nie rozpoznając smaku kosztowanych specjałów, a kiedy próbowała przerwać ten hipnotyczny trans wystarczył najdrobniejszy gest z jego strony, dotyk, uśmiech, przygryzienie warg by rozkojarzenie wracało ze zdwojoną siłą. Michał tak często sięgał po jej dłoń, że kelner łamiąc wszelkie zasady zaczął podawać wino z lewej strony, widząc, że nie ma najmniejszych szans, aby ten barczysty mężczyzna umożliwił mu wykonywanie obowiązków zgodnie ze sztuką. Czekając w kuchni na realizację kolejnego zamówienia zastanawiał się czy zdarzyło mu się kiedykolwiek być aż tak zafascynowanym kobietą. Nie umiał sobie przypomnieć.

Nie potrafili się rozstać. Mimo naprawdę długiego powrotnego spaceru do Jaśkowej spędzili jeszcze około pół godziny w hotelowym korytarzu nie mogąc się od siebie oderwać i gdyby nie któryś z gości, który próbował dostać się do swojego pokoju pewnie nie skończyłoby się tylko na odbierających oddech i powodujących niekontrolowane drżenie kolan pocałunkach. Iga musiała zebrać w sobie całą stanowczość i wolę, żeby nie ulec i nie dać się zaciągnąć do sąsiadującej z jej własną jedynki Kubiaka. Udało się, prawie.

Gdy otworzyła drzwi Michał stał oparty o futrynę z kocem zarzuconym na ramię i ściskaną oburącz poduszką.

-Miałem zły sen – powiedział spoglądając na nią z uśmiechem. W tym spojrzeniu nie było nic a nic z bezradności czy zagubienia. Nie było nawet zaspania. Było w nim za to bardzo dużo innych rzeczy, które spowodowały, że Iga zarumieniła się nagle zawstydzona swoją prowokacyjnie krótką koszulką sięgającą ledwie do połowy uda.

Nim zdążyła znaleźć właściwą odpowiedź za siatkarzem zamknęły się drzwi, jego prowizoryczna pościel legła w całkowitym nieładzie porzucona byle jak na podłodze, a ona sama uniesiona do góry, podtrzymywana przez silne ręce w miejscach jeszcze przed chwilą skrywanych pod jej niby-pidżamą, przyciśnięta do ściany traciła świadomość oddając coraz bardziej gwałtowne i pożądliwe pocałunki.

-Michał, nie możemy, ja muszę dokończyć, praca, na jutro, pilne – wyrzucała z siebie pojedyncze frazy, gdy tylko udało jej się zaczerpnąć odrobinę powietrza.

-Mhmm, wiem, wiem, za chwilę – wymruczał Kubiak całując jej szyję, a jednocześnie starając się ostatecznie pozbawić ją majtek.

-Nie, naprawdę nie dziś – jakimś cudem wyrwała się z jego uścisku i przebiegła w głąb pokoju odgradzając się od niego łóżkiem – muszę to mieć gotowe na rano – wskazała na porzucony laptop, po którego ciemnym już ekranie szalały geometryczne kształty wygaszacza.

-Iga, wracaj tu – Michał zmarszczył brwi w udawanym gniewie i wolno zaczął podchodzić do dziewczyny cofającej się pod kolejny, oblepiony kwiecistą tapetą mur – bardzo ładnie mi pasujesz w wersji naściennej, rozjaśniasz to wnętrze, wracaj wredna babo.

Bez uprzedzenia rzucił się na nią próbując uchwycić ją w pasie. Iga wykonała rozpaczliwy skok na łóżko, gdzie w tej samej sekundzie została przygwożdżona przez prawie dziewięćdziesiąt kilo żywej i nadpobudliwej masy. Szamotała się zanosząc śmiechem, bo Kubiak właśnie zaczął wykorzystywać swoją niekwestionowaną przewagę, znał każdy słaby punkt, gdzie łaskotki były najskuteczniejsze. Mocowali się tak przez moment zanim siatkarz przetoczył się na bok uwalniając ją i pozwalając na złapanie oddechu.

-Niech ci będzie, ale śpię tutaj – powiedział szczypiąc ją w odsłonięte udo – te pokoje są za duże na jedną osobę.

Kiwnęła głową idąc na ustępstwo i po kilku minutach siedziała po turecku poświęcając całą uwagę kolejnym excellowym komórkom, a przynajmniej udawała, że tak jest. Leżący za jej plecami Michał wiercił się jeszcze chwilę aby ostatecznie zasnąć ściskając w dłoni rąbek jej koszulki. Iga zasłuchana w jego równomierny oddech zastanawiała się jakie to dziwne, że w ciągu zaledwie paru godzin jej życie wróciło na stare, dobrze znane tory. Rano była pewna, że to niemożliwe, kolejny spacer poharatanych miał pomóc w pozbieraniu porozrzucanych uczuć i ułożeniu priorytetów. Wieczorem nie był już potrzebny. Za dwa dni wyjadą stąd, oboje, wrócą do wspólnej codzienności, którą od dawna z takim trudem budowali. Do Migała szarpiącego z pasją wszystkie kubiakowe buty, sprzeczek o to, kto powinien zmywać po obiedzie, potreningowego zmęczenia leczonego wspólnymi kąpielami, do emocji na trybunach i boisku w trakcie następnego meczu Cuprum. Do przyjaciół.

Iga spojrzała na zegarek, zbyt późno by do niego dzwonić. Pewnie czekał, dziś miał załatwiać halę na swój młodzieżowy turniej, ostatnia przeszkoda. Lubiła słuchać jak cieszy się z każdej wywalczonej złotówki i sfinalizowanej umowy sponsorskiej. Doskonale rozumiała jego satysfakcję, a zaraźliwy optymizm Kadziewicza udzielał się jej za każdym razem i sprawiał, że sama odważniej patrzyła we własną przyszłość. Dadzą radę, on zorganizuje najlepszą amatorską imprezę sportową w kraju a ona sprosta swojej nowej firmowej roli. Nagle poczuła się jak oszustka, zdrajczyni, choć do niczego się nie zobowiązywała, niczego nie obiecywała. Wyłączyła komputer, nie ma szans żeby teraz skoncentrować się na niespodziewanie rozmazujących się cyferkach. Otarła dłonią oczy karcąc się w duchu za niezrównoważenie emocjonalne, zgasiła światło i położyła obok Michała. Mruknął coś niezrozumiałego, coś co zabrzmiało jak „stęskniłem się”, a po chwili poczuła jak obejmuje ją w pasie i przyciąga do siebie. Wpatrując się w jaśniejszy obrys okna czekała na sen. Długo.

Obudziła się, gdy zaczynało świtać, przez krótką chwilę nie mogła zrozumieć gdzie jest i co się z nią dzieje. Powoli wracały wydarzenia wczorajszego dnia, wraz z nimi uświadomiła sobie, że ciężar, który uciska jej klatkę piersiową to nie stan przedzawałowy a ramię Kubiaka zagarniające ją i przytrzymujące w jednej pozycji. Ściśnięci w wąskim łóżku nie dysponowali żadną przestrzenią pozwalającą na choćby niewielką zmianę ułożenia ciała. Zaczęło jej to przeszkadzać. Próbowała zignorować nieprzyjemne uczucie dyskomfortu i zasnąć ponownie, bezskutecznie. Ściany zdawały się zbliżać, klaustrofobiczne wrażenie z deptaka przypomniało o sobie raz jeszcze. Tylko dlaczego tu? Przy człowieku, którego kochała, przy którym zawsze była bezpieczna, który dotychczas odpędzał wszelkie koszmary, ratował ją przed nimi. Dlaczego teraz jest…uwięziona?

Z każdą sekundą czuła się coraz gorzej. Zimne strużki potu spływające po przedziwnie rozgrzanym czole, krótki spazmatyczny oddech, i to tłukące się w klatce piersiowej serce. Jakby za chwilę miało się wyrwać, uciec stąd zostawiając ją samą w tych kleszczach. Próbowała podejść do tego zdroworozsądkowo, wykonała serię głębokich wdechów, szeptała do siebie, że nie jest typem panikary, że to nie w jej stylu, że powinna nad sobą zapanować. Bez efektu. Ręka Michała ciążyła jak ołów, jego oddech parzył, za chwilę zmiażdży ją, spali, zgniecie. Musi się uwolnić. Bardzo powoli wysuwała się z unieruchamiających ją objęć. Modliła się w duchu, żeby nie zechciał się obudzić, żeby nie zobaczył co się z nią dzieje. Kropelka potu spłynęła po jej skroni, kolejna po policzku. Słony smak zwilżył jej usta. Płakała. Nieświadomie i bezgłośnie. Kiedy już prawie udało jej się usiąść na brzegu łóżka zobaczyła coś co sprawiło, że dławiąca obręcz zacisnęła się jeszcze bardziej wokół krtani. Silna dłoń Kubiaka trzymająca w kurczowym uścisku brzeg jej koszulki. Nie ma ucieczki, nie ma swobody. Zaraz zacznie krzyczeć. Sięgnęła do nocnego stolika, namacała zestaw do manicure i bez zawahania zaczęła rozcinać materiał małymi nożyczkami. Wydostała się z pułapki, znów pomyślała o sobie jak o zwierzęciu. Jednym z tych biednych, okaleczonych lisów, które prędzej odgryzą własną łapę niż zginą w potrzasku. Ubrała się naprędce i zabierając pod drodze buty na palcach opuściła pokój. Każdy krok oddalający ją od łóżka, od żelaznego uścisku, który zamiast ukojeniem obudził ją strachem, przynosił spokój i ulgę.

Orzeźwił ją panujący na zewnątrz poranny chłód, zapięła bluzę i zarzuciła na głowę kaptur. Nie miała zamiaru oddalać się za daleko. Co prawda o tej porze wszyscy typowi dla nocnego ekosystemu parku zwiedzający spali już tam gdzie pozwoliło im na to uzyskane po północy stężenie różnego rodzaju środków we krwi, bardziej szczęśliwi w jakichś domach, niekoniecznie własnych, bardziej pechowi, tam gdzie opuściła ich akurat świadomość. Jednak Iga nie była w nastroju na dodatkowe ryzyko, usiadła po prostu na kamiennych schodkach prowadzących pod górę i wsłuchana w szum liści ponad głową pozwalała, aby resztki zdenerwowania i lęku opuszczały ją wraz z wstrząsającymi jej ciałem podmuchami jesiennego wiatru. Bezmyślnie obracała w dłoniach telefon. Szósta dwadzieścia. Powinien być już na nogach, o wpół do siódmej zawsze zaczyna pokonywanie swojej ośmiokilometrowej trasy. Znalazła na liście miniaturę wiedźmina i nacisnęła ją palcem.

-Halo, halo, tylko nie mów mi, że dopiero teraz wracasz z pracy, bo chyba się przejadę do ciebie. Z pasem – tak jak przypuszczała, głos Łukasza był rześki i pełen energii. W jej umyśle pojawił się wyraźny obraz siatkarza w sfatygowanym dresie, rozciągającego się  w tym dużym salonie, zajmującym połowę parteru w jego domu, przygotowania przed porannym biegiem. Zaskoczona zobaczyła też tam siebie, jak siedzi skulona pod kocem z kubkiem kawy i jeszcze zaspana odpowiada z uśmiechem na jego zaczepki. Potrząsnęła głową, niepokojący obraz zasnuł się mgłą i zniknął.

-Michał tu jest – nie miała zamiaru zaczynać od tej wiadomości, ale niespodziewana wizja sprawiła, że postanowiła od razu przejść do sedna. Łukasz milczał.

-Halo? Jesteś tam? – spytała nie mogąc znieść kłującej uszy ciszy.

-Czekam na wyrzuty – kłamał, próbował zapanować nad głosem po tej informacji. Ale beztroska nie wyszła mu zupełnie, Iga zrezygnowana przymknęła oczy. To będzie bardzo zła rozmowa.

-Wiem, że to nie ty go tu przysłałeś. Spotkałam chłopaka z reprezentacji, to on mnie musiał sypnąć. Stało się – tylko tyle? Stało się? Gdzie szczęście i ekscytacja, że znów są razem? Stało się, jakby to był nieunikniony przymus.

-Poprosił o urlop, mówił, że sprawy rodzinne, gdybym przypuszczał, że ma na myśli ciebie uprzedziłbym cię – Kadziewicz mimo wszystko, czuł potrzebę usprawiedliwienia się. A może chciał to wszystko zagadać, żeby nie powiedzieć czegoś innego, co nie miałoby znaczenia dla nikogo poza nim samym. Na przykład, że on się nie zgadza, nie chce Kubiaka w jej życiu, odmawia takiemu rozwojowi wypadków.

-To dlatego wracasz? Znów jesteście razem? – spytał po chwili, wolał wiedzieć niż gubić się w domysłach.

-Nie, zdecydowałam dużo wcześniej, że zostanę w Świdnicy, to nie ma nic wspólnego z Michałem – tak bardzo chciała, żeby jej uwierzył – Pamiętam co powiedziałeś wtedy, na basenie. Klatka, po której hula wiatr. Potrzebuję swojego miejsca i wybrałam. Tam jest Przemek. I ty – dodała już dużo ciszej.

Każdy kolejny spacer z Wojtkiem przynosił takie olśnienia. Po pierwszym zafundowała sobie niewielki tatuaż w tym samym miejscu co Moper. Data będąca końcem. Zbyt często zapominała o jej znaczeniu skupiając się na bólu zamkniętym w bliznach. Teraz codziennie patrzyła na drobne cyferki układające się w dzień, po którym Maćka już nie ma. Między innymi dlatego Michałowi udało się ją zatrzymać a ona zdołała go wysłuchać zamiast odepchnąć. Szkoda, że po pięknym dniu poranek przyniósł terapię szokową.

Także w trakcie przechadzek po plaży zrozumiała, że nie ma już ochoty niczego zmieniać, uciekać, szukać czegoś nowego. Wszystko co istotne zostawiła na południu Polski i tam chce wrócić. Do ludzi, którym ufa, których potrzebuje, dla których jest ważna. Prezes przyjął jej decyzję bez mrugnięcia okiem. Wtedy nie miała jeszcze pojęcia, że wracać będzie również do Kubiaka.

-Pogodziliśmy się – najtrudniejsze słowa ledwo przeszły jej przez gardło. Z łatwością wyobraziła sobie grymas złości na twarzy Kadziewicza – za dwa dni jesteśmy z powrotem w Lubinie. Łukasz, ale jest coś dziwnego…

-Iguś, nie wymagaj tego ode mnie – przerwał jej nerwowo w połowie zdania – nie każ mi tego słuchać. Wracacie. Świetnie, że sobie to poukładaliście. Ale proszę cię, nie zmuszaj mnie żebym przed tobą udawał, bo jeśli tak ma być, to ja nie chcę – nie mogła zobaczyć, jak ciężko opadł na kanapę, jak w bezsilnej złości kopnął wysłużone buty, których dziś już nie będzie zakładał. Bo odechciało mu się endorfin nabywanych z każdym przebiegniętym kilometrem. Właśnie odechciało mu się wielu rzeczy.

-Masz rację, przepraszam – opuściła głowę, kaptur całkowicie skrył jej twarz. Może i lepiej, że nie pozwolił jej dokończyć. Że nie musiała powiedzieć na głos, o tym razem bezwietrznej, ale kolejnej klatce zaciskającej się wokół niej z każdą upływającą minutą – wolałam żebyś dowiedział się ode mnie.

-Dzięki – wbrew pozorom nie było w tym sarkazmu ani złości. Rozumiał, jak zawsze i pragnął, żeby maleńka w końcu również zrozumiała. Tymczasem trzeba ją ostrzec – Jest też coś, czego powinnaś dowiedzieć się ty. Iza jest w kraju. Szuka cię.

9.

