Elektroliza2

Rozdziały: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15

Kołnierzyk uwierał, cisnął, dławił. Bartek poluzował go odrobinę i zaczerpnął powietrza, przesunął dłonią po spoconym karku po czym bezwiednie wytarł ją w ciemną tkaninę spodni. Zaklął pod nosem spoglądając na wilgotny ślad, jaki tuż nad kolanem pozostawiła jego ręka. Garnitur, choć szyty na miarę u najlepszego krawca w Rzeszowie ciążył mu jakby był żelazną zbroją. Przygniatał i kłuł. Wspaniale uzupełniał się z nastrojem w jakim znajdował się siatkarz. W swoim życiu Bartek miał wiele fatalnych dni, dni paskudnych i trudnych, stresujących i frustrujących, dni przynoszących porażki i rozczarowania, a czasem nawet łzy. Żadnego z nich nie czuł się równie źle jak dzisiejszego.

Nerwowo wyłamał palce i z wahaniem sięgnął po leżący obok gruby, podniszczony notes. Ważył go chwilę w ręce marszcząc czoło. Zawartość zeszytu poznał jeszcze wczoraj wieczorem. Zostawiła go specjalnie w takim miejscu żeby nie mógł go ostatecznie przeoczyć, a równocześnie ukryła brulion na tyle sprytnie by nie znalazł go za wcześnie. Ostatnie ostrzeżenie Elizy spisane pieczołowicie na kratkowanym papierze. Odchylił grubą okładkę i przeczytał głośno pierwsze słowa:

Drogi Nieznajomy Przyjacielu,

piszę do Ciebie znikąd …

Do ceremonii pozostało kilka godzin i choć Bartek doskonale wiedział, że to jedynie pogłębi jego roztrzęsienie nie znalazł lepszego sposobu na wypełnienie czasu jak ponowna lektura pozostawionych mu zwierzeń. Kołnierzyk koszuli uwierał nadal, ale pochylony nad notesem chłopak nie zwracał już na to najmniejszej uwagi.

1.

Drogi Nieznajomy Przyjacielu,

piszę do Ciebie znikąd. Piszę do Ciebie, bo przecież każdy list powinien mieć adresata. Piszę do Ciebie, bo moja lekarka twierdzi, że w ten sposób powinno mi być łatwiej uporać się z moim popapranym życiem. Nie wierzę jej, ale tak bardzo chcę, żeby w końcu zostawiła mnie w spokoju, skończyła to swoje bezsensowne ględzenie i próby naprawiania nienaprawialnego.

Piszę do Ciebie, bo jesteś idealnym Przyjacielem. Nie istniejesz. Tak jak nie powinnam istnieć ja. Nie udało się, ale co ma wisieć nie utonie. Ha! Czy zauważyłeś Mój Drogi ten niezamierzony żart? Boki zrywać. Lenny nie utonął.

To wciąż boli, wiesz? Nadal dręczą mnie koszmary, nie tak okrutnie realne dzięki tabletkom, które mi przepisano, ale niepozostawiające najmniejszych wątpliwości. Lenny w ogrodowej altance, osamotniony i porzucony. Przeze mnie. Doprowadzony na skraj wytrzymałości, gdzie nie pojawiła się żadna pomocna dłoń, żeby go złapać i zatrzymać. To moja dłoń go zawiodła. I teraz nie ma już Lennego. Nie powinno być i mnie. Ale wykpiłam się jedynie szkaradnym oparzeniem na przedramieniu. W szpitalu powiedzieli, że to cud. Nie prosiłam o niego. Powinien zostać podarowany komuś, kto go potrzebuje, nie mnie. Zmarnowany, chybiony cud. Gdzie był, kiedy Lenny prosił o ratunek? Ja nie chciałam ocalenia a je dostałam, on go tak bardzo potrzebował a odpowiedziała mu cisza.

Niewiele pamiętam z tego, co się wydarzyło. Moja lampa stojąca w głębi korytarza. To chyba ostatni wyraźny obraz sprzed pierwszej próby. I to uczucie, że właśnie się zapadam, że zawsze będę grać w tej samej miernej sztuce handlowych transakcji. Wciąż kupno i sprzedaż, popyt i podaż, towary, usługi, pożyczki. Zatrzasnęłam drzwi, ale to tak śmiesznie mało. Nie można się odizolować przekręcając klucz w zamku, to byłoby zbyt proste. Kolorowe iskrzące kabelki, to już łatwe nie jest. Wymaga odrobiny odwagi, determinacji, zdecydowania. Tak się złożyło, że akurat miałam je na zbyciu. Razem z wszechogarniającym pragnieniem bycia nigdzie, czucia niczego, starania się o nic.

Mój Drogi Nieznajomy Przyjacielu, kiedyś trafię tam gdzie Ty. Na razie piszę do Ciebie znikąd udając, że wierzę w zbawienny wpływ tych listów. I czekam na właściwy moment, kiedy w pobliżu nie będzie nikogo, kto wyważy drzwi i przyczyni się do kolejnego, niepotrzebnego cudu. Już niedługo.

-Niepotrzebny cud – smutny głos Bartosza nieznacznie zakłócił panującą w pomieszczeniu ciszę – Lisku, jak mogłaś… To ja go dla Ciebie wybłagałem.

Pokręcił głową z niedowierzaniem. W jego myśli nieproszony wdarł się niepokój. Bartek też miał swój koszmar, który tak często budził go w nocy. Znów stał w pogrążonym w niespodziewanej ciemności korytarzu starej kamienicy wsłuchując się w łomot własnego serca i modląc się o cud. Jeden z tych niepotrzebnych.

-Eliza! Otwórz, Eliza! – Kurek ponownie wyrżnął barkiem w zatrzaśnięte skrzydło drewnianych drzwi.

Ani drgnęły. Solidna, dębowa deska nie miała zamiaru ustąpić, zawiasy, jako jedyne w wiekowym budynku postanowiły, jak na złość, właśnie dziś udowodnić swoją użyteczność i niezawodność. A przecież tam po drugiej stronie musiało stać się coś bardzo złego, tak okropnego, że Bartek bał się nawet o tym pomyśleć. Wystarczyło, że całe jego ciało myślało o tym za niego. Strach, jakiego nie czuł jeszcze nigdy. W panice ponownie wziął rozbieg przypuszczając następny atak na blokującą dostęp do Elizy przeszkodę. Nie dbał o ból potłuczonego ramienia, nie przejmował się kontuzją czy urazem. Najważniejsze, żeby dostać się do środka, upewnić, że wszystko jest w porządku, że to tylko nieszczęśliwy zbieg okoliczności, kolejna nic nieznacząca awaria.

-Eliza! – krzyknął zrozpaczony uderzając pięścią w ościeżnicę i dając upust swojej bezsilności.

-Odsuń się synku – mrok rozjaśniło drgające światło latarki a tuż obok ramienia zaskoczonego Bartosza pojawiła się zgarbiona postać.

-Głuchyś? Odsuń się, nie ma czasu – pani Strużyńska, zdaje się, że tak nazywała się wyjątkowo wścibska sąsiadka Elizy, dźgnęła siatkarza w bok trzymaną w drugiej ręce laską.

-Masz, świeć mi tu, nie stój jak ciele – staruszka przepchnęła się obok siatkarza i z wyciągniętego z kieszeni szlafroka pęku kluczy bezbłędnie wybrała ten właściwy. Zamek zgrzytnął i drzwi uchyliły się natychmiast.

Bartek wpadł do mieszkania oświetlając sobie drogę latarką. Mimo, że był tu już wcześniej, kilka cennych sekund minęło zanim zorientował się, gdzie powinien pobiec. Eliza leżała nieruchomo na podłodze obok straszącego rozbebeszoną pościelą tapczanu. Jej dłoń zaciskała się wokół wydartego ze ściany gniazdka. Potem Kurek wielokrotnie wyrzucał sobie swoją bezdenną głupotę i gratulował wyjątkowego szczęścia, bo nie zastanawiając się wcale nad konsekwencjami po prostu wyrwał nadpalone kable z poparzonej ręki dziewczyny. Gdyby nie to, że wiekowa instalacja elektryczna nie wytrzymała już chwilę wcześniej i całkowicie się popaliła wybijając korki nie tylko na piętrze, ale i w całej kamienicy, siatkarz, jako ofiara własnej bezmyślności podzieliłby zapewne losy Elizy. Tymczasem klęczał przy niej próbując wyczuć tętno i w napięciu nasłuchując oddechu. Leciuteńkie tchnienie podrażniło jego ucho.

-Żyje! – krzyknął z ulgą w kierunku mrocznego korytarza – Niech pani dzwoni po pogotowie.

-Już jadą. Straż pożarna też, na wszelki wypadek. Jakbym chciała czekać, aż ty na to sam wpadniesz to by mnie własna śmierć zastała. Taki wielki a bez pomyślunku – starsza pani, nie przestając gderać, po omacku dotarła do pokoju i teraz pochylała się nad nieprzytomną Elizą.

-Dziecko, obudź się! – sąsiadka wrzasnęła tak, że Bartek aż się wzdrygnął. Sam starał się ułożyć dziewczynę w pozycji bocznej z trudem przypominając sobie to co wiedział o udzielaniu pierwszej pomocy. Ale nawet ta szczątkowa wiedza mówiła mu, że wykrzykiwanie nad poszkodowanym i szturchanie go końcówką laski nie jest zalecane w żadnym z możliwych przypadków.

-A mogłaby pani wyjść na klatkę schodową? Żeby ratownicy nie błądzili niepotrzebnie, trzeba ich pokierować – zaproponował i odetchnął, gdy staruszka sarkając pod nosem zgodziła się spełnić jego prośbę.

-Lisku, coś ty zrobił – szepnął próbując jak najostrożniej ułożyć poparzoną rękę dziewczyny wzdłuż jej ciała – coś ty chciała zrobić?

Dopiero teraz spostrzegł, że wstrząsają nim dreszcze. Bał się nadal. Przerażenie tłukło się w żołądku. Strach o jej życie, o zdrowie, obawa czy pomoc nie przybędzie zbyt późno, bo może w organizmie nieprzytomnej Elizy zachodzą właśnie nieodwracalne zmiany. Lęk, co będzie, jeśli nie odzyska świadomości. I prawdziwa trwoga, gdy uprzytomnił sobie, że to nie był wypadek.

