MIgał3

Dni: I II III IV V VI VII

Zastanawialiście się kiedyś jak wiele może zdarzyć się w waszym życiu w ciągu jednego tygodnia? Oczywiście, będziemy zasypiać siedem razy z nadzieją, że tyle samo razy się obudzimy. Może uda się coś osiągnąć, wygrać, zdobyć. Albo wprost przeciwnie stracić, zgubić, zaprzepaścić. Zasadniczo to tylko kilka dni od poniedziałku do niedzieli i w większości przypadków nie spotka nas nic wartego zapamiętania. Codzienność, rutyna, te same obowiązki, znajomi, powtarzane uporczywie czynności. W ciągu tych 168 godzin na świecie urodzi się około dwa i pół miliona dzieci a ponad milion ludzi umrze. Według niezupełnie rzetelnych badań dwieście tysięcy osób zakocha się w tym czasie, niekoniecznie szczęśliwie. No i można by było rozegrać jakieś trzysta trzydzieści setów w siatę.

Ale do rzeczy. Chciałbym wam opowiedzieć o minionym tygodniu. Uważam go za dość wyjątkowy i wymykający się statystykom. Jestem pewien, że przyniósł za wiele i to nie tylko mi. Wydaje mi się, że spokojnie moglibyśmy zrezygnować z części niespodzianek, jakie nam zafundował. Nam to znaczy Idze, Michałowi i mojej skromnej osobie. Postaram się przekazać wszystko jak najdokładniej, choć nie obiecam, że będę obiektywny, z kilku powodów. Po pierwsze nie zawsze byłem bezpośrednim uczestnikiem wydarzeń, wiele znam z przekazów innych, ale wiarygodnych świadków. Choćby Przemka czy Pita. Po drugie podchodzę do tej historii bardzo emocjonalnie, a to wyklucza dystans i siłą rzeczy będę pewnie stronniczy, i to nie lekko. Trudno, musicie się z tym pogodzić, jeśli macie mi pomóc. Tak właśnie, potrzebuję waszej rady.

Mam na imię Łukasz. Kiedyś całkiem niezły siatkarz, dziś nie najgorszy trener. Dokładnie siedem dni temu odebrałem telefon i się zaczęło.

Dzień Pierwszy

-Odezwali się? – Michał bez zbędnych wstępów przeszedł do rzeczy. Mówił półgłosem chodząc nerwowo po sypialni i coraz zerkając z niepokojem przez uchylone drzwi. Musiał być ostrożny.

-Misiu, jak miło cię słyszeć – Kadziewicz nie miał zamiaru ułatwiać mu zadania – u mnie oczywiście wszystko w porządku, dzięki, że pytasz. Zdrówko dopisuje, właśnie jestem na zakupach. Mówię ci, jakie świetne buty przed chwilą widziałem, ale nie ma mojego rozmiaru. Jak zwykle. Czemu bozia pokarała mnie takimi kajakami?

-Ja pierdolę, Łukasz! – Kubiak warknął do telefonu starając się pohamować narastającą złość. Gdyby tylko mógł to wytarmosiłby teraz swojego trenera tak jak Parówka, kiedy maltretuje kolejne treningowe Nike. Swoją drogą ten pies jest jak urząd skarbowy, zeżarł już tyle kasy, że głowa mała – Nie mam czasu na głupoty, odezwali się czy nie?

-Tak – Łukasz spoważniał – akceptują warunki, co robimy?

-Ile czasu mam na decyzję? – Michał uśmiechnął się do siebie, najchętniej wydałby teraz dziki okrzyk radości, ale okoliczności nie sprzyjały, musiał siedzieć cicho.

-Tydzień możemy ich przetrzymać, dłużej nie, bo wyjdziesz na primadonnę.

-Ok, odezwę się – chciał się już rozłączyć, kiedy usłyszał jeszcze głos Kadziewicza zadającego nieuniknione pytanie.

-Michał, ona dalej nic nie wie, tak? – jakby potrzebował dodatkowych wyrzutów sumienia. Łukasz jak na osobę, która ciągle podkreśla, że nie będzie się wtrącać, za często wścibia nos w ich życie.

-Powiem jej, niedługo, jakoś się dotychczas nie składało, poza tym wcale nie jestem pewien, co wybiorę – sam nie wiedział dlaczego zaczął się tłumaczyć. Chyba bardziej chciał przekonać siebie niż swojego rozmówcę, że wszystko jest w porządku i Iga nie odbierze tego tak, jakby coś przed nią ukrywał.

-Zrób to w końcu, nawet nie chcę myśleć co będzie ze mną jak się dowie – Kadzia już od dawna dręczyła ta sytuacja.

Był przekonany, że kiedy prawda wyjdzie na jaw pierwsze uderzenie odbierze Kubiak, jak najbardziej zasłużenie. Ale kiedy Iga przeanalizuje całość wydarzeń będzie miała pretensje również do niego. Oczywiście, mógłby się zasłaniać tajemnicą zawodową, przypominać, że to sprawy między nią a nim. Problem w tym, że jego samego nie przekonywały takie bajeczki, trudno w takim przypadku oczekiwać, że Iga bezkrytycznie by w nie  uwierzyła. Tak bardzo nie chciał nadszarpnąć ich znajomości, zaufania, jakim go prawdopodobnie darzyła. Lubił tą małą cholerę, rozumieli się świetnie i mieli podobne cięte poczucie humoru. Liczył skrycie, że może należeć do jej najbliższych przyjaciół, na równi z Przemkiem. Szkoda byłoby to zepsuć przez kubiakową głupotę.

-Słyszysz co do ciebie mówię? – Łukasz próbował jeszcze wymusić na Michale jakąś deklarację.

-Słyszę, przynudzasz. W ten weekend we Włoszech, będzie odpowiedni moment na poważne rozmowy. Muszę kończyć – rozłączył się bez pożegnania i rzucił ze złością telefon na łóżko, po chwili usiadł obok niego przesuwając na bok otwartą, do połowy spakowaną walizkę. Nagle pomarkotniał, krótka wymiana zdań z Kadziewiczem, mimo że przyniosła dobre wiadomości uzmysłowiła mu również, że chyba zabrnął trochę za daleko i odkręcenie tego bez konsekwencji może być trudne.

-Igaaaa! – Michał wydzierał się z sypialni jak gdyby dzieliła ich kilkusetkilometrowa odległość, w tym przynajmniej jedna nieprzebyta puszcza a już na pewno bezdenna przepaść.

-Kubiaaaak! – dziewczyna odpowiedziała tym samym tonem uśmiechając się pod nosem, ale nie odrywając wzroku od ekranu laptopa, w którego klawiaturę zawzięcie klepała. Ktoś powinien chyba spodziewać się mało przyjemnego maila od pani analityk.

-Igaaa, gdzie moja zielona bluza?  – pokręciła głową z niedowierzaniem. Jak człowiek, który pół życia spędza w podróżach może być tak oporny przy pakowaniu? Jej walizka już dawno stała w przedpokoju, gotowa do drogi, podczas gdy siatkarz nie był jeszcze nawet bliski domknięcia swojej. I ciągle czegoś nie mógł znaleźć, niepojęte.

-Zgaduję, że nadal w szafie – rzuciła ze złośliwym uśmieszkiem.

-Nie ma, chodź tu na chwilę i pomóż szukać. Tu jest za dużo twoich ubrań – Michał wystawił głowę przez uchylone drzwi – i może ściągnęlibyśmy coś z ciebie, to będzie ich jeszcze więcej – poruszył brwiami z dwuznaczną miną.

-Szukać, tak? Ale w czeskim znaczeniu tego słowa chyba – Iga zaśmiała się, odłożyła komputer i podniosła się z kanapy – jak znajdę to siedzę przy oknie w obie strony.

Na widok porozrzucanych wszędzie części garderoby, rozbebeszonej walizki i zadowolonej miny siatkarza, stojącego w samym środku tego rozgardiaszu dziewczyna załamała ręce.

-Kubiaku, zlituj się! I z czego się cieszysz? Za dwie godziny musimy być w Strachowicach, a twoim problemem jest jakiś jeden polar, podczas gdy zdążyłeś spakować chyba tylko stringi i to nie swoje. Chcesz mi o czymś powiedzieć? – obdarzyła go niewinnym uśmiechem.

-Zołza! – Michał rzucił w nią trzymaną w ręce bluzą, zieloną – do roboty kobieto, widzisz, że sytuacja mnie przerosła.

Uwinęli się w niecałe piętnaście minut. Nagle okazało się, że wszystko co potrzebne jest pod ręką i na swoim miejscu. Iga zaczęła nabierać podejrzeń, że jest w coś wmanewrowywana. Utwierdził ją w tym przekonaniu komunikat mrugający ponuro na ekranie laptopa, kiedy ponownie próbowała zalogować się do systemu: brak uprawnień.

-Co wyście zrobili? – nie dała dojść Kubiakowi do słowa, tylko chwyciła za telefon.

-Przemek, co jest grane? – Michała nawet nie zaskoczyło, że pierwszą ofiarą jest jej przyjaciel. W końcu to on musiał wydać polecenie informatykom tym samym zgadzając się z propozycją siatkarza, wchodząc z nim w układ.

-Nie wiem czemu, ale spodziewałem się tego telefonu, szósty zmysł kurwa – Przemek pozwolił sobie na delikatną ironię. Również był zdania, że Idze potrzebny jest odpoczynek i odcięcie się od pracy, choć na te kilka dni. Gotowy był o to zawalczyć.

-Odblokuj mnie gnojku, przecież muszę mieć kontakt z firmą – dziewczyna nie miała zamiaru tego tak zostawić, nikt nie będzie decydował za nią, co może a czego nie.

-Pani apelacja została odrzucona – Przemek był w wyśmienitym humorze, doskonale wiedział, że to ją jeszcze bardziej rozwścieczy, ale nie mógł sobie darować.

-Bawi cię to? Obu was to bawi widzę – Iga rzuciła mordercze spojrzenie Michałowi, któremu radosny uśmiech nie schodził z twarzy. Siatkarz postanowił jednak opuścić strzelnicę i schował się do sypialni mrucząc pod nosem o konieczności dopakowania, uwaga, zielonej bluzy.

-Przemek, przecież nie będę siedzieć cały czas przy laptopie, odblokuj – postanowiła spróbować miękkich negocjacji, tym bardziej, że Kubiak nie mógł już tego usłyszeć – z resztą jakby coś się działo, to będziesz żałował, że nie mam możliwości zadziałania – i trochę szantażu.

-Iga, przestań, twój chłopak ma wyjątkowo rację, a ja, jako twój przełożony, mam moc sprawczą. Nic ci nie pomoże, będziesz odpoczywać na przymus. Ciekawe czy potrafisz – Przemek zaśmiał się wyobrażając sobie jej minę.

-A przy okazji, pamiętaj, że wasz błogi relaks może zostać zakłócony inaczej – dodał po chwili poważniejąc – przypominam, będziecie w Mediolanie.

-Tak, marudzisz mi o tym dziesiąty raz, nie zapomnę, choćbym chciała – Iga wyburczała odpowiedź pod nosem z lękiem odwracając się w stronę pokoju z odizolowanym w środku, nucącym wesoło jakąś skoczną melodyjkę Michałem.

-Musisz mu powiedzieć kretynko, jak to potem wytłumaczysz? Że ci kurwa umknęło? – Przemek zaczął się denerwować, nie potrafił przemówić jej do rozumu. Jak można coś takiego ukrywać? – Chyba nie chcesz powtórki z tego co było ze mną? – postanowił użyć ostatecznego argumentu.

-Daj już spokój, powiem mu zanim wylądujemy, nie mam wyjścia, obiecuję – Iga pokornie kiwała głową, miał rację. Przemilczenie nie sprawi, że ten problem sam z siebie się rozwiąże. Albo będzie łatwiejszy do wyjaśnienia – Przemuś, będę kończyć. Musimy się zbierać, odezwę się później. I może jednak mnie odblokuj, co? – spróbowała jeszcze ostatni raz, ale pożegnał ją tylko niepozostawiający złudzeń śmiech przyjaciela.

-Ja cię znam, ty byłaś w tej grupie głupawych kubiakowych koszulek na meczu w Spodku – wysoki chłopak ubrany w reprezentacyjny biało-czerwony dres pochylił się nad Igą, która z zaciętą miną udawała, że czyta książkę i że wcale nie brakuje jej laptopa. Przedstawienie na rzecz siedzącego nieopodal Michała, żeby nie odczuwał za dużej satysfakcji.

-A ja ciebie nie znam i dobrze mi z tym, bo przecież dla mopersów nie szyją nawet głupawych koszulek, tylko mopy – siatkarz rozdziawił usta, siedzący blisko zajścia zawodnicy zaczęli się śmiać i uzupełniać wypowiedź dziewczyny o mało wybredne komentarze na temat zdolności niektórych kadrowiczów. A właściwie ich braku.

-Kubiak, twoja kobieta jest agresywna, znowu – Piotrek Nowakowski zwrócił się do przyjmującego przechodząc obok naburmuszonej Igi i klepiąc ją po głowie. Dlaczego oni wszyscy ciągle tak robią? Umawiają się czy jak? Co ciekawe, to zawsze tylko ci, których darzy sympatią, Przemek, Łukasz, a teraz ten dryblas.

-Prosiłem, nie drażnić zwierzątka – Michał uśmiechnął się kącikiem ust składając na pół trzymany w rękach Przegląd Sportowy i wciskając go do bocznej kieszeni plecaka – nie dotykać, nie zaczepiać. Brać przykład z Zibiego. Omijać z daleka. Zwierzątko jest na małym detoksie i stąd bardziej nerwowe. Za straty w mieniu i godności osobistej nie odpowiadam. W razie zagrożenia sam użyję do obrony – posłał Idze ciepły uśmiech, na co ona odpowiedziała tym samym, a Piotrek z niedowierzaniem pokręcił głową i usiadł obok dziewczyny zaglądając jej przez ramię, żeby sprawdzić co czyta.

Ich krótką wymianę zdań na temat tego czy najlepszy horror Kinga to Lśnienie (Pit) czy Sklepik z marzeniami (Iga) przerwał sygnał przychodzącego sms-a. Dziewczyna spojrzała na wyświetlacz i zmarszczyła brwi wydając z siebie ciche westchnienie. Nie uszło to uwadze Kubiaka, który bacznie się jej przyglądał. Teraz pochylił się w jej kierunku i spytał:

-Co jest? To już kolejna wiadomość, na którą tak reagujesz. Wiem, że nie z pracy, bo Przemek się tym zajął. Co się dzieje? – nie zostawił jej za wiele możliwości manewru przy odpowiedzi. Nowakowski dyskretnie się oddalił, bezbłędnie wyczuwając, że ta rozmowa nie potrzebuje świadków.

-Ktoś będzie czekał na nas na lotnisku w Bergamo – powiedziała po chwili wahania, unikając jego wzroku. Michał, jak zwykle w takich sytuacjach, chwycił ją za podbródek i zmusił do spojrzenia sobie w oczy. Nauczył się, że to zawsze działa i kończy kluczenie pomiędzy niedomówieniami.

-Kto? – spytał ostro, bo w głowie już zaświeciła mu się ostrzegawcza lampka. Kolejny amant wyciągnięty z przeszłości? Tym razem żywy? Dlaczego mają go spotykać? – Powiedz, nie bój się – dodał już łagodniej widząc jej spłoszony wzrok.

-Moja siostra.

-To Iga ma rodzeństwo? – Kadziewicz zrobił zdziwioną minę i rozlał po kolejnym kieliszku wiśniowej nalewki. Siedzieli sobie w wygodnych ratanowych fotelikach wystawionych do łukaszowego ogródka. Dwóch cieszących się wolnym wieczorem facetów, grzejących się w zachodzącym sierpniowym słoneczku i leniwie rozmawiających o czym bądź.

-No ma, ma, niepotrzebnie się wygadałem – Przemek łyknął słodkawego trunku i otrząsnął się lekko – kurwa, mocne toto.

-No ba, pan Staszek jest ekspertem od fermentacji. Ale łeb po tym nie boli, a to duża zaleta – stwierdził Łukasz i sam pociągnął ze swojego kieliszka.

-Pan Staszek? Myślałem, że to twój wynalazek. A to polewaj szczodrzej, już się nie boję, że oślepnę – Przemek zaśmiał się do kolegi.

-No co ty, stary, gdzie tam mój, jakbym zaczął próbować czy już chwyciło, to ten produkt skończyłby się na etapie soku. Ja się nadaję tylko na konsumenta, konesera nawet – Kadziu puścił oko – Ale wracając. Dlaczego nikt nie wie, że Iga ma siostrę? Nigdy o niej nie wspomniała.

-Sam sobie odpowiedziałeś geniuszu. Nikt nie wie, bo o niej nie wspomina. Ja też nie będę – Przemek uznał temat za zamknięty, ale Łukasza nie dało się tak po prostu odprawić z kwitkiem. Po kilku następnych kolejkach wychwalanej pod niebiosa nalewki Pana Staszka wrócili do tego wątku ponownie. Przemek jeszcze chwilę się wzbraniał, ale w końcu zdecydował się opowiedzieć w ogólnym zarysie to co sam wiedział.

Dobre relacje Igi z siostrą skończyły się mniej więcej w liceum. Dzieląca je różnica wieku nie jest w tym przypadku istotna, to raptem dwa lata, ale osobowościowo dzieli je przepaść. Czy wydarzyło się coś szczególnego, czy może po prostu dojrzewanie zrobiło swoje, cokolwiek miało na to wpływ rodzeństwem były jedynie przez łączące je pokrewieństwo wynikające z aktów urodzenia. Dziewczyny żyły w odrębnych światach i wyrosły na zupełnie niezwiązane ze sobą osoby. Poukładana Iga, ścisły umysł, praktyczna, racjonalna, i dość asocjalna nie potrafiła zupełnie porozumieć się z młodszą, wrażliwą, neurotyczną nawet, artystką. Dzieliło je wszystko: znajomi, zainteresowania, uzdolnienia, priorytety i wartości. Dysonans pogłębił dodatkowo wyjazd siostry z kraju, najpierw do Anglii w ramach fali emigracyjnej młodych, wykształconych, bez perspektyw, a potem do Włoch gdzie osiadła już na stałe. Nie pomagało również nastawienie Igi, która tylko z sobie wiadomych powodów ograniczała kontakty do zdawkowego upewniania się, że jeszcze żyją. Nie odwiedzały się w ogóle poza koniecznościami rodzinnymi, a wśród dostępnych zdjęć próżno szukać jakiegoś ich wspólnego.

-I właśnie dlatego nikt nie wie, że ma siostrę. Bo jest tak, jakby jej nie miała – podsumował Przemek.

Zapadł już zmierzch, nad cichym letnim ogrodem zaświecił księżyc a w karafce z nalewką zaczęło świecić dno. Obaj panowie wpadli już w ten przyjemny stan, kiedy jesteś niestety daleki od chodzenia zupełnie prosto, ale jeszcze sporo dzieli cię od osunięcia się pod stół. Wtedy najczęściej zaczyna się filozofia i szczerość. Bądź mitomania.

-Wiesz jak Iga mnie nazywa? Bratem – Przemek ewidentnie się rozgadał, mimo że mówienie sprawiało mu już niejaką trudność – i tak właśnie jest. Traktujemy się jak rodzeństwo. Więzy krwi to sprawa drugorzędna.

-No tak, a wiesz jak ma cię oznaczonego w telefonie? – Łukasz starał się jeszcze wydobyć ostatnie krople alkoholu z opróżnionej butelki, ale zrezygnował po kilku nieudanych próbach – Odciskiem psiej łapy. Jak się jej kiedyś spytałem dlaczego, to powiedziała, że najwierniejszy kumpel, sto procent zaufania.

Przemek skinął głową i roześmiał się zadowolony.

-Ciekawe na co ja sobie zasłużyłem, pewnie jestem piłką do siatkówki – Kadziewicz skrzywił wargi, nie wyglądało to na uśmiech.

-Nieee – zaprzeczył jego towarzysz – kiedyś byłeś Jokerem a teraz jesteś chyba Wiedźminem.

-Że czym jestem? – Kadziu postanowił poderwać się z fotelika, co skończyło się prawie przewróconym stolikiem i lądowaniem w pobliskim krzewie hortensji. Przemek śmiał się w głos patrząc na nieporadnie gramolącego się z ziemi siatkarza.

-No byłeś psychopatą z Gotham a teraz jesteś mutantem od zabijania potworów. Mam wątpliwości czy to zmiana na lepsze – dodał, kiedy Łukasz wrócił na swoje miejsce. Z ozdobnego krzaczka została kupka zmaltretowanych liści i połamanych gałązek.

-Chciałbym być …– Kadziewicz przerwał nagle i zmieszał się nieznacznie – …Batmanem – dokończył swobodnie i zaniósł się szalonym śmiechem, udowadniając, że pierwszy wybór Igi nie był taki od rzeczy. Przemek patrzył na niego długo.

-Uważaj – powiedział w końcu.

-Swoją drogą – Kadziu uspokoił wreszcie – myślisz, że Kubiak wie? O siostrze? Powiedziała mu?

Zanim Łukasz dokończył pytanie znał już odpowiedź. Jego gość energicznie pokręcił głową.

-Miała mu powiedzieć dziś. Nie ma wyjścia, bo ona mieszka w Mediolanie. Spotkają się – Przemek spojrzał na zegarek, zmarszczył brwi próbując odczytać godzinę – Prawie pierwsza, powinni już wylądować.

-My też lądujmy – zaśmiał się Łukasz – właściwie jest już jutro. Chodź piesku, wiedźmin zaprowadzi cię do twojej budy, to znaczy pokoju.

Podnieśli się z fotelików pokonując złośliwy opór powietrza wciskający ich z powrotem w siedziska i chwiejnym krokiem podążyli do domu. Zostawiając za sobą porzuconą w trawie, pustą już karafkę i kilka niedomówień zawieszonych pod sierpniowym rozgwieżdżonym niebem.

Dzień Drugi

-Glusia! – chociaż o tej porze lotnisko świeciło pustkami Iga i tak nie potrafiła dostrzec wołającej jej siostry. Wspinała się na palce żeby cokolwiek wypatrzeć, ale były to raczej żałosne próby. Musiałaby chyba stanąć sama na sobie, żeby mieć szansę z siatkarskim murem maszerującym przed nią. Pozostawało tylko czekać cierpliwie aż przejdą odprawę i wyjdą do głównej hali.

-Glusia? – Michał zdecydował się w końcu przerwać milczenie między nimi.

