MIgał2

Rozdziały: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13

1.

Siedziałam wybijając rytm stopą, w słuchawkach brzmiały znajome słowa piosenki „bo kiedy wszystko powiem, wtedy wszystko usłyszę”. Bezmyślnie przygryzałam kabelek wychodzący z odtwarzacza i gapiłam się na Michała stojącego z resztą zespołu. Nie widział mnie, siedziałam w oddaleniu za kamiennym filarem. Śmiał się i rozmawiał z kolegami, wydawał się być w dobry humorze.

Powinnam być już w drodze powrotnej do domu, po tym jak odwiozłam go na lotnisko. Chciałam jednak jeszcze na niego popatrzeć, zanim zniknie na te dwa tygodnie. Nie miałam ochoty na rozmowę, za dużo myśli i niewiadomych. Jego propozycja była jasna, chciałby odpowiedzi, a ja jej nie miałam.

-Chowasz się. Nie podoba mi się to – czyjaś ręka wyciągnęła słuchawki z moich uszu jednym pociągnięciem kabla. Odwróciłam głowę. Kadziu.

-Nie dość skutecznie się chowam, nie powinieneś pilnować swojej trzódki?

-Stąd też ich dobrze widać, szczególnie dziki – uśmiechnął się do mnie – Nie martw się Iga, zaopiekuję się twoim Kubiakiem.

-Nie pocieszyłeś mnie. To jest dopiero powód do zmartwienia. Jak ty się nim zaopiekujesz to ja go mogę nie poznać po powrocie – odparłam starając się szturchnąć Kadziewicza pod żebro.

-Nie zagaduj mnie, tylko powiedz co się dzieje. Popstrykaliście się? – Łukasz nie dawał się łatwo zbyć

-Nie, jest ok. Michał chce żebym przeprowadziła się do Lubina.

-Nareszcie. Zabalujemy sobie dziewczyno – wydawał się zadowolony z tej wiadomości – ale musisz się najpierw ucieszyć, bo wyglądasz jakby to było nieszczęście jakieś.

-Mam wątpliwości. Zawsze jak wykonuję takie ruchy to coś się psuje. Boję się, że się znów coś pochrzani, jeśli się zgodzę i przeprowadzę – nie wiem jak Kadziu to robił, ale zawsze wyciągał ze mnie całą prawdę bez najmniejszego wysiłku, zupełnie od niechcenia.

-Kto nie ryzykuje, ten nie ma. Przecież dobrze wam razem, to naturalny krok dalej. Nie świruj tylko przyjeżdżaj do nas – nagle spojrzał na mnie uważniej – ale co z twoją pracą?.

-No musiałabym zmienić, to się da zrobić, tylko nie wiem czy chcę. Trochę poddawałabym tyły tą decyzją, przecież on nigdy by dla mnie drużyny nie zmienił – zmaterializowała się moja kolejna rozterka.

-Jeżeli macie przetrwać to w końcu musisz ulec. Nie możecie oboje nosić spodni. A Michał, wybacz szczerość, w życiu swoich nie zdejmie. A gdyby to zrobił, to przecież będziesz pierwsza, która powie mu arrivederci – Łukasz miał całkowitą rację.

-Zastanów się, jeśli uważasz, że to potrzebne – kontynuował – ale moim zdaniem nie ma nad czym. Odwagi ci przecież nie brakuje, a ja jakoś nie wierzę, w te zabobony. Że jak coś zmienisz to się popsuje. Dziwię się w sumie, że Kubiak cię jeszcze siłą nie przeprowadził. Ja bym tak zrobił – zaśmiał się do mnie i objął ramieniem – naprawdę nie rozumiem jak można być tak ślepym. Przecież z tobą trzeba twardo. Ty nawet tego oczekujesz, żeby móc z godnością się poddać.

 -A od kiedy tak dobrze wiesz czego nam potrzeba? – próbowałam zamaskować zdziwienie, bo Łukasz po raz kolejny bezbłędnie zdiagnozował sytuację.

-Lubię cię Iga i chcę żeby wam się udało. Poza tym jak się przeprowadzisz to będę miał bardziej wypoczętego zawodnika. Myślę o sobie, jak zawsze – mrugnął do mnie – Dobra, będę się zbierał, a ty uciekaj już, bo jak nas zobaczy to się nie wytłumaczymy.

Objęliśmy się na pożegnanie. Pomyślałam, że świat stanął na głowie: Kadziewicz gada z sensem a ja go słucham.

Otwieram drzwi do mieszkania i rzucam niedbale podróżną torbę na podłogę. Padam zmęczony i zły na kanapę w salonie. Liczyłem, że po powrocie pojadę prosto do Igi, stęskniłem się za nią, ale jest w jakieś delegacji. W ogóle przez te dwa tygodnie wyjazdowego zgrupowania Cuprum mój kontakt z nią był raczej przypadkowy. Kilka zdawkowych rozmów telefonicznych, ciągle zabiegana, zajęta i nieobecna. Zastanawiam się czy to nie moja propozycja przeprowadzki jest powodem, czy to dlatego znów przede mną ucieka. Naprawdę nie mam ochoty ponownie jej ścigać i stawiać pod ścianą. Dziecinada.

Nagle uświadamiam sobie, że od dłuższej chwili wgapiam się w jakiś zieloną plamkę widoczną zza głośnika stojącego na podłodze. Tknięty przeczuciem podchodzę bliżej i wyciągam spod ściany opętanego kota Igi. Wpadam do sypialni i otwieram garderobę – bluzki, spodnie, spódnice, buty. W łazience na półce koszyk z jej kosmetykami. Śmieję się jak wariat sam do siebie, a słysząc zgrzyt kluczy w zamku wybiegam do przedpokoju.

… 

Nie zdążyłam dobrze zamknąć za sobą wejściowych drzwi a już wiruję w mocnych objęciach Michała.

-Iga, ja cię zabiję, nic nie powiedziałaś – całuje mnie nadal obracając się w miejscu. Buty spadają mi w locie.

-Puść, niespodzianka miała być, jeszcze chciałam ci zrobić powitalną kolację, ale zasiedziałam się w pracy – śmieję się i próbuję wydostać z tej karuzeli.

-Ale jak, kiedy, w jakiej pracy? – Michał w końcu postanowił postawić mnie na ziemi.

-Orkonia ma zakład produkcyjny w Świdnicy i znalazło się dla mnie miejsce. A jeszcze najlepsze jest to, że Przemek tam też będzie, od następnego miesiąca. Nie może być lepiej. – nareszcie mogłam mu powiedzieć. Skrywanie tajemnic przed kimś, z kim chcesz wszystko dzielić nie jest wcale przyjemne.

-Aha – zmarszczył brwi, twarz mu spochmurniała – Przemek. To jest najlepsze.

-Michał, to jest dla mnie dodatkowa nagroda – pogłaskałam go po policzku – niespodziewana. Dlatego tak się cieszę. Wszystko się tak ładnie układa. I w końcu wróciłeś, strasznie się stęskniłam – zarzuciłam mu ramiona na szyję i spojrzałam z bliska w oczy – więcej tak nie wyjeżdżaj.

-No teraz lepiej – uśmiechnął się kącikiem ust – chyba podarujemy sobie kolację, apetyt mam na coś innego.

Wtargnęliśmy do sypialni w biegu zdzierając z siebie ubrania. Za każdym razem z Michałem jest tak samo – nawałnica, trzęsienie ziemi, tornado. Nieokiełznana pasja, którą wyzwala i u mnie, wykręca wszystkie bezpieczniki. Zdecydowanie i gwałtowność, delikatność, gdy potrzebna. Pożądanie tak wielkie, że musimy oboje powstrzymywać się z całych sił, żeby rozkosz nie trwała za krótko. Zachwyt sobą nawzajem. Smakowanie, dotykanie, szepty i jęki, głębokie spojrzenie w oczy w momencie kulminacji. Żeby widzieć ekstazę tej drugiej najważniejszej osoby, żeby dzięki temu swoją odczuwać pełniej wszystkimi zmysłami. A kiedy już zaśnie, z głową na moich piersiach, jeszcze mokrych od potu, bezgłośnie poruszam wargami. Mówię mu to tylko, gdy śpi: Kocham Cię.

-Wstawaj, idziemy biegać – Michał dmuchał mi prosto w ucho.

-No chyba zwariowałeś – mruknęłam wtulając twarz w poduszkę – beze mnie.

-Z tobą, z tobą – zaczął mnie spychać z łóżka.

-Wiem, że jesteś z siebie dumny po ostatniej nocy, ja nie ukrywam też jestem pod wrażeniem, ale trzeba o wiele więcej żeby mnie zmusić do biegania – stawiałam opór, blokując stopy o drewnianą ramę.

-Podobało ci się, co? – zamruczał zadowolony przerywając na chwilę wypychanie mnie spod kołdry – jeżeli chcesz to powtórzyć to wstawaj.

-Nie ulegnę szantażowi, poza tym nie tylko ja będę chciała powtórki – z premedytacją otarłam się o niego pośladkami – ciekawe jak ty znosisz celibat.

-Babo wredna nie napastuj mnie – odsunął się udając obrażonego – to jak nie chcesz idę sam. Tylko bądź tu jak wrócę, możesz zostać w tej pozycji, będzie łatwiej.

Uśmiechnęłam się zwycięsko zagrzebując ponownie w kołdrę.

Kiedy Michał po półtorej godziny wpadł zziajany do mieszkania byłam już na nogach. Popijając kawę klepałam w klawiaturę laptopa odpowiadając na maile z firmy. Popatrzył na mnie z wyrzutem i poszedł pod prysznic.

2.

Przede mną leży rozłożona gazeta, od kilkudziesięciu minut na tej samej stronie. Tak się bawi siatkarska elita – krzyczy nagłówek nad serią kolorowych fotografii. Czy to moja wina? Dokonałam złego wyboru i sama jestem przyczyną tego upokorzenia? Bo to chyba przede wszystkim odczuwam patrząc na duże zdjęcie Michała zawzięcie całującego jakąś brunetkę. Bardzo dobrze uchwycone zostały jego dłonie, podpis pod spodem: przyjmujący reprezentacji Michał Kubiak ma zawsze ręce na piłce. Tak. Upokorzenie, nie złość.  Powodem jedna decyzja?

-Michał, nie mogę. Zrozum to w końcu – powoli traciłam cierpliwość.

-Chyba nie chcesz, Iga jestem w reprezentacji, dziś świętujemy, musisz tu być – głos Michała nadal był beztroski, ale słyszałam już w tle nutki irytacji.

-Całym sercem jestem z tobą, przecież wiesz. Jeszcze to opijemy, ale nie dam rady teraz. Naprawdę mamy bagno, nie zostawię Przemka z tym syfem samego – próbowałam wytłumaczyć mu to jeszcze raz.

-Czasami zastanawiam się czyja jesteś, bo nie moja – rozłączył się nie dając mi szansy na odpowiedź.

-Iga, jedź tam, nie jestem aż takim patałachem, żebym nie dał rady sam – Przemek musiał słyszeć całość rozmowy i nawet nie udawał, że jest inaczej stojąc w drzwiach mojego biura z kubkiem w dłoni.

-Proszę, tylko ty mi nie marudź teraz. Dawaj tą kawę i walczymy, chyba mam pomysł jak to tak ująć, żeby centrala łyknęła, popatrz tu…

Huk otwieranych drzwi wyrwał mnie z rozmyślań, do salonu wpadł Michał. Szybkim spojrzeniem ocenił sytuację, nie zdążyłam schować nieszczęsnego tygodnika.

-Iga, przepraszam, nic nie było poza tym, co tam pokazali, zapytaj Łukasza – wyrzucił na jednym wydechu. Wstałam powoli z kanapy, nie chciałam ani tego słuchać ani na to odpowiadać. Wychodząc z pokoju słyszałam jeszcze za moimi plecami gorączkowo tłumaczącego się Kubiaka.

-Przepraszam, naprawdę, byłem zły i wypiłem za dużo, to była tylko jedna bezmyślna chwila, Łukasz potwierdzi.

Po cichu zamknęłam drzwi sypialni. Dość upokorzeń.

-Porozmawiaj ze mną – poczułam jak łóżko ugina się pod dodatkowym ciężarem. Nie wykonałam żadnego ruchu, dalej siedziałam plecami do drzwi, do niego, do całego świata, tępo wpatrując się w ścianę.

-Nie ma o czym – wzruszyłam ramionami – wszystko jest wystarczająco klarowne.

-Co ja mam zrobić? Powiedz mi, jak to naprawić? – Michał przysunął się do mnie, objął w pasie, poczułam jak opiera czoło na moim karku. Nie odepchnęłam go, nie dotknęłam jego dłoni, żadnej reakcji. Milczałam.

-Iga – wyszeptał, ciepły oddech dotknął mojej szyi – Igusia, daj nam szansę.

Te słowa przerwały moje otępienie, zmieniły je w złość. A może ona tam cały czas była, tylko teraz wyzwolił ją tym zdaniem, które już kiedyś słyszałam, na samym początku. Wyrwałam się gwałtownie z objęć Michała, odskoczyłam jak oparzona w przeciwległy kąt pokoju odwracają się do niego.

-Jak śmiesz? – głos drżał mi z wściekłości i żalu – A co było do tej pory? Czym była moja przeprowadzka, zmiana pracy, Maciek wypchnięty na margines i zapomniany? Jakiej szansy jeszcze chcesz ode mnie? Mam przyprowadzać ci dziewczynki do domu? Może spać na kanapie, kiedy ty będziesz obracał kolejne niunie w tym łóżku? – ruszyłam prawie biegiem w kierunku drzwi, ale zanim do nich dotarłam Michał złapał mnie za ramię. Zabolało. Odwrócił mnie siłą, unieruchomił w miejscu.

-Iga, powiedziałem już, nie wydarzyło się nic więcej niż na tych cholernych zdjęciach. Musisz mi uwierzyć. Musisz mnie wysłuchać. Nie dam ci odejść – jeszcze wzmocnił nacisk swoich dłoni. Potrząsał mną za każdym razem, kiedy uciekałam spojrzeniem, zmuszając do patrzenia sobie w oczy.

-Zrobiłem głupotę, byłem na ciebie zły o Przemka, że zostałaś z nim zamiast przyjechać do mnie. Wybrałaś jego zamiast mnie. Uważasz, że dałaś nam szansę, a ja mam wrażenie, że tylko mam miejsce w kolejce, bo przede mną jest Maciek, Przemek, praca. Chcę być pierwszy. Rozumiesz?

Przestałam się wyrywać. Michał opuścił ręce, stał przede mną i z napięciem wpatrywał się w moje oczy. Zmarszczone brwi, ta twarz, którą tak dobrze już znałam, kochałam. Tysiące myśli goniło w mojej głowie: upokorzył mnie, wierzę mu, wystawił na pośmiewisko, czy rzeczywiście nie jest najważniejszy?, czy naprawdę chcę odejść? czy to była zdrada?

-Nie będę się tłumaczył, wiem, że zawiodłem, ale… – urwał bezradnie, ujął moją twarz w dłonie – Iga nie rób tego, nie uciekaj – jego głos znów przeszedł w szept. Musiał wyczytać w moich oczach decyzję, zanim sama ją sobie uświadomiłam, a może to już był jego ostatni desperacki krok. Przyciągnął mnie do siebie i pocałował mocno wpijając się w moje usta. W kilka sekund całe napięcie między nami zmieniło się w niepohamowaną żądzę. Każde z nas chciało zaznaczyć swój teren, swoją własność, swoje prawa. W spazmach rozkoszy zostawiałam ślady zębów na jego barku, Michał zdecydowanym pchnięciami doprowadzał nas oboje do szaleństwa. Był pierwszy i najważniejszy. Jak mógł wątpić.

Śpi, wtulona we mnie. Nie uciekła, nie pozwoliłem jej na to. Tak niewiele brakowało, gdybym nie schował głupiej dumy do kieszeni, piłbym pewnie teraz do lustra w opuszczonym mieszkaniu. Została, też musiała się przełamać, znam ją zbyt dobrze, żebym tego nie wiedział. I byłbym durniem gdybym tego nie docenił. Śmieszne, ale boję się ją wypuścić z ramion, nie mogę zasnąć przez absurdalny lęk, że rano jej tu nie będzie. Patrzę na jej twarz widoczną we wpadającym przez okno świetle ulicznej latarni, tak twarda i tak krucha zarazem, Moja Iga. Bezgłośnie poruszam wargami, mówię jej to tylko, gdy śpi: Kocham Cię.

-Przemek, nie będziemy o tym rozmawiać, podjęłam decyzję. Powiedz tylko, czy możesz mi to załatwić, nic więcej nie chcę – starałam się mówić półgłosem, żeby nie było mnie słychać w salonie. Na wszelki wypadek.

 -Ok, dziękuję ci bardzo, to czekam – rozłączyłam się i oparłam o balustradę tarasu. Słońce wyłaniało się znad drzew otaczającego osiedle lasu. Upiłam łyk kawy z trzymanego w dłoni kubka i zapatrzyłam się na poruszane lekkim wiatrem liście drzew.

-Iga! – usłyszałam podniesiony głos, westchnęłam. Ta rozmowa mnie nie ominie.

-Jestem tutaj – powiedziałam wracając przez drzwi balkonowe do mieszkania.

-Obudziłem się a ciebie nie było – Michał rozczochrany i zaspany stał boso pośrodku pokoju – myślałem, że … – urwał w połowie zdania. Jak mam mu powiedzieć, że nie jest daleki od prawdy?

-Napijesz się kawy? Właśnie zaparzyłam? – jeszcze chwilę odwlekę nieuniknione. Kiwnął głową. Po chwili podałam mu kubek. Próbował mnie objąć, pochwycić, ale udało mi się umknąć.

-Gniewasz się dalej? – spojrzał zaniepokojony.

-Usiądź, proszę – powiedziałam sadowiąc się na oparciu fotela – Michał, na jakiś czas musimy od siebie odpocząć – zaczęłam to, co postanowiłam leżąc o świcie w jego ramionach.

-Co? O czym ty mówisz, nie ma mowy – przerwał mi oburzony.

-Musimy, ja muszę sobie to jakoś poukładać w głowie i ty też – kontynuowałam siląc się na spokój.

-Nic nie muszę, mam wszystko poukładane – złość w nim wzbierała, wyczuwałam ją bez trudu.

-Nie jestem przekonana, coś takiego – wskazałam na wciąż leżący na stole feralny magazyn – nie wydarzyłoby się gdybyś miał. Daj mi skończyć, to nie jest łatwe – podniosłam głos, widząc, że znów otwiera usta żeby mi przerwać – Nie mówię o czyjejś winie, chodzi mi o to, że ja nawet teraz, wiedząc  jakie były tego skutki, podjęłabym taką samą decyzję. Bo jeśli miałabym wybierać czy przyjaciel w szambie czy ty na szczycie zawsze zostanę przy pierwszym. Mówiłeś wczoraj o kolejce, coś w tym jest Michał. Chciałabym żebyś był dla mnie najważniejszy i pierwszy, możesz wierzyć albo nie. Ale nie kosztem zasad. Rozumiesz?

-Iga, zachowałem się jak dureń, ile razy mam to powtarzać, mogę przepraszać Cię za to bez przerwy. Rozumiem. Nie chcę niczego zmieniać, chcę być z tobą – widziałam jak stara się nie okazać buzującego w nim gniewu.

-A ja nie chcę niczego kończyć, chcę tylko mieć pewność, że to nie ślepa uliczka. O sobie wiem na pewno, że potrzebuję chwili, żeby to wiedzieć. I wydaje mi się, że ty też – odstawiłam kubek podnosząc się powoli.

-Czego ty chcesz Iga?! To, co mówisz to stek bzdur. Nie zgadzam się na żadną przerwę – Michał podniósł się również, nie panował już nad sobą, zaczął krzyczeć  - Czego chcesz?

-Wiem, czego nie chcę. Nie chcę znów poczuć takiego upokorzenia jak wczoraj, gdy zobaczyłam te zdjęcia. I chcę mieć pewność, że nie będę zdradzona, i nie chodzi mi o fizyczność – zaczęłam cofać się w kierunku przedpokoju, Michał nie ruszał się z miejsca tylko wbijał we mnie wściekłe spojrzenie.

Podeszłam do niezauważonej dotychczas walizki, spakowałam się zaraz po tym jak udało mi się wymknąć niepostrzeżenie z naszej sypialni. Założyłam kurtkę. Milczenie było przytłaczające, ale warknięcie, jakie usłyszałam za plecami było jeszcze gorsze.

-Wyjdziesz stąd, nie wracaj.

-Biorę tylko najpotrzebniejsze rzeczy, chcę wrócić – udałam, że nie słyszę groźby w jego głosie. Nie wiedziałam jak się pożegnać, więc po prostu zamknęłam za sobą drzwi. Po chwili usłyszałam łomot rozbijającego się o nie szkła i ryk Michała „kurwa mać Iga!”. Zwalczyłam pokusę żeby zawrócić, przytulić go, uspokoić i szybko zbiegłam po schodach. W samochodzie odczytałam sms od Przemka z adresem służbowego mieszkania, które zorganizował rano. Czy tego chciałam?

 3.

-Cześć mała cholero, ciężko cię znaleźć – na ławce pod blokiem siedział Łukasz. Zatrzymałam się zaskoczona, był chyba ostatnią osobą, jaką spodziewałam się tu zobaczyć. Rozejrzałam się zaniepokojona.

-Bez nerwów, jestem sam i bezbronny – podniósł ręce do góry – i wpraszam się na kawę, chyba nie odmówisz?

-Jasne, że nie, cieszę się, że cię widzę – pozbierałam się z pierwszego zaskoczenia i zarzuciłam mu ręce na szyję. Poczułam jak bez trudu podnosi mnie do góry i cmoka w policzek. Nawet nie wiedziałam, jak bardzo stęskniłam się za tym wariatem zanim go nie zobaczyłam. Mija już trzeci miesiąc od mojej wyprowadzki z Lubina. Ponieważ nie chodzę na mecze ani nawet nie pojawiam się w okolicy kontakt z Kadziewiczem urwał się samoistnie. Nie biorę pod uwagę paru zdawkowych rozmów telefonicznych.

Choć to i tak więcej niż w przypadku Michała. Milczymy. W swej urażonej godności założyłam, że będzie mnie szukał. Że najpóźniej za dzień, dwa pojawi się pod moimi drzwiami tak jak Łukasz dziś. W końcu nie byłoby to trudne, nie chowałam się jakoś szczególnie. Czekałam, aż pozwoli sobie przebaczyć. Nadal czekam. Ale zabrnęliśmy chyba za daleko, i jestem coraz bardziej pewna, że w końcu pojadę ostatecznie po resztę rzeczy albo po prostu z nich zrezygnuję. Bo to chyba koniec.

-Fajnie tu masz, czyściutko – Łukasz chodził po mieszkaniu zaglądając bez skrępowania w każdy kąt.

-Ale nie po to fatygowałeś się 80 km, żeby robić za inspekcję sanepidu – powiedziałam z uśmiechem – mów co ci leży na wątrobie, i nie próbuj mi wmawiać, że jesteś z poselstwem bo w to nie uwierzę.

-I słusznie. Raz wam pomogłem i więcej się nie mieszam. Ale parę rzeczy chciałem ci naświetlić. Bo tak zwana prasa – Łukasz wyciągnął z rulonu śmieci przygotowanych do wyrzucenia kolorowy magazyn – nie jest rzetelna w tym względzie.

Zarumieniłam się. Wstyd mi było, że to znalazł. Nawiązywał do kolejnych publikacji dotyczących Kubiaka. Od pewnego czasu praktycznie co tydzień można go było znaleźć na zdjęciach z różnych imprez. Za każdym razem z inną dziewczyną, za każdym razem z radosnym uśmiechem na twarzy. To też była przyczyna, dla której pierwszy krok i powrót z mojej strony był wykluczony. Bolało za bardzo.

-Nie wygląda mi to na fotoshop – stwierdziłam chłodno.

-Posłuchaj cyniczna kobieto – Kadziu skończył orbitowanie po moim mieszkaniu i usiadł w fotelu – Kubiak znów odpływa na boisku. Oglądasz mecze?

-Nie – pokręciłam głową – nie mam kiedy, praca. Widzisz przecież, dziś sobota a ja dopiero po piętnastej w domu. Sprawdzam wyniki jedynie. Wygrywacie z każdym.

-Ale już drugie spotkanie jak Michał łapie czerwoną kartkę za spiny pod siatką. Coraz trudniej mu nad sobą zapanować. Nic dobrego z tego nie będzie.

-No chyba nie masz zamiaru mnie teraz przekonywać, że mam wrócić dla dobra drużyny. Uwielbiam cię Łukasz, ale bez przesady – skrzyżowałam ręce w obronnym geście.

-Nie rozumiesz. Chodzi o to, że ta beztroska – dźgnął palcem magazyn, który nadal trzymał na kolanach – to pokazówka. Wiem, wiem szczeniacka i głupia – dodał szybko widząc moją minę – ale to ty masz taki gust, ja z Kubiakiem nie sypiam.

-Ja już też nie – nie potrafiłam się powstrzymać, wymieniliśmy uśmiechy.

-Poza tym – Łukasz kontynuował – on produkuje te ustawki jak ostatni kretyn, parę zdjęć i odsyła laski tam skąd przyszły a sam wychodzi po angielsku. Widzisz tą blondynę z boskim cycem? – pokazał na jedną z fotografii – Przejąłem ją zaraz po tym zdjęciu, niezła.

- Nie wiem czy śmiać się czy płakać – popatrzyłam z politowaniem – tylko czemu ciebie nie widać tu ani razu?

-Ha! – ucieszył się Łukasz – Bo ja nie chcę być widziany. Rozumiesz teraz?

-Nie bardzo, Twój szalony umysł jest zbyt szalony nawet jak dla mnie – zaśmiałam się prosto w jego uradowaną twarz.

-Niby taka mądra a głupia – odgryzł się szybko – to tak działa, jak nie chcesz to na rozkładówkę nie trafisz, nie na taką oficjalną jak te. Twój Michał trafia, bo bardzo, bardzo się stara. On cię prowokuje i chce ukarać czy co tam jeszcze w tym jego móżdżku się urodziło. Ustaliliśmy już, że jest głupkiem? Prawda? – Kadziu był z siebie wyjątkowo zadowolony – Ale ta dziecinna poza maskuje jedną ważną rzecz. On cię kocha.

-Przestań Łukasz, nie opowiadaj mi bajek – nie potrafiłam tego tak po prostu przyjąć do wiadomości – śmieszny sposób żeby to okazać, mało skuteczny.

-Powiedziałem, powtarzać nie będę – usłyszałam – ale widzę, że tu trzeba mówić o rzeczach oczywistych. To jakbyś nie wiedziała, ty też go kochasz.

Prychnęłam oburzona, nie umiałam znaleźć lepszej odpowiedzi. Może dlatego, że Łukasz, ten zwariowany, niepoważny Łukasz, chyba miał rację. Kolejny raz.

-A co z tym zrobicie, nie mój biznes – dodał po krótkiej pauzie.

Siedzieliśmy chwilę w milczeniu.

-Będę się zbierał, ale jeszcze jedno, bo byłbym zapomniał – powiedział wstając – w następny weekend robię u siebie małą imprezkę. Przyjedź.

-To nie jest dobry pomysł, poza tym mówiłeś, że nie będziesz się mieszał – przypomniałam.

-Spokojnie, Miśka nie będzie, to jest przeddzień meczu. Wiesz sama, że im nie wolno balować. A Ty przyjedź, bo musisz odpocząć. Wybacz szczerość – nie wyglądasz kwitnąco.

-Dzięki, to urocze – zakpiłam.

-Nie chojrakuj, wylądujesz pod potasem, jestem sportowcem, wiem jak wygląda wycieńczenie. Przemek i Kaśka też będą – dodał z uśmiechem. No tak, mogłam się domyślić, skąd Łukasz wiedział gdzie mieszkam. Po słynnej już libacji w trakcie memoriału Wagnera w ubiegłym roku między oboma panami zadzierzgnęła się istotna komitywa – Przyjedziesz – stwierdził z niezachwianą pewnością.

4.

Przyjechałam. Dobrze, że Łukasz mnie namówił, rzeczywiście potrzebna była mi odskocznia od codziennego wypierania kolejnymi nadgodzinami myśli o Michale. Towarzystwo było mieszane, trochę siatkarzy, trenerzy – w tym Kuba Bednaruk, osoby spoza środowiska jak ja i Przemek. Było naprawdę sympatycznie.

Aż do momentu, gdy drzwi się otworzyły i do środka wpadł Michał. Ledwo utrzymywał się w pionie, na pewno pomagała mu w tym wysoka blondynka, której był uwieszony. Zamarłam ze szklanką w połowie drogi do ust. Przemek przeprosił Kaśkę, z którą właśnie tańczył i już po chwili był przy mnie. Najwierniejszy skrzydłowy.

-Dobry wieczór, zapomnieliście mi powiedzieć, że dziś impreza – pijacko zabełkotał Michał – ale nic nie szkodzi, wybaczam. Przyszedłem, bo chciałem wam przedstawić moją ukochaną – po twarzy dziewczyny, która zdecydowanie była w lepszym stanie niż Kubiak, przemknęło zdziwienie, ale po chwili była już samą radością obejmującą siatkarza i całującą go w nieogolony policzek.

-Marta poznaj wszystkich, wszyscy to jest moja Marta – kontynuował chwiejąc się lekko, od dłuższego czasu patrzył w moim kierunku. Łukasz ruszył powoli w stronę niespodziewanych gości, nie zdążył.

-Ooo Iga! Ty żyjesz, myślałem, że nie, bo dawno jakoś nic o tobie nie było słychać – Michał krzyknął zwracając się do mnie, poczułam uścisk ręki Przemka na nadgarstku. Niepotrzebnie, nie byłam w stanie zareagować, sytuacja mnie przerosła.

–Martusiu, widzisz to jest Iga – Kubiak kontynuował, mówiąc niby do dziewczyny, ale bardziej do całego zgromadzenia – Iga ciągle tęskni za swoim zmarłym chłopakiem, marzy żeby do niego dołączyć. Żeby u niej mieć szansę trzeba być truposzczakiem.

Zbladłam, odczułam to tak jakby mnie uderzył. Zdążyłam złapać za ramię Przemka, który właśnie podrywał się z miejsca. To nie miało znaczenia. Łukasz pokonał dzielący go od Michała dystans w trzech krokach i powalił go silnym uderzeniem. Zawodnik padł na ziemię, widziałam, że krwawi z nosa. Dziewczyna zaczęła lamentować piskliwym głosikiem. Kadziewicz nawet nie zaszczycił jej spojrzeniem, złapał Kubiaka za bluzę, szarpnął i postawił na nogi.

-Wynocha – wycedził – czuj się zawieszony. A teraz wypierdalaj.

-Dzwonię na policję, zamkną was – głos Marty osiągnął jeszcze wyższe rejestry

-A niby za co? – spokojnie zapytał Kuba Bednaruk – Przecież sam się przewrócił, wszyscy widzieli. A policja proszę bardzo, będą mogli podać wyniki badania alkomatem do prasy. Dzwonimy?

Michał otarł twarz z krwi, spojrzenie miał jakby przytomniejsze. Popatrzył na mnie. Smutek, dojmujący smutek w jego niebieskich oczach.

-Przepraszam – wydukał, odwrócił się nie zwracając w ogóle uwagi na biegnącą za nim blondynkę i wyszedł.

-Nie pojedziesz sama – Przemek wyrwał mi kluczyki z ręki –nie ma mowy. Kasia pojedzie za nami, a ja poprowadzę twój samochód, odwieziemy cię.

-Nic mi nie jest, wszystko jest ok. – wyciągnęłam dłoń, modląc się żeby nie drżała, udało się – popatrz pełen spokój, potrafię o siebie zadbać

-Przemek ma rację – Kaśka stanęła obok męża – jedziemy razem. Poza tym ja nie piłam, Przemek prawie wcale. A ty z nas najwięcej. Nie możesz prowadzić.

-Iga, raz na jakiś czas musisz dać sobie pomóc – wtrącił się stojący z boku Kadziewicz.

Poddałam się, nie było sensu oponować. Podeszłam do Łukasza żeby się pożegnać.

-Przykro mi, że tak wyszło – powiedział – jedźcie ostrożnie, odwiózłbym cię sam, ale muszę zająć się tym bałaganem. Przekonać klub do zawieszenia, bo będzie ciężko z tym jak sądzę.

-Przestań, nie musisz tego robić – popatrzyłam na niego błagalnie – zostaw to.

-Dziecko, tu już nie chodzi o ciebie. Jeśli jemu ujdzie płazem, to mi zaraz cała drużyna będzie chodzić na kacu dzień w dzień – odparł smutno – żebym ja się musiał użerać z niesubordynacją, za jakie grzechy?

Uśmiechnęłam się mimo woli. Kadziu również.

-Karma to naprawdę bitch – stwierdził – trzymaj się, daj znać jak dojedziecie.

Wsiadałam już do samochodu, gdy podszedł do mnie jeden z zaproszonych młodych zawodników. Nie znałam go z nazwiska, ledwie kojarzyłam twarz.

-Przepraszam Panią, nie wiedziałem, że coś takiego… – zacukał się, ale po chwili dodał – Michał, prosił, żeby mu dać znać, jeśli Pani tu będzie, mówił, że chce Pani zrobić niespodziankę, nie wiedziałem… przepraszam.

Kadziewicz złapał go za kołnierz kurtki i odwrócił w kierunku domu.

-Odejdź synku, odejdź zanim ktoś tu straci cierpliwość.

Przemek jechał powoli. Wolał nie ryzykować spotkania z alkomatem. Nie rozmawialiśmy. Znał mnie od lat, nie musieliśmy. Wystarczyło kilka rzuconych mi spojrzeń, żebym wiedziała, co myśli.

Byliśmy już prawie na miejscu, kiedy w kieszeni mojej kurtki rozdzwonił się telefon.

-Pewnie Kadziewicz, chce sprawdzić czy już dojechaliśmy – powiedziałam i nie patrząc na wyświetlacz odebrałam rozmowę.

-Wybacz mi Iga, to było podłe, ja cię… – zaskoczona usłyszałam głos Michała.

-Zostaw mnie, nie dzwoń więcej – zdołałam wykrztusić, zaczął coś mówić, ale nie zrozumiałam ani słowa, bo Przemek wyrwał mi aparat z ręki.

-Słyszałeś gnoju? Nie rozumiesz? Przetłumaczę ci: spierdalaj!  – wyłączył telefon.

- Nie włączaj na razie, ja zadzwonię do Łukasza później – powiedział podając mi komórkę.

- Dziękuję – spojrzałam na przyjaciela z wdzięcznością.

-Daj spokój – uścisnął moją rękę nie odrywając wzroku od drogi.

5.

Zegar na ścianie wskazywał pierwszą w nocy, ostatnio miałem problemy z zasypianiem. Przede mną na stole stał opętany kot Igi. Zastanawialiśmy się wspólnie czy zostawiła go specjalnie, żeby we mnie nic nie wstąpiło? Czy może po to, żeby demony z kota przeszły na mnie? Kot zupełnie się nie sprawdził jako wabik na zło wcielone. Miałem do niego o to pretensje, bo coś dopadło mnie zamiast niego. Oczywiście potworek zgadzał się ze wszystkim, zasadniczo nie wydał z siebie jeszcze dźwięku. Może i lepiej, bo poza opętaniem miałbym dodatkowy wpis w karcie choroby – szaleństwo. Schowałem twarz w dłoniach. Co za kretyn. Co robić? Czy jeszcze w ogóle mogę coś zrobić?

Po raz kolejny analizuję zdarzenia z imprezy u Kadziewicza, mimo że miały miejsce kilka miesięcy temu. Wtedy byłem zaślepiony wściekłością. Na Igę, że beztrosko spędza czas, podczas gdy powinna cierpieć. Czekałem przecież na nią od momentu, kiedy wyszła z małą walizką z naszego mieszkania. W głowie miałem przygotowany scenariusz: staje w drzwiach z którymś z magazynów z moimi zdjęciami w ręce, gotowa do awantury, do ostatecznego rozstania. A wtedy ja udowadniam jej, że jest zazdrosna, że mnie kocha. Zmuszam, żeby mi to wyznała i sam też jej to w końcu głośno mówię. Teraz, kiedy myślę o swojej głupocie mam ochotę zacząć walić głową w dębowy stół, w miejsce obok kota. Kretyn. Smutny palant przez całe życie.

Gdy dostałem cynk, że przyjechała do Łukasza, że bawi się tam w najlepsze, straciłem nad sobą panowanie. Tak bardzo brakowało mi Igi, tęskniłem jak wariat, milion razy wybierałem jej numer żeby błyskawicznie przerwać połączenie zanim rozlegnie się pierwszy sygnał. A kiedy pojawiła się okazja, żeby jej to powiedzieć, naprawić, poprosić żeby wróciła to najpierw się zalałem a potem zrobiłem wszystko, żeby jak najskuteczniej ją zranić. Bo przecież, jeśli kogoś dobrze znasz to wiesz gdzie uderzyć. Sam do siebie czuję wstręt. Jak można było coś takiego powiedzieć? Żaden promil tego nie usprawiedliwi. A tym bardziej moje najbardziej skrywane egoistyczne pobudki: żeby być pierwszym. Niechętnie dogrzebałem się prawdy o sobie. Chciałem zobaczyć, jak za mną rozpacza bardziej niż za Maćkiem. I na krótką chwilę znienawidziłem ją za to, że tak nie jest. Znam taką bluesowa piosenkę, której nigdy do końca nie rozumiałem. Dziś doskonale wiem o co chodzi autorowi, kiedy śpiewa: „She’s my angel, she’s my lover, she’s my very best friend. I hate her cause I love her so I hurt her again”.

Nagle zadzwonił telefon wyrywając mnie z przykrych rozmyślań, sięgnąłem po niego zrezygnowany nie zastanawiając się nawet kto może dzwonić o tak nieludzkiej godzinie. Kiedy spojrzałem na wyświetlacz serce podskoczyło mi do gardła. Iga. Dzwoni. Po raz pierwszy od prawie pół roku. Odebrałem, ze zdziwieniem zauważyłem, że drżą mi ręce.

-Michał, przyjedź – usłyszałem i poczułem niesamowity strach. Głos Igi odległy, słaby szept. Coś jest bardzo źle.

-Iga, co się stało – krzyknąłem prawie miażdżąc aparat.

-Pomóż, koch… – cisza, nie przerwała połączenia, po prostu zamilkła.

Tkwię przy szpitalnym łóżku, trzymam jej drobną dłoń w delikatnym uścisku. Boże jak ona strasznie wymizerniała od ostatniego razu, kiedy ją widziałem. Przez bladą skórę przebijają niebieskie żyłki, tylko tam gdzie nie kryją ich rozległe siniaki. Iga, Moja Iga, kto jej to zrobił, dlaczego na to pozwoliłem. Nieprzytomna po operacji kolejny dzień. Lekarze twierdzą, że wyjdzie z tego, choć rana od noża była poważna. Ale to nie wszystko. Zgwałcona, zmasakrowana. Moja Iga. I moja wina. Tak czuję, mimo, że udało się ją uratować. Dotarli na czas. Ale co by było, gdyby Łukasz nie odebrał ode mnie telefonu, tak jak nie zrobił tego Przemek? Dlaczego sam nie wiedziałem gdzie jej szukać? Dlaczego?

-Halo? – zaspany głos Kadziewicza usłyszałem dopiero po siódmym, niesamowicie dłużącym się sygnale.

-Idze coś się stało, nie wiem co, nie wiem gdzie jest, Łukasz ona chyba umiera – krzyczałem do telefonu, równocześnie starając się utrzymać samochód na drodze trzymając kierownicę jedną ręką. Przy tej prędkości nie było to łatwe.

-Co? O czym ty mówisz? – oprzytomniał od razu – Gdzie jesteś?

-Jadę do niej, tylko nie wiem dokąd. Nie znam adresu ani firmy ani mieszkania. Przemek nie odbiera ode mnie. Dzwoń po policję, pogotowie, gdziekolwiek. I powiedz mi potem gdzie mam jechać – rozłączyłem się i po raz kolejny wybrałem numer jej kumpla – Odbierz w końcu dupku – zgrzytnąłem zębami. Odrzucił połączenie.

-Kurwa jego mać – ponowiłem próbę, ale tym razem było już zajęte. Skupiłem się na drodze i jeszcze docisnąłem gaz. Miałem w nosie fotoradary, mandaty i punkty karne. Po kilkunastu minutach zadzwonił Łukasz.

-Pogotowie już tam jest, strażnik ją znalazł – głos Kadziewicza zdradzał zdenerwowanie – policja też już jedzie. Przemek…

-Ale nic jej nie jest? – przerwałem mu gorączkowo, inne informacje mnie nie interesowały.

-Nie, chyba nie – zmroził mnie brak pewności w tym stwierdzeniu – została na noc w pracy i był chyba jakiś napad. Nie wiem dokładnie. Czekaj, dzwoni Przemek, przełączę na konferencję.

-Zabrali ją do szpitala, jest niedobrze – usłyszałem zakłócany jakimiś trzaskami głos.

-Gdzie, kurwa, do którego szpitala? – wrzasnąłem do telefonu. Nie zostawiaj mnie Iga, jadę do ciebie.

Wychodząc z OIOM-u wpadam na Przemka. Mierzymy się spojrzeniem bez słowa. Tamtej nocy siedzieliśmy razem w poczekalni, Iga była operowana, nikt z nami nie chciał rozmawiać. My ze sobą również nie, do dziś nie mamy sobie wiele do powiedzenia. Utrzymującej się miedzy nami wrogości nie złagodził przyjazd Łukasza. Ale przynajmniej dowiedzieliśmy się czegoś o stanie dziewczyny, bo Kadziewicz wszędzie znajdzie jakieś wtyki i nie ma takiej pielęgniarki, której nie rozmaśliłby się wzrok na widok jego uśmiechu. Wieści nie były dobre. Wrogość stężała.

Przemek, kiedy się mijamy, silnie trąca mnie barkiem. A może to ja staram się go przepchnąć. To wystarczy. Odwracam się z wściekłością.

-O chuj ci chodzi? – warczę bezwiednie zaciskając pięści.

-Dobrze wiesz, gnoju – nie spuszcza wzroku – po co tu przyłazisz? Zostaw ją w spokoju.

-Zadzwoniła do mnie, nie do ciebie, gówno ci do tego po co tu jestem  – gniew, jakiego już dawno nie czułem – A Ty złamasie? Przyjaciel, który zostawił ją na noc w niezamkniętym biurze samą? Myślisz, że czyja to wina dupku? – mówię rzeczy, których wcale nie myślę. Prowokuję i to z dobrym skutkiem.

Musiał coś kiedyś trenować, nie ma możliwości, żeby był tak szybki bez doświadczenia. Nie zdążyłem zrobić ruchu, nie mówiąc nawet o uniku. Już leżałem na ziemi z obolałą szczęką. Przemek pochylił się nade mną złapał mnie za ubranie pod szyją i uniósł trochę.

-Słuchaj szmaciarzu, gdzie ty byłeś? Dałeś jej odejść, skrzywdziłeś ją. Dlatego siedziała po nocach i zaharowywała się na śmierć, żeby o tobie nie myśleć. Nie zasługujesz na nią i nigdy nie będziesz. Zrobisz nam wszystkim przysługę, jeśli znikniesz. Jest dla ciebie o niebo za dobra – splunął obok mojej głowy, odwrócił się i zniknął za drzwiami oddziału.

Ma rację. Za dobra i nie zasługuję. Ale to Moja Iga.

Głowa Michała oparta o moje kolano, delikatnie przeczesuję jego włosy. Wyczuwam, że boi się poruszyć, żeby nie przerwać tej chwili, tego względnego spokoju. Udaje, że ogląda mecz, wyciągnięty w trochę niewygodnej pozie na dywanie. Ja niczego nie udaję, patrzę w okno, mimo, że niewiele przez nie mogę zobaczyć, zmierzch zapada coraz wcześniej.

Bliskość jego ciała, ciepło, jakie od niego promieniuje, faktura włosów pod moimi palcami – delektuję się ulotnym poczuciem bezpieczeństwa. Przyzwyczaiłam się, że ono szybko znika i wtedy wraca bezsilność i strach. Ciągle szukam wytłumaczenia, moja racjonalna osobowość żąda powodów, przyczyn, rozwiązań. Psycholog, na wizytę u którego zgodziłam się tylko raz, mówił, że mogę mieć tendencję do obwiniania się. Obwiniania się za co? Za to, że dwóch chorych skurwysynów zgwałciło mnie, pobiło do nieprzytomności, prawie zabiło? Przecież nie jestem temu winna, nikt nie byłby. Mówił też, że typowym będzie utrata wiary w siebie, zdolności prawidłowej samooceny. Ale jak mam wierzyć w siebie? Skoro tak łatwo można mi odebrać wolność i godność? I nie chodzi o ciało, mimo, że to strasznie boli, że ktoś obcy może potraktować cię jak szmacianą lalkę, jak coś gorszego od rzeczy nawet. Najtrudniej jednak pogodzić mi się z tym, że nie byłam w stanie się obronić, desperackie próby skończyły się groźną raną od noża, dodatkowym biciem, jeszcze większą brutalnością. A teraz chcę wiedzieć, chcę zrozumieć, dlaczego tak łatwo można kogoś splugawić, zniszczyć, sprawić, że nienawidzi. Ja nienawidzę, nienawidzę tego strachu, który odczuwam wychodząc na zewnątrz, nienawidzę tego krzyku, z jakim nadal budzę się w nocy, nienawidzę tego, że nie potrafię na siebie popatrzeć w lustrze, nienawidzę tego, że kiedyś byłam pewna, że jestem twarda. Nie jestem. To mi zabrano przede wszystkim, i tego nie jestem w stanie sobie wytłumaczyć w żaden sposób. Nawet, kiedy złapano podejrzanych i zostałam zmuszona do identyfikacji, powiedziałam, że nikogo nie rozpoznaję, nie podnosząc wzroku na twarze stojących przede mną mężczyzn ani razu. Złamano mnie. Nie, to nie tak, dałam się złamać. Za to nienawidzę siebie.

I jest jeszcze Michał. Obrócił lekko głowę, spojrzał na mnie, spróbował się uśmiechnąć – jak gdybym dotknęła go swoimi myślami. Nasze „razem” też jest teraz inne, chyba lepsze i chyba gorsze. Wszystko, co było przed TYM odeszło w niepamięć, zupełnie nie ma znaczenia. To bzdury, z perspektywy czasu dziecinne przepychanki. Po wyjściu ze szpitala było naturalne, że wracam do Lubina, do naszego domu. Tak jak naturalnie, resztkami sił wybrałam jego numer, leżąc na podłodze, cała we krwi i brudzie. Uratował mnie, jeżeli można tu mówić o ratunku. I chroni mnie dalej, nawet jeśli tego nie wie. Bardzo szanuję sposób, w jaki przy mnie trwa. Nienachalnie, ale w pobliżu. Bez pytań, bez rozmów. Milczeć z kimś to sztuka, nigdy bym nie przypuszczała, że będzie to potrafił. I znosił. Choć musi być mu trudno. Jestem snującą się po domu apatią. Nawet, kiedy się kochamy, nie ma już tej elektryczności, nie ma nawet iskry. Stara się być jak najdelikatniejszy, zgodnie z tym co pewnie podręcznikowo poradził mu wysokiej klasy specjalista Pan Psycholog. Ale to nie daje takiej satysfakcji jak dawniej, ani jemu ani mi. Po wszystkim zawsze zasypiam odwrócona do niego plecami, uciekam od bliskości. Tylko potem, kiedy w nocy zrywam się z kolejnego koszmaru, pozwalam mu się utulić do dalszego snu. Bo przecież nie jestem ani silna ani twarda i boję się.

6.

-A ten co tu robi? – na mój widok Przemek zatrzymał się w drzwiach. Nawet popchnięty przez Kadziewicza nie ruszył z miejsca, zmierzył mnie nieprzyjaznym spojrzeniem i chciał zawrócić – niepotrzebnie mnie fatygowałeś Łukasz.

-Nie wygłupiaj się, musimy coś omówić – mój trener skutecznie blokował wyjście – w trójkę. Ty, Michał i ja. Właź do środka, napijesz się czegoś?