-Boże, coś ty chciała zrobić? – łzy potoczyły się po jego policzkach, w ostatniej chwili powstrzymał się przed przytuleniem bezwładnej dziewczyny – Nigdy bym sobie nie wybaczył, nigdy! Lisku, jak mogłeś chcieć czegoś takiego?

-Nie pozwól jej na to, niech nic jej nie będzie – szeptał bez przerwy wymyślane na poczekaniu modlitwy, delikatnie odgarniał kosmyki rudych włosów z czoła Elizy i ocierał własne oczy.

Błagał o cud. Dla niej i dla siebie. Tak długo, aż kilku mężczyzn w odblaskowych kombinezonach nie odepchnęło go na bok przejmując odpowiedzialność za jej zdrowie. Odpowiedzialności za chwycone gołą dłonią elektryczne kable przejąć od Bartka nie mogli.

2.

Drogi Nieznajomy Przyjacielu,

czy wiesz jak jest w wariatkowie? Oczywiście, że nie, skąd miałbyś wiedzieć. Gdyby jeszcze kilka miesięcy temu ktoś zasugerował, że przekonam się na własnej skórze, to jego uznałabym za szaleńca. I co? Czy tak wiele trzeba było, żebym znalazła się na oddziale zamkniętym? Wystarczył jeden fałszywy przyjaciel, jeden przyjaciel zawiedziony, jeden potężny grzech zaniedbania i trzy nieudane próby samobójcze.

W końcu przyrzekłam Ci, Mój Drogi, że się spotkamy, i nie zamierzałam złamać obietnicy. Tym samym zesłałam się tutaj. W szpitalu, gdzie najwnikliwszej obserwacji poddawano moje oparzenia, nikt nie uwierzył, że mogłabym z własnej woli próbować przepuścić przez swoje ciało dwieście dwadzieścia woltów. Dopiero gdy personel siłą musiał ściągać mnie z parapetu i przypinać na noc do łóżka, żebym znów nie próbowała połknąć wszystkich środków nasennych przygotowanych na tackach obok dyżurki pielęgniarek, uznano, że kwalifikuję się do przymusowego leczenia.

I oto stałam się bohaterką własnego „Lotu nad kukułczym gniazdem”. Choć to miejsce wcale nie przypomina moich wyobrażeń i odbiega od wszystkiego, czego można dowiedzieć się z książek bądź filmów. Na kraty nie natykasz się co krok, drzwi mają klamki, wrzaski w nocy słychać o wiele za rzadko, a pielęgniarki i lekarze to nie ukrywający się sadyści czy psychopaci. Jest spokojnie, dużo rozmawiamy, w grupach i indywidualnie, zawiązują się nawet jakieś szczątkowe przyjaźnie. Ludzie z pogranicza i ci, którzy dawno już umowną granicę psychicznej równowagi przekroczyli porozumiewają się całkiem znośnie, czasami bez słów. Czy do nich należę? Moja terapeutka uważa, że tak długo jak tego nie przyznam nie będzie mogła mi naprawdę pomóc. Tyle tylko, że ja nie chcę pomocy, tak jak nie chciałam żadnych cudów.

Nigdy nie zgadniesz, Nieznajomy Przyjacielu, w jaki sposób leczy się tutaj opornych pacjentów. Uwierzyłbyś, że elektrowstrząsy są nadal uznaną terapią? Podobno bardzo skuteczną w przypadkach takich jak moje. Kolejna brednia. Żaden prąd nie jest w stanie wskrzesić Lennego i wymazać mojego grzechu. Na marginesie, czy to nie jest prawdziwa ironia, że uzdrowić ma mnie to, co powinno było zabić? Znieczulona, ułożona na zimnym stole, z elektrodami przylepionymi do skroni tracę kontakt ze światem. To jest ten najpiękniejszy moment, i rzeczywiście, przez chwilę czuję się lepiej, zapominam. Potem chodzę otępiała i nie do końca świadoma, co dzieje się wokół, lekarstwa tylko pogłębiają ten stan. Ale ostatecznie koszmarne sny wracają i znów moim największym marzeniem jest nie istnieć, tak jak Ty.

Nie obchodzi mnie nic poza tym. Ignoruję odwiedzających mnie rodziców i siostry, nawet nie udaję, że cieszę się na ich widok. Nie przejmuję się tym, co tak naprawdę chciałby mi wykrzyczeć ojciec, widzę to w jego zwężonych złością oczach. Przez cały mój niepotrzebny pobyt tutaj jedna, jedyna wizyta zapadła mi w pamięć. Sprawiła, że przez moment zaczęłam rozważać, czy jednak nie złamać złożonej Ci obietnicy.

Siedziałam przy oknie, kiedy przyszedł. Chmury miały tego dnia takie niecodzienne kształty, nie odrywałam od nich wzroku w trakcie naszej rozmowy. Rozmowy, w której uczestniczyłam milcząc.

Siedziała przy oknie, kolana podciągnęła pod brodę i lekko rozchylając usta przyglądała się niebu. Jej rude włosy zdawały jarzyć się wewnętrznym światłem, promienie słońca wydobywały ich intensywną barwę. Bartek przystanął na moment przypatrując się zachłannie skulonej na drewnianym krzesełku dziewczynie. Choć blada skóra i podkrążone oczy zdradzały wyczerpanie Eliza była tak niezaprzeczalnie piękna, że odezwało się to silnym uciskiem w klatce piersiowej siatkarza. Był szczęśliwy, że znów ją widzi, że ona tu jest, oddycha, żyje, że uniknęła najgorszego.

To miało być ich pierwsze spotkanie od tamtego feralnego wieczoru, gdy nadal nieprzytomną Elizę zabrało pogotowie. W szpitalu nie pozwalano na odwiedziny nikomu spoza najbliższej rodziny. Musiało dziać się coś bardzo złego, bo nawet fakt, że jest TYM Bartkiem Kurkiem nie skłonił nikogo do nagięcia przepisów. Nie mógł dowiedzieć się o jej stan, nie mógł jej zobaczyć, nie mógł zapytać „dlaczego?”. Dopiero za wstawiennictwem prezesa klubu udzielono mu szczątkowych informacji, ale wtedy Eliza została już przeniesiona tutaj i upłynęły kolejne tygodnie zanim jej lekarka zgodziła się na wizytę. Bartosz wydzwaniał do doktor Janik nieustępliwie co kilka dni i w końcu skruszył nieprzejednany opór owijany w wyświechtane frazesy: nie jest gotowa, terapia w fazie początkowej, utrudniony kontakt, za wcześnie.

O tym, co tak naprawdę dzieje się z Liskiem Bartek dowiedział się z poprzedzającej odwiedziny, prawie półgodzinnej rozmowy. Pani doktor była wysoką, energiczną kobietą w średnim wieku. Wymykała się stereotypom, nie nosiła okularów w grubych oprawkach, zamiast ciasnego koka ciemne włosy miała przycięte w krótkiego jeżyka a w odsłoniętym uchu błyszczała seria drobnych kolczyków. Zamiast pisać piórem sprawnie przebiegała palcami po ekranie tabletu a spod białego kitla nie wyzierał elegancki żakiet tylko ciemna koszulka z zawieszonym w nicości obłąkanym uśmiechem Kota z Cheshire. Napis pod nadrukiem głosił: „We are all mad here”. Kurek natychmiast zaczął darzyć panią Janik bezwarunkowym uwielbieniem i pełnym zaufaniem. Szczególnie, gdy został zmusztrowany niedopuszczającym sprzeciwu głosem, jakby doskonale wiedziała, że to najlepszy sposób komunikacji z nawykłym do sztorcowania przez trenerów sportowcem.

-Panie Bartku, nie jestem do końca przekonana, czy to najwłaściwszy moment, ale zaczyna mi brakować pomysłów. Jak oboje wiemy, nie kojarzy się pan najlepiej mojej pacjentce. Proszę nie przerywać, pan słucha, ja mówię – lekarka ostrzegawczo podniosła dłoń sprawiając, że siatkarz głośno wypuścił nabrane w płuca powietrze i potulnie skinął głową – Może jednak jakiś silniejszy bodziec da rezultaty. Eliza jest w głębokiej depresji, na tyle poważnej, że stanowi zagrożenie dla siebie samej. Jeszcze większym problemem jest to, że nie pozwala sobie pomóc, nie chce wyzdrowieć, choć ma chyba świadomość choroby. W tej chwili poddajemy ją bardzo inwazyjnej terapii i powiem szczerze, to jak na nią reaguje nie napawa optymizmem. Przez chwilę miałam nadzieję, że rozmowy z rodzicami spowodują jakiś przełom, ale to zdaje się ślepa uliczka. Z premedytacją sięgam zatem po pana. I teraz proszę mnie posłuchać naprawdę uważnie, bo jeżeli nie zastosuje się pan do moich zaleceń, to mogę zapomnieć zażyć swoich tabletek, a wtedy kto wie co się wydarzy… – uśmiech jakim pani doktor obdarzyła oniemiałego Bartka był dokładną kalką tego pyszniącego się na jej obfitym biuście. Chłopak ponownie skinął głową, a kiedy wyszedł z gabinetu pokierowany silną ręką lekarki w stronę wieńczącego korytarz okna pomyślał, że nikt nigdy nie przekazał mu założeń taktycznych przed meczem z równą klarownością.

-Dzień Dobry Elizo – powiedział podchodząc w końcu do dziewczyny i kucając przy niej. Nie odwróciła głowy, nawet wtedy, gdy delikatnie ujął jej dłoń.

W myślach Bartek recytował litanię przykazań doktor Janik: bez agresji, nawet jeżeli będzie obojętna, łagodnie, nie pytać jak się czuje, nie pytać dlaczego, nie naciskać, jeśli nie będzie chciała mówić, nic nie powie, kontakt fizyczny, dotyk – tylko jeżeli pozwoli, nie przypominać o niczym, nie wracać do przeszłości, sama obecność będzie budzić złe wspomnienia. I przede wszystkim, najważniejsze i prawie niemożliwe: zapewnić, że przyszłość istnieje.