Samolot to nie było miejsce na prywatną rozmowę, szczególnie taką, która mogła mieć raczej burzliwy przebieg. A po niespodziance, jaką uraczyła go Iga przed samym odlotem nie miał ochoty odzywać się w sprawie mało istotnych bzdur, a już na pewno nie miał zamiaru udawać, że wszystko jest w porządku. Był zły i urażony. Kim jest dla niej? Skoro nie zasługuje żeby o takich kwestiach, jak posiadanie rodzeństwa, dowiadywać się w normalny sposób a nie przypadkiem, kiedy nie ma już możliwości dalej tego ukrywać? Oczywiście, nie okłamywała go. Przecież sam nigdy o to nie pytał, szanując jej skrytość i licząc na to, że są już ze sobą na tyle długo, że bezspornym jest wiedzieć o sobie to co najistotniejsze, przynajmniej to. Nie oszukała go także, mówiąc, że ma już zorganizowany nocleg w Mediolanie, bo przecież sztab nigdy nie zgodziłby się na zakwaterowanie razem z reprezentacją. Dużym ustępstwem była wspólna podróż. Przemilczała tylko, że zamieszka u swojej najbliższej krewnej. Teraz zastanawiał się, o czym jeszcze nie był godny zostać poinformowanym, a co z pewnością wiedział o jego dziewczynie Przemek a może nawet i Kadziewicz. Wzburzenie podsycał w nim dodatkowo fakt, że sam ma na sumieniu przeterminowany sekret, który chciał w końcu jej wyjawić. Zachowanie ich obojga było niepokojące, tajemnice, niedopowiedzenia. Boją się siebie wzajemnie? Nie ufają? To co ich utrzyma razem?

-Dlaczego Glusia? – szturchnął Igę domagając się odpowiedzi. Stała w tłumie zawodników z nieprzytomnym wyrazem twarzy, zatopiona we własnych równie nieciekawych myślach i chyba nie usłyszała go za pierwszym razem. Zagubione dziecko w lesie wielkoludów, rozczulił go ten obrazek. Objął ją i przyciągnął do siebie, jeszcze zdążą się pokłócić.

-Iga, Igusia, Glusia – uśmiechnęła się niepewnie podnosząc na niego oczy – a na Izę mówi się Żaba, bo Izabella, Żabella, Żaba. I nawet się nie waż.

-Na co mam się nie ważyć – Michał wyszczerzył się złośliwie i, z naciskiem wypowiadając nowopoznane słowo, dodał – Glusiu?

Wzruszyła ramionami, lepsze to niż obojętność. Choć nienawidziła tego przezwiska była pogodzona z tym, że musi odcierpieć swoje. Zasłużyła, a to dopiero początek, czeka ją jeszcze wytłumaczenie się z głupiego postępowania.  Przemek miał po stokroć rację, trzeba było wcześniej zebrać się w sobie. Próbowała znaleźć powód, który ją przed tym powstrzymywał tak długo, ale jedyne, czego się doszukała to strach przed tym, co może zobaczyć w oczach Michała, kiedy staną obok siebie. Glusia i Żaba. A ten moment właśnie nadszedł. Wyszli za barierki strefy odpraw, kadra siatkarzy rozproszyła się i na wprost nich pojawiła się Iza.

Kasztanowe włosy opadające skośną grzywką na czoło przysłaniały jedno z zielonych, podkreślonych perfekcyjnym makijażem oczu. Jak zawsze jej strój umiejętnie łączył elementy steampunku z klasyką. Wcięty w talii płaszcz zapinany na szerokie klamry z oryginalnymi guzikami. W każdym zatopiona kompozycja trybików, zegarkowych mechanizmów. Wąskie czarne spodnie i wysokie sznurowane buty na obcasie sprawiały, że sylwetka wydawała się jeszcze smuklejsza i bardzo kobieca. Całość uzupełniały mitenki i mała kuferkowa torebka. Iga zawsze podziwiała niewymuszony sposób, w jaki jej siostra potrafiła zaakcentować swoją obecność, nawet w tłumie nie można było przejść obok niej obojętnie. Teraz na opustoszałym nocnym lotnisku nie miała konkurencji, jaśniała wśród otaczającej ją przeciętności. Przywitały się podając sobie dłonie.

Michał patrzył oniemiały na ten gest. On przy takich okazjach zawsze fundował swojemu bratu solidnego „niedźwiedzia” i mocne klepanie po barach. Teraz był świadkiem spotkania obcych osób a nie rodzeństwa. Ale to były siostry, nie mogły się tego wyprzeć choćby nie wiem jak się starały. Podobne do siebie prawie jak bliźniaczki. Ten sam wzrost, te same oczy, te same rysy twarzy i kolor włosów. Jednak, gdy przyjrzał się dokładniej, zauważył pewną istotną różnicę. Iza był lepszą wersją Igi. Jak gdyby ktoś przepuścił ją przez fotoshop poprawiając wszystkie niedoskonałości i mankamenty. Trochę za duży nos zmieniony w idealnie dopasowany, za wąskie usta odpowiednio pełniejsze, zbyt szpiczasty podbródek złagodzony. Wyretuszowana, udoskonalona kopia udowadniająca na każdym kroku jak ładna mogłaby być Iga gdyby geny postanowiły odrobinę inaczej.

-Iza, poznaj Michała, Michał to właśnie moja siostra – Kubiak uścisnął rękę dziewczyny i uśmiechnął się zakłopotany, miał wrażenie jakby znalazł się w gabinecie krzywych zwierciadeł. Próbował nie gapić się ostentacyjnie, ale chyba wyraz jego twarzy wyjawiał wszystko, bo usłyszał:

-Tak, jesteśmy prawie identyczne, wiemy, wiemy. Już nam ktoś o tym wspominał, zasadniczo każdy, kto nas razem zobaczył. Ale ja jestem ciut młodsza, po tym odróżnisz mnie od Igi.

-Przepraszam, dałem się zaskoczyć. Może jakbym wiedział wcześniej nie zachowywałbym się teraz jak ćwok – Michał rzucił oskarżycielskie spojrzenie swojej dziewczynie – czy macie może jeszcze waszą trzecią kopię, o której nie wiem?

Iza zaśmiała się kręcąc głową, nieświadoma przytyku pod adresem jej siostry. Niezręczną sytuację przerwało pojawienie się Bartmana.

-O, matrix się zawiesił? – spytał przyglądając się równie zaskoczony, jak przed chwilą Kubiak – jakby jedna to i tak nie było za dużo. Misiek, autokar czeka. Dawaj, dawaj, bo chcemy wszyscy już do wyrek. Trening jutro przed południem to będzie masakra jakaś. Dobranoc miłej pani w dwóch egzemplarzach.

Zbyszek wyrwał koledze walizkę i ruszył w kierunku wyjścia, zatrzymał się kilka kroków dalej i niecierpliwie czekał aż Michał do niego dołączy. Siłą rzeczy pożegnanie musiało być krótkie. Objął Igę i szepnął jej do ucha:

-Odezwę się jutro jak już będziemy po zajęciach, mamy do pogadania. Niezły numer wywinęłaś Glusiu, strach się bać, co jeszcze mi przyszykowałaś. Odwdzięczę się.

I zanim Iga zdążyła zapytać o cokolwiek, czy zaprotestować cmoknął ją w czoło i pobiegł do poganiającego go na wszelkie możliwe sposoby Zibiego.

Obudził ją dzwonek telefonu, zegarek wskazywał dziesiątą. Przetarła ręką oczy drażnione wpadającym przez niedomknięte okiennice słonecznym światłem i zanim zdążyła odebrać połączenie aparat powtórzył gitarowy riff. W pomieszczeniu zabrzmiały słowa piosenki: „…after all is said and done, are you still having fun?”

-Jakże akuratnie – mruknęła do siebie i nacisnęła zieloną słuchawkę, na wyświetlaczu migotał ślad psiej łapy.

-Dzwonisz, żeby mi powiedzieć, że znów mam dostęp do systemu, prawda? – Iga starała się z całych sił nie zdradzić głosem jak bardzo jest zaspana, nie udało się.

-O ty leniu śmierdzący, jeden dzień wolnego i już poróbstwo, wystarczyło zabaweczkę wyłączyć – Przemek śmiał się zadowolony – jeszcze mi za to podziękujesz. A budzę cię, żeby sprawdzić czy żyjecie. Co prawda nie było doniesień o katastrofie lotniczej, ale Kubiak mógł cię udusić – w jego mniemaniu subtelnie nawiązał do interesującej go kwestii.

-Dopiero popołudniu, teraz trenują – Iga przewróciła się na wznak i relacjonując Przemkowi przebieg wydarzeń rozglądała się ciekawie po zajmowanej przez nią sypialni.

Wczoraj była zbyt wyczerpana podróżą, by dobrze przyjrzeć się otoczeniu. Teraz z podziwem zerkała na rozwieszone wokół prace Izy. Szkice wąskich włoskich uliczek naprzemiennie z portretami. Większość w ołówku, ale to wystarczyło, aby dać pojęcie jak bardzo rozwinął się przez lata talent jej siostry. Tym bardziej szkoda tej jednej wymuszonej decyzji. Ekonomik zamiast liceum plastycznego. Jak bardzo można komuś spaprać życie dokonując wyboru za niego. A Iga zamiast stanąć ramię w ramię z młodszą, mniej asertywną dziewczyną, jeszcze pomogła wbić ją w nigdy niedopasowany uniform „porządnego zawodu”. Czy tak trudno było wtedy zrozumieć, że to co idealne dla jednej jest nieporozumieniem w przypadku drugiej?

 -Podsumowując jego reakcję, na nagrobek poproszę: „nie myślałam, że się tak wścieknie”. Albo czekaj! Lepiej! To ci się spodoba: „Przemek ma zawsze rację, teraz już wiem” – oboje zanieśli się śmiechem, a po chwili w głośniku dał się słyszeć jeszcze jeden głos:

-Co wam tak wesoło, ja też chcę – Kadziewicz wrogo przejął przemkowy telefon i już nadawał z typową dla siebie nadpobudliwością – Cześć mała cholero, popiliśmy się wczoraj u mnie trochę. Szkoda, że cię nie było, bo miałbym na kogo zwalić szkody wyrządzone ogrodowej roślinności.

-Ciekawe, że wy się zawsze umawiacie, kiedy ja nie mogę dołączyć. A potem mi opowiadasz, jak ci przykro, że nie przyszłam – Iga włączyła standardowy tryb droczenia się z Łukaszem. Uwielbiała to, idealnie się uzupełniali w tych słownych potyczkach. Między innymi dlatego, że nie było potrzeby zważać na stosowność czy dopuszczalne granice złośliwości. Ani ona ani on nie potrafiliby się na siebie gniewać wiedząc, że tak naprawdę nie chcą wcale sprawić sobie przykrości – Wymyśliłbyś jakąś inną historyjkę, bo ta uwłacza mojej inteligencji. Albo powiedz po prostu, że ze mną nie chcesz pić. Bądź mężczyzną.

-No tak zapomniałem, że dla ciebie aluzja to coś, co się wbija młotkiem. I przepraszam, ale uwłacza czemu twojemu? Bo tu chyba jakieś zakłócenia były. Inteligencja jest jak młodzieńczy trądzik. Jak do tej pory nie miałaś to już mieć nie będziesz – odczekał chwilę aż Iga się wyśmieje i nazwie go przy okazji dokuczliwym dziadem z demencją i spytał niby od niechcenia:

-A jak się ma Kubiak?

-Chyba dobrze, ale zobaczę się z nim dopiero popołudniu, a co? – dziewczyna czujnie wychwyciła nienaturalność w jego głosie.

-Ostatnio narzekał trochę na bark, byłem ciekaw czy mu przeszło – zełgał na poczekaniu, modląc się w duchu, żeby Iga nie zechciała drążyć tematu.

Dowiedział się tego, na czym mu zależało. Michał nadal nic jej nie powiedział. Już, już miał to zrobić za niego, ale wycofał się w ostatniej chwili. Pożegnał się szybko nie chcąc przeciągać niebezpiecznej rozmowy. Pewnego dnia udusi tego głupka, ale to wciąż nie jest jego sprawa. Może kiedyś. Po zakończonym połączeniu na wyświetlaczu telefonu nadal widoczne było zdjęcie roześmianej dziewczyny. Przemek, pewnie by zrobić jej na złość, wybrał ujęcie z jakiejś starej fotografii, na której Iga miała nieszczęsną krótką fryzurkę. Włosy sterczały jej we wszystkich kierunkach, jakby trafił ją piorun i to nie jeden. Łukasz bezwiednie uśmiechnął się do siebie i swoich myśli.

-Uważaj – Przemek stał z kubkiem świeżo zaparzonej kawy w dłoni i patrzył wymownie na Kadziewicza.

Mediolan nie jest najpiękniejszym miastem. Imponujący jest Rzym, zachwycająca – Barcelona, kusicielski – Paryż. Ale Milan, mimo że ustępuje im urodą, ma w sobie coś, co każe wracać. Może to niewymuszony szyk, urok kryjący się w bocznych uliczkach od Via Brera, może mniejsze natężenie wszędobylskich turystów, może to jak prezentuje się w deszczu lśniąc mokrym brukiem. Mediolan będzie wołał po imieniu każdego, kto kiedykolwiek odwiedził to miejsce i nie pozwoli o sobie zapomnieć.

Wędrowali starym miastem trzymając się za ręce. Przystanęli na chwilę przed katedrą, przespacerowali się galerią Viottorio Emanuelle, odpoczęli na kamiennych ławeczkach przed La Scalą. Iga opowiedziała Michałowi wszystkie najważniejsze fakty związane z jej siostrą, próbowała jak najlepiej wytłumaczyć ich wzajemną obojętność nie wybielając zbytnio swojej osoby. Nie pominęła historii Przemka, i starała się nie być przy tym małostkowa. Takie rzeczy się zdarzają.

To było, kiedy ich mama jeszcze żyła. Iza przyjechała na Święta Bożego Narodzenia pierwszy raz po kilku latach emigracji. Przemek wpadł w przerwie przed Nowym Rokiem dowożąc Idze jakieś ważne dokumenty do podpisu. Tak się zaczęło. Potem niewiele brakowało, a jego małżeństwo z Kaśką stałoby się przeszłością. Nie zaiskrzyło, po prostu jej siostra postanowiła za wszelką cenę związać się z jej przyjacielem. W sumie misja skazana na porażkę, Przemek był lojalny i wierny, i kochał swoją żonę. Dlatego Iga darzyła go tak wielkim zaufaniem, to nie był zdrajca, za żadną cenę. Ale Iza długo nie dawała za wygraną, jeszcze po powrocie do Londynu potrafiła wysłać zatruwającego spokój smsa, albo zadzwonić w najmniej odpowiednim momencie.

-Ale dlaczego? – Michał kompletnie nie rozumiał, jak można uganiać się za kimś takim jak Przemek. Może i fajny gość, ale bez przesady, żeby tracić dla niego zdrowy rozsądek?

-Nie wiem Kubiaku, czasem myślę, że to było po to żeby mi dopiec, pokazać, że nikt nie jest niezawodny – popatrzył na nią z niedowierzaniem – też wydaje mi się to nieprawdopodobne. Jednak za mało znam własną siostrę, żeby móc to z całą pewnością wykluczyć. To przykre, ale tak jest.

Dotarli do Piazza San Fedele i przysiedli na chwilę przy pomniku Manzoniego. Na placu panował wyjątkowy dla tej części miasta spokój. Kilku przechodniów śpieszących tylko w sobie wiadomych sprawach, para robiąca zdjęcie przed kościołem, klienci wychodzący z pobliskiego banku. Rozglądali się w milczeniu, budynki o nienachalnej architekturze nadawały temu miejscu swoistą, dostojną atmosferę, nad ich głowami, po ograniczonym dachami prostokącie nieba przemykały chmury.

-Nigdy tego nikomu nie powiedziałam – Iga postanowiła dokończyć, wydobyć z samego dna najgorszą dla niej tajemnicę – Ja jej po prostu nie lubię. Jako człowieka. Jak mogę zatem ją kochać?

Michał przyglądał jej się chwilę zastanawiając się nad tym, co właśnie usłyszał. Jeżeli zdecydowała się coś takiego wyznać, to było to przemyślane, przeanalizowane, pewne. Znał ją na tyle dobrze, żeby umieć teraz dopowiedzieć sobie motywy jej zachowania. Z premedytacją odcinała się od siostry, bo przecież nie mogła zmusić się do miłości, a udawanie sympatii byłoby poniżające, dla nich obu. Iza była dla Igi porażką, bardzo ważnym przegranym meczem. I to w najbardziej przykry sposób.

Czasem schodzisz z boiska z bolesną świadomością, że przeciwnik był lepszy, bez żadnych wątpliwości, finito. Innym razem wiesz co nie wyszło, jaki element zawiódł w twojej drużynie i masz pewność, że pozwoliłeś mu wygrać. Dzisiaj, bo w następnym starciu nie popełnisz już tych samych błędów. Najgorsze spotkania to te, gdy zostajesz pokonany i wydaje ci się, że mogłeś temu zapobiec, ale podjąłeś złą decyzję, bądź nie podjąłeś jej wcale. Zaniechałeś ruchu, odpuściłeś w meczu o najwyższą stawkę. Wtedy masz niesłychany żal do siebie, złości na rywala nie ma w tobie w ogóle. I nie chcesz o tym rozmawiać, z nikim, nie rozpamiętywać. Wstyd zżera cię od środka, tak trudno przyznać przed innymi: „to moja wina”.

Kubiak sięgnął po dłoń dziewczyny, starym zwyczajem pogładził blizny na jej kciuku. Pomyślał, że ona cała jest tak poharatana, widzialne szramy i niewidzialne znamiona. Twarda i krucha zarazem, nie mógłby trafniej jej opisać.

-Rozumiem – sprawdzonym gestem sięgnął do jej podbródka i spojrzał z bliska w oczy – ale nie możesz się bać ze mną rozmawiać. Za dużo za nami, żebyś znów zaczęła się przede mną chować.

Pocałowała go przypieczętowując umowę. Zapomnieli się na dłużej, korzystając z bliskości, delektując się smakiem swoich warg, elektrycznym dreszczem przebiegającym po skórze, kiedy gładziła jego policzek, kiedy on splótł ręce na jej plecach. Kochali się i każdy kolejny intensywny pocałunek udowadniał im to na nowo.

-Gorzko, gorzko – ciszę i nastrój przerwały gwizdy i oklaski. Nieliczna, ale nadrabiająca w centymetrach nad poziomem morza grupka siatkarzy wkroczyła na plac i pierwsze na co zwrócili uwagę to nie manierystyczny kościół San Fedele ani zasępione kamienne oblicze włoskiego romantyka tylko całująca się zapamiętale, wyglądająca znajomo para.

Kubiak nie miał zamiaru pozwolić wybić się z rytmu licząc, że któryś z kolegów domyślnie wpadnie na to, żeby dać im jeszcze trochę czasu na osobności. Ale Iga uśmiechnęła się słysząc kolejny komentarz.

-Przyjmujący naszej kadry prezentuje dziś niecodzienną technikę odbioru, spójrzcie państwo na ułożenie dłoni – Nowakowski, wyjątkowo głośny jak na Cichego.

-Ostatni Kubi, ostatni – zawtórował ktoś inny wśród ogólnego rozbawienia – przepustka się kończy, wracamy.

Michał pocałował dziewczynę jeszcze raz kierując w stronę wiwatujących zawodników rękę z wyciągniętym środkowym palcem.

-Widzimy się jutro po meczu – stwierdził odrywając się w końcu od zarumienionej Igi – dla Izy, gdybyś chciała, mogę jeszcze skołować bilet.

-Nie, ona nie przepada za sportem, już jej proponowałam. Ale wieczorem zaprosiła nas na kolację, jeżeli będziesz mógł – zawiesiła głos. Przytaknął w odpowiedzi, czemu nie.

-Dasz sobie radę? Nie zdążę cię już odprowadzić, coś mnie tutaj zatrzymało – puścił oko i uśmiechnął się zadowolony.

Kiwnęła głową. Uraz do przebywania samemu wśród obcych nadal był dla niej problemem, ale od postoju taksówek dzieliło ją kilka kroków, podoła. Jeszcze w samochodzie, zanim dotarła do mieszkania siostry, odebrała sms-a: „Pit twierdzi, że musi cię poduczyć blokowania. Za bardzo otwierasz po prostej. Nawet się nie waż, Glusiu!”.

Dzień Trzeci

Michał lubił, kiedy Iga przychodziła na mecze. Może to głupie, ale wydawało mu się, że czuje jej wzrok za każdym razem, gdy przygotowuje się do odbioru, ustawia pod siatką, idzie w pole zagrywki. Jakby lekkie muśnięcie palców, delikatny dotyk, ciepły impuls rozchodzący się po ciele. Wiedział, że to tylko złudzenie, ale nie zmieniało to faktu, że było mu przyjemnie. Był pewien, że ona patrzy tylko na niego i ledwie dostrzega całość wydarzeń na boisku, to również sprawiało mu radość. Najważniejszy, tego potrzebował. W jej obecności grał też lepiej, swobodniej, częściej ważył się na ryzykowne akcje przekonany, że właśnie teraz mu się uda. I rzeczywiście wychodziło, punktował, kiwki wchodziły gładko, a mocne serwy utrudniały rozegranie przeciwnikom.

Po towarzyskim meczu ze Stanami, kiedy to wrócił w wielkim stylu udowadniając wszystkim, że powołanie do kadry to nie przypadek ani niczyja fanaberia, miejsce w podstawowej szóstce miał gwarantowane. Nikt nie wątpił, że jeżeli mają utorować sobie drogę do Tokio to bezwzględnie z Kubiakiem na parkiecie. Turniej kwalifikacyjny w Mediolanie powinien zapewnić im przepustkę do wymarzonych zawodów. Na pierwszy ogień Serbia, później Włosi i Belgia, półfinał i finał. Determinacja w zespole była ogromna, wola walki jeszcze większa.

Ciężka przeprawa zaczęła się już od pierwszego seta, każdy punkt wydzierany i wymęczony. Na drugą przerwę techniczną schodzili z marnym oczkiem przewagi. Sięgając po ręcznik podniósł wzrok na trybuny, odnalazł Igę w tłumie i chwilę przyglądał się jej z uśmiechem. Wiedział już, że będzie dobrze, przecież wygrają, nie może być inaczej. Akcja po akcji powiększali dystans, wzrosła skuteczność bloku, kontry przychodziły łatwiej. Po szczególnie udanym gwoździu dającym ostatni, dwudziesty piąty punkt, kiedy wbił piłkę z lewego skrzydła prosto pod nogi serbskiego środkowego, uniósł ręce w geście triumfu, krzyknął napinając mięśnie karku i wydawało mu się, że słyszy tuż przy uchu „brawo Kubiaku”. W kolejny set weszli siłą rozpędu, nie zostawiając już złudzeń, kto jest dziś lepiej dysponowany, zwyciężyli z łatwością do osiemnastu.

W trzecim sytuacja się skomplikowała. Serbowie nagle przypomnieli sobie jak się gra w siatkówkę na międzynarodowym poziomie. Idealnie czytali ich rozgrywającego i blokowali co drugi atak. Frustracja w zespole rosła, stracili kolejną wideo weryfikację, bo wydawało im się, że przeciwnicy dotknęli siatki, znowuż rywale nie mylili się, kiedy żądali sprawdzenia odbierając im kolejne punkty.

-Dalej panowie, kurwa, gramy, gramy – zagrzewali się do walki w przerwie i po każdej udanej akcji. Nadaremnie, przewaga drużyny przeciwnej stale się powiększała. Trener poprosił o czas, próbował jeszcze coś wskórać przypominając o taktyce, podkreślając elementy, które należało wzmocnić i poprawić. Michał znów odwrócił się w kierunku publiczności. Iga patrzyła wprost w jego oczy, „pokaż im Kubiaku” wyczytał z ruchu jej warg i uśmiechnął się kiwając głową. Byli w korzystnym ustawieniu, wracając na boisko poprosił, żeby zagrali na niego. Pierwsza piłka na lewo i przepchnął ją po wyciągniętych nad siatką dłoniach, kolejna i atak po skosie pod rękami przeciwników. Zaryzykowali z następną wystawą, obił potrójny blok tak mocno, że mikasa wylądowała daleko za linią końcową. Zaczęli odrabiać straty, coś znów zaskoczyło w ich grze, wyuczone w trakcie treningów mechanizmy zafunkcjonowały raz jeszcze. Kiedy przyszła kolej na jego zagrywkę od zwycięstwa dzieliły ich dwa punkty. Nie zrobili już kolejnego przejścia, asy serwisowe Michała rozstrzygnęły mecz. Skakali po boisku wrzeszcząc z radości jak opętani. Trzy do zera, właśnie tak należało rozpocząć ten turniej, przypominając wszystkim, że bardzo niemądrze jest lekceważyć reprezentację Polski. Schodząc do szatni poczuł znajome ciepłe muśnięcie na karku, patrzyła na niego. Tylko na niego.

Pierwszy szatnię opuścił Piotrek Nowakowski, pogwizdując pod nosem i wymachując swoją sportową torbą. Zobaczył Igę podpierającą ścianę nieopodal drzwi wyjściowych, za którymi majaczył czekający na zawodników autokar. Dziewczyna miała wciśnięte do uszu słuchawki i wybijała równy rytm uderzając dłonią o własne udo. Siatkarza dostrzegła dopiero, gdy stanął tuż przy niej trącając ją w ramię i zmuszając do wyłączenia odtwarzacza.

-I jak? Ładnie nam poszło, co? – uśmiechnął się od ucha do ucha i przybił piątkę starając się nie złamać przy tym wyciągniętej w jego kierunku drobnej dłoni – kto był twoim zdaniem najlepszym środkowym? Podpowiem ci, że znasz go osobiście.

-Wybacz, ale w moim życiu jest jeden gracz na tej pozycji nieodmiennie na pierwszym miejscu. Potem dopiero możesz być ty – rozbawiła ją zaskoczona mina chłopaka, a jeszcze bardziej jego słowa utwierdzające w przekonaniu, że nic z tego nie rozumie.

-Przecież Kubiak jest przyjmującym, chyba tyle wiesz – jak na zawołanie rozdzwonił się jej telefon „…you have always gone your way, are you happy today?”.

-Właśnie o tobie rozmawiamy – powiedziała odbierając połączenie i z zadowoleniem obserwując jak brwi Piotrka unoszą się do góry wyrażając zupełną dezorientację.

-Mam nadzieję, że tak jak na to zasługuję, czyli opisujesz mnie w samych superlatywach, a nie jak to masz w zwyczaju, w bezpodstawnych złośliwościach – Kadziu zdzierał gardło przekrzykując uliczny ruch. Tylko z wiadomych sobie powodów postanowił zadzwonić z najmniej odpowiedniego do tego miejsca.

-A zdziwisz się i będziesz mnie zaraz przepraszał, tak jak ja na to zasługuję. Właśnie prawie powiedziałam panu Nowakowskiemu, że najlepszym środkowym jest i zawsze będzie dla mnie niejaki Łukasz Kadziewicz, kojarzysz takiego gościa? – podetknęła aparat pod nos przysłuchującemu się tej wymianie zdań siatkarzowi prosząc – Piotruś, bądź łaskaw potwierdzić, bo ja tu mam szansę wygrać potyczkę miesiąca z tym niedowiarkiem.

-Dzień Dobry, to mówię ja, Piotr Nowakowski, potwierdzam i nie zaprzeczam, proszę przepraszać, najlepiej na głośnomówiącym – Pit włączył się do zabawy, ale fala wychodzących z szatni kolegów porwała go ze sobą. Pomachał Idze na pożegnanie i zniknął za szklanymi drzwiami.

-Głupio ci teraz, co? – dziewczyna zaśmiała się zadowolona – Oglądałeś mecz?

-No jasne, najlepszy były środkowy musi być na bieżąco – głos Łukasza wydawał się o wiele radośniejszy niż przed chwilą – i powiem ci, że dokładnie mogę określić gdzie siedziałaś, wystarczyło podążać za wzrokiem Kubiaka. Coś ty tam robiła na tych trybunach? I czemu nie pokazali tego w telewizji?

-Obleśny z ciebie dziad, pewnego dnia… – Iga niespodziewanie pisnęła mało nie upuszczając telefonu i nie kończąc wymyślonej na poczekaniu riposty. Michał złapał ją właśnie w pół i nieoczekiwanie poderwał do góry.

-Z tego co słyszę, wnioskuję, że to mój trener – mruknął jej do ucha – daj mi go na chwilę – dodał stawiając roześmianą dziewczynę z powrotem na ziemi i odbierając jej smartfona.

-Cześć stary, jak widzisz forma dopisuje, nieźle było – nie pozwalając Łukaszowi dojść do głosu przeszedł w głąb korytarza. Zależało mu na tym, żeby Iga usłyszała z tej rozmowy jak najmniej.

-Dwie sprawy – Kadziu wyczuł, że może pozwolić sobie na swobodę – po pierwsze decyzja, bo się niecierpliwią trochę, po drugie ogarnij się człowieku. Ona dalej nie wie. Czy ciebie już całkiem rozum opuścił? A teraz grzecznie powiedz, że bark ci nie dokucza.

-Tak mamo, jestem dużym chłopcem i wiem co robię – wywrócił oczami i zrobił znudzoną minę, sugerując przyglądającej mu się dziewczynie, że Łukasz marudzi zupełnie niepotrzebnie – o barku już zapomniałem i nie powinno być żadnych problemów. Dam znać popołudniu, co to była za maść. Trzymaj się – zakończył rozmowę nie czekając na reakcję Kadziewicza. Oddał Idze telefon i pociągnął ją za sobą.

-Chodź, wracasz z nami. Zobaczysz świętujący autobus reprezentacji od środka – nagle zatrzymał się tuż przed wyjściem i przyciągnął ją mocno obejmując – I dziękuję, nawet nie wiesz jak pomagasz, kiedy jesteś w pobliżu – uśmiechnęli się do siebie i razem wkroczyli na zalany słońcem parking przed Mediolanum Forum.

Iza spóźniała się niewiarygodnie. Właściwie Igi nie powinno to denerwować, to było przecież do przewidzenia. Jej siostra wiecznie z głową w chmurach i ze wszystkim na ostatnią chwilę. Mimo to nerwowe bębnie palcami po stole zmusiło Michała do uchwycenia jej dłoni i wymowne spojrzenie w oczy. Uśmiechnęła się przepraszająco i znów rozejrzała po restauracji.

Żaba zrobiła dla nich rezerwację w kameralnej gospodzie della Lanterna. Lokal zaskoczył ich surowym wystrojem, urządzony bez przepychu i jakichkolwiek dekoracji odróżniał się ostentacyjnie od innych knajpek w centrum miasta. Widocznie kuchnia była dostateczną zachętą do odwiedzania tego miejsca. Wzdłuż pomalowanych na biało ścian ustawione zostały rzędami niewielkie kwadratowe stoliki przykryte śnieżnobiałymi obrusami i otoczone krzesełkami z ciemnego drewna. Mimo wczesnej pory sala była zatłoczona i gwarna, przeważali Włosi. Właścicielka, miła starsza pani, krzątała się wśród gości uśmiechając się serdecznie i wciąż donosząc z kuchni talerze z pachnącymi smakowicie daniami. Nie znała słowa po angielsku, ale i tak świetnie porozumiewała się z zagranicznymi klientami. Dało się zauważyć, że niektórzy nie są tu pierwszy raz, witali gospodynię wylewnie i pokazywali na migi, jak bardzo cieszą się, że znów mogą odwiedzić ulubioną restaurację. Iga zaczynała rozumieć, dlaczego siostra wybrała właśnie to miejsce. Domowa atmosfera, ciągły ruch i drobiazgi, które kojarzyć mogły się tylko jej z rodzinną Polską. Jak choćby nierówność białych ścian czy krzesła, typowe gięte „thonety”, wszystko jak w wiejskim domku ich dziadków, gdzie spędzały wakacje. Nawet ten obraz wiszący w rogu przypominał do złudzenia znajomy krajobraz. Przyjrzała mu się dokładniej i zachichotała.

-To Izy – zwróciła się do Michała wskazując na pejzaż.

-Skąd wiesz? To chyba raczej jakaś lombardzka miejscowość – obrócił się i również spojrzał z zainteresowaniem na niepozorną akwarelę.

-Nie, to widok z górki obok domu babci, wieża kościoła nie do pomylenia z żadną inną. Jestem pewna, że to Żaba, i pewnie ma straszną satysfakcję, jeżeli ktoś zachwyca się typowym włoskim plenerem, nie zdając sobie sprawy, że podziwia małą podlubelską wioseczkę. Iza taka jest – Iga uśmiechnęła się do wspomnień – jeszcze w liceum przygotowywała jakieś wielkanocne dekoracje do przedszkola, wiesz, chałtura, i te namalowane przez nią króliki miały w koszykach poza pisankami drobne listki marihuany. Trzeba się było dobrze przyjrzeć, bo nie było to oczywiste, ale one tam były, pomiędzy bukszpanem i baziami.

-A propos twojej siostry – odparł roześmiany Kubiak – to gdzie ona jest? Nie ukrywam, zgłodniałem. Tutaj pachnie tak apetycznie, że zaczynam podejrzewać ją o skłonności sadystyczne.

-Jest takie powiedzenie idealnie tu pasujące: „after an hour eat without her” – Iga również chciała już sprawdzić czy skromna oprawa to świadomy wybór mający podkreślać, że wyśmienita kuchnia nie potrzebuje sztukaterii – zamówmy Kubiaku.

-Poczekajmy jeszcze – Michał nagle zdecydował się wykorzystać sytuację. Paradoksalnie, choć zewsząd otaczali ich ludzie mogli tu swobodnie porozmawiać bez obawy, że ktoś niepożądany zechce ich podsłuchiwać. Lepsza okazja może się już nie trafić – muszę ci o czymś powiedzieć – dodał zmuszając się by spojrzeć jej w oczy.

-Mam propozycję z Rosji, poważną, z Kazania. Wydaje mi się, że ją przyjmę – powiedział jednym tchem, pozbywając się ciążącej mu od dawna tajemnicy, poczuł ulgę. A zaraz potem strach. Iga milczała ze spojrzeniem wbitym we własne dłonie.

-To może być moja ostatnia szansa na grę za naprawdę dobre pieniądze w dużym klubie – musiał zagadać tą przerażającą ciszę, wytłumaczyć wszystko jak należy – Chciałbym kończyć karierę schodząc z możliwie najlepszej sceny, a Zenit to drużyna sięgająca zawsze po najistotniejsze trofea. I nie zgodziliby się na odkupne czy pozostałe warunki, gdybym nie miał dać rady. Proszę cię – Iga podniosła głowę, jej twarz nie wyrażała żadnych emocji – pojedź tam ze mną, potrzebuję cię, chcę żebyś przy mnie była – dodał zupełnie cicho zmrożony widokiem dawno zapomnianego odruchu. Iga wbijała paznokieć w bliznę na kciuku, tak głuszyła żal, fizycznym bólem.

-Wiesz, że to niemożliwe – powiedziała bezbarwnym głosem – dlatego mówisz mi to dopiero dziś, mimo że oboje mamy świadomość, że takie kontrakty nie pojawiają się od tak w sierpniu – z bezlitosną trafnością podsumowała sytuację.

-Nieprawda, dostaniesz wizę, mam to obiecane. Jeżeli tylko zechcesz będziemy mogli wylecieć razem bez czekania na żadne formalności. Przecież nic cię nie trzyma w kraju – powiedział za dużo. Zauważył krótki błysk wściekłości w zielonych oczach, szybko zgaszony i skryty pod maską.

-Michał, jak łatwo… – jej odpowiedź przerwało pojawienie się zdyszanej i zarumienionej od biegu Izy. Z rezygnacją wzruszyła ramionami – porozmawiamy później.

-Przepraszam was najmocniej, coś mi wypadło – jej siostra zajęła miejsce przy stoliku i przyjrzała im się uważnie – ale chyba wam przerwałam, może potrzebujecie jeszcze chwili?

Iga zamierzała zaproponować, żeby rzeczywiście zrezygnowali z kolacji. Nagle straciła apetyt. Z drugiej strony potrzebowała czasu, musiała opanować emocje i kontynuować tą rozmowę z chłodną głową. Kłótnie nie mają żadnego sensu, skoro decyzje już właściwie zapadły. A przykrość? No cóż, jest jej własnością, nie wszyscy muszą o niej się dowiadywać, z Kubiakiem na czele.

-To ja się może jeszcze chwilkę przespaceruję, tak z dwadzieścia minut? – Iza podnosiła się już z krzesła, gdy cicho odezwał się telefon. Iga odczytała wiadomość, przeprosiła ich i wyszła pośpiesznie z restauracji przeciskając się pomiędzy stolikami.

-Przemek – jej siostra westchnęła i sięgnęła po kartę – zamówiliście już? Mają tu przepyszne makarony. Co chciałbyś na przystawkę?

-Może poczekamy, aż wróci? – nastrój Michała znacznie się pogorszył. Żałował, że w ogóle zaczął tą rozmowę, nie upewniając się wcześniej, że mają tyle czasu ile będzie potrzebne. Wtedy może lepiej by jej to wyjaśnił, przekonał. Udowodnił, że ten wyjazd ma sens tylko wtedy, gdy pojedzie razem z nim. Teraz podarował jej przestrzeń do ucieczki, znów zacznie się ich odwieczna gonitwa.

-Znasz takie powiedzenie? „After an hour eat without her” – Iza uśmiechnęła się podsuwając mu menu.

-Od niedawna – odwzajemnił uśmiech, nie ma powodu żeby psuć ten wieczór jeszcze komuś – to mówisz, że makaron? Cóż za niespodzianka we włoskiej knajpie.

-Nie byle jaki, signora Coletti nie ma sobie równych w Mediolanie, a kto wie, może i w całych Włoszech – urwała nagle, bo w drzwiach pojawiła się Iga. Blada i roztrzęsiona, kurczowo ściskając w ręku telefon dotarła do ich stolika.

-Łukasz miał wypadek – głos jej drżał – wpadł w poślizg na autostradzie.

-Poważny? – Michał patrzył na nią z napięciem, czuł kamienny ucisk w żołądku. Zachowanie Igi wskazywało, że jest bardzo źle.

-Podobno uszkodzony kręgosłup, dokładnie jeszcze nie wiedzą. Przemek zarezerwował mi już bilet, wylatuję za dwie godziny.

-Jak to, wylatujesz? – Kubiak poderwał się gwałtownie podnosząc głos. Goście siedzący nieopodal spojrzeli na niego z przyganą.

Iza rzuciła kilka zdań po włosku przepraszając za zamieszanie. Nie wiedziała o kogo chodzi, jak zwykle nie była wtajemniczona w sprawy siostry, jej chłopaka znała w sumie niecałe dziesięć minut, dostrzegała jednak panikę jaką wywołała w nich niespodziewana wiadomość. Chciałaby jakoś pomóc, ale to wszystko działo się poza nią.

-Jutro gramy z Włochami, musisz tu być. Kurwa, Iga, nie możesz mi tego znowu zrobić – zdenerwowany Michał nie zważał już na otoczenie.

-Łukasz miał wypadek – dziewczyna powtórzyła to jeszcze raz, dobitnie wypowiadając każdy wyraz – jest nieprzytomny. Nie mogę zostać tutaj. Przykro mi, ale muszę wracać jak najszybciej. Zrozum.

-Taksówka na mnie czeka – dodała nie uzyskawszy odpowiedzi – Klucze wrzucę ci do skrzynki – ostatnie zdanie skierowała do siostry, zebrała szybko swoje rzeczy, odwróciła się i błyskawicznie opuściła gospodę. Michał stał jeszcze chwilę, bezradnie opuściwszy ręce. W końcu ciężko usiadł na krześle. Przegrany.

-Odprowadzę cię – nie spojrzał nawet na Izę, dłonie wbił w kieszenie spodni i ze zmarszczonymi brwiami przyglądał się wchodzącym do della Lanterna gościom. Jego wzrok prześlizgiwał się po mijających go twarzach. Zazdrościł im wszystkim uśmiechów, beztroski, perspektywy miłego wieczoru w dobrym towarzystwie. On sam dysponował jedynie złością i bezradnością. I poczuciem klęski na wszystkich możliwych polach.

-Nie ma potrzeby, mieszkam dosłownie dwie przecznice stąd. Dziękuję, nie musisz się mną teraz przejmować – dziewczyna wyglądała na zakłopotaną całą niezręczną sytuacją, której była uczestnikiem.

-Ale muszę się przewietrzyć, spacer dobrze mi zrobi, nawet krótki. Prowadź – Kubiak wymusił na sobie zdawkowy uśmiech i ruszył brukowaną uliczką we wskazanym kierunku.

Powoli zapadał zmierzch, zapaliły się już latarnie, a po upalnym dniu coraz więcej ludzi zapełniało miasto szukając wytchnienia poza nagrzanymi słońcem murami mieszkań. Z osłoniętych markizami tarasów docierały głosy siadających do kolacji rodzin, melodyjne włoskie słowa układające się w płynne legato, niezrozumiałe dla każdego obcokrajowca, nawet dość dobrze posługującego się tym językiem.

-Iga pokazała mi twój obraz – Michał postanowił przerwać niezręczną ciszę. Chciał oderwać się choć na moment od swoich myśli, dopadną go kiedy znów zostanie sam.

-Naprawdę go rozpoznała? – Iza była szczerze zaskoczona – Powiedziała ci co to za miejsce?

-Wspomniała coś, ale mało dokładnie – chciał, żeby do niego mówiła, żeby musiał czegoś słuchać.

-To widok ze wzgórza, na którym uwielbiałyśmy przesiadywać jako dzieci, ostatni świadek naszych wspólnych zabaw. Jak to było dawno – zamyśliła się, ale po chwili zapytała zerkając na niego – Toczyłeś się kiedyś z górki?

-Czy co robiłem? – aż zatrzymał się w pół kroku.

-No czy zdarzyło ci się sturlać po trawie w dół wzniesienia? – doprecyzowała, a widząc, że przecząco kręci głową opowiadała dalej – Myśmy tak robiły, niesamowita frajda, mówię ci. Ja zawsze lądowałam przy tej okazji w jakichś ostach, rzepach czy innym dziadostwie. Zupełnie nie trzymałam kierunku. Glusia była lepsza, jeżeli nie chciała nigdy nie zboczyła z trasy. Nie miałam z nią szans, to było tak jakby nawet ta górka bała się jej sprzeciwić.

-To akurat mogę sobie wyobrazić – zaśmiał się, mała Iga, chciałby to zobaczyć.

-No tak – uśmiechnęła się również i zamilkła.

-Skąd wiedziałaś, że to Przemek? Wtedy, w restauracji? – przypomniał sobie, jak Iza celnie odgadła z kim rozmawia jej siostra. Nawet miał ją o to zapytać, ale wtedy nie chciał poruszać niezręcznego tematu, mógłby niechcący zepsuć im wspólną kolację. Teraz było już wszystko jedno.

-Jak długo jesteście razem? – odpowiedziała pytaniem na pytanie.

-Dwa lata, prawie – nie widział związku, ale nie miał też powodu aby to ukrywać.

-Wystarczająco. To przypomnij sobie jakiś dzień, kiedy Iga nie miała z nim kontaktu. A jeśli coś takiego znajdziesz, to znaczy, że musiałeś przeoczyć jakiegoś sms-a albo telefon. Takie dni się nie zdarzają – szła patrząc przed siebie, nagle zasępiona i przygaszona, nie czekała aż skomentuje – Przemek. Zawsze w pobliżu, niezawodny. Dla niego nigdy nie braknie czasu i miejsca. Bo przecież taki przyjaciel to skarb.

-Ty naprawdę chciałaś jej udowodnić, że to nieprawda – nagle niewiarygodna teoria Igi, którą przedstawiła mu raptem dzień wcześniej wydała mu się jedynym słusznym wytłumaczeniem.

-Opowiedziała ci? – teraz ona przystanęła wbijając w niego przenikliwe spojrzenie – a powiedziała ci, że jest dla niej jak brat? Po co komuś siostra jak ma takiego brata? – nagle zaszkliły jej się oczy, szybko otarła łzę, która potoczyła się po jej policzku.

-Przepraszam, masz dość swoich problemów. Poza tym kochasz ją, to nie fair wylewać przed tobą jakieś moje urojone żale. Nie powinnam dać ci się wciągnąć w tą rozmowę. Na szczęście jesteśmy już prawie na miejscu – przyspieszyła skręcając w ulicę oznaczoną tablicą Via Luigi Anelli.

Michał dogonił ją i znów maszerowali ramię w ramię w całkowitej ciszy. Nie wiedział jak zareagować. Było mu szkoda tej smutnej, odepchniętej dziewczyny. Nie potrafił nawet sobie wyobrazić jak to jest, kiedy, ktoś, kto jakby z automatu, naturalnie powinien stawiać cię na pierwszym miejscu, wybiera obcą osobę. Zastanowił się przez chwilę, naprawdę nie potrafił? A co zdarzyło się dziś?

-To tu – Iza zatrzymała się przed wysokim budynkiem całkowicie skrytym za kurtynami winorośli. Serpentyny zielonych pnączy oplatały okna, zwieszały się nad balkonami, spływały kaskadami wypełniając każdą wolną przestrzeń fasady – prawda, że robi wrażenie? A jak jest pięknie jesienią, kiedy liście zmieniają kolor. To moja własna łąka, a że mieszkam na ostatnim piętrze to byłoby się skąd toczyć. Dobranoc.

Nie dała mu dojść do słowa i zniknęła w czeluściach otoczonej gęstwiną pędów bramy.

Dzień Czwarty

-Halo? Jak z nim? – Michał odebrał telefon już po pierwszym sygnale. Czekał całe przedpołudnie aż Iga się odezwie.

Dotychczas wysłała jedynie krótką wiadomość, że dojechała szczęśliwie i próbuje zorientować się w sytuacji. To było ponad pięć godzin temu i z każdą upływającą minutą jego zdenerwowanie rosło. Cała kadra mówiła tylko o wypadku Kadziewicza, ale nikt nie wiedział nic pewnego, przypuszczenia nawarstwiały się lawinowo. Jak zawsze w takich przypadkach, każdy dodawał coś od siebie powołując do życia coraz bardziej monstrualną plotkę, z której wyłowienie maleńkiego ziarnka prawdy było praktycznie niemożliwe. Kubiak nie dawał się wciągać w rozmowy i snucie hipotez. Na wszelkie zaczepki mające na celu uzyskanie jakichś dodatkowych informacji od zawodnika najbardziej związanego z trenerem Cuprum szczerze odpowiadał, że nic nie wie. I czekał.

-Źle – Iga zmęczona, ale nie załamana. W sytuacjach kryzysowych zawsze opanowana i rzeczowa teraz spokojnie relacjonowała Michałowi przebieg zdarzeń – złamanie nogi z przemieszczeniem i pęknięte dwa żebra, krwotok wewnętrzny. Ale z tym się już częściowo uporali. Gorzej, bo jakiś odłamek kości zagraża rdzeniowi kręgowemu. Nie umieją tego wyjąć.

Michał z sykiem nabrał powietrza. Miał świadomość, co to może oznaczać.

-Ale robią coś? Przecież nie mogą tak tego zostawić – spytał z nadzieją.

-Tutaj rozłożyli ręce. Nie można go w tym stanie przewieźć ani do Poznania ani do Krakowa, gdzie może by spróbowali. Za duże ryzyko a czasu coraz mniej. Ale my działamy – Iga na chwilę przerwała, Kubiak rozpoznał dochodzący z oddali głos Przemka. Przyjaciel zadał jej jakieś niezrozumiałe pytanie, na które dziewczyna odpowiedziała twierdząco i wróciła do prowadzonej rozmowy – właśnie próbujemy zorganizować przelot z Wiednia.

-Z Wiednia? Ale dla kogo? – Michał miał wrażenie, że coś go ominęło, jakaś spora część tej historii nie została mu opowiedziana.

-Jest dwóch specjalistów w Niemczech, którzy wykonywali już podobne operacje. Od rana ich ścigamy, Przemek, ja, ten kolega Łukasza, co grał w Bundeslidze, Lijek?

-Lijewski – dopowiedział zaskoczony, jak dużo osób jest zaangażowanych w sztab kryzysowy wokół Kadziewicza?

-Ale pewnie niewiele by się nam udało zdziałać, gdyby nie prezes. Bardzo pomógł, od niego odbierają telefony tacy ludzie, którzy z nami na pewno nie chcieliby rozmawiać.

-Twój prezes?  – Michał nie mógł uwierzyć, że facet, o którym Iga zawsze opowiadała takie historie, że Orkonia jawiła mu się jako przedsionek samego piekła, teraz brał udział w akcji ratunkowej dla zupełnie obojętnego mu człowieka.

-No tak, mój szef. W każdym razie, namierzyliśmy jednego chirurga na konferencji w Austrii, od godziny wysyłamy mu zdjęcia, wyniki Łukasza, dokumentację lekarską. I próbujemy załatwić to tak, żeby mógł operować dziś popołudniu. Zgodził się już.

-Ale skąd weźmiemy pieniądze? – nagle sam poczuł się członkiem tego zespołu – To chyba kupę kasy musi kosztować.

-Pokrywa firma, klub, wszyscy tutaj trochę się dołożyli, to jest akurat najmniejszy problem – Iga przeszła nad tym do porządku dziennego, martwiły ją inne kwestie – Tylko nie ma żadnej gwarancji, że się uda. Michał, jemu grozi paraliż – po raz pierwszy zadrżał jej głos. W momencie, kiedy trafiała na barierę niemocy, gdzie nie mogła sama niczego zapewnić, zrobić, przyspieszyć potrzebowała wsparcia.

-Będzie dobrze, głowa do góry Igusiu. Przecież znasz Kadziewicza, nie da ci żyć po tym wszystkim, jak się dowie, że się podłamałaś zupełnie niepotrzebnie – próbował dodać jej otuchy, choć przez telefon mógł tak mało – Wykaraska się z tego, zobaczysz. On jest pancerny.

-Tak, umysłowo – pozbierała się natychmiast, po chwili słabości nie został najmniejszy ślad. Michał wiedział, że nie pozwoliłaby sobie na nią przed nikim obcym. W naturze płacząca i bezbronna Iga nie występowała.

-Odezwij się jak będzie wiadomo coś więcej, ja zaraz muszę uciekać na odprawę przed meczem – niechętnie kończył rozmowę.

Czułby się lepiej, gdyby mógł się na coś przydać, a nie tylko biernie i na odległość podziwiać organizację i skuteczność zgromadzonych wokół Igi osób. Nie miał złudzeń, że ten pokazowy przykład ludzkiej solidarności to jej zasługa. Miała w sobie coś, co przyciągało, kazało wierzyć, że warto i można coś zdziałać. Chciało się być w jej zasięgu, doznał tego na własnej skórze. Przecież tak zaczęła się ich historia.

-Jasne, dam znać zaraz po operacji. Kubiaku, słuchaj – dodała jeszcze – Iza przyniesie parę moich rzeczy do recepcji, zapomniałam spakować wczoraj. Zabrałbyś ze sobą, zmieścisz do kieszeni, to same drobiazgi.

 -Ale po co? Przecież ty tu wrócisz – nawet nie dopuszczał do siebie myśli, że mogłoby być inaczej.

Milczenie, cisza wyjaśniająca wszystko. Gorycz i rozczarowanie wczorajszego wieczoru wróciły do niego w jednej sekundzie. Prawie całą noc bił się z myślami. Ostatecznie stwierdził, że zachował się jak ostatni skurwiel nie tylko w stosunku do Igi, ale przede wszystkim w obliczu tego, co spotkało Kadziewicza. W końcu to jego przyjaciel i trener był w stanie krytycznym a dla niego ważniejszy wydawał się w takim momencie mecz. Nie, nieprawda, nie mecz. Pierwszeństwo. Już w rozmowie z Izą zidentyfikował źródło swojego gniewu, stały refren ich związku. Rano ze wszystkich kotłujących się w nim uczuć pozostał jednak tylko niepokój o stan Łukasza i irytacja własnym postępowaniem. Po tym, czego dowiedział się od Igi uznał, że rozstrzygające będzie dzisiejsze popołudnie. Tak jak w przypadku każdego spotkania czy turnieju miał pewność, że wszystko skończy się pomyślnie, po prostu nie mogło być inaczej. Stąd już niedaleko było do przeświadczenia, że najpóźniej pojutrze jego dziewczyna znów pojawi się w Mediolanie, zajmie swoje miejsce na trybunach a tak mu potrzebne ciepłe muśnięcie wróci w okolice karku, gdy będzie szykował się do kolejnej akcji na boisku. Zawód, który go spotkał natychmiast zamienił się w złość.

-Michał, proszę cię, nie zaczynajmy tego. To nie jest czas – doskonale czuła jego gniew, wiedziała jak zareaguje i tak bardzo chciała uniknąć bezsensownej kłótni. Wiele rzeczy mają sobie do powiedzenia, wytłumaczenia, zrozumienia, ale to nie powinno dziać się przez telefon. I nie teraz, kiedy pod kroplówkami leży nieprzytomny Kadziewicz.

-A kiedy będzie czas?  – warknął – Kiedy przestaniesz chować się i kluczyć i w końcu usłyszę odmowę?

-Proszę cię – powtórzyła cicho.

Wiedziała, do czego zmierza, a tego tematu bała się najbardziej. Jak powiedzieć, nie okazując żalu i przykrości, że powinien wyjechać. Bez niej. Bo choć w jego mniemaniu nic jej tu nie trzyma, to i tak jest tego więcej niż w Kazaniu. To ją zabolało wczoraj najdotkliwiej. Nie tajemnice, ukrywanie prawdopodobnie kilkutygodniowych negocjacji czy postawienie przed faktem właściwie dokonanym. Zranił ją traktując jak wydmuszkę, bez własnych marzeń, celów, przeszłości i przyszłości. Był świadkiem wszystkich nadgodzin, świętowania sukcesów, kiedy udało się im dobrze zamknąć kwartał, złości i nerwów, kiedy coś w firmie nie wychodziło. Widział jak wiele serca i pasji w wkłada w swój zawód, a i tak potrafił założyć, że po prostu to zostawi i wyjedzie gdzieś, gdzie bez znajomości rosyjskiego nie ma najmniejszej szansy na znalezienie jakiegokolwiek zajęcia, a co dopiero takiego, które zapewniałoby tyle satysfakcji i emocji.

-Wszystko jasne, nic już nie musisz mówić, niech zgadnę. Przemek i praca. A mnie wrzucisz na listę odrzuconych, a i na niej nie będę pierwszy, bo już od dawna grzeje tam ławkę Iza – i znów to robi, uderza tam gdzie będzie bolało najdłużej, celnie i w punkt. Jakby to też trenowali w trakcie zgrupowań. Iga przypomniała sobie nagle słowa Kadzia „ostro się nieraz poharatacie”. Umknęło jej wtedy to ostrzeżenie.

-Muszę lecieć – nie czekał na jej odpowiedź – daj znać, co z Łukaszem.

Stała chwilę patrząc martwo na ciemny już ekran telefonu. Niby przypadkiem przechodzący obok Przemek poklepał ją po ramieniu. Nie chciał się odzywać, komentować, dopytywać. To zupełnie nie było potrzebne i nie był na to czas. Ale ten gest wystarczył, żeby Iga odwróciła się na pięcie i pobiegła do firmowego skanera gdzie dokończyła przygotowywanie plików z dokumentacją Kadziewicza. Teraz on jest najważniejszy.

Michał z furią uderzył piłkę, która przeleciała nad siatką i trafiła dokładnie w plecy rozciągającego się po drugiej stronie włoskiego rozgrywającego. Zawodnik obejrzał się z wściekłością i uniósł ręce w geście wzburzenia.

-Sorry – krzyknął Kubiak, któremu zupełnie nie było przykro – następnym razem przyceluję w twój makaroniarski łeb – dodał już na swój użytek.

Już dawno nie był tak zły. Na przedmeczową rozgrzewkę wyszedł naładowany i spięty w tak widoczny sposób, że nawet koledzy z drużyny zwrócili na to uwagę. Przyglądali się z niepokojem jak mści się na piłkach i ciska gdzie bądź butelką z napojem izotonicznym. Tykająca bomba zegarowa, która kiedy odpali może spowodować dość znaczne straty w ludziach. I punktach.

-Kubi dziś kogoś zabije, oby nie po swojej stronie boiska – usłyszał za plecami znajomy kpiący głos. Nawet się nie odwrócił, Bartman i jego dowcipy nie były w stanie już niczego pogorszyć. Dobrze wiedział, że musi się uspokoić, jeżeli chce się przyczynić do zdobycia kolejnych turniejowych punktów w nadchodzącym spotkaniu. Skutecznie przeszkadzały mu w tym do znudzenia przewijające się w jego głowie powtórki z rozmowy z Igą. A właściwie z braku tej rozmowy. Znów wszystko poszło nie tak, powiedział coś, czego już wie, że będzie żałował a równocześnie wciąż nie mógł zwalczyć w sobie pretensji i rozżalenia. Zdawał sobie sprawę, że zachowuje się jak rozkapryszona primabalerina i to również go denerwowało. Znów posłał zagrywkę z całą siłą na jaką było go stać wzniecając protesty po drugiej stronie siatki. Przynajmniej tak może się choć trochę rozładować. To jeszcze jedna.

-Panowie, zapominamy o pierwszym secie – trener raczył ich typowymi hasłami, wykorzystywanymi zawsze w takich momentach i pomagającymi jedynie wtedy, kiedy już wszyscy, sami z siebie, wyparli bolesny łomot jakim potraktował ich przeciwnik kilka minut wcześniej. Michał przytakiwał automatycznie nie słuchając następnych, padających z ust selekcjonera sloganów, znał je na pamięć. Bezmyślnie spojrzał na trybuny i zamarł. Wróciła, przyjechała dla niego, jest tu. I nagle tą wielką radość, którą przez chwilę poczuł zastąpiło jeszcze większe rozczarowanie. Można je było pomylić, z daleka właściwie są nie do rozróżnienia, ale to nie Iga.

Iza przyglądała się Kubiakowi z nieśmiałym uśmiechem. Czuła się obco w tej hali, wśród wrzeszczących, klaszczących kibiców, gwizdów i zbiorowych śpiewów. Jakby przez przypadek zawieruszyła się w nieswojej bajce, nawet nie w zbliżonej fabularnie do jej własnej. Ale coraz bardziej jej się tutaj podobało. Powoli zaczynała rozumieć zasady gry i ze zdziwieniem odkryła, że nie mniej ważna od umiejętności jest taktyka. Ogromne wrażenie zrobiła na niej szybkość z jaką poruszali się siatkarze. Urzekła sylwetka atakującego, wygięte w łuk plecy, uniesiona za głowę ręka, w jej wyobraźni powstawał już szkic szybującego wysoko nad ziemią mężczyzny tuż przed decydującym uderzeniem w piłkę. Nigdy nie przeszło jej przez myśl, że sport może być tak piękny. I nie chodziło jej jedynie o wyuczone czy improwizowane akcje, ale przede wszystkim o energię, jaką wyzwalała dwunastka rywalizujących ze sobą zawodników. Zarówno w zgromadzonych tłumach jak i w sobie nawzajem. To całe kilkusekundowe napięcie, skupienie, koncentracja były tak intensywne, że musiały znajdować ujście w okrzyku triumfu po zdobytym bądź ryku wściekłości po straconym punkcie. Fascynowało ją to, rozumiała pasję i szarpiące wnętrzem emocje tak dogłębnie, że jeżeli będzie się je więziło w sobie chwilę dłużej to rozszarpią człowieka wyrywając się siłą. Sama często się z nimi borykała. Nie uszło jej uwadze, że boryka się również Michał. Nie pojmowała dlaczego za wszelką cenę stara się stłumić w sobie agresję, przecież to było najbardziej stosowne miejsce żeby ją wyzwolić, ukształtować i przekuć na broń.

Kiedy Kubiak dostrzegł ją w przerwie pomiędzy setami odważyła się do niego pomachać, rozluźniła się gdy odpowiedział uśmiechem. Dręczyły ją wątpliwości, czy nie będzie miał za złe, że wykorzystała bilet zostawiony w jej mieszkaniu przez Glusię. Długo wahała się czy tu w ogóle przyjść, ale kiedy przypomniała sobie przygnębienie Michała spowodowane nagłym wyjazdem siostry postanowiła pojawić się na meczu. Miała nadzieję, że może znajoma twarz wśród publiczności choć trochę poprawi nastrój chłopaka. Któż mógł rozumieć lepiej od niej, jakie to uczucie, gdy Iga przestawia cię na dalsze miejsce w kolejce. Dla niej nie była to pierwszyzna, co nie znaczy, że nie bolało za każdym razem tak samo. Wielokrotnie próbowała naprawić ich wzajemne stosunki, a właściwie zbudować je na nowo. Jako dzieci były sobie bliskie, potem wszystko rozmyło się i wyblakło. Jednak nikt tak jak jej siostra nie budował barykad, skutecznie odcięła się od niej i nie dopuszczała do swojego życia, a przez to nie miała też pojęcia o tym jak układa się i wiedzie Izie. Żaba po cichu liczyła, że może ten niespodziewany pobyt w Mediolanie to światełko w tunelu, zwiastun zmian. Niestety, nim wizyta dobrze się zaczęła już musiała się skończyć. Glusia znów kogoś ratowała, kolejka wydłużyła się o kolejne kilometry.

Następny zablokowany atak, jak długo jeszcze nie będzie w stanie przedrzeć się przez ich obronę? Wściekłość i bezsilność rosły w nim nadal, ogromny balon furii gotowy do przekłucia, hamował się jeszcze sekundę, aż w końcu wszystko puściło, pękło, maska opadła.

-Kurwa jego mać!!! – ryknął na całe gardło stając do odbioru. Koledzy spojrzeli zdziwieni, nie samym słowem, nie było tu nowością, ale impetem z jakim wyrwało się ono z kubiakowych ust. Przyjął pozycje w swojej strefie i nagle zupełnie niespodziewanie głos w jego głowie stwierdził, że koniec wytyczonych szlaków, teraz idzie w osty, rzepy i inne dziadostwo, w żołędzie. I zaczęło się. Wrzeszczał po każdym zdobytym punkcie nakręcając siebie i resztę drużyny, kiedy stał pod siatką zawsze wymykało mu się parę słów na temat przeciwnika, nie obyło się bez ostentacyjnego manifestowania radości. Sędzia przywoływał go kilkakrotnie, żółtą kartkę otrzymał w trzecim secie, czerwoną w czwartym. Jakie to miało znaczenie skoro właśnie pokonywali Włochów? Zdenerwowanych, wyprowadzonych z równowagi w książkowy wprost sposób, miażdżących Kubiaka spojrzeniem przez oczka siatki. To tylko dodawało mu siły, dawało satysfakcję i sprawiało, że był jeszcze skuteczniejszy. I szczęśliwy. Wygrali. Krzycząc i unosząc ręce spojrzał na Izę. Uśmiechała się promiennie wiwatując razem z polskimi kibicami. Pomyślał, że miała stuprocentową rację, toczenie się z górki to naprawdę frajda.

Ponad tysiąc kilometrów od hali w Mediolanie Iga pochyliła się nagle w kierunku telewizora budząc opierającego pysk na jej udzie Migusia. Pies spojrzał na nią z wyrzutem, ale nie mógł gniewać się na swoją właścicielkę. Czuł zwyczajem wszystkich zwierząt, że coś ją bardzo trapi, a on był po to, żeby poczuła się lepiej.  Starała się oglądać mecz, ale myśli wciąż uciekały od wydarzeń na boisku do szpitala, gdzie operowany był Kadziewicz. Nie potrafiła się skupić podrywając się na każdy dźwięk telefonu, Przemek nerwowo spacerował po pokoju, Kasia paliła papierosa za papierosem. Czekali w ich domu już od kilku godzin na jakąkolwiek informację, pocieszali się, że to musi tyle trwać, ale złe przeczucia ich nie opuszczały.

Iga patrzyła bezmyślnie na świętujących zwycięstwo siatkarzy, gdy nagle w jej głowie zabrzmiało usłyszane niedawno zdanie: „dokładnie mogę określić gdzie siedziałaś, wystarczyło podążać za wzrokiem Kubiaka”. Zbliżyła się do ekranu i powiedziała na głos:

-Iza jest na meczu – chodzący za jej plecami przyjaciel zatrzymał się gwałtowanie i zerknął na telewizor. Operator pokazywał jedynie skaczących zawodników, Michał był dobrze widoczny stojąc na pierwszym planie, zwrócony w stronę trybun. Uśmiechał się.

Przemek nie pytał skąd wie, wszystko było dla niego jasne. Spojrzał zamyślony na nadal gapiącą się na Kubiaka dziewczynę. Przeczuwał, że będzie musiał się mocno postarać, żeby ją przekonać.

Dopiero późnym wieczorem nadeszła długo oczekiwana wiadomość: udało się, odłamek kości usunięto, niebezpieczeństwo zostało zażegnane. Profesor Henke wskoczył jednocześnie na pierwsze miejsce w rankingu prywatnych bohaterów u wszystkich zgromadzonych w szpitalnym korytarzu. Zmęczony przyjmował kolejne podziękowania, dzielnie odpowiadał na wyrazy wdzięczności krewnych, zawodników, przyjaciół swojego pacjenta a na końcu został wyściskany i wycałowany przez zapłakaną mamę Kadziewiczową. Iga z Przemkiem wycofali się zostawiając Łukasza pod opieką rodziny. Między sobą wymienili jedynie zadowolone spojrzenia, jak zawsze, kiedy wbrew przeciwnościom i po ciężkich bojach dopinali swego.

Było już dawno po godzinach odwiedzin, kiedy dziewczyna znów pojawiła się na oddziale. Według standardowych procedur nie miała najmniejszych szans na wizytę na intensywnej terapii, ale lekarz dyżurujący uśmiechnął się tylko i skinął głową na jej widok. Wieści o zorganizowanej w ciągu niespełna dnia operacji z udziałem chirurga o międzynarodowej sławie rozchodziły się błyskawicznie.

Kadziu leżał podpięty do tak wielu rurek i przewodów, że przypominał bardziej dzieło szalonego informatyka niż rekonwalescenta dochodzącego do siebie po bardzo trudnym zabiegu. Starając się robić jak najmniej hałasu Iga przysunęła z kąta drewniane krzesełko i usiadła przy łóżku. Przyglądała się Łukaszowi z łagodnym uśmiechem. Jakimś niewytłumaczalnym zbiegiem okoliczności poza kilkoma zadrapaniami na policzku trudno było dostrzec na jego twarzy jakiekolwiek ślady poważnego wypadku, który mało co a mógł kosztować go życie. Kiedy spał ubywało mu lat, znikały drobne zmarszczki wokół oczu i wracał beztroski, łobuzowaty chłopak, senny koszmar każdego trenera.

-Więcej mnie tak nie strasz, głupku – odezwała się cicho. Ulgę i świadomość, że najgorsze minęło przyćmiewało wszechogarniające zmęczenie, efekt dłużących się godzin niepewności i oczekiwania. Ale mimo to nie mogłaby zasnąć dopóki naocznie nie przekonała się, że naprawdę wszystko jest w porządku. Pocałowała Łukasza w czoło w nagłym przypływie czułości do tego wariata, który na stałe rozgościł się w jej świecie popychając ją we właściwym kierunku za każdym razem, gdy stawała na rozdrożu. Nie mogła go stracić. Już zbierała się do wyjścia, kiedy nagle otworzył oczy. Chwilę przyglądali się sobie w milczeniu. Iga nie miała pewności, czy przy takich dawkach leków będzie w stanie ją w ogóle rozpoznać. Ale Kadziewicz uśmiechnął się słabo i wyszeptał:

-Naprawdę tu jesteś maleńka – zaskoczył ją, chciał unieść rękę, jakby zamierzał sięgnąć jej twarzy, ale zdążyła chwycić jego dłoń i unieruchomić na łóżku.

-Nie ruszaj się, nie powinieneś – powiedziała półgłosem – zaraz zawołam lekarza, musisz jeszcze spać.

-Zostań, lubię na ciebie patrzeć – zdecydowanie środki przeciwbólowe i nasenne miały wpływ na to co mówił, ale i tak nieoczekiwanie rumieniec wypłynął na jej policzki. Sama nie wiedziała, dlaczego tak reaguje, może to jego elektryzujący szept, a może jej wyczerpanie.

–Iguś – teraz już naprawdę zrobiło jej się nieswojo, nigdy jej tak nie nazywał. Była małą cholerą, tak powinno zostać. Uśmiechnęła się zakłopotana. Łukasz patrzył na nią jeszcze chwilę, ale powieki powoli zaczęły mu ciążyć i w końcu zasypiając szepnął raz jeszcze:

-Iguś, dobrze, że cię mam.

Dzień Piąty

Szarpanie i tarmoszenie nie ustawało, ktoś koniecznie chciał go obudzić, wyrwać z tego spokojnego, cudownego miejsca, w którym przebywał. Postanowił zignorować intruza zapadając się jeszcze głębiej w nierealny, beztroski świat. Natręt nie dawał jednak za wygraną, potrząsanie przybrało na sile. Zdecydował się otworzyć oczy, błąd. Za jasno, za biało, zbyt jaskrawo. Przytulna ciemność o wiele bardziej mu odpowiadała. Zmrużył powieki starając się rozpoznać samobójcę, którego za chwilę zamorduje a wcześniej opieprzy, żeby ten miał jakiekolwiek pojęcie za co umiera.

-Czy wie pan gdzie pan jest? – głos dochodził z rozmazanej plamy tkwiącej przy jego łóżku. Obraz z wolna nabierał ostrości, pojawiły się wyraźniejsze kontury i plama przybrała postać brodatego mężczyzny w okularach.

-Cała ta biel sugerowałaby, że w niebie, a ten zarost, że wita mnie święty Piotr. Tylko, że na mnie czekają w innym miejscu. To co? Pewnie szpital, taki przystanek przed – doktor roześmiał się, rzadko pacjenci przy wybudzaniu zaczynali od dowcipów i zdań wielokrotnie złożonych. Na wszelki wypadek upewniając się, czy na pewno choremu wróciła świadomość, zadał kolejne standardowe pytanie:

-A jak się pan nazywa?

-Kadziewicz Łukasz, urodzony dwudziestego września dawno temu w Dobrym Mieście. Po tym wydarzeniu już nikt tak na tą miejscowość nie mówi.

Tym razem śmiechowi lekarza zawtórowano. Kadziu powoli odwrócił głowę w kierunku drzwi. Oparty o framugę stał w nich Przemek, a tuż przed nim Iga uginająca się pod ciężarem trzymanej w rękach ogromnej, zawiniętej w kolorowy papier kuli. Na widok dziewczyny przypomniał sobie sny, które musiały mu towarzyszyć odkąd stracił przytomność. Nie miał pojęcia, co wydarzyło się od momentu, gdy nie umiejąc wyratować samochodu z fatalnego poślizgu uderzył w ekran akustyczny, do chwili, kiedy brodaty Szymon-Opoka postanowił przeprowadzić z nim ten mało oryginalny wywiad. Ale był przekonany: śnił o niej, i to były dobre, ciepłe marzenia. Pamiętał jej twarz tak blisko jego własnej i te oczy, w które lubił spoglądać szukając w nich choć odrobiny sympatii dla siebie. I może czegoś więcej. To było tak realne, namacalne wręcz wrażenie, że teraz, kiedy został przywrócony rzeczywistości odczuwał brak, jakby mu coś zabrano. Nagle nabrał pewności, że będzie tego szukał, że musi to odzyskać. Bo to było szczęście.

Lekarz zgodził się na bardzo krótką wizytę. Łukasza czekała seria badań, potwierdzenie, że nic już nie zagraża jego sprawności. Powinna to być jedynie formalność, miał czucie w rękach i nogach, zaczął też narzekać na ból, spodziewany objaw złamań i ogólnego poobijania. Przed nim jeszcze wiele dni w szpitalnym łóżku i ciężka rehabilitacja. Jednak to wszystko betka w porównaniu z widmem paraliżu, który był naprawdę blisko.

Goście postanowili zacząć od prezentu, Przemek wypakował tajemniczą zawartość i postawił ostrożnie na widocznym miejscu. Milczeli.

-Ale, o co chodzi? – wykrztusił w końcu Kadziewicz – Mnie tu będą karmić na razie przez rurkę, co ja mam z tym zrobić? Ugotować? Normalnie przychodzi się z kwiatami, flaszka by nie była zła, a nie… to…

-Normalnie się tak przychodzi – Iga czekała, czekała i doczekała się wystawy, teraz zadowolona atakowała z idealnej pozycji – do normalnych poszkodowanych. Głąbom przynosi się kapustę. Ewentualnie barani łeb, ale to trudniej dostać, poza tym masz już jeden. Wyjątkowo dorodny okaz.

-Cierpię mała cholero – Łukasz obserwował z niesmakiem jak Przemek zgina się w pół tłumiąc śmiech. Iskierki złośliwej satysfakcji w oczach dziewczyny prowokowały, ale on nie miał siły nawet na najsłabszą obronę – mogłabyś być współczująca i opiekuńcza, a nie wredna.

-Mogłabym, a ty mógłbyś nie jeździć jak wariat i nie rozwalać autostrad za grube miliony złotych. Jak widać oboje mamy nad czym popracować – odpowiedziała podnosząc feralne warzywo tak, żeby Kadziewicz mógł je dokładniej obejrzeć.

Całą zieloną powierzchnię pokrywały podpisy, życzenia powrotu do zdrowia, pozdrowienia i zabawne komentarze. Oczywiście powielały się ciągłe nawiązania do głąba. Rozpoznawał nazwiska zawodników, kolegów z klubu i spoza, najzagorzalszych kibiców Cuprum. Był też kwiatuszek narysowany przez córkę z dedykacją „dla kapuścianego tatusia”. Na liściach pojawiło się wielu znajomych, o których nawet nie pamiętał. Nie mógł uwierzyć, że udało im się coś takiego przygotować, poczuł wzruszenie i wdzięczność. Jak każdy, gdy okazuje się, że jest wokół niego o wiele więcej życzliwych, przyjaznych osób niż mu się kiedykolwiek wydawało.

-Kurde, szkoda, że to się zniszczy – powiedział z nieskrywanym żalem. Przemek pokręcił głową.

-Nie doceniasz nas stary, kapucha zaraz jedzie do lakierowania. Mamy speca, który ją zmumifikuje tak, że jeszcze będziesz mógł wnukom chwalić się dowodem swojej głupoty. A teraz wybacz, ale muszę opisać Kasi twoją minę, póki mam to na świeżo przed oczami – wyszedł śmiejąc się do siebie. Zostali sami.

-Nie widziałem tam nic od ciebie – zauważył Łukasz – chyba nie podarujesz sobie, ta szpila zostanie utrwalona na wieki, musisz ją wbić.

Bez słowa sięgnęła po marker i napisała coś na samym spodzie, na wystającej części kapuścianego głąba. Poczekała aż litery wyschną i odstawiła pamiątkę na miejsce.

-Ej, przeczytaj.

Potrząsnęła głową w odpowiedzi na jego prośbę.

-Nie, to będzie dodatkowy bodziec żebyś szybciej wylazł z tego łoża boleści. Tak, wiem, mała cholera i wredna baba, nie dziękuj – dodała, widząc, że już otwiera usta, żeby skomentować jej wypowiedź. Uśmiechnęli się do siebie.

-Iga, słuchaj, muszę ci coś powiedzieć – zaczął z ociąganiem Kadziewicz. Wydawało mu się, że spojrzała na niego przestraszona. Mimo to podjął decyzję, dość sekretów, to trzeba w końcu wyjawić – Kubiak negocjuje z Zenitem, bardzo negocjuje. Właściwie są dogadani.

Opuściła głowę. Przez chwilę bała się, że Łukasz jednak pamięta wczorajszy niestosowny wieczór. Teraz już sama nie była pewna, co byłoby lepsze. Niezręczna rozmowa o … właśnie o czym? Przecież nic nie ma. Czy o tej nieszczęsnej zadrze, uwierającej i jątrzącej się coraz to nowymi komplikacjami.

-Powiedział ci – domyślił się widząc jej minę i nagłe zmieszanie – wyjeżdżacie?

Od odpowiedzi uratował ją powrót wciąż rozbawionego Przemka, a po chwili lekarz, który stanowczo wyprosił ich oboje, razem z kapustą. W ostatniej chwili, bo to właśnie Kadziewicz zawsze otwierał sobie Igę na dowolnej stronie i odczytywał nawet najdrobniejszy druk. Nie chciała tego, bała się czego mogliby się oboje przy tej okazji dowiedzieć.

-Co to jest? – spytała patrząc na skrawek papieru leżący przed nią na stole.

-Dzieła zebrane Mickiewicza – Przemek parsknął zirytowany – bilet lotniczy, a na co to według ciebie wygląda?

-I co ja mam z tym niby zrobić?

-A ty dziś będziesz brać udział w jakimś konkursie kretyńskich pytań?  Bo już wygrałaś lodówkę – złościła go. Po samym tonie z jakim wypowiadała każde zdanie rozpoznawał jej rosnący opór. Od samego początku spodziewał się czegoś takiego, ale i tak podnosiła mu ciśnienie – za trzy godziny wsadzę cię do samolotu i wrócisz do Mediolanu.

-Nie chcę, sam wiesz jak się skończyła moja ostatnia rozmowa z Michałem, nie potrzebuję powtórki na żywo – stwierdziła krzyżując ręce, całą sobą manifestowała jeden wielki sprzeciw.

-Jak długo się znamy Iga? – Przemek postanowił spróbować inaczej i nie czekając na jej odpowiedź kontynuował – Będzie już prawie osiem lat zdaje się. Nie muszę cię zatem prosić żebyś mi zaufała, bo to nie podlega wątpliwości, nie mam też potrzeby przekonywać cię, że chcę dla ciebie jak najlepiej.  Natomiast nalegam, wysłuchaj mnie teraz, uważnie. I nie przerywaj. Zgoda?

Skinęła głową. Pochylił się w jej kierunku, oparł ręce o kolana i splótł przed sobą dłonie. Mówił spokojnym, cichym głosem patrząc jej w oczy. Był najlepszym negocjatorem w firmie, znał się na swoim fachu.

-Nie przepadam za Kubiakiem, podpadł mi i jakoś nie mogę się do niego przekonać. Nie podoba mi się jak cię potraktował, nie pierwszy raz z resztą, i zgadzam się, że takie podejście do zmiany klubu było więcej niż nie fair. Jednak uważam, że ma trochę racji. Wiem, że do ciebie przemawiają fakty tylko trudno ci teraz o obiektywizm. Pomogę – zrobił krótką pauzę, a następnie, odginając palec przy każdym wypowiadanym zdaniu, zaczął wyliczać – Po pierwsze: musimy podstępem blokować ci system, bo nie jesteś w stanie odpuścić pracy ani na chwilę. Zdarzało cię się opuszczać jego ligowe mecze w Lubinie, bo zasiedziałaś się w papierach. Po drugie: nigdy nie powiedziałaś mu, że masz siostrę, dopiero zbieg okoliczności cię do tego zmusił. Nie tylko on miewa tajemnice, a jak to boli sama wiesz najlepiej. Po trzecie: nie rozważasz nawet wyjazdu razem z nim, mimo że cię prosił. Michał Kubiak powiedział, że cię potrzebuje. Pomyślałaś ile go to kosztowało? Przecież jesteście podobni pod tym względem. Nie wydaje mi się, że ty byś się przemogła, on zdołał. Po czwarte: ze zrozumiałych względów przyjechałaś do Łukasza, ale swojego chłopaka zostawiłaś w taki sposób, że ja pomyślałbym, że nic dla ciebie nie znaczę. I po piąte: tutaj już pozamiataliśmy, sytuacja stabilna i raczej niezmienna przez dłuższy okres czasu. To co ty tu jeszcze robisz?

Zamilkł i tylko podniósł przed oczy Igi dłoń z uniesionymi pięcioma palcami, najprostszą wizualizację jej przewin. Nie musiał dodawać, że mogłoby tego być więcej. Rozumiała. Analiza nie zabrała jej wiele czasu, ona też znała się na swojej robocie.

-Idę się pakować, odwieziesz mnie? – uśmiechnął się i poklepał ją po głowie.

-Grzeczna dziewczynka, masz trzydzieści minut, żebyśmy zdążyli do Pyrzowic.

Sam pobiegł pochwalić się kolejnym mediacyjnym sukcesem Kasi, która w łazience na piętrze przygotowywała właśnie kąpiel dla bliźniaków. Wchodząc po schodach pod nosem nucił swoich ulubionych Doorsów „you gotta love your man, take him by the hand, make him understand”.

Michał bez trudu odnalazł mieszkanie Izy na liście lokatorów, swojsko brzmiące nazwisko wyróżniało się wśród Lombardich, Gattich, Pazzich czy Morettich.

-Cześć, przyszedłem po rzeczy Igi – nachylił się do głośnika domofonu, a po chwili wszedł do przyjemnie chłodnej klatki schodowej.

Dziewczyna czekała na niego w uchylonych drzwiach w głębi korytarza na szóstym piętrze. Ubrana jedynie w krótkie jasne szorty i bokserkę z motywem mechanicznej ćmy stała boso na kamiennej posadzce. Z byle jak upiętego koka wymykały się pojedyncze pasemka włosów opadając na policzki i czoło, nieumalowana twarz wyrażała zdziwienie niezapowiedzianą wizytą. Kubiak przyłapał się na tym, że gapi się na nią, tak jak podczas pierwszego spotkania na lotnisku. Nadal nie mieściło mu się w głowie, jak bardzo są do siebie podobne, teraz też dał się nabrać. Serce zabiło mu mocniej, kiedy tylko ją zauważył. Zanim zadziałał umysł rozwiewając iluzję, wszystko w nim krzyknęło uradowane: „Iga”.

-Witaj, nie spodziewałam się ciebie, wybacz bałagan – powiedziała wpuszczając go do środka – napijesz się czegoś? Mam wyśmienitą mrożoną herbatę – skinął głową, a ona zniknęła w głębi mieszkania.

Został sam w salonie. Przez duże okna przesłonięte gęstwiną zielonych liści wpadało przyćmione światło, zacieniony pokój dawał kojącą ulgę po spacerze w palącym słońcu. Kiedy oczy przywykły trochę do półmroku zauważył stojące na sztalugach płótno. W pierwszej chwili myślał, że to jakaś abstrakcja, niepowiązane ze sobą plamy i kształty tworzące kolorową mozaikę, jednak gdy podszedł bliżej z zaskoczeniem rozpoznał sylwetkę zawodnika zawieszonego nad siatką. Moment ataku. Był pod wrażeniem jak z przypadkowej na pierwszy rzut oka kombinacji barw, bez wyraźnie zarysowanych konturów wyłania się tak dynamiczna scena.

-Jeszcze nieskończone, trudno uchwycić mi cały ten ruch – drgnął usłyszawszy głos tuż za swoimi plecami. Podała mu zroszoną kroplami szklankę i stanęła obok. Poczuł jej zapach, naturalny, dziewczęcy. I tak boleśnie znajomy.

-Iga mówiła, że nie przepadasz za sportem, ale widzę, że to jednak nie do końca prawda – powiedział odwracając się w jej kierunku – podobał ci się wczorajszy mecz?

-Samą mnie to zaskoczyło – Iza uśmiechnęła się i odgarnęła wpadające do oczu kosmyki, jej dłoń upstrzona była plamkami farby – urzekła mnie chyba ta energia, pasja jaka w was jest.

-No tak, wczoraj było trochę emocji, ciężkie spotkanie – kiwnął głową przypominając sobie pomiędzy jakimi biegunami zdołał przemieścić się w ciągu zaledwie dwóch godzin. Wściekłość po jednej stronie i triumf po drugiej – dziś już było spokojniej, Belgia okazała się wyjątkowo łatwym przeciwnikiem.

-A właśnie – sięgnął do kieszeni – po to też przyszedłem. Proszę, na jutrzejsze półfinały i finał, mam nadzieję, że z naszą reprezentacją w roli głównej – podał jej dwa bilety – będzie mi miło, jeżeli przyjdziesz.

-Dziękuję, ale to chyba nie miało być dla mnie? – spojrzała mu w oczy z nagłym przestrachem – Aż tak źle z waszym przyjacielem?

-Wyjdzie z tego, ale Iga woli chyba zostać i upewnić się, że nic mu już nie zagraża – odwrócił wzrok, nie chciał o tym mówić. I kłamać – Nie rozmawiałyście?

-Zadzwoniła prosząc tylko, żebym podrzuciła jej rzeczy dla ciebie do hotelu. Nie opowiada mi o swoich sprawach – Iza smutno pokręciła głową – wiesz jaka jest.

-Coraz bardziej wydaje mi się, że wcale nie wiem – niespodziewanie dla niego samego dręcząca go od dawna wątpliwość wyrwała się na wolność – wciąż mam wrażenie, że są całe obszary, do których mnie nie dopuszcza, które nadal chowa dla siebie. Miałem nadzieję, że to się zmieni z czasem, tym bardziej po tym co ją spotkało w ubiegłym roku, po napadzie… – urwał widząc rozszerzające się w niemym zdziwieniu wpatrzone w niego zielone oczy.

-Glusię ktoś zaatakował? – zapytała nerwowo – Kto, kiedy?

-Myślałem, że wiesz – nagle zmęczony i zrezygnowany usiadł na stojącym nieopodal krześle, zwiesił głowę i półgłosem opowiedział dziewczynie historię, o której powinna dowiedzieć się od kogoś zupełnie innego w zupełnie innym czasie. Nie ponad osiem miesięcy po fakcie. Nie od Kubiaka.

-Dlaczego? – zakończył podnosząc oczy na nadal tkwiącą w bezruchu Izę. W tym wydawałoby się nie odnoszącym się do niczego konkretnego pytaniu zawarł wszystko, co chcieliby zrozumieć oboje. Czemu Iga z taką łatwością ich odtrąca? Czego się boi? Albo czym zasłużyli sobie na brak zaufania? Z jakiego powodu on nie ma pewności, że jego dziewczyna jest naprawdę jego? Dlaczego ona nie może mieć siostry, której tak desperacko potrzebuje?

Ciszę przerwał huk roztrzaskiwanego szkła. Szklanka z mrożoną herbatą celnie rzucona w sam środek płótna przebiła je na wylot i uderzyła w ścianę rozpryskując się na milion drobnych kawałeczków. Iza podbiegła do obrazu i dokończyła dzieła zniszczenia strącając go na podłogę i depcząc. Krzyknęła, brązowe loki rozsypały się w nieładzie zasłaniając jej twarz. Przypominała szamana zatopionego w otumaniającym rytuale, szaleńca wywrzaskującego niezrozumiałe przekleństwa. Michał patrzył oniemiały na rozgrywającą się scenę, dopiero po kilku sekundach zdołał zmusić się do reakcji. Dopadł dziewczyny i mocno zaciskając wokół niej ręce uniósł do góry, szarpiącą się i wierzgającą.

-Uspokój się – krzyknął jej do ucha. Tylko potrząsnęła głową i zaczęła wyrywać się ze zdwojoną siłą. Poczuł mocne uderzenie w goleń, kopnęła go starając się wydostać z jego uścisku – Uspokój się do kurwy nędzy! – wrzasnął teraz już naprawdę zły.

-Zostaw mnie, to moje i mogę z tym zrobić co zechcę – wydyszała. Nie miała już jednak siły na opór, zwiotczała w jego ramionach jak szmaciana lalka. Opuścił ją na ziemię i zaczął rozcierać obolałe miejsce. Iza stała pochylona, ze zwieszoną głową, rozczochrane włosy okalały zarumienioną z emocji buzię, zielone oczy błyszczały rozgorączkowane i złe. Nagle zaczęła mówić, szybko i wyraźnie, wyrzucając z siebie słowo za słowem w rytmicznym rozedrganym staccato.

-Ty się pytasz dlaczego? Bo zawiedliśmy, każde z nas zrobiło coś z głupoty, w przypływie złości, z jakiegoś mało istotnego powodu i ją zraniło. Nie interesuje mnie co to było w twoim przypadku, nie mam zamiaru opowiadać ci o moim. Moja siostra wiele wybacza, ale nie zapomina. Nigdy. Doskonale wiesz, kiedy nadużyłeś zaufania, wykorzystałeś coś przeciwko niej, zdradziłeś. I nie ma odwrotu, tego się nie da wymazać, pozbyć. Jesteś naznaczony. Ja jestem naznaczona.

Wyprężyła się gwałtownie i popatrzyła prosto w oczy Kubiakowi. Zobaczył coś tak doskonale znajomego, że aż zabrakło mu słów. Wściekłość i gniew. Potężne i zupełnie nieskrywane.

-I nie mów mi, że mam się uspokoić – wysyczała – nie ty. Widziałam cię wczoraj na boisku. Wywrzaskujesz tam płuca. Godzisz się na utratę panowania nad sobą i jesteś wolny, choć na chwilę. Nie pozwolę, żebyś mi zabraniał tego samego. To ty potrzebujesz, żeby ktoś cię popchnął, wyzwolił. Umiem rozpoznać, kiedy zwalnia się hamulce, twoja przemiana po drugim secie była aż nadto jednoznaczna, i podobała ci się. Jeżeli ja będę chciała krzyczeć to zrobię to, jeżeli zapragnę coś zniszczyć to to również zrobię, nawet jeśli miałoby boleć – podeszła do krzesła utykając i znacząc kroplami krwi ślad na kamiennych płytkach. Musiała zranić się odpryskiem szkła z rozbitej szklanki, kiedy z takim zapamiętaniem tratowała własny obraz – Nie jestem Igą. To ona jest specjalistką od udawanego spokoju, okiełznywania emocji. Ja tego nie chcę i nie potrzebuję. I ty też nie.

Usiadła wyciągając przed siebie skaleczoną stopę, rubinowe krople spadały na podłogę tworząc powiększającą się kałużę. Michał nadal szukał odpowiednich słów, ale nawet gdyby je znalazł, nie wiedziałby od czego zacząć. Że Iza ma rację, we wszystkim co powiedziała? Że on sam uwielbia, kiedy go ponosi i nie musi myśleć o konsekwencjach i dobrze usłyszeć, że ktoś to rozumie, czuje podobnie?  Że gdyby kiedyś zobaczył tak zaciekłą i pełną namiętności Igę, rzuciłby się na nią zdzierając z niej ubranie i nie próbując w żadnym wypadku powstrzymywać wypełniającej go żądzy? Że może nie powinien powstrzymywać jej teraz?

-Łazienka jest na końcu korytarza, apteczka w szafce nad umywalką – dziewczyna wskazała palcem kierunek – bądź łaskaw przynieść mi bandaż i wodę utlenioną.

Spełnił jej polecenie szczęśliwy, że może stamtąd uciec. Ochłonąć. Popatrzył na  swoje odbicie w wiszącym na ścianie lustrze.

-Opanuj się – szepnął karcąc własne myśli.

Odetchnął kilka razy, musi do niej wrócić. Dasz radę. Jak na zawołanie, przekornie, ujrzał siebie klęczącego przed Izą, ujmującego delikatnie jej kostkę i opatrującego zranioną stopę. Poczuje znów jej zapach, będzie tak cholernie blisko. Oczywisty erotyzm wyobrażonej sceny drażnił go a jednocześnie wabił i przyciągał. Przyjrzał się sobie uważnie raz jeszcze, wydał niemy rozkaz. Dasz radę. Pewnie wkroczył do pogrążonego w zielonym półmroku pokoju, gdzie na krześle czekało go ukryte w burzy splątanych kasztanowych włosów, wbijające w niego intensywne spojrzenie, wciąż wrzące tym kuszącym gniewem wyzwanie.

Dzień Szósty

Minęła pierwsza w nocy a oni nadal tkwili na lotnisku czekając aż warunki pogodowe pozwolą Idze na wylot. O tej porze miała już dawno być na miejscu, zaskakując Michała i starając się poskładać wszystkie rozsypane przez ostatnie dni klocki. Tymczasem nawet jeszcze nie opuściła terytorium Polski. Przemek uparł się, że z nią poczeka i nie zostawi jej tu samej, bo co jeśli przekierują odlot do innego miasta, albo w ogóle go odwołają? Obiecał, że osobiście zapakuje ją do samolotu i miał zamiar dotrzymać słowa. W ten sposób spędzali kolejną godzinę okupując niewygodne ławeczki, popijając kawę z papierowych kubków i tocząc niekończące się rozmowy. Brakowało im tego i w pewien sposób oboje cieszyli się z niespodziewanie podarowanego im czasu, który mogli spędzić tylko we dwoje. Już dawno nie mieli okazji spokojnie pogadać, powspominać i pożartować. W firmie była praca i to co z nią związane wypełniało całkowicie wspólne dni, w domu była rodzina, dzieci, Michał. Pomiędzy – ciągła gonitwa, choćby tak jak teraz spowodowana wypadkiem Łukasza. Przez te kilka godzin przymusowego oczekiwania mogli nadgonić braki we wzajemnej komunikacji. Upewnić się, że nadal wiedzą o sobie wszystko i uzupełnić ewentualne luki. Zastanawiali się wspólnie jaki samochód najlepiej sprawdzi się przy rozszalałych bliźniętach Przemka, czy nowy kierownik sprzedaży długo zagrzeje miejsce w firmie, po raz setny śmiali się z tych samych historii, których przez lata ich znajomości nazbierało się krocie. Nie mieli tematów tabu, nic dziwnego, że w końcu nawiązali do najświeższych wydarzeń.

-Nigdy nie dałeś mi odczuć, że nie lubisz Kubiaka – stwierdziła Iga wiercąc się niemiłosiernie i wyciągając przed siebie nogi, żeby choć na chwilę zmienić pozycję. Długotrwałe siedzenie na twardych metalowych ławkach dawało się już mocno we znaki.

-A jakie to ma znaczenie? Ty go lubisz – Przemek wzruszył ramionami – Poza tym nie uważam, że to zły gość, nie urzekła mnie jego osobowość i tyle.

-Ale kadziewiczowa i owszem – zaśmiała się Iga – nigdy nie myślałam, że zrobią się z was tacy kumple.

-Miłość nie wybiera, sama wiesz najlepiej – szturchnął ją tak, że o mało nie oblała się trzymaną w dłoni kawą.

-Uważaj łosiu jak machasz łapskami – rzuciła mu gniewne spojrzenie – i masz rację, tylko pytanie czy nie należy czasem takich decyzji korygować?

-Iga, wiesz, że ja się nie wtrącam w taki sposób – przyjrzał się jej uważnie – i wiem, że brakuje ci pod tym względem Maćka. On potrafił nadać kierunek. Na mnie za to możesz liczyć gdziekolwiek się udasz, ale według własnego kompasu.

-I vice versa, jak zawsze – kiwnęła głową na znak, że rozumie przekaz. Rzeczywiście tak to działało. Przemek po prostu był, bez względu na to co robiła, co wybrała, czy myliła się czy nie. Nigdy nie starał się wpływać na nią, kierować jej życiem, oceniać. Ten model funkcjonował między nimi od lat i sprawdzał się wyśmienicie. Nierozsądnie byłoby cokolwiek w tym układzie zmieniać.

-Mogę spytać o coś o co nie powinnam? – zrobił zdziwioną minę, ale skinął głową zgadzając się. Zaciekawiło go co może mieć na myśli.

–Kiedy Iza tak bardzo zabiegała o ciebie, skąd wziąłeś tyle siły, żeby się oprzeć?

Nie był do końca pewien dlaczego wpadło jej do głowy, żeby drążyć ten temat akurat teraz. Możliwości ograniczył jednak do dwóch opcji i postanowił, jak zwykle, wyłożyć karty na stół. Za dobrze ją znał, żeby nie przeczuwać, że któreś z podejrzeń będzie strzałem w dziesiątkę.

-Chcesz wiedzieć ze względu na Kubiaka, bo była na jego meczu, czy dlatego, że między tobą a Łukaszem zaczyna się coś niepokojącego? – rozbawiło go nagłe zmieszanie dziewczyny i rumieniec, który zdradziecko wypłynął na jej policzki. Przyłapane na występku dziecko – no chyba nie przypuszczałaś, że się dam nabrać. Osiem lat Iga, nie w kij dmuchał. Żonę znam krócej.

Widząc, że sama nie wie co ma odpowiedzieć, do czego się przyznać, postanowił wielkodusznie nie dręczyć jej dalej. Wystarczy, że dał jej do myślenia. Jeżeli nie była przekonana co ją trapi, to teraz powinna łatwiej określić przyczynę własnego niepokoju.

-Kilka powodów. Kocham Kaśkę, to wiesz. Na siebie bym nie mógł popatrzeć po czymś takim, to chyba też jasne. I to nie była pokusa dla mnie, Iza nie jest w moim typie. Zupełnie. Zgadnij czemu – spojrzał na nią wyzywająco.

-Bo ja też nie jestem – odparła bez wahania. Nagle poczuła strach. Była przecież w typie Michała.

-Nie martw się – Przemek objął ją i uścisnął pokrzepiająco – nic się nie wydarzy.

„Nie zdąży” dodał w duchu już tylko sam do siebie. Dlatego tak bardzo zależało mu, żeby przekonać Igę do wylotu, obawiał się, że mogą nastąpić kolejne zawirowania w jej już i tak mocno burzliwym związku. A osobiście był zdania, że jeżeli Kubiak miałby odejść do lamusa, to na decyzję jego przyjaciółki nie powinno wpływać nic innego poza nią samą. W innym przypadku, nigdy nie będzie spokojna i pewna, czy postąpiła słusznie. Poczuł ulgę, kiedy na tablicy informacyjnej pojawiły się wreszcie cyferki oznaczające godzinę odlotu. Dopnie swego, jeszcze dziś Iga wyląduje w Mediolanie, a to powinien być jasny przekaz dla Michała, że jeszcze nic się nie rozstrzygnęło. Reszta będzie już zależała tylko od nich.

Gwałtowne pukanie do drzwi poderwało Izę na równe nogi, trzymane na kolanach zdjęcia rozsypały się po całym pokoju. Stała na środku salonu nasłuchując, modląc się w duchu, żeby ktokolwiek to jest odszedł i zapomniał o jej istnieniu. Na nikogo nie czekała, a jedyna osoba, która mogłaby się tu pojawić nie była mile widziana. Nie po wczorajszym. Stukot powtórzył się raz jeszcze, na palcach podeszła do drzwi, przyłożyła do nich dłoń, jakby starała się wyczuć, kto czai się po drugiej stronie. Niezapowiedziany gość zakołatał ponownie, ale teraz już w znajomym rytmie, stare hasło z dziecinnych lat. Tak ich mama wracając z pracy dawała znać córkom, że mogą bezpiecznie otworzyć i równocześnie rzucając się jej na szyję oraz przekrzykując wzajemnie opowiedzieć o wszystkim co wydarzyło się w szkole i na podwórku. Uśmiechnęła się do wspomnień odblokowując zasuwkę. W progu stała spocona i zdyszana Glusia.

-Cześć. Bałam się, że cię nie zastanę – Iga wpuszczona do środka oparła się o ścianę, upuszczona walizka uderzyła z łoskotem o podłogę. Zmęczona twarz i podkrążone oczy dziewczyny nie pozostawiały złudzeń, za nią ciężka i długa noc – Przepraszam, że tak bez zapowiedzi, ale nie mam gdzie się podziać. Wszystkie hotele w mieście wybukowane przez te turnieje, przecież od następnego tygodnia zaczyna się kobiecy. Przenocujesz mnie? – zakończyła błagalnie przyglądając się pobladłej siostrze – Coś się stało? Jeżeli nie w porę to powiedz. Poradzę sobie.

-Nie, wszystko w porządku, zaskoczyłaś mnie tylko – Iza uśmiechnęła się zakłopotana. W tej chwili jak nigdy, chciałaby dysponować umiejętnościami Glusi, założyć doskonałą, nieprzenikliwą maskę. Była w tym jednak tak nieporadna, jedyną nadzieję pokładała w wyczerpaniu Igi. I w tym, że nie znają się na tyle dobrze, by dostrzegać nienaturalność zachowania.

-Oczywiście zostań tak długo jak tylko zechcesz, jesteś tu jak u siebie – Żaba zakrzątnęła się wokół gościa kładąc kres niezręcznej sytuacji.

Wprowadziła siostrę do sypialni, przygotowała ręczniki i włączyła termę w łazience, słusznie zakładając, że ciepła kąpiel jest w tej chwili artykułem pierwszej potrzeby. Nie miała nawet czasu analizować, jak bardzo zabolało ją, że Glusia wolałaby zamieszkać w hotelu zamiast u niej. Teraz najważniejsze było wykorzystać jak najlepiej ten wspólny czas, nie pozwolić, żeby coś, co może się jeszcze przydarzyć zrujnowało do cna ostatki ich rodzinnej więzi. Gdy weszła do salonu wnosząc postukujące kostkami lodu szklanki z wodą zobaczyła przycupniętą na podłodze Igę. Zbierała powoli zdjęcia przyglądając się każdemu z nich i uśmiechając się do siebie. Co jakiś czas czule przesuwała palcem po gładkiej powierzchni papieru.

-Nie wiedziałam, że masz ich aż tyle – popatrzyła na siostrę, w jej oczach czaiły się łzy – bardzo za nią tęsknię – dodała opuszczając wzrok na trzymaną w rękach fotografię. Mama, roześmiana na sopockim molo, przytrzymująca oburącz słomiany kapelusz z szerokim rondem, który wtedy i tak w końcu uleciał. Nawet gdzieś był utrwalony, jak unosi się na powierzchni zielonego morza.

-Ja też – Iza uklęknęła obok siostry – pamiętasz to? – podniosła następny obrazek, ze wspólnych wakacji.

Przez chwilę przypominały sobie zdarzenia z ich dzieciństwa, miejsca, dawno niewidzianych krewnych, towarzyszy beztroskich zabaw. Śmiały się ze swoich niemożebnie wynaciąganych kucyków i ogromnych kokard we włosach. Sprzeczały, która zepsuła huśtawkę przed domem dziadków, a która nie przyznała się do wylania zielonej farby na kota sąsiadów. To były czasy, kiedy wszystko je łączyło. Obie zastanawiały się po cichu, co tak właściwie się z nimi podziało, że teraz jedyne co mają wspólnego to ta kupka starych fotografii.

Przy kolejnym odszukanym zdjęciu Iga zamarła i zesztywniała z ręką uniesioną kilka centymetrów nad podłogą. Ona i Maciek, na wigilii, tak dawno temu, a nadal boli. Żaba zajrzała jej przez ramię i westchnęła. Znała tą historię tylko dlatego, że wydarzyła się jeszcze wtedy, gdy mama żyła. Dziś pewnie nie zostałaby wtajemniczona. Nie zmieniało to niczego, współczuła siostrze, wiedziała jaka to była miłość i ile dla niej znaczyła. Nie trzeba było o tym mówić, wystarczyło na nich popatrzeć. Wiedziona impulsem objęła Glusię, przytuliła i wzruszona poczuła jej głowę opartą o swoją. Takiej fizycznej bliskości nie było między nimi od lat. Izę wypełniły żal i złość, dlaczego właśnie teraz? Gdy za chwilę wszystko pryśnie jak mydlana bańka? Czemu nie mogły odnaleźć się wczoraj, przedwczoraj, trzy dni temu? Dlaczego zawsze musi być na coś za późno?

-Woda pewnie się już zagrzała, odświeżysz się to od razu nabierzesz sił – odezwała się półgłosem. Po części chciała oderwać siostrę od przykrych dla niej wspomnień, a częściowo dać sobie czas na opanowanie własnych emocji, stłumić tą chęć zwierzeń, które niczego dobrego by dla nich nie przyniosły.

Iga skinęła głową, podniosła się z podłogi chowając fotografię swojej szczęśliwej przeszłości do kieszeni i zniknęła za drzwiami sypialni w poszukiwaniu kosmetyczki. Potem wypadki potoczyły się w takim tempie, że zanim Iza zorientowała się, co tak właściwie mogło się wydarzyć znów stała sama wśród porozrzucanych w salonie zdjęć.

Sekundę wcześniej Glusia w niesamowitym pośpiechu oświadczyła, że wypadło coś pilnego. Ktoś do niej właśnie zadzwonił, choć Żaba nie słyszała, żeby siostra z kimś rozmawiała. I już musi uciekać, ale będą oczywiście w kontakcie, odezwie się niedługo. Dziękuje jej za gościnę i przeprasza za zamieszanie.

Mówiąc to wszystko Iga cały czas trzymała dłoń w kieszeni spodni, tam gdzie schowała zabrane z podłogi wspomnienie. Iza nie mogła oprzeć się wrażeniu, że cała ta nerwowość i zmiana planów związana jest właśnie z nim. Nie liczyła, że dowie się o co tak naprawdę chodzi, ale czuła ulgę, że to nie ona jest powodem, dla którego Glusia znów opuszcza Mediolan. Bo przecież tego obawiała się najbardziej od momentu, kiedy ujrzała ją ponownie w swoich drzwiach.

Dzwonek telefonu zatrzymał Igę w biegu, trzęsącymi rękami starała się jak najszybciej wyszarpnąć aparat z kieszeni spodni jednocześnie nie wysuwając z niej złożonego na cztery arkusza papieru. Nie miała zamiaru z nikim rozmawiać, chciała tylko wyciszyć tą cholerną melodię. Zanim jej się to udało musiała wysłuchać całej przewrotnie trafnej zwrotki:

Yes, you know when you’ve been defeated

Feeling low you will always need it

Now you’re having fun…

Are you still having fun?

Wyświetlacz wypełniała znajoma sylwetka wiedźmina z podpisem „Uwaga! Nadchodzi!” Iga wyrównała oddech i zdecydowała się odebrać. I tak nie dałby jej spokoju.

-Cześć Łukasz, nie mogę za bardzo rozmawiać. W porządku u ciebie? – głos ją zdradził, drżał.

-Nie wiem gdzie jesteś, ale musi być tam jakieś miejsce, gdzie można usiąść, choćby krawężnik. I nie waż się rozłączyć, nie spławisz mnie – Kadziewicz, jeżeli chciał, potrafił być stanowczy. Spełniła jego polecenie, przeszła kilka kroków i usiadła na niskim murku otaczającym jeden z budynków sąsiadujących z domem Izy. Odetchnęła kilka razy i spróbowała uratować sytuację.

-Wykonano, teraz mów jak się czujesz, dalej tak cię faszeruję prochami? A jak noga? Wiesz już kiedy wyciągną śruby? – ze wszystkich sił starała się wydawać beztroska i swobodna. Miała wrażenie, że wyszło to całkiem przekonywająco.

-Nie zamiataj ogonem – Kadziewicz rozwiał jej nadzieje w mgnieniu oka –  nie muszę cię widzieć, żeby wiedzieć, że coś jest bardzo niedobrze. Co ten głupek znów zrobił? – jak zwykle celna i trafna diagnoza. Kiedy zdołał ją tak dobrze poznać? Dlaczego tak łatwo przenika każdą z jej masek?

-Łukasz, ja nie mogę tu zostać, nie dam rady – pękła, bezradność i poczucie krzywdy zbyt wielkie by przed nim udawać. Pewnie gdyby nie to, że sam w jakiś przedziwny sposób idealnie wyczuł moment, w którym należało z nią porozmawiać uporałaby się z tym samodzielnie. Uspokoiła i przeanalizowała wszystko na chłodno. Ale teraz wiedząc, że po drugiej stronie jest człowiek, który zechce ją wysłuchać i któremu może zaufać opuściła gardę – to boli i nie wiem co dalej.

-Wracaj maleńka, przyjeżdżaj, zajmę się tobą – cichy, czuły głos. Przymknęła oczy, tak dobrze rozumiał, że nie potrzebowała teraz żadnych pytań, jedynie pewności, że jest dla niej bezpieczne miejsce, że ktoś na nią … – czekam na ciebie Iguś – jak gdyby czytał w jej myślach. Zadrżała.

Jakie to szczęście, że dzielą ich setki kilometrów, gdyby nie ta odległość, mogłaby się nie oprzeć i popełnić kolejny błąd. Bo choć cały czas próbowała utrzymać się w złudnym przekonaniu, że nic się nie dzieje, że jeden wieczór, kiedy Kadziewicz powiedział coś pod wpływem ogromnej dawki leków nie ma najmniejszego znaczenia, to wiedziała już, to było mizerne oszustwo. Teraz siedząc na kamiennym występie muru wyobrażała sobie, że Łukasz jest tuż obok, że za sekundę obejmie ją, przytuli, ochroni. Ze zdziwieniem odkryła, że wcale nie potrzebuje udowadniać mu swojej niezależności i siły, wprost przeciwnie, chciała, żeby się nią zaopiekował. Zupełnie odwrotnie niż w przypadku Michała, z którym wciąż walczyła o suwerenność. Skądś brała się w niej pewność, że Kadziu po prostu to o niej wiedział i za to ją cenił, a że chciał jej zapewnić bezpieczeństwo wynikało z tego co do niej czuł, a nie z potrzeby dominowania czy podporządkowania sobie jej osoby. I dlatego by mu na to pozwoliła. Z wysiłkiem otrząsnęła się i wyrwała z coraz głębiej wciągającej ją pułapki, jeszcze chwila i wyzna coś, czego nie będzie już mogła odplątać. Skrzywdzi kolejnego człowieka.

-Nie uciekaj, nie ma się czego bać – znów powiedział dokładnie to co było jej potrzebne. Następna walka z samą sobą i zdołała odpowiedzieć.

-Muszę jeszcze coś sprawdzić, inaczej strach będzie zawsze – wiedziała, że zrozumie. Nie myliła się.

-Jeżeli się potwierdzi, nie wahaj się, nie patrz wstecz, nie warto. Czekam tu na ciebie, Iguś, chyba już od dawna, bo chyba…– nagle przerażony własną szczerością zamilkł.

-Idź już – dodał po chwili uwalniając ich od tej ciszy, skończyli rozmowę bez pożegnania.

-Co ty odpierdalasz? – Przemek stał w drzwiach. Dokładnie słyszał każde słowo i teraz nie miał zamiaru patyczkować się z tym połamańcem. Nie po to skłonił Igę, żeby ruszyła tyłek i stanęła obok swojego faceta, tam gdzie jej miejsce, żeby nagle Kadziewicz zaczął w tym mieszać. Przynajmniej nie do momentu, aż sytuacja sama się unormuje. I ona i Kubiak muszą mieć swoją szansę.

-Nie twój biznes, ale jak już chcesz wiedzieć, to nie będę przyglądać się bezczynnie, jak Michał znów ją krzywdzi. Obaj wiemy, że Iga na to nie zasługuje – Łukasz nie był uczniakiem, który pozwoliłby się strofować i przestawiać po kątach. Zrobił dokładny remanent w swoich uczuciach i nie miał wątpliwości, że to co czuje do tej dziewczyny jest szczere i prawdziwe. I co z tego, że ona jest z kimś innym, skoro ten ktoś nie ma zielonego pojęcia jak z nią postępować, czego potrzebuje i czego jest warta.

-Jak to znów?  – Przemek nawet nie poczuł, kiedy dłonie zacisnęły mu się w pięści, zaskoczony podszedł do szpitalnego łóżka – jak to kurwa, znów?

-Nie mam pewności, nie powiedziała nic konkretnego. Ale domyślam się, co ona podejrzewa – Kadziewiczowi zwęziły się oczy – Dalej uważasz, że to taka świetna partia a ja mam się odpierdolić?

-Nie wiesz nic na pewno, przypuszczasz – Przemek rozluźnił się zauważalnie. Miał swoje obawy, ale było bezsensownym dzielić się nimi z Łukaszem. Tylko wzmocniłby w nim przeświadczenie, że postępuje słusznie – I owszem, jestem zdania, że powinieneś dać sobie i im spokój.

-Może ty jesteś po prostu zazdrosny – Kadziu postanowił przejść do ataku – zawsze miałeś ją tylko dla siebie i nie potrafisz znieść, że mogłaby być z kimś szczęśliwa. Zaufać jeszcze komuś poza swoim najlepszym przyjacielem. Swoją drogą, nie każ mi wierzyć w wieczną przyjaźń damsko-męską. Za stary na to jestem.

-Za głupi też – warknął rozgniewany Przemek – nic nie rozumiesz tępa pało. Powtarzałem ci kilka razy żebyś uważał, ale widzę, że na próżno. Nawet nie wiesz w co się pchasz.

-To mnie oświeć, bo rzeczywiście nie mogę ogarnąć, jak to jest, że wolisz ją widzieć w tej nieustającej szarpaninie z Michałem? Chyba nie mógłbym wypaść gorzej.

-Nie wypadłbyś, to jest twój problem.

-Kurwa, mówże normalnie, bo ja nadal nic z tego nie wiem. Przeszkodą jest dla ciebie, że ściągnąłbym ją z tego rollercoastera, w którym tkwi z Kubiakiem? Przecież w końcu i tak wypadną z szyn – Łukasz nie potrafił znaleźć przekonywującego wyjaśnienia dla postawy kolegi.

-Zastanawiałeś się kiedyś, skąd bierze się wasza zażyłość? – Przemek oparł dłonie o poręcz łóżka. Musi podjąć próbę odwiedzenia Kadziewicza od, w jego własnym mniemaniu, nie najlepszego pomysłu – Popychasz Igę we właściwym kierunku, pomagasz podejmować decyzje w chwilach zawahania. To ty ją namówiłeś do przeprowadzki do Lubina, kilka razy jako szara eminencja utrzymałeś przy życiu jej związek z Kubiakiem, potrząsasz nią kiedy tego potrzebuje. W bardzo inteligentny i nienachalny sposób ingerujesz w jej życie, gdy jest w impasie. Wiesz w czyje buty przypadkowo wszedłeś?

Kadziu potrząsnął głową, nie miał pojęcia do czego zmierza ta przemowa. Nie widział niczego złego w tym, że ją rozumie, potrafi wyczuć jej niepewność, być dla niej oparciem we właściwym momencie. Wprost przeciwnie, bo czyż nie na tym między innymi polega miłość?

-Maciek taki był. Przez lata stał się jej podporą i siłą, codziennym drogowskazem. I nie rozstali się bo uczucie wygasło. On umarł. Tego się nie da tak po prostu załatać ani zastąpić, nikim.

-I to jest według ciebie błąd? Że Iga może być z kimś podobnym? Skoro wtedy była szczęśliwa to tym bardziej będzie teraz – Łukasza znów opanowało wzburzenie. Argumenty, które padały z ust przyjaciela jego zdaniem przemawiały bezwarunkowo za nim, powinien zająć miejsce Michała.

-Skrzywdzicie się. Wpadniesz w spiralę porównań, prędzej czy później, i nie wygrasz – Przemek wydawał się szczerze zatroskany – Kubiak jest tak różny, że mnie do dziś zaskakuje ten wybór Igi. Ale może to właśnie jest jego przewaga. Choć mówiąc szczerze obawiam się, że ona będzie nieświadomie sabotować każdy związek, a ten kretyn jeszcze jej w tym wyśmienicie pomaga. Czasami myślę, że po Maćku nie ma już dla niej nikogo, bo ona tak naprawdę nadal tkwi przy nim. Dlatego powtarzam: uważaj, i wystarczy – zakończył i zaczął zbierać się do wyjścia.

-Ona najbardziej potrzebuje w tobie przyjaciela – Przemek odwrócił się jeszcze – I masz rację, o to mógłbym być zazdrosny, tylko ty chyba tego nie rozumiesz.

Zniknął w szpitalnym korytarzu zostawiając Łukasza z wrażeniem, że ktoś właśnie poprzekręcał mu prawie już ułożoną kostkę Rubika. I to tak, że nawet nie wiadomo jak zacząć składać ją na nowo, i czy należy to robić.

Piotrek szedł powoli, ostrożnie stawiając stopy na brukowanym podjeździe i nie spiesząc się zbytnio. Nie będzie ryzykował, tylko dlatego, że ktoś znów czegoś zapomniał. Wystarczająco złościło go już, że przez głupi, mało istotny uraz kostki został odesłany dziś na trybuny. W jutrzejszym finale musi zagrać. Tylko żeby było w czym. Ale chłopcy jak na razie byli na dobrej drodze, drugi set dla nich, chociaż zdobyty po bardzo zaciętej walce, właśnie straszliwie mordują się w trzecim. A on tymczasem robił już kolejną rundę do autobusu stojącego za halą, bo najpierw okazało się, że trener zostawił w nim notatki a teraz doktor nie mógł znaleźć któregoś ze swoich specyfików. I kto po to wszystko lata jak z piórem? Oczywiście Cichy, bo on się nie sprzeciwi, pokiwa głową i wykona. Eh, to się w końcu musi zmienić.

Przed wejściem do obiektu niespodziewanie natknął się na Igę. Nie zauważyła go, zatrzymał się w oddaleniu i obserwował ją uważnie. Stała oparta o ścianę zatopiona we własnych myślach, dokładnie w takiej samej pozie jak trzy dni temu, gdy spotkał ją po wygranym meczu z Serbią. Jak bardzo zmieniła się przez ten krótki okres czasu. Nie ma śladu po roześmianej, wesołej dziewczynie przekomarzającej się przez telefon z Kadziewiczem. Zmęczona – to na pewno, w końcu jeszcze wczoraj z tego co wiedział była w Polsce, cała historia związana z wypadkiem Łukasza musiała odcisnąć na niej swoje piętno. Jednak Piotrek dostrzegał coś więcej, przygnębienie i rezygnację. Może to przez zwieszone ramiona, może przez bezbarwne, tępe spojrzenie, może przez nerwowo wkładaną i wyciąganą z kieszeni spodni dłoń, wciąż upewniającą się, czy to co w niej ukrywa nadal jest na swoim miejscu. A może dlatego, że tak dobrze znał te uczucia z własnego doświadczenia, z boiska. Gdy dociera do ciebie, że już za późno na uratowanie meczu.

-Cześć, co ty tu robisz? – podszedł i klepnął ją w ramię, spojrzała na niego nieprzytomnie. Z bliska jeszcze widoczniejsze było wyczerpanie. Blada twarz i podkrążone oczy. I smutek, teraz już był pewien, że prawidłowo ocenił sytuację – nie powinnaś zagrzewać nas do walki?

-Cześć – uśmiechnęła się słabo – nie mam biletu, pomyślałam, że poczekam tutaj. Może ktoś znajomy się trafi, i proszę, jakie mam szczęście – skrzywiła wargi, cała jej postawa świadczyła o czymś zupełnie przeciwnym.

-No rzeczywiście, bo ja dziś robię za gońca – podniósł rękę pokazując trzymane w niej opakowanie maści rozgrzewającej – chodź, przemycę cię. Położył dłoń na jej ramieniu i delikatnie skierował dziewczynę w kierunku wejścia. Nawet gdy już byli w środku cały czas zachowywał ten drobny fizyczny kontakt, miał nieodparte wrażenie, że jeżeli ją puści i zostawi Iga rozpadnie się, rozsypie, zniknie. Zatrzymali się tuż za bandami obserwując ostatnie akcje spotkania. Polacy bezapelacyjnie pokonywali Bułgarię.

Stała w takim miejscu, że musiał ją zauważyć. Pierwszy raz odkąd się znali, odkąd byli razem podeszła tak blisko boiska. Dotychczas zawsze tego odmawiała, wolała oglądać jego mecze z sektorów, anonimowa w tłumie. Dziś, gdy przebrzmiał ostatni gwizdek, drużyny podały sobie ręce, polska reprezentacja zakończyła skoki, tańce i okrzyki radości po wygranym półfinale i zawodnicy powoli zaczęli przechodzić w kierunku szatni spotkali się oko w oko. Zaskoczyła go i nie zdołał zapanować nad twarzą. Zanim się zorientował spłoszony bezwolnie uciekł spojrzeniem gdzieś w bok. I wtedy zrozumiał, że to wystarczy, że właśnie bezgłośnie odpowiedział na jej nieme pytanie. Poczuł przenikliwe zimno, strach skręcający żołądek w ciasny supeł, wydawało mu się, że spada z bardzo wysoka. Opamiętał się, zaczął biec w jej kierunku. Za późno, już znikała w tłumie opuszczającym halę, przeciskając się między ludźmi, torując sobie drogę ucieczki. Bo znów uciekała. Tylko tym razem nie przed nim. Od niego.

-Ale to spierdoliłeś – Nowakowski tylko pokręcił z niedowierzaniem głową i minąwszy go podszedł do sztabu przekazując niepotrzebną już nikomu tubkę z maścią.

Trudno o trafniejsze podsumowanie.

Dzień Siódmy

Iga

Już tyle razy rozprostowywałam i składałam tą kartkę, że widać niewielkie przetarcia na zagięciach, a ołówek wytarł się w tych miejscach zupełnie. Ale nadal, gdy rozłożę szkic zerwany ze ściany w sypialni mojej siostry widzę wyraźnie śpiącego Michała. W charakterystycznej pozie, z ręką schowaną pod policzkiem, głową wtuloną w poduszkę. Znajomy widok, z którym budziłam się każdego ranka, przyglądałam mu się w szarości rozpoczynającego się dnia, przeciągając bezlitosną pobudkę choć o kilka minut. Iza też już zna ten spokojny wyraz twarzy, delikatnie rozchylone usta, łagodność skrywaną na co dzień pod pozą wiecznego wojownika, bardzo dokładnie to uchwyciła. Czy mam jeszcze o coś pytać, czegoś dociekać? Znów upokorzenie i znów mogę mieć pretensje do samej siebie. Może gdybym na boisku, kiedy stanął ze mną twarzą w twarz, nie dostrzegła tego zakłopotania, strachu, szukałabym teraz jakiegoś usprawiedliwienia i wymówek. Nie muszę, nie będę. Wielkie rozstania na filmach są wzruszającymi scenami, jest płacz i krzyk, przerysowany dramat. Nasza historia kończy się pogniecioną kartką papieru i jednym potwierdzającym spojrzeniem. To jest prawdziwy romantyzm, tylko szkoda, że tak strasznie boli.

Nadzieja jest przekleństwem. Marzysz, wierzysz, że może się udać, inwestujesz siebie, otwierasz się i stajesz bezbronnym. A potem życie wyciera tobą buty zabierając wszystko co tak długo sobie budowałaś, obdzierając z tej cienkiej warstewki szczęścia, na którą złożyło się sporo wyrzeczeń. I patrzysz jak umiera miłość. Ja widziałam jak gasła z dnia na dzień w coraz bardziej nieprzytomnych majakach, wtedy obiecałam sobie, że już nigdy więcej. Teraz mam ją narysowaną na kartce papieru, dłoń mojej siostry stawiając każdą kolejną kreskę zabierała mi ją odrobina po odrobinie i znów obiecam sobie, że nigdy więcej. I ile jeszcze razy? Na wyciągnięcie ręki jest kolejna ułuda. Łukasz rozumiejący nawet niewypowiedziane myśli. Jakże prosto byłoby teraz schować się w jego czekających na mnie ramionach, zapewnić sobie bezpieczeństwo, azyl. Zapomnienie. Do czasu, do kolejnych otrzęsin, następnego zdemaskowanego oszustwa lub zniszczonego snu. Nigdy więcej.

Schowam się, zniknę. Ukryję przed nimi wszystkimi. Przed Michałem, z którym nic już nie musimy wyjaśniać, o niczym decydować, pozostaje nam jedynie o sobie nie pamiętać. Przed Izą, wyrzutem sumienia, straconą szansą, z nowym powodem, dla którego nigdy nie będziemy siostrami. Przed Łukaszem, który mógłby być przyjacielem, ale nie może być niczym więcej, więc będzie po prostu niczym. I przed Maćkiem, który znów zaczął nawiedzać moje sny, przypominając bezlitośnie co kiedyś miałam i co nie ma szansy się powtórzyć. Przed samą sobą nie dam rady się skryć, choć to byłoby najlepszym rozwiązaniem. Pakuję zatem siebie razem z pozostałymi rzeczami do walizek. Nie zostawię pożegnalnego listu ani napisu na lustrze, wymyłam nawet kubek po ostatniej kawie i schowałam na miejsce do szafki. Przez uchylone okno z mieszkania ulotni się zapach moich perfum, świeżo zmieniona pościel i tylko jedna poduszka na dwuosobowym łóżku nie pozostawią niedomówień. Kiedy Michał tu wróci, nie będzie śladu, że kiedykolwiek mnie miał. I wtedy jego odwieczna wątpliwość stanie się prawdą.

Siedzę na kanapie obracając w rękach opętanego kota, zielone futerko nosi ślady migusiowych zębów oraz nożyczek. Uśmiecham się na wspomnienie niezupełnie trzeźwego Michała, który przekonywał mnie, że jeżeli potworek jest rzeczywiście paranormalny to sierść odrośnie. Coś jeszcze mnie tu zatrzymuje, choć tuż przed klatką schodową czeka gotowy do odjazdu samochód, a na mój telefon czeka Przemek, żeby pomóc przy przeprowadzce do nowego domu. Mogę stąd wyjść tak jak zaplanowałam, zostawiając klucze na szafce w przedpokoju i zatrzaskując drzwi. Mogę zostać na ostatnią konfrontację. Jeszcze się waham.

Przemek

Całe życie z wariatami, co jedno to głupsze. Już nawet Kasia się śmieje, że powinienem złożyć wnioski o zbiorowe ubezwłasnowolnienie, bo więcej energii kosztuje mnie wyłapywanie tych pijanych dzieci z mgły niż gdybym od razu każdemu dał po klapsie i powiedział, co mają robić. To nie chodzi o to, że mam jakiś patent na nieomylność, bo nie mam. Ale do większego burdelu niż oni na pewno bym nie doprowadził. I z pewnością nie wznieciłbym w nim pożaru.

I wcale nie przesadzam. Mam tu całą galerię przypadków. W pierwszym rzędzie połamanego Romea, który nagle doszedł do wniosku, że albo ta albo żadna. Lubię Kadziewicza, starałem się mu wytłumaczyć, jak bardzo błądzi uważając to za dobry pomysł. Grochem o ścianę. Z jednej strony rozumiem tą fascynację  i mam wewnętrzne przekonanie, że choć on wydaje się najbardziej szalony z tego towarzystwa byłby równocześnie najbardziej pewnym oparciem. Pod maską franta i pajaca chowa się rozsądny facet. Łukasz bez żadnych podpowiedzi rozgryzł Igę, potrafiłby jej dać przestrzeń, wolność, której ona potrzebuje, a równocześnie w odpowiednim momencie zabrałby jej kierownicę i dowiózł tam gdzie sama wahałaby się pojechać. A ja byłbym spokojny, że ktoś czuwa nad moją prawie-jak-siostrą nie gorzej ode mnie. No i Kadziu rozumie jak ważne są dla niej przyjaźń, zaufanie, niezawodność. Gdyby sytuacja była odwrotna i to Kubiak znalazł się w stanie krytycznym osobiście zapakowałby ją do samolotu a potem wydzwaniał bez przerwy, żeby dowiedzieć się o jego rokowania. Pamiętam przecież jak zachował się, kiedy Iga była operowana. Ja i Michał siedzieliśmy zrezygnowani, a on wpadł tylko i już wywiedział się wszystkiego czego w danym momencie można było, zatroszczył się o najlepszego lekarza prowadzącego i obdzwonił pół świata sprawdzając, czy nie da się zapewnić jeszcze skuteczniejszej opieki. Działał, bo przyjaciółka była w potrzebie. Ale jest też druga strona medalu, o której mu otwarcie powiedziałem. Nie zmienię zdania. Żeby Iga mogła być szczęśliwa najpierw musi uporać się z przeszłością, a związek tak bardzo przypominający to co straciła na pewno jej w tym nie pomoże. Choć gdy się nad tym zastanawiam Kubiak wcale nie wydaje mi się o wiele sensowniejszym wyborem.

No właśnie, kolejny kretyn w menażerii. Nie mogę zaprzeczyć, dał radę, sprawdził się w kilku trudnych momentach, ale po tym co odwalił w Mediolanie znów chętnie przyłożyłbym mu w tą durną gębę. Najgorsze jest to, że chyba jako jedyny rozumiem co do tego doprowadziło. Znam je obie i niestety przyznaję, Iza jest łagodną odmianą swojej siostry, z tego względu bardziej atrakcyjną dla mężczyzn. To nie ma nic wspólnego z urodą, to nie jest aż taka różnica jak Idze się wydaje. Iza to uczucia na dłoni, to kobiecość i delikatność, o którą chcesz się zatroszczyć. I możesz to zrobić, bo ona ci na to pozwoli. Michała musiało to skusić, gdybym ja był zainteresowany jedną ciągnęłoby mnie i do drugiej, nie tak introwertycznej i bardziej uległej. Bo z moją szacowną walniętą przyjaciółką musisz walczyć o wszystko. Żeby jej pomóc, żeby móc z nią być, żeby zmusić ją do najlepszego dla niej wyboru. Wieczny opornik. Uwielbiam ją, Kaśka mówi, że nie mogłem trafić w życiu na lepszą żonę i lepszego kumpla. I ma rację. Ale wiem też jak jest trudna. A taki facet jak Kubiak musi mieć władzę, musi być na piedestale, musi czuć się pierwszym. Powodzenia, nie z Igą.

Wspominałem, że mam tu mały freakshow? Oto i jego gwiazda, która zamiast zawalczyć o Michała, skoro jej na nim zależy, poszukać w sobie zrozumienia, może przebaczenia i ratować tą miłość. Bo ja wiem, że go kocha, bez względu na to czy uważam to za absurdalne i beznadziejne uczucie czy nie. Lub zamiast zdobyć się na bolesne, ale czyste cięcie, powiedzieć mu wyraźnie żeby spierdalał, co ja bym rekomendował, wykona swój popisowy numer. Odetnie się, wyprowadzi po cichu, z wirtuozerią niedoścignionego iluzjonisty zapadanie się dla Kubiaka pod ziemię. Jeżeli spotkają się jakimś cudem pokaże mu swoją najlepszą maskę – nie znam cię. A w środku: wrzask, płacz, tęsknota. To już nie będzie taka zabawa jak po tej aferze ze zdjęciami. Wtedy od razu wiedziałem, że nie chce rozstania, odradzałem jej nawet wyprowadzkę, ale się uparła, jak to ona. To było takie proste do przejrzenia, Kadziewicz połapał się z miejsca i ruszył z odsieczą, dziś pewnie ma ochotę sam siebie skopać po dupsku za tą akcję. Ale tym razem Iga nie zostawi dla Michała żadnej uchylonej furtki, i nikt nie będzie jej przekonywał, żeby zrobiła inaczej.

Mogę to przeczekać, zobaczyć jak sprawy same się ułożą, jak zawsze podryfować bezpiecznie wraz z nimi i po prostu asekurować tą wariatkę nie ingerując w jej poczynania. Ale mogę również… gdzie jest mój telefon?

Iza

Bezładnie wrzucam do walizki ubrania, te, które nawiną mi się pod rękę. Nie mam czasu bawić się w prasowanie czy pedantyczne składanie w kostkę. Im wcześniej stąd wybiegnę i wsiądę do taksówki tym większa szansa, że nie opuści mnie odwaga. Nie boję się, że zacznę się za bardzo zastanawiać, czy to co postanowiłam ma sens. Po pierwsze zawsze ufam instynktowi, po drugie sama jeszcze nie wiem co zdecydowałam. Najważniejszy teraz jest ruch, pierwszy krok, pierwszy obrót po trawiastym zboczu, do tego nie może mi braknąć pewności siebie. Potem wszystko ułoży się samo. Albo dobrze albo źle. Ale nie będę siedzieć bezczynnie wśród zdjęć i wspomnień, jak stara panna wśród swoich kotów i porcelanowych figurynek.

Nie wiem czy wyjeżdżam mając nadzieję dopędzić Igę. Czy jadę po szansę, aby stanąć przed nią i choć raz wyjaśnić wszystkie niedopowiedzenia? Przynajmniej wyznać głośno, że tęsknię za nią. Nie od wczoraj, nie od miesiąca, ale od kilkunastu cholernie długich lat. Chciałabym móc spojrzeć jej w oczy i przeprosić, za głupotę nastolatki, którą już nie jestem i usłyszeć jak ona prosi o wybaczenie mnie, za bezwzględność idealistki, którą już nie jest. Przypomnę jej dawno przebrzmiałe słowa mamy, które tak często nam powtarzała, że jesteśmy sobie najbliższe na świecie, że musimy się kochać, bo jeżeli już nie zostanie nikt zawsze będziemy mieć siebie. Może już dorosłyśmy na tyle, żeby to zrozumieć i usłuchać? Wyobrażam sobie długie przegadane noce, kiedy opowiem jej jak bolą samotne święta w Londynie, gdy wychodzisz do centrum, tylko po to by nie siedzieć zamknięta w czterech ścianach, jakie to uczucie, gdy pierwsza opinia na temat twoich obrazów to „barachło”, jak ważny jest nawet krótki sms z domu, choćby tak zdawkowy jak jej. Prawie czuję jej głowę znów opartą o moją, szepcze o swoich sekretach, radościach i katastrofach. Bo komu ma to wszystko wyznać, jeżeli nie mnie? Czy po to pakuję teraz w takim pośpiechu wyświechtaną parę trampek?

A może impulsem jest Michał? Czy jadę ze względu na niego? Nie chcę tak po prostu zgodzić się na to, że nasza historia nie będzie mieć ciągu dalszego? Wabi mnie jego gwałtowność, tak znajoma mi emocjonalność. Przedwczorajszego popołudnia w moim mieszkaniu czułam jakbyśmy mieszali ogień z ogniem, oboje podsycaliśmy w sobie namiętność, niekończąca się reakcja łańcuchowa. Ale to nie wszystko, jeżeli on jest powodem, to chcę dogonić poczucie bezpieczeństwa, ukojenie, jakiego zaznałam leżąc w jego ramionach. Pewność, że właśnie ktoś stanął między mną a światem, że znalazła się tarcza, która odbije wszelkie zagrożenia.

Nie ucieknę w takim razie od porównań z „syndromem Przemka”. Iga może uważać, że moja żałosna próba romansu była wymierzona w nią. Na początku rzeczywiście tak było. Ze wszystkich sił starałam się jej udowodnić, że on nie jest taki niepokalany, że jej niby-brat ma swoje wady, że nie można mu ufać. Ale to była krótkotrwała motywacja, bo kiedy go poznałam okazało się, że jest dokładnie taki jak wydaje się mojej siostrze. I zakochałam się, beznadziejnie i boleśnie, bo przecież właśnie charakter, który mnie pociągał stał mi na przeszkodzie. Paradoks. Zawsze zastanawiałam się jak Glusia to robi. Nigdy nie kręciło się wokół niej za dużo adoratorów, odstraszała ich skutecznie ciętym językiem i wystudiowanym chłodem. Ale jeżeli już ktoś wpadał w jej orbitę był wyjątkowy, przynajmniej w moich oczach. Silne osobowości, szczerość i oddanie. Iga nazywała to prawością i miała rację. Maciek był najlepszym przykładem. Przemek nie odbiegał od wzorca. Michał zapewne nie jest inny, choć najbardziej wybuchowy z nich wszystkich. Ale może właśnie dlatego jeszcze bardziej mnie przyciąga. Czy to z jego powodu zastanawiam się teraz czy mam jeszcze wepchnąć do pełnej już walizki parę niebotycznie wysokich szpilek?

Stoję na środku pokoju z dwoma parami butów w rękach, z rozterką przyglądam się raz jednej raz drugiej, nie zmieszczę już obu. Okazuje się, że decyzję muszę podjąć już teraz.

Michał

I znów lotnisko w Mediolanie zostaje w tyle. Ostatnio, gdy patrzyłem jak koła samolotu odrywają się od mokrej powierzchni tego pasa startowego po mojej lewej stronie siedziała Iga. Wtedy jeszcze nie wiedziałem jak ważna będzie to dla mnie podróż, ile znaczyć będzie w moim życiu poznana przypadkowo nieznajoma. Dziś też miała być obok. Zamiast niej jest Piotrek Nowakowski. Roześmiany i sypiący żartami, wygraliśmy, jedziemy na Olimpiadę. Hura. Zakładam słuchawki, muszę się odizolować. Iga nie ma pojęcia, że podkradam jej muzykę. Lubię wiedzieć co jej się właśnie spodobało, na siłę wydzieram jej drobne, mało istotne sekrety, te które tylko zdołam. Wystarczająco wiele tajemnic pozostaje niedostępnych. Pit próbuje zagadać, wciągnąć mnie do ogólnego ożywienia panującego wśród okupujących sąsiednie fotele kolegów. Udaję zmęczenie, zamykam oczy, nie mam ochoty na rozmowy z kimkolwiek. Mam za to dużo do przedyskutowania sam ze sobą.

Jak wszystko mogło się tak popieprzyć? Powinna tu być, świętować ze mną, planować wyjazd do Rosji, uśmiechać się i próbować kłuć mnie swoimi złośliwościami, jak to ona. Ja powinienem trzymać ją za rękę i gładzić znajome blizny na kciuku, a może upewniać się, że na jej serdecznym palcu nadal jest pierścionek, który na niego wsunąłem. Nic z tego się nie wydarzy. Kolejny raz mój przemyślany, dopracowany w szczegółach scenariusz poszedł w rozsypkę, jeszcze przed pierwszą rozpisaną w nim sceną. A kawałek kruszcu, który miał powiedzieć to, czego ja nie umiem ubrać w słowa nadal spoczywa na atłasowej poduszeczce, bezpieczny w pudełeczku na dnie walizki. I tam już pewnie zostanie. Bo jak słusznie zauważył Piotrek: spierdoliłem. Na całej linii.

Pod przymkniętymi powiekami pojawia się jak na zawołanie Iza, jej nagie plecy z zarysowanym pod skórą kręgosłupem, taka drobna, krucha. Tylko krucha, tym się różnią. Siedzi na brzegu łóżka, nie odwraca głowy, kiedy odpowiada na moją prośbę. Słyszę jej proroctwo:

-Ode mnie nigdy się nie dowie, sam jej powiesz. W końcu cię wybrała, nie możesz być zakłamany.

Najgorsze jest nie to, że nie zdołałem stłamsić złości do Igi, że pozwoliłem gniewowi przemienić się w zdradliwe pożądanie, które wymknęło się spod kontroli na kamiennej podłodze. W pokoju skrytym wśród kipiącej zieleni staczałem się z górki zupełnie nie dbając o kierunek. Najbardziej przeraża mnie, że nie ma we mnie pewności, że gdybym mógł cofnąć czas to zmieniłbym tok wydarzeń. Iza przypomniała mi jak to jest, gdy kobieta ci ulega, kiedy czujesz, że ci się zupełnie oddaje, że możesz być dla niej światem. Na zawsze, a nie na wypożyczoną złudną chwilę, tak jak w przypadku jej siostry. Obie parzą, ale każda w inny sposób. Iza niehamowaną namiętnością, żarem emocji, a Iga chłodnym opanowaniem, które trzeba wciąż na nowo przełamywać. Tylko, kiedy już to zrobisz wpadasz po uszy, upaja cię samo zdobywanie. A czego ja chcę? Pewności, że już zwyciężyłem czy starań o utrzymanie mistrzostwa? Bycia pierwszym czy ciągłej walki o podium?

Wyciągam z plecaka dokumenty. Jeden podpis. Mogę zostawić to wszystko, zacząć od nowa daleko od Lubina i związanych z nim ludzi. Postarać się zapomnieć, może się uda, kto wie. Na pewno będzie łatwiej niż tu. Ale jeżeli zostanę to znaczy, że nadal ona jest najważniejsza. To śmieszne, że nie ma o tym pojęcia. A ja tak skupiony na tym, żeby być dla Igi numerem jeden nawet się nie spostrzegłem, kiedy ona stała się nim dla mnie. Tylko czy to ma jeszcze jakikolwiek sens?

Łukasz

Obracam w dłoniach polakierowaną kapustę. Wiecie co napisała Iga na spodzie tej niecodziennej pamiątki? „Nawet jak mnie nie widzisz zawsze jestem blisko Ciebie, głąbie”. I co ja mam z tym zrobić, jak to zinterpretować? Sygnał? Oznaka przyjaźni czy czegoś więcej? A może zwykła, zabawna szpila? Jakbym miał mało innych wątpliwości.

Przemek tak namieszał mi w głowie swoją przydługą przemową, że straciłem całe przekonanie o słuszności własnego postępowania. To znaczy, nadal chciałbym zmienić moją przyjaźń z Igą w coś ważniejszego. Podziwiam ją, jej siłę i opanowanie, uwielbiam poczucie humoru, cenię zdecydowanie i zdrowy rozsądek. A kocham ją za to jak się uśmiecha sama do swoich myśli, jak nieporadnie próbuje ukryć wzruszenia, jak tkwi w przekonaniu, że nikt nie podejrzewa ją o czułość i delikatność, jak dziecinnie cieszy ją udana złośliwość, jak marszczy brwi, kiedy z kimś się nie zgadza. I za to jak czuję się przy niej, jakbym nie miał trosk, po prostu szczęśliwy. Ale przemkowe „uważaj” wciąż brzmi mi w uszach. Zrozumcie, nie boję się duchów, uważam, że miałbym szansę. Jednak zdecydowanie i pewność mnie opuściły. Bo co się stanie z nami, jeżeli sprawdzą się przewidywania Przemka i wtedy zniknie nie tylko miłość, ale i przyjaźń? Iga wyparuje z mojego życia zupełnie? Warto ryzykować? Z drugiej strony mam się miotać udając, że wszystko jest w porządku i wyprzeć się swoich pragnień, nadziei na coś dobrego i trwałego? Co mam zrobić? Co my wszyscy mamy teraz zrobić?

==============================================================

A co Ty chcesz zrobić?

MIgał4: wszystkie odpowiedzi

Elektroliza: coś o Bartku

Moje ulubione o Kubiaku

Idę sobie

32 odpowiedzi na „MIgał3

  1. ~E. pisze:

    Jedno słowo: GRATULACJE…

    Coś pięknego. Niewielu posiada taki talent.
    Ogrom słów, ich ilość, używana w opisie sytuacji nie odstrasza, ale wciąga jakąś potężną, magnetyczną mocą. Z reguły czytając inne blogi omijam je często, gdyż zwyczajnie mnie nudzą. Tu, czytam od dechy do dechy.
    Dialogi – rewelacja. Poczucie humoru, ironia. Musisz mieć fajną osobowość. Przerywniki – cudowne. Zarys postaci – przede wszystkim autentyczność, nic wyidealizowanego, dzięki temu chce się poznać taką Igę i ma się poczucie, że takich zamkniętych w sobie osób na świecie trochę jest i to jest takie totalnie realne. Każdy, po części może identyfikować się z bohaterką.

    I Michał.
    Tytanowy charakter. Skała, która zostaje naruszona. A niezawodny często na boisku, zawodzi nie jeden raz najbliższą osobę. W realu nie jest idealny, to czemu ma być w opowiadaniu? Na wielu innych blogach wtórnie walczy o miłość, za każdym razem. Ok. On jest waleczny, ale też ma swoją dumę. Ty potrafisz to wypośrodkować.
    Lubię oglądać ten wywiad po wygwizdaniu (pisałaś gdzieś o nim w komentarzu). Mało osób o nim pamięta, a tam jest trochę inna (bardziej rozkapryszona) strona Michała Kubiaka. :)

    Uwielbiam. Koniec moich rozmyśleń. Kiedyś sobie wydrukuje tę historię (na pamiątkę, żeby wracać i czytać i delektować się prawdziwym talentem), w razie jakbyś wpadła na jakiś głupi pomysł i usunęła tę historie z życia Internetu :D Nie rób tego… za dużo stracą Ci co nie przeczytają. :)

    mimo-wszystko-ide.blog.onet.pl
    odchodze-kochanie.blogspot.com

    • otfilulu pisze:

      Oj zgadzam się z Tobą, Kubiak idealny nie jest, zupełnie. Nikt mi tego nie zdoła wmówić :) Nie widzę go też w roli ciągłej przylepy, słodziaka czy romantycznego marzyciela i tak próbuję o nim pisać. Otwarcie przyznaję, że całkowicie go nie rozumiem i chyba nigdy nie pojmę jak można się tak naładować na mecz, że aż idą iskry, żeby minutę później wydawać się zupełnie zrelaksowanym i obojętnym. Jest barwny, nie ma co. A takie smaczki jak przytoczony wywiad, ta permanentna obraza i nadęta mina podczas rozmowy jeszcze dodają Kubiakowi kolorytu, przynajmniej w moim odczuciu.
      Bardzo Ci dziękuję i pękam z dumy, bo jeszcze nikt nie chciał mnie drukować :) I zapewniam, że nie mam zamiaru niczego stąd usuwać, nawet jeśli dziś czytając moje pierwsze próby opowiadaniowe krzywię się na widok błędów i niedociągnięć, wiem przecież, że dokładnie tak samo zareaguję później na widok mojego ostatniego tworu. Kolej rzeczy.
      Jeszcze raz dziękuję za piękny komentarz i tyle miłych słów. Pozdrawiam bardzo.

  2. ~ani pisze:

    czytam i nie mogę przestać. nie chcę przestać! :)
    świetne opowiadanie, masz naprawdę lekkie pióro, rzadkością jest spotkać coś naprawdę dobrego – co piszesz jest przyjemnością dla oka i wyobraźni. proszę o więcej :D

  3. ~Sprincia pisze:

    Czytałąm to ponad 3 godziny , ale byyyyyyyyyyyło warto.
    Niesamowicie relanie to przedstawiasz, Tak mi się to podoba że aż nie wiem co mam napisać….
    Pisz dalej pisz dziewczynobo niesamowicie dobrze się to czyta

    • otfilulu pisze:

      :) dzięki bardzo
      Za każdym razem cieszę się tak samo gdy ktoś pisze, że jest wiarygodnie, realnie. Robię co mogę w tym kierunku.
      Zaglądaj do czwórki, zapraszam.

  4. ~eni pisze:

    Nie, proszę nie! :(

  5. ~kariii pisze:

    Świetna historia! Sosnowiec się odzywa i cholerycznie czeka na dzień 6!:D

  6. ~eni pisze:

    o jej, o jej właśnie tego czegoś co może, ale oby nie było, między Izą i Kubim nie chciałam wywoływać :( A Przemek ma głowę na karku, byleby tylko Iga nie weszła na jakąś scenę, którą będzie mogła opacznie zrozumieć…

  7. ~K. pisze:

    Czytałam wiele blogów, ale nigdy takiego jak twój. Takiego życiowego, bardziej realistycznego. Pisz, pisz, pisz i nie przestawaj, ponieważ wychodzi Ci to swietnie! Pozdrawiam i czekam niecierpliwie na dalszy ciąg! :*:*

  8. ~Paulina pisze:

    Halo, halo, Iga, Łukasz! Mam nadzieję, że to tylko moje urojenia i to, co przeczytałam wcale nie oznacza tego, co mi się wydaje! nie, nie, nie!

  9. ~Paulina pisze:

    Wreszcie dotarłam z moim elaboratem na temat twojej twórczości po wszystkich świąteczno-sylwestrowo-noworocznych zawirowaniach. Chylę czoła przed Tobą i Twoim opowiadaniem, które wciąga nosem na śniadanie 3/4 fanficów o fizjoterapeutkach, fotografkach i asystentkach trenerów. Nie da się ukryć, że coś, co stworzyłaś, nie jest czymś oderwanym od rzeczywistości, co nie miałoby prawa wydarzyć się w realnym świecie. To, oprócz twojego niewątpliwego talentu do pisania, jest główną zaletą tej historii – że jest życiowa i prawdziwa, a nie zakrawająca na baśnie Andersena opowiastka. Przechodząc do meritum, to muszę napisać, że uwielbiam Igę jako bohaterkę, jej charakter, podejście do życia, do związku z Michałem i całą ją. To, jak ją wykreowałaś, to mistrzostwo. Nie jest jakąś narwaną furiatką, tylko normalną dziewczyną, a mimo to bardzo wyrazistą postacią, której chyba nie da się nie lubić :) Muszę tu, zanim przejdę do Kubiaka, wspomnieć o Kadziewiczu, którego za czasów jego reprezentacyjnej kariery wręcz nie cierpiałam, działał na mnie jak płachta na byka albo i jeszcze gorzej, a u ciebie w rankingu ulubionych bohaterów zdecydowanie przebija Kubiaka :) Mogłabym go komplementować ile wlezie, ale to groziłoby tym, że jeszcze go polubię w rzeczywistości, a to byłby chyba koniec świata. Kubiak – cały on, narwany, nerwowy, prędzej mówi niż myśli, nie radzi sobie ze swoimi emocjami, niby silny i twardy, a tak naprawdę potrzebuje Igi jak powietrza. Czuję, że pojawienie się Izy będzie poważną próbą dla Migała :) Momentami Michał zachowuje się jak obrażone dziecko – bo jak mogła wyjechać, w obliczu wypadku Kadziewicza, gdy on jutro gra mecz z Włochami? Karygodne. Myślenie pięciolatka, który sądzi, że cały świat kręci się wokół niego. Rozumiem, że Iga jest „jego”, ale to chyba nie oznacza, że ma mieć wszystko w tyłku, bo jaśnie Pan i władca gra mecz? Bez względu na to, jak ważny jest to mecz. Niby dorosły facet, a czasem ręce opadają. Z tego transferu do Rosji to będą tylko kłopoty, czuję to w moich starych kościach. Można by powiedzieć, że Kubiaczyna już jest niemal zdecydowany na tę Rosję i chyba nie potrzebował aprobaty Igi, tylko tego, że posłusznie z nim pojedzie i będzie czekać na niego w rosyjskiej puszczy, gdy ten będzie wracał z treningów lub meczów. Nie jest to chyba najuczciwsze podejście do sprawy, bo najpierw wypadałoby z nią o tym porozmawiać. Czemu on nie myśli?! Tak a propo nie myślenia, to właśnie przypomniała mi się sytuacja z wakacjami, na które zabrał Monikę i też nie widział w tym nic złego. Mężczyźni to jednak proste istoty, którym wszystko trzeba wykładać „kawę na ławę”. Jeszcze kilka słów o Przemku – ideał przyjaciela, którego każda z nas chciałaby mieć. Może przez to, że zarówno jemu, jak i Michałowi, tak bardzo zależy na Idze, mają tak pod górkę we wzajemnych relacjach? A może, mimo wszystko, wyczuwa w Kubiaku zagrożenie?
    Jestem zachwycona i pod ogromnym wrażeniem tej historii, dlatego wchodzę tu co jakiś czas i patrzę, czy nie pojawiła się dalsza część :) Pisz dalej i jak najwięcej, bo to czysta przyjemność czytać coś na tak dobrym poziomie! :)
    Pozdrawiam i życzę dużo, dużo, dużo weny! Zapewniam, że będę tu stałym bywalcem :)

    • ~P. pisze:

      Mój człowiek ujawnił swoje zdanie na temat MIgała! Dumnam niesłychanie i podpisuję się pod stałą obecnością ;)

    • otfilulu pisze:

      Ale komentarzysko :) dzięki bardzo za milion ciepłych słów i masę trafnych spostrzeżeń.
      Życie jest przewrotne, zupełnie przypadkowo dodaję dziś kadziewiczowy dzień czwarty, i co teraz? ;)
      Miło, że zwróciłaś uwagę na „fochliwość” Kubiaka. Jeżeli ktoś kojarzy jest taki wywiad po wygwizdaniu w JB, troszkę na tym jego zachowaniu opieram ten rys charakteru: „nie jest to dla mnie istotne-wzruszenie ramion-tyle”, piękne :)
      Pozdrawiam serdecznie P. i jej rozpisanego człowieka, z resztą też na P :) , niesłychanie szczęśliwam ze stałych bywalców.

  10. ~paula pisze:

    kocham to opowiadanie i czekam z niecierpliwością na więcej i więcej!

  11. ~P. pisze:

    Trafiłam tu dziś przypadkiem… Chciałam powiedzieć, że MIgał to najlepszego co czytałam spośród wszystkich tworów tego pokroju (i to wcale nie jest sztuczne wychwalanie ani żadne pitu pitu!). Wiesz, chodzi mi o to, że nie piszesz jak piękna, młoda studentka fizjoterapii/psychologii czy innego dziadostwa dostaje szansę by pracować z reprezentacją, szalenie zakochuje sie w jednym z reprezentantów i żyją długo i szczęśliwie tylko kreujesz coś innego. Ogromny plus! Zrobiłaś coś „normalnego” jeśli oczywiście można fikcję nazwać czymś normalnym ;) Do tego rozkład/układ czy cokolwiek to jest. Nie musiałam klikać „nowszy post” żeby czytać dalej. Po prostu przewijasz i siema! Musisz być niezłą wiedźmą skoro stworzyłaś takie epickie riposty, choć według mnie i tak najlepszy był pojazd po Z.
    W sumie nie wiem co skłoniło mnie do skomentowania. Zazwyczaj tego nie robię, ale wobec tego co Ty wytworzyłaś nie dało się przejść obojętnie. Podobno Was to w jakiś sposób motywuje, że jak się Wam tu coś napisze…
    Mam nadzieję, że moje wypociny choć troszkę Cię zmotywowały do dalszej pracy.
    Pozdrawiam, P.

    • otfilulu pisze:

      Uwielbiam ten komentarz :) :) :) Dzięki serdeczne
      Cieszy taka reakcja. Staram się pisać coś co sama chętnie bym przeczytała i wiem już, że nie tylko mi czasem brakuje bardziej realnych fanfiction.
      A kiedy już decydujesz się wyciągnąć coś z szuflady a właściwie ze schowka w Wordzie i pokazać w sieci, to masz nadzieję, że przynajmniej jakiś jeden ktoś poświęci swój cenny czas, żeby się z tym zapoznać. Mam duże szczęście bo ktosiów jest sporo. Ale dobrze jest wiedzieć co myślą, żeby utrzymać poziom. I tak, to daje kopa żeby starać się jeszcze bardziej.
      Nawet nie wiesz jaką radochę sprawiło mi zdanie:”W sumie nie wiem co skłoniło mnie do skomentowania. Zazwyczaj tego nie robię…”
      Tego bym chciała więcej: nie chować się, pisać co się myśli, dobrze czy źle.
      Dzięki jeszcze raz.
      A wiedźma – no cóż, do usług :D , przecież siebie się nie wyprę.

  12. ~eni pisze:

    ooooo Kadziu jako narrator! Fajny pomysł :D Cieszę się, że wróciłas do MIgałów :D

    • otfilulu pisze:

      Zgodnie z obietnicą :)
      Mam nadzieję, że się spodoba.

      • ~eni pisze:

        Oczywiście, że się podoba :* I podpisuję się pod tym co napisała „P.” :D

        • ~otfilulu pisze:

          Brakuje mi emotka, który by się kłaniał i dygał z wdzięcznością.
          W związku z tym: /dyg/;/ukłon wiedźmim kapeluszem/ :)

          • Anonim pisze:

            :) hymm trochę nie zgadzam się z tym co napisała Paulina, o tyle, że nie podoba mi się zwalanie całej winy na Kubiaka. Iga też ma swoje za uszami… A może Łukasz znaczy dla niej więcej niż Michał skoro nawet nie przewidywała możliwości powrotu do Włoch… Może to zwlekanie Kubiego miało zwązek z tym, że podświadomie boi się, że nie jest dla Igi najważniejszy? Bo po tej historii z Izą, trochę się ku temu skłaniam… :(

            • ~eni pisze:

              zanonmowało mnie ;)

            • ~Paulina pisze:

              Nie chciałam, żeby to zabrzmiało tak, że zwalam całą winę na Kubiaka, bo jak powszechnie wiadomo, wina leży zazwyczaj pośrodku i nikt nie jest bez winy, ale ciężko nie zauważyć tego, co Michał ma na sumieniu :) Nie mówię, że Iga jest święta i niewinna, ale chyba jej się nie dziwię, że pojechała ratować Łukasza, któremu groziło kalectwo, a zostawiła biednego Michała samego na meczu, jakby od tego zależało jego życie. Dla mnie on jest trochę zaborczy, ale może to tylko moje spostrzeżenia :) Nie zmienia to faktu, iż ostatnia scena między Igłą a Łukaszem poważnie mnie zaniepokoiła!

              • otfilulu pisze:

                Mnie też by mocno zaniepokoiło gdyby to był IGŁA ;)
                Może następnym razem :D

              • ~eni pisze:

                W tym wypadku też mi się wydaje, że wina leży pośrodku. I też mi się nie podobała ostatnia scena… I mam inne złe przeczucia, ale może jak nie napiszę o co chodzi, to pozostaną w sferze przeczuć (oby!) ;)

            • otfilulu pisze:

              Słuszne stwierdzenie: ma swoje za uszami. Jak wszyscy.
              Pozdrawiam :)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>