Iza wirowała na parkiecie, muzyka porwała ją i zniewoliła. Otoczona wianuszkiem mężczyzn nie zauważała żadnego z nich. Kiedy czyjeś zbyt zachłanne dłonie obejmowały ją mocniej i mniej niewinnie zmieniała partnera odpychając poprzedniego zgrabnym, ostrym jak krawędź szkła słowem. Dziś nie tańczyła z żadnym z nich, tańczyła z jedynym, który nie miał zamiaru pojawić się obok. Siedział w cieniu loży i przyglądał się jej z daleka. Wypity alkohol dodał drapieżności jego zazwyczaj dobrotliwemu uśmiechowi i odwagi, gdy jego spojrzenie napotykało zielone oczy poruszającej się zmysłowo dziewczyny. Czuł się na tyle pewny siebie, że kiedy znów utkwiła w nim wzrok kołysząc biodrami, w taki sposób, że z kilku męskich piersi wydarło się mimowolne westchnienie, uniósł wskazujący palec nad kufel trzymanego w ręce piwa i zakreślił nim niewielki okrąg. Zrozumiała, obróciła się w miejscu. Dla niego, bo jej kazał.

„-Panie Piotrze, nie poznaję Pana. Rozumiem, że wygrana walka o własny numer, tak Pana podniosła na duchu, ale doprawdy, dziś jest w Panu jakieś dzikie zwierzę. I oczywiście, to wszystko za jej sprawą. Jakżeby inaczej. Cóż, trudno się nie zgodzić. Jeszcze miesiąc temu, gdyby przyszli do Pana z propozycją oddania „czwórki” nowemu, z tą samą argumentacją: bo zagraniczny, bo wielki zawodnik, bo przecież to nie ma znaczenia, tylko pokiwałby Pan ugodowo głową. Ale nie dziś, dziś Pan Piotr zawarczał, potrząsnął grzywą, zostając już przy tych zoologicznych metaforach. I zatopiwszy zęby w należącej do niego od zawsze koszulce uniósł ją zwycięsko do jaskini. Okej, pierwszy znak, że należy powiedzieć basta następnej kolejce. Ponosi Pana z tą poezją odzwierzęcą. Oddajmy jednak zasługi Izie, bo co powiedziała, kiedy zwierzył, hehe notabene zwierz-ył, więc kiedy zwierzył się jej Pan ze swojego kłopotu, to jej rada była krótka: powiedz nie. I miała rację, najlepszą zielonooką rację, jaka kiedykolwiek się Panu przydarzyła.”

„-Przepraszam, ale Panie Piotrze, czy przed sekundą zmusił Pan, tylko ruchem palca tą powabną kobietę, żeby okręciła się kilkakrotnie wokół własnej osi? Brawo. To jeszcze jedno piwo się Panu należy. Heh, skaczcie kukiełki wokół niej, nie macie najmniejszej szansy, ona jest jak żywy ogień, poparzycie tylko rączki. Lecz czy Pan ją potrafi utrzymać, że tak łatwo kpi Pan z tych żałosnych absztyfikantów? Tak, to prawda, chłodne, pewne dłonie, spokojny, wyciszony umysł. Tylko czy to wystarczy by okiełznać ten żywioł? I przy okazji go nie ugasić, nie chce go Pan przecież stłamsić w tych swoich lodowatych łapskach. Mówi Pan, że spróbuje? Wypijmy za to. A potem trzeba zadzwonić, trzeba jej pomóc zrzucić choć kilka trosk, żeby mogła zapłonąć jeszcze jaśniej. Tylko dla Pana, Panie Piotrze”.

Cmentarz w kilka dni po pierwszym listopada zawsze ma w sobie wiele dostojeństwa. Uprzątnięte alejki, dokładnie wymiecione z opadających liści, wypucowane na błysk granitowe płyty i wyprostowane krzyże nawet najstarszych nagrobków. Dopalające się znicze nie są w stanie przyćmić wszędobylskiego zapachu chryzantem panoszących się różnokolorową mozaiką, gdziekolwiek sięgniesz wzrokiem napotykasz barwne, strzępiaste kwiaty, w glinianych misach, wazonach, wplecione w wymyślne bądź najprostsze wieńce. Jak byśmy nie byli zabiegani, ten jeden raz w roku przychodzimy do tych, którzy już odeszli, zapewnić ich, że pamiętamy, że nadal są ważni oraz co może jeszcze istotniejsze, upewnić siebie, że kiedyś i o nas nie zapomną, że niezauważenie nie obrócimy się w kupkę nic niewartego prochu.

Iga i Łukasz szli ramię w ramię mijając w milczeniu kolejne kwatery. Kadziewicz był tu po raz pierwszy i całkowicie zdał się na prowadzącą do właściwego miejsca dziewczynę, miał nadzieję, że już nie daleko, coraz bardziej ciążyła mu dźwigana oburącz donica. Ukradkiem zerkał na zamyśloną przyjaciółkę, z przykrością obserwował, jak każdy krok wysysa z niej tą radość, nad którą tak intensywnie pracował przez całą wspólną podróż. Nie mógł na to nic poradzić, mógł tylko przy niej być.

Iga zastanawiała się, co powie dziś mamie. Za każdym razem, kiedy odwiedzała cmentarz prowadziły długie, bezgłośne rozmowy. Zawsze zaczynały się tak samo: „Czy jesteś szczęśliwa Iguniu?”, od tej odpowiedzi zależało wszystko, to pytanie było najważniejsze i gdyby mogło, na pewno zostałoby zadane na głos. Tyle razy mówiła: „nie mamo”, a co ma dla niej dziś? Mocne, stanowcze „tak”? Wszystko poukładane i na właściwych miejscach? Jest dobrze? „To powiedz, kiedy uśmiechałaś się naprawdę córeczko”. „Dzisiaj mamo”.

-Dobra cwaniaku, a kto mieszka w Żołędnicy? – Iga ze śmiechem wskazała kolejny mijany drogowskaz. Bawili się tak od dłuższego czasu brnąc w coraz większe absurdy i starając się przelicytować jak najlepszą odpowiedzią.

-No jak to kto, wrzody – Łukasz mrugnął do niej okiem – to było za proste.

-Eeee słabe – dziewczyna wzruszyła ramionami – mam lepsze, tam jest siedziba Kubiaków.

Kadziewicz spojrzał na nią uważnie. Nie chciał zaczynać tego tematu, nie lubił nawet o tym myśleć. Tym bardziej, że nic nie było tu oczywiste. Wrócili wspólnie z Gdańska, każde do swojego mieszkania, trwali w jakimś dziwacznym zawieszeniu, status związku najlepiej określałoby „prawie razem”. Michał wydawał się to akceptować, tryskał energią i uśmiech nie schodził mu z twarzy, chyba po prostu czekał, aż wszystko samoistnie wróci do normy. Iga nie zwierzała się więcej, to była tylko ta jedna nieskładna rozmowa telefoniczna, kiedy Łukasz nie był w stanie jej wysłuchać, później nie naciskał. Wolał nie wiedzieć. Wystarczała mu świadomość, że dla niego nie ma miejsca i jakoś się z tym prędzej czy później będzie musiał uporać. Jak na razie nie szło mu najlepiej. Czuwał, starał się być blisko, nadal rozmawiali prawie codziennie. Naturalną koleją rzeczy było, że odwiezie ją na grób matki, nie było mowy, żeby pojechała tam sama, nie po tym jak przyznała się do paraliżującego ataku przy próbie samotnej wycieczki na plażę. Skoro Kubiak będzie jeszcze u rodziny, to on w weekend wypadający tuż po Zaduszkach spełni rolę opiekuna. Tak postąpiłby przyjaciel, z tą różnicą, że on wcale nie chciał nim być. To znaczy nie tylko nim.

-O! Patrz, Gostkowo, o to nawet nie pytam, bo powiesz, że to twoje miejsce i się pokłócimy – z zamyślenia wyrwał go rozbawiony głos, Iga dźgała palcem szybę pokazując zieloną tablicę informującą, że aby trafić do wioski o tak wdzięcznej nazwie należy natychmiast skręcić w lewo.

-Wiesz, jak się naprawdę z czegoś cieszysz, to uśmiech sięga ci oczu. Mów, co chcesz, ale jeśli ktoś cię dobrze zna, nie nabierze się na żadne maski – Kadziewicz przyglądał się jej z zadowoleniem, uwielbiał, gdy zamieniała się w małą, beztroską dziewczynkę. Pokazywała kawałek siebie, który na co dzień skrzętnie ukrywała. Jak na zawołanie Iga ponownie zaniosła się śmiechem kuląc się w siedzeniu pasażera.

-Zmieniam zdanie, to nie Gostkowo jest twoje – zdołała wykrztusić, a po chwili oboje oddali się niepohamowanej wesołości. Za szybą mignęła następna nazwa: Stary Kobylin 10 km.

Iga zatrzymała się w pół kroku. Przy nagrobku skulona postać zapalała właśnie ustawione szeregiem znicze, drobna sylwetka do złudzenia przypominająca jej własną. Podniosła wzrok na Kadziewicza.

-Zostawię was, będę czekał przy samochodzie – powiedział z pełnym spokojem znosząc oburzenie i niemy wyrzut jakimi został właśnie ugodzony przez dwie pary prawie identycznych zielonych oczu. Postawił na ziemi doniczkę, poprawił przytrzymujący kwiaty sznurek i odszedł nie oglądając się za siebie. Szpileczki gniewnych spojrzeń kłuły go w plecy.

-A ciebie kto wrobił? – spytała Izę ustawiając chryzantemę na płycie i obracając ją kilka razy, żeby sprawdzić z której strony będzie prezentować się najokazalej.

-Przyjechałam z Piotrkiem, teraz już wiem czemu tak nalegał akurat na tę sobotę – Żaba przesuwała kolejne płonące lampiony na właściwe miejsca. Obie unikały patrzenia na siebie, tak długo jak będą czymś zajęte ta konieczność nie nadejdzie.

-Piotrkiem? Twój nowy chłopak? – Iga nie powstrzymała się, żeby słowa „nowy” nie wypowiedzieć ze szczególnym akcentem.

-Nowakowski, zatrzymałam się u niego. Skoro nie miałam szans na kontakt z tobą Rzeszów wydał mi się równie dobrym miejscem na zarzucenie kotwicy jak każde inne – Iza odpowiedziała zaczepką na zaczepkę.

Przez chwilę w ciszy porządkowały grób, wymiatały liście, przecierały wyblakłe zdjęcia dziadków i to nowsze, z ukochaną twarzą, za którą obie niesamowicie tęskniły. Wkrótce nie zostało nic do ułożenia, zapalenia, poprawienia, nic co odwlekłoby moment, gdy będą zmuszone zauważyć siebie nawzajem.

-Dlaczego mi to zrobiłaś? – Iga przerwała milczenie. Doszła do wniosku, że pod czujnym spojrzeniem mamy nie ma sensu obchodzenie tej najtrudniejszej sprawy. Skoro już postanowiono bez jej zgody, że skonfrontuje się z siostrą to trzeba to zrobić szczerze.

-Nie mam pojęcia – Iza opuściła głowę, nie potrafiła znieść smutku i rozczarowania, kolejny raz. Niespodziewanie pomyślała o bólu i oczyszczeniu, jakie odczuwa z każdym gaszonym na skórze papierosem.

-A może mam – wyprostowała się gwałtownie, niech boli, ale niech już będzie po wszystkim – z tego samego powodu, co zawsze, żebyś zwróciła na mnie uwagę, żebyś choć raz otworzyła podwoje twojego świata niezawodnych i wpuściła i mnie.

-Wiesz, co zawsze mówiła mi mama? – Iga z niedowierzaniem potrząsnęła głową, obiecała sobie, że cokolwiek usłyszy nie da się wyprowadzić z równowagi – Że powinnam się tobą opiekować, bo jesteś wrażliwa, nie masz tyle odporności co ja, tak łatwo cię zranić. Ciekawe, co powiedziałaby dziś.

-Że niepotrzebnie wbijałyśmy się w gorsety, każda z nas – Żaba nie wahała się długo nad odpowiedzią – ja ze swojego, układnej, grzecznej panienki wyplątałam się już dawno temu. Ty w swoim tkwisz nadal, dobrze ci w nim? Silna, nie do złamania. Naprawdę?

-I to chciałaś mi udowodnić? Że można mnie złamać? To gratuluję, udało ci się, już dawno temu, nie trzeba było w to mieszać Michała – wiele wysiłku kosztowało ją zapanowanie nad drżącym głosem, była dumna, że nie zdradziła jak wielką przykrość sprawiły jej słowa siostry – a w ten jak to ładnie nazwałaś, gorset, któremu wiele zawdzięczam, związałaś mnie sama, w momencie, gdy uznałaś, że idealnie pasuję do roli wariatki.

-Nic nie rozumiesz – Iza prawie krzyczała, nie kontrolowała emocji, wyrzucała je swoim zwyczajem na zewnątrz – nigdy nie chodziło mi o to żeby cię skrzywdzić. Chcę jedynie żebyś mnie potrzebowała, tak jak ja zawsze potrzebowałam ciebie, jak nadal cię potrzebuję. Zrobiłam mnóstwo głupich rzeczy, złych, podłych, ale wiem, że gdybyś ty postąpiła tak samo a nawet gorzej nigdy bym cię nie odrzuciła, nie odepchnęła. Jesteś moją siostrą, nie ma dla mnie na świecie nikogo bliższego, a nie mogę nawet do ciebie zadzwonić. Przyznaj, że potrafisz wybaczyć każdemu, nawet Kubiakowi, ale mi nie. Mi nigdy.

-Mam rację – dodała po chwili obserwując grymas z jakim Glusia skwitowała jej ostatnie stwierdzenia – ty mu już odpuściłaś, jesteście razem. A co ja mam zrobić? Jeżeli to ci poprawi humor, to nienawidzimy mnie razem. Czuję do siebie wstręt, za Przemka, za Michała, za to do jak niskich środków jestem zdolna sięgnąć. Tylko po to, żebyś mnie dostrzegła.

-Ja cię nie nienawidzę – Iga ledwie poruszała ustami, to co musiała powiedzieć wydobyło się z niej słabym szeptem – ja cię wcale nie znam.

-Chodźmy stąd, to nie ma najmniejszego sensu – Iza zrezygnowana, przygarbiona minęła siostrę kierując się do wyjścia. Co można odpowiedzieć na takie wyznanie? Przynajmniej próbowała, może nie wszystko poszło jak należy, padło kilka słów za dużo, ale otrzymała swoją szansę. Beznadziejnie niepotrzebną szansę. Była w połowie drogi do bramy, kiedy poczuła, że Iga wsuwa delikatnie dłoń w zgięcie jej łokcia. Wychodziły razem, jak staruszki podtrzymujące się wzajemnie na prostej drodze. Nie zamieniły już ani słowa, w milczeniu objęły się na pożegnanie i odprowadzane zaciekawionymi spojrzeniami obu sportowców rozeszły w przeciwnych kierunkach. Iza była już prawie przy grafitowym audi Piotrka, gdy poczuła w kieszeni wibrujący telefon. Na wyświetlaczu pojawił się krótko nieznany rząd cyferek, nie miała wątpliwości zamieniając dotychczasowy numer w kontakcie oznaczonym jako Glusia.

Podróż powrotna upływała we wrogiej atmosferze. Iga z zaciętym wyrazem twarzy wpatrywała się uparcie przed siebie. Łukasza na początku bawił ten klasyczny foch, ale po kilkudziesięciu kilometrach bez słowa zjechał na pobocze, zatrzymał samochód, włączył światła awaryjne, westchnął i odezwał się obserwując niewzruszony profil dziewczyny.

-Popatrz na mnie i powiedz, że to spotkanie nie było wam potrzebne i że naprawdę jesteś o to na mnie zła.

-Popatrz na mnie, prosiłem – powtórzył z naciskiem.