-Tak dobrze cię widzieć – jej drobna, piegowata dłoń nie drgnęła, oczy nadal wpatrywały się w przesuwane wiatrem obłoki. Bartosz usiadł na podłodze i spoglądając na nieruchomy profil Elizy zaczął rozmowę, nie przeszkadzało mu, że w odpowiedzi otrzymywał milczenie.

-Bardzo mnie przestraszyłaś. I boję się o ciebie nadal. Bardzo chciałbym zobaczyć twój uśmiech. Drobiazg, który pozwoliłby mi wierzyć, że wracasz. Nie pytam czemu nie chcesz wyzdrowieć. Nie mam wystarczających argumentów, żeby cię przekonywać. Nie jestem właściwą osobą. Ale możesz wierzyć bądź nie, najbardziej na świecie chciałbym móc cię z stąd zabrać. I żebyś ty zgodziła się, żebym to właśnie ja cię stąd zabrał. Może wydaje ci się teraz, że nic nie znaczysz, że nic nie jesteś warta, że nic co dalej nie ma sensu. To dzieje się tylko w twojej głowie, bo w mojej jest zupełnie inaczej. Widzisz, dla mnie sens jakiegoś dalej wydaje się możliwy tylko wtedy, jeżeli ty tam jesteś Lisku. Pamiętaj o tym, proszę.

Głośne chrząknięcie z głębi korytarza przypomniało mu jak bardzo ograniczonym czasem dysponuje. Wizyta dobiegała końca, a on nie wiedział, co jeszcze mógłby powiedzieć. Eliza nieporuszona nadal nie zwracała uwagi na jego obecność. Nie umiał do niej dotrzeć. Spojrzał na jej dłoń ginącą pomiędzy jego długimi palcami i wiedziony impulsem przytknął ją na chwilę do swoich warg. Ponaglające chrząknięcie rozległo się odrobinę bliżej. Po raz ostatni pogładził rękę Elizy i już miał ją wypuścić, gdy poczuł lekki uścisk. Nie patrzyła na niego bardziej interesując się widokiem za oknem, ale słyszała każde słowo, była tu. Uśmiechnął się słabo i podniósł z posadzki.

-Gdy tylko będziesz gotowa, zabiorę cię stąd – powiedział zupełnie głośno – do zobaczenia Elizo.

Wyprostowany na baczność zasalutował doktor Janik, która czujnie obserwowała ich spotkanie i ruszył ku wyjściu. Lekarka pokręciła głową z nieodgadnionym uśmiechem i odpowiedziała tym samym gestem za plecami zbiegającego po schodach Bartka.

Wsiadał już do samochodu, gdy usłyszał jak ktoś wymienia znajome imię. Nie mógł się mylić. Mijający go właśnie brodaty mężczyzna niewątpliwie mówił o Elizie zwracając się do drepczącej u jego boku blondynki.

-Podpisze Krysiu, wszystko podpisze. Z tej kawalerki i tak już nie będzie pożytku, słyszałaś co mówiło to czupiradło. Eliza nie może mieszkać sama. Choć jak patrzę na tę jej lekarkę z bożej łaski to mam wątpliwości, kogo tu należałoby zamknąć u czubków w pierwszej kolejności.

Towarzysząca brodaczowi kobieta rzuciła przyglądającemu się im ze zmarszczonymi brwiami Bartkowi spłoszone spojrzenie i uśmiechnęła się bezradnie w ramach przeprosin za niestosowną uwagę męża. Jej oczy miały dokładnie ten sam czekoladowy odcień.

3.

Drogi Nieznajomy Przyjacielu,

stęskniłeś się za mną? Czy ktoś, kto nie istnieje potrafi dostrzec cudzą nieobecność? Czy nie byłby to paradoks?

Długo milczałam, prawie dwa miesiące. Kiedy czytam poprzedni list nie mogę uwierzyć, że napisała go ta sama osoba, która próbuje teraz poskładać swoje rozbiegane myśli i utrzymać długopis w dłoni. Nie możesz tego wiedzieć, papier tłumi ciszę, ale każde zdanie od następnego dzielą długie minuty wyczekiwania i starań o uporządkowanie słów, nadanie im sensu. Jakbym wciąż musiała wynurzać się i walczyć o oddech, żeby jeszcze przez moment nie utonąć. A zaledwie kartkę wcześniej zdawało mi się, że brzeg jest na wyciągnięcie ręki.

Tamten list pisałam w ośrodku. To musiał być wyjątkowo dobry dzień, choć słabo go pamiętam, jedynie urywki. Ale ta przechadzka z Bartkiem nie przyśniła mi się, zdarzyła się naprawdę. Spacerowaliśmy po ogrodzie trzymając się za ręce, opowiadał o rehabilitacji i powrocie do treningów, skarżył się na przewlekły ból w kolanie, który uśmierzały jedynie zastrzyki, próbował mnie rozśmieszać i wciąż nazywał Liskiem. A ja tłumaczyłam mu to, czego sama dowiedziałam się od doktor Janik. W jaki sposób kontrolowane elektrowstrząsy resetują mój mózg i przywracają zachwianą równowagę, jak długie rozmowy w lekarskim gabinecie uwalniają moją żałobę i poczucie winy. Oboje wiedzieliśmy wtedy, że idzie ku lepszemu, że jeszcze kilka odwiedzin i Bartek zabierze mnie stamtąd, tak jak obiecał. Pisałam Ci, że musimy zawiesić naszą umowę, bo nagle znów zachciałam być. Choćby po to, żeby ponownie poczuć jego ciepłe usta na swoich, schować się w jego ramionach i uwierzyć w każde szeptane nad moją głową zapewnienie. Tak, to był wyjątkowo dobry dzień.

Pytasz, Mój Drogi Nieznajomy, co się stało później? Pojawiły się pozytywne wpisy doktor Janik w mojej karcie pacjenta, uwagi o wychodzeniu z choroby, gotowości do wypisu. A wraz z nimi rodzice. Nie uwierzysz, ale ucieszyłam się, że wracam do domu. Nigdy chyba nie zmądrzeję. W samochodzie usłyszałam jakim wstydem jest posiadanie córki w wariatkowie i co mówią ludzie. Później było tylko gorzej. Był grób Lennego. I ta powodowana impulsem wizyta w jego domu, skąd rozwrzeszczaną i wściekłą siłą wyciągnął mnie ojciec. Zapodziane klucze do mojej kawalerki, które nie miały prawa się znaleźć, bo kawalerka nie była już moja. Kiedy podpisałam umowę sprzedaży? Nie pamiętam. Czy czułam się oszukana i wykorzystana? Jak sądzisz? Więc jeszcze jeden atak furii, zatrzaśnięte drzwi łazienki i zamoczony w zimnej wodzie ręcznik przyłożony do policzka palącego po uderzeniu męskiej ręki. A potem? A potem sama nie wiem, chyba myślałam, że odeślą mnie z powrotem do kliniki gdzie doktor Janik, ten kapral w białym kitelku, przytknie mi do czoła elektrody i kojące czterysta pięćdziesiąt woltów wymaże z mojej świadomości cały gniew, żal i rozpacz. Tylko, że zamiast niej przyjechał jakiś starszy pan, nawet na mnie nie spojrzał ani o nic nie spytał. Wyciągnął jedynie bloczek i wypisał receptę.

Przez kolejne tygodnie tonęłam. Przestawałam istnieć na długie godziny. Byłam nigdzie. Jako mała dziewczynka podczas zajęć na pływalni lubiłam schodzić po drabince na sam dół basenu. Trzymając się ostatniego szczebelka spoglądałam w górę. Dźwięki były tu niskie i dudniące, tłumiła je woda ponad moją głową, dominował matowy błękit i butelkowa zieleń kafelków, chlor szczypał w oczy, ale wytrwale patrzyłam na jasny prostokąt nade mną. Wypuszczałam zgromadzone w płucach powietrze i żegnałam podwodnym uśmiechem ławicę banieczek żeglujących ku powierzchni. Dopiero, gdy żądza zaczerpnięcia tchu stawała się nie do wytrzymania odbijałam się od dna, aby w ułamku sekundy cieszyć się zbawczym tlenem. Oddychałam uratowana.

Po wmuszanych we mnie lekarstwach czuję się podobnie, uczepiona ostatniego szczebelka, pozbawiona kontaktu z rzeczywistością. Głosy, osoby, dźwięki to jedynie fantomy prześlizgujące się gdzieś wysoko. A ja tkwię w zielono-niebieskiej głębi. Jedyna różnica to, że nie widzę jaśniejszego obrysu, nie umiem określić gdzie jest powierzchnia. I tlen. Jakbym była odwrócona o sto osiemdziesiąt stopni. Kiedy puszczę drabinkę poszybuję nie w światło a jedynie opadnę niżej, utonę. Przynajmniej raz dziennie sprawdzam, czy już tak się nie dzieje. Znalazłam świetny sposób, mam nim poznaczony cały bok, od piersi do biodra. Niewielkie nacięcia, żeby upewnić się, że nadal czuję, że wciąż nie porwała mnie otchłań wokół. Tak długo jak jest ból jestem i ja.

Pewnie mną gardzisz, Mój Drogi, w końcu jeszcze nie tak dawno pragnęłam nie istnieć razem z Tobą. Co się zmieniło? Nie umiem odpowiedzieć, ale jest jeden głos, który, gdy ból ranionej skóry wyrywa mnie na chwilę z otępienia, słyszę wyraźnie. Nie woła mnie po imieniu, nazywa mnie wymyślonym przezwiskiem. I wierzę w każde szeptane przez niego zapewnienie. Niedawno odezwał się tak blisko, byłam przekonana, że zaraz pojawi się w moim pokoju. Ale to jedynie zakłócenie, efekt ogromów otaczającej mnie wody. Stłumiony szum z bardzo odległej powierzchni. Szkoda, że nie umiem jej odnaleźć.

-Chyba mogę się z nią zobaczyć? – Bartka zaczynał irytować upór stojącego w progu mężczyzny. Od kilku minut próbował bezskutecznie przekonać ojca Elizy, że powinien wpuścić go do środka.