Pokręcił głową, ale posłusznie zrobił kilka dalszych kroków w głąb pomieszczenia.

-Słuchaj stary, musimy się jakoś dogadać. Sorry, zachowałem się kilka razy jak ostatni kutas, ale chyba możemy teraz puścić to w niepamięć – podszedłem do niego wyciągając rękę na zgodę.

Przemek przeszedł obok udając, że nie zauważa mojego gestu. Stanął pod oknem po przeciwnej stronie pokoju, dłonie wbił w kieszenie spodni i spojrzał na mnie wyzywająco.

-Raz już ci powiedziałem, co sądzę na twój temat. Nie wydaje mi się, żebym zmienił zdanie. I nie prowokuj mnie, bo naprawdę chętnie ci przyłożę ponownie – wycedził.

Przewidywałem podobny obrót wypadków i mówiłem Łukaszowi, że przekonanie jej przyjaciela do współpracy przy mojej obecności nie będzie łatwe. Kadziu podjął się roli mediatora, miał rację twierdząc, że aby pomóc Idze musimy być drużyną. Na mnie wymógł już wcześniej obietnicę, że nie dam się wyprowadzić z równowagi. Starałem się, choć po ostatnich słowach, które tu padły miałem wielką ochotę udowodnić cwaniakowi, że ten jeden nokaut był fuksem zupełnie nie do powtórzenia.

-Siadaj człowieku, powściągnij popędy – Kadziewicz wskazał Przemkowi krzesło przejmując kontrolę nad sytuacją – Michał przyszedł do mnie z pewnymi obawami, które całkowicie podzielam. Obaj jesteśmy przekonani, że bez twojej pomocy nasze szanse są nikłe. Wysłuchaj, co mamy do powiedzenia, jeśli będziesz miał wątpliwości to wyjdziesz i zapomnisz o sprawie. Ale nie sądzę żebyś chciał to zrobić, wszystkim nam zależy na Idze.

Przemek usiadł prychając z irytacją, założył ręce na piersi manifestując całym sobą, że nie ma zamiaru pozostawać tu ani chwili dłużej niż będzie to konieczne. Zauważyłem jednak, że na dźwięk jej imienia opór w nim jakby zmalał. Czy chcemy tego czy nie, to ona nas łączy i dzieli jednocześnie.

Wróciłem na zajmowane poprzednio miejsce, zacząłem się bezmyślnie bawić wyciągniętymi z kieszeni kluczami. Łukasz oparł się plecami o ścianę tuż przy drzwiach, z pochmurnym wyrazem twarzy obserwował nasze reakcje.

-Iga jest w bardzo złej formie. Każdy z nas to chyba widzi – odezwał się po chwili milczenia – Nie pomaga sobie tym, że odmawia spotkań z psychologiem. To jak zamknęła się w sobie i odizolowała bardzo mnie niepokoi. Z tego, co mówi Michał, jego również…

-Mnie również odpycha – wpadłem Łukaszowi w słowo, nie chciałem, żeby mówił za mnie – a właściwie biernie toleruje. Wciąż śnią jej się koszmary, a czasami zapada się tak bardzo w swój świat, że boję się czy jeszcze wróci.

Przemek kiwnął głową.

-Wiem, co masz na myśli – powiedział – też mam takie wrażenie, kiedy staram się z nią rozmawiać. Jakby dostrzegała mnie tylko przypadkiem i nie przywiązywała zupełnie wagi do tego czy jeszcze jestem czy już wyszedłem. Nie ma w niej tej energii – kontynuował przygnębiony – przecież wiem, jak powinna się zachowywać. Iga, którą znam ścigałabym tych skurwieli bez żadnej litości, a ona nawet nie chciała wskazać policji podejrzanych. Łukasz zabronił mi ją do tego namawiać, ale nie rozumiem, dlaczego tak po prostu odpuściła.

Spojrzałem zdziwiony na Kadziewicza. Nie wiedziałem, że ingerował w sprawy Igi w jakikolwiek sposób.

-Akurat ja to rozumiem – wtrącił się Łukasz – i wcale się nie dziwię, że nie chce przechodzić przez to ponownie. Moim zdaniem rozbabrywanie tej sprawy dalej tylko pogorszyłoby sytuację. Wydaje mi się, że ona stara się o wszystkim zapomnieć, tylko zupełnie jej to nie wychodzi. Zagubiła się w tym okropieństwie.

Opuściłem głowę, skąd oni mogli cokolwiek wiedzieć o Mojej Idze. To nie oni tulili ją prawie każdej nocy, kiedy drżała wybudzona własnym krzykiem z kolejnego niespokojnego snu.

-Ona się boi – powiedziałem cicho – w każdej cholernej minucie towarzyszy jej strach, nawet gdy śpi. Nie przyzna się do tego, ale ja wiem, że tak jest. Kiedy wracam z treningów, zastaje ją w tej samej pozycji, skuloną na kanapie czy fotelu. Dokładnie tak jak zostawiałem ją wychodząc. W samotności paraliżuje ją przerażenie, za każdym razem muszą minąć godziny od mojego powrotu, żeby choć trochę się rozluźniła, uspokoiła.

Zamilkłem, zamilkliśmy wszyscy. Mówiąc głośno o tym, co tak naprawdę dzieje się z Igą uświadomiłem sobie jeszcze boleśniej, że nie mogę zostawić jej samej. A jednocześnie wiedziałem, że muszę to dla niej zrobić.

-Za niecałe trzy miesiące powinienem być w Spale, wyjęte z życiorysu kilkanaście kolejnych tygodni – odezwałem się ponownie po dłuższej chwili – nie będzie mnie przez prawie pół roku.

-No kurwa mać, to o to ci chodzi? – Przemek poderwał się gwałtownie wywracając krzesło, na którym siedział – To ma być twoim zdaniem rozmowa w sprawie Igi? – zwrócił się do Kadziewicza, który odlepił się od ściany i szybkim krokiem podszedł bliżej.

-Wyjeżdżaj gościu, znikaj jak najprędzej – wściekły znów odwrócił się w moją stronę, dłonie miał zaciśnięte w pięści – Ona sobie doskonale poradzi bez ciebie, nie będzie sama, nie kłopocz się tym. Chciałeś błogosławieństwa? Rozgrzeszenia? Masz je, krzyżyk na drogę. Tylko szkoda, że nie posłuchałeś mnie za pierwszym razem, ty zasrany egoisto i jeszcze musiałeś namieszać jej w głowie. Patrzeć na ciebie nie mogę szmaciarzu – Przemek skierował się do wyjścia – Spadam stąd, bo jeszcze chwila i kogoś zabiję.

Łukasz zareagował błyskawicznie i w swoim unikalnym stylu. Podłożył wychodzącemu nogę i popchnął, tak, że ten wylądował jak długi na stojącej za nim kanapie. Kadziu pochylił się nad nim.

-Prosiłem grzecznie żebyś się zachowywał. Nie wysnuwaj pochopnych teorii i daj nam powiedzieć to co trzeba. Nie rób z siebie bezmyślnego kretyna – wyprostował się i odsunął kilka kroków od sapiącego ze złości mężczyzny – nie odzywaj się przez chwilę i posłuchaj. Michał, zapytaj go o to o co zapytałeś przedtem mnie.

-Przemek, znasz Igę doskonale – spełniłem polecenie Łukasza – powiedz mi, co będzie, jeżeli zrezygnuję z reprezentacji i zostanę z nią. Wbrew temu, co o mnie sądzisz, bardzo poważnie rozważałem tą możliwość, byłem nawet zdecydowany, tylko – odchrząknąłem – tylko powiedz mi, co zrobi wtedy Iga? Ta Iga, która nigdy nie zostawiła cię w potrzebie.

-Obwini siebie, będzie uważała, że łamie ci karierę – głos Przemka stał się grobowy, zaczynał rozumieć, o co tak naprawdę toczy się gra.

-Też doszedłem do tego wniosku – kiwnąłem smutno głową – a powiedz mi jeszcze, co będzie, jeśli pojadę, ale nie zakwalifikuję się do wyjazdowego składu? Ze względu na słabe wyniki, co bardzo prawdopodobne?

-Jezu, ale ty przecież grasz ostatnio beznadziejnie, nie masz szans – już w pełni dotarło do niego, co chciałem przekazać, co tak naprawdę było największą z moich obaw – Przecież ona natychmiast siebie obarczy winą, szczególnie teraz, kiedy jest w takim stanie. Będzie pewna, że to przez to, co się jej przydarzyło…ja pierdolę. Nie udźwignie tego, nie da rady, załamie się zupełnie. Zadręczy – patrzył na mnie z prawdziwym przerażeniem w oczach.

Ukryłem twarz w dłoniach, jeszcze cały czas miałem nadzieję, że jej przyjaciel powie mi, że się mylę. Że źle interpretuję fakty, że wcale nie znam Mojej Igi. Niestety, zamiast tego potwierdził moje najgorsze przypuszczenia.

-W końcu rozumiesz? – Łukasz ciężko usiadł obok nas. Do tej pory chyba cały czas oczekiwał, że będzie albo rozdzielał albo zmuszał do pozostania w jednym pomieszczeniu dwóch dorosłych facetów. Teraz byliśmy wszyscy na pokładzie.

-Zastanawialiśmy się wspólnie, co można zrobić w tej sytuacji i jest taka propozycja…

-Musimy spróbować wyrwać Igę z tego beznadziejnego otępienia i strachu – podjąłem przerwany przez Kadziewicza wątek – trzeba nią jakoś potrząsnąć, zmusić do działania. Żeby miała zajęte czymś myśli, coś wypełniło jej dni. Wiem, że do tej pory cały czas przekonywałeś ją, że w firmie gra i ogólnie dajecie radę. Pora zmienić śpiewkę, wymyśl jakiś kryzys.

-Człowieku, jak ty nic nie wiesz – Przemek parsknął zirytowany – ja nie muszę niczego wymyślać, kryzys to mam codziennie. Igi brakuje strasznie i na każdym kroku. Ale masz rację, jeżeli coś może zadziałać, to właśnie to, że jest potrzebna w pracy. Z resztą naprawdę jest.

-Ja mam własny mały projekt. Wydaje mi się, że to będzie całkiem skuteczny zabieg – Łukasz nie wchodził w szczegóły. Znałem go na tyle, żeby wiedzieć, że nie ma sensu wypytywać, i tak nic więcej nie powie.

-A jaką rolę zostawiłeś sobie, championie? – Przemek rzucił ze złośliwym uśmiechem – Snującej się dalej ze zbolałą miną primadonny?

-Muszę załapać się do Tokio – zignorowałem zaczepkę – i nie dlatego, że nie mam medalu z Igrzysk, tylko dlatego, że w każdym innym przypadku ona nigdy nie uwierzy, że nie miała z tym nic wspólnego. Że nie była winna. Muszę dokonać cudu.

Przemek spoważniał w jednej chwili, wstał i wyciągnął do mnie rękę. Uścisnąłem ją w milczeniu.

7.

-No dobrze, Iga czas wracać, potrzebujemy cię – odwróciłam głowę od okna i spojrzałam na Łukasza.

Odkąd wpadł z wizytą zamieniliśmy kilka zdań o niczym, rozmowa się nie kleiła i właściwie chciałam, żeby już sobie poszedł. Nie wzięłam pod uwagę, że to Kadziewicz.

 -Słucham? – nie bardzo rozumiałam o czym mówi.

-Siedzę tu już dobrych dwadzieścia minut i nie usłyszałem jeszcze żadnej złośliwości, mam ci zacząć pisać teksty? – zapytał z krzywym uśmiechem.

-Nie jestem w nastroju, wybacz, musisz się sam obsłużyć. To nie powinno być trudne. Zmotywuj się porównując siebie do losowo wybranych zwierząt, przecież wiesz jak to się robi – odparłam odruchowo. Latami trenowane ripostowanie uruchomiło się podprogowo.

-Tak już lepiej, co prawda stać cię na więcej, ale zakładam, że to rozgrzewka – zaśmiał się, a ja poczułam, że też się uśmiecham. Zaraźliwe Kadziewiczowe Szaleństwo, taka jednostka chorobowa, w skrócie Za-K-Sa.

-A teraz, skoro już zdołałem zwrócić twoją uwagę, porozmawiajmy. Co masz zamiar zrobić z Kubiakiem? – nawet jeśli nie skupiałam się na tej rozmowie dotychczas, to teraz rzeczywiście zwrócił moją uwagę, tym ostatnim zdaniem.

-Rzucisz go? Będziesz się z nim dalej bawić? Sprowokujesz go, żeby sam cię zostawił? – Łukasz beztrosko kontynuował nie zwracając uwagi na moje osłupienie.

-O czym ty bredzisz? – udało mi się wydukać, nie byłam pewna czy to się dzieje naprawdę, czy to kolejny z moich snów na jawie. Nawet by pasował, też jakiś koszmar.

-Iga, jeżeli nie chcesz zawalczyć o siebie po tym wszystkim, co cię spotkało to może zechciej łaskawie zawalczyć o niego?  Zamknęłaś się w próżni i wciągasz go za sobą. Wiesz może po co? – mówił dalej, okrutnie bezpośredni, ale nie dało się nie dostrzec współczucia w jego oczach.

-Przecież jesteśmy razem, nie wiem czy zauważyłeś, ale odwiedzasz mnie w jego mieszkaniu – słowa Kadziewicza sprawiły, że zaczęłam się bronić – Skąd myśl, że chcę go zostawić czy skrzywdzić?

-Dziewczyno, mieszkać można też z babcią i kotem, co to za tłumaczenie? Wiem, że cierpisz tam w środku, masz do tego święte prawo, ale albo go dopuść do siebie albo skończ to. Bo to co robisz jest nie fair, po prostu – Łukasz wyjątkowo wzburzony przyglądał mi się uważnie.

Milczałam. Który to już raz słyszę właśnie od tego człowieka słowa, obok których nie mogę przejść obojętnie? Który to już raz zmusza mnie, żebym się zatrzymała i zastanowiła?

-Przed … TYM… byliśmy bardzo blisko rozstania – po dłuższej chwili pozbierałam myśli i wiedziałam już co chcę powiedzieć – z dziś już zupełnie nieważnych powodów. Ale jednak. Chyba dlatego nie ma we mnie pewności, że powinniśmy być razem. Bo skoro tak, to czemu tak łatwo się od siebie odwróciliśmy?

-Dziecko, czego ty oczekujesz? Nie ma idealnych związków, wiecznie trwającej sielanki. – Łukasz patrzył na mnie z politowaniem – Przecież to jest ciągła praca, docieranie się, staranie. Nie mów, że tego nie rozumiesz.

-Rozumiem, tylko… jaką mam pewność, że Michałowi będzie chciało się walczyć o nas następnym razem? Co jeśli znów się zacietrzewimy w jakiejś głupiej kłótni? Chyba brakuje mi zaufania – rozgadałam się nagle wypowiadając na głos kolejne obawy. Zarumieniłam się z emocji, z ożywienia, którego już dawno nie czułam.

-Wiesz co, do tej pory to z waszej dwójki jego uważałem za głupka, ale zaczynam zmieniać zdanie – pierwszy raz odkąd się znamy Kadziewicz był na mnie naprawdę zły – jeżeli chciałaś jakiegoś sprawdzianu to wydaje mi się, że ostatnie tygodnie są wystarczające. Jak możesz w ogóle mówić o braku zaufania. Poza tym to jest najbardziej zacięty siatkarz jakiego znam, dający z siebie wszystko do samego końca. Czy uważasz, że nie stać go na to samo w najważniejszym dla niego meczu?

Spuściłam głowę, zrobiło mi się strasznie wstyd. Tych zupełnie niezasadnych wątpliwości w stosunku do mężczyzny, który był przy mnie i dla mnie w najtrudniejszym momencie. I nie zawiódł.

-Iga, kochacie się, powiedzcie to sobie w końcu. Będziecie się jeszcze często kłócić i ranić, przy jego charakterze to pewnie ostro się nie raz poharatacie. A potem znajdziecie kompromisy, sposoby na godzenie się i wybaczanie. I tylko taką miłość można naprawdę zachować na lata: wypracowaną w każdym trudnym momencie. Podwaliny macie więcej niż solidne biorąc pod uwagę to co wydarzyło się dotychczas – Łukasz bezlitośnie uświadamiał mi moją głupotę.

-Jak to się stało, że ze wszystkich moich znajomych akurat ty zostałeś mędrcem? – musiałam zakpić, tak poważny i dorosły Kadziewicz był zupełnie nienormalnym zjawiskiem.

-Widocznie nikt inny nie ma predyspozycji, poza tym jestem już stary, mądrość przychodzi z wiekiem. Przynajmniej do niektórych, bo tobie ani twojemu oblubieńcowi tego nie wróżę. Niezbyt podatny grunt – zrobił niewinną minę.

Zaśmiałam się, umiem docenić dobrą złośliwość, a ta była prima-sort.

-No to skoro część oficjalną mamy za sobą – na twarzy Łukasza pojawił się szelmowski uśmieszek – czas na rozrywkę.

Sięgnął do schowanej pod krzesłem torby i wyciągnął z niej małego jamnika. Przebudzony niespodziewanie szczeniak zapiszczał i zaczął przebierać łapkami w powietrzu. Cały ginął w ogromnych dłoniach siatkarza.

-Trzymaj bo zgniotę tą pchłę – Kadziu wręczył mi psiaka – pora żebyś zaczęła wychodzić na zewnątrz, a to będzie powód, którego nie zignorujesz.

-O jaaaa, jaki kochany – przytuliłam małą piszczącą kulkę do serca – dziękuję, dziękuję, dziękuję.

To, jaką radość wywołał u mnie prezent zaskoczyło nawet mnie samą. Szczeniak nie musiał niczego wypracowywać, już go kochałam bezwarunkowo.

-Nie ma zupełnie za co – Łukasz uśmiechał się widocznie zadowolony z siebie – wabi się MIgał, a jak się teraz zapytasz dlaczego to oficjalnie zajmiesz miejsce Kubiaka na mojej liście głupków.

Przyzwyczaiłem się już trochę do tej nadpobudliwej parówki biegającej za piłką po całym mieszkaniu, sikającej na dywan i włażącej bez zaproszenia do łóżka. Uporczywie odmawiam jednak używania nadanego przez Łukasza miana. Parówka brzmi lepiej i trafniej. Iga przepada za psiakiem i nie potrafię chować urazy do Kadzia, że nie przywlókł jakiegoś prawdziwego zwierzęcia tylko takie coś. Na moje zarzuty, które wyartykułowałem zaraz po tym jak przedstawiono mi nowego współlokatora, odpowiedział tylko, że nie ma zamiaru być tym, który w sześćdziesięciometrowym mieszkaniu umieści dzika, małą cholerę i rottweilera. Bo sam by już nie wiedział na kogo stawiać pieniądze w takim death-meczu. Jakby na to nie spojrzeć Parówka wywiązywał się ze swojej roli znakomicie, trzeba go było wyprowadzać na spacery, karmić i zabawiać, a Iga wracała przyjemnie zarumieniona z porannych przebieżek po parku.

Ale i tak z naszej spiskującej trójki bank rozbił Przemek. Mistrzostwo, muszę mu przyznać, że rozegrał to przepięknie. Któregoś dnia wpadł do nas, jak gdyby nigdy nic. Poopowiadał Idze jak zwykle, co słychać w firmie, że zasadniczo wszystko świetnie i pod kontrolą. Ponarzekał na jakichś kretynów z centrali, też standardowo. A potem wyciągnął laptopa, bo koniecznie musiał jej pokazać dowód na ten idiotyzm w postaci służbowej korespondencji. I zanim się zorientowałem w sytuacji Iga już siedziała cała w jakichś tabelkach pootwieranych z tego niby przypadkowego maila. Sklęła Przemysława oraz kilku mi nieznanych współpracowników i zaczęła korygować błędy oraz wytykać pomyłki w zestawieniach. Jej przyjaciel siedział z miną zbitego Parówki, ale w pewnym momencie zdołał mrugnąć do mnie uśmiechając się zwycięsko. Mogłem tylko oklaskiwać go w duchu, rzeczywiście znał ją najlepiej z nas wszystkich. Iga nawet nie podejrzewała, że jest sterowana. Nie minął tydzień a znów pochłonęła ją praca, ratowała wspólnie z Przemkiem korporacyjny świat. Co prawda tylko z domu, nie chciała wracać do tamtego miejsca, ale to nie przeszkadzało jej zajmować się firmowymi sprawami przez ponad dziewięć godzin na dobę. To też przywracało rumieńce jej twarzy i ożywiało zielone iskierki w oczach.

Coraz bardziej optymistycznie odnosiłem się do konieczności wyjazdu. Wszystko wydawało się być na dobrej drodze. Wiedziałem, że strach jest nadal obecny w naszym mieszkaniu, ale pojawiły się sposoby jak sobie z nim radzić. Zrobiło się też cieplej, między nami, zaczęliśmy znów rozmawiać. Może nie o najważniejszych czy najtrudniejszy sprawach, ale to była dla mnie i tak cudowna odmiana po tych długich, nieznośnych tygodniach milczenia. I te wszystkie drobne gesty, których tak mi brakowało: splecione dłonie, jej głowa na moim ramieniu, kiedy oglądaliśmy telewizję, dotyk jej palców na moim policzku, gorąca herbata przyniesiona niespodziewanie do łóżka, pocałunek na powitanie, gdy wracałem z treningu. Śmiesznie szybko przełożyło się to też na moją grę, może nie byłem jeszcze najlepszy, ale już nie beznadziejny. Ale tak naprawdę prawdziwie przełomowy dla nas okazał się bal karnawałowy Cuprum, zorganizowany z rozmachem oczywiście przez samego trenera. Iga na miejsce przyjechała z Przemkiem i Kaśką. Ja miałem dotrzeć później, z kilkoma innymi zawodnikami spotykaliśmy się z dzieciakami z lokalnej podstawówki, pogadanka o sporcie, autografy. Wszystko bez znaczenia, ważne było tylko to, co wydarzyło się, kiedy w końcu pojawiłem się spóźniony w progu odświętnie udekorowanej sali.

8.

Zatrzymałem się oniemiały. Stanąłem przy wejściu nie będąc w stanie wykonać kolejnego kroku. Wyglądała zjawiskowo w długiej ciemnej sukni idealnie dopasowanej do jej sylwetki, upięte włosy odsłaniały smukłą szyję i nagie ramiona. Pierwszy raz ją taką widziałem i zaparło mi dech w piersiach. Doskonała. Piękna. Poczułem onieśmielenie jakbym miał spotkać ją po raz pierwszy. Trochę tak było, bo Moja Iga najczęściej biegała w jeansach i sportowych butach, miała nieodparty urok dziewczyny z sąsiedztwa, łobuziary. Teraz przed sobą widziałem kobietę pełną uwodzicielskiego czaru, niesamowicie pociągającą i seksowną. Odwróciła się w moją stronę, zauważyła i już nie odrywała ode mnie wzroku. Staliśmy tak po przeciwnych stronach sali, bez ruchu, wpatrując się w siebie nawzajem.

-Stary, idź do niej, bo jak nie to ja pójdę – któryś z zawodników trącił mnie w bark wyrywając z hipnotycznego odrętwienia. Ruszyłem w końcu z miejsca, ale kiedy stanąłem przed nią, tak cudowną i śliczną nie wiedziałem jak się zachować.

-Czekałam na ciebie – odezwała się pierwsza a mnie przeszedł dreszcz. Nikt nigdy tak na mnie nie patrzył. Jakby poza mną nie było wokół niczego. Dla mnie też świat przestał mieć jakiekolwiek znaczenie.

-Kocham cię – to było najwłaściwsze miejsce i czas, żeby w końcu to powiedzieć. Szeptem, nachylając się lekko do jej ucha, ujmując drobną dłoń po to by już jej nie wypuścić do końca wieczoru.

Zarumieniła się, jeszcze piękniejsza niż przed chwilą, choć wydawałoby się, że to niemożliwe.

-A ja ciebie Michał – bardziej wyczytałem z ruchu jej warg niż usłyszałem w otaczającym nas gwarze przyjęcia. Ale to wystarczyło. Pierwszy raz od dłuższego czasu poczułem szczęście i spokój. I zachwyt kochaną, najcudowniejszą kobietą.

Gdyby ktoś zapytał jak spędziłem ten wieczór odpowiedziałbym w dwóch słowach. Z Igą. Nic więcej nie pamiętam, poza tym, że tańczyłem z nią, rozmawiałem z nią, śmiałem się z nią, dotykałem jej, obejmowałem ją zachłannie trzymając jak najbliżej, patrzyłem na nią bez przerwy, całowałem jej usta a później każdy centymetr ciała, zdejmowałem z niej wieczorową sukienkę błądząc ustami po jej ramionach i karku, oszalałem przy niej i dla niej. Gdyby ktoś zapytał, jakie mam życzenia w Nowym Roku, odpowiedziałbym, że tkwić w tym szaleństwie do końca życia.

-Niedługo wyjeżdżam, zgrupowanie zaczyna się w następnym tygodniu – z ciemności dotarł do mnie zachrypnięty szept Michała.

Leżeliśmy obok siebie stygnąc powoli i trzeźwiejąc po niesamowitej przejażdżce, jaką sobie wzajemnie zafundowaliśmy. Jeszcze szumiało mi w uszach, serce nadal biło w przyspieszonym rytmie, czułam kropelki potu spływające po moim brzuchu i ramionach. Ledwie przed sekundą przestałam drżeć, echo cudownego orgazmu trwało dziś wyjątkowo długo. Ostatnio często kochamy się tak zapalczywie, od czasu pamiętnej nocy po balu karnawałowym. Uśmiecham się do siebie na samo wspomnienie.

Przemyślałam słowa Łukasza i przyznałam mu w duchu rację. Zawalczyć o Michała, o nas stało się moją codzienną mantrą. Dla niego wychodziłam krok po kroku z tej traumy, w której po trosze sama się więziłam. Dołożyłam wszelkich starań, żeby tego wieczoru, podczas imprezy Cuprum, on poczuł się tak jak na to zasługiwał: pierwszy, jedyny i najważniejszy. Rzeczywistość przeszła moje najśmielsze oczekiwania. Nigdy nie zapomnę tego momentu, gdy w końcu się pojawił i zauważyłam go przy wejściu. Tak jakby na jego widok w mojej głowie wszystkie poplątane sznureczki myśli i uczuć nagle same się wyprostowały tworząc jasny i przejrzysty obraz: przecież ty go kochasz kretynko, jak nikogo na świecie, bardziej niż Maćka. Nim sama to powiedziałam, zdążyłam to od niego usłyszeć. Jak w piosence, której słuchałam siedząc wtedy na lotnisku, kiedy zastanawiałam się czy w ogóle warto wchodzić do tak głębokiej wody. Warto.

Tej nocy wróciliśmy do siebie również fizycznie. Cała delikatność, z jaką zdejmował ze mnie sukienkę, dotykał i całował moje ramiona, zachwyt tak łatwy do odczytania w jego oczach był najskuteczniejszą grą wstępną. Ale kiedy nie mogąc już opanować pożądania wpiłam się stanowczo w jego usta, a potem, gdy błądził wargami po mojej szyi przygryzłam płatek jego ucha, wszelkie hamulce puściły i wskazówki mądrego Pana Psychologa na temat niechęci ofiar przemocy do gwałtownych zbliżeń na szczęście poszły w niepamięć. Znów zatrzęsła się ziemia. Odtąd wywołujemy te trzęsienia tak często jak to możliwe.

-Iga, śpisz? – Michał odezwał się ponownie.

-Nie, dochodzę do siebie – byłam pewna, że się uśmiechnął.

-Chodź tu do mnie – przyciągnął mnie do siebie, ułożyłam wygodnie głowę na jego ramieniu, poczułam jak mnie obejmuje, niby przypadkiem kładąc dłoń na mojej piersi.

-Jeżeli nie chcesz, to nie pojadę – wrócił do zaczętej rozmowy.

-Nie gadaj głupot, jasne, że chciałabym, żebyś nigdzie nie wyjeżdżał – poruszyłam się nerwowo – ale to przecież twoje marzenie. Pracowałeś na ten moment odkąd wróciłeś do kraju. To jest twój czas.

Westchnął, ale nie odpowiedział. Czułam, że się martwi, że nie dam rady sama. Przecież nadal zdarzały się noce, kiedy powracały te same koszmary. Ciągle bałam się wychodzić i poza spacerami z Migusińskim praktycznie nie opuszczałam mieszkania.

-Dam radę, będę tęsknić za tobą straszliwie, ale dam radę – próbowałam równocześnie przekonać i jego i siebie – poza tym nigdy nie byłam dziewczyną mistrza olimpijskiego. Sypiałam dotychczas tylko z mistrzem świata.

 -Hej, mam jeszcze kilka innych osiągnięć – zaśmiał się cicho.

-Ups, rzeczywiście, ty też masz mistrzostwo. Sorry, mówiłam o kimś innym. Ale gafa.

-Zołza – przesunął rękę i uszczypnął mnie w pośladek – ale masz niezły tyłek.

Przez chwilę leżeliśmy w milczeniu. Rysowałam palcem szlaczki na jego piersi. Najpierw bezmyślnie a potem napisałam niewidoczne „dziękuję”.

-Za co? – zapytał zdziwiony. Nie mogłam uwierzyć, że odczytał to nakreślone na skórze słowo.

-Ratujesz mnie Michał, po raz kolejny – postanowiłam nie obracać sytuacji w żart, tylko powiedzieć, to, co powinien usłyszeć ode mnie już dawno.

-Ja ciebie? – poczułam, że kręci przecząco głową – Iga, przecież tyle rzeczy zrobiłem nie tak. I mam wrażenie, że jest zupełnie na odwrót. Wszystko zaczęło mi się układać odkąd się pojawiłaś. To chyba ja powinienem dziękować. I przepraszać, bo… – urwał nagle.

Domyślałam się, co chciał powiedzieć i dobrze, że tego nie zrobił. Nigdy tak nie pomyślałam, że może być winny tego, co mi się przydarzyło. To tak jakbym winiła Maćka, za to, że swoją śmiercią praktycznie rozwalił mi życie i wepchnął w przerażająca pustkę. Michał natomiast swoim uporem, niezachwianą pewnością, że mamy być razem wydostał mnie stamtąd, uratował mnie po raz pierwszy. Uniosłam głowę i pocałowałam go, starając się przekazać wszystko, czego nie zdołałabym słowami. Chyba mi się udało, bo kiedy odsunęłam twarz wciąż gładząc delikatnie jego policzek, powiedzieliśmy to równocześnie:

- Kocham cię.

9.

Kolejny dzień treningu siłowego. Te same ćwiczenia w tych samych seriach. Każdy z nas pracuje indywidualnie, zmęczenie to idealny powód do ciszy. W siłowni rozlega się jedynie monotonny stukot urządzeń, sapanie, stęknięcia podrzucających ciężary czy podciągających się na drążku. Brak rozmów sprzyja koncentracji a równocześnie można pewne sprawy przemyśleć. Nie narzekam na brak tematów.

Pompki 8×8. Jestem dopiero przy drugiej serii. Siedem, osiem. Przerwa, otarcie spoconych dłoni. Jeden, dwa…

Wilki

Kiedy pierwszy raz pojawiłem się w reprezentacji do tak zwanych „dziadków” czuło się szacunek. Może nie zawsze się go okazywało, szczególnie takiemu skaczącemu wszędzie z kamerką Ignaczakowi. Ale już na przykład Profesor Guma potrafił osadzić cię w miejscu jednym spojrzeniem. Przyszedł moment, kiedy sam zaliczam się do „dziadków”, a mam wrażenie, że od młodzików wieje jedynie wzgardą i arogancją. Sami o sobie mówią Wilki, nie dodają młode. W myślach nazywam ich raczej Szczeniakami. Wilki dlatego, że dużo narybku to wychowankowie Bednaruka. Kuba słynie już z tego, że co roku wprowadza do ligi przynajmniej jedno odkrycie. Inna sprawa na jak długo, ale to nie wina trenera, a raczej podejścia samych zawodników. Sam nauczony jestem, że tylko ciężką pracą, wyrzeczeniami możesz do czegoś trwale dojść. Inaczej błyśniesz i zgaśniesz. Przykładów na takie jednorazowe objawienia jest co niemiara.

Wilki w reprezentacji kąsają. Są świetni technicznie, uczeni już według nowych przepisów, podczas gdy starsi musieli się przestawić sztucznie na to, że na przykład net jest błędem. A przecież o skuteczności akcji w ułamkach sekundy decydują odruchy a nie przemyślenia. Najchętniej sami zbudowaliby docelowy skład, wszystkich w okolicach trzydziestki wysyłając na zasłużoną w ich mniemaniu emeryturę. Żaden z nich nie pojmuje jak ważne jest doświadczenie. Moje chwalebne mistrzostwo wygrywali w ataku Wlazły i Winiar. A z pucharu nic by nie było, gdyby w finale na rozegraniu Zagumny nie zastąpił spalonego u Brazylijczyków Drzyzgi.

Nie zmienia to faktu, że mam wśród Wilków kilku konkurentów i zdaję sobie sprawę, że ciężko by było mi ich pokonać i w najlepszej dyspozycji, a do tej mi jeszcze daleko.

Ławeczka 3×15. Popularne wyciskanie, pot napływa mi do oczu, nie mam jak ich otrzeć, bo sztanga w równym rytmie podnosi się i opada nad moją klatką piersiową. Pięć, sześć…

Trener

-Michał, mogę cię prosić na słowo? – w uchylonych drzwiach pojawiła się głowa selekcjonera.

-Oczywiście, co jest? – mam niejasne przeczucie, że to nie będzie nic dobrego.

-Będę z tobą szczery – wiedziałem. Skoro zaczyna w ten sposób to nie będę zadowolony z tej rozmowy – jak widzisz skład jest wyrównany. Jeżeli chodzi o twoją pozycję mamy zarówno doświadczonych jak i młodych zawodników.

-Nie jestem z nich najlepszy, nie jestem też najgorszy – podsumowałem jego wypowiedź a równocześnie i stan faktyczny.

-To prawda. Mało tego, jestem pewny, że poprawisz wyniki. Okres przygotowawczy dopiero się zaczyna, wiem co potrafisz i uważam, że dojście do formy w twoim przypadku to kwestia tygodni.

-O czym zatem rozmawiamy? – no trenerze, kawa na ławę, bo na razie same frazesy. Pochyliłem się w oczekiwaniu na prawdziwy powód, dla którego chciał mnie widzieć.

-Jesteś doświadczonym zawodnikiem – dalej brnął w slogany – sam widzisz, że moim największym problemem będzie zrobienie z was drużyny. Antagonizmy są aż nadto widoczne.

Zaczynałem rozumieć, o co tu może chodzić. Kolejne wypowiedziane zdania potwierdziły moje przypuszczenia.

-Mam wystarczający zgryz jak pogodzić młodość i doświadczenie w tym składzie. W twoim wypadku brak porozumienia dotyczy obu grup – zamilkł jakby czekając na moją reakcję, ponieważ nie skomentowałem podjął po chwili – Michał, powiem tak, nie same umiejętności i dyspozycję będę brał pod uwagę przy dalszych powołaniach. Poza gotowością sportową oczekuję, że dogadasz się z dziadkami, szczególnie z jednym. Nie wnikam w historię, ale obaj wiemy, co drażni starszych zawodników w twojej tu obecności. Chciałem, żeby to było jasne. To siatkówka, wolne elektrony nie mają szans.

Nie musiał mi tego tłumaczyć. Dawno temu brałem udział w kręceniu filmu, miał tytuł „Drużyna”.

Podciąganie na drążku 8×8. Bolą mięśnie, ale zaciskam zęby i kończę serię na osiem. Opuszczam się, rozluźniam ręce. Za chwilę zacznę od nowa. Jeden, dwa, trzy…

Zbyszek

Zaraz pierwszego dnia stanąłem z nim oko w oko. Podaliśmy sobie ręce na powitanie, pełen profesjonalizm. Oficjalnie kumple z drużyny, stare nieporozumienia poszły w zapomnienie, może już nie przyjaźń, ale koleżeństwo na pewno. Nieoficjalnie nagle okazało się, że w pokoju mieszkam sam. Mój współlokator cierpi na jakąś dziwną alergię, i nie może przebywać z kimś, kto używa normalnego proszku do prania. Akurat. Nieoficjalnie przy wspólnym stole podczas posiłków nie za bardzo mam z kim zamienić nawet kilku zdań. Szczeniaki to zwarte stado, a pozostali, jakoś nie mają ze mną wspólnych tematów. Ostracyzm to nic przyjemnego.

Nie myślałem, że Bartman, będzie potrafił wszystkich tak trzymać za mordę. Żaden się nie wyłamał. A może to po prostu solidarność, nie chcą tu gościa, który potrafił pobić swojego najlepszego przyjaciela. I jeszcze ma czelność przyjąć powołanie. Ziomek był bardziej rozumny, po sławetnej akcji z listem otwartym, kiedy miał kolejną szansę na powrót do reprezentacji, po prostu odmówił. A Kubiak przyjechał i ma za swoje. To wszystko umacnia mnie jedynie w przekonaniu, że bez konfrontacji ze Zbyszkiem się nie obędzie. Lubię jasne sytuacje, a takie podchody powoli zaczynają mnie nudzić, za stary na to jestem. A może za głupi.

Przyciąganie 3×15. Mięśnie grzbietu, oddycham miarowo i ściągam linkę do brzucha. Dziewięć, dziesięć…

Historia

Wpadam do szatni i z rozpędu kopię w drzwi szafki. Nienawidzę przegrywać. A było tak blisko.

-Weź się Kubiak uspokój – słyszę za plecami, ale kiedy się odwracam nikt nie chce wyglądać na autora tych słów.

-Krew mnie zalewa, praktycznie mieliśmy wygrane. Kurwa! – ściągam koszulkę i zmiętą ciskam ze złością na ziemię.

-Jakby nie twoja czerwona kartka, to byśmy pewnie wygrali – wydaje mi się, że to Kłos, rzucam mu wrogie spojrzenie, ale nie podnosi głowy znad rozwiązywanych butów. Mocny w gębie, ale tylko z przyczajenia.

-Odpierdolcie się – warczę w związku z tym do wszystkich – nie będzie mi się jakiś ruski matoł śmiał w nos przez siatkę.

-Teraz za to śmieje się i z ciebie i z nas – w szatni pojawia się Zbyszek – dzięki Misiek.

Wzruszam ramionami. Jakoś nie mam ochoty wykłócać się z Bartmanem. W takim nastroju wystarczy mała iskra i wybuchnie. Ostatnio mam wrażenie, że coraz częściej szuka ze mną spięcia. Jemu też daje się we znaki to jak słabo prezentujemy się w kolejnych spotkaniach.

-Przed następnym meczem, to może bzyknij coś i spuść trochę testosteronu, bo cię nadmiar ewidentnie roznosi – postanowił jednak wyładować się na mnie.

-Spierdalaj – staram się uciąć tą rozmowę i wychodzę pod natryski. Zdążyłem jednak usłyszeć zdanie, które sprawia, że błyskawicznie wracam do szatni, a przed oczami widzę znajome czerwone plamy. Wściekłość.

-Żona mu chyba nie daje, dlatego taki zły. W sumie to dziwne, bo daje wszystkim – temu stwierdzeniu Zbyszka towarzyszy śmiech pozostałych.

-Coś ty kurwa powiedział? – łapię Bartmana za koszulkę i popycham na ścianę – powtórz śmieciu.

-Słyszałeś, nie mów, że nie wiesz. Nie dość, że niewyżyty to jeszcze głupi – śmieje mi się prosto w twarz.

Następne co pamiętam to jak miotam się odciągany siłą przez kilku zawodników a na ziemi leży zakrwawiony i chyba nieprzytomny Zbyszek.

Oczywiście to co powiedział nie było prawdą, tylko szczeniacką prowokacją, która podziałała bez pudła. I zapoczątkowała serię podobnych incydentów przewrotnie doprowadzając do rozwodu z Moniką. Nie mogła już znieść moich niekontrolowanych wybuchów gniewu i ciągłych awantur.

Przysiady 3×15. Już prawie koniec, przepocona koszulka przylepia mi się do pleców. Siedem, osiem…

Bartek

-Cześć, możemy pogadać? – szurgot odsuwanego po kamiennej posadzce krzesła. Kuraś dosiada się do mnie niespodziewanie.

-Jasne, czym zasłużyłem na zaszczyt? – odkładam Przegląd Sportowy na stół i spoglądam na niego zaciekawiony. Przyzwyczaiłem się, że czas wolny spędzam tutaj, na patio za ośrodkiem. Rzadko miewam towarzystwo.

-Wyjaśnij sprawy z Bartmanem – Bartek nigdy nie bawił się w zbędne grzeczności, walił prosto z mostu – jesteś tu potrzebny, ale nie zaakceptujemy cię ani my ani tym bardziej ta pałętająca się wszędzie gówniarzeria, jeżeli pierwszy nie zrobi tego Zibi. Sam rozumiesz, drużyna. Co prawda na razie byle jaka, ale lepszej nie mamy.

-Trenerowi zajęło dziesięć minut przekazanie mi tego, co ty zrobiłeś w trzy sekundy – odpowiedziałem siląc się na uśmiech – Nie wiem tylko, czy moja rozmowa ze Zbychem w czymś pomoże.

-Gorzej raczej już nie będzie – sparował natychmiast – Jest jeszcze jedno. Kiedy zdobywaliście mistrzostwo świata mnie w tej kadrze nie było. Długo trwało, zanim się z tym pogodziłem. Nie wiesz jak to jest, kiedy na pytania dziennikarzy musisz odpowiadać, że to wielki sukces, że cieszysz się z całym krajem, że nie, wcale nie czujesz rozczarowania. A tak naprawdę w duchu jesteś wściekły i rozgoryczony, że to nie jest twój medal, skoro powinien być przede wszystkim twój.

Przyglądałem mu się uważnie nie przerywając. Jak na Bartka to było potężne wyznanie, nie należał do osób, które mówią o takich sprawach ot tak. A nas nie łączyła przecież nigdy jakaś szczególna sympatia. Bardziej rywalizowaliśmy niż się przyjaźniliśmy.

-Medal mistrzostw to było moje indywidualne marzenie, które mi uciekło. A może sam je zaprzepaściłem, dziś nie ma to już znaczenia. Ale mogę sobie wyobrazić, co się czuje, kiedy ten cel miał być osiągany wspólnie. A kończy się tym, że możesz tylko obserwować jak zwycięstwo celebruje, ktoś, z kim poprzysięgałeś sobie, że zrobicie to razem. Ty umiesz to sobie wyobrazić? To tyle, będę leciał, do zobaczenia na treningu.

Zgięcia nóg 15×15. Ostatnia seria ostatniego ćwiczenia. Sztangielka tkwi pomiędzy moimi stopami, uginam i prostuję kolana leżąc na brzuchu. Trzy, cztery…

Przemek

Zawsze myślałem, że miałem w życiu prawdziwego przyjaciela, że sam takim byłem. Krótka rozmowa z Bartkiem uświadomiła mi, że jestem w błędzie. W głowie pojawił mi się obraz innej pary: Iga i Przemek. On bez mrugnięcia okiem zrezygnował z o wiele lepiej płatnej i bardziej prestiżowej posady w Tuluzie tylko dlatego, że pojawiła się szansa na ponowną współpracę z Igą. Ona potrafiła spać po dwie godziny na dobę, kiedy trzeba było go wesprzeć, ugasić kolejny pożar, po prostu wykonywała część jego pracy, kiedy tonął. Bez chwili zawahania, nie traktując tego w ogóle w kategorii poświęcenia, normalna rzecz dla przyjaciela. Kiedyś Przemek solidarnie odmówił premii, bo uważał, że albo dostają oboje, albo żadne z nich. Byli jak żołnierze, walczyli razem a jak trzeba by było to razem by zginęli. Ramię w ramię. Inni powiedzą, że to głupie, nieżyciowe. W mojej głowie głosik Igi szybko znajduje na to ripostę: „tak myśli, tylko ten, kto nigdy nie miał za kogo walczyć i ginąć”.

Jak to w ogóle można porównać do mojej więzi z Bartmanem. Śmieszna, nieudolna kalka. Zero zrozumienia, rozpychałem się ze swoimi sukcesami obok niego, nie zważając w ogóle na to, że rzeczywiście, kiedyś robiliśmy wspólne plany: razem zagramy w reprezentacji, razem będziemy sięgać po trofea, razem na sam szczyt.

Gdyby w jakimś równoległym wymiarze Przemek dostał powołanie a Iga nie, to owszem stawiłby się na zgrupowanie. Zostałby przywieziony w bagażniku, związany i odstawiony przez nią siłą z dyspozycją, że ma być zamknięty w izolatce i wypuszczany na treningi pod nadzorem, najlepiej w kajdankach. W innym przypadku pewnie by uciekł. A przenosząc to na ich grunt zawodowy, jeżeli nie mogliby być dalej teamem, bo ktoś by im na to nie pozwolił, to poszliby sobie gdzieś indziej, gdzie nikt by im nie przeszkadzał. Razem.

Mi wydawało się naturalne, że mój najlepszy kumpel będzie się cieszył, że choć jeden z nas dostaje życiową szansę. Wcale nie myślałem o tym, jak on może to widzieć. Choćby jako zdradę. Trudno się dziwić, że w końcu tłumiona przez Zbyszka frustracja i żal znalazły ujście. Skończyło się bijatyką, musiałem opuścić zgrupowanie i kadrę. Ciekawe czy dało mu to satysfakcję.

Wycieram spocony kark i przedramiona. Z siłowni wychodzę z podjętą decyzją, w końcu rozmówię się z Bartmanem.

 10.

„Nie będę machał do parówki”. Uśmiecham się do kamery odczytując to zdanie, które właśnie wyskoczyło w okienku komunikatora. Michałowi zepsuł się mikrofon, dziś ja mówię a on może tylko odpisywać. Minął raptem miesiąc odkąd wyjechał, a kiedy pomyślę, że to dopiero początek ogarnia mnie przerażenie. Bardzo mi go brakuje i te krótkie chwile, kiedy mogę go zobaczyć pomagają tylko tymczasowo. Ale daję radę i staram się nie okazywać jak mi bez niego źle.

-Ej, ale on też tęskni za tobą, patrz, jaką ma smutną mordkę – podsuwam wyrywającego mi się z rąk psa bliżej monitora.

„Ma taki debilny wyraz pyska po prostu, pewnie znów zeżarł mi któreś buty”- odczytuję po chwili.

-Nieee – śmieję się i wypuszczam Migała, który z miejsca biegnie za swoimi sprawami w inny kąt mieszkania. Chyba jednak nie tęskni. – Ale mało brakło a przeżułby opętanego kota, w ostatniej chwili zdążyłam z ratunkiem.

„Mam pomysł, kupię nam psa.”

-Mamy już psa – udaję, że się nabieram, wiem, co zaraz napisze.

„Nie, mamy parówkę od Kadziewicza. Jak kupię psa, to on ją zeżre i będzie święty spokój.”

Śmieje się zadowolony widząc moją nieprawdziwie gniewną minę. Przyglądam mu się zachłannie, szkoda, że nie mogę go usłyszeć. Najchętniej powiedziałabym „wracaj do mnie”, z całych sił się przed tym powstrzymuję. Nie tego teraz potrzebuje. Pod pozorną beztroską źle skrywa przygnębienie, mnie nie oszuka. Maski to przecież moja specjalność.

-No to opowiadaj w końcu, jak ci tam jest? Że zmęczony to widzę – zagajam, mając nadzieje, że może jednak dowiem się, co go trapi.

„Rutyna, treningi i jeszcze trochę treningów. Dają w kość.” – zbył mnie, tak jak przypuszczałam. Patrzę na niego z troską, próbuję dać do zrozumienia, że nie kupuję tej opowiastki.

„Ładnie wyglądasz, lubię cię w opasce na włosach, moja dziewczynka” – myśli, że jest cwany i w ten sposób się wykpi od trudnych pytań. Z drugiej strony, skoro tak bardzo się stara o czymś mi nie powiedzieć, to chyba nie powinnam nalegać. Nim zdecydowałam się, jak zareagować w jego pokoju zapaliło się światło, ktoś wszedł. Po chwili na ekranie pojawiła się obca twarz, z trudem rozpoznałam Bartmana wypełniającego sobą całą przestrzeń monitora. Machał do mnie, ewidentnie zostałam przedstawiona, nie wypadało nie odmachać.

-Też mówię Dzień Dobry, tylko mam nadzieję, że mniej przypominam mupeta niż on – wiedziałam, że słychać mnie tylko w kubiakowych słuchawkach. Zbigniew zniknął z wizji i znów zobaczyłam Michała, uśmiechał się do mnie przepraszająco i dawał na migi do zrozumienia, że na chwilę musi się ewakuować. Kiwnęłam głową, nie ma problemu.

Obraz zachwiał się, teraz wszystko, co widziałam to porozrzucane poduszki na hotelowym łóżku. Laptop jeszcze chwilę się trząsł, pewnie Misiek gramolił się z wyrka. Nagle rozległ się trzask i niespodziewanie pojawiła się też fonia. Zmarszczyłam czoło, czyżby mikrofon był w porządku? Nie chciał żebym go słyszała? Dlaczego? Bo po głosie jeszcze szybciej zorientowałabym się, że coś jest nie tak? Nie miałam za wiele czasu, żeby to roztrząsać, bo właśnie zostałam niespodziewanym świadkiem toczącej się w pokoju wymiany zdań.

-Słuchaj stary, nie wiem, o czym mówisz. Ja już nawet nie pamiętam, o co nam wtedy poszło – to chyba głos Bartmana.

-Nie rżnij głupa, sterujesz tym całym samosądem, nie bez przyczyny żaden z was nawet ze mną gadać nie chce – Michał, naprawdę zły.

-Nie przeceniasz mnie aby? Może po prostu nie mają o czym z tobą rozmawiać? – jawna kpina w głosie Zbyszka

-To może jakbyś dał mi teraz w mordę, to by znów mieli? A my byśmy rzeczywiście zapomnieli o tamtej sprawie w końcu? – źle Michał, nie wolno dawać się prowokować. Za dużo melodramatu.

-Bredzisz Kubiak, ja do ciebie nic nie mam. Co było to było. A jeżeli uważasz, że reszta ma z tobą problem to może porozmawiaj z nimi a nie ze mną. Trzymaj się – trzaśnięcie drzwiami.

Natychmiast wyłączyłam skajp. Nie może się dowiedzieć, że to słyszałam, jeżeli będzie chciał sam mi opowie.

Nie chciał. Wysłał sms, że ma jakiś wieczorny zabieg u masażystów i odezwie się następnego dnia. Do późna w nocy siedziałam na podłodze przed ciemnym już ekranem laptopa, trzymając na kolanach śpiącego Migusia i zastanawiałam się nad tym, czego przypadkowo się dowiedziałam. Rozumiałam, dlaczego nie chce mi się zwierzyć, dlaczego kłamie – też uważał, że nie jestem tak silna, tak twarda, jak jeszcze jakiś czas temu mi się zdawało.

„…chciałbym się jeszcze powłóczyć z tobą, póki żyjemy i mam cię obok…” Po omacku szukałam telefonu, który właśnie wygrywał mój nowy dzwonek. Teoretycznie powinien być pod poduszką, praktycznie ciężko mi go było zlokalizować, bo wsunął się głęboko pod prześcieradło.

-Halo? – sukces, mogłam odebrać i wymamrotać powitanie do aparatu.

-Hej, musiałem cię usłyszeć – szept Michała wybudził mnie natychmiast.

-Co się dzieje Kubiaku? – usiadłam na łóżku.

-Nic, tęsknię za tobą. Musiałem usłyszeć twój głos – powtórzył.

-Też tęsknię, ale przecież dajemy radę, tak?

-Nie wiem.

-Włącz wideo, chcę cię zobaczyć – postanowiłam. Po chwili leżałam na boku wpatrując się w ułożoną w tej samej pozycji twarz Michała. Ledwie widoczną w słabym świetle hotelowej lampki.

-A chcesz jeszcze tam być? Zależy ci? – odniosłam się do jego ostatniego stwierdzenia.

-Tak, myślę, że tak – zmarszczył brwi. Uwielbiałam tą minę.

-No to dajemy radę – pogłaskałam palcem część ekranu udającą jego policzek – i ty i ja. W końcu jesteś Michałem Kubiakiem. Wielu zalet nie masz, ale na pewno determinacji ci nie brakuje. Jak czegoś chcesz, to zazwyczaj to osiągasz.

-Jak to jest, że nawet jak starasz się powiedzieć coś miłego to musisz wsadzić szpilę? – również pogładził wyświetlacz.

-Inaczej mogłoby mi coś w mózgu pęknąć. Musi być równowaga – uśmiechnęłam się do niego.

-Powinnaś tu być. Byłoby łatwiej – nie podobała mi się ta rezygnacja w jego głosie.

-Michał, wiem, że coś się tam niedobrego dzieje. Nie chcesz nie mów. Ale nie po to dawałeś z siebie wszystko w ostatnich sezonach, żeby teraz pozwolić sobie to odebrać. Zapracowałeś na to miejsce jak każdy, kto tam trafił. Nie możesz mieć co do tego żadnych wątpliwości.

Kiwnął głową. Przez chwilę milczeliśmy patrząc tylko w swoje miniatury w okienkach telefonów.

-Za dwa tygodnie są dni odwiedzin, pamiętasz? Przyjeżdżają rodziny. Dasz radę? – nie pytał o pracę, pytał czy będę w stanie wyjść z domu.

-Łukasz ze mną jedzie, już się umówiliśmy – zauważalnie się odprężył, uśmiech na krótko rozjaśnił mu twarz.

-Uśnij ze mną, co? – poprosił cicho. Spojrzałam w niebieskie oczy. Jak ci pomóc Michał?

-Dobrze Kubiaku – przymknęłam powieki, czułam, że nadal na mnie patrzy, czuwa tą chwilę dłużej, zanim sam postara się zasnąć.

11.

-Trzymaj tą sukę ode mnie z daleka – Zbyszek wypadł właśnie z sali gimnastycznej, wahadłowe drzwi za nim nadal się poruszały. Zderzył się ze mną przed wejściem, czerwony na twarzy, wściekły jak chyba nigdy dotąd.

Nie zdążyłem nawet odpowiedzieć, bo odepchnął mnie z całej siły i szybko zniknął w głębi korytarza. Tknięty złym przeczuciem wbiegłem do hali. Na mój widok zgromadzona tam drużyna od razu zaczęła się rozchodzić. Część do szatni, część mijając mnie wychodziła do tego samego przejścia, w którym rozpłynął się przed chwilą Bartman. Przyglądali mi się dziwnie. Jeszcze dziwniejsze było klepnięcie w ramię, które niespodziewanie poczułem, chyba pierwszy był Kurek, potem kolejne i jeszcze następne. Praktycznie każdy z opuszczających parkiet po przyjacielsku obijał mi bark. Nawet Szczeniaki. Wszystko działo się błyskawicznie, w kilka sekund zostałem sam z bladym jak ściana Kadziewiczem. A gdzie jest Iga?

-Co się stało? – podszedłem do niego teraz już naprawdę zdenerwowany – cholera jasna, co tu się stało?

-Zbyszek prawie ją uderzył – Kadziewicz był autentycznie roztrzęsiony – gdybym nie zareagował, to by ją pobił.

Odwróciłem się natychmiast w kierunku wyjścia, byłem tak rozwścieczony, że ledwo widziałem drzwi, przez które miałem zamiar wybiec. Zabiję go. Tym razem go zabiję.

-Stój, nie rób głupstw – silny chwyt osadził mnie w miejscu.

-Puść mnie, bo wpierdolę i tobie – nawet nie spojrzałem na Łukasza, próbowałem się tylko wyrwać.

-To zrób to. Inaczej stąd nie wyjdziesz – przytrzymał mnie jeszcze mocniej – pomyśl chwilę, komu zaszkodzisz jak wylecisz z reprezentacji? Bo na pewno nie Bartmanowi.

Wdech, wydech, powoli zacząłem się uspokajać. Miał rację, nie dam skurwielowi satysfakcji. Gdyby ktoś teraz wszedł do sali zobaczyłby dwóch facetów w przedziwnym uścisku. Jeden wychylony mocno do przodu, z zamkniętymi oczami, sapiący jak parowóz, i drugi wyższy zaciskający ramiona na klatce piersiowej stojącego przed nim. Ciekawe jakbyśmy to wytłumaczyli. Zacząłem się śmiać, wbrew sobie, wyobraźnia podsuwała dziwną interpretację, tego jak to musiałoby wyglądać dla kogoś przypadkowego.

-Weź mnie kurwa zostaw już. Nie jesteś w moim typie – rzuciłem przez ramię – lepiej powiedz, co się wydarzyło, w szczegółach.

-Iga się po nim przejechała – Łukasz opuścił ręce i odsunął się ode mnie. Chociaż nadal czujnie mi się przyglądał, gotowy interweniować, gdybym tylko symulował spokój – takiej jej jeszcze nie widziałem.

Kadziewicz oprowadzał mnie po ośrodku, czuł się tu jak u siebie w domu, i poniekąd tak było. W końcu sam spędził tu sporo czasu, jako dość niesforny zawodnik. Michał miał jeszcze jakieś zajęcia, czekanie na niego postanowiliśmy urozmaicić sobie zwiedzaniem kompleksu. Za dużo jednak nie udało mi się zobaczyć, bo co chwila ktoś podchodził i witał się wylewnie z Kadziem. Mnie nikt nie zauważał, było mi to bardzo na rękę, nie byłam też przedstawiana, tak się umówiliśmy z Łukaszem.

W pewnym momencie trafiliśmy na dużą salę gimnastyczną. Zawodnicy kończyli chyba trening, bo widać było już rozchodzące się grupki. Próbowałam bezskutecznie odnaleźć w tłumie Kubiaka, ale widocznie to nie była jego tura, a może wyszedł wcześniej, szukać nas?

- A ty jesteś Iga – usłyszałam nagle pewny siebie głos, przede mną stał Zbyszek Bartman.

-Jestem, miło poznać – żołnierski uścisk dłoni – szukamy Michała, nie wiesz gdzie jest?

-Nie wiem – uciął krótko i właściwie na tym samym wydechu kontynuował – Na monitorze wydawałaś się ładniejsza, już myślałem, że mu się gust wyrobił.

Uniosłam zdziwiona brwi, o proszę, tak się będziemy bawić. Zapraszam zatem do tańca.

-Na pewno mu się wyrobił, w końcu z tobą już się nie zadaje. Nawet można powiedzieć, że wyszedł z całkowitego bezguścia. A co do przekazów wideo, to ja się nie czuję rozczarowana. Był kartofel jest burak. Niewielka różnica – uśmiechnęłam się promiennie. Kątem oka zauważyłam, że mam publiczność, już nawet dało się słyszeć pierwsze ciche parsknięcia.

-Pochlebiasz sobie złotko. Na twoim miejscu zacząłbym staranniej szukać Kubiaka, dziś przyjechały na zgrupowanie florecistki, tam są naprawdę ładne dziewczyny – uśmiechnął się złośliwie. Domyślałam, że próbuje w ten sposób dopiec Michałowi, sprowokować go. Może uda się doprowadzić mnie do płaczu a jego do spektakularnego wybuchu? No cóż, mam na imię Iga, poznajmy się panie Bartman.

-Normalnie czuję się jakbym rozmawiała z jego byłą, porzuconą i zazdrosną – nie podniosłam głosu, nadal się uśmiechałam, najmilej jak potrafiłam – W nocy często myślisz o jego jędrnych pośladkach? Może ci o nich opowiedzieć?

Rechot w gęstniejącym wokół nas zgromadzeniu. Wydawało mi się, że Kadziewicz też się zbliżył, był za moimi plecami. Założyłam ręce do tyłu, pokazałam najpierw uniesiony w górę kciuk a następnie gest otwartej dłoni nakazujący odsunięcie się, zostawienie mnie w spokoju. Miałam nadzieję, że to właściwie odczyta: panuję nad sytuacją. Łukasz się dotąd nie odezwał, więc chyba ta dziwna komunikacja  odniosła pożądany skutek.

-Rzeczywiście, jak Zibi mówi o Kubiaku, to często pada słowo dupa. Myśmy myśleli, że obraźliwie – któryś z zawodników pięknie włączył się do zabawy – a tu taka niespodzianka.

Bartman odwrócił się do kolegów, rozbawieni patrzyli na niego, autor złośliwej uwagi pozostał anonimowy. Zbyszek robił się czerwony na twarzy. Ja mogłabym iść z każdym o zakład, że ciśnienie nie skoczyło mi ani o odrobinę.

-Słuchaj, mała brzydulo. Widzę, że Kubiak ci nie dogadza i jesteś niewyżyta. Zrobiłbym ci przysługę i pomógł, ale jesteś poniżej moich standardów – z satysfakcją usłyszałam rozdrażnienie w jego głosie. Dlaczego w przypadku takich typków wystarczy tylko niewinnie zakwestionować ich seksualność, a reakcje są aż do bólu przewidywalne?

-A oni wszyscy w to wierzą? – wskazałam ręką na otaczających nas siatkarzy w duchu powtarzając „łyknij to, weź przynętę”.

-W co? – wziął, Bartman na haczyku.

-Że jesteś taki świetny, skoro musisz o tym opowiadać, to przecież oczywiste, że nie jesteś – spokojnie spojrzałam mu w oczy – a może jeszcze cię słuchają? To chyba z litości, wiesz, nad ułomną sztuką w stadzie.

-Żałosne – nic więcej nie przyszło mu do głowy. Patrzył na mnie nienawistnie. Pewnie chciałby się wycofać, tylko teraz będzie mu bardzo ciężko wyjść stąd bez uszczerbku dla własnego ego. Pora wyciągnąć rybkę z wody, sama się zaserwowała na kolację.

-A nie wydaje ci się, że jak ktoś musi się starać być samcem alfa zamiast nim być, to to jest właśnie żałosne? To tak jakbyś starał się być mężczyzną w ogóle. Zamiast nim być. Chyba doskonale wiesz, o czym mówię – wśród przypatrujących się tej scence ponownie dało się słyszeć parsknięcia, stłumiony i nawet jawny śmiech. Bartman całkowicie poczerwieniał na twarzy, szczęka drgała mu niekontrolowanie, tracił nad sobą panowanie. Uśmiechnęłam się do niego ponownie, tak szczerze jak tylko potrafiłam udać. Spokój i lodowata obojętność kontra jego gniew.

A teraz mnie uderzy – pomyślałam – pogrąży się całkowicie. Zbliżył się do mnie, jak gdyby odczytał telepatycznie moje życzenie. Ledwie mógł mówić, tak był wściekły.

-Wydaje ci się, że tak bezkarnie mnie wyśmiejesz? – wycedził przez zaciśnięte zęby.

-Będziesz mnie karał? W ten sposób budujesz swoją pozycję? Pozostałych tutaj też tak będziesz wychowywał? Nie zauważyłeś, że już wyszliśmy z jaskini? No chyba, że mam tu przed sobą słynne brakujące ogniwo, ta kanciasta żuchwa, to może być to – nadal zero emocji w moim głosie, łagodny uśmiech, nieprzerwany kontakt wzrokowy. Nic ponadto. Uderz mnie.

Uniósł dłoń, naprawdę chce to zrobić. Kadziewicz nie wytrzymał napięcia, złapał go za tą podniesioną rękę i gwałtownie wykręcił do tyłu. Popatrzyłam na niego ze złością, pierwsza mocniejsza reakcja odkąd zaczęło się to przedstawienie. Naprawdę nie zrozumiał, że gdybym teraz oberwała Zbigniew Bartman nie liczyłby się już nigdy?

-Piotrek, zabierz ją stąd – Łukasz warknął do któregoś z zawodników, nadal przytrzymując mordującego mnie spojrzeniem Zibiego. Mój show się skończył bez wielkiego finału. Ale i tak był to najlepszy występ mojego życia.

Usiadłam na ławeczce ustawionej przy wyłożonej jasnym żwirkiem alejce. Odetchnęłam, zaśmiałam się cicho sama do siebie. Pomyślałam o mojej bliźnie po uderzeniu nożem i zrozumiałam, że źle ją dotychczas interpretowałam. Jako świadectwo słabości. A jest wprost przeciwnie, od dziś będę ją nosić z dumą. To znamię to namacalny dowód na to, że aby mnie złamać trzeba naprawdę się wysilić. Potyczka z Bartmanem mi to uświadomiła. Żeby mnie pokonać i to też tylko pozornie musiałby mnie uderzyć. A wtedy bardziej zaszkodziłby i tak sobie niż mi. W zupełnie niespodziewany sposób poczułam się wolna. W ciągu ostatnich miesięcy poznałam jak smakują ból i poniżenie, a teraz dostrzegłam jaką siłą dzięki nim dysponuję. Mentalnie się wzmocniłam. Nie bałam się tego uderzenia, to tak naprawdę nie byłoby nic takiego. Jak poświęcenie pionka żeby zaszachować przeciwnika, tym łatwiejsza decyzja, jeżeli wiesz, że wygrywasz dla ukochanej osoby.

 -Nieźle to załatwiłaś – zaskoczona zauważyłam, że chłopak, któremu powierzył mnie Kadziewicz nadal mi towarzyszy, usiadł obok. Przyjrzałam mu się. Piotrek Nowakowski, no oczywiście. Nagle dotarło do mnie, że to jego głos rzucił wspierającą uwagę z tłumu gapiów.

-Dzięki za pomoc, ładnie się wpasowałeś – odpowiedziałam.

-Była już najwyższa pora. Rzygać mi się tym chce. Młodzi – starzy, Bartman – Kubiak. Nikt już chyba nie pamięta, po co tu jesteśmy i na czym tak naprawdę powinno nam zależeć – bawił się zerwanym źdźbłem trawy obracając je w palcach.

-Wiem, że chciałaś pomóc jednej osobie, a nie drużynie – kontynuował – ale mam nadzieję, że osłabienie pozycji Zbyszka pomoże nam wszystkim.

-Aż tak było to oczywiste? – zmartwił mnie trochę, wolałabym, żeby nikt na to nie wpadł.

-Dla mnie tak, pewnie parę innych osób też się zorientuje. Szczególnie, że teraz status Michała powinien się zmienić. Postaram się o to, razem z Kurkiem – podniósł się z ławki – Nie wiem kim jesteś i w sumie mnie to nie obchodzi, ale dobrze, że tu dziś przyjechałaś. Do zobaczenia.

Odszedł szybkim krokiem, odprowadziłam go spojrzeniem. Nieczęsto spotyka się ludzi, którzy tak od razu budzą szacunek. Po drodze Piotrek minął się z Kadziewiczem, podali sobie ręce, wymienili kilka zdań. Po chwili Łukasz stanął przede mną.

-Mała cholera – zaśmiał się, ale patrzył na mnie z nieskrywaną sympatią – przypomnij mi żebym cię nigdy nie denerwował. Po co Kubiakowi rottweiler, jak ma ciebie? – też dał mi do zrozumienia, że doskonale wie, co zrobiłam i dlaczego. Jednak nie jestem aż tak sprytna jak mi się wydaje.

-Gdzie Michał? – spytałam, uśmiechając się do Łukasza i przeciągając w wiosennym słońcu.

-Zaraz przyjdzie, musiał coś jeszcze załatwić.

12.

- Wypierdalaj Kubiak, nie mam ochoty z tobą gadać.

Gdy bez pukania wszedłem do pokoju Zbyszka, ten od razu poderwał się na nogi. Chyba zakładał, że teraz pora na awanturę ze mną. Niepotrzebnie. Krótka relacja Kadziewicza upewniła mnie, że Iga ma się więcej niż dobrze i to nie ona ucierpiała podczas ich spotkania. Zołza, powinienem kupić jej plakietkę „uwaga, gryzie”, może obeszłoby się bez kolejnych przykrych wypadków. Uśmiechnąłem się do siebie, uwielbiam tą wariatkę, twarda i krucha równocześnie. Moja Iga.

Rozsiadłem się wygodnie w fotelu przy drzwiach nie zwracając uwagi na wciąż stojącego w pełnej gotowości bojowej Bartmana. Wyprostowałem nogi i spojrzałem przez okno. Miał ładny widok na las, ładniejszy niż z mojego pokoju.

-Pamiętasz jak kiedyś, jeszcze w Jastrzębiu, tak nas wkurwił sędzia, że na serio chcieliśmy się na niego zaczaić i mu wklepać? – spytałem od niechcenia – z kim myśmy wtedy grali?

-Było coś takiego – usiadł na łóżku, ale dalej przyglądał mi się podejrzliwie – mieliśmy słuszne powody, zabrał nam chyba ze cztery punkty w jednym secie. Ślepy albo głupi. Ale nie pamiętam z kim był ten mecz, tylko, że rzeczywiście wkurw był straszny.

Zamilkliśmy, zastanawiałem się jak nawiązać do tego, z czym tu właściwie przyszedłem. Jak przyznać, że kiedyś zawiodłem i nie da się już tego naprawić, nawet gdybym miał taki zamiar. A dziś jesteśmy już w innym miejscu, i my sami też jesteśmy inni, nie ma po co rozbabrywać przeszłości.

-Skąd ty ją wytrzasnąłeś – Zbyszek odezwał się wybawiając mnie z kłopotu wznowienia rozmowy – powinna robić jakieś szkolenia z wyprowadzania z równowagi, zagotowała mnie w sekundę dosłownie.

-Miałem szczęście, kupiliśmy bilety na ten sam lot – uśmiechnąłem się do wspomnień – dwa razy.

-W ogóle jesteś szczęśliwym skurczybykiem, odkąd cię znam zawsze miałeś fart – powiedział kręcąc z niedowierzaniem głową.

-Stary, też mi się oberwało nie raz i nie dwa. Te kilka lat w Turcji a potem we Włoszech to była porażka przecież. Dopiero od niedawna coś się układa. Znów kadra – spojrzałem na Bartmana, skrzywił się, ale nie skomentował.

-Zbychu, za długo się znamy, żebym tutaj odpierdalał jakiś serial – przeszedłem do meritum – nie będę cię przepraszał ani wracał do czegoś, czego i tak nie zmienimy. Dziś wiem, że chyba nie do końca byłem w porządku, masz prawo uważać mnie za ostatniego gnoja i tyle – widząc, że nie ma zamiaru się odezwać podniosłem się powoli.

-Nie udało nam się z Londynem, ale kurde, kolejna szansa na medal z Igrzysk. Tak jak zawsze sobie obiecywaliśmy – rzuciłem kierując się do wyjścia.

-Powinniśmy też pokazać tym szczylom, jak się gra – Zbyszek wstał a ja zatrzymałem się jeszcze na chwilę – bo chyba nie myślą na poważnie, że pojadą tam zamiast nas.

- No ba – mocno uścisnąłem wyciągnięta do mnie rękę. Nic więcej nie było potrzebne. Jak na facetów to i tak dużo słów padło między nami tego popołudnia.

-Powiedz jej – dodał zanim wyszedłem z pokoju. Skinąłem głową. Nie musiał kończyć, wiedziałem, że mu głupio, w końcu znałem go od lat. Przyjaźniliśmy się kiedyś.

13.

Stoję w kwadracie z resztą rezerwowych. Cały czas się ruszam, muszę być gotowy i rozgrzany, zgodnie z rozpiską wychodzę na drugi set. Spodek wypełniony do ostatniego miejsca, biało-czerwone flagi, zbiorowy śpiew. Brakowało mi tego, wracają wspomnienia z wydawałoby się dawnych, a przecież wcale nie tak odległych czasów. Tylko, że wtedy wchodziłem na boisko i byłem przekonany, że świat mam u stóp, gotowy do zdeptania. I chyba tak trochę było. Teraz mam tylko jedną szansę w meczu towarzyskim ze Stanami, żeby udowodnić, że zasługuję na to, by tu w ogóle być. Świat już dawno wykonał salto, teraz przede mną stromy szczyt do zdobycia, rodeo zamiast pokazu ujeżdżania.

Zmiana za Michała Filipa, kolejny młodszy ode mnie, niesamowicie zdeterminowany i zdolny. Pewniak do Tokio. Do pierwszej przerwy technicznej niczym nie zachwycam, wystawę do ataku mam dwa razy i albo w blok albo out. Przyjęcie beznadziejne. Nawet złości we mnie nie ma, to chyba najgorsze. Już nie żałuję, że Iga nie przyjechała, lepiej, że tego nie widzi na żywo. Wolała zostać w domu, nadal unika ludzi i tłumów. Nie wiem czy jej to jeszcze kiedyś minie, ale najważniejsze, że się uśmiecha, biega z tą rozszczekaną parówką po parku i według mnie poświęca pracy za dużo czasu. W oczach wraca do pełnej formy.

Tylko ja jakoś nie mogę wrócić. Kurwa mać Kubiak, nie wystawiaj się na pośmiewisko, graj coś w końcu. Zrezygnowany podchodzę w przerwie do krzesełek, sięgam po ręcznik i napój.

Michał – Kubiak – Michał – zaskoczony podnoszę głowę, okrzyki dobiegają z rzędów tuż za mną. Mam jeszcze jakiś fanclub? Zamieram a po chwili nie mogę już powstrzymać uśmiechu. Wiem, że wyglądam jak kretyn szczerząc się tak w momencie, kiedy nie mam do tego żadnych sportowych powodów, ale jak można się nie cieszyć na taki widok. Na pierwszym planie moja córa w za dużej o milion numerów koszulce z wielką trzynastką i napisem „Mały Kubiak”. Widać ją doskonale, bo siedzi na karku dwumetrowego Kadziewicza i macha do mnie z całych sił. Łukasz ma podobną koszulkę, tylko numer jest mniejszy, żeby dobrze było widać napis: „Jak dorosnę chcę być Kubiakiem”. Obok niego stoi dalsza grupa przebierańców: Monika z obowiązkową 13 na piersi; kumple z drużyny, wszyscy w koszulkach „KUBrum Lubin”. Śmieję się już w głos, pozostali zawodnicy z ławki i kwadratu też przyglądają się temu przedstawieniu.

- Jaki gracz tacy kibice – słyszę głos Zbyszka, klepie mnie po ramieniu – i nie traktuj tego jako pozytyw, bo to nie jest zbyt normalna grupa – wiem, że to zwykły koleżeński przycinek, puszczam go mimo uszu. Nasze relacje z Bartmanem zdecydowanie się poprawiły, nie wiem czy możemy znów zostać przyjaciółmi, ale dziś jesteśmy kolegami z drużyny i nie ma tu miejsca na starą złość czy zadawnione żale.

 - A to widziałeś? – Nowakowski pokazuje palcem niższy rząd.

Jeżeli kiedyś byłem podobnie szczęśliwy to chyba, gdy podnosiliśmy puchar na mistrzostwach. Bo tuż pod grupką z Kadziewiczem stoją Przemek, Kaśka i Moja Iga. Rozpromieniona, zadowolona z siebie i tej niespodzianki. Cała trójka oczywiście w „trzynastych” koszulkach. Znane hasła troszkę tylko zmodyfikowane na potrzeby chwili. „Never keep calm and be like Kubiak” czytam u Kaśki, Przemek bije ją na głowę ze swoją: „Kubiak, jestem z tobą w ciąży (nie było innych koszulek a chciałem mieć z Kubiakiem)”. Uśmiech zamiera mi na ustach, kiedy mój wzrok pada na t-shirt Igi. Naciąga materiał, żebym dobrze widział. Nadruk nie jest długi, u góry widnieje: „Priorytety” poniżej dwa punkty: „1(3). Kubiak” i po kilku akapitach odstępu „2. Cała reszta”.

Brzęczyk kończy przerwę, wracam na boisko. Spróbujcie zatrzymać mnie teraz. Świat ponownie wykonał woltę.

==============================================================

Na co masz ochotę?

MIgał3: teraz może być tylko lepiej, prawda?

Elektroliza: coś o Bartku

Poszukam sobie czegoś innego

Teleportuj mnie

13 odpowiedzi na „MIgał2

  1. ~E. pisze:

    Dziewczyno, twój sposób pisania… Naprawdę pozazdrościć ;) Ostatnio jakoś znalazłam Twojego bloga i to opowiadanie, ale uwierz czytam je jednym tchem. Z wypiekami na twarzy. Cudowne. Mało powiedziane. Jedno z najlepszych, jak nie najlepsze. Naprawdę opisane realnie, życiowo, nawet trochę nieprzesłodzone, natchnione talentem, który rzadko się spotyka. Gratulacje ;)

    Jeśli chciałabyś kiedyś przeczytać coś mojego, byłby to naprawdę wielki zaszczyt:

    mimo-wszystko-ide.blog.onet.pl
    odchodze-kochanie.blogspot.com
    Zapraszam ;) pisz dalej, bo robisz to genialnie :)

    • otfilulu pisze:

      Bardzo, bardzo dziękuję. To takie budujące, kiedy MIgała znajduje ktoś przypadkowo i zostaje na dłużej, bo mu się spodoba. Cieszę się, że to opowiadanie nadal wciąga, to ogromna pochwała i radość.
      Z pewnością spotkamy się u Ciebie, bo (jak da się zauważyć ;) ) mam pewien sentyment do Kubiaka i lubię o nim czytać. Dziękuję za zaproszenie :)

  2. ~ani pisze:

    to jest suuuuuuuper!!!
    jadę dalej, je się jak najlepszy deser! :)

  3. ~Sprincia pisze:

    Wow Wow Wow
    No nie spodziewałam się że Kubi sie ze Zbyszkiem tak zybko dogada.. Z niecierpliwością czytam część 3 i czekam na rozwój części 4 :)))
    I zapraszam do siebie na czyjestnahalilekarz.blogspot.com

  4. ~KAsia pisze:

    Dzisiaj dopiero znalazłam twojego bloga i od razu wszystko przeczytałam:)
    Powiem jedno… jesteś GENIALNA !!!!
    Takiego opowiadania właśnie szukałam a nie jakiś przesłodzonych pierdół :D
    Jest mega i mam nadzieję, że kolejne rozdziały już się piszą .
    Pozdrawiam :**

    • otfilulu pisze:

      Dziękuję, miło widzieć taką reakcję na moje wypociny:):):)
      Będzie i trójka, już za mną chodzi, ale to za jakąś chwilę.
      Pozdrawiam

  5. ~Nan pisze:

    Achh… Co tutaj napisać skoro wszystko tak ładnie się układa, Iga jest świetna, zazdroszczę jej tego ciętego języka. Teraz czekam na rozdział z małymi „kubiątkami” ;).

  6. ~eni pisze:

    Niech ZB gęś kopnie, albo lepiej stado gęsi :evil:

  7. ~eni pisze:

    Teraz robi się ciekawie od strony sportowej :)

  8. ~Nan pisze:

    Bardzo chciałabym napisać kreatywny komentarz, ale niestety nie mam do tego ręki. Napiszę tylko, że Twoja historia jet cudowna, prawdziwa i nieprzerysowana ani cukierkowa, uwielbiam wykreowanych przez Ciebie bohaterów. Mam nadzieję, że to jeszcze nie koniec, bo jest strasznie ciekawa jak to się dalej potoczy.

    • otfilulu pisze:

      Dziękuję Ci. Cieszę się, że nieprzerysowana, bardzo, bardzo dla mnie ważne. Taka opinia daje potężny zastrzyk pewności, że pomysł nie był zły.
      Dziękuję. I oczywiście nie koniec. Każde szanujące się opowiadanie o Kubiaku musi mieć przecież 13 rozdziałów ;)

  9. ~eni pisze:

    :( :( :( Fajnie, że są razem, ale to co się stało Idze… Nie wiem, czy to się da kiedykolwiek zapomnieć, oby. Współczuję wszystkim kobietom/dziewczynom, które coś takiego spotkało, nie umiem sobie wyobrazić co się wtedy czuje, ale wszystkich tych chorych sk***ieli powinno się wieszać albo odciąć co nieco (tak jestem chrześcijanką, ale w tym przypadku nie potrafię).

    • otfilulu pisze:

      Zapomnieć na pewno się nie da, ale czasami dzieją się złe rzeczy, czasami jeszcze gorsze. Ważne, żeby jakoś to przezwyciężyć, nauczyć się żyć mimo to. I dobrze jest mieć się na kim oprzeć.
      Dziękuję, że czytasz :)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>