Iga posłuchała, odważnie zajrzała mu w oczy chcąc pokazać jak bardzo zezłościł ją knuciem za jej plecami, mieszaniem się w nie swoje sprawy, zmuszaniem do spotkań, na które nie miała ochoty. Co z tego, że miał rację? Iga posłuchała i to ją zgubiło. W spojrzeniu Łukasza było oczekiwanie, nie na odpowiedź na to konkretne pytanie. On chciał o wiele więcej, nie zdążył tego przed nią ukryć. Wpatrywali się w siebie, a byli zbyt blisko, by cokolwiek mogło ją powstrzymać. Wszystko wykonało się jakby poza nią, umysł wyłączył się samoczynnie, oddał dobrowolnie kontrolę, pierwszy raz od niepamiętnych czasów namiętność zagrała w niej pierwsze skrzypce. Pochyliła się w jego stronę i pocałowała go. Sama, bez żadnej zachęty czy gestu ze strony Kadziewicza. Po prostu musiała. Na początku delikatnie musnęła jego wargi, zaskoczony nie wykonał żadnego ruchu, więc powtórzyła mocniej przyciskając swoje usta, zaciskając palce na materiale jego kurtki, przyciągając go do siebie. Wystarczyła sekunda by zapomnieli się zupełnie, zatopieni w sobie, gwałtowni i natarczywi. Łukasz przejął inicjatywę, teraz on nachylał się nad nią, jego dłoń oparła się o jej kolano, by po chwili powędrować w górę, po wewnętrznej stronie uda. Czuła jego palce przez cienką tkaninę legginsów, pożądanie, jakie wyzwolił samym jedynie dotykiem, było nie do porównania z niczym, co dotychczas znała. Wsunęła ręce pod jego koszulę, czuła szybciej bijące serca, jego i swoje własne. Pieszczoty odbierały jej oddech, a chciała jeszcze więcej, zahaczyła dłonią o pasek przytrzymujący spodnie. Rozpinała klamrę, gdy Łukasz gwałtownie złapał ją za rękę, uwolnił jej wargi i oparł czoło na jej ramieniu kryjąc twarz przed jej wzrokiem.

-Nie – zachrypnięty głos tuż przy jej uchu, jeżeli chciał ją w ten sposób ostudzić, to nie była to najlepsza metoda – maleńka, nie tak.

-Pozwól mi – szepnęła, pragnienie wciąż ją przepełniało, chciała żeby ekstatyczny dreszcz wywoływany jego dotykiem wrócił, wstydem po tym szaleństwie zajmą się później.

-Nie chcę być twoim wyrzutem sumienia Iguś – powiedział podnosząc głowę i patrząc jej poważnie w oczy – Nie kuś mnie, nas. Marionetka, pamiętasz? – dodał odgarniając niesforny kosmyk z jej policzka, ostatnia czułość zanim wrócił na swoje miejsce, centymetry a równocześnie całe mile od niej.

Chciała zaoponować, powiedzieć mu jak bardzo się myli. Nie potrafiła. Przypuszczała, że może mieć rację. Jeszcze przed chwilą była na niego zła, zaraz potem nie umiała opanować swojego pożądania. Zaledwie kilkanaście dni temu wróciła do Michała, dziś gdyby nie rozsądek Łukasza zdradziłaby go w zaparkowanym na poboczu samochodzie. Bez mrugnięcia okiem. Co to miało być? Odwet? Zemsta? Wyładowanie po rozmowie z siostrą? I jak to właściwie jest z nią i Kubiakiem? Wciąż upierała się, że musi zostać w Świdnicy, bo blisko do pracy, za dużo ważnych spraw w firmie, żeby myśleć teraz o przeprowadzce i takie tam dyrdymały. Michał udawał potulnie, że wierzy, zapewne bał się naciskać, nie chciał spłoszyć ledwie co odzyskanego szczęścia. Przyjeżdżał do niej tak często jak było to możliwe, zostawał na noc, i cierpliwie czekał, aż wspólnie spakują te kilkanaście kartonów, w większości nigdy nieotworzonych i przewiozą je do Lubina. A Igę ta ostateczność coraz bardziej odstręczała. Kadziewicz miał być wymówką? Nieszczęśliwą marionetką w jej własnych dłoniach? Nie miała co do tego przekonania, nie miała też odwagi przyznać, że to coś innego.

Dalszą drogę przebyli w całkowitym milczeniu, zadowoleni, że zapadający zmrok skrywa ich twarze. Łukasz wprowadził samochód do zatoczki wymownie ustawiając go obok infiniti należącego do Kubiaka. Iga zupełnie nie spodziewała się go tu dzisiaj, miał być jeszcze w rodzinnym Wałczu. Następna niespodzianka, z którą trzeba będzie sobie poradzić. „To powiedz, kiedy uśmiechałaś się naprawdę córeczko”. „Wieki temu mamo”.

-Jeszcze jedno Iguś – Łukasz zatrzymał ją kiedy sięgała do klamki, żeby rozprawić się z resztą tego niekończącego się dnia – cieszę się, że zaczynasz zamykać sprawy – chwycił ją za rękę odwracając nadgarstkiem do góry i wskazując na tatuaż – ale to dopiero początek, zacznij podejmować decyzje. To co tak świetnie wychodzi ci w pracy. Wiem, że się boisz, że myślisz, o tym jak o fatum, bo zawsze coś się psuje, gdy coś zmieniasz. Paskudnie się psuje – pogładził palcem wytrawioną w skórze datę podkreślając swoje słowa – Jednak musisz się z tego otrząsnąć, bo tak nie da się żyć. Czy to będzie Michał, czy ja, czy jeszcze ktoś inny, staniemy przy tobie, ale ten pierwszy krok powinien należeć do ciebie. Wybierz, a nie oczekuj, że zrobimy to za ciebie. Cały czas dajesz przypierać się do muru, kolejny sposób ucieczki. Kubiakowi może to pasuje, a może tego nie dostrzega, ale ja się na to nie zgadzam. Z szacunku do samego siebie i do ciebie. Powiedziałem ci to już dawno, zechcesz to znajdziesz mnie sama, ale nie tak. Nie pod wpływem złego impulsu, z zemsty, żalu, strachu, wykorzystując to, że cię kocham.

-Idź, czeka na ciebie – uwolnił jej rękę z mocnego uścisku. Nie liczył na odpowiedź, wiedział, że jego słowa nie były przyjemne, tylko czy przykrywanie brzydkiej rzeczywistości sprawi, że ona nagle wypięknieje? Wierzył we wszystko co powiedział, ale nie potrafił pozbyć się obawy, że być może właśnie stracił swoją ostatnią nadzieję.

-Obaj czekamy, maleńka – dodał, kiedy już wysiadła z samochodu i zniknęła w bramie swojego bloku.

-Dobrze, że jesteś, już zaczynałem się martwić – uśmiechnięty Michał wyjrzał z kuchni, z której wydobywały się dźwięki płynącej z radia muzyki zmieszane ze smakowitymi zapachami przygotowywanej kolacji.

-Myślałam, że wracasz jutro – Iga z wysiłkiem przywołała na twarz uśmiech i wyraz zadowolenia z niespodziewanej wizyty. Miała o czym myśleć, chciała być sama, chciała płakać, ciskać przedmiotami, może krzyczeć, chciała zrozumieć, czy boli ją odepchnięcie, bo kocha, czy dlatego, że urażone zostało jej ego. Chciała rozprawić się ze strachem i bezradnością. I chciała wybrać. Potrzebowała samotności.

-Niespodzianka – Kubiak złapał ją za rękę i poprowadził do pokoju, z którego dotychczas nie korzystała pozostawiając go kurzowi i pustce. Ze względu na brak mebli na podłodze rozłożony został koc i kilka poduszek, Michał miał chyba zamiar uzyskać efekt romantycznego pikniku, z akcentem wschodnim. Ponieważ koc był w kratę, a każda poduszka z zupełnie innej kolekcji wyglądało to raczej kampingowo. Ale liczył się zamiar, zamiar, który budził w Idze lęk. Wino, kieliszki, bukiet kwiatów ustawiony w wielkim wazonie w kącie pod oknem.

-Wiem, wiem, szału nie ma – powiedział błędnie odczytując jej minę – na swoją obronę przypominam, że gotuję lepiej niż aranżuję wnętrza.

Uśmiechnął się i przyciągnął ją do siebie, patrzył jej w oczy poważniejąc z każdą upływającą sekundą.

-Zanim jednak zaczniemy – jego głos nagle zachrypnięty i niepewny sprawił, że w umyśle Igi odezwał się alarm, poczuła nieznośnie napięcie mięśni, strach zaciskał lepkie macki wokół całego ciała. Michał sięgnął do tylnej kieszeni spodni i zrobił ruch jakby miał zamiar uklęknąć, próbując go powstrzymać opadła na kolana razem z nim. Spoglądał na nią zaskoczony ściskając w ręce małe atłasowe pudełeczko z zamkniętą pod czarnym wieczkiem przyszłością. Otworzył usta, żeby wypowiedzieć przygotowaną frazę. Zdanie, którego według statystyk mężczyźni boją się najbardziej.

10.

Iza energicznie zmieszała farby i przyłożyła płytkę do rozpiętego na blejtramie płótna. Przez chwilę przyglądała się uzyskanemu odcieniowi zieleni marszcząc brwi i przygryzając dolną wargę tylko po to by niespodziewanie cisnąć trzymanym w ręku przedmiotem o ziemię. Przeklinając w głos odwróciła się plecami do niedokończonego obrazu i z rozmachem kopnęła leżące na jej drodze tenisówki. Co ją podkusiło, żeby brać się za olej? Od dwóch dni męczy się z właściwym doborem kolorów a zamiast satysfakcji i zadowolenia odczuwa jedynie narastającą frustrację.

Gdy się na nią decydowała nowa technika wydawała się tak dobry pomysłem. Pasowała do tych wszystkich pierwszych razów: pierwsze malowanie po powrocie do kraju, w nowym miejscu, kiedy stara się zacząć od początku, z ogromną nadzieją, że tym razem się uda i coś w końcu się odmieni. I pierwszy raz tworzyła z tak zdecydowaną myślą o kimś. Piotrkowi bardzo spodobał się pomysł dedykacji i często zaglądał do jej pokoju oceniając postępy, był kolejnym pierwszym razem, dotychczas nikt tak wnikliwie nie obserwował jej przy pracy. Tym bardziej zależało jej na efekcie, Nowakowski podnosił poprzeczkę.

Uśmiechnęła się ciepło na wspomnienie jego dziecinnie zaciekawionej miny, gdy z dowiezionych z Włoch kartonów rozpakowywała swój najistotniejszy dobytek. Pędzle, szkatułki z farbami, sterty szkiców, wiązki ołówków. Milczał, jak to miał w zwyczaju, ale namaszczenie, z jakim przyglądał się jej najlepszym rysunkom delikatnie przekładając arkusze papieru sprawiło Izie więcej radości niż najbardziej wymyślny komplement. A kiedy z samego dna jednego z pudeł wyjęła okupione wieloma wyrzeczeniami martensy z limitowanej serii Bosch, buty, które nie służyły do chodzenia, buty, które należało tylko mieć i podziwiać, Piotrek w ciszy pokiwał z uznaniem głową. I tym najmniejszym z gestów upewnił ją, że postąpiła słusznie zgadzając się na jego propozycję. Był powodem, dla którego zadzwoniła do swoich kolegów z byłej firmy i podała adres rzeszowskiego mieszkania, bo dlaczegóż miałaby szukać czegoś innego skoro on dysponował sporym nadmetrażem? Nowakowski popchnął ją do działania, sprawił, że wzięła udział w kilku rekrutacjach i okazało się, że znajomość dwóch obcych języków wraz z doświadczeniem były w zupełności wystarczające do znalezienia całkiem nieźle płatnej pracy w kolejnym już w jej karierze przedsiębiorstwie spedycyjnym. W duchu zastanawiała, się czy byłoby to równie łatwe, gdyby nie pewna decyzja, podjęta za nią bardzo dawno temu i czuła jak słabnie jej wieczny gniew. Spokój, który coraz częściej gościł w jej umyśle i sercu też miał związek z Piotrem. Otworzyła się przed nim, jak przed nikim innym w całym swoim życiu, pokazała mu z siebie o wiele więcej niż zamierzała, i nie chciała go zawieść. Nawet teraz, siedząc na podłodze, plecami do obrazu, na który w złości nie zamierzała patrzeć opanowywała przeogromną chęć sięgnięcia po papierosa, przede wszystkim dlatego, że obiecała mu więcej tego nie robić. Przesuwała palcami po wypalonych znamionach i czekała, aż pokusa przeminie, zaczynała wierzyć Piotrowi. Nie zasługuje na karę. W końcu on nie rzucał słów na wiatr, jeżeli już postanowił ich użyć, miały znaczenie.

Podnosiła się zamierzając dać jeszcze jedną szansę poszukiwaniom idealnej barwy, gdy zadzwonił jej telefon. Odebrała natychmiast, to był ostatni numer, jaki spodziewała się zobaczyć na wyświetlaczu, a równocześnie bardzo chciała, żeby w końcu się odezwał.

-Cześć – odległy głos Igi, tak dziwnie bezbarwny.

-Cześć – Izie wydało się, że nic już więcej nie powiedzą, że to będzie zarazem początek i koniec tej rozmowy. Przedłużająca się cisza była bolesna, trwała i trwała.

-Przepraszam cię Żaba – teraz nawet gdyby się bardzo starała, nie byłaby w stanie odpowiedzieć. Żaden, najbardziej fantastyczny scenariusz nie przewidywał czegoś takiego.

-Zrobiłam ci kiedyś krzywdę, a teraz zrobiłam ją ponownie komuś innemu, bardzo – głos Igi drżał niepokojąco, a przecież jej siostra nie płacze, nigdy.

-Co się stało Glusiu? O czym ty mówisz?

Iga siedziała bokiem na opuszczonej desce sedesowej, opierała czoło o zimne płytki, którymi wyłożone były ściany kabiny i czekała, aż w końcu minie ten uciążliwy ból. Tabletkę zażyła już ponad pół godziny temu a uciskająca skronie obręcz nie rozluźniała się ani odrobinę. Ostatnio bóle głowy stawały się coraz bardziej agresywne. Stres, przemęczenie, ciągłe zmiany pogody i idące w ślad za tym skoki ciśnienia. I nieopuszczający jej nawet na krok niepokój. Jeszcze kilka minut i musi wracać, nie może znikać na tak długo, trzeba zacisnąć zęby i przetrwać to jakoś. Przy czym migrena to najmniejszy z jej problemów. Sięgała już do zasuwki, gdy drzwi prowadzące do damskiej toalety otworzyły się z hukiem, szybki stukot obcasów po posadzce, łomot w sąsiedniej kabinie i wstrząsana nudnościami kobieta znalazła się tuż obok, oddzielona od Igi jedynie cienką ścianką.

-Ania, pomóc ci? Powiedz, czy w porządku? – kolejne kroki, równie nerwowe. Zaniepokojona dziewczyna musiała przystanąć pośrodku pomieszczenia i teraz nasłuchiwała co dzieje się z wciąż wymiotującą koleżanką. Iga ostrożnie zbliżyła twarz do niewielkiej szpary w drzwiach, bardzo starała się, żeby szelest ubrania nie zdradził jej obecności, ciekawość była silniejsza. Zamarła w niewygodnej pozycji obserwując rozgrywającą się w łazience scenę.

-Nic nie jest w porządku – Anka opuściła kabinę, podeszła do umywalek i zaczęła przepłukiwać usta chłodną wodą – ja już nie daję rady, nie mam siły – zrozpaczona spojrzała na towarzyszkę, a wargi zaczęły jej niebezpiecznie drżeć. Po chwili płakała w objęciach koleżanki, która starała się ją jakoś uspokoić wysłuchując przerywanych szlochem wyznań.

-To wszystko mnie przerasta, siedzę tu po nocach, ciągle jestem zmęczona a zasypiam dopiero nad ranem myśląc o tym, co powinnam jeszcze zrobić i poprawić. Przestałam widywać się ze znajomymi, bo nie potrafię mówić o niczym innym niż o tej cholernej pracy. Stale boli mnie żołądek, wiesz, że zaczęły wypadać mi włosy? Ten stres mnie wykończy.

-Musisz powiedzieć jej dość, to nie stres cię wykończy tylko Jabber, ta baba nie ma serca – Iga mocno zacisnęła usta, wiedziała, że mowa jest o niej.

-Ale ja tak bardzo chcę podołać, udowodnić, że miała rację stawiając właśnie na mnie – Ania wycierała nos papierowym ręcznikiem. Opanowała się na tyle, że wypowiadane zdania układały się wreszcie w nieposzatkowaną spazmatycznie nabieranym powietrzem całość.