-Córka jest chora, nie może się z nikim widywać. Nic tu po panu. Poza tym nie przypominam sobie takiego kolegi, jakoś o panu nie wspominała – spod krzaczastych brwi ugodziło Kurka nieprzyjazne spojrzenie, drzwi wejściowe zaczęły powoli się zamykać.

Bartosz ugryzł się w język i nie wypowiedział na głos swoich dosadnych spostrzeżeń. Trudno być zaskoczonym, że Eliza nie zwierzała się rodzicom, z którymi kontakt w ciągu ostatnich lat miała raczej sporadyczny, a jeśli już do niego dochodziło, to nic dobrego z tego nie wynikało. Chłopak nie chciał przekreślić całkowicie swoich szans na spotkanie z Liskiem.

-Tylko krótka rozmowa, nie zajmę dużo czasu – spróbował jeszcze raz, ale jedyną odpowiedzią był zgrzyt przekręcanego w zamku klucza.

-Cholera jasna! – Kurek obrócił się na pięcie i jak niepyszny ruszył w kierunku zaparkowanego przed bramą wjazdową samochodu. Zastanawiając się co teraz powinien zrobić i czy dzwonienie na policję jest w takim przypadku uzasadnione sięgnął do kieszeni. Z niewielkiej fiolki wysypał dwie tabletki, ból kolana znów dawał się we znaki. Przyśpieszał grzebiąc jednocześnie w schowku w poszukiwaniu wody do przepicia lekarstwa, prowadził nieuważnie i stojącą mu na drodze dziewczynę dostrzegł w ostatnim momencie. Z całej siły nadepnął na hamulec, samochód szarpnął i zatrzymał się tuż przed nieruchomą postacią. Bartek rozdygotany i wściekły wyskoczył na jezdnię.

-Zwariowałaś? Życie ci niemiłe? – wrzasnął podbiegając do niedoszłej ofiary.

Dziewczyna wzruszyła ramionami i wyzywająco uniosła głowę. Ten gest był tak znajomy, że Bartosza zatkało. Podobny był również trójkątny podbródek i lekko zadarty nos. Brakowało jedynie piegów a intensywnie rudy kolor włosów zastępowały poszarpane, płowe pasemka.

-Myślałam, że mnie zauważyłeś – jej głos był niższy, ale zmarszczka, która pojawiła się pomiędzy brwiami była dokładnie taka sama jaką widywał u niezadowolonej Elizy – jestem Ela, siostra Elzy.

-Miło mi, tym bardziej, że mało brakowało żebym cię teraz zeskrobywał ze zderzaka – Bartek uśmiechnął się krzywo a następnie wskazał na samochód – może wsiądziesz, miałbym kilka pytań.

Skinęła głową i po chwili oboje zajęli miejsca w land roverze Kurka. Elżbieta odezwała się pierwsza od razu przechodząc do rzeczy.

-Musisz ją stąd zabrać, za wszelką cenę.

-Bardzo chętnie, ale twój tata nawet nie wpuścił mnie za próg. Jakiś inny pomysł? – siatkarz zmierzył dziewczynę ironicznym spojrzeniem.

-Żebyś wiedział – siostra Elizy nie dała zbić się z pantałyku – za dwa tygodnie żeni się chrześniak ojca. Rodzice wyjadą w sobotę. Elza zostanie pod opieką Elwiry, a ona sprowadzi sobie na noc chłopaka. Jak zwykle. Zostawię uchylone okno na parterze i zamknę psa. Spróbuję wcześniej ograniczyć ilość tych psychotropów jakie w nią ładują, żeby choć trochę kontaktowała kiedy po nią przyjedziesz, ale nie wiem czy mi się uda.

-Jakich psychotropów? Przecież już było dobrze, naprawdę doszła do siebie, widziałem to – Bartek z niedowierzaniem przyglądał się Eli – Co się stało? Znów próbowała… – nie umiał dokończyć zdania, za bardzo się go bał.

-Nie, to nie tak – dziewczyna uspokajająco poklepała dłoń siatkarza – to ta mentalność, ci ludzie i ich sposoby rozwiązywania problemów. Naginanie do swojej woli. Dlatego musisz ją stąd zabrać. Elza tego nie wytrzyma. Skończy jak Lenny. Nie możemy na to pozwolić.

Skinął głową.

-Czyli za dwa tygodnie włamuję się do waszego domu – Bartek spojrzał na palce Elżbiety wciąż dotykające jego ręki. Obgryzione do krwi paznokcie. Zmarszczył brwi i dodał – Ciebie też mogę porwać, mam dokąd.

-Wiem, ale to niepotrzebne – dziewczyna szybkim ruchem schowała dłoń do kieszeni bluzy – jestem niepełnoletnia, nie mogę uciec, jeszcze nie teraz. Ale już nie długo – dodała z uśmiechem – za trzy miesiące osiemnastka, a następnego dnia wylatuję do Londynu, mam już wszystko dograne.

-Twój ojciec ci nie pozwoli – Kurek, który spotkał tego mężczyznę zaledwie dwa razy, a bardziej znał go z opowiadań Elizy, nie mógł oprzeć się wrażeniu, że dokładnie przewidział jego zachowanie.

-Nigdy się nie dowie. Widzisz, każda z nas znalazła jakiś sposób, żeby sobie tu poradzić. Elwira się po prostu dostosowała. Eliza zawsze stawała sztorcem, ciągle walczyła. Wydaje mi się, że to dlatego babcia postawiła właśnie na nią, wyrwała ją stąd i nie pozwoliła stłamsić ojcu. Podobało jej się, że Elza pokazuje pazur, szarpie się. Nie to, co ja. Tylko, że może ja zrobiłam najmądrzej patrząc na to, co dzieje się z moimi siostrami. Udawać głupią i potulną wcale nie jest trudno, a wygrywa się wiele. Nikt nie zwraca na ciebie uwagi, tajemnice omawiane są beztrosko w twojej obecności i nigdy nie padają na ciebie podejrzenia. Latam poniżej radaru – Elka przesunęła rozpostartą dłonią tuż nad swoim udem imitując przelatujący nisko myśliwiec.

-Co czyni cię idealnym wspólnikiem tego planu – Bartek uśmiechnął się szeroko – ale jako człowiek pełen uprzedzeń, muszę spytać, dlaczego uważasz, że to ja jestem właściwym partnerem. Do dziś nie wiedziałaś o moim istnieniu.

-Doktor Janik prosi, żebyś przywiózł do niej Elizę tak szybko jak to tylko będzie możliwe, a szalona Alicja zna się na ludziach, mnie rozgryzła wyjątkowo sprawnie – Ela nie kryła zadowolenia z zaskoczonej miny Bartosza, która nabrała dodatkowej wyrazistości, gdy na pożegnanie usłyszał od wysiadającej z samochodu dziewczyny:

-No i wiem kto kupił mieszkanie po babci. Nietrudno się domyślić dlaczego.

-Lisku – cichy szept w ciemności. Eliza poruszyła się niespokojnie na łóżku.

-Lisku, obudź się – Bartek delikatnie potrząsnął śpiącą dziewczyną.

Zerwała się przerażona. Na szczęście krzyk stłumiła dochodząca z sąsiedniego pokoju głośna muzyka i jeszcze głośniejsze jęki kochającej się pary. Zgodnie z przewidywaniami Eli, Elwira znalazła sobie ciekawsze zajęcie na sobotni wieczór niż pilnowanie siostry.

-Cichutko, nie bój się – Bartosz przysiadł na pościeli starając się aby jego twarz była rozpoznawalna w wpadającym przez okno świetle latarni.

-Śnisz mi się, znów – Eliza spojrzała na niego, jej czekoladowe oczy lśniły w półmroku.

-Nie Lisku, przyszedłem po ciebie, naprawdę. Pamiętasz? Obiecałem przecież, że cię zabiorę – głos mu się załamał na widok wstrząsających dziewczyną dreszczy.

Przytulił ją do siebie, czuł drżenie i niepokój, trzymał w objęciach trzepoczącego się motyla. Tak łatwo zgnieść go i skrzywdzić. Eliza wtuliła się z całych sił w ramiona chłopaka, jakby nie mogła uwierzyć, że Bartek nie jest jedynie jej sennym majakiem. Trwali tak przez kilka minut zanim ciszy nie przerwał szept dziewczyny:

-Tonę Bartku.

-Nie przy mnie – odpowiedział z całym przekonaniem, na jakie pozwoliły przepełniające jego serce żal i współczucie. Wstał powoli i pociągnął Elizę za sobą. Do góry.

4.

Drogi Nieznajomy Przyjacielu,

piszę do Ciebie skądś. Po raz pierwszy odkąd rozpoczęła się nasza jednostronna korespondencja nie jestem nigdzie. Piszę do Ciebie z domu. Otoczona znajomymi czterema ścianami mojego pokoju. Pod warstwą świeżej farby zniknął zaciek na suficie, wiesz, ten, który kształtem przypominał Australię, odnowiona stolarka okien zatrzymuje w mieszkaniu przyjemne ciepło, a wszystkie gniazdka i włączniki zostały wymienione, ze względu na…, z braku lepszego słowa powiem: wypadek. Ale to nadal moja kawalerka. Przypomina o tym stojąca w rogu lampa pobłyskująca tysiącem drobnych szkiełek. Jest na swoim miejscu rozpraszając mrok. I ja też jestem, uciekając przed tym mrokiem.

Kiedy Bartek zaparkował przed bramą kamienicy przez chwilę zapomniałam się zupełnie. Pomyliłam wieczory, ale kto mógłby mnie winić? Wtedy też przywiózł mnie z Radomyśla, a nieprzerwanie siąpiący deszcz towarzyszył nam przez całą drogę. Moje myśli podobnie się rozbiegały, jaka różnica czy pod wpływem alkoholu czy za sprawą tych śmiesznych pigułek? I znów nie wiedziałam co dalej.

Przestraszyłam go, wyraźnie było to widać w jego oczach. Ty pewnie byłbyś bardziej odporny, Mój Drogi, wiedziałbyś czego się po mnie spodziewać. Nie zareagowałbyś tak nerwowo, na wieść, że musimy natychmiast zawrócić. Nie pobladłbyś, gdybyś usłyszał jak błagam o pomoc, bo za mną został ktoś jeszcze, kogo w żadnym wypadku nie wolno porzucić. Inaczej stanie się coś tak niewiarygodnie strasznego. Uśmiechając się pobłażliwie odparłbyś tylko, że to się już wydarzyło i nie ma po kogo wracać. Twarzy Bartka, gdy musiał mi uświadomić, że Lenny nie żyje nie wytrawi z mojej pamięci żadna elektroda. Nie ma jak terapia szokowa. Pstryk i wróciłam. To inny wieczór i inna ucieczka. A rzęsiście oświetlone kuchenne okno to zasługa nowego lokatora. Ja już tu nie mieszkam. Gdzieś, wśród zamazanych zdarzeń i wspomnień przepadła scena, gdy składam podpis na podsuwanym mi dokumencie sprzedając złożoną babci obietnicę. Może gdybym bardzo się skoncentrowała, zdołałabym odgrzebać ten moment spomiędzy setek innych. Nie chcę. Wolę zaczepiony o palce Bartka breloczek i przypięty do niego, kołyszący się pęk kluczy. Dom. Cała potęga tego słowa wyrażona zwyczajnym przedmiotem popartym krótkim zdaniem: „Mieszkasz tu, Lisku”.

Opowiesz mi kiedyś, Mój Drogi Nieznajomy, co sądzisz o cudach. Musimy o tym porozmawiać. Czy w nieistnieniu pojawiają się niespodzianki? Sławetny efekt motyla? Teoria chaosu? Ta ograna do nieprzyzwoitości spływająca po dłoni kropla wody, wytyczająca za każdym razem inną ścieżkę, bo właśnie zmieniło się pH skóry. Czy i Ty poddałbyś się zmianie wywołanej niewinnym drobiazgiem? Pozwolił nieistotnej anomalii nabierać mocy, rosnąć i przeobrażać Twój niebyt?  Potrafiłbyś nie istnieć trochę inaczej? Tak jak ja trochę inaczej żyję?. Nie jestem pewna, czy Bartek zdaje sobie sprawę, jak bardzo się do tego przyczynił. Zawdzięczam mu mój upragniony, głęboki oddech, zaczerpnięte do ściśniętych bólem płuc powietrze. To drgnienie motylego skrzydełka, które potrafi doprowadzić do huraganu. Pierwsze domino. Dom. Nie cztery ściany, nie adres zameldowania, nawet nie rodzice. On. Troska, opieka, życzliwość i oparcie. Nadzieja. I ten nieplanowany uścisk osoby, której mogłabym być zupełnie obojętna. To wtedy wróciłam znikąd.

Bartek otworzył drzwi i przepuścił Elizę przodem. Nie spuszczał z dziewczyny zaniepokojonego spojrzenia i nie przestawał mówić:

-Naprawdę nie ma w tej chwili najmniejszego znaczenia w jaki sposób i kiedy to się stało. Porozmawiamy o tym później. Musisz odpocząć, dojść do siebie. Najważniejsze, że to nadal twoje mieszkanie, nikogo innego. W porządku Lisku? – pochylił się i zajrzał Elizie w oczy.

Skinęła głową i uśmiechnęła się unosząc leciutko kąciki ust. Wydawała się spokojna. Po nagłym ataku paniki, którym zaskoczyła Kurka w samochodzie, nie zostało ani śladu. Przestraszyła go, spodziewał się, że będzie otumaniona i nieobecna, ale nie przyszło mu na myśl, że mogłaby aż tak bardzo stracić kontakt z rzeczywistością by przywołać dawno minione wydarzenia. Bartek przez moment rozważał, czy nie powinien odwieźć Elizy prosto do kliniki, bo być może założenia planu konsultowanego z Szaloną Alicją, jak po rozmowie z Elżbietą sam zaczął nazywać w myślach doktor Janik, były zbyt optymistyczne. Bał się, że poważył się na zbyt wiele, porwał na rzecz, która go przerośnie i pokona. A jeżeli zawiedzie, to na szali położone jest coś znacznie cenniejszego niż medale, trofea czy puchary. Obraz dłoni celowo zaciśniętej na wystających z kontaktu przewodach nieproszony wdarł się w jego myśli a wzrok sam uciekł na odsłonięte przedramię dziewczyny oszpecone szkaradną, czerwoną blizną po poparzeniu. Jego potknięcie dla niej może oznaczać upadek. Postanowił pozostać czujnym i z mieszanymi uczuciami wprowadził Liska do przedpokoju.

Gdy wnosił spakowaną w pośpiechu walizkę z ubraniami Elizy drzwi kuchni uchyliły się i w mieszkaniu zapachniało smakowicie, pieczonym ciastem, cynamonem i wanilią. Na powitanie, człapiąc i opierając się na nieodłącznej drewnianej lasce, wyszła im pani Strużyńska. Bartek potarł dłonie nerwowym gestem widząc dezorientację malującą się na twarzy stojącej obok niego dziewczyny. Już miał zamiar dyskretnie dać do zrozumienia sąsiadce, że powinna się wycofać i zostawić ich jeszcze na moment samych, gdy starsza pani szeroko rozłożyła ramiona i dziwnie drżącym głosem poprosiła:

-Chodź tu do mnie dziecko. Dobrze, że w końcu wróciłaś.

To było jak katalizator wyzwalający długo tłumioną reakcję. Bartosz niespodziewanie został niemym a jednocześnie oniemiałym obserwatorem rozgrywającej się w jego obecności sceny. Eliza bez wahania wpadła w objęcia pani Strużyńskiej, która przycisnęła ją z całych sił do siebie zaciskając kościste palce na plecach dziewczyny. Kurek patrzył przez chwilę w wypełniające się łzami bladoniebieskie oczy by w nagłym zakłopotaniu odwrócić wzrok. Chcąc nie chcąc słyszał każde zdanie, szeptane do skrytego w plątaninie rudych włosów ucha.

-Dziewczyno, jak mogłaś chcieć zrobić coś takiego. Twoja babka zastrzeli mnie zanim święty Piotr otworzy przede mną bramę. Czeka tam na mnie z tym osławionym, partyzanckim mauserem dziadka, świeć panie nad jego duszą. I niech mnie, jeśli nie będzie w prawie, gdy przynajmniej raz zdzieli mnie kolbą przez ten głupi, starczy łeb. Obiecałam jej, że o ciebie zadbam, że będę cię pilnować. A ja… A ty… – starsza pani zająknęła się nie umiejąc znaleźć właściwych słów.

-Przepraszam – Bartek aż poderwał głowę nie mogąc uwierzyć w to co usłyszał.

-Nie przepraszaj dziecko – staruszka ujęła twarz dziewczyny w obie dłonie wpatrując się przenikliwie w jej oczy – to minęło, nigdy się nie zdarzyło. Wróciłaś i teraz będzie już dobrze.

Trudno było określić, co takiego znalazło się w głosie pani Strużyńskiej, że nie sposób było nie uwierzyć w jej obietnicę. Bartosz poczuł się nagle pewniej, otucha utorowała sobie drogę do jego umysłu, odsuwając na bok obawy i rozterki. Będzie dobrze, poradzą sobie, wszystko się ułoży i naprawi. Eliza wróciła do domu.

Siedział przy kuchennym stole podjadając upieczoną specjalnie na powrót Liska szarlotkę. Właściwie to dźgał bezmyślnie niczemu winny kawałek ciasta małym widelczykiem koncentrując całą uwagę na odgłosach dochodzących zza przymkniętych drzwi. Pani Strużyńska wróciła już do pełnej dyspozycji pokrywając rozczulenie udawaną szorstkością i wcale nieudawanym despotyzmem. Bartek został brutalnie przegoniony do kuchni a Eliza zaprowadzona do łazienki, gdzie starsza pani przygotowywała dla niej kąpiel i rozczesywała splątane włosy, gderając i dogadując przy tym nieprzerwanie.

-Wychudłaś Elizka, zawsze byłaś mizerak, ale teraz to już sama skóra i kości. I piegi. Skąd u ciebie tyle piegów? Babka była też ruda jak nieszczęście, ale nie taka piegowata. Ale jak to mówią, każda potwora znajdzie swojego amatora. Choć trochę ciała tu i tam by ci nie zaszkodziło. Nic się nie martw, ja cię odchucham. Teraz mam więcej czasu odkąd Wiolka poszła na swoje. No tak, przecież ty nic nie wiesz, a moja najmłodsza już nie panna. Najwyższy był czas. Wyobraź sobie, że w tej mordowni, co ją kazała nazywać restauracją, a gdzie co najwyżej solitera złapać można było, zamiast się najeść, no w każdym razie poznała tam tego Andersa. Niemiec, ale porządny. I szast prast ślub, wesele i dziecko w drodze.

Kurek pokręcił z niedowierzaniem głową i uśmiechnął się pod nosem słysząc Elizę dopytującą o szczegóły pasjonującego, polsko-niemieckiego małżeństwa bliżej nieznanej Bartkowi Wioletty. Paplanina Strużyńskiej miała zbawiennie leczniczy wpływ na Liska. Być może zaprzątnięcie myśli historiami z przeciwległego bieguna, całkowicie niepowiązanymi z jej życiem pomoże zapomnieć o koszmarach minionych miesięcy. Zadowolony dokończył szarlotkę i z ociąganiem sięgnął po następny kawałek. Nie zdołał pokonać cynamonowej pokusy.

-No, rozbieraj się i do wanny, bo woda stygnie, prawie jak ja – Kurek parsknął okruszkami i cukrem pudrem nie panując nad rozbawieniem. Sekundę później był już na nogach.

-Jezusie Miłosierny, kto ci to zrobił dziewczyno!

Nie zważając na staruszkę wykrzykującą o tym co wypada czy nie wypada Bartek wtargnął do łazienki. Eliza stała boso na kafelkach, w samej bieliźnie. Na widok siatkarza próbowała okryć się ręcznikiem, ale i tak zdążył zobaczyć to, co tak przeraziło panią Strużyńską. Wzdłuż zarysowanych pod skórą żeber, od pachy po samo biodro prowadził nieskończony rządek wąskich nacięć. Niektóre już się zabliźniały, inne pokrywały drobne strupki zakrzepłej krwi. A na samym dole z jednej, szczególnie głębokiej ranki spływały szkarłatne kropelki rysując na odsłoniętej nodze Elizy czerwoną ścieżkę.

-Niech nas pani zostawi – Kurek prawie przemocą wypchnął sąsiadkę do przedpokoju i zatrzasnął drzwi.

-Dlaczego? – spytał podchodząc do Elizy ściskającej kurczowo krawędzie ręcznika w pobladłych dłoniach.

-Bałam się, że mnie już nie ma, musiałam sprawdzać. Kiedy boli, to jestem – dziewczyna przysiadła na brzegu wanny, jakby opadła z sił – Wtedy nie byłam pewna, śniłeś mi się tak często a potem okazywało się, że to nieprawda. Przepraszam, już nigdy więcej. Chcę być, uwierz mi.

Bartek przykucnął, sięgnął po dłoń Elizy, pogładził piegowatą skórę. Ale milczał. Wierzył jej. Tylko, że nagle zrozumiał, że powrót do domu dopiero się rozpoczął.

5.

Drogi Nieznajomy Przyjacielu,

jednak okazujemy się cholernie słabi. My, ludzie. Naszą największą słabością jest chyba próżność, zadufanie w sobie, miłość własna, nazywaj to jak chcesz. Wydaje nam się, że tak doskonale się znamy, wiemy na co nas stać, do czego moglibyśmy się posunąć. Stale zarzekamy się, że czegoś nigdy byśmy nie zrobili, uparcie powtarzamy, że to nie w naszym stylu, my tacy nie jesteśmy. A potem wystarczy moment nieuwagi i rozpadamy się pogruchotani, zaprzeczając sobie na każdym kroku, przekreślając i niszcząc pielęgnowany w sobie od najmłodszych lat ułudny autoportret.

Podczas sesji z kapral Janik, czy jak uparcie nazywa ją Bartek, Szaloną Alicją, przygotowałyśmy taki diagram, który mozolnie uzupełniamy o nowe szczegóły. W centrum narysowany kontakt otoczony siatką błyskawic, żeby było dramatyczniej. Z prawej strony łączy się liniami z wszystkim, co mogło mieć wpływ na moją decyzję. Z Janik nie jest łatwo. Grzebiemy w brudach bardzo głęboko. Dla każdego powodu znajdujemy następne rozgałęzienia, odpowiedzi na pytanie: „dlaczego?”. Nie wystarczy napisać „Lenny”. Trzeba dodać, że uciekłam, że wina mnie przytłacza, że nie umiem przestać myśleć, co by było gdyby. Haseł jest sporo: Kamil, pieniądze, ojciec. Przyczyn, dla których znalazły się na arkuszu papieru jeszcze więcej.

Piękna wizualizacja. Czarno na białym widać, jak moje wyobrażenia na własny temat różniły się od rzeczywistości. Boję się wyzwań, nie wierzę w siebie a równocześnie nie umiem sobie odpuścić i rozpaczliwie staram się być niezależna, zakładając, że można żyć bez zobowiązań. Tym zajmujemy się w trakcie terapii. Rozbieramy na części pierwsze każdy z moich lęków i ułomności żeby je oswoić a następnie się ich pozbyć. Jest ciężko Mój Drogi, nawet nie zdajesz sobie sprawy. Gdy czasem wydaje mi się, że z czymś już się uporałam odnajdujemy kolejną strzałkę z napisem „dlaczego?” i wracamy do punktu wyjścia. Kiedy upadam na duchu Szalona Alicja stuka palcem w część arkusza po lewej stronie kontaktu. Ten obszar też systematycznie zapełniam. Powodami, dla których elektryczne gniazdko i to co sobą symbolizuje ma w końcu ostatecznie zniknąć. Nie jest tam tak gęsto jak po stronie prawej, ale ciągle coś dopisuję.

Jest też imię, które pojawia się i na wejściu i na wyjściu. Nie jesteś pewnie zaskoczony. Bartek. Swoim małym oszustwem obnażył moją słabość, wyjął jedną z kart podtrzymujących już i tak niestabilny domek. A dziś, między innymi ze względu na niego Mój Nieznajomy Przyjacielu, odwołuję naszą niepisaną umowę. Oficjalnie nie interesuje mnie już niebyt. Domyślam się Twojego rozczarowania, liczyłeś na mnie, miałam do Ciebie dołączyć, chciałam to zrobić. To byłoby łatwiejsze niż stawianie na nowo karcianego domku, gdy każdemu elementowi przyglądam się praktycznie przez lupę odkrywając, że to, co dotychczas w moim mniemaniu uchodziło za asa kier tak naprawdę jest niczym więcej niż pikową piątką. Tyle tylko, że tym razem wiem z czego buduję fundament, może nie są to najlepsze karty w talii ale układam je uważnie i szanuję je takie jakimi są. Znam się dziś odrobinę lepiej, i dbam żeby nie było we mnie tej arogancji, która każe twierdzić: „nigdy bym tego nie zrobiła”.

Bartek na mnie czeka. To moja obietnica lepszego jutra. Mój tlen. Podarował mi dom, zatroszczył się o mnie jak nikt inny. Uważa żebym nie przegapiła terminów u kaprala, zażywała lekarstwa, razem z niemożliwą panią Strużyńską organizuje mój dzień. Pilnują mnie oboje, wiem to i po raz pierwszy w życiu, nie budzi to we mnie złości czy sprzeciwu a jedynie wdzięczność. Zawsze któreś z nich jest w pobliżu, czuwają. A ja najbardziej lubię momenty, gdy za sąsiadką zamkną się drzwi i zostajemy tylko my. Bartek wynalazł gdzieś ten długi, sztywny jak koci ogon materac, który rozkłada na podłodze przy moim tapczanie i coraz częściej nie zasypiam sama. Przypominają mi się nocne wymiany sms-ów z Kamilem. Odnajduję go w Bartku w takie wieczory, przyjaciela, przed którym nie mam potrzeby skrywania czegokolwiek. Drogiego Znajomego Przyjaciela, z którym chcę być.

Bartek wszedł do mieszkania i cicho zamknął za sobą drzwi. Ostrożnie oparł o ścianę prostokątny pakunek upewniając się, że paczka nie osunie się na podłogę. Dla bezpieczeństwa podparł ją jeszcze swoją sportową torbą. Krzywiąc się potarł kolano i sięgnął do kieszeni. Znów boli. Prześwietlenia niczego nie pokazują, motorycznie sprawny, klubowy lekarz bezradnie rozkłada ręce, a on wciąż nie może funkcjonować bez znieczulenia. Kolejna tego dnia tabletka wylądowała na dłoni siatkarza, po chwili wahania dołączyła do niej następna. Wymusił uśmiech i już miał wejść do pokoju, gdy zasłyszana rozmowa kazała mu cofnąć się w półmrok korytarza. Strużyńska nadawała. Marszcząc brwi Kurek wytężył słuch, żeby wyłapać sens z wystrzeliwanych jak z karabinu zdań.

-Młoda jesteś, głupia to i gadasz od rzeczy. Kupił mieszkanie, to kupił. Masz się gdzie podziać, a ja nie muszę się obawiać, że mnie twoja babka zacznie nawiedzać i straszyć po nocach. No i co się krzywisz dziewucho? Alina dobrze wiedziała, co robi, jak cię z tego Radomyśla ściągnęła. Zawsze mi mówiła, że to ty jesteś prawdziwie z jej krwi i na zmarnowanie cię nie zostawi. Twój ojciec, wybacz, ale słowa babki nie moje, to psiajucha krwiopijca pazerny do niemożliwości, diabeł mu musiał chyba nad kołyską stanąć, że się taki wyrodny udał. „Elizy zepsuć nie pozwolę” – tak zawsze Alina powtarzała i mi też kazała obiecać, że będę mieć na ciebie oko, jak jej już braknie. To co się dziwisz, że jak tylko pan Bartuś się pojawił i poprosił, żeby mu dać znać jeżeli twoje mieszkanie będą chcieli sprzedawać, to sobie jego numer zapisałam i nawet na cmentarzu u babki byłam, żeby się już nie denerwowała, bo masz obrońcę. Trochę za wysokiego, ale szczerze mu z oczu patrzy przynajmniej. No i kiedy tylko przydybałam twojego ojca, że tu z jakimiś przychodzi, oglądają, obstukują, drzwiami trzaskają i tylko przeciągi robią to go zagoniłam laską do siebie i mówię: „pan nie szuka, bo ja już kupca mam”. A ty mnie słuchaj jak ci dobrze radzę. Powinnaś się cieszyć, że cię tak kocha. No co tak te ślepia na mnie wybałuszasz? Przecież to widać na każdym kroku. I jeszcze ci powiem, że przyjdzie czas, że to ty mu będziesz potrzebna. Bo w zdrowiu i chorobie, zapamiętaj dziecko, to najważniejsza część przysięgi. Ja z moim Wieśkiem, wieczne odpoczywanie, też tak miałam, że raz jedno drugie wyciągało na prostą. Na tym to polega.

Bartek nie słuchał dalej. Choć Eliza nie odezwała się ani razu, nie trudno było się domyślić przyczyny niekończącej się tyrady pani Strużyńskiej. Osobiście dziwił się, że temat wykupionej kawalerki dotychczas uchodził mu płazem, że nie wychynął podczas tych spokojnych wieczorów, gdy leżąc tuż obok siebie rozmawiali szeptem o milionie różnych spraw. Lubił te chwile, dawały nadzieję, że wszystko jakoś się ułoży, że jest lepiej a za chwilę może być całkiem dobrze. Chyba, że znów wrócą stare nieporozumienia. Ta obsesja Elizy na punkcie finansowej niezależności, jej teorie o kupnie i sprzedaży. Bartek nie potrafił odnaleźć w sobie pewności, że jest wystarczająco zdeterminowany, by ponownie stawiać temu czoła. Tłumaczyć oczywiste rzeczy, tak jak przed chwilą musiała to robić despotyczna staruszka. Zastanawiał się czy starsza pani ma rację. Czy rzeczywiście kocha Elizę? Czy jego zachowaniem kieruje miłość, czy tylko przeogromne poczucie winy, bo w jakiś sposób przyczynił się do najgorszych minut w życiu, jakie spędził nasłuchując w ciemnym korytarzu, modląc się by ona nadal tam była.

Po cichu wycofał się na klatkę schodową i powtórzył swój powrót, tym razem na tyle głośno, aby obie go usłyszały.

-O! Pan Bartuś już jest – pani Strużyńska wyjrzała do przedpokoju i uśmiechnęła się serdecznie – na kuchence zostawiłam obiad. Pana ulubione klopsy. My już zjadłyśmy z Elizką, a teraz pomaga mi włóczkę zwinąć.

Bartek wszedł do pokoju. Eliza siedziała na dywanie, włosy miała związane w koński ogon a jej szeroko rozstawione ręce oplatały ciemnozielone, wełniane nitki. Na widok siatkarza uśmiechnęła się i próbowała wstać, ale zniewolone dłonie skutecznie utrudniały utrzymanie równowagi. Chłopak sprawnie chwycił dziewczynę za łokieć i podniósł z podłogi. Stali przez chwilę naprawdę blisko. Ciemnoczekoladowe oczy spoglądały na Bartka. Przepadł w nich starając się znaleźć odpowiedź na wszystkie dręczące go pytania. Szukał w nich siebie. Sprawdzał, co go tu przywiodło. Bał się litości, bał się pokuty a jeszcze bardziej obawiał się miłości, której może nie sprostać. Oczy Elizy przyciągały, błyszczały i wabiły. Niewiele brakowało, żeby utonął w nich całkowicie. Chętnie kontynuowałby swoje poszukiwania w kuszących wargach. Pochylał się nad dziewczyną ogarnięty nagłą potrzebą zbadania również tych obszarów. I wtedy pojawiła się iskra. Naelektryzowana wiązka szmaragdowej włóczki musiała wyczuć różnicę potencjałów pomiędzy obiektami. Obiekty naturalną koleją rzeczy odskoczyły od siebie, naprawdę blisko zmieniło się w zupełnie daleko.

6.

Drogi Nieznajomy Przyjacielu,

z góry przepraszam, bo oto powstaje najbardziej nieskładny z moich listów do Ciebie. Nie potrafię pozbierać myśli, poukładać ich w mojej biednej, obłąkanej głowie. Ręce trzęsą mi się tak bardzo, że chyba sama nie będę umiała odcyfrować tych poplątanych zdań, którymi zabazgruję kartkę, zagłuszam strach. Siedzę skulona na tapczanie i boję się podnieść wzrok. Twarda oprawka zeszytu zachowuje mnie przy zdrowych zmysłach. Dotykam gładkiej obwoluty, ślizga się po moich kolanach, ona istnieje, świat istnieje. Koncentruję się na wypełnianiu krateczek rozchwianymi literkami. Zacznę pisać drukowanymi, wtedy trzeba mocniej przycisnąć długopis, poczuć go w palcach dokładniej, trzymać go tak, jakby był ostatnim rzeczywistym przedmiotem, który nie pozwala mi opaść na dno. Nie podnoszę głowy, ale wiem, że on tu jest. Wrócił z niebytu. Szarobłękitne oczy przyglądają mi się z powagą.

Bartek chciał go zabrać, schować. Nie pozwoliłam mu na to, sama zdecyduję, kiedy już wystarczy. Znów go przestraszyłam, wiem o tym i bardzo mi wstyd, ale nie mogę inaczej. Rozumiesz Mój Drogi, prawda? On nie. Jest zły, czuję to. Zły na siebie, bo nie tak to sobie wyobrażał, zły na mnie, bo go przerażam. Może później uda mi się właściwie podziękować i przy tym nie rozpłakać. Powiedzieć, że to, co zrobił, dla mnie, dla Lennego… Och, nie ma co się oszukiwać, nigdy nie znajdę sposobu żeby przełożyć wdzięczność, podziw, oddanie na słowa. To nierealne, to nie długopis w mojej ręce i zeszyt na moich kolanach. Nie wytłumaczę również, że teraz muszę przede wszystkim znaleźć odwagę, żeby spojrzeć w oczy czuwające nade mną z rogu pokoju. Bo kiedy to zrobię, będę gotowa. Nareszcie. W końcu pozwolę kapralowi zająć się tym, czego unikałam dotychczas jak ognia, przed czym wzbraniałam się w trakcie każdej wizyty. Imieniem obwiedzionym kilkunastoma ramkami różnej grubości, rysowanymi za każdym razem, gdy rezygnowałam z próby podążenia po strzałkach prowadzących do Lennego.

Tylko najpierw muszę na niego spojrzeć. Świadomie, nie przez przypadek jak przed godziną, gdy wychynął spod pakowego papieru. Niczego nie podejrzewałam, Bartek mnie nie ostrzegł, nie byłam przygotowana. Nie zastanowiło mnie, czemu jest taki poważny wręczając mi prezent. Pewnie wzięłam to za zmęczenie albo dokuczający mu ból, ostatnio tak często skarży się na kontuzjowane kolano. Nie od razu się zorientowałam. Pierwszy był ten rozmazany, poruszony, niemający sensu bez pozostałych dwóch. Następny nie pozostawiał wątpliwości. Delikatnie rozjaśniona skóra i te niebieskie oczy przewiercające mnie na wskroś. Lenny. Sprzedany nieznajomym, wystawiony na handel przedmiot, oszukany i zwiedziony do samego końca, a nawet po nim. Nie wiem jak Bartek tego dokonał, za jakie sznurki musiał pociągnąć, żeby dotrzeć do anonimowego kupca, jakich argumentów użył, że nakłonił obcego człowieka do zwrotu portretów. Nieistotne. Lenny wrócił, ocalał. Jest tu i wiem, że patrzy na mnie, czeka aż się do niego odezwę.

Bo kiedy podniosę głowę, powiem mu przepraszam, powiem mu, że żałuję, powinnam postarać się bardziej. Zapewnię, że gdybym mogła cofnąć czas, wszystko potoczyłoby się zupełnie inaczej. Obiecam, że nigdy o nim nie zapomnę, zawsze będę go kochać. Poproszę, żeby mi wybaczył, bo ostatecznie i ja sobie muszę wybaczyć. I powiem mu, że się pomylił. Nie uwolnił siebie tylko zniewolił mnie. Pociągnął za sobą. Poznał mnie z Tobą, Mój Drogi. Nie poczekał, nie stanął do walki, poddał siebie. I też zgrzeszył. Porzuceniem. Zaniechaniem. Rezygnacją. Zobojętniały przeszedł obok nas wszystkich nie pamiętając o zdjęciu, jednym z pierwszych, które zrobił. Silver lining, słońce obrysowujące srebrem najciemniejszą chmurę, nadzieja skryta za każdym mrokiem.

Jeszcze chwila Mój Drogi, nie popędzaj mnie, zbieram odwagę, ratuję się głębokim wdechem przed nurkowaniem. Szarobłękitne oczy czekają cierpliwie.

Choć zapadł już zmrok i nieoczekiwanie się rozpadało na ulicy Jagiellońskiej nadal panował spory ruch. Morze różnobarwnych parasolek niespokojnymi falami przelewało się w obu jej kierunkach, rozpierzchając się u ujścia i niknąc w głębi deptaka 3 Maja bądź nieregularnymi porywami szturmując pobliską galerię handlową. Kierowcy trąbili zniecierpliwieni lub nieskutecznie próbowali znaleźć spłachetek wolnego miejsca parkingowego. Gorączka przygotowań do długiego weekendu osiągnęła apogeum. Wszyscy musieli coś pilnie załatwić, kupić, ustalić. Morze widziane z góry burzyło się, wirowało, i kipiało niespokojnie.

Bartek zazdrościł każdej, pojedynczej pasiastej parasolce, każdemu czarnemu parasolowi. Bardzo chciał móc się gdzieś spieszyć, mieć sprawę niecierpiącą zwłoki, wizytę u lekarza, niezapłacony rachunek, dodatkowy trening. Cokolwiek, co pozwoliłoby mu wyjść, wmieszać się w tłum, nie być tutaj. Tymczasem stał przy kuchennym oknie i z rosnącą irytacją przyglądał się zabieganym szczęśliwcom. Dłonie wbił głęboko w kieszenie spodni a czoło oparł o chłodną szybę. Palce jednej ręki zacisnął mocno wokół ukrytej w dżinsach fiolki ze środkiem przeciwbólowym, jej obecność odrobinę go uspokajała. Jednak żeby poczuć się zupełnie dobrze potrzebował o wiele więcej od kilku tabletek i odwrócenia się plecami do reszty świata, do stołu z pomiętą kartką papieru i przymkniętych drzwi pokoju, zza których dochodziły budzące lęk szepty.

Był na siebie zły. Decyzja, która z początku wydawała mu się świetnym pomysłem przeobraziła się w jakiś chory koszmar. Niepotrzebnie odszukał te zdjęcia, niepotrzebnie je tu przynosił. Za wcześnie, Eliza znów odpłynie, trafi do kliniki, zaprzepaści to, co z takim trudem udało jej się wypracować w trakcie leczenia. Niepotrzebnie się mieszał. Możliwe, że od samego początku. Zasępił się własnymi myślami. Gdzie podziało się to szczęście towarzyszące jej uśmiechowi, rozchodzące się po całym ciele ciepło, kiedy Lisek stawał na palcach, żeby tylko dosięgnąć jego ust? Co ze spokojem ciemnego pokoju, gdy wsłuchany w jej równy oddech uśmiechał się do siebie? Teraz wszystko przykrył lęk, nieodpuszczająca obawa. I ten niemożliwy ból, który wciąż trzeba uśmierzać lekarstwami.

-Bartek? – wzdrygnął się na dźwięk cichego głosu, odwrócił gwałtownie od okna.

-Bartek, już można, już po wszystkim, schowajmy je – Eliza podeszła bliżej, jej oczy wciąż były wilgotne od łez.

-Dlaczego to robisz? – Kurek nie umiał wytłumaczyć, co było powodem takiej reakcji. Czuł gniew, żal do Elizy, o to, że płakała, że wygoniła go z pokoju zostając z portretami zmarłego przyjaciela, że znów go przestraszyła.

-Przepraszam, chciałam…

-Wrócić do punktu wyjścia? – Bartek nie pozwolił jej dokończyć – Zmarnować te wszystkie tygodnie terapii? Czy ty w ogóle chcesz być zdrowa?

-Chcę, przecież wiesz – patrzyła na niego nie kryjąc urazy, o to również był na nią zły.

-Nie jestem przekonany – nie umiał się zatrzymać. Skoro nie mógł stąd wybiec i dołączyć do gnających przed siebie parasolek to widocznie nadszedł czas na szczerość.

-Pamiętasz nasze pierwsze spotkanie? U mnie w kamienicy, kiedy zatrzasnęłaś nas w bramie? – Bartek podszedł do stołu i wyciągnął rękę po leżącą na nim kartkę – Ja pamiętam, wydawało mi się to wtedy całkiem zabawne. Powiedziałaś, że chcesz, żebym to był ja, bo inaczej zwariujesz i wylądujesz w Straszęcinie. To byłem ja. I czy to w czymkolwiek pomogło?

Podniósł zapisany cyframi arkusz i przyglądał mu się przez chwilę. Eliza milczała, dłonie zacisnęła na oparciu krzesła, tak mocno, że aż pobielały, piegi stały się jeszcze wyraźniejsze. Nie spuszczała wzroku z trzymanej przez Kurka notatki.

-A teraz, kiedy jestem tutaj znów, czy nie zataczamy koła? – Bartek potrząsnął kartką – Możesz mi powiedzieć po co ci to?

-Przecież wiesz – podbródek Elizy drżał niebezpiecznie.

-Chciałbym usłyszeć od ciebie – nienawidził się w tym momencie, za to, że jest tak przeraźliwie spokojny, że potrafi patrzeć na nią chłodno i obojętnie, że ją do tego zmusza.

-Muszę pamiętać, ile jestem ci winna, to są moje wyliczenia – dziewczyna spuściła głowę.

-Te portrety, wybuliłem osiem tysięcy, dopisać? – a myślał, że bardziej już się znienawidzić nie może – To nic, że mało przez nie tu nie zwariowałem, bojąc się, że znów ci się pogorszy, że doprowadzą cię tam skąd jeszcze zupełnie nie wróciłaś, że znów będę cię odwiedzał w klinice, zastanawiając się, czy w ogóle dostrzegasz moją obecność. To nic, kosztowały osiem tysięcy. Tyle możesz być mi za nie winna.

Trzasnęły drzwi, Eliza zniknęła w łazience, zaszumiała woda płynąca z odkręconego kranu. Niepotrzebnie, i tak było słychać, że płacze.

Bartek opadł na parapet. Ręka sama powędrowała do kieszeni, palce uchwyciły znajomą fiolkę. Nie będzie się dobijał, nie będzie krzyczał. Jakoś poradzi sobie z natrętnym obrazem półnagiej dziewczyny nacinającej jasną skórę na swoim prawym boku. Odpędzi widok poparzonego przedramienia i dłoni trzymającej kurczowo pęk kolorowych przewodów. Oprze się lękowi. Tak. Bo właśnie stąd wychodzi.

Poderwał się i pobiegł do przedpokoju, chwycił wiszącą przy lustrze kurtkę i szybko zaczął wiązać buty. Nie musi tego robić, to nie jest jego obowiązek. Nawet nie ma pewności czy ją kocha, a co dopiero czy kocha ją tak niezachwianie, żeby codziennie przeżywać ten sam strach. Czy będzie w porządku, czy będzie lepiej, żeby tylko znów się nie pogorszyło. Głęboki oddech przed każdym wejściem do mieszkania, napięcie oczekiwania, jakie wieści szeptem przekaże pani Strużyńska, czy Szalona Alicja nie zadzwoni z ostrzeżeniem. Dość. Wychodzi. Teraz, zanim zwariuje razem z nią.

Otworzył z impetem drzwi i o mało się nie przewrócił odskakując, żeby nie stratować stojącej w progu Elżbiety.

-Jest problem – Elka nawet się nie przywitała. Przepchnęła się do środka i rozglądnęła niespokojnie. Musiała dojść do wniosku, że są sami, bo wyrzuciła z siebie jednym tchem – ojciec chce ją ubezwłasnowolnić. Ściągnął tego doktorka, który przepisywał psychotropy i ma jakieś lewe opinie specjalistów. On to zrobi, musisz coś wymyślić.

Zanim Bartek zdążył zareagować z łazienki wyjrzała zaczerwieniona i opuchnięta od płaczu twarz Liska.

-Jak to ubezwłasnowolnić? Przecież to bezsensu – wyjąkała Eliza zachłystując się tłumionym szlochem, nadal nie mogła złapać powietrza.

-Z sensem, tata zawsze działa z sensem – Ela wypowiadała słowa powoli i dobitnie, przez chwilę przyglądała się siostrze a potem zawiesiła ołowiane spojrzenie na Bartku.

-W ten sposób pozbawi cię spadku – dokończyła nadal przyszpilając siatkarza wzrokiem – Chciałeś wyjść? – spytała opierając się o zamknięte drzwi i wyzywająco unosząc podbródek.

Chciał. Zapłakana buzia Liska wyganiała go na zewnątrz. Chciał, bo znienawidzić się jeszcze bardziej już nie umiał.

7.

Drogi Nieznajomy Przyjacielu,

piszę do Ciebie z prawdziwego świata. Gdzie trzeba kłaść się wcześniej i wstawać przed siódmą żeby zdążyć na autobus, gdzie należy mieć aktualne badania lekarskie, szkolenie bhp, podawać numer bankowego konta i telefonu kontaktowego, pamiętać o kanapkach na drugie śniadanie, o odprawie punkt ósma i o złożeniu w terminie zeznania podatkowego. To list z normalności. Zapewne nie spodziewałeś się, że do niej jeszcze wrócę. Ja również.

Ale raczej nie pozostało mi nic innego skoro wszelkie limity szaleństwa na ten kwartał wyczerpała Elka ze swoimi rewelacjami. Nawet nie wiem od czego powinnam zacząć. Ojciec? Babcia? Spadek? Bartek? Dużo wydarzeń skumulowanych w bardzo krótkim okresie czasu. Życie przyspieszyło, nabrało rozpędu, a ja wraz z nim. Trochę się boję czy dotrzymam mu kroku, ale dokładam wszelkich starań, żeby nie pozostać w tyle. I wiesz co? Podoba mi się. Kolejna rzecz, która wylądowała po lewej stronie elektrycznego gniazdka. To pełne satysfakcji znużenie po efektywnym dniu, świadomość, że coś po sobie dziś zostawiłam, drobiazg, nie zmieni niespodziewanie losów świata i nie oszołomi ludzkości, ale to więcej niż nic. Subtelna różnica pomiędzy przeżyć a przetrwać. Wydawałoby się, że znaczy to samo, nic bardziej mylnego, Tobie, Mój Drogi, nie muszę tłumaczyć. Trwa się w pustce, bez celu i przeznaczenia. Mi ponownie zasmakowało bycie, aktywne, witalne, wypełnione szumiąca w żyłach krwią i przenikającym do krwiobiegu tlenem.

Pośrednio zasługa taty. Wnioskując z opowieści Elki, to co z Bartkiem braliśmy za pozostawienie mnie samej sobie i może nawet ulgę, że obłąkany kłopot został ściągnięty z rodzicielskich barków, było w rzeczywistości cichym zbrojeniem się do kontrataku. Wyszło na jaw, że kiedy następnego dnia po powrocie do Rzeszowa zadzwoniłam do mamy uspokajając ją i zapewniając, że nic mi nie jest i jakiś czas pobędę u przyjaciela, ojciec natychmiast pojechał na policję. Chciał żeby mnie sprowadzili z powrotem. Na moje szczęście go wyśmiali. Pełnoletnia córka ma prawo o sobie decydować, a skoro została wypisana ze szpitala i nie biega z nożem po mieście nie ma podstaw do interwencji. Może ktoś inny dałby spokój, ale nie ojciec. Tylko żebyś przypadkiem, Mój Drogi, nie posądzał go o troskę, a przynajmniej nie tą z gatunku bezinteresownych. Moja siostra przywiozła ze sobą pewien dokument, który rzuca nowe światło na determinację naszego starszego oraz nieoczekiwanie wywołuje na scenę, całkowicie zza grobu, moją babcię. Śmierć okazała się za słaba, żeby pozbawić ją przyjemności rozstawiania nas na szachownicy. Jak zwykle nieświadomie uczestniczę w mistrzowskim gambicie.

Jeżeli, Mój Nieznajomy Przyjacielu, przypadkiem mijasz babcię gdzieś w waszym nieistnieniu, pozdrów ją proszę ode mnie. I przekaż, że z całym szacunkiem dla jej sprytu, ukrycie testamentu w szkatułce z biżuterią to wyjątkowo głupie posunięcie. Można było przewidzieć, kto pierwszy tam zaglądnie.

-Oto oryginał, proszę – Ela położyła na stole zadrukowaną kartkę opatrzoną wyraźną notarialną pieczęcią – podmieniłam w papierach ojca na kserokopię. Tak długo jak nie będzie chciał zrobić z tego użytku nie zorientuje się, że ma podróbkę.

Elka ze zwycięskim uśmiechem obserwowała siostrę pochyloną w skupieniu nad dokumentem. Oczy Elizy rozszerzały się z każdym przeczytanym zdaniem. Stojący za jej plecami Bartek z niedowierzaniem spojrzał na Elżbietę.

-To znaczy… – zaczął niepewnie.

-To znaczy, że odziedziczyłaś niezły majątek, siostra – Ela dokończyła myśl siatkarza – z tego co udało mi się podsłuchać, to w samych depozytach jest coś koło czterystu tysięcy, a w akcjach chyba drugie tyle. Kupa szmalu.

-Ale jak? Skąd? Babcia nawet się nie zająknęła. Jedyne o co prosiła, to żeby nie sprzedawać mieