MIgał

Rozdziały: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13

1.

Wracam. Mam bilet i nadany bagaż, siedzę w samolocie i widzę przez okienko jak ucieka płyta lotniska w Mediolanie. Wracam. Po trzech latach tułaczki, po nieudanych sezonach, transferach, z których nic nie wynikało poza rozczarowaniami, po wypadnięciu z kadry rok po zdobyciu mistrzostwa świata. Po rozwodzie, po pobiciu byłego przyjaciela, po karach finansowych nałożonych przez federację.

Wracam nie w glorii i chwale, ale ze spuszczonym łbem. Wściekły i bezsilny. I muszę udawać, że wszystko gra, że daję radę i że jestem przeszczęśliwy, bo mój nowy klub to Cuprum. A prawda jest taka, że nikt inny mnie już nie chciał. Jastrzębski, który zostawiłem wyjeżdżając do Turcji nawet nie podjął rozmów. Jedynie Kadziewicz powiedział mi „tak”, dał szansę. Po tym jak został trenerem tego samego zespołu, który przez poprzednie lata wydźwignął na swoich barkach do zwycięstw w lidze mistrzów, do Superpucharu Polski, zadzwonił do mnie i zaproponował kontrakt. Nie wiem jak przekonał klub, działaczy, ale jestem mu wdzięczny za zaufanie. Bo przecież nikt nie chce pracować z Kubiakiem, z tym Kubiakiem, który nie panuje nad emocjami, któremu agresja przeszkadza grać.

Samo myślenie o tym wszystkim budziło moją złość. To nie będzie udany lot.

2.

-Ten kurczak jest stary, smakuje jak dykta, i ja za to jeszcze płacę, skandal! – mój współpasażer znowu marudził półgłosem i równocześnie po raz kolejny jego bucior wylądował na mojej stopie.

-Może trzeba było zamówić żołędzie, podobno dobrze robią na uderzenia żółci oraz wyskakujące żyły – nie wytrzymuję i rzucam tą uwagę półgębkiem, nie odwracając wzroku od monitora.

-Co proszę?!

-Słyszał pan, poza tym mam prośbę, gdyby był pan łaskaw nie machać więcej odnóżami, bo mój prawy but kiedyś był biały a teraz już nie jest taki REPREZENTACYJNY – odwracam głowę i kończę zdanie z uśmiechem, ze smakiem wypowiadając ostatnie słowo i patrząc prosto w oczy Michała Kubiaka. Jego mina jest komiczna, lubię to uczucie, kiedy przekłuwam tak niespodziewanie czyjś balonik.

Gdy tylko się zorientowałam z kim mam przyjemność dzielić miejsca w samolocie miałam nadzieję na chociaż drobną wymianę zdań, w końcu to mistrz świata, podobno wraca do Polski w tym sezonie. To, że ostatnio nie słyszy się o nim już tyle i nie notuje takich sukcesów na obczyźnie jak pewnie wszyscy, jego samego w to włączając, by sobie życzyli, nie zmienia faktu, że to wybitny sportowiec.

Ale ochota na rozmowę z Michałem Kubiakiem przeszła mi w oka mgnieniu. Od razu okazało się, że mam do czynienia z marudnym, nadętym bubkiem. I jeszcze ten denerwujący zwyczaj mamrotania do siebie, a może to taka dziecinna forma zabiegania o uwagę otoczenia? Każda z opcji żałosna.
-Czemu jeszcze nie startujemy?
-Niewygodne te fotele.
-Nawet nie ma gdzie nóg wyprostować, więcej nie lecę tymi liniami, niemiecka jakość, akurat!
-Ten sok nie jest świeży.

I tak bez przerwy, od momentu gdy tylko samolot wzniósł się w powietrze. Bardzo szybko postanowiłam zająć się pracą, która mocno mnie pochłonęła, ale i tak, co lepsze występy byłego przyjmującego kadry narodowej do mnie docierały. Szczególnie tuż po tym jak wiercąc się niemiłosiernie przydeptywał moją prawą stopę. Nie przepraszając za to ani razu. Jak gdyby to było całkiem normalne, deptanie po obcych ludziach. Właściwie na tym świecie to jest normalne, więc choć nie akceptuję – rozumiem ironię losu.

Po pierwszej godzinie lotu spokój ducha mnie jednak opuścił i powiedziałam te kilka słów za dużo. Teraz starałam się trzymać fason patrząc na wściekłego pana Kubiaka. Ale z każdą sekundą czułam się mniej pewnie, gdy widziałam jak robi się coraz bardziej czerwony na twarzy. O cholera – pomyślałam – będzie scena, po co mi to było.
Na szczęście chwilowo z opresji wybawiło mnie pojawienie się stewardesy.

-Ware es moglich Pfefferminztee zu bekommen? – spytałam prędko, licząc na to, że mój sąsiad to nie poliglota – mein Nahbarn hier ist ein bisschen zu nervos. Flugangst – z bezradną miną wskazałam ruchem głowy Kubiaka.

Dziewczyna kiwnęła głową, uśmiechnęła się z wdziękiem do nadal czerwonego na twarzy sportowca i powiedziała gładząc go po dłoni:

-Keine Sorge, Herr Kubiak, Sie sind in guten Handen – i puściła mu oczko.

Zatkało mnie nie mniej niż Herr Kubiaka. Kiedy granatowy garniturek oddalał się, kręcąc zalotnie tyłeczkiem, bezwiednie popatrzyliśmy na siebie w niemym zaskoczeniu.

-Co pani jej powiedziała? – wydukał Kubiak.

-Że dziś ma pan płodne dni – wypaliłam nie myśląc wiele, bo nadal w głowie nie mieścił mi się absurd całej tej scenki.

Kubiak patrzył na mnie chwilę jak gdyby dopiero analizował sens moich słów a potem równocześnie zaczęliśmy się śmiać. W tym momencie wróciła stewardessa i postawiła przed mężczyzną kubek z herbatą, obdarzyła go powłóczystym spojrzeniem, nachyliła się i szepnęła, ale na tyle głośno, że i ja usłyszałam:

-Ich bin hier fur Sie, fordern Sie was Sie wollen.

Tak bardzo starałam się nie śmiać, gryzłam policzek i wbijałam paznokcie w kciuk. Kiedy tylko kobieta zniknęła za przepierzeniem aneksu kuchennego schyliłam się nad laptopem dusząc się ze śmiechu. Mój przymusowy towarzysz podróży ocierał właśnie łzy z oczu, też go męczyła niepohamowana wesołość.

-Ja tego nie piję, w tym jest na pewno tabletka gwałtu – zaczął, a ja kwiknęłam zatykając usta dłonią – może i mam płodne dni, ale to ja wybiorę z kim będę płodził.

-Musi się pan nauczyć „nie znaczy nie” po niemiecku – zdołałam wykrztusić – to będzie jakoś tak: „Raus! Hande hoch!”.

Teraz oboje wydaliśmy dziwne odgłosy próbując stłumić kolejny wybuch śmiechu. Chwilę zajęło zanim doszliśmy do siebie.

-To co, zgoda? – zapytał siatkarz wyciągając do mnie dłoń.

-Zgoda panie Kubiak i przepraszam, poniosło mnie – odparłam ściskają jego rękę.

-Nie, myślę, że miała pani rację, należało mi się i to ja przepraszam za tego buta – uśmiechnął się - A przy okazji jestem Michał. Wiem, że kobieta powinna pierwsza zaproponować, ale ja po prostu nie lubię, kiedy mówi się do mnie na pan.

-Iga, miło mi cię poznać, … panie Michale – dodałam po pauzie i mrugnęłam.

-No tak – uśmiechnął się – z tobą nigdy nie jest łatwo, co? – stwierdził przechodząc płynnie na ty.

-Nie zaprzeczę, tylko kto to mi zwraca uwagę? Kraina łagodności w wydaniu Michała Kubiaka – zaśmialiśmy się oboje.

3.

Wychodzę z sali odpraw lotniska w Tuluzie, powietrze jest tu ciężkie, jakby duszne. Tłum ludzi przeciskający się we wszystkich kierunkach potęguje to przytłaczające wrażenie. Kierując się do wyjścia zauważam nagle moją nową znajomą z samolotu. Właśnie wita się z jakimś drągalem. Jej facet? Nie, chyba nie, bo całują się po przyjacielsku w policzki a potem mężczyzna klepie ją po głowie jak małe dziecko. Śmieszne. Za chwilę pokazuje palcem na jej tenisówki. No tak, ten prawy nie jest biały, po tym jak zadeptałem go na śmierć. Iga się śmieje i pewnie mu opowiada, co zaszło. Dobrze czytam z ruchu warg, taki bonus wynikający z konieczności porozumiewania się na boisku i z łatwością rozszyfrowuję słowa, które padają z ust mężczyzny: „Kurwa mać, TEN Kubiak? O ja pierdolę!”. A jeszcze nie dotarłem nawet do kraju, czuję jak dobry nastrój jakimś cudem nabyty w trakcie lotu ulatnia się i powraca znajoma frustracja. Odwracam wzrok, wszystko co mi teraz potrzebne to manifestacyjna scena rozpoznania, szybko docieram do postoju taksówek.

Niecały tydzień później stoję w tym samym miejscu na tym samym lotnisku. Humor mam nieciekawy, teraz już naprawdę wracam. Już nie ma żadnych przystanków, właśnie skończyłem wizytę u brata, który pracuje tu, w Tuluzie z miejscowym klubem jako drugi trener. Właściwie nie miałem ochoty na te odwiedziny, ale jeszcze mniej chętnie myślałem o powrocie do Polski. No ale już nic nie odwlekę, za kilka dni zaczynam treningi z nową drużyną i w ogóle wszystko zaczynam od nowa. Jedyna rzecz, która sprawia, że jest mi łatwiej to fakt, że będę bliżej Poli. Staram się widywać córkę tak często jak to możliwe, a odległość na pewno temu nie sprzyjała.

Odnajduję swoje miejsce w samolocie, na drugim fotelu już ktoś siedzi. Kobieta odwraca głowę od okna i nagle zaczyna się śmiać.

-No nie wierzę, naprawdę? Znowu? – Iga przesuwa nogi i stopy jak najdalej od mojego miejsca przesadnie akcentując ten gest.

Uśmiecham się, zaskoczony jej widokiem i nie tylko. Dziwię się też sobie, bo ucieszyłem się, że ponownie ją spotykam. To nie tak, że myślałem o tej dziewczynie przez kilka ostatnich dni, ale jej widok spowodował, że się wewnętrznie rozjaśniłem, sprawił mi przyjemność. Mój uśmiech jest szczery a nie grzecznościowy.

-Dzień Dobry, mamy do siebie szczęście – siadam w fotelu – będę się starał tym razem, będę … jak to szło … delikatniej machał odnóżami, ale nie obiecam, że nie nadepnę, szczególnie jeśli znów padnę ofiarą napastowania.

-Oj tam, szczęście to chyba za mocne słowo, jakby nie z tej kategorii – mruga do mnie okiem – a jeżeli chodzi o stewardesy to szykuj się panie Michale, bo widziałam jedną męską wersję. Jeżeli między wami zaiskrzy to możesz zniszczyć mi oba buty, i tak będę w raju oglądając taki show.

-Ha, ha, jeszcze dobrze od ziemi nie odrosło a jakie złośliwe – marszczę brwi, ale wcale nie czuję się zły, bawi mnie jej sposób bycia, takie próby kłucia w każdym zdaniu, naprawdę się cieszę na te wspólne trzy godziny podróży.

-Ej, ale to chyba daje pozytywny impuls, jeśli wiesz, że liczą na ciebie, że potrafisz zmienić nastawienie innych pojawiając się na boisku i grają wtedy lepiej, albo hmm waleczniej? – rozmawiamy z Michałem coraz swobodniej, i już od dłuższej chwili bardziej poważnie niż żartobliwie.

Doceniam te momenty, kiedy z kimś się dobrze dogaduję, bo nie zdarzają się zbyt często. Przemek, od którego właśnie wracam, określa to jako „łapanie piłki na tym samym zasięgu”. Przemek to mój życiowy brat, najlepszy kumpel, człowiek, z którym przepracowałam kilka bardzo ciężkich lat i nigdy się na nim nie zawiodłam. Pewnie gdyby nie to, że ze względu na Maćka zmieniłam pracę, walczylibyśmy teraz ramię w ramię w Tuluzie, w nowej spółce Grupy Orkonia. No cóż, nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki, ani Maćka ani Orkonialandu nie ma już w moim życiu, ale Przemek został i to jest dobre.

-No nie zaprzeczysz, że to dodaje siły – dociskam Kubiaka, widzę, że intensywnie zastanawia się nad odpowiedzią.

-Nie zaprzeczę, dodaje siły, ale też potrafi cholernie zdemotywować, kiedy nie wyjdzie. A przecież nie zawsze wychodzi. Wiesz, wszyscy zawsze po mnie spodziewają się fajerwerków. Niekoniecznie technicznych, tylko, że właśnie, tak jak mówisz, wejdę, poderwę, wykrzyczę tam płuca i jeszcze wyprowadzę z równowagi przeciwnika. A coraz częściej się zdarza, że to mnie wyprowadzają na orbitę. I zamiast pomagać drużynie, ciągnę ją w dół.

-Wiem, że nie ma bezpośredniego odniesienia do moich doświadczeń, bo to zupełnie inna rzeczywistość, ale myślę sobie, że …
W tej chwili poczułam bardzo mocne szarpnięcie, światło w samolocie na chwilę zgasło, potem zamrugało, zapaliło się znów. Miałam wrażenie jakbyśmy lecieli trochę krzywo, jakbyśmy byli wychyleni w prawą stronę.

-Co jest, kurwa? – usłyszałam głos Michała.

-Proszę państwa – stewardesa stała na przodzie kabiny i mówiła do małego mikrofonu odczepionego od ścianki kuchennego przepierzenia – proszę zachować spokój, za chwilę będziemy podchodzić do lądowania w porcie lotniczym w Berlinie, mamy niewielkie problemy techniczne, proszę się nie denerwować, nic państwu nie grozi.

Oczywiście skutek był taki, że wszyscy się zdenerwowali, zewsząd zaczęły padać pytania, stwierdzenia, ekspertyzy, dał się słyszeć płacz jakiejś mniej odpornej kobiety. Samolotem znów szarpnęło, jakby podskoczył, żołądek podjechał mi do gardła. Szloch się wzmógł, dołączył inny, ktoś postanowił wykrzykiwać budujące hasła o rychłej śmierci. Stewardesy i jeden steward szybko ruszyli pomiędzy siedzeniami uspokajając kogo się dało.

Spojrzałam na Michała: blady, dłonie zaciśnięte na oparciu fotela.
-Hej nic się nie dzieje, jest ok, zaraz wylądujemy – nachyliłam się w jego stronę.