-A cokolwiek zrobię mam wrażenie, że to nigdy nie jest wystarczająco dobre. Zawsze nanosi poprawki i to spojrzenie, ona nie musi nic mówić, ja wiem, że uważa, że powinno być lepiej, że stać mnie na więcej. I jeszcze kilka tygodni temu w to wierzyłam, a teraz sama nie wiem, wydaje mi się, że jestem za głupia, że to pomyłka brać się za tak skomplikowany projekt, że nie ma szans, żebym przygotowała go tak, żeby Iga nie musiała czegoś po mnie naprawiać.

-Dziewczyno, czy ty się słyszysz? – koleżanka Ani aż potrząsnęła z niedowierzaniem głową – przecież to chore, to jakieś psychiczne dręczenie. Nic nie jesteś jej winna, robisz swoje najlepiej jak potrafisz, lepiej niż ktokolwiek inny, a to, że ta jędza nie umie tego docenić to jest jej problem, tylko jej. W żadnym wypadku twój! – ujęła dziewczynę za rękę i pociągnęła w kierunku wyjścia – Chodź, zabieram cię stąd na przerwę obiadową, przewietrzysz się trochę i uspokoisz. I odpuścisz. Bo choć naśladujesz ją nawet w gestach, nie chcesz skończyć jak Jabber. Każdy widzi, jak bardzo jest nieszczęśliwa.

W toalecie zapanowała cisza. Iga siedziała bez ruchu, bardzo wiele wysiłku kosztowało ją, żeby zmusić się do opuszczenia kabiny, do przywdziania odpowiedniej maski i wyjścia do ludzi. Pierwszy raz uznała, że jej firmowe przezwisko nie oznacza siły, z której była dumna, oznacza potwora. Tak jak w wierszu Lewisa Carrolla.

-Przepraszam, że pozwoliłam ci czuć się gorszą. Nigdy tak naprawdę nie myślałam, ale nie zrobiłam nic, żeby ci to okazać – znów zapadło pomiędzy nimi milczenie, Iga nie wiedziała co jeszcze mogłaby dodać, Izie wzruszenie odebrało mowę.

-U ciebie wszystko gra? – Żaba miała ochotę wrzasnąć nad własną głupotą, ze wszystkich możliwych sposobów na przerwanie dręczącej ciszy wybrała tak nieodpowiednie, straszne, odpychające zdanie, że wizja następnego czerwonego okręgu pozostawianego na skórze wydawała się już nie do przewalczenia.

-Nie – w przewrotny sposób właśnie to niezręczne pytanie, najprostsze i zdawkowe, było tym co uwolniło Igę. Można było na nie krótko odpowiedzieć, można było szybko opowiedzieć się za prawdą bądź kłamstwem. Bez zastanawiania się nad właściwym doborem słów, zero-jedynkowe rozwiązanie, prosta decyzja uruchamiająca kolejną – nie wiem co robić, i nie mam nikogo poza tobą, żeby o tym porozmawiać.

Nikogo?

-Halo Iga, będziesz dziś w firmie? Pasuje nam obgadać parę tematów – słyszała jak Przemek krząta się po biurze, musiał odebrać jej rozmowę przez głośnik załatwiając kilka spraw jednocześnie.

-Właśnie dzwonię, żeby prosić o wolne, potrzebuję dwa dni. Będę działać z domu. Może być? – to była formalność, nie mógł się nie zgodzić.

-Coś się stało? – szczęknięcie podnoszonej słuchawki, jej przyjaciel usiadł w fotelu odsuwając na później pozostałe absorbujące jego uwagę czynności.

-Kubiak się stał – jeżeli komuś ma o tym opowiedzieć to jedynie Przemkowi.

-Iga, ja cię nigdy nie zrozumiem – westchnienie rezygnacji po drugiej stronie utwierdziło ją w przekonaniu, że kompletnie straciła panowanie nad swoim życiem – dziś mogłabyś być wszędzie. Nawet jakbyś powiedziała staremu, że centrala ma być w Zambezi to by się zgodził. Po tym jak w dwa tygodnie załatwiłaś rozpierdol u Derenga i dodatkowo pokazałaś sposób na uzyskanie oszczędności na pół bańki nie odmówiłby ci niczego. Wróciłaś. Z Kubiakiem. Ja się poddaję, nawet jak ci załatwię przeniesienie na Syberię, to to niczego nie zmieni.

-Jak to załatwisz? Maczałeś brudne paluchy w tej akcji z Bartkiem? – Iga poczuła, że ogarnia ją złość, jak zawsze, gdy ktoś bez jej wiedzy ingerował w jej życie.

-Poniekąd, namówiłem prezia, żeby dał ci wolną rękę w sprawie lokalizacji, żebyś mogła nawiać, jeżeli rzeczywiście tego potrzebujesz. Nie przypuszczałem, że skończy się pogromem w Pomorzu, z resztą to chyba był zbieg okoliczności, stary pozwolił sobie na akt terroru, bo już miał opracowany plan awaryjny. Ciebie. I owszem to ja mu go podsunąłem, uważam, że słusznie.

-Czemu mi nie powiedziałeś? – wstrętne uczucie, gdy z pełną ufnością opierasz się o stabilną, kamienną ścianę a ona niespodziewanie się ugina.

-Przestań Iga, nie traktuj tego jako zdrady, bo oboje wiemy, że tak nie jest. Znamy się nie od dziś. Zblokowałabyś ofertę awansu, gdybyś wiedziała, że jest trochę sterowana. Nie zawsze musimy się zgadzać, ale zawsze chcemy dla siebie jak najlepiej. Zrobiłem wszystko co powinienem – Przemek nie dopuszczał jej do słowa, tłumaczył się zawzięcie, między innymi dlatego, że czuł się przyłapany i trochę winny – przy okazji mogłaś opuścić to zagłębie Kubiaków i Kadziewiczów i całego tego twojego uczuciowego balastu. Z jakiegoś powodu nie skorzystałaś z tej opcji. Nie mieszam się i nie mam zamiaru. Bo tego nie ogarniam. I myślę, że ty do końca też nie.

-Widzimy się za dwa dni – ucięła krótko, nie będzie kontynuować tej rozmowy. Jeszcze przed chwilą chciała opowiedzieć mu wydarzeniach wczorajszego wieczora, o Łukaszu, Michale i całym tym zamieszaniu, w którym utknęła. Teraz to nie miało żadnego sensu. Po raz pierwszy Przemek nie był osobą, której chciała i mogła się zwierzyć.

-Rozumiesz, że on to zrobił z troski o ciebie? – Iza nie miała wątpliwości co kierowało człowiekiem, który był bliższy jej siostrze niż ona sama. Mogła być o niego zazdrosna, ale nigdy nie byłaby w stanie przestać wierzyć w jego charakter. Kochała go kiedyś.

-Tak, wiem o tym. Ostatnio wciąż reaguję pod wpływem emocji, męczy mnie to i popełniam błędy. Przemek też to widzi i próbuje temu zaradzić jak umie najlepiej, ale jak mam mu wytłumaczyć, że wróciłam do mężczyzny, który mnie zawiódł, wybaczyłam tylko po to, żebyśmy znów się zranili? Sama tego sobie nie umiem wyjaśnić. Iza, co ja powinnam zrobić? Rzeczywiście stąd wyjechać? Zostawić definitywnie to życie? Jak długo będę się zastanawiać, czego właściwie chcę i zdobędę na odwagę, żeby za tym głosem podążyć? Jak się wyrwać z tej matni?

-Ale co się właściwie stało?

-Michaś, nie, proszę cię, nie – Iga blada i roztrzęsiona złapała rękę Kubiaka zaciskając jego palce na pudełeczku. Sama starała się nie dotykać atłasowej powierzchni, jakby gładki materiał mógł ją sparzyć czy okaleczyć.

Klęczeli naprzeciwko siebie, Michał wpatrzony w jej oczy próbował zrozumieć, co się właściwie dzieje. Radość i ekscytacja, jakie towarzyszyły mu od rana wraz z wyobrażeniami o tym szczególnym momencie ulotniły się bezpowrotnie.

-Nie zmuszaj mnie do odmowy – ostatnie słowa wypowiedziała tak cicho, że nikt nie byłby w stanie ich zrozumieć, opuściła głowę, nie potrafiła znieść tego spojrzenia.

-Dlaczego nie, Igusiu? Chcę być z tobą, ty chcesz być ze mną, tak to się odbywa – Kubiak delikatnie sięgnął do jej podbródka, zmusił do podniesienia wzroku. Przekona ją, przełamie jej strach. Bo to przecież znów jest to, jakaś irracjonalna obawa, którą można i należy przewalczyć.

-Ale nie potrzebujemy do tego nic więcej jak tylko siebie, prawda? – próbowała się lekko uśmiechnąć, pokryć w ten sposób zmieszanie, niepewność, i wahanie, nieprzebrane morze wątpliwości, czy ona i on chcą tego samego?

-Chciałbym, żebyśmy sobie przysięgli. Po tym wszystkim co między nami już się zdarzyło i przed tym co jeszcze przed nami chciałem dać ci dowód, gwarancję, że dla mnie jesteśmy najważniejsi. Rozumiesz to Igusiu, wiem, że tak – Michał próbował, najlepiej jak umiał, z całą łagodnością na jaką było go stać, okazać ile znaczy dla niego ta decyzja.

-Chcesz paragon – Iga rozumiała, o wiele więcej niż się spodziewał. Spłyciła to, zdeptała, ale nie rozminęła się zbytnio z prawdą – potrzebujesz na nas kwit?

-A jeżeli nawet tak jest, to co w tym złego? – popatrzył na nią z żalem, jego rozgoryczony głos znamionował dopadającą go złość – Masz rację, bardzo by mi się przydało potwierdzenie, że złe za nami, że mi nie znikniesz, że naprawdę jesteśmy razem. Bo to – zatoczył ręka po pustym pokoju, który do dziś nie doczekał się ani przeznaczenia ani mebli – to jakaś farsa i stan przejściowy.

-Ochłapy są upokarzające, Kadziewicz miał w stu procentach rację. Znoszę pokornie tą twoją karę, smutny palant jeżdżący w te i we w te, mimo, że już dawno powinniśmy znów mieszkać razem. Nie pytam gdzie znikasz po pracy, ani z kim się spotykasz, nie chcesz, to nie mówisz. Ale ty nie mówisz nic, zamykasz się na mnie, od zawsze. A teraz? – pochylił się w jej kierunku i złapał za ramiona, potrząsnął. Czekał na odpowiedź, reakcję. Nie otrzymał nic poza zalęknionym spojrzeniem zielonych oczu.

-Nie będę powtarzał, tego co nad morzem, raz wystarczy, nie będę się płaszczył i żebrał. Mamy świadomość tego co do siebie czujemy, przynajmniej ja. Udowodniłem to przed chwilą. Czekam na ciebie w Lubinie – podniósł się gwałtownie z kolan i spojrzał na nią z góry, jego oczy pełne gniewu i urazy. Nigdy nie znosił dobrze porażek.

Została sama, klęczała na podłodze dopóki z otępienia nie wyrwał ją swąd przypalającej się kolacji. Automatycznie uprzątnęła kuchnię a później romantyczną instalację Kubiaka chowając koc i poduszki do szafy. Otworzyła okno wietrząc mieszkanie, kilka razy złapała się na tym, że trzyma w ręku kluczyki do samochodu. Jednak za każdym razem odkładała je w niezdecydowaniu. Po raz pierwszy przyszło jej do głowy, że nałogowo krzywdzi ludzi, manipuluje nimi spod swoich masek i przestawia w kolejkach. Jednego dnia sprawiła ból trzem różnym osobom, z których każda była dla niej w jakiś sposób ważna. Kompletnie rozbita snuła się z pokoju do pokoju, bez najdrobniejszego pomysłu, co powinna zrobić teraz, gdzie tak naprawdę chciałaby się znaleźć, na kogo bądź na co czeka.

-Wyjdź z domu – głos Izy był zdecydowany i nie dopuszczał sprzeciwu.

-Co proszę? – Iga nie była pewna czy dobrze usłyszała.

-Tak, wyjdź z domu, wsiądź do samochodu, włącz muzykę, tylko nie jakieś smęty, coś mocniejszego. Na pewno masz gdzieś jeszcze cool kidsów albo lao che, nadadzą się – Żaba energicznie przedstawiała swój pomysł, wiedziała co należało zrobić, co jest potrzebne, żeby Glusia odnalazła właściwy kierunek, wróciła na prawidłową orbitę – wyłącz myślenie, skup się na tych ich buntowniczych, przewrotnych tekstach, i jedź na oślep. Bez trasy i celu. Zobaczysz, gdzieś trafisz, dokądś dojedziesz.

-Nie wiem… – Iga nie zdążyła wyrazić wątpliwości, bo Iza wpadła jej w słowo.

-No właśnie! Więc nie zastanawiaj się nad niczym, zero dyskusji. Zabieraj kluczyki i już cię nie ma – ponaglała ją tak długo, aż siostra śmiejąc się cicho i cały czas przyciskając do ucha telefon opuściła mieszkanie i pobiegła do swojej skody. Żaba przypilnowała jeszcze, żeby Iga wyjechała za bramę, na pożegnanie przykazała nie rozmyślać nad zakrętami, nawet jeżeli będzie przez chwilę jeździć po tej samej pętli, ona osobiście nie wierzyła, żeby miało to trwać szczególnie długo. Zanim się rozłączyły zostawiła jej ostatnią wskazówkę:

-Decyzję masz w sobie, tylko daj jej się dokonać, samodzielnie. Nie myśl i będziesz tam gdzie naprawdę chcesz być, a nie tam gdzie uważasz za rozsądne pozostać.

Odrzuciła smartfona na łóżko i z nowym zapałem zmieszała kolejną porcję farb, nie zdziwiło jej, że już po chwili patrzyła na idealny, soczysty odcień zieleni, którego szukała tak długo. Iga też znajdzie prawidłową odpowiedź, mocno wierzyła w to, że jeżeli tylko jej siostra nie ulegnie nawykowi skrupulatnej analizy serce zaprowadzi ją w najwłaściwsze dla niej miejsce. Czy będzie to Kubiak, czy Kadziewicz, czy może biurowiec Orkoni, czy choćby w najgorszym wypadku nagrobna płyta z coraz bardziej blaknącym zdjęciem Maćka, to stanie się to znakiem, przekazem, któremu poukładany umysł Glusi się nie oprze. I wtedy jej siostra podąży we wskazanym kierunku, znów będzie na szlaku, a przecież o to chodziło. Żeby przestała się miotać, kręcić w kółko, czekać, aż ktoś wybierze za nią. Iza przez chwilę zastanawiała się, jak to się skończy, ale doszła do wniosku, że nie ma to najmniejszego sensu. Przemek miał od zawsze rację, nieważne gdzie Iga się uda, wystarczy przy niej być, jeżeli tylko na to pozwoli.

Żaba odsunęła się o kilka kroków przyglądając się krytycznie swojemu obrazowi i kiwnęła głową z zadowoleniem. Porośnięte gęstą, zieloną trawą zbocze, znajomy widok towarzyszący im w każde wspólne wakacje. I dwie drobne postacie stojące ramię w ramię na szczycie wzgórza, szarpane wiatrem włosy oraz biel sukienek odcinająca się na tle pochmurnego nieba. Jaki sztorm by nie nadciągnął, zawsze mają siebie.

Iga z niedowierzaniem patrzyła w szczelnie zasłonięte roletami okna. Płatki pierwszego w tym roku śniegu wirowały w chłodnym powietrzu, zima nadeszła z wielkim wyczuciem dramatyzmu. Iza miała rację, gdzieś głęboko w środku ten wybór dokonał się już dawno. Właściwie nie powinna się dziwić, gdzie indziej miałaby trafić? Mimo tych wszystkich powikłań, niepewności i zaprzeczeń kochali się. Mniej lub bardziej świadomie stale się przyciągali, kto wie czy nie wbrew zdrowemu rozsądkowi nieodparcie lgnęli do siebie. Pozostaje tylko jedna kwestia do rozstrzygnięcia. Czy nie jest za późno? Czy on jeszcze czeka? Iga odetchnęła głęboko i ruszyła w kierunku wejścia. Najdłuższe minuty w jej życiu wypełniło oczekiwanie pomiędzy sygnałem dzwonka o szczękiem przekręcanego w drzwiach zamka.

11.

Stała na progu, zarumieniona i śliczna. Drobne płatki śniegu topniały jej we włosach, małymi kropelkami spływały po twarzy, przemoczona, zmarznięta spoglądała na niego z niespotykaną u niej nieśmiałością. Zapatrzony w niecodzienne zjawisko, zagubiony w szczęściu, jakie wywołał sam jej widok zapomniał o upływającym czasie.

-Za późno, prawda? – spytała widząc, że nie wykonał żadnego ruchu, tylko wpatrywał się w nią i milczał. Wiedział, że nie chodzi jej o nocną, nieoczekiwaną wizytę – Przepraszam.

Odwróciła się i chciała odejść, kiedy w końcu udało mu się zwalczyć zaskoczenie. Zdążył złapać ją za rękę, pociągnął gwałtownie do środka, zatrzasnął za nimi drzwi, odcinając ich od całej, nieistotnej w tym momencie reszty świata. Stali naprzeciw siebie w przedpokoju, oświetleni słabym blaskiem kinkietów. Żadne nie potrafiło odezwać się pierwsze. Iga oparła się o ścianę, osunęła po niej na podłogę i usiadła obejmując kolana. Uniosła wzrok na górującego nad nią mężczyznę. Wzruszenie odebrało mu całkowicie mowę. Mała dziewczynka skulona u jego stóp. Czy dobrze rozumie to co tu się właśnie dzieje? Przykucnął tuż przy niej, spojrzał jej w oczy z bliska. Zachrypniętym z emocji głosem wyszeptał:

-Nigdy nie byłoby za późno, tylko czy jesteś pewna, tak naprawdę pewna?

Skinęła głową i sięgnęła po jego dłoń, przyłożyła ją do swojego zziębniętego policzka, przymknęła oczy. Ciepło rozchodzące się po jej skórze utwierdzało ją w słuszności decyzji. Spokój, nareszcie, po tych wszystkich tygodniach wewnętrznych batalii, zagubienia, ciągłego strachu. Odetchnęła, uśmiechnęła się delikatnie czując jak siada przed nią, długie nogi zgiął w kolanach i ułożył tak, że poczuła się treścią idealnie zamkniętą w nawiasach. Tam gdzie jej miejsce.

-Wiedziałeś, że tak się skończy, od samego początku, kiedy pojawiłeś się pod moim domem nie dając mi uciec od tego wszystkiego – powiedziała cicho przyglądając się zachłannie jego twarzy, czuła jak gładzi jej policzek, znajomy a jednak nowy dotyk – Już wtedy musiałeś być pewny, że zawsze do ciebie wrócę.

Uśmiechnął się. Nie było w tym uśmiechu triumfu jak po szczególnie ciężkim, wygranym secie. Była radość, jak po wygranym najtrudniejszym z możliwych turnieju.

-Miałem nadzieję, jestem nie mniej uparty od ciebie, i byłbym głupcem, gdybym po prostu odpuścił.

-A co jeśli to pomyłka? Wiesz najlepiej jak ze mną jest, dlaczego teraz miałoby być inaczej? – zadrżała przestraszona, jeżeli ma rację, to nigdy nie znajdzie bezpieczeństwa i równowagi. Ciągle będą tylko ulotne, skradzione chwile, namiastki i rozczarowania.

-Popatrz na mnie – poprosił ujmując jej twarz w obie dłonie. Podniosła na niego wzrok. Był całą powagą świata, całą prawdą, całą szczerością, kiedy powiedział:

-Zajmę się tobą, najlepiej jak umiem, wiesz, że dam radę. Koniec tułaczek, ucieczek i lęków. Czekałem na ciebie zbyt długo, żeby miało nam się nie udać, czekałem na ciebie, zanim cię jeszcze poznałem Maleńka.

I pocałował ją. Tak jak całuje się ukochaną kobietę, do utraty tchu i zmysłów, jak gdyby był to pierwszy a zarazem ostatni raz. Długo trwali w tej przedziwnej pozie, skuleni na podłodze zaglądając sobie w oczy i szepcząc o wszystkim, o czym dotychczas nie mogli bądź nie chcieli rozmawiać. Na twarzach mieli wypisane szczęście. W ten sposób zaczynali swoją historię, podobną do setek innych, a jednak niepowtarzalną miłość.

==============================================================

Kliknij w coś:

MIgał5: niespodziewanie jeszcze jedna część

Odpowiedzi na pytanie: Co mieszka w brodzie?

Poczytam o kimś innym

Jak ja nie lubię Kadziewicza!

66 odpowiedzi na „MIgał4

  1. ~Little Witch pisze:

    Kocham Cię. To było najpiękniejsze, co mi się przydarzyło w ciągu ostatnich tygodni.
    Dziękuję.

  2. ~izabela pisze:

    Jedna z histori, która wciągneła mnie bez reszty. Jest to jedna z najciekawszych, najbardziej wciagających i najbardziej zagmatwanych historii jakie czytałam. Gratuluje!

    Ps. Jestem ciekawa skąd u ciebie nazwy tych miejscowości. Są one blisko mojego miejsca zamieszkania, praktyczne tam się wychowywałam. Miła zaskoczenie!

    • otfilulu pisze:

      Cieszę się, że się spodobało :) A okolice trochę znam, ostatnio często tam bywam i nieodmiennie zachwycam się lokalnymi nazwami miejscowości.

  3. ~Paulina pisze:

    Zacznę od końca, bo przecież u mnie nigdy nic nie może być tak, jak należy :) Zakończenie jest dwuznaczne, pasuje tak samo do Michała jak i do Łukasza, ale ja nie mam wątpliwości, że chodzi o tego drugiego. Mój stosunek do Kubiaka, od jakiegoś czasu, był powszechnie znany, ale to nie ma nic do rzeczy teraz. To Łukasz na nią czekał, nie naciskał, nie narzucał się, po prostu był. Czekał na swoją szansę, choć nie wiedział, czy kiedykolwiek w ogóle ją dostanie. Ale od początku była między nimi taka nić porozumienia, która mogła świadczyć na jego korzyść. Udało Ci się, przede wszystkim, wykreować bohaterów bardzo niejednoznacznych. Każdy miał coś na swoim sumieniu, nikt nie był święty, a już na pewno nie Iga i Kubiak. Na początku strasznie im kibicowałam i uważałam, że będzie z nich świetna para, w końcu Michał nie miał łatwo, ale jego życiowe wybory i zachowania to wszystko przekreśliły. Traktował Igę jak swoją własność, której chciałby coś narzucić, rozkazywać, by zachowywała się tak, a nie inaczej. Wiedział, że taka jest i że ma tendencje do spychania go na drugi plan, a po tym, co przeszła, ma problemy z zaangażowaniem się, a jednak rzucił się na głęboką wodę… Rozumiem go, w końcu każdy chciałby być najważniejszy dla tej drugiej osoby, ale tym sposobem nic nie osiągnął. Od jakiegoś czasu miałam wrażenie, że ona się dusi i że to już nie jest „to”. Co do Izy, to ktoś wyżej wspomniał, że nie wyobrażał sobie, że można o niej napisać coś dobrego i zgadzam się z tym. Byłam jej zażartą przeciwniczką i wszystko co złe, kojarzyło mi się z nią, ale teraz patrzę na nią trochę inaczej. Pomogła Idze wybrać, nie wiem czy świadomie czy nie, ale pomogła. Okazało się, że szczera rozmowa i wyrzucenie sobie wszystkich żali jest lepsze niż przespanie się z facetem siostry, aczkolwiek gdyby Michał nie chciał, to by się z nią nie przespał. Ten związek od początku był skomplikowany, nie mieli łatwo, ale to było w tym wszystkim najlepsze. Po prostu samo życie. Jedyną osobą, której chyba nie można nic zarzucić jest nasz kochany Pit, który skradł moje serce swoim rozumowaniem w tym opowiadaniu :) Może to przez jego pryzmat jakoś przychylniej spojrzałam na Izę? Jeśli tak, to należą mu się gratulacje. To było naprawdę fantastyczne opowiadanie, jedno z najlepszych jakie miałam kiedykolwiek okazję przeczytać i chylę czoła przed Tobą i przed Twoim ogromnym talentem, bo to była jedna z tych historii, którą czyta się z ogromnym zaciekawieniem. Można powiedzieć, że zakończenie zupełnie w Twoim stylu, ale według mnie – satysfakcjonujące w stu procentach :) Mam nadzieję, że to nie koniec twojej kariery z pisaniem, bo byłoby ogromnie szkoda!
    Ciężko rozstać się z Igą, Michałem, Łukaszem, Izą, Piotrkiem i Przemkiem, ale wszystko się kiedyś kończy, chyba dobrze, że w takim momencie ;)

    • otfilulu pisze:

      Co to by było za zakończenie bez Twojego obszernego komentarza? Poczułabym się oszukana, gdybyś się nie odezwała :)
      Wiem, że się powtarzam, ale niezmiennie cieszy mnie, kiedy ktoś odbiera tą historię, tak jak mi się wyświetliła w głowie. A już w ogóle super, że powoli Iza przestała być dziewczynką do bicia i mimo ostatecznie brzmiących deklaracji nastąpiła zmiana zdania.
      Bardzo dziękuję za wszystkie ciepłe słowa i dogłębne analizy, to jest prawdziwa motywacja, kiedy wiem, że czyta mnie taka osoba jak Ty, gdzie trzeba uważać na szczegóły, starać się być przekonującym i pilnować się, żeby nie odjechać od prawdziwego życia. To dzięki takim komentarzom to opowiadanie mogło otrzymywać tyle pochlebnych opinii, także ukłony dla Ciebie i dla pozostałych recenzentów :).

      • ~Paulina pisze:

        Dziękować nie ma za co, to była ogromna przyjemność czytać coś tak wysokich lotów i przeżywać wydarzenia razem z nimi. A gdyby nie Ty, to nie byłoby czego recenzować i czego przeżywać :) Mam nadzieję, że pozwolisz nam dalej zasypywać Cię komplementami i zachwytami, pisząc kolejną, równie dobrą albo jeszcze lepszą, historię :)

  4. ~prosaen pisze:

    dobrze, że się tak skończyło, bo mimo całej chemii i tego, co Idze dał Michał, to jednak potem nie był dla niej do końca odpowiedni. a Łukasz czekał i miło, że się doczekał, a Iga zaczęła się układać. według mnie powinnaś skończyć na tym MIgała, żeby nie przedobrzyć, a jeśli ktoś bardzo by chciał, żeby mimo wszystko Iga była z Michałem, to może zawsze udawać, że opowiadanie wydarzyło się tylko do pewnego momentu :D nie chcę ci mówić, co masz teraz pisać, bo to ty powinnaś to czuć, ale gdybyś akurat poczuła PIzzę, to ja jestem za i dlatego za tym głosuję :) no i dziękuję ci za to opowiadanie i za to, że tak zostaje w głowie.

  5. ~selene pisze:

    Nie wiem co napisać… to znaczy wiem, ale najpierw muszę uporządkować myśli (ach, ta kobieca logika;)).



    Okej, chyba jestem gotowa ;) Choć od kilku rozdziałów przygotowywałam się emocjonalnie na (happy) end z Kadziem w roli głównej, to jednak czytając tę kończącą wszystko jedenastkę, na pierwszy rzut oka w swej dziecięcej naiwności miałam nadzieję graniczącą wręcz z pewnością, że Iga wybrała Michała, dlatego, że to zakończenie jest… niejednoznaczne, a przynajmniej tak to czuję. Bo Kubiak też by się w nie wpasował, dlatego można interpretować je w różny sposób ;)
    Mam mieszane uczucia. Słodko-gorzkie. W pierwszym komentarzu, który zamieściłam na tym blogu pisałam, że Idze i Łukaszowi razem mówię stanowcze nie. Dlaczego? Bo moje wyobrażenie Igi u boku Michała było tak silne, że po prostu Kadziu nie pasował mi do reszty układanki. Z czasem jednak popatrzyłam na tę historię z szerszej perspektywy, co zaowocowało nowymi spostrzeżeniami. Bo chociaż jest mi naprawdę szkoda Kubiaka, to jednak uważam, że Łukasz chyba zasłużył na nią bardziej. Nigdy nie starał się jej narzucać, ale zawsze był obok (nie napiszę, że czekał na swoją szansę, bo to chyba nie jest odpowiednie określenie) i z pokorą akceptował swoją rolę w życiu głównej bohaterki. A Michał? Jest chyba największym przegranym spośród wszystkich bohaterów, ale stracił Igę na własne życzenie. Popełnił zbyt wiele niewybaczalnych błędów i w pewnym momencie nie potrafił docenić tego co miał, a kiedy mu się udało dojść do głębszych wniosków, było już za późno. Nie ulega wątpliwości, że ją kochał, ale w tej miłości był zbyt egoistyczny. To on jako osoba nie lubiąca półśrodków chciał być tym jednym jedynym i najważniejszym. Z jednej strony go rozumiałam, bo Iga momentami spychała go na drugi, a może nawet trzeci plan, jakby w obawie przed pełnym zaangażowaniem, z drugiej jednak traktował ją jak swoją własność i chyba to go zgubiło. W ich relacji zbyt wiele było niedomówień, wzajemnych pretensji, emocjonalnej szarpaniny, rozstań i powrotów, dlatego ze zdroworozsądkowego punktu widzenia to nie mogło się skończyć dobrze. Coś się wypaliło, odeszło bezpowrotnie, ale to tylko dobitnie pokazuje, że człowiek składa się przede wszystkim ze słabości. Że popełnia błędy, które mogą mieć nieodwracalne skutki. Cieszę się, że pokazałaś, że Iga i Michał zarówno razem jak i osobno są „nieidealni”, ludzcy, że nieustannie walczą z mniejszymi i większymi słabościami. Że w tak wyrazisty sposób ukazałaś ich charaktery.
    Cóż mogę więcej napisać? Bardzo dziękuję za to opowiadanie. Mam nadzieję, że nigdy nie przyjdzie Ci do głowy, żeby usunąć tego bloga, bo z chęcią będę wracać do MIgałowo-łukaszowej historii :) To jedno z tych opowiadań, które jeszcze długo będą tkwić w mojej pamięci.
    Pozdrawiam ;)

    • otfilulu pisze:

      Po raz kolejny dziękuję, szczególnie za potwierdzenie, że udaje mi się realizować zamierzenia. Tak chciałam, żeby do końca nie było stuprocentowej pewności kto otworzył drzwi, tak chciałam, żeby było widać, że Iga podąży za swobodą, wybierze sama a nie zostanie zmuszona do wyborów, tak bardzo chciałam, żeby nikt nie był czarny albo biały, bo zgadzam się z Tobą:”człowiek składa się przede wszystkim ze słabości” i charakter to często wypadkowa tego jak sobie z nimi radzi. Dziękuję jeszcze raz, i to naprawdę ogromna pochwała, wiedzieć, że ktoś będzie chciał jeszcze wrócić do tej historii. Pozdrawiam :)

  6. ~prosaen pisze:

    ja to w ogóle nie wiem, co powiedzieć, bo tu się tyle dzieje. więc może tak hasłami: łazienka, Kubiak jest ślepy, dziewczyny, które w końcu są siostrami. mam nadzieję, że wyciągniesz coś sensownego z tego komentarza.

  7. ~Paula pisze:

    chociaż wydawało mi się, że Izę nigdy nie odbiorę pozytywnie i nie wzbudzi ona we mnie żadnych dobrych uczuć, tak teraz zaczynam jej współczuć, że była taka pogubiona, że tak bardzo brakowało jej bliskich i głębszych relacji z nimi, a co więcej, nawet cieszę się, że postawiłaś na jej drodze Pita ;) a odnośnie naszych głównych bohaterów, to już nie mogę się doczekać tego, co będzie w następnym rozdziale! jeszcze chyba nigdy nie miałam tak, że gdy skończyłam czytać ten najnowszy rozdział, błagałam do ekranu laptopa, by kolejna część ukazała się od razu i żebym mogła ją teraz, już, w tej chwili przeczytać. :D ;)

  8. ~selene pisze:

    Jestem już na bieżąco, więc chyba nadszedł czas, bym i ja zostawiła swój komentarz :)
    Na wstępie przyznaję, iż jest to najlepsze opowiadanie o Kubiaku jakie kiedykolwiek czytałam. Nie lukrujesz, ale też przesadnie nie dramatyzujesz, wszystko jest idealnie wyważone oraz pozbawione tak powszechnego w wielu tego typu utworach kiczu i patosu, dzięki czemu historia nie brzmi surrealistycznie. No i masz niesamowicie lekkie pióro, co sprawia, że każdy rozdział czyta się z przyjemnością.
    To może teraz słów kilka o bohaterach. Cofając się do początku opowiadania, Michała i Igę określiłabym mianem życiowych rozbitków poszukujących bezpiecznej przystani, w końcu każde z nich dźwigało na swych barkach bagaż doświadczeń. Ot, kobieta po przejściach, mężczyzna z przeszłością. Może dlatego mimo pamiętnego falstartu w samolocie, bardzo szybko zawiązała się między nimi nić porozumienia. Kubiak walczył o odzyskanie dobrego imienia i udowodnienie swojej siatkarskiej wartości, Iga – o powrót do normalności po stracie ukochanego. Było więc kwestią czasu, że któregoś dnia ta dwójka zboczy ze ścieżki czysto „przyjacielskich” relacji, aczkolwiek Michał musiał się nieźle nagimnastykować, by Iga opuściła swój hermetycznie zamknięty świat pełen masek, aby wreszcie pokonała swoje lęki i na nowo nauczyła się ufać. A skoro udało mu się ją „oswoić”, to dlaczego pozwolił, by za jego sprawą te wszystkie lęki powróciły ze zdwojoną siłą? No właśnie. I tutaj znów dała o sobie znać jego porywczość, niedojrzałość i bezmyślność. Bo Kubiak jest jak tsunami, jak tykająca bomba zegarowa, która wybucha w najmniej oczekiwanym momencie. Bo choćby bardzo się starał, nigdy nie będzie w stanie do końca zwalczyć swoich wewnętrznych demonów, które od czasu do czasu dają o sobie znać. Taki charakter. Podobnie zresztą Iga, jej złożona osobowość, tendencja do odpychania od siebie ludzi, którzy chcą jej pomagać, wieczne miotanie się, wewnętrzne batalie z samą sobą… Może dlatego ich związek jest taki burzliwy, pełen wzlotów i upadków oraz paradoksów, bo choć czasami ma się odczucie, że nie ma bardziej niedobranej od nich pary, to jednak przeważa wrażenie, że oni w jakiś pokręcony i niewytłumaczalny sposób bez siebie nie istnieją, że choćby Iga uciekła Michałowi na sam koniec świata, to on jednak zawsze znajdzie sposób, by ją odnaleźć.
    Jest jeszcze Kadziu… według mnie cichy bohater tego opowiadania. Uważam, że genialnie kreujesz jego postać. W ogóle razem z Kubiakiem są tutaj tak autentyczni i naturalni, że wręcz nie różnią się niczym od swoich rzeczywistych odpowiedników. Natomiast co do jego relacji z Igą… Od początku nadawali na tych samych falach i to chyba od zawsze wzbudzało moją czujność, bo obawiałam się, że Łukasz któregoś dnia straci dla niej głowę. I faktycznie tak się stało. Czasami wydaje mi się, że Iga pasuje do niego nawet bardziej niż do Michała, aczkolwiek ich ewentualnemu związkowi mówię stanowcze nie. Po prostu sobie tego nie wyobrażam. Zawsze widziałam go w roli przyjaciela/brata/głosu rozsądku (niepotrzebne skreślić), ale nie partnera. Na szczęście Kadziewicz cały czas trzyma głowę na karku i nie pozwala, by chwila słabości zniszczyła coś, co udało im się zbudować, nawet jeśli momentami wszystko w nim krzyczy i protestuje. Bo przecież serca nie da się oszukać.
    Iza. Czy na pewno jest aż tak złą siostrą? Czy na pewno Iga powinna się od niej izolować? Owszem, wielokrotnie ją zraniła, uderzała tam gdzie bolało najbardziej, ale czy do końca świadomie? Może w ten sposób chciała zwrócić na siebie jej uwagę, w końcu zawsze była w jej cieniu, jako ta mniej inteligentna, zmuszona do podążania drogą, która kompletnie do niej nie pasowała. Iga zupełnie się na nią zawzięła, ale czy słusznie? Przecież na dobrą sprawę w słowach ich mamy jest wiele prawdy – mają tylko siebie.
    No i Przemek. Jedyny człowiek, który nigdy jej nie zawiódł, na którym może polegać jak na Zawiszy i który zawsze walczy w jej obronie jak lew. Aż chciałoby się spotkać na swej drodze taką osobę, choć osobiście nie do końca wierzę w przyjaźń damsko-męską bez żadnych podtekstów ;)
    Na koniec odniosę się do najnowszego rozdziału, a konkretnie ostatniej sceny. Cóż, Iga ma dwa wyjścia – albo odmówi tym samym raniąc uczucia Michała, który przecież z entuzjazmem patrzy w ich wspólną przyszłość (czy przypadkiem nie jest to zbyt duży entuzjazm?) albo się zgodzi, po raz kolejny robiąc dobrą minę do złej gry i postępując niezgodnie z własnymi przekonaniami, bo ja mam nieodparte wrażenie, że ona nie jest pewna, czy to wszystko ma jeszcze sens. Oliwy do ognia dolały pocałunki z Łukaszem, które rozbudziły jej wyobraźnię do granic możliwości. Jednym słowem Iga znów się miota. Czekam niecierpliwie na ciąg dalszy :)
    Pozdrawiam ;)

    • otfilulu pisze:

      Ojej, o to co się dzieje kiedy przemówi kolejny Cichy Pit :) Aż się zarumieniłam czytając ten komentarz. Czasami mam wątpliwości, czy udaje mi się przekazać wszystko tak jak należy, bo w mojej głowie historia, motywacje i uczucia są oczywiste, ale czy trafiam w nie słowami? I potem dostaję taką odpowiedź jak Twoja, i wiem, że jest dobrze. Stwierdzenie „you made my day” pasuje tu prawie jak ulał, tylko to był „late evening”. Jeżeli ktoś wczoraj w macu pod Gliwicami, około 23:00 zauważył obłąkanie uśmiechniętą osobę, która wpatrując się w telefon zamarła z kanapką w ręku to to byłam ja, reagująca na powyższe. Dziękuję, dziękuję, dziękuję :)

    • otfilulu pisze:

      Mówiłam, że dziękuję? ;)

      • ~selene pisze:

        Ależ nie ma za co dziękować, ja tylko wyraziłam swoją opinię :)
        Tak a propos Cichego Pita – no właśnie, zupełnie o nim zapomniałam, a przecież jego osoba również przewija się dosyć często w tej historii. Uwielbiam jego wewnętrzne monologi (zresztą któż z nas czasami nie lubi sobie „pogadać” z samym sobą? ;)). Poza tym Pit jest doskonałym obserwatorem rzeczywistości i chyba wielokrotnie udaje mu się dostrzec znacznie więcej niż pozostałym bohaterom. Zastanawiam się tylko, czy pogłębiające się uczucie do Izy nie przyniesie mu zguby. Bo przecież na razie niewiele wskazuje na to, by siostra Igi myślała o nim równie ciepło.

    • ~ani pisze:

      w zasadzie to podpisuję się całkowicie pod Twoim komentarzem.
      i tak, Łukasza, aczkolwiek trwa przy Idze, postrzegam w innej roli, przyjaciela, powiernika ale nigdy nie wybranka serca. Serca nie oszukasz. Serce Igi należy do Kubiaka.

  9. ~eni pisze:

    No widzisz co robisz z ludźmi? Nawet nicków zapominają lol Tak mi złość zdolność myślenia przesłoniła, że wpisałam taki, którym się na jednym z forum długo podpisywałam.
    A Ty chcesz bilety do Gdańska? Bo na ebilet, z tego co widzę sporo biletów jeszcze jest.

    • otfilulu pisze:

      Jeszcze niedawno miałam ambicje na dobre miejsca, w sektorach z których zawodnicy nie będą przypominali mrówek. Ale po dzisiejszym rozdrapaniu biletów w Częstochowie musiałam obniżyć wymagania. A w Arenie spod sufitu nawet Możdżon będzie wyglądał jak przedszkolak. To nie są miejsca dla ślepych ludzi :)

      • ~eni pisze:

        W zeszłym sezonie, kiedy to wydałam prawie 1000 (ile bym za to miała ciuchów!!!) na mecze siatkarzy, w tym roku miało być: basta, nie sponsoruję PZP$. No ale jak mi tak tych Amerykanów pchają do Areny, to co ja biedna mam zrobić? ;) Ale na pewno nie będę sie szarpać na bilety za 200, czy 150. Specjalnie teraz w lutym na Fed Cup kupiłam bilety na środek górnej trybuny, rząd chyba miałam 5 bodajże i widoczność jest bardzo dobra, a przecież piłka do siatkówki jest większa. Co więcej na inauguracyjny mecz z Brazylią miałyśmy bilety na sektor boczny (tylko taki udało się kupić i to na kilka dni przed meczem, jak rzucili nieodebrane rezerwacje) i jeden z ostatnich rzędów. Wzięłam lornetkę przekonana, że nic widać nie będzie i miłe zaskoczenie – bo jest dobry, a do tego sektor był mały w porównaniu do reszty i tak jakoś dla mnie bardziej prywatna atmosfera była. Fajnie by było jakbyśmy miały bilety w tym samym sektorze :)
        P.S Może mam mylne odczucia, ale z tego co widzę na razie nie było takiego szału na bilety, jak w ostatnich latach. Tylko, że u nas chyba jednak najbardziej atrakcyjny przeciwnik, a i Kraków (+ okolice) pokazał, że kocha siatkówkę.

  10. otfilulu pisze:

    Zdaję sobie sprawę, że to trochę nieładnie, ale taką radość sprawiają mi Wasze emocje, że głowa mała. Złośćcie się, nie lubcie Izy, uwielbiajcie Łukasza, żałujcie Michała, bądź zupełnie odwrotnie, wszystko byle nie obojętność, bo najlepsze co mogę od Was dostać to reakcja.
    Dzięki Nan – nie zmuszaj się, Iza jest mi potrzebna, ale wcale nie trzeba stać za nią murem, najważniejsze, że by była jakaś a nie nijaka.
    Dzięki Paula – lubimy Kadzia, prawda?Lubimy.
    Dzięki prosaen -”Iga, co ty w ogóle robisz”, uwielbiam Cię :)
    Dzięki Nata – skąd ta zmiana podpisu? Przecież i tak Cię rozpoznam. Wścieklizny się nie boję, gryź ile wlezie, wiem, że w Twoich oczach zasłużyłam. I dziewczyno, ja się zastanawiam, czy się w ogóle załapię na bilet, dziś Gdańsk rozszedł się prawie od ręki. Żebym tylko trafiła do Areny to będę szęśliwa, wszystko jedno kiedy.

    Ktoś coś chciał jeszcze dodać? Chętnie wysłucham :) I tak przy okazji, gdzie jest „myszkująca” Paulina? Gdzie moja reprymenda? Czuję, że zgrzytasz zębami.

    Pozdrawiam ciepło, zarówno komentujących jaki i cichociemnych.

    • ~Paulina pisze:

      Jak zaglądam regularnie, to nic nowego nie ma, a jak nie zaglądam, to potem mam trochę do nadrabiania! Powinny być jakieś powiadomienia automatyczne czy coś! :D
      I co ja mam powiedzieć? Sama już nie wiem, co mam sądzić o Idze i o tym, co ona wyprawia. Ma jakąś blokadę przed Kubiakiem, to było aż nadto wyraźne w sytuacji nad morzem, teraz ponownie, a do Łukasza lgnie jak mucha do lepu (cóż za poetyckie porównanie, wstyd!). Wiesz, że jestem team #antyKubiak i najbardziej byłabym usatysfakcjonowana, gdyby usłyszał krótkie „nie” w odpowiedzi, aczkolwiek patrząc na dziwne wahania Igi bardziej chylę się ku temu, że się zgodzi, a to będzie oznaka popadania ze skrajności w skrajność. Najpierw uciekała, teraz chce stabilizacji, byle nie za wszelką cenę. Podziwiam Łukasza, bo jest twardy i potrafi być przyjacielem, choć ją kocha i zrobiłby wszystko, by być na miejscu Kubiaka. A co do tego drugiego, to czy on myśli, że pierścionek załatwi sprawę? Chyba się porywa chłopaczyna z motyką na słońce, bo ledwo co się pogodzili, a on wyskakuje z oświadczynami (ja bym go wyśmiała :D). Przyznaję, że mam mętlik w głowie i zupełnie nie wiem, co tego Piotrka do Izki tak ciągnie. Niechże się Pit opanuje, no chyba, że „zmieni” Izę na lepsze, a może wyciągnie z niej tę lepszą stronę? Jakoś jej tłumaczenia zupełnie do mnie nie trafiają, ale wygląda na to, że obie raniły się nawzajem, nie zdając sobie z tego do końca sprawy. I tak to trwało latami i urosło do rozmiaru góry nie do przeskoczenia, choć widzę jakieś światełko nadziei :) Nie wiem, czy ja bym potrafiła siostrze wybaczyć coś takiego, raczej nie… Poza tym, przespanie się z facetem siostry to chyba nie jest najlepsza droga do zbudowania więzi siostrzanych? Powiem więcej: to jest bardzo słaba opcja.

    • otfilulu pisze:

      Nie ma łatwo, żadnych powiadomień, trzeba się wysilić i kliknąć :) Albo dodać do ulubionych :P
      I nawet ja nie będę tak okrutna, chłopak na kolanach a wybranka w śmiech żałości. Chociaż… ;)

  11. ~Nata pisze:

    buuu tak myślałam, tak myślałam… Niby mało być fajne, pięknie a będzie jedno wielkie NIC. Nie wierzę w Igę z Kadziewiczem. W końcu to jest MIgał literka „k” tam nie występuje i nie ma prawa wstępu!
    Tak, mam zły humor, który teraz pogorszył mi się do tego stopnia, że nie podchodzić bo ugryzę (na wściekliznę mnie nikt ne szczepił, jakby coś ostrzegałam) ;)
    P.S.1 Panie Piotrze, kocham Pana <3
    P.S.2 W który dzień wybierasz się LŚ?

  12. ~prosaen pisze:

    co tu się wyprawia! ta konspiracja to bardzo dobry pomysł, ale Iga, co ty w ogóle robisz. Michał trochę się pospieszył, jeszcze nie wszystko jest przecież poukładane, a po tej podróży to chyba nawet wcale nie jest poukładane.

  13. ~Paula pisze:

    jejku, jak szkoda Łukasza! Tak niesamowity facet, a kocha bez wzajemności… :( Pit i jego monologi są tak cudowne, że po prostu nie można go nie kochać! :D I nie wiem dlaczego, ale mam taką cichutką nadzieję, że Iga jednak negatywnie odpowie na to najważniejsze pytanie Kubiaka.. ;p czekam niecierpliwie na ciąg dalszy! <3

  14. ~Nan pisze:

    I jak tu nie kochać Łukasza? Ja uwielbiam ich relację, uważam że jest o wiele głębsza i piękniejsza niż ta, która kiedykolwiek łączyła ją z Michałem. Do Izy się nie przekonam mimo, że naprawdę się staram to nie cierpię tej postaci i już. Jestem bardzo ciekawa jak to się dalej potoczy i życzę Ci dużo weny ;). Pozdrawiam

  15. ~prosaen pisze:

    trochę straszne jest to, co Iga czuje i to pewnie będzie duża przeszkoda w zupełnym powrocie do życia z Michałem. i w ogóle, łał, naprawdę dobrze to opisałaś. Łukasza strasznie w tym szkoda, ale wiadomo, że nie można zrobić nic na siłę. czekam na konfrontację Igi z siostrą.
    moją nocną łazienkę zapamiętam jako duży komplement :>

  16. ~Paulina pisze:

    Dawno mnie nie było, bo mi komputer umarł, ale na szczęście już został przywrócony do żywych. Czytam, czytam i nie wierzę. Nie wierzę, że Iga mu tak łatwo wybaczyła. Poszukał jej parę razy i co, już? Cudowne wybaczenie? Ten palant na nią nie zasługuje i ja tak uważam (może i dobrze, że to nie ja tu o wszystkim decyduję :D). Owszem, u boku Kadzia też jej nie widzę, ale jakoś nie potrafię przyjąć do wiadomości, że tak łatwo mu przyszło odzyskanie jej. Nie mieści mi się to w głowie. A już najbardziej zirytowało mnie zdanie, że chciałby ją zabrać daleko stąd, daleko od pracy, Przemka i Kadzia. To dowodzi tego, że on jest po prostu skończonym egoistą i nie myśli o niczym innym tylko o tym, by mieć ją tylko dla siebie. Chyba jestem do niego uprzedzona, ale tym, co zrobił tak mnie do siebie zniechęcił, że chociaż poruszyłby niebo i ziemię, chyba pozostałabym niewzruszona. Lepiej dla niego, że to nie o mnie chodzi, tylko o Igę. Staram się ją zrozumieć, ale jakoś zupełnie mi to przebaczenie do niej nie pasuje. Nie, nie, po prostu nie. Nie widzi mi się to wszystko. Pamiętam, że gdzieś pisałaś, że każde szanujące się opowiadanie o Kubiaku musi mieć 13 rozdziałów, więc liczę, że to jeszcze nie koniec i nie dasz nam się nudzić, a bohaterowie przeżyją jeszcze wiele wzlotów i upadków. A co do Pita i Izy, to ja nie mam pojęcia, czemu go tak do niej ciągnie…

    • otfilulu pisze:

      No wreszcie wróciłaś, martwiłam się już o Ciebie. Dobrze, że jesteś z powrotem! I jaka zła ;) aż iskra się sypie.
      Oczywiście, to jeszcze nie jest koniec, ale nic nie mogę powiedzieć. Chociaż odnosząc się do Twojego i kilku poniższych komentarzy, coraz bardziej się obawiam, że od kogoś oberwie mi się porządnie za finał do którego zmierza ta historia. To jednak za jakiś czas. Bo każde szanujące się opowiadanie… :)
      A co do sceny plażowej to zastanawiałam się nad nią dość długo i doszłam do wniosku, że trudno byłoby się oprzeć takiej chwili, kiedy masz świadomość, że ktoś przejechał za tobą setki kilometrów, bez żadnej gwarancji, że jest po co. I to ktoś, kto wcale nie jest ci obojętny. Nie wiem dlaczego (a może wiem), ale wierzę, że takie w istocie małe poświęcenia są czasem bardziej potrzebne i skuteczniejsze niż „darcie szat”. Poza tym: patrzący Ci z bliska w oczy Kubiak, powiedz mu „nie” ;) A na poważnie może ktoś jeszcze da znać czy nie przesłodziłam mimo wszystko?, moja drużyno Cichych Pitów? ;)
      Pozdrawiam serdecznie i nie psuj już kompa więcej! Będzie potrzebny, bo jak się nic złego nie zdarzy to będę miała niespodziankę wiosenną dla Was (ale ciii, nie zapeszamy).

  17. ~eni pisze:

    Chyba nie muszę pisać jak się cieszę? :D Łatwo nie będzie, ale mam nadzieję, że teraz już żadne tego nie spieprzy, bo jakby tak przypadkiem, to pojawi się nowy nieplanowany bohater w tym opku i przemówi im do rozumu i tak, to będę ja ;) A co do Kadzia, to no sorry, ale nie ten adres :P

    • otfilulu pisze:

      Ha! Nawet to widzę, jak podchodzisz do Igi i ładujesz jej „plaskacza” w potylicę równocześnie stwierdzając: „pogięło cię?”. Tytuł rozdziału: Eni przemawia do rozumu.
      Pozdrawiam, pamiętaj 20.04. od 16:00 bilety na ligę w Krakowie!

  18. ~prosaen pisze:

    nie wiem, co jest w tym opowiadaniu, ale wystarczy, że przeczytam dwa zdania i już się denerwuję. naprawdę się cieszę, że to się tak potoczyło, chociaż myślę, że przed nimi jest jeszcze długa droga do tego, żeby to wszystko w sobie poukładać. i pewnie nigdy nie będzie tak, jak wcześniej, ale chyba jeszcze może być dobrze. poza tym, o, jest mój Gdańsk!
    i nie wiem, czy już to pisałam, ale tamta scena w lesie bardzo mi się podobała i była naprawdę, naprawdę mocna.

    • otfilulu pisze:

      Hmm ja mam tak z Twoimi opowiadaniami, może się nie denerwuję, ale są sceny, które mi ciągle w głowie siedzą. Pewnej łazienki w nocy nie jestem w stanie Ci wybaczyć, bo trafiła cholernie w punkt.
      Gdańsk Twój, Gdańsk mój, małymi krokami ale w końcu tam wyląduję na stałe, nie może być inaczej. „To moje miejsce i uwierz mi, mam wszystko czego chcę, w tym mieście plaża, w tym mieście ty, czego więcej mógłbym chcieć?”.

  19. ~paula pisze:

    Iga i Kubi!!!!!! <333 miód na me serce;)

  20. ~eni pisze:

    A jednak krew się polała… Ale koniec końców Panowie sobie całkiem do rzeczy pogadali lol Bardzo mi się podobał fragment o „resztkach ze stołu”, bo dokładnie takie miałam odczucie, o czym pisałam gdzieś tam pod spodem :)
    Iza, jej historia i Pit. Może za dużo szwedzkich kryminałów się naczytałam… ale bardzo często u podłoża najgorszych zachowań ludzkich leżą jakieś, często mogące zostać uznane za błahe, wydarzenia z dzieciństwa. Mi Izki jest szkoda, bo do urazy z dzieciństwa, dochodzi jej wybuchowy charakter i to, że chyba najpierw robi, a potem myśli i wychodzi jak wychodzi. Nie wiem, co z tym wszystkim zrobi Iga i czy w ogóle coś będzie próbować zrobić.

    • otfilulu pisze:

      Jeżeli chodzi o Izę, to trochę się tym kierowałam, że każdy z nas ma takie wydawałoby się błahe sprawy, które uprzedzają nas do ludzi, albo są tą kropelką za dużo i powodują bardzo drastyczne działania. Jestem ciekawa, czy ktoś jeszcze się wypowie w sprawie tej postaci, bo może trzeba ją napisać jednak na nowo?

  21. ~Nan pisze:

    Przeczytałam to też na gorąco skomentuje (z góry przepraszam, jeśli moje spostrzeżenia są bez ładu i składu). A więc na początek fajnie, że Michał w furii nie zabił mojego biednego Kadzia ;). Ale tak już serio zupełnie bardzo podobała mi się ich rozmowa i dojrzałe podejście Łukasza, pełen szacunek dla niego. Natomiast Iza jak do mnie nie przemawiała, tak dalej nie przemawia, może jestem nieczuła, ale jak dla mnie te „krzywdy”, które ją spotkały są po prostu błahe. Każdy w życiu musiał przejść przez coś co było nie po jego myśli, ona załamała się i miała żal o szkołę ekonomiczną i to była dla niej trauma, rzeczywiście Iga nie stanęła w tej sprawie po jej stronie i była dla niej wymagająca, ale nie ze złośliwości tylko dlatego, że sądziła iż to będzie po prostu lepsze dla jej przyszłości. W życiu nie nazwałabym tego zdradą. Natomiast Iza wszystko, z premedytacją robiła po to aby skrzywdzić i tego nigdy nie będę potrafiła przełknąć. Robi wielki dramat ze swojego życia, okalecza się, a gdyby przyjrzeć się losom Igi to są one o wiele bardziej dramatyczne, śmierć chłopaka, lata żałoby i zamknięcia się przed światem, napaść i gwałt, zdrada Michała z jej własną siostrą, znowu cierpienie i ucieczka, pewnie można by tu jeszcze trochę powymieniać, ale po co przecież już widać kontrast między nimi. Jasne być może Iga jest silniejsza, ale to nie zmienia faktu, że nie kupuję tego dramatu Izy, która jest dla mnie zwyczajnie zła i egoistyczna, dlatego błagam nie wprowadzaj jej w życie Igi. No i właśnie gdzie jest Iga? Teraz kiedy historia Izy się wyjaśniła mam nadzieję, że Igi będzie więcej. Standardowo czekam niecierpliwie na kolejny rozdział. I przepraszam za ten mój bełkot.

    Pozdrawiam cieplutko

    • otfilulu pisze:

      Dobry wieczór, melduję się z Igą, Iza tylko bardzo bardzo bardzo epizodycznie. Ale coś mi mówi, że możesz nie być zadowolona. Zobaczymy.
      Miłej lektury.

    • ~ani pisze:

      no trochę pojechałaś z koksem… śmierć ukochanego, gwałt… i to, co przeszła w życiu nazywasz błahym?

  22. ~prosaen pisze:

    kiedy zobaczyłam gifa z łamaniem tabliczki, od razu pomyślałam o tym opowiadaniu, więc w sumie to całkiem fajnie było przeczytać, co taki Michał mógł sobie w tej sytuacji myśleć. ta piątka to w ogóle bardzo mi się podoba, ale to w sumie nic nowego. mam nadzieję, że ten wybuch, który nastąpi kolejnym razem będzie bardzo silny, zmiecie wszystko i wznieci pożar, a potem wszyscy razem posprzątają porządnie zgliszcza.

    • ~prosaen pisze:

      PS. w ankiecie najchętniej wybrałabym opcję „Iga”. ale jak nie ma, to Łukasz jest chyba najbezpieczniejszą opcją. chociaż Pan Piotr też ma swój urok. Michała rozpatrywałabym w trochę innych kategoriach.

    • otfilulu pisze:

      Ciskającego się Kubiaka na meczu z Biełogorie napisałabym chyba inaczej, tym bardziej, że do gry jeszcze wrócił i zrobił co trzeba. Ale sam fakt, że go nosi wpasowuje mi się bardzo ładnie w hmm fikcyjną? migałową osobowość. Inne kategorie Michała… to mi dopiero dałaś powód do myślenia.

      A propos sondy: to może i opcji nie ma ale głos traktuję jako ważny i został już uwzględniony. Dziękuję za udział.

  23. ~ pisze:

    Boże boże! Co tu się dzieje! Kochana dodawaj jak najszybciej następną cześć! Pozdrawiam!;*

    • otfilulu pisze:

      Nie myślałam, że to aż takie napięcie będzie. Pewnie dlatego, że ja już wiem co się kroi…
      Jest mały problem z tym „najszybciej”, bo na razie rozbabrany ciąg dalszy, a nie ma szansy na weekendowe składanie w całość. Zupełnie bez premedytacji mogę dać czekać na szóstkę, przepraszam i bardzo, bardzo proszę się nie zniechęcać do MIgał-ów z tego powodu.

  24. ~Radom! pisze:

    Kazałaś się ujawnić, więc to robię. :)
    Co mogę powiedzieć? Opowiadanie jest tak bezbłędnie doskonałe, że aż zapiera dech.
    A wyrazistość i pełnokrwistość postaci jest cudowna.
    Osobiście widziałabym Igę z… serce mówi, że z Michałem, rozum podpowiada, że przy Kadziu miałaby lepiej. Bo umówmy się, Iga jest zbyt wartościowa, by skończyć jako silna i niezależna kobieta z kotem (nawet opętanym :] )
    Jeszcze raz stwierdzam to co wielokrotnie zostało już napisane. To najwartościowsze opowiadanie okołosiatkarskie w internetach.
    Pozdrawiam serdecznie. Życzę jak najwięcej weny i czasu na pisanie.
    Hanka

    • otfilulu pisze:

      Cieszę się, że mogę poznać :)
      I dziękuję za miłe słowa, taki komentarz sprawia, że jeszcze bardziej chce się dbać o jakość i nie zawieść. Motywacja, ważna rzecz :)
      Pozdrawiam równie serdecznie Radomiu.

  25. ~otfilulu pisze:

    Zbiorowo dziękuję za dwa poniższe komentarze, na Was zawsze można liczyć :) I jakie emocje z samego rana!
    Eni: najwierniejsza obrończyni Kubiaka ;) . Dużo pewniej się czuję, wiedząc, że Pan Piotr sobie radzi. Nie chciałabym, żeby wyszedł na dziwaka totalnego. Iza, hmm Iza. Z nią to i ja mam problem.
    Nan: to ja się obawiam, czy nie robię z bohatera całkowitego psychola a Ty mi piszesz, że lubisz takie akcje ;) I wiem, że zaglądasz, co mnie nieodmiennie cieszy. Namierzyłam Cię już chwilę temu (nie psychopatycznie, śpij spokojnie).

    Już się przyzwyczaiłam, że mam tu całkiem sporą rzeszę „Cichych Pitów”. Rozsądnie i trochę egocentrycznie zdaję sobie sprawę, że jeżeli ktoś w ciągu kilku dni bądź nawet dnia czyta wszystkie cztery części to chyba nie żeby się udręczyć, ale dlatego, że opowiadanie go wciągnęło (tak, to o Was: Miechowie, Puławy, Głuchołazy, Radomiu, Jastrzębiu, wielokrotnie Poznaniu, Warszawo, Krakowie itd.itp.) Dla mnie to piękny niemy komplement i wracajcie jak najczęściej. W końcu jeżeli pierwszą część pisałam bardziej dla siebie to teraz robię to przede wszystkim dla Was. I dlatego dajcie się przynajmniej raz poznać. Możecie się przedstawić jako Cichy Pit ;) . A na poważnie, jeżeli zauważycie że przynudzam, odpływam jakościowo i w najstraszniejszym przypadku popadam w lukrowane bajkopisarstwo to bardzo proszę krzyczeć! Przemoc fizyczna również będzie na miejscu. Pokornie przepiszę wtedy wszystko jak leci, byle zachować jako takie pozory realizmu.
    Eni, Nan: pozdrawiam, dziękuję, i wiem, że czuwacie :)

  26. ~eni pisze:

    „Cicho wszędzie, głucho wszędzie, co to będzie, co to będzie”
    Tak mi się przypomniało, jak przeczytałam ostatni akapit… Michał proszę, nie bądź głupi, umiesz nad sobą zapanować, jasne ten dupek próbuje Ci odbić dziewczynę (w sumie już byłą, ale próbował jak jeszcze nią była), ale proszę pokaż że jesteś lepszy! Zmieć go w proch spojrzeniem, dosadnym komentarzem, odejdź z drużyny, ale nie używaj siły, bo biedaczek znowu będzie próbował wykorzystać swoją niedyspozycję :P
    Jestem ciekawa jak to jest z tą Izą… Chciałabym, żeby nie była tak zła, za jaką ma ją Iga, Kadziu, Przemek.
    A Twój Piter jest przeprzeprzecudowny <3 Te jego dywagacje pod siatką! Jesteś genialna :D

  27. ~Nan pisze:

    I w końcu zaczęło się naprawdę dziać! Takie akcje to ja lubię ;). Iza wnerwia mnie coraz bardziej i szczerze byłoby mi szkoda Piotrka dla niej, zbyt fajny z niego gość. Ciekawa jestem jak potoczy się teraz relacja Kubiak-Kadziewicz, przeczuwam że może być gorąco, ale mam nadzieję, że Michał nie zrobi żadnej głupoty (chociaż to raczej złudna nadzieja). Wydaje mi się, że Iga jest ponad tym wszystkim i dobrze, oby nie dała się wciągnąć w ten cyrk. I cały czas liczę na to, że nie odpuści Izie.

    PS: Zaglądam tu codziennie tylko, rzadko komentuję, bo nie jestem w tym najlepsza, ale cały czas czytam i czekam z niecierpliwością na kolejne rozdziały.

  28. ~prosaen pisze:

    zbieram się do napisania komentarza tutaj już bardzo, bardzo długo, ale po tym, co napisałaś na moich blogach stwierdziłam, że wreszcie muszę. przede wszystkim dziękuję za opinie i ojeju, bycie w TWOICH polecanych to jest dopiero zaszczyt! naprawdę, jest mi tak miło, że nawet nie wiem jak to wyrazić. no, ale tyle na mój temat. chciałam Ci też powiedzieć, że dawno nie wciągnęłam się w żadne opowiadanie tak bardzo jak w Twoje i jest na pewno jednym z najlepszych fanfików w całym internecie. włożyłaś w nie tyle emocji, że denerwowałam się prawie przez cały czas, kiedy je czytałam. bohaterowie są tak dobrze zbudowani, podoba mi się Iga, podoba mi się pomysł Michała, który nie radzi sobie z agresją, w ogóle co ja się będę rozpisywać, wszystko mi się podoba i z niecierpliwością czekam na więcej.

  29. ~paula pisze:

    Wątek z Cichym Pitem świetny! ;) mam nadzieję tylko, że Iza nie namiesza jakoś w jego życiu, bo jest przesympatyczny w tym opowiadaniu! ;) a Kubiak, Kadziu i Iga … nooo Kubiak jak dla mnie mega dupek, ale dalej bym go widziała jeszcze z Igą .. :DD chociaż Iga o wiele bardziej zasługuje na Kadzia!;p ciekawa jestem jak Michał by zareagował, że jego trener i przyjaciel coś czuje do jego – byłej już – dziewczyny ;)
    Ogólnie świetne opowiadanie, najlepsze jakie kiedykolwiek czytałam i mam ogromną chęć czytać wciąż więcej i więcej! ;) Pozdrawiam :*

    • otfilulu pisze:

      Cieszę się, że Pan Piotr przypadł do gustu, troszkę się o niego obawiam, bo wpadł w to zamieszanie znienacka :)
      Dziękuję za ponowne miłe słowa i postaram się żeby było jeszcze co czytać. Pozdrawiam bardzo.

  30. ~Karolina pisze:

    Wiesz, że Cię uwielbiam? Wiesz, że uwielbiam tą historię? I chcę koniecznie wiedzieć, jak się to wszystko potoczy! Proszę! Mam nadzieję, że Iga da szanse Kadziowi. Choć z jednej strony nie powinna tak od razu skreślać Kubiaka. Myślę, że tej dwójce potrzebna jest szczera rozmowa. Taka od serca. Po takim spotkaniu oboje powinni stwierdzić czy dalej chcą walczyć o siebie. O miłości. Jeżeli Iga nie da mu szansy to Kubiaczek powinien odpuścić. Odejść i dać ułożyć sobie życie z kimś innym. Choć w tym opowiadaniu bezapelacyjnie jestem za Łukaszem, to na miejscu Igi dałabym szansę Michałowi. A wiesz dlaczego? Ponieważ w życiu nie wszystko jest takie proste, wyjątkowe. O związek trzeba dbać, pielęgnować. Nawet w najtrudniejszych chwilach trzeba sobie poradzić razem. Dlatego czekam niecierpliwie na dalszą część! Przepraszam, za to co napisałam. Wszystko jest bez ładu i składu. Dzisiaj nie potrafię się skupić. Pozdrawiam. Czekam. Karolina

    • otfilulu pisze:

      Hej, lubię jak do mnie piszecie, kiedy dowiaduję się co sądzicie. Nie wolno przepraszać. Dziękuję za miły komentarz.
      I zgadzam się z Tobą. Próbą są trudności, najbardziej ceni się to co wywalczone.
      Zobaczymy jak i czy sobie z tym poradzą, bo przecież ciąg dalszy nastąpi. Pozdrawiam i cieszę się, że zaglądasz.

  31. ~eni pisze:

    Mam dziś nieciekawy humor po meczach Fed Capu w mojej kochanej Kraków Arenie, więc nie wiem jak mi to poniżej wyjdzie…
    Nie przyłączę się do chóru potępiającego Kubiego i uznającego go za skończonego. Ostatnio pisałam, że kiedyś wydawało mi się, że nigdy bym nie wybaczyła zdrady, jednak żyję na tym świecie już trochę i widzę, że niektórzy są do tego zdolni. Niektóre związki udaje się uratować, inne nie. Jestem pełna podziwu dla tych, którym to sie udaje, bo to wymaga ogromnej pracy, siły, cierpliwości, wiary i sama nie wiem jeszcze czego. Pisałam też, że chciałabym, żeby Iga i Michał ze sobą szczerze porozmawiali, niestety Iga do tego nie dopuściła i nie mam zamiaru jej osądzać, ale ciągle uważam, że powinni to zrobić zwłaszcza po końcówce. Iga czy tego chce czy nie, ciągle kocha Michała, końcówka najlepszym dowodem. Kadziu… hymm może być zastępstwem, takim trochę na pokaz, z którym może będzie się całkiem miło i spokojnie żyło, ale to nie będzie „to”. Chętnie bym też Izę jeszcze spotkała…

    • otfilulu pisze:

      Nie ukrywam, że odczuwam satysfakcję. Miałam cichą nadzieję, że każda ścieżka znajdzie swoich zwolenników. I Kubiakowa i Kadziewiczowa.
      Michała można potępiać, Michała można zrozumieć. Łukasz może wydawać się właściwym albo zbyt oczywistym rozwiązaniem.
      Przynajmniej staram się, żeby tak było.
      A w ogóle Kraków Arena 3-4 lipca :)

      • ~eni pisze:

        A taki miałam niecny plan, żeby w tym roku nie iść na LŚ (mój prywatny protest przeciwko kółku wzajemnej adoracji pzps+pol$at)… No to mi Amerykanów do cacka dali i nie ma bata, muszę iść (o ile bilety kupimy oczywiście). Komu będę kibicować – jeszcze nie zdecydowałam :P Nie bić! ;)

  32. ~otfilulu pisze:

    Dziękuję za dotychczasowe opinie i budujące słowa. Fajnie, że jest Was tyle i komentarze są obszerne. Cieszy. Mam nadzieję, że jeszcze coś tu przybędzie, kolejne elaboraty w stylu Pauliny mile widziane. W pamięci tymczasem notuję (z przymrużeniem oka): Kadzia zepsuć, Przemka nie psuć – mam nadzieję, że nie pomylę ;-) , Kubiaka odstrzelić i Kubiaka zostawić – to prawie jak nagi a ubrany, ale coś się wymyśli :) , dla Nan bez kubiątek, ale może z kadziewiczątkami, podjąć wyzwanie Anonima z konfrontacją i Kłosowi anonimowo transfer zorganizować, Paulinie pomóc zebrać szczękę (potrzebna będzie do rozgryzania kolejnej części, bo bez jej rozprawki byłoby ponuro i źle), Adze ukłonić się za „niejestnormalne” i opowiedzieć o Izie, dla A. popracować nad stylem (bardzo konkretna wypowiedź swoją drogą).
    Pozdrawiam wszystkich, czekam na kolejne wpisy. Motywują, żeby po nocach coś sobie skrobać do czwórki na brudno :) .

  33. ~A. pisze:

    Nie będę rozpisywać się jak dobra jest ta seria, bo sama dobrze o tym wiesz, a inni potwierdzają.Choć styl miejscami do poprawy:powtórzenia, maniera pisania tego samego po przecinkach, pytania retoryczne. Ale na tle innych fanficów bez konkurencji prawie. W sprawie zawieszonych w niepewności bohaterów to krótko: Iga powinna się zmienić, ta jej stanowczość może i jest godna podziwu, ale nie pomaga. Nigdy nie będzie z nikim szczęśliwa jeżeli nie zacznie wybaczać i odpuszczać. Izy chciałabym więcej, to może być ciekawa postać. Michał na pewno zostanie, w końcu to MIgał4, Kadziewicza mi szkoda, wydaje mi się, że nie ma szans. To kumpel, nic więcej nie będzie, niepotrzebnie robi sobie nadzieje. Kubiak wróci i odzyska swoją Igę.

  34. ~Aga pisze:

    A ja bym się chciała dowiedzieć co się wydarzyło pomiędzy Izą i Igą, są jakieś drobne wrzutki w opowiadaniu ale nic pewnego. Wtedy może byłabym w stanie opowiedzieć się po którejś ze stron. Tak to sama nie wiem, ale to niejestnormalne mówić o siostrze, że się jej nie lubi, coś musi być nieźle namieszane. I teraz się jeszcze pogłębiło.
    Wiem, że Michał zdradził, ale jakoś nie chciałabym, żeby odpuścił. Może jednak jest dla nich jakaś droga? Bardzo mi się podobali razem, on i Iga, szczególnie na początku. A jeszcze jak wiem, że chciał się oświadczyć, to już w ogóle.
    I może zaczniesz część czwartą wcześniej? Do marca strasznie daleeeeeko.

  35. ~Paulina pisze:

    Przeczytałam końcówkę trzeciej części i wciąż zbieram szczękę z podłogi, choć sama nie wiem, dlaczego? Przecież spodziewałam się, że Michał ulegnie Izie, w końcu to tylko słaby facet, który potrzebuje pocieszenia i zastępstwa, gdy coś pójdzie nie po jego myśli. Niedobra Iga, bo pojechała walczyć o życie Łukasza, a jego zostawiła, na boisku na pewno się zgubi. Wiem, że wyolbrzymiam, ale Kubiak stracił w moich oczach wszystko, na co sobie zapracował w trakcie całej tej historii. Nie jestem w stanie pojąć, jak dla chwili przyjemności i zapomnienia można przekreślić coś tak ważnego, jak ukochana kobieta? Po raz kolejny okazało się, że jest słabym egoistą, jak sądziłam od jakiegoś czasu. Wiedział, jaka jest Iga, że ma trudny charakter, że życie ją boleśnie doświadczyło i związek z nią to nie będzie sielanka, a ona nie jest typem kobiety, która czeka na ciebie po treningu z kolacją, nie poświęca wszystkiego dla ciebie, dla twojego zawodu. Oboje mają trudne charaktery i na początku wydawało się, że świetnie do siebie pasują, ale perspektywa Michała pokazała, jak dużo ich różni.
    Igi nie usprawiedliwiam, bo swoje za uszami ma i nie jest to tak, że ona jest niewinna, a Michał jest złem wcielonym. Jednak, mimo wszystko, nie dziwię się jej. Też wybrałabym pomoc przyjacielowi (jak na tamtą chwilę), nie spodziewając się, że podczas mojej chwilowej nieobecności pocieszy się moją siostrą. Jeśli ja byłabym Igą, to w moim życiu nie byłoby już miejsca dla Michała. Kategorycznie. Nie po czymś takim. Zdrada to zdrada, coś niewybaczalnego, bez względu na to, jakie były jej powody. Jeśli się kogoś kocha, to nie robi mu się czegoś takiego. Powinna zniknąć z jego mieszkania i pozwolić sobie pozbierać się, z dala od tego wszystkiego. Lubię ten jej twardy charakter, że jak sobie coś postanowi, to się tego trzyma. Wtedy, po akcji ze zdjęciami, uległa mu, a teraz mamy tego skutki. Mam nadzieję, że pogoni Kubiaka w diabły, bo tylko na to zasłużył. I nie wiem, jak on może się jeszcze łudzić, że to da się naprawić?
    Iza? Czy ona naprawdę sądzi, że Iga będzie chciała z nią rozmawiać? Po czymś takim? Chciała się zemścić? Mało brakowało, by rozwaliła Przemkowi rodzinę, a teraz uderzyła jeszcze bardziej – „zabrała jej faceta”. Wiadomo, gdyby nie chciał, to by się nie dał, ale nie żadna siostra nie powinna o czymś takim nawet myśleć. Zniszczyła jej życie, po czymś takim powinna skulić po sobie uszy i zniknąć, a nie wielce godzić się z nią. Naiwna idiotka, bardzo irytująca na dodatek. Widać, do czego może doprowadzić chęć zemsty, bo chyba tym się kierowała? Mam nadzieję, że Iga, tak jak Kubiaka, pośle ją w diabły. Nie interesuje mnie to, jak bardzo była pokrzywdzona, jak czuła się samotna przez te lata, może na własne życzenie? Może trzeba było o naprawianiu relacji myśleć wcześniej, a nie po tym, jak przespała się z jej facetem?
    Przemek… Chodzący ideał przyjaciela w tym opowiadaniu, jak na razie jako jedyny o jednej twarzy i mam nadzieję, że chociaż jego oszczędzisz i tak zostanie. Wiem, że ideały nie istnieją, a twoje opowiadanie nie jest tworem oderwanym od rzeczywistości, ale… Myślę, że na razie nie powinien się wtrącać, powinien zaufać Idze i zostawić to tak, jak jest. Zawsze może wkroczyć w odpowiednim momencie, gdy będzie taka potrzeba. W końcu kto ją zna lepiej, niż on?
    A Łukasz, czyli postać, po której nie spodziewałabym się takiej przemiany. Z przyjaciela w kogoś, kto chce czegoś więcej. Trudno mu się dziwić, nawiązał z Igą nic porozumienia chyba nawet lepszą niż ta, która łączyła ją z Kubiakiem. Nie jestem jednak pewna, czy to dobry pomysł, by za wszelką cenę brnąć w to dalej? Wiadomo, życie rządzi się swoimi prawami i szybko może okazać się, że wcale z Igą w związku, na co dzień, nie będzie mu tak dobrze, jak sobie tego wyobrażał, a wtedy co? Koniec przyjaźni i wszystkiego innego. Chyba nie chciałby skończyć w takiej niełasce jak Kubiak? Z drugiej strony sądzę, że jeśli ktoś miałby „zastąpić” (o ile to w ogóle możliwe) Idze Maćka, to właśnie Łukasz. Doświadczony, spokojny i wiedzący na co się pisze facet, a nie młodzieniec z wybujałymi wyobrażeniami.
    Kończąc, nie jestem w stanie powiedzieć, co zrobiłabym na miejscu bohaterów, stojąc przed takimi wyborami. Wiem jedno. Michał i Iza są dla mnie skończeni, bez względu na to, jaką wybrałaś dla nich drogę. Siostra chyba skazała się na wieczną niełaskę, no chyba, że Iga mnie zaskoczy :)
    Czekam więc niecierpliwie na początek czwartej części!

  36. Anonim pisze:

    Najbardziej podoba mi się, że nikt tu nie jest czarny albo biały, każdy ma swoje ciemne strony, no może poza Przemkiem, ale jak Cię znam to też do czasu. Połknęłam MIgały w zastraszającym tempie, bardzo podziwiam Twoje pisanie. I zamieniam pytajniki:
    Iga-konfrontacja, jestem ciekawa jak to rozegrasz
    Iza-serce mówi trampki, ale szpilki na pewno zamieszałyby w fabule, sama nie wiem
    Przemek-niech nie działa wbrew sobie, do tej pory nie lubił się mieszać i to mi się podoba
    Michał-żadnych podpisów!!!
    Kadziu-tu mam zagwozdkę, tak jak ktoś wcześniej napisał, też go nie cierpię normalnie, ale w twoim wydaniu go ubóstwiam. Więc prośba, zepsuj go trochę, będzie mi łatwiej :P
    A poza tym może ktoś nowy przeniósł by się do twojego Lubina? Np.Kłos? Please!
    No i to co wszyscy: najlepsze opowiadanie jakie znam!Dzięki

  37. ~Nan pisze:

    Ale się porobiło! Jak dla mnie Michał jest skreślony, facet notorycznie nawala i to po całości. Jest zapatrzonym w siebie egoistą, który na Igę NIE ZASŁUGUJE!!! Znielubiłam (chyba nie ma takiego słowa, ale cóż ;)) go strasznie (a jeszcze niedawno chciałam małe kubiątka pff…). Izy szczerze i z całego serca nie cierpię, są rzeczy których się nie wybacza i wydaje mi się, że Iga nie będzie wstanie zapomnieć i odpuścić takiej całkowitej zdrady resztek zaufania jakie jeszcze do niej miała (mam nadzieję, że nie wybaczy, bo ani Michał ani Iza na to nie zasługują). Nienawidzę zdrajców, jeżeli Iza miałaby być z Michałem to mam nadzieje, że wyciąłby jej taki sam numer. Kadzia niezmiennie i niezaprzeczalnie ubóstwiam, bardzo mu kibicuję, mam nadzieję, że mu się ze swoją małą cholerą poukładają relacje i Iga go nie odetnie od siebie. A Przemek jak to Przemek ideał faceta i prawdziwego przyjaciela o jakim chyba każdy marzy, oby mu tylko Izunia nie nabruździła.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>