-Zaraz kurwa spadniemy, po co mi był ten popierdolony lot, mogłem już tydzień temu być na miejscu. Kurwa mać! – uderzył pięścią w wyświetlacz w fotelu przed nim. Szkło pękło, zauważyłam krew na jego palcach.

W pierwszej chwili chciałam się od niego odsunąć, nie panował na sobą. Ale to był atawistyczny odruch, a ja przecież działam zdroworozsądkowo.
-Uspokój się! – syknęłam łapiąc go w ostatnim momencie za krwawiącą dłoń, szykował się do kolejnego uderzenia – chcesz to walnij we mnie, będziesz mniej kontuzjowany.

Popatrzył na mnie jakby widział mnie pierwszy raz w życiu, a to przecież był już drugi raz.
-No tak ty smutny palancie, właśnie sobie rozharatałeś narzędzie pracy.

-Przepraszam, czy mogę prosić o jakiś opatrunek – zwróciłam się do przechodzącej stewardesy – kolega miał drobny wypadek – kiwnęła głową, nawet nie spojrzała na wyświetlacz. Była dziwnie blada, czyli jednak sprawa może być poważna. I jak tylko o tym pomyślałam światła zgasły na dobre, a harmider wokół przerodził się w ciągły hałas pełen krzyków i płaczów. Przez tumult dobiegł głos kapitana nakazujący spokój a przede wszystkim zapięcie pasów.

Poczułam, że obok Michał chyba kopnął w siedzenie, zdenerwowana sięgnęłam jedną ręką do plecaka. Chusteczki higieniczne i zapalniczka z latarką. Są.

-Michał – szarpnęłam go za rękę, którą cały czas trzymałam w mocnym uścisku, czułam, że palce mam lepkie od jego krwi – Michał, nic nie pomoże teraz twoje ciskanie się. Dawaj łapę, masz, trzymaj i świeć, będę opatrywać – podałam mu latarkę – a najpierw zapnij pasy.

Chyba wykonał wszystko, bo co prawda słyszałam z ciemności jego przekleństwa, ale po chwili nikłe światełko padło na nasze złączone dłonie. Zaczęłam powoli wycierać krew, zobaczyłam ranę na palcu, nie była duża, ale sterczało z niej szkło. Popatrzyłam w miejsce gdzie powinna być twarz Michała, musiał widzieć tyle samo co ja, błyszczące oczy i zarys głowy. Wokół cały czas było głośno, ale nie zwracałam na to uwagi. Teraz myślałam o tym, że trzymam za rękę furiata, który chyba boi się latać, a siedzi w niedysponowanym samolocie. Żebym mogła zginąć w katastrofie lotniczej, nie mogę dopuścić do tego, że ten gość wcześniej skręci mi kark.

-Posłuchaj, jest chujowo, ale my zajmujemy się teraz twoją ręką i tylko nią. Ja będę wyciągać szkło, ty będziesz świecił. Nie będziesz klął, ani myślał o tym, co się dzieje, tylko o twojej ręce. Czy nic się z nią więcej nie stało? A jak odnowi ci się stara kontuzja? O tym masz teraz myśleć – startuj.

Nic nie powiedział, ale już nie sapał jak ranny byk, co miało miejsce jeszcze chwilę temu.
Szkiełko nie było wbite głęboko, ale specjalnie nim poruszyłam, pogłębiając ranę. Syknął. Uśmiechnęłam się mimo woli, chciałam żeby go zabolało, żeby myślał o tej dłoni. Z całego katalogu rzeczy, o których można myśleć w samolocie, który z dużym prawdopodobieństwem odbywa właśnie swój ostatni lot, Michał Kubiak miał myśleć tylko o swoim skaleczonym palcu. A ja razem z nim.

Wydłużałam wszystkie możliwe operacje: uciskanie ranki, wycieranie krwi, owijanie chusteczką, ocieranie skrwawionego oparcia. Cały czas mówiłam do Michała, żeby nie mógł skoncentrować się na czymś innym.
-Inne palce cię nie bolą? Nie ruszaj tak łapskiem. Świeć tu a nie na około.

-Ok, możesz już mnie puścić, skończyłam – powiedziałam ostatecznie zawiązując jedną ręką tragiczny supełek z paska ligniny.

-Nie – usłyszałam w odpowiedzi.

-No to nie, chyba lądujemy.

Rzeczywiście samolot podchodził do lądowania, a przez okno było widać już światła, miałam nadzieję, że lotniska a nie domków niczego nieprzeczuwających niemieckich ludzików, Hansów i Gretchenów. Czułam, że ścisnął moją dłoń, odwzajemniłam uścisk. Cały ten hałas dookoła był jakby w tle, wyłączyłam się na to zupełnie. Miałam nadzieję, że Michał również. Nie chciałam milczeć, chciałam zachować nas w tej odizolowanej bańce, żebyśmy w spokoju albo umarli albo żyli dalej.

-Byłeś kiedyś w Berlinie? Mieli tu kiedyś fajny mur.

-Jesteś zdrowo szurnięta, wiesz? – pierwsze zdanie od dawna, ale głos jakby spokojniejszy.

-Powiedział statek baza do swojego satelity – odparłam.

-Że co?

-Że przyganiał kocioł garnkowi – rzuciłam, zdobywając się nawet na cichy śmiech – naprawdę nie słyszałeś o murze berlińskim? Zawsze myślałam, że, żeby grać w AZS trzeba być na studiach.

-Wiem co to mur berliński i nie trzeba być studentem, wystarczy być uczniem. A ty jesteś wariatką, u której smutny palant ma zajebisty dług.

Koła samolotu właśnie dotknęły pasa startowego, wylądowaliśmy. Wariatka i smutny palant.

Iga chrapnęła z głową opartą na moim ramieniu. Szkoda, że tego nie nagrałem, dręczyłbym ją tym stale. I z niej i ze mnie zeszła adrenalina, ale ja mimo zmęczenia nie mogę usnąć tak swobodnie jak ona. Siedzę w kolejnej poczekalni kolejnego lotniska, który to już raz. Kiedy podróże przechodzą w rutynę, wszystkie te miejsca zlewają się w jedno. Czy kawiarnia Superial była w Rzymie czy Tokio? Sklepy wolnocłowe wszędzie te same. Te same ekrany, te same komunikaty o źle zaparkowanych samochodach. Nawet ludzie tacy sami, takie same nieciekawe gęby.

Iga znów chrapnęła, uśmiecham się do siebie. Ta dziewczyna mnie uratowała, nie bohaterski kapitan ze swoim zafajdanym lądowaniem, tylko ona. Niesamowite. Podziwiam jej opanowanie albo szaleństwo. Cokolwiek to jest, już drugi raz sprawia, że czerwone plamy przed moimi oczami znikają. Przecież za pierwszym razem, kiedy mi dokuczyła tymi cholernymi żołędziami, byłem bardzo blisko wybuchu. Ale to pikuś w porównaniu z tym, co mogło się zdarzyć dziś. Zazwyczaj nie boję się latać, ale nie powiem żebym za tym przepadał, a kiedy to co ma lecieć nie bardzo chce to jednak lęki odżywają ze zdwojoną siłą. A u mnie strach i furia są sąsiadami przez płot.

Siedzę bez ruchu, nie chcę jej obudzić. Kątem oka spoglądam na jej rozrzucone ręce, na kciuku lewej dłoni ma poprzeczne blizny, tak jakby ślady po jakichś nacięciach, dziwne. Muszę o to spytać kiedyś. Cholera, właśnie złapałem się na tym, że zakładam, że znów się spotkamy, że ona już po prostu będzie w zasięgu. A przecież nic o niej nie wiem, poza imieniem. Nawet nie spytałem gdzie mieszka ani nie mam pojęcia jak się z nią skontaktować. Jakoś muszę o to zadbać, bo nie wolno mi wypuścić z rąk czegoś, co mi pomaga, co potrafi rozładować mój gniew. Może jej styl bycia to remedium na mój problem? Spoglądam na zegarek, musimy się zbierać, lekko szturcham ją w bok.

-Wstajemy proszę pani, kolejna puszka śmierci czeka – silę się na mało śmieszny żart.

-Usnęłam – stwierdza otwierając oczy, teraz zauważyłem, że są zielone, ładne.

-Usnęłaś i chrapałaś jak stary chłop –śmieję się jej prosto w nos – ale jako prawdziwy dżentelmen nie będę o tym wspominał.

-Jako tenże właśnie stary chłop wiesz najlepiej jak się chrapie, a o dżentelmenach co najwyżej słyszałeś – zaspana jeszcze a tam pod pokrywką już zębatki we właściwych miejscach, nakręcają kolejne złośliwości, ech okaz.

-Ciekawe czy znów siedzimy koło siebie? – pyta zbierając swoje rzeczy.

-Siedzimy, zadbałem o to – patrzy na mnie dziwnie a ja wzruszam ramionami – no przecież nikt inny ze mną nie wytrzyma, jeszcze musiałem zapłacić za wyświetlacz, nie chcieli uwierzyć, że szyba pękła od przeciążeń – śmiejemy się idąc w kierunku bramek.

-Iga – mówię poważniejąc – chciałbym ci się jakoś odwdzięczyć, wiem, że się pewnie nie da za to, co zrobiłaś, ale przynajmniej bym spróbował. Myślisz, że dałabyś radę utrzymać ze mną kontakt?

Patrzy na mnie z politowaniem, przynajmniej mi się tak wydaje. A potem wyciąga z kieszeni kurtki telefon i mówi:

-Dawaj numer i żebyś wiedział, zapisuję cię jako „smutny palant”.

4.

-Iga, czekaj – Michał złapał mnie za rękę – przecież jak cię tu teraz zgubię to przepadniesz mi jak ciotka w Czechach.

Przedzieraliśmy się ulicą Floriańską, gdzie akurat nastąpiła mega kumulacja wycieczek, które jak do mekki ciągnęły do McDonald’s, ze wszystkich możliwych kierunków. Miałam wrażenie, że te dzieciaki wyskakują nawet spod ziemi. Michał garbił się, miał zaciągnięty kaptur i ciemne okulary, celebryta z Wałcza. Głupek myślał, że ktoś go rozpozna. Przecież tutaj rządzą frytki i big mac, nawet cała drużyna złotych medalistów nie ma przy tym żadnych szans.

-Nie bój nic, jak cię stracę z pola widzenia to będę krzyczeć: Michał- Kubiak-Michał – zaskandowałam w stylu stadionowej przyśpiewki – może wtedy ktoś na ciebie zwróci uwagę, bo to śmieszne przebranie za notorycznego gwałciciela ewidentnie nie pomaga – nie mogłam sobie darować kpiny na temat jego stroju.

Skrzywił się w odpowiedzi, ale miałam wrażenie, że zdenerwowanie już go opuściło. Najwyższa pora. Od prawie godziny łaziliśmy bez celu po uliczkach wokół krakowskiego rynku. Nie rozmawialiśmy za wiele, bardziej zależało mi na tym, żeby Michał wychodził z siebie gniew, fizycznie go stłamsił. To nasze trzecie spotkanie i za każdym razem ten gość wybucha albo prawie wybucha. A wydawało się, że tym razem będzie normalnie.

Po feralnym locie z Tuluzy umówiliśmy się na spotkanie w Krakowie, jeśli tylko Michał znajdzie czas. Argumentował, że za fachową opiekę medyczną chciałby przynajmniej odwdzięczyć się kolacją albo obiadem. Okazja nadarzyła się już w kolejny weekend, ale ja do dyspozycji miałam tylko przedpołudnie, dalszą część soboty i niedzieli miałam zamiar spędzić przestawiając cyferki w swoich tajemniczych tabelkach. Moja praca jest wymagająca, ja jestem wymagająca dla siebie jeżeli chodzi o moją pracę i darzę ją wielkim szacunkiem. To ona wypełnia pustkę, te wszystkie miejsca gdzie inne mają męża, dzieci, psa, dom, przyjaciółki i wizyty w spa albo zakupy na cały tydzień. Moja wymagająca praca pozwala mi funkcjonować dalej, mimo wyrwy jaką spowodowało odejście Maćka.

Po całkiem przyjemnym, jak to określił bywalec wielkiego świata Kubiak Michał, branchu w restauracji jego hotelu, nastąpił nagły zwrot akcji. Siatkarz odebrał przy mnie telefon i już po chwili zobaczyłam latające talerze. Dosłownie, Michał darł się do aparatu i równocześnie walnął zastawą o podłogę a jednym biednym okazem o ścianę. Show. Obsługa w drzwiach, goście powstawali z krzeseł. I jeszcze ja w tym wszystkim, bo tylko mnie tam brakowało, w tym cyrku osobliwości. Wyciągnęłam go jakimś cudem z restauracji, jakaś dobra dusza wskazała nam wolną salę konferencyjną gdzie szczęśliwie zamknęły się drzwi za nadal przeklinającym na czym świat stoi Kubiakiem. Rzuciłam tylko żeby dopisali wszystko do rachunku i weszłam do klatki z szalonym dzikiem.

-Chce mi ograniczyć prawa rodzicielskie – popatrzył na mnie z wyrzutem, ale już nie podniósł głosu.

-I to przedstawienie – pokazałam ścianę za którą znajdowała się restauracja – pozwoli przekonać wszystkich, że nie ma racji. Brawo.

Nie miałam zamiaru analizować jego sytuacji rodzinnej, przecież nasza znajomość liczy się w godzinach, a nie w latach czy choćby miesiącach. Co z tego, że to były bardzo intensywne godziny. Rozwody, dzieci, separacje to zupełnie inna kategoria wagowa.

-Nie – rzucił mi wściekłe spojrzenie – na pewno nie pozwoli, tym bardziej, że to jest powód pozwu.

-No to bravo bravissimo nawet.

-Iga, czemu ja się tak zachowuję – popatrzył na mnie bezradnie – ciągle mam przez to kłopoty, dawniej tylko na boisku, potem w ogóle w zawodzie, a teraz w życiu prywatnym.

-Michał, ja nie jestem psychologiem, nie znam cię prawie wcale, nie umiem ci odpowiedzieć – zrobiło mi się go żal. Takiego Kubiaka, jakiego ja poznałam nie dało się nie lubić, bystry, dowcipny, rozsądnie patrzył na świat. Szkoda, że psuje to wszystko niekontrolowaną furią, od czegoś takiego ludzie zawsze będą uciekać.

Milczał, przysiadł na stole konferencyjnym stojącym na środku sali. Z opuszczonymi ramionami, wydawał się zagubiony i nieporadny, co w ogóle nie pasowało do jego wyglądu: wysokiego, barczystego sportowca. Podeszłam do niego i powodowana impulsem objęłam, poklepałam przyjacielskim gestem po plecach.

-Brzydzę się sobą i cholernie mi wstyd za tą błazenadę – powiedział po chwili.

-To może staraj się koncentrować właśnie na tym w momencie, kiedy czujesz, że tracisz panowanie. Nie na tym, co cię wyprowadza z równowagi tylko na tym, co to robi z tobą. Nikt nie lubi wstydzić się za siebie, to jest zawsze upokarzające. Nie upokarzaj się Michał, świat to na tyle skurwysyńskie miejsce, że zrobi to za ciebie, nie pomagaj mu.

-I jeszcze jedno – odsunęłam się od niego i zajrzałam mu w oczy – maski Michał.

-Co? – zdziwił się.

-Popatrz – zaprezentowałam swój wyjściowy uśmiech: promienna, szczęśliwa Iga i natychmiast przeszłam w aktualny wyraz twarzy: troska i współczucie – widzisz? – powtórzyłam ten sam zestaw min. Pierwszy raz pokazywałam komuś, jak działam od kilku lat.

-Maski Michał, musisz to umieć, bo większości ludzi, których spotykasz nie obchodzisz i kij im do tego co czujesz, co cię boli, czego chcesz. A tym bardziej musisz umieć się zamaskować przed ludźmi, którzy chcą ci zrobić koło pióra, rozumiesz?

Patrzył na mnie długo, wykonał nawet gest jakby chciał dotknąć mojej twarzy. Wiem, że jestem w tym dobra, że moja radość jest nie do przeniknięcia, nikt nie ma prawa zorientować się czy akurat udaję czy nie. Trenuję od bardzo dawna. Kiwnął głową a potem nią potrząsnął.

-Kim ty jesteś? – zapytał.

Roześmiałam się.

-Wiem kim nie jestem, smutnym palantem, a teraz chodź, mam jeszcze trochę czasu, połazimy sobie.

5.

-Ty się śmiejesz, a ja naprawdę nie mam teraz ochoty na grupowe zdjęcia z całymi klasami szkolnymi.

Iga nadal kpiła z moich okularów, nazwała mnie nawet celebrytą z Wałcza. Złośliwa wariatka. Ale tymi głupstwami podrażniła trochę moją pewność siebie. Coraz bardziej chciałem, żeby ktoś mnie poznał, utarłbym zołzie nosa.

Po tym jak przebiegła koło nas jakaś nastolatka Iga zaczęła dowodzić, że ja pewnie myślałem, że to w moje ramiona tak pędziła, że się obawiałem, że nie wyhamuje, a ona poleciała dalej mijając mnie bez jednego spojrzenia, do baby z oscypkami. Nie wytrzymałem.

-To o co zakład, że nie masz racji? – zapytałem wyciągając nagle do niej dłoń – jak zechcę to zaraz będę tu podpisywał dekolty.

-Chyba Adamowi – wskazała pomnik, bo właśnie wyszliśmy na płytę Rynku.

-Załóż się – uśmiechnąłem się złośliwie.

-A proszę bardzo – potrząsnęła energicznie moją ręką – tylko nie wolno ci biegać bez koszulki i krzyczeć, że jesteś Michał Kubiak.

-Spoko, spoko, z tego już wyrosłem – zaśmiałem się – to o co ten zakład?

-Ok, masz 10 minut, żeby rozdać minimum 20 autografów, zdjęcia liczą się podwójnie. A jak już wygram to poza słodką satysfakcją chcę, żebyś podczas kolejnego wywiadu po meczu patrzył cały czas w oczy dziennikarzowi, a nie jak zawsze, wszędzie dookoła. Niech się facet zacznie bać.

-Stoi – jej pomysł mi się spodobał – ale dziecko drogie niedoczekanie twoje, ja nie przegrywam z amatorami.

-Jasssne – zasyczała całą ironią świata.

-No to ruszam – schowałem bluzę i okulary do plecaka i podążyłem wyprostowany w kierunku Sukiennic.

Szczęście mi sprzyjało, jakiejś dziewczynie stojącej z grupą koleżanek wypadł telefon. Zdążyłem schylić się i podnieść przedmiot zanim sama po niego sięgnęła.

-Proszę – wręczając smartfona popatrzyłem jej głęboko w oczy.

Jeszcze mnie zamkną za napastowanie nieletnich – pomyślałem – Ale muszę to wygrać.

-Dziękuję – odpowiedziała, i w tym momencie usłyszałem pisk którejś z jej przyjaciółek – To Michał Kubiak!!!!

Nie przeczę, ulżyło mi, bo zaczynałem mieć już wątpliwości czy się aby nie przeliczyłem. Teraz wiedziałem, że nie przegram z Igą. To jest jak śnieżna kula, za chwilę będę pozował do setki zdjęć. W tak zatłoczonym miejscu nie ma innej możliwości. Zakład był mój.

Podpisując jakieś karteluchy podsuwane przez kolejne ręce, spojrzałem ponad głowami w kierunku, gdzie zostawiłem Igę. Uśmiechnęła się do mnie i udała, że uchyla kapelusza. Ok, teraz muszę się stąd wyrwać, kurde ciężko będzie. Ignaczak zawsze mówił, że na jeden popisany świstek przypada trzy nowe i że jedyny sposób to ucieczka lub wypisany flamaster.

Po następnej partii zdjęć i podpisów znów spojrzałem w tamto miejsce. Tylko po to żeby zobaczyć jak Iga wiruje w objęciach przysadzistego faceta w okularkach. Witali się jakby widzieli się pierwszy raz od tysiącleci. Nie wiem czemu, ale wkurzył mnie ten widok. Spodziewałem się chyba, że przegrana będzie wpatrywać się w mój triumf. Kątem oka zauważyłem, że kierują się w moją stronę.

-Przepraszam, czy mogę zrobić sobie z panem zdjęcie?  – zapytał znajomy Igi, ona stała tuż za nim szczerząc w uśmiechu wszystkie zęby. Mężczyzna był niższy ode mnie o dobre 20 centymetrów i nosił kretyński szalik. Najchętniej powiedziałbym mu żeby spadał, ale to nie wchodziło w grę. Kiwnąłem głową w milczeniu.

-Iga, cykniesz? – podał jej telefon.

Ustawiłem się z nim patrząc Idze prosto w oczy, coś pogrzebała w telefonie i odezwała się nagle:

-A mogę prosić, żeby pan się choć trochę uśmiechnął? Najlepiej, tak jakby pan coś właśnie wygrał. Bo chyba wygrał pan coś już kiedyś? Choćby zakład – usta jej drżały, tak bardzo chciała wybuchnąć śmiechem, urocze.

-Iga, daj spokój, to jest mistrz świata – facecik, chyba znał zołzę całkiem nieźle i bał się, że będą nici z pamiątki.

-Bartek, ale chcesz mieć fajną fotografię, tak? A nie zdjęcie z Człowiekiem-Przygnębieniem.  Bardzo proszę o uśmiech!

Wyszczerzyłem się bez trudu, Iga podeszła pokazując koledze zdjęcie.

-A może pani też chciałaby? – zagadnąłem wskazując na telefon i podejmując jej zabawę w nieznajomych.

-Nie, dziękuję. Bo widzi pan ja z awanturników na boisku zawsze najbardziej lubiłam Kadziewicza – spojrzała wprost na mnie, widziałem wesołe zielone iskierki w jej oczach.

-Igaaaaa, daj spokój – powtórzył się Bartek – Kadziewicz już nie gra, i był środkowym a nie przyjmującym.

O ja pierdolę, ekspert od siatkówki się trafił, jeszcze wystawiający. Bo Iga już łapała piłkę na pełnym zasięgu.

-A no tak, Kadziu jest dużo wyższy, to mógł być i środkowym. Pan na środku to chyba tylko do niskiego bloku? Prawda?

-To my dziękujemy bardzo, do widzenia – Bartek, czy jak mu tam, odciągał już Igę za łokieć.  Na odchodnym jeszcze się odwróciła i mrugnęła do mnie okiem.

Wygrałem?

Szłam z Bartkiem Derengiem w kierunku ulicy Jana, tam była jakaś jego ulubiona kawiarenka. A koniecznie musiał napić się ze mną kawy, skoro spotkał mnie pierwszy raz po czterech latach mojego odejścia z Orkoni. Cały czas nawijał, jak to Bartek. Ale słuchałam go jednym uchem, bo w duchu śmiałam z wydarzeń sprzed kilku minut. Miny Kubiaka bezcenne, ubawiłam się jak nigdy. I trochę zrekompensowałam sobie przegraną zakładu. Nie byłam tylko pewna czy nie przesadziłam i może to właśnie było moje ostatnie spotkanie z przyjmującym-a-nie-środkowym. I w tej chwili zadzwonił mój telefon. Michał. Dałam znać na migi Bartkowi, że muszę odebrać i odeszłam na bok.

-Gdzie polazłaś wredna babo? – usłyszałam zanim zdołałam się odezwać.

-Przecież jesteś zajęty, jakiś milion ludzi cię okupuje – zaśmiałam się.

-Już nawiałem, i mam prawo do wyboru nagrody, bo właśnie COŚ wygrałem – zaakcentował to słowo szczególnie mocno.

-Wiem, wiem, nie uchylam się – zaczęłam się bać, nie określił wcześniej, co będzie jego wygraną w zakładzie. Teraz ma szansę odpłacić mi pięknym za nadobne.

-Nie jestem mściwy, doceń to, bo miałbym powody – usłyszałam – natomiast odwołuję twoją roboczą sobotę. Spław tego facecika, pozdrów go ode mnie serdecznie i rezerwuj popołudnie. Nie będę siedział cały dzień w hotelu wałkując nieprzyjemne myśli, skoro mogę posłuchać o twojej miłości do Kadziewicza.

- Bardzo śmieszne, ja naprawdę mam robotę, wymyśl coś innego – odparłam.

-Nie chcesz, żebym wymyślał coś innego – zaśmiał się mi do ucha i poczułam, że to prawda – wygrałem i nie ma dyskusji.

Rozłączył się. Dogoniłam Bartka i weszliśmy do kawiarni. Muszę przyznać sama przed sobą: to jest bardzo dobry dzień.

-Halo, halo Przemuś, co słychać w wielkim świecie francuski piesku? – zapytałam odbierając połączenie z migającym śladem psiej łapy, specjalne oznaczenie dla wiernego kumpla.

-Iga, co ty odpierdalasz? – usłyszałam w odpowiedzi.

-Też się cieszę, że cię słyszę.

-Nie pierdol, przed chwilą gadałem z Derengiem, podobno spotkaliście się dziś przypadkiem w Krakowie, a ty osobiście robiłaś mu fotki z Michałem Kubiakiem, który dziwnym trafem rozdawał autografy kilka kroków od miejsca Waszego spotkania. Przy okazji tej sesji, Dereng tak mi opowiadał, zjechałaś gościa w swoim stylu celując w jego ego. Stąd pytam: co ty odpierdalasz? Bo Dereng nie wie, że to ten sam Kubiak, z którym leciałaś do mnie do Tuluzy a potem z Tuluzy, ale ja, kurwa, wiem! – Przemek wydzierał mi się do ucha i gadał jak nakręcony.

-No tak się złożyło, byliśmy na spacerze z Michałem i wpadłam na Bartka, tak wyszło, nic wielkiego.

-Iga, kurwa mać, przecież wiesz, że to psychopata.

-Kto? Bartek Dereng? Przesadzasz, za jego szaliki zdiagnozowałabym go jedynie jako borderline, przy czym granicą byłaby orientacja seksualna – błysnęłam dowcipem.

-Nie wkurwiaj mnie, wiesz o kim mówię. Sama znasz historię pobicia Bartmana z prasy, a mi Kaśka opowiadała…

Żona Przemka grała chwilę w żeńskiej reprezentacji, a teraz nadal ociera się o to środowisko i Przemuś zawsze jest zorientowany w kulisach kadry, przy czym nie lubi o tym rozmawiać. Nie często puszcza plotki w dalszy obieg. Raz tylko powiedział mi, że mam nie lubić Szymańskiego, bo to szmaciarz, co nikomu nie poda ręki, więc nigdy nie lubiłam Szymańskiego, nawet jak wygrywał nam mecz, ten jeden.

-Kaśka opowiadała, że gdyby to był ktoś inny niż stary kumpel Kubiaka to sprawa byłaby w sądzie, a Bartman ma do dziś problemy z prawym okiem i grozi mu utrata wzroku. Mówię Ci, kurwa, psy-cho-pa-ta, a ty w ciągu dwóch tygodni obracasz się w jego towarzystwie trzeci raz.

-Czwarty Przemku, właśnie go widzę jak czeka na mnie przed jakąś knajpką w stylu retro, umówiliśmy się dziś na kawę – odpowiedziałam ze śmiechem – jak nagle zniknę to będziesz wiedział, kto jest odpowiedzialny, Dereng ma zdjęcie. Tylko lepiej go nie pokazuj policji, bo zamkną Bartka, za ten szalik.

-Kretynka, co chcesz na nagrobku? – Przemek zrezygnował z dalszego strofowania i ratowania mnie z wyimaginowanej opresji.

To taka nasza wewnętrzna prywatna zabawa. Kiedy Przemek jest przeziębiony i marudzi mówimy, że na nagrobku będzie miał „mówiłem, że jestem chory”, albo jeśli ja zginę w wypadku samochodowym na moim grobie będzie widnieć „jej ostatnie słowa: prawa wolna”. Przystanęłam obok Michała i dałam mu znak dłonią, że już kończę rozmowę, do Przemka powiedziałam natomiast:

-Na płytę poproszę „nie, tasak w schowku samochodowym nie wydawał mi się podejrzany” – widziałam jak Michał unosi brwi do góry – a od ciebie na wieńcu: „mówiłem jej, że to psychol” – Michał był już jednym wielki zdziwieniem.

-Wariatka, będzie jak sobie życzysz, uważaj na siebie Iga, pa – usłyszałam w odpowiedzi.

-Trzymaj się, pa.

-Coś wyjaśnisz? – Michał uśmiechnął się niepewnie, ułożenie brwi nadal wskazywało, że nie przeszedł nad tym, co usłyszał do porządku dziennego.

-Mój przyjaciel, martwi się, że się z tobą widuję, bo uważa, że jesteś hmm niebezpieczny – postanowiłam nie owijać w bawełnę, tym bardziej, że temat michałowej agresji już przewinął się w naszych rozmowach.

-Myśli, że jestem psycholem, jak większość w tym kraju – sprostował Kubiak – a ty się nie boisz?

-A jakoś nieszczególnie, poza tym sprawę pogrzebu, jak słyszałeś, mam obgadaną, więc luz – zaśmiałam się, ale on nadal patrzył wyczekująco. Wiedziałam, że nie pytał o raporty z gazet czy portali, ani nawet o te słynne bijatyki. Pytał ze względu na te sytuacje, których byłam świadkiem, wtedy w międzylądowaniu i dziś rano w hotelu. Kiedy maski spadały i puszczały hamulce.

-Michał – położyłam mu dłoń na przedramieniu, spojrzał na mnie – ja rozumiem to, co się działo w samolocie i rozumiem to, co się stało dziś rano, rozumiem dlaczego. Owszem, uważam, że twoje reakcje są o wiele za intensywne i wiem, że masz z tym problem, ale wiem też co tobą powoduje. Przynajmniej w tych dwóch przypadkach, i rozumiem Michał, naprawdę. Gdybym nie chciała z tobą przebywać to by mnie tu nie było, więc może bez melodramatycznych pytań? – skończyłam wywód uśmiechając się lekko.

-Ok – odwzajemnił uśmiech – a teraz wejdźmy już do środka i będziemy mogli dalej porozmawiać o mnie – mrugnął po łobuzersku i otworzył mi drzwi do pełnego ludzi pubu, nad wejściem zadzwonił staroświecki dzwoneczek.

6.

„Powodzenia, trzymam kciuki”: wcisnęłam przycisk „wyślij”. Po chwili telefon zaczął wibrować mi w dłoni i usłyszałam znajomy tekst z mojego dzwonka „all our times have come”.

-Cześć, jesteś już? – usłyszałam głos Michała.

-Jestem, za chwilę będę się wbijać do hali.

-No my właśnie ładujemy się do autobusu – usłyszałam w odpowiedzi – fajnie, że dałaś radę. Słuchaj, jest dla ciebie wejściówka w kasie, wstęp do strefy przy boisku.

-Spoko, nie trzeba było, kupiłam sobie bilet. Poza tym czułabym się nieswojo, wystawiona na widelcu. Mam nadzieję, że to nie kłopot.

-Jak wolisz – chyba rozponałam rozczarowanie w jego głosie – a w którym sektorze siedzisz?

-A2, 4 rząd, będę dobrze widzieć.

-Ok, muszę kończyć. Zostań po meczu, dobrze?

-Dobrze Michał. Do boju, zmasakrujcie ich.

Rozłączył się.

Jak tylko wyszliśmy na rozgrzewkę, zauważyłem ją w sektorze. Szukała czegoś w plecaku, ale po chwili podniosła głowę i spojrzała prosto na mnie. Uśmiechnąłem się, ona również pokazując mi podniesiony do góry kciuk.  Kiwnąłem głową i zająłem się przygotowaniami do meczu. Nagle nabrałem pewności, że to będzie łatwa wygrana.

I rzeczywiście, roznieśliśmy Resovię w ich własnej hali w trzech setach. Nie zostawiając im żadnych nadziei. W kilku sytuacjach byłem prowokowany, i to dość mocno, usłyszałem wiele ciekawych epitetów na swój temat. Tak jak przewidywał Kadziu, chcieli wyprowadzić mnie za równowagi licząc na łatwe punkty. Przetrwałem, nie było tak źle, tylko raz miałem ochotę wejść w siatkę, ale wtedy w głowie pojawiło mi się hasło „maski” i skończyło się na zimnym, obojętnym spojrzeniu, którego długo nie odwracałem od napastnika Resovii. Chłopak zepsuł kolejne trzy ataki. Nam za to wychodziło wszystko, osobiście zagrałem trzy asy i w sumie zdobyłem ponad 20 punktów w meczu. Kapitalny wynik i statuetka MVP. Lepiej nie mogliśmy chyba zacząć rozgrywek. Gdy odbierałem nagrodę wzrok uciekł mi w trybuny, a konkretnie do sektora A2. Iga przerwała oklaski i pomachała mi ręką. Nigdy nie byłem przesądny, nie bałem się swojej trzynastki i nie miałem żadnych rytuałów przedmeczowych, jednak dziś wydawało mi się, że szczęście przyjechało z Krakowa.

Odczekałam na trybunach aż tłum się przerzedzi i przewinie się pierwsza fala polujących na autografy. Mecz był fantastyczny, Kubiak świetny, z resztą całe Cuprum grało koncertowo. Kadziewicz skakał po meczu jak dzieciak. Fajnie było coś takiego zobaczyć na żywo. Poza tym powinno to trochę poprawić nastawienie Michała do jego własnej osoby.

Pan Kubiak był właśnie w ścisłym centrum zainteresowania. Najpierw oblegały go kamery, a teraz cała masa ludzi pchała się po zdjęcie i autograf. Z niecodzienną dla niego cierpliwością podpisywał, co mu podali, szczerzył się we wskazanych kierunkach i obejmował wszystkich fanów. Podeszłam bliżej tego pandemonium. Żałowałam teraz, że obiecałam Michałowi, że poczekam. Głupio czułam się stojąc tu trochę bez celu i chciałam już być w domu. Nagle poczułam klepnięcie w ramię. Za mną stał Łukasz Kadziewicz.

-Cześć, Iga, prawda? – bardziej stwierdził niż spytał.

-Cześć, ale to pomyłka – odparłam gładko, w duchu przeklinając Kubiaka i przywołując na twarz wyraz bezbrzeżnego zdumienia.

-Na pewno nie Iga? – przyglądał mi się podejrzliwie – wyglądasz jak Iga.

-Mam się wylegitymować? – zaczynała mnie brać złość, stoję tu jak kretynka, Kadziu prowadzi ze mną najbardziej idiotyczną konwersację z możliwych, a czeka mnie jeszcze ponad dwie godziny jazdy – Pan jest pewnie przyzwyczajony, że dziewczyny mówią, że będą kimkolwiek pan sobie zażyczy żeby były, ale to chyba bardziej tamten typ – wskazałam ruchem głowy dwie nastolatki, które właśnie pokazywały trenera Cuprum palcem – jedna mi wygląda na Igę, a druga to chyba też Iga, proszę je spytać. Albo lepiej ja spytam.

-Przepraszam, czy któraś z was to Iga, bo pan Kadziewicz jednej potrzebuje – zwróciłam się do małolat. Tak jak przypuszczałam, wyrwały się obie.

-Proszę – spojrzałam na osłupiałego trenera – zguba się odnalazła – i uśmiechnęłam się od ucha do ucha. Dziewczyny podsuwały właśnie Kadziewiczowi pod nos jakieś papierki do podpisu.

-O! Widzę, że się już poznaliście – Michał musiał skończyć ze swoim fanklubem – dzięki, że poczekałaś, trochę mi zeszło – stanął obok i objął mnie ramieniem.

-No ja pana Kadziewicza znam, ale skąd pan Kadziewicz zna mnie? – zwróciłam się do Kubiaka.

-Misiek, ty wiesz, jaki ona mi właśnie numer wykręciła? – wpadł mi w słowo Łukasz, który pozbył się Igi jeden i Igi dwa – nie uwierzysz. Skąd ty ją wytrzasnąłeś?

-Uwierzę – Michał śmiejąc się dał mi kuksańca pod żebro – i sama przypełzła.

-A teraz sama odpełznę, mam jeszcze kawałek do przejechania. Gratulacje tak w ogóle panowie – ciągnęłam nie pozwalając dojść Miśkowi do słowa -  świetny mecz, zasłużona nagroda. Oby tak dalej – poklepałam Michała po barku.

-I miło było poznać – wyciągnęłam rękę do trenera Cuprum – Iga jestem.

A Łukasz Kadziewicz zrobił wtedy najmniej spodziewaną dla mnie rzecz. Śmiejąc się jak wariat, podniósł mnie do góry okręcił się ze mną dwa razy, postawił na ziemi, i pocałował w oba policzki głośno cmokając.

-A ja jestem Łukasz i cała przyjemność po mojej stronie, jesteś ze złota dziewczyno.

Potem poklepał mnie po głowie, tak jak zawsze robi to Przemek i poszedł do szatni.

Musiałam mieć bardzo niewyraźną minę, ale Michał też nie wyglądał najmądrzej.

-Czego ja byłem właśnie świadkiem? – zapytał.

-Chyba ostatecznego dowodu, na to, że twój trener jest szalony – odparłam.

-No mniejsza – otrząsnął się szoku – i tak mi opowie potem, co tu nawyrabiałaś. Nie chcę cię zatrzymywać, bo rzeczywiście późno, a ty pewnie rano do pracy.

-Tak jest, serio muszę uciekać, jeszcze raz gratulacje – objęłam go szybko za szyję. Poczułam, że on też obejmuje mnie w pasie. Nieswojo mi się zrobiło z tą bliskością, ale jeszcze gorzej by wyglądało gdybym zaczęła się wyrywać.

-Dzięki, i mam coś dla ciebie – powiedział nie zwalniając uścisku – oglądnij na necie wywiad ze mną po meczu – zaśmiał się cicho.

-Aha, mam nadzieję, że nie podajesz tam moich personaliów i rysopisu, tak jak Kadziewiczowi – odparłam prosto w jego ucho – a teraz jakbyś mnie puścił to bym sobie poszła.

Przycisnął mnie do siebie mocniej. Naprawdę dziwne uczucie. Nieręcznie a zarazem przyjemnie.

-Dzięki jeszcze raz – powiedział półgłosem i pocałował mnie w policzek. Ale nie jak jego trener, zupełnie nie tak. Miałam wrażenie, że przytrzymał wargi dłużej niż powinien, i chyba nawet lekko je przesunął po mojej skórze. Na szczęście zaraz potem wypuścił mnie z objęć i cała ta krępująca scenka dobiegła końca. Pomachałam mu na pożegnanie i bez słowa wyszłam z hali. Uciekłam najszybciej jak się dało.

Po powrocie do domu znalazłam w sieci wywiad, o którym wspominał Michał. Całe pięć minut wpatrywał się w zadającego mu pytania dziennikarza. Nie w kamerę, nie gdzieś w bok, jak to dotychczas miał w zwyczaju tylko w tego faceta. Ale tak intensywnie, że gość zaczął na końcu się jąkać. Ocierając łzy ze śmiechu wysłałam sms do Kubiaka: „Dzięki za prezent, the creepiest interview ever”. Po chwili dostałam odpowiedź: „Wiedziałem, że ci się spodoba. Ps.: Kadziu mi opowiedział, rzeczywiście jesteś ze złota, a dla mnie to najbardziej pożądany kruszec”. Nagle zrobiło mi się gorąco, patrzyłam na tekst na wyświetlaczu. To zupełnie nie tak, to jest kumpel, znajomy i tak ma zostać. Spod poduszki na łóżku wyciągnęłam znajomą koszulkę, ukryłam w niej twarz szukając jeszcze śladów maćkowego zapachu i wróciłam w przeszłość.

7.

Dopływam do krawędzi basenu, odbijam się, obracam w wodzie i pokonuję ten sam odcinek w przeciwnym kierunku. Raz za razem. Pływanie pozwala mi się wyciszyć, zmęczyć. Monotonne ruchy ramion pomagają poukładać w głowie rozbiegane myśli. Muszę jakoś dojść do ładu sama ze sobą. Czuję narastający ból ramion, ale chcę jeszcze przepłynąć przynajmniej dwie długości. Jeszcze mam nad czym się zastanawiać.

Przez ostatnie tygodnie starałam się ograniczyć kontakty z Michałem. Ta znajomość poszybowała w zupełnie niepożądanym kierunku. Polubiłam go, jego zadziorność i bezpośredniość, dobrze czułam się w jego towarzystwie. Nic do dodania, może jeszcze tylko, że łatwo było mi obdarzyć Kubiaka zaufaniem. Chyba przez surrealizm tej relacji, nadal pozostawał znanym sportowcem, a ja przeciętnym obywatelem, nasze światy nie przenikały się, nie mógł mnie zawieść, zdradzić, nie miał też najmniejszych powodów by cokolwiek udawać.  A poza tym Michał miał w sobie szczególną prawdziwość, może przez ten wybuchowy charakter nie przychodziło mi nawet do głowy, że mógłby być nieszczery. To właśnie była ta cecha, która mnie pociąga w ludziach, nazywam to prawością, bardzo nieaktualne już słowo. Maciek taki był. Właśnie, Maciek.

To z jego powodu chciałam odciąć się od nowego znajomego, ale nie potrafiłam zrobić tego tak definitywnie jak bym sobie tego życzyła. Odbierałam telefony, dałam się namówić na rozmowy przez skype, wysyłałam sms-y z życzeniem szczęścia przed meczami i z gratulacjami po kolejnych wygranych. Uparcie odmawiałam za to spotkań i kolejnych przyjazdów na mecze, wymawiałam się pracą. Z resztą rzeczywiście poświęcałam jej teraz jeszcze więcej czasu, żeby nie poddawać się pokusom. Nawet, kiedy siedzieliśmy przed swoimi laptopami rozmawiając do kamerek, wyciągałam firmowy sprzęt i dzieliłam czas między Michała a swoje obowiązki. Misiek przyzwyczaił się do mojej podzielności uwagi tak bardzo, że nawet nie stękał i nie marudził o braku kultury. I zanim się zorientowałam stało się to rutyną, spędzaliśmy tak czasem po kilka godzin wieczorami, kiedy Michał wracał po treningach i tak naprawdę nic mu już się nie chciało. Ale to był Michał – kumpel, bez żadnych dwuznaczności, flirtów, i takiego Michała bardzo chętnie widziałam w swojej codzienności.

Nie było za to wcale miejsca dla Michała obejmującego mnie w pasie, patrzącego mi prosto w oczy, uśmiechającego się z bliska tym swoim drapieżnym uśmieszkiem. Dlatego, mimo, że przekonywał i kusił wejściówkami, nie pojawiłam się na żadnym z kolejnych spotkań Cuprum. Często za to jeździłam do Maćka i zawsze żegnałam się z nim tak samo: „Kocham cię, chcę być z tobą” szeptałam patrząc na jego uśmiech z dołeczkiem, na zdjęciu. Na zdjęciu, które kiedyś nieświadomie wybrałam, nie wiedząc, że kazał mi wybrać fotografię na swój grób.

Ostatnie metry, wystarczy na dziś, ocieram twarz z wody i tych kilku łez. Dziś nie jest dobry dzień. Dziś, bardziej niż zazwyczaj czuję, że niczego już nie chcę, na nic nie czekam i niczego nie pragnę. Nic dla mnie tu nie ma, i jestem tu przez jakieś niedopatrzenie.

Zeskakuję z ostatniego stopnia schodów przed budynkiem pływalni, prosto w kałużę. Włosy i tak niedosuszone w przebieralni znów są całkiem mokre i w strąkach opadają mi na policzki. Patrzę pod stopy i metodycznie przemaczam buty w potokach wody. Unoszę głowę gdy jestem kilka metrów od samochodu i zaskoczenie zatrzymuje mnie w miejscu.

-Co ty tu robisz?

Widzę ją przez szyby oszklonego wejścia na basen. Rozmawia przez telefon, śmieje się z czegoś, gestykuluje żywo. I nagle wszystko się zmienia, gdy tylko wyłączyła telefon. Jak gdyby wyświetlacz połączony był z jej twarzą, natychmiastowe ściemnienie. Uśmiech starty gąbką, wyłączony przyciskiem, błyskawiczna … zmiana masek? To się stało tak szybko, nienaturalna transformacja. Wychodzi na zewnątrz żegnając portiera, a jej twarz jest tak pusta i szara, mimo że jeszcze przed chwilą była kolorową uśmiechniętą … przesłoną? Co jest prawdziwe?

Wchodzi bez wahania prosto w tą samą ulewę, w której ja stoję osłaniając się z całych sił parasolem, cała mokra w kilka sekund, jak dziecko wskakuje w kałuże i moczy tenisówki. Tylko dziecko śmiałoby się i radośnie chlapało, a ona po prostu przechodzi przez wodę z niezmiennym, wygaszonym jak telefon wyrazem twarzy. Już myślałem, że mnie nie zauważy, dopiero tuż przy drzwiach samochodu podniosła głowę. Puste spojrzenie, matko, zupełnie nic tam nie było, oczy wyblakłe, martwe i bez wyrazu. Obce w tej twarzy, którą przecież trochę już znam. Wyjałowiona, tak, to dobre przerażające słowo.

-Co ty tu robisz? – zaskoczenie w głosie nie do pomylenia z niczym innym Z niczym innym, czyli oczekiwałem podświadomie czegoś innego, czego? I znów obserwuję fenomen przeobrażenia. Trochę emocji, trochę intensywności, uśmiech i pogodne spojrzenie. Gdybym nie widział jak przed chwilą ten sam manewr wykonał się w przeciwnym kierunku uwierzyłbym. Uwierzyłbym, że rozmawiam z osobą, dla której dzień jest udany a nie jest tylko czymś do przeżycia, że deszcz jest miłą odmianą, ekscytującym zawirowaniem a nie obojętnym zjawiskiem, jak wszystko wokoło. Jak ja?

-Moknę i czekam na ciebie – odpowiadam z uśmiechem gestem zapraszając pod parasol.

Nie robi ruchu w moją stronę, krople spływają po twarzy, są wszędzie. Dziwnie fascynujący widok, nieładna mokra buzia z za dużym nosem i bladymi ustami.

-Ale skąd wiedziałeś, że tu będę? I nie powinieneś być w Lubinie? No wiesz, jakieś treningi, siłownie czy co tam robią zawodowi sportowcy, kiedy się nie lansują w mediach? Nie żebym się wtrącała, ale tak jakby nie powinieneś być w pracy? – proszę, ta-da, pełna reaktywacja, znajoma kpina w głosie, ten specyficzny grymas ust. Kilka sekund na przegrupowanie sił i już występuje przede mną Iga, którą znam. Nie, wróć, którą dała mi pozna. Maski, maski, maski.

Zapiszczał alarm jej otwieranego samochodu, wsiedliśmy do niego oboje chroniąc się przed ulewą.

-Po pierwsze, śledzenie numeru – pokazuję jej wyciągniętą z kieszeni komórkę – musisz, dziecko drogie, zablokować sobie możliwość namierzenia przez gps, bo się jeszcze jakiś psychol do ciebie przyczepi.

-Już mnie przed tym ostrzegali, ale chyba za późno – wtrąciła szybko. Śmiejemy się oboje ze starego już żartu.

-Po drugie, musimy pogadać, odjeżdżasz mi gdzieś ostatnio – dodałem poważniejąc.

-Nie za wygodnie panu, panie Kubiak? – spytałam godzinę później, kiedy siedziałam nad kubkiem gorącej czekolady, z włosami owiniętymi ręcznikiem, podkulając nogi w ulubionym fotelu. Michał rozwalił się na kanapie, kurcze odnóża to jednak dobre określenie w jego wypadku, i rozglądał się ciekawie po moim mieszkaniu. No tak, był tu pierwszy raz, przez oko komputerowej kamery widział dotychczas niewiele.

-Nawet gdybym nie wiedział, odgadłbym chyba, że to twoje lokum – powiedział zbywając moją zaczepkę – niby konkretnie, tylko to co potrzebne, ale co chwila wyłapuję jakiś drobiazg, który puszcza do mnie oko.

-Naprawdę? Co na przykład – byłam ciekawa, co Michał mógł zauważyć. Podobała mi się jego ocena.

-Na przykład to – zwinnie sięgnął do regału z książkami i wyciągnął z jednej półki schowanego tam potworka – kawałek ogona mu wystawał, co to?

-Opętany kot, przecież widzisz – odebrałam mu zieloną pokrakę z przekrwionymi oczkami, które łypały złowrogo – Potrzebny. Gdyby jakiś demon chciał coś opętać nie będzie się długo zastanawiał, co. Ten tu – pomachałam Kubiakowi lalką przed nosem – jest gotowy. Nie spodziewałam się, że go znajdziesz.

-Opętany kot, jesteś nienormalna – uśmiechnął się kokosząc na nowo na kanapie – ciekawe co tu jeszcze na mnie czyha.

-Nic dobrego, jeśli obraża się gospodarza – rzuciłam w niego poduszką.

-O, albo ta poduszka – złapał pocisk w locie – przecież po drugiej stronie są nadrukowane kurczaki. Też opętane?

-Nie głupku. I nic ci więcej nie powiem – zajęłam się piciem czekolady.

-Wiem, bo to rokokoko – błysnął, a ja popukałam się czoło.

-Jakbym był kobietą z wąsami nie pukałbym się w czoło tylko golił – Michał śmiał się w głos.

-Co? – spytałam głupio, nie bardzo rozumiejąc, o co mu chodzi.

-Chodź tu flejku jeden – śmiejąc się pociągnął mnie za rękę zmuszając, żebym usiadła koło niego – przecież się upaprałaś jak niemowlak – wyjął z kieszeni chusteczki.

Zaczęłam wycierać twarz, zastanawiając się jak uciec z tej kanapy, nie wyrywając sobie przy tym ręki z barku. Bo Michał jakby wiedział, co mi chodzi po głowie i trzymał moją dłoń w mocnym uścisku. A sytuacja jeszcze się pogorszyła, gdy niezadowolony z moich prób wyczyszczenia sobie czekoladowych wąsów, wyjął mi chusteczkę z dłoni i delikatnie zaczął pocierać miejsce w kąciku ust. Był za blisko. Nie wiedziałam, co zrobić z oczami, zezowałam na jego rękę, to mi się wydawało najbezpieczniejsze. Ale kiedy nieopatrznie zerknęłam na jego twarz od razu spotkałam intensywne spojrzenie niebieskich oczu. Opuścił ramię i patrzył na mnie ze zmarszczonymi nagle brwiami.

Jakie to zaskakujące uczucie, kiedy człowiek orientuje się, że wpadł po uszy. A jeszcze bardziej zadziwiające jest to, gdy uświadamia sobie, że to nie stało się przed chwilą, tylko trwa już jakiś czas. Mnie olśniło, kiedy z niewielkiej odległości spojrzały na mnie zielone spłoszone oczy. A moja reakcja była chyba najbardziej prozaiczna z możliwych, bo w głowie pojawiła mi się mało skomplikowana myśl – o kurwa, ale się narobiło.

-Iga – moje imię zabrzmiało w jego ustach, jakby wypowiadał je po raz pierwszy, cały czas nie spuszczał ze mnie wzroku.

-To co, może kawę nam zrobię? – wiedziałam, że to żałosna próba, ale pod jego hipnotyzującym spojrzeniem nie byłam w stanie wymyślić niczego mądrzejszego. Próbowałam wstać, uciec na bezpieczną odległość.

-Iga – zajrzał mi w twarz, przytrzymał przy sobie – musimy porozmawiać.

-Nie musimy, to znaczy przecież rozmawiamy – bąknęłam nieskładnie patrząc gdzieś w bok.

-Iga – chwycił mnie za podbródek i zmusił żebym na niego spojrzała – Ty się mnie boisz?

Zdołałam tylko potrząsnąć głową. Już kiedyś zadał mi to pytanie.

-To o co chodzi? Przecież też to czujesz, coś się między nami dzieje. Chyba nawet zorientowałaś się wcześniej niż ja i dlatego zaczęłaś się wycofywać, dlatego nie przychodzisz na mecze – na jego twarzy zaskoczenie mieszało się z pewnością, że dobrze poskładał wszystkie klocki.

-Michał, ja …, to się nie powinno nam przydarzyć, ja nie mogę – znalazłam w sobie siłę żeby mu odpowiedzieć.

-Dlaczego? Jesteś z kimś? – był pewny, że to jest powód – jeśli jesteś, to on cię niszczy, nie powinnaś być z kimś takim. Widziałem cię dzisiaj zanim ty zauważyłaś mnie. Cokolwiek się między wami dzieje musisz to przerwać, to nie jest normalne, być tak nieszczęśliwym.

-I nie zaprzeczaj – położył mi palce na ustach, zanim zdążyłam odpowiedzieć – bo widziałem cię, kiedy niczego nie udajesz i nie wmówisz mi, że się mylę.

Szybko cofnął dłoń z moich warg i natychmiast przyłożył do nich swoje usta w delikatnym pocałunku. Zakręciło mi się w głowie, poczułam rumieniec wypływający na twarz i dziwny, wewnętrzny dreszcz.

Michał odsunął twarz od mojej i uśmiechnął się kącikiem ust.

-I temu też nie zaprzeczaj, bo byliśmy tu oboje i ty też czułaś iskrę – pogłaskał mnie po policzku.

-To niczego nie zmienia – zdołałam wykrztusić – mogę być twoim najlepszym przyjacielem, ale nie dam rady być kimś więcej. Przykro mi. Nie chciałam, żeby tak się stało.

Myślałam, że wstanie i wyjdzie, że to będzie nasze pożegnanie. Ale Kubiak zaskoczył mnie opanowaniem i spokojem z jakim oznajmił:

-Ok, jak chcesz, ale przestań przede mną uciekać, kumple nie chowają się przed sobą.

8.

Dołożyłem starań, żeby ostatnie wydarzenia nie zmieniły naszych wzajemnych stosunków. Potrzebowałem Igi, chciałem mieć ją blisko. I chciałem poczekać na właściwy moment, czy mi się to podobało czy nie, ta dziewczyna namieszała mi w głowie, a przecież ja się nie poddaję ot tak. Znów widywaliśmy się częściej, a codzienne rozmowy czy telefoniczne czy przez internet trwały coraz dłużej.

Po kilku miesiącach poznałem Maćka. Zupełnym przypadkiem. Iga zasnęła, gdy oglądaliśmy film. To był nasz nowy rytuał. Kiedy nie wracałem całkowicie zmaltretowany z treningu wybieraliśmy coś do obejrzenia a ja udostępniałem jej przekaz. Równocześnie zostawialiśmy połączenie głosowe przez skype w razie konieczności skomentowania czegokolwiek związanego z filmem bądź nie.

Iga spała, słyszałem jej równy oddech. Zamknąłem oczy i wyobraziłem sobie, że leży tuż obok mnie. W stosunku do niej starałem się nie przekraczać granic, które jasno wyznaczyła, ale to nie sprawiało, że nagle przestałem o niej myśleć jak o kimś więcej niż tylko jak o przyjaciółce. Leżąc na łóżku i snując w głowie niezupełnie niewinne fantazje nagle usłyszałem jak dziewczyna mamrocze przez sen.

-Misiek, nie umieraj, nie zostawiaj mnie – zdawało się, że zaczęła płakać.

-Hej, obudź się – usiadłem na łóżku skupiając całą uwagę na mikrofonie słuchawek – Mała, obudź się.

-Nie śpię, nie śpię – oprzytomniała, ale usłyszałem jak pociąga nosem.

- Coś ci się śniło, coś złego, płakałaś.

-Nie, wszystko w porządku Michał, idziemy spać.

-Iga, nie kłam, słyszałem jak mówiłaś żebym nie umierał, powiedziałaś „Misiek, nie zostawiaj mnie”.

- Maciek.

- Co?

-Powiedziałam „Maciek”. Znów śnił mi się z ostatnich dni w hospicjum – cichy, smutny głos ledwie słyszalny wśród elektronicznego szumu.

Milczeliśmy chwilę, nie wiedziałem jak zareagować, czy pytać czy zostawić to wyznanie bez komentarza. Dotychczas Iga bardzo mało mówiła mi o sobie, a ja nie chciałem jej spłoszyć wścibstwem. Poza tym doskonale rozumiem jak to jest, gdy ktoś z buciorami wchodzi w twoje prywatne sprawy. Tym razem jednak zaczęła bez nacisków opowiadać o swoim pierwszym i ostatnim chłopaku. Właściwie w kilku zdaniach streściła całą przygnębiającą historię.

Maciek i Iga są ze sobą siedem lat, Iga zmienia dla niego ukochaną pracę, żeby móc w końcu zamieszkać razem. Nigdy się tak nie dzieje, bo u chłopaka zdiagnozowany zostaje nieoperacyjny guz mózgu, złośliwy. Leczenie trwa niecały rok. Ostatni tydzień życia nieprzytomny już Maciek spędza w hospicjum. Iga jest u niego codzienne, trzyma go za rękę. Jej chłopak umiera któregoś dnia rano, oficjalny czas zgonu: 6:30; na tą godzinę jest ustawiony budzik Igi.

Kiedy zamilkła, tak strasznie żałowałem, że nie jestem przy niej, że nie mogę jej przytulić. Tak bardzo było mi jej szkoda. Tamtego dnia wbrew zdrowemu rozsądkowi i nakazom mojego trenera położyłem się spać, kiedy zaczęło świtać. Przesiedziałem z Igą całą noc, nie mówiliśmy już wiele, ale wiedziałem, że jest jej potrzebna moja obecność. Słuchaliśmy swoich oddechów.

Po raz kolejny Maciek pojawił się między nami kilka miesięcy później. Jechaliśmy do Lubina. Spakowałem Igę prawie przemocą do mojego samochodu i wiozłem na imprezę wieńczącą nasz fantastyczny sezon. Cuprum złote, niepokonane i najlepsze. Jechaliśmy moim skrótem, omijając wiecznie remontowane odcinki autostrady między Gliwicami a Wrocławiem. Tuż przed Opolem, gdy właśnie wyzywałem zza kierownicy jakiegoś debila, który zajechał mi drogę, przez co mało brakowało a wylądowalibyśmy w rowie, Iga powiedziała bezwiednie, że przecież i tak czeka na śmierć.

-Michał! Przestań, zabijesz nas – wrzasnęłam na całe gardło. Kierowca pędzącej z przeciwka ciężarówki dawał sygnały długimi światłami a po chwili rozległ się ryk klaksonu. Również jadący za nami właściwym pasem trąbili bez przerwy.

-Przecież tego chcesz – Kubiak nawet nie odwrócił głowy, patrzył na nadjeżdżającego tira z zaciętym wyrazem twarzy.

Wiedziałam, że to zrobi, że nie zjedzie z tego pasa, nie ustąpi i zginiemy tu i teraz. Wszystko trwało sekundy, ale dla mnie, wpijającej kurczowo palce w pasy bezpieczeństwa, wszystko zwolniło. Zawsze myślałam, że tak dzieje się tylko w filmach. Bullettime, jak w grach komputerowych, rozciągnął mnie w czasie. Widziałam dłonie Kubiaka zaciśnięte na kierownicy tak, że pobielały mu knykcie, jego zmarszczone w determinacji brwi, jego usta, które teraz były cienką linijką gniewu, a przecież umiały się tak ładnie uśmiechać i wtedy jakaś zapadka w mojej głowie przeskoczyła błyskawicznie w inne miejsce. Nie chcę żebyśmy umierali.

-Nie!!!! Zjedź!!Proszę cię zjedź!! – krzyknęłam szarpiąc się na siedzeniu.

I udało się, Michał zdążył wrócić na prawy pas, tir minął nas z głośnym wyciem klaksonu, kierowcy za nami zawzięcie wciskali swoje. W tym całym rozgardiaszu Michał skręcił nagle w boczną drogę, koła zabuksowały na żwirze, zarzuciło samochodem, ale zdołał skontrować. Po kilkudziesięciu metrach zwolnił i skręcił jeszcze raz w leśną drogę pożarową. Zatrzymał się tak gwałtownie przed tarasującym dalszy przejazd szlabanem, że, gdyby nie zapięte pasy, uderzyłabym głową w szybę.

-Przed chwilą powiedziałaś, że czekasz aż umrzesz. To w końcu chcesz śmierci czy nie?  – zapytał  bezbarwnym głosem zaraz po wyłączeniu silnika samochodu. Nie patrzył na mnie. Siedział ze wzrokiem wbitym w kierownicę, nagle przygarbiony, z opuszczonymi ramionami.

-Ale nie w ten sposób, ona ma przyjść po mnie sama. I nie z tobą – odpowiedziałam bez namysłu, zapadka wróciła na swoje miejsce.

Szarpnął głową jakbym go uderzyła tymi słowami, popatrzył na mnie wściekły i przez zaciśnięte zęby wycedził:

-Żyć ze mną też nie chcesz. A z nim już nie umrzesz, on to zrobił bez ciebie, nawet cię przy tym nie było.

Siedziałam jak ogłuszona, łzy napłynęły mi nagle do oczu. Nie będę płakać tu, przy nim, teraz, muszę uciekać. Szarpałam się chwilę z pasami i wysiadłam w pośpiechu z samochodu. Od razu wbiegłam w jakieś zarośla i popędziłam na oślep przed siebie, byle dalej. Cienka gałązka smagnęła mnie po policzku, zapiekło. Zatrzymałam się i szloch wydarł się ze mnie. Zatkałam usta ręką a łzy zaczęły płynąć potokami po twarzy.

-Iga, przepraszam – usłyszałam jego głos za plecami. Nie chciałam na niego patrzeć i pokazać mu siebie tak rozbitej. Kolejny tłumiony szloch wstrząsnął moim ciałem. Michał w dwóch krokach był przy mnie i objął to co ze mnie zostało. Już nie raz mnie przytulał, ale to były przyjacielskie uściski może z niewielkim podtekstem, a teraz po prostu zamknął mnie w swoich ramionach, szczelnie i mocno, przycisnął do siebie jakby chciał mnie w ten sposób wchłonąć. Nie miałam szans by się ruszyć, co dopiero wyrwać. I wtedy wszystko we mnie pękło, puściło, rozpadło się na kawałeczki. Zaczęłam płakać tak jak nigdy, nawet bardziej niż wtedy, gdy po pogrzebie wlokłam się po cmentarnych alejkach rozdrapując dłonie do krwi. Wylewały się ze mnie wszystkie te lata bez Maćka, tęsknota, bezradność, samotność, strach, żal. Czułam to spustoszenie we mnie, jak się powiększa z każdą łzą, jak wszystko ze mnie ucieka. Szlochałam, nie mogłam złapać oddechu, łkałam prosto w pierś Michała, jego koszulka była już cała mokra, a ja nie mogłam się uspokoić. Nie wiem, kiedy zaczął mnie lekko kołysać w swoich ramionach, na pewno na początku stał bez ruchu i tylko tak silnie mnie obejmował. Teraz czułam jak mnie tuli jak małe dzieckouspokaja, jego głowa była oparta o moją, poczułam, że całuje mnie we włosy.

-Już wystarczy kochana, już, już dość – usłyszałam szept i posłuchałam go.

Jeszcze trochę drżą mi dłonie. Dawno nie byłem tak wyprowadzony z równowagi. To znaczy, byłem i bardziej, ale to zawsze były inne emocje, moje ulubione demony: złość i gniew. Teraz to coś innego. Smutek? Bezradność? Współczucie? Nie wiem sam, ale czuję jakby mnie ktoś skruszył a potem tymi okruchami potrząsał długo i energicznie. Iga usnęła na siedzeniu obok, spoglądam na nią od czasu do czasu, widzę jak pręga na policzku czerwienieje bardziej. Musiała mocno zahaczyć w tych krzakach, szkoda, że nie mam lodu. Śpi, ale paznokcie nadal ma wbite w dłoń, w stare blizny na kciuku. Nie chcę jej budzić, więc tak to zostawiam.

Nigdy nie widziałem żeby ktoś tak płakał, nawet Pola, która była najbardziej rozwrzeszczanym niemowlęciem o jakim słyszałem. To, co z Igą się działo było takie… organiczne? To chyba lepsze słowo niż pierwotne. To nie był płacz o coś, to nie był żal, to była jakaś rozpacz, ale przeogromna rozpacz, czarna dziura cierpienia. Nie wiem czy dobrze zrobiłem, że to przerwałem, może trzeba było dać jej się zapaść do końca, jak czarnej dziurze właśnie. Ale przestraszyłem się, gdy po kilkunastu minutach intensywność płaczu wcale się nie zmniejszała. To było nienormalne i przerażające. A z drugiej strony, trzymając ją przy sobie byłem… szczęśliwy? No właśnie, egocentryczny gnój, ale sam przed sobą nie będę kłamał. Było mi źle i dobrze równocześnie. Zacząłem ją całować po włosach, kołysać, szeptać do niej o tym czego bym chciał, o tym że chciałbym jej. Nie wiem czy coś z tego do niej docierało. Może i lepiej jeżeli nie, biorąc pod uwagę co się stało chwilę później.

Bo kiedy w końcu przestała płakać, a to też było dziwne i straszne, bo przestała od razu. Chyba nawet zaraz po tym jak do niej powiedziałem dość. Po prostu nagły stop. I kiedy przestała i podniosła głowę, patrząc na mnie tymi opuchniętymi oczami, z tą czerwoną, mokrą buzią, znów się nie powstrzymałem i pocałowałem ją. A przecież wiem już jak to się kończy, ale nie opanowałem tego odruchu, znowu. I znowu było tak samo.

-Michał, przyjaciel, proszę cię – powiedziała prędko.

-Nie chcę, żyj dla mnie, ze mną, to ja cię proszę – wyrzuciłem na jednym wydechu.

-Przyjaciel, tak? – jakby mnie nie słyszała.

Nie odpowiedziałem, kiwnąłem głową i pocałowałem ją w czoło. Po chwili pędziłem już szosą do Opola. A obok mnie siedziała Iga, Iga, którą widziałem dotąd jeden jedyny raz i to zupełnie przez przypadek. Iga wyjałowiona, wyprana z uczuć i emocji, z otępiałą twarzą, z oczami bez żadnego wyrazu. Gdybym z tą Igą zagrał o życie to obojga by nas nie było. I to mnie przeraziło najbardziej tego dnia. Nie jazda prosto na czołowe zderzenie, nie jej niezmierzona leśna rozpacz, tylko ta dziewczyna, z którą jechałem dalej. To, że jej może być naprawdę wszystko jedno, że nie umiem jej zabrać z tej pustki, w której tkwi. I że moim rywalem jest trup.

9.

Dostrzegam sylwetkę Michała za szybą drzwi prowadzących na taras. Stoję chwilę zbierając w sobie odwagę. Po dramacie rodem z najsłabszego serialu, który rozegrał się w drodze do Lubina, po całym tym niekontrolowanym wybuchu i jego i moim udajemy zgodnie, że nic się nie wydarzyło. Jest mi to na rękę, bo już zupełnie pogubiłam się w swoich uczuciach i nawet nie wiem jak zacząć je rozplątywać. Biorę głęboki oddech i wychodzę na zewnątrz z gwarnego pomieszczenia. Kiedy zasuwam za sobą szklaną taflę przycicha szum imprezy i czyjeś nieudolne próby przy karaoke odchodzą w niebyt.

-W porządku? – podchodzę bliżej, opieram się o barierkę plecami, podczas gdy on stoi zapatrzony w ciemne sylwetki drzew otaczających dom.

-Tak, musiałem trochę odetchnąć – uśmiecha się do mnie – denerwują mnie – ruchem głowy wskazuje centrum zabawy.

-Chcesz pobyć sam?

-Nie, zostań. Do tego, że ty mnie denerwujesz jestem już przyzwyczajony. Iga, co my tu robimy?

-No jak to co? Świętujemy zwycięstwo i złoto. Złoto, które wywalczyła twoja drużyna, a którego by nie było bez ciebie. Jesteś tu bohaterem. Ty i Kadziu – jakiś grymas przebiegł po jego twarzy, złość? -  A jeżeli pytasz, co ja tu robię to przypominam, że zostałam zmuszona, zaszantażowana i zaciągnięta. Winię ciebie. A tak naprawdę to o co chodzi? Powinieneś tam szaleć, razem z resztą.

-Myślałem, że mnie powołają – wyrzuca z siebie, a ja mimo wszystko czuję jak ustępuje ucisk w żołądku, nie będziemy roztrząsać wydarzeń z podróży.

Inna sprawa, że miałam nadzieję, że sobie z tym poradził. Kiedy kilka dni temu ogłosili skład bez Michała Kubiaka, mimo, że był bezapelacyjnie najlepszym przyjmującym w lidze, zewsząd posypały się gromy na selekcjonera. Chyba nawet większe niż te, które padły łupem Antigi po rezygnacji z Kurka. Tylko, że Kurek wtedy nie miał nawet w połowie tak udanego sezonu jak Michał. Nie rozmawialiśmy dotąd o tym, on nie zaczynał a ja nie chciałam bez zaproszenia dotykać mało przyjemnego tematu.

-To jest błędna decyzja – próbowałam zajrzeć mu w twarz – ale to przecież nie jest ostatnia szansa, wrócisz, zobaczysz, że wrócisz.

-Tylko jak długo jeszcze będę pokutował za coś, co nie ma związku z moją dzisiejszą dyspozycją, po co mam się starać, skoro to nic nie daje?

-A teraz to przesadzasz. Po pierwsze to, że pobiłeś kolegę na zgrupowaniu będzie się ciągnęło za tobą zawsze, to jest ta część ciebie, z którą musisz się pogodzić, czy ci to pasuje czy nie. Po drugie nie dramatyzuj: „nic nie daje”, a ta radość? – uchyliłam na chwilę drzwi i na taras wpadły dźwięki z salonu, śmiech, śpiew, muzyka – To co? Festiwal Buraka? Kto zdobywał najwięcej punktów w prawie każdym meczu, kto zabijał zagrywką przez wszystkie kolejki? Dzięki komu to złoto? Doceń to, bo to jest coś dużego i jako sportowiec powinieneś sam wiedzieć, że nie przytrafia się co dzień – wróciłam na stanowisko obok Michała. Popatrzył na mnie wilkiem, ale nie bardzo chyba potrafił znaleźć kontrargument. Postanowiłam nie odpuszczać, może dzięki temu to będzie pierwsza i ostatnia rozmowa na ten temat.

-Po trzecie, powtarzam, to nie jest koniec świata, masz jeszcze przed sobą lata gry, nie kończysz kariery, a ja i nie tylko ja, bo daleko nie szukając twój szalony trener również, wierzymy święcie, że do reprezentacji wrócisz i będziesz dla niej nieodzowny.

-A po czwarte – dodałam już tylko po to żeby zmusić go do jakiejś reakcji – to chyba cała ta scenka rodzajowa po to żebym ci poopowiadała, jaki jesteś niesamowity – ha, jak ja go znam, już brew ściągnięta, złe oko – no to mówię ci: jesteś niesamowity, najlepszy w tym sezonie, i dziś jest twój dzień. A ode mnie tyle dobrego na raz to usłyszysz w następnym stuleciu.

-No rzeczywiście, całe dwa przymiotniki, że ty je w ogóle znasz to zadziwiające – odgryzł się trochę, ale widzę nawet, po tym jak się wyprostował, że chandra zażegnana.

-Do usług – dygnęłam udając, że podnoszę rąbek nieistniejącej sukienki – idę do środka, zimno mi trochę.

-Czekaj, chodź tu zołzo – wciągnął mnie pomiędzy swoje ramiona, tak, że stałam plecami do niego, zaciągnął przód swojej bluzy zamykając mnie w środku. Trochę zaskoczył mnie tym gestem, ale nawet nie zdążyłam zareagować, a teraz było już za późno żeby uciec. Z resztą, czy ja aby na pewno chciałam uciekać?

-Czuję się jak kangur – oznajmił mi nad głową – cieplej ci?

-Cieplej – a nawet gorąco, pomyślałam, bo nagle poczułam mocniej jego zapach, serce, które biło tuż przy moich plecach, silnie obejmujące mnie ramiona. Po chwili oparł podbródek na moim barku, tak, że jego usta były tuż przy moim uchu.

-Dziękuję – wyszeptał tak blisko, że poczułam jego ciepły oddech. Przymknęłam oczy, ależ zadziałało. Nie wykręcę się teraz, nawet nie będę się starać.

-Iga – usłyszałam – posłuchaj…

W tej chwili drzwi na taras otworzyły się z całym impetem.

-Hej, Kubi nie widziałeś Igi gdzieś? – usłyszałam głos Kadziewicza.

Wyjrzałam znad ramienia Michała.

-Tu jestem, co się dzieje? – zapytałam słysząc nad głową niezadowolone mruknięcie, ale uścisk nie osłabł, nie wypuści mnie tak po prostu. Z jednej strony chciałam żeby Łukasz mnie stąd wyrwał, chciałam uciec, z drugiej tak bardzo chciałam zostać, w tym kubiakowym kokonie, bo pierwszy raz od dawna czułam się na swoim miejscu.

-A już nic – Kadziu miał dziwną minę, ale pozbierał się dość szybko – Michał wyglądasz jakbyś rodził obcego – i wystawił mi język.

Misiek pokazał mu w odpowiedzi środkowy palec, a ja zaczęłam się śmiać, po chwili znów zostaliśmy sami.

-Złapałaś chyba tą samą falę ze swoim idolem – oddech Michała znów drażnił mi ucho.

-Ja w ogóle komunikatywna jestem jakbyś nie zauważył. Łukasz jest naprawdę spoko. I bardzo cię ceni.

-Kolejny siatkarski przyjaciel? – nie zabrzmiało to dobrze w jego ustach.

-Michał – poruszyłam się, ale nie mogłam wykręcić się z jego objęć – w czyjej ja bluzie obecnie tkwię i czyim potem przechodzę? Twoim czy jego? Znasz mnie już trochę, ja nie jestem zbieraczem facebookowych przyjaciół. Sam sobie odpowiedz na swoje durne pytanie – udało mu się mnie zezłościć.

-Cichutko – szepnął i zamilkłam od razu – uwielbiam cię, wiesz? – dodał niespodziewanie.

Jak ja mam na to odpowiedzieć, jak teraz stąd zwiać. Maciek tak do mnie mówił. Jezu, Maciek, co ja tu w ogóle robię. Milion myśli a ciało bezwolne, zastygłe i napięte jak struna. I ten hipnotyzujący szept:

-Daj nam szansę, Iga.

Zwolnił uścisk, złapał mnie za ramiona o odwrócił do siebie wyszarpując z czeluści swojej bluzy. Ujął moją twarz w dłonie i oparł swoje czoło o moje. Był tak cholernie blisko, patrzyłam w jego oczy i nie mogłam nawet drgnąć. Czułam jak drżą mi wargi.

-Daj nam szansę – powtórzył i zaczął całować, najpierw czoło, potem powiekę, nos, kącik ust, a w końcu dokładnie przykrył moje wargi swoimi. Kolejny raz poczułam jego smak, i jak wcześniej było mi dobrze i chyba nawet odwzajemniłam pocałunki. Ale tak samo jak wcześniej po chwili w głowie mignął mi obraz nagrobnej płyty ze zdjęciem Maćka. Michał poczuł jak ponownie zesztywniałam i oderwał się ode mnie. Dalej patrzył mi w oczy. Zdołałam tylko smutno potrząsnąć głową.

-Nie odpuszczę – złapał mnie za ramiona i szarpnął silnie – wiesz, że to się w końcu stanie, bo nie może być inaczej. Potrzebujesz czasu? Masz go. Ale ja będę w pobliżu ciągle i będę próbował. Należysz do żywych a nie do…

-Michał, proszę cię – nie chciałam tego słuchać, przechodzić po raz drugi przez to samo – nie dziś, proszę cię. Chodź, zatańczysz ze mną, jeszcze nigdy nie tańczyliśmy razem – chwyciłam go za rękę. Pozwolił zaprowadzić się na powrót do środka, tam gdzie tłum szczęśliwych ludzi wykluczał rozmowy na zbyt poważne tematy.

10.

Otworzyłam oczy, sufit wirował. Zamrugałam kilka razy, nie było lepiej. No ładnie się załatwiłam, jeszcze mnie trzyma. Obróciłam głowę i zamarłam. Obok mnie, zagrzebany w kołdrę spał Michał.

-Szlag by to trafił – wyrwało mi się na głos, a zaraz potem byłam już w ekspresowej drodze do toalety. Jak zwykle, kiedy przesadzę, poranek oznacza heroiczną walkę z żołądkiem. Spędziłam w łazience dobrą godzinę, próbując pozbierać się w choć trochę użyteczną całość. Pocieszające było to, że trafiłam do swojego pokoju, nie pamiętałam jednak niczego, co usprawiedliwiałoby obecność Michała, ale sytuacja był dwuznacznie jednoznaczna.  Kiedy w końcu wróciłam do sypialni, okazało się, że znaczeń jest trzy, bo na drugim łóżku leżał w zrelaksowanej pozie Łukasz Kadziewicz.

-Ha, szkoda, że nie zrobiłem ci zdjęcia, fantastyczna mina – zaśmiał się, wyglądał na zmęczonego trudami wieczoru, ale na pewno zniósł go lepiej ode mnie.

-Co tu się wydarzyło i oddaj mi wszystkie filmy jakie nakręciłeś – powiedziałam półgłosem, Michał spał nadal, wolałam, żeby tak zostało, zanim nie dowiem się czegoś więcej. Usiadłam na łóżku obok Kadzia – ostatnie, co pamiętam, to, że w trójkę kończyliśmy kolejną Finlandię, i chyba oddałam o jeden strzał za dużo. Ale się zmarnowałam.

-Wszyscy oddaliśmy, ale masz łeb koleżanko – Łukasz poklepał mnie po plecach – od razu wiedziałem, że jesteś złota kobieta.

-Nie jest to powód do dumy – uśmiechnęłam się słabo – a jak to się stało, że moja dwójka do pojedynczego wykorzystania stała się koedukacyjną trójką?

-Naprawdę chcesz wiedzieć?

-Lepiej od ciebie niż od niego – wskazałam głową na chrapiącego aktualnie Miśka i szykując się na najgorsze.

-Nie mam serca cię dręczyć w takiej niedyspozycji – Kadziu przeciągnął się na łóżku – w stanie wskazującym chciałaś koniecznie spać ze mną… oj nie patrz tak, choć nie zdziwiłbym się jakbyś chciała nie tylko spać, w końcu to ja – wyszczerzył zęby.

-Łukasz, proszę cię, łeb mi pęka i zaraz będę znów rzygać, miałeś mnie nie dręczyć.

-Powiedziałaś, że ze mną w pobliżu będziesz się czuć bezpiecznie, takie tam pijackie gadanie, na co oczywiście twój błędny rycerz chrapiący się oburzył i sprzeciwił. Bo jak ktoś ma z tobą spać to tylko on. A potem wszyscy grzecznie padliśmy jak muchy. I tyle, sama widzisz, że żadnych ekscesów.

-Łaska pańska, bo już mi słabo się robiło.

-Iga – Łukasz zabrzmiał poważniej, co zmusiło mnie do przeniesienia na niego wzroku – nie powinienem ci tego mówić, ale wczoraj przy tej ostatniej flaszce trochę dziwnych rzeczy usłyszałem, od was obojga, więc powiem. Jego wzięło, naprawdę, wzroku z ciebie nie spuszcza. Odkąd się znacie to Michał się bardzo uspokoił, i to głównie dzięki temu mamy to pierwsze miejsce. Umiejętności miał zawsze, ale chłodna głowa to coś nowego. A ty, chociaż mi tu zgrywasz silnego zawodnika, też nie jesteś w stosunku do niego tak przyjacielska jak próbujesz udawać. Ogarnij się. Ogarnijcie się oboje. Bo ja potrzebuję w następnym sezonie spokojnego, skutecznego Kubiaka, albo Kubiaka tak wkurwionego, że będzie zmiatał przeciwnika z boiska samą zagrywką. Jesteś mądrą dziewczynką to wiesz, o co chodzi, a teraz idę się myć.

Kadziewicz, wstał i poszedł do łazienki, nie dając mi szansy na jakąkolwiek odpowiedź. Po chwili usłyszałam szum lejącej się wody i wygwizdywaną spod prysznica melodyjkę. Znów poczułam się nieciekawie i stanęłam w otwartych na taras drzwiach. Potrzebowałam świeżego powietrza zarówno ze względu na mdłości jak i słowa Łukasza. Ogarnąć się, tylko jak?

Otworzyłem oczy, sufit wirował. Zamrugałem kilka razy, nie było lepiej. No ładnie się załatwiłem, jeszcze mnie trzyma. Obróciłem głowę i zamarłem. Iga stała oparta o framugę balkonowych drzwi, wyglądała jak ujęta w ramę obrazu. Widziałem jej profil, całą sylwetkę wycieniowaną promieniami słońca. A, że miała na sobie jakiś luźny t-shirt do połowy uda, to widoczne były też kontury tego i owego. Nie powiem, przyjemny widok, mógłbym tak zaczynać każdy dzień, no może bez tego kaca, który już się szczerzył zza rogu.

Tak jakby wyczuła mój wzrok, bo odwróciła się nagle i spojrzała w moją stronę. Zmieniła ułożenie ciała na jeszcze bardziej interesujące, głośno przełknąłem ślinę.

-Dzień Dobry – wymamrotałem.

 -Cześć, jak samopoczucie – uśmiechnęła się i ku mojemu rozczarowaniu schowała się pod kołdrą sąsiedniego łóżka.

 -Daj spokój, mogłem się nie budzić.

-Wiem, co czujesz, mam to samo.

-Iga, czy my… – postanowiłem zapytać wprost, bo cała sytuacja była dla mnie nie do końca jasna, coś mi musiało umknąć z wczorajszego wieczoru.

-Spokojnie, nic się nie stało, Kubiaku, nic się nie stało – zanuciła znaną sportową przyśpiewkę – przynajmniej nie ze mną, bo sam nie spałeś.

-Co?

W tej chwili do pokoju wszedł Kadziewicz, owinięty w pasie ręcznikiem i podśpiewujący pod nosem. Wydawało mi się, że spojrzał porozumiewawczo na Igę i zrobił ruch jakby chciał położyć się przy mnie.

-Co ty stary, ochujałeś ? – wykrztusiłem – Co ty tu robisz?

-Oj Misiu, w nocy nie byłeś taki wulgarny, nawet tuliliśmy się chwilkę – Łukasz puścił do mnie oko i ułożył usta w zalotny dzióbek.

Przez kolejne kilka minut zniesmaczony obserwowałem jak Iga i mój walnięty trener zarykują się ze śmiechu, ocierają łzy i przybijają sobie piątkę. Nieśmieszne.

11.

Telefon schowany pod poduszką wibrował i dzwonił natarczywie „…here, but now they’re gone…”. Sięgnęłam po niego na oślep i wymruczałam coś niewyraźnie nie otwierając nawet oczu.

-Halo, Iga? Słychać mnie? Jak tam? – usłyszałam rześki głos Michała.

-Kubiaku, miej litość, tu jest ciemna noc, daj spać – wymamrotałam.

-O cholera, rzeczywiście, sorry, ale nic się nie odzywasz, chciałem sprawdzić czy wszystko gra.

-Jest cudownie, za około półtorej godziny będę wstawać do pracy, spaaać chcę – wtuliłam twarz mocniej w jaśka.

-Oj nie marudź już. Przyznaj lepiej, że tęsknisz za mną.

-Tak, ogromnie, ale potem sobie przypominam, że masz dwutygodniowe wakacje a ja swoje zobaczę w tym roku tylko na lewych kwitkach urlopowych i jakoś tak bardziej cię nienawidzę niż za tobą tęsknię. Nie wracaj, daj spać! – usłyszałam odległy śmiech

- I dlatego się nie odzywasz? Z zawiści?

-Michał – trwająca rozmowa zaczynała mnie coraz bardziej wybudzać – pojechałeś do Tajlandii z Polą, spędzasz czas ze swoją córką i tak ma być, nie ma potrzeby, żeby ktokolwiek ci ten wyjazd zakłócał, mnie w to włączając. Poza tym ja tu mam zamknięcie kwartału i ledwo zipię. Nagadamy się jeszcze jak wrócisz. A teraz daj pospać cokolwiek, strasznie cię lubię, ale akurat nie w tej chwili.

- Ok, ok , też się cieszę, że cię słyszę – zaśmiał się znów – no dobra uciekam, Monia z małą już czekają. Trzymaj się.

-Pa – odłożyłam telefon. A po chwili gwałtownie otworzyłam oczy „Monia??!!”

-Mam coś dla ciebie, od razu jak to zobaczyłem, to pomyślałem o tobie – uśmiechnięty, opalony, wypoczęty Michał znów rozwalał się na mojej kanapie grzebiąc w plecaku. Urlop dobrze mu zrobił, promieniał. Pomyślałam, że chyba towarzystwo, w jakim spędził ostatnie dni też ma coś wspólnego z jego świetnym humorem.

-O jest – podawał mi na wyciągniętej dłoni małe okropieństwo. Figurka przedstawiała ni to kudłatego szczurka ni to miniaturowego smoka z zakręconymi rogami i postrzępionym futrzanymi skrzydełkami. Wbrew sobie roześmiałam się w głos.

-To coś ci się ze mną kojarzy? Naprawdę, od ciebie usłyszeć komplement to jest kategoria wyzwanie – nie mogłam opanować wesołości widząc zmieszaną minę Michała.

-To nie tak, tylko skojarzył mi się z opętanym kotem – zaczął się tłumaczyć.

-Żartuję przecież – przerwałam mu – jest kapitalny, patrz, jakie ma złe oczka. Idealnie szkaradnie intrygujący. Dzięki bardzo, trafiłeś – pogłaskałam szczurosmoka po grzbiecie i posadziłam sobie na ramieniu.

Michał uśmiechnął się do mnie.

-Monia się pukała w głowę jak to kupowałem, ale przecież tobie nie przywiozę figurki buddy albo parasolki.

Na szczęście nie zauważył skrzywienia ust, którego nie zdążyłam powstrzymać, bo znów szukał czegoś w plecaku. Opanowałam się momentalnie, nic mnie w tej wypowiedzi nie zaskoczyło, taki był oficjalny wyraz mojej twarzy.

-Mam jeszcze coś – wyciągnął triumfalnie małą plakietę z przyczepioną biało-czerwoną smyczą – wejściówka do loży vip na Memoriał Wagnera. Będziemy mogli sobie razem spokojnie obejrzeć wszystkie mecze tu w Krakowie. Nie gram, ale myślę, że podołam jako kibic – Michał wyszczerzył się zadowolony z siebie.

Stoję przy szybie w górującej nad parkietem loży z rękami wbitymi w kieszenie spodni. Nie patrzę na boisko, jakoś nie interesują mnie wydarzenia pod siatką. Wbijam wzrok w dobrze widoczny sektor A20. Iga siedzi razem z tym dryblasem, którego już kiedyś widziałem, sto lat temu, na lotnisku w Tuluzie. Klaszczą, krzyczą, wstają do meksykańskiej fali. Widać, że dobrze się bawią. Ja nieszczególnie. Za godzinę mam wejście na żywo w studiu, jako ekspert. Muszę się spiąć w sobie, bo inaczej skończy się na warczeniu do wszystkich i znów mnie nie będą chcieli nigdzie zapraszać. Zgrzytnąłem zębami, jeszcze raz ten koleś ją obejmie to zejdę na dół i mu przyłożę w tą ładną buźkę.

Byłem taki pewny i zadowolony z siebie, kiedy podawałem jej karnet. Jak mogłaby nie chcieć, przecież każdy by chciał siedzieć w loży, w towarzystwie znanych sportowców i dziennikarzy. Iga odmówiła.

-Michał, to naprawdę świetne, strasznie ci dziękuję, ale to nie jest dobry pomysł – powiedziała po chwili z przepraszającym uśmiechem.

-To jest znakomity pomysł, o czym ty mówisz? – z zaskoczenia nadal nie opuściłem ręki, którą podawałem jej wejściówkę.

-Nie gniewaj się, ale to nie jest mój świat, czułabym się skrępowana. Jak ubogi krewny.

-Co ty pleciesz?!– oburzyłem się.

-No tak jest, wolę czuć się swobodnie, poza tym to nie jest też hmm właściwe żebyś się afiszował ze mną tak oficjalnie, przecież zaraz gdzieś pojawią się jakieś głupie zdjęcia. Nie wiem, czy pamiętasz, ale w trakcie memoriału będziesz osobą publiczną.

-Wstydzisz się mnie? – wiedziałem, że to słabe, ale zaczynało mnie ponosić.

-Staram się myśleć rozsądnie za nas oboje – popatrzyła na mnie z wyrzutem – jeżeli chcesz sobie poskładać jakoś rodzinne puzzle to moja obecność na wspólnych zdjęciach w tym nie pomoże.

Zaniemówiłem zupełnie. I zrobiłem straszną głupotę, wstałem i wyszedłem bez słowa. Dopiero w drodze do domu zrozumiałem, że mówiła o Monice, że przecież nie wspomniałem jej, że wakacje spędzę razem z byłą żoną. Kretyn. A potem opowiadałem o tym jakby nigdy nic. No to teraz stoję tu, smutny palant, i oglądam cukierek przez szybkę trzeci dzień.

-Iga, patrz, Kadziewicz!

-Gdzie? – rozejrzałam się zaniepokojona.

-No tam, patrz, idzie tutaj – Przemek złapał mnie za głowę i odwrócił we właściwym kierunku.

-O kurwa – wyrwało mi się spod serca, Łukasz patrzył prosto na mnie i zmierzał bez wątpienia do naszego sektora. Pokręciłam głową w niemej prośbie. Ale Kadziu się tylko uśmiechnął i przyśpieszył kroku.

-Ej, on tu naprawdę idzie, Iga wy się znacie – oskarżycielsko ryknął mi do ucha Przemek.

 -Wiejemy – wstałam w panice, ale mój wierny kumpel mnie zatrzymał.

-Gdzie kretynko, i tak już za późno.

Rzeczywiście było już za późno, bo Łukasz Kadziewicz przybijając piątki i wymieniając uściski dłoni z kibicami był już przy naszym rzędzie. Ukłonił się przesadnie i zawołał:

-Iga, czy mogę cię prosić tu na chwilę? Twojego towarzysza również.

Nie było wyjścia, jeżeli chciałam uciec to musiałam go posłuchać. A uciec chciałam najbardziej na świecie, wszyscy się patrzyli w naszym kierunku, czułam na twarzy palący rumieniec, jeszcze tylko brakuje tej scenki na telebimie. Wiać, wiać jak najszybciej.

Łukasz dał nam znak ręką, że mamy iść za nim i wyprowadził z hali do korytarza oznaczonego, jako wejście vip. Tam przystanął.

-Miło cię widzieć, czemu taka zła? – uśmiechnął się z zadowolony z siebie.

-Dobrze wiesz czemu, po jakiego grzyba ten show? Promować się możesz bez nas, i tak by cię pokazali w telewizji – warknęłam – o co chodzi?

-Cześć, jestem Łukasz – Kadziewicz zignorował mnie zupełnie i podał rękę Przemkowi – wytrzymujesz to?

-Cześć, Przemek, wytrzymuję, przyzwyczaiłem się przez te lata, ten typ tak ma – zostałam poklepana w przemkowy sposób po głowie.

-A to wyrazy szacunku, podziwiam.

-Gratuluję – wtrąciłam ze złością – właśnie zyskałeś podziw gościa, który swoich zawodników motywuje mówiąc im, że mają być szybcy jak jaguar i zwinni jak małpy. Możesz być dumny z siebie Przemuś.

-Raz, raz mnie poniosło, Michał jej opowiedział i teraz mi żyć nie daje – Łukasz wytłumaczył się nad moją głową Przemkowi, a potem pochylając się zwrócił się do mnie – nie jak małpy tylko jak kozice. Nie przekręcaj. A teraz chodź na chwilę, bo mamy do pogadania. I nie gryź. Wybacz Przemku.

-Nie ma problemu.

Gdy schowaliśmy się załomem muru Łukasz spoważniał.

-Iga, po raz pierwszy i ostatni to robię. Wyprostuję to za was. Ten głupek stoi tam trzeci dzień przy szybie i gapi się na ciebie zamiast na mecze. To, że myślał, że po prostu przyjdziesz siedzieć z nim wśród obcych na widoku, też mi się nie mieści w głowie, ale powinnaś być mądrzejsza. Teraz pójdziemy wszyscy grzecznie do loży, ty, ja i twój sympatyczny kolega. I bez gadania.

Kiwnęłam głową. Kiedy nie ma dyskusji to nie ma dyskusji.

-Czy twój znajomy też ma tak mocną głowę jak ty? – spytał Kadziu prowadząc nas schodami do góry.

-Mocniejszą.

-A to i dobrze, bo my z Bednarukiem zawsze szukamy bezskutecznie partnera na poziomie.

Widziałem z daleka całe zamieszanie, jak Kadziewicz wyprowadza Igę i jej kolegę. Domyśliłem się, co temu oszołomowi wpadło do głowy i nie myliłem się. Po chwili całe towarzystwo było już na miejscu. Łukasz przedstawił dziewczynę jako dobrą znajomą i tak pokierował prezentacją, że ja byłem na końcu poznawanych osób.

-Michał – Iga, Iga – Michał – rzucił krótko, a potem dodał zwracając się tylko do mnie – nie ma za co.

Za chwilę złapał tego całego Przemka za łokieć i usadził pomiędzy sobą a Kubą Bednarukiem. Już po gościu – pomyślałem z wdzięcznością.

-Usiądziemy? – poprowadziłem ją do jednej z kanap. Nikt nie zwracał na nas uwagi, kolejne stracie na dole właśnie się zaczynało.

-Iga, nic się nie zmieniło, czekam na ciebie – zacząłem mówić szybko, żeby starczyło mi pewności siebie – a Monika nie puściłaby mnie samego z małą na tak długo, poza tym muszę się z nią dogadać, w końcu to matka mojego dziecka. Tego nie zmieni nic. I jakoś się porozumieliśmy, wycofa pozew. Nic więcej w tym nie ma. Moja wina, że ci nie powiedziałem – chciałem jeszcze coś dodać, ale poczułem chłodną dłoń, która dyskretnie splotła palce z moimi i zamilkłem. Znów było dobrze, było nawet lepiej. Gładziłem blizny na jej drobnym kciuku i obserwowałem wydarzenia na boisku. Pierwszy raz na tym turnieju.

12.

-Cześć Maciuś, wiem, że chwilę mnie nie było. Zeszło tak jakoś. Ale ty wiesz, że przecież codziennie o tobie myślę, nawet, jeśli nie przychodzę. Tak bardzo chciałabym cię usłyszeć, zobaczyć. Tęsknię Maćku bardzo. Nie da się tak po prostu przejść do porządku dziennego nad tak wielką luką w życiu. Kiedy dedykowało się komuś każdy moment, ufało tak bezgranicznie, dzieliło wszystkie chwile, marzenia. Wiesz, bo ci już mówiłam, że odkąd ciebie nie ma to już nic nie chcę, nie potrzebuję. Na twoim pogrzebie ksiądz powiedział, że jesteś tam gdzie się już niczego nie pragnie. Pomyślałam wtedy, że to straszne, bo przecież ty byłeś pragnieniem, to cię napędzało, cieszyło. Sama wylądowałam w takim pustym miejscu za życia, mam tylko nadzieję, że u ciebie oznacza to spokój ducha, bo dla mnie oznacza to cierpienie. Tak bardzo potrzebuję, żebyś na mnie nakrzyczał, przywołał do porządku, popchnął we właściwym kierunku. To, co zawsze mniej lub bardziej świadomie dla mnie robiłeś. Pomaga mi obecność Michała, to, że jest blisko. Przyszłam ci powiedzieć, że to uczucie, którego już nie chcę wypierać, jest czymś innym, ani lepszym ani gorszym, po prostu innym. I sprawia, że znów czegoś chcę. Kocham cię Maćku, ale teraz chcę być z nim.

13.

-Iga, mówię do ciebie!

-Słyszę Kubiaku, ale muszę tu skończyć, bo coś mi się nie zgadza – odpowiedziałam nieuważnie.

-Ty już oszalałaś zupełnie z tą pracą, od początku oglądam na ekranie tylko same papierzyska, bo siedzisz w tych swoich cyferkach, a mówisz do mnie półgębkiem – Michał marudził mi za uchem.

-Muszę to skończyć, mówiłam ci, że dziś skype może tak wyglądać, przykro mi – nie podniosłam nawet głowy znad służbowego komputera.

-Myślałem, że zgrywasz niedostępną, kończ już, obejrzymy sobie coś razem.

-Michał – spojrzałam w kamerkę – to jest moja siatkówka, moje treningi, siłownia i wizyty u fizjoterapeuty. Czy ja ci przynudzam w trakcie meczu, żebyś obejrzał ze mną film?

-Nie, bo moje mecze są ciekawsze od każdego filmu, a u ciebie to gorsze od szachów – wystawił mi język.

-Panie Kubiak, to, że coś pana przerasta, w tym przypadku moje analityki, to nie znaczy, że to nie jest interesujące, po prostu dla pana jest za trudne – zasalutowałam do migającego światełka.

-Zołza – powiedział rozbawiony.

-A powiesz mi coś, czego nie wiem? – zaśmiałam się pod nosem.

-Ładnie ci z tą przepaską we włosach, dziewczęco – usłyszałam

-A bo mi lecą te kłaki do oczu, praktycznie – podniosłam wzrok, zdążyłam tylko uchwycić ruch ręki Michała, odsuwał ją od ekranu i jego zmarszczone nagle brwi.

-Dość tego – warknął i przerwał połączenie. Osłupiała wpatrywałam się w nagle ciemny monitor.

Obudził mnie telefon, „come on baby, don’t fear the reaper, baby take my hand”. Poderwałam się od razu, czekałam cały wieczór, aż się odezwie.

-Michał, co się dzieje, martwiłam się, nie można się było dodzwonić, gniewasz się? – wylewałam wszystkie obawy jednym potokiem słów.

-Otwórz drzwi.

-Co? – rozłączył się a równocześnie usłyszałam pukanie.

Pobiegłam do przedpokoju, stał w progu, z zarzuconym na ramię plecakiem. Spod zmarszczonych brwi patrzyły na mnie intensywnie niebieskie oczy.

-Ale…

-Cicho, mam sprawę, nawet kilka – uciął krótko wchodząc do środka.

-Po pierwsze: mam dość, koniec. Nie będę już patrzył godzinami w monitor, dziś pogłaskałem nieświadomie ekran gapiąc się na ciebie. Ile my mamy lat Iga? Dość tej dziecinady – nie pozwoliłem jej zareagować, miałem to przygotowane. Nie uda jej się teraz uciec, dopóki nie wysłucha wszystkiego. Wóz albo przewóz.

-Po drugie: jesteśmy parą, możesz sobie myśleć, co chcesz, ale tak jest. Od prawie roku spędzamy ze sobą po kilka godzin dziennie, w weekendy po kilkanaście, mówimy sobie o wszystkim, znamy się jak nikt inny nas nie zna i czekamy na każdy kolejny telefon, skype, spotkanie. Jesteśmy razem – podkreśliłem – i nie jak przyjaciele, to, co my wyprawiamy już od dawna jest daleko poza przyjaźnieniem się, i nie pytam się ciebie czy tego chcesz, tylko oznajmiam ci fakt.

-Po trzecie: będziemy mieszkać razem, nawet, jeśli tylko przez dwa dni w tygodniu. Możemy zdecydować później, kiedy u mnie, kiedy u ciebie, kiedy w Koziej Wólce, ale razem Iga, od zaraz.

-Po czwarte: zaprzecz temu wszystkiemu, powiedz, że nie mam racji, ale dopiero po tym – pochyliłem się, podniosłem jej podbródek do góry i pocałowałem tak jak zawsze chciałem. Intensywnie, wsuwając delikatnie język między jej wargi, oddając wszystkie emocje z pożądaniem na czele. To był długi pocałunek i jeszcze dłuższy i kolejny, bo jej dłoń była już na moim karku a potem we włosach, bo przycisnąłem ją do ściany upuszczając plecak na podłogę, bo to, jakie emocje otrzymywałem w zamian wynagradzało mi w dwójnasób szaleńczą nocną jazdę z Lubina.

-Po piąte – szepnąłem, niechętnie odrywając się od niej na chwilę.

Ale Iga tylko się zaśmiała cicho i powiedziała:

- Nie ma po piąte, nie zaprzeczam, chodź już w końcu.

I wzięła mnie za rękę prowadząc do swojej sypialni.

==============================================================

Dokąd teraz?

MIgał2: jeszcze trochę zamieszania

Elektroliza: coś o Bartku

Coś innego: zapraszam do polecanych po prawej stronie

Zabierzcie mnie stąd!

14 odpowiedzi na „MIgał

  1. ~Soulmate pisze:

    Aj, jakie to było dobre <3 Od początku do końca pięknie napisane i chociaż fanką Kubiaka nie jestem to tutaj nawet udało mi się go polubić :)

    • otfilulu pisze:

      No to jestem ciekawa dalszych reakcji bo trochę się dzieje w kolejnych częściach, jeżeli oczywiście będziesz miała ochotę się z nimi zapoznać.
      W każdym razie dziękuję za odwiedziny i dobre słowo.
      Pozdrawiam :)

  2. ~ani pisze:

    nie mam słów…
    fantastyczne. po prostu.

  3. ~Little Witch pisze:

    WOW. Po prostu WOW. I tyle w temacie. :)

  4. ~Sprincia pisze:

    Siema.
    Raju genialne aż mnie oczy bolą tak rzadko mrugałam :)
    Świetne zakończenie, nie spodziewałam się, że pójdzie do Maćka i „powie” mu o Michale i uczuciu do niego.. Genialne
    Zabieram sie od razu za dwójkę

    • otfilulu pisze:

      Hej, dzięki. Mam nadzieję, że dalsza lektura nie rozczaruje.
      I mrugnij sobie od czasu do czasu, to pomaga w życiu ;)

  5. otfilulu pisze:

    Pozdrawiam wszystkie sówki zaglądające tu tuż przed i tuż po północy :). Jestem z Wami :)

  6. ~paula pisze:

    Jezu kochany! to opowiadanie jest GENIALNEEE!!!! <3 tak mnie wciągnęło, że aż spóźniłam się na uczelnię XD wszystkim polecam! cuudo!

  7. ~eni pisze:

    Jedno z najlepszych opowiadań jakie czytałam. Myślę, że moja top 5! Po pierwsze świetnie wymyślony plot, a po drugie masz bardzo lekkie „pióro” i czyta się wyśmienicie :) Dziękuję Ci i proszę o więcej :D A jeżeli już coś opublikowałaś wcześniej, proszę podaj linki.

    • otfilulu pisze:

      Dziękuję serdecznie za dobre słowo :):):) Bardzo miło. Mam rozbabrane MIgał2, mam nadzieję skończyć w tym m-cu i wrzucić.

      • ~eni pisze:

        Właśnie zobaczyłam, przeczytałam i… co prawda nie zaczyna się dobrze, ale mam nadzieję, że to będą „złe miłego początki” :) Super, że dalej piszesz, dzięki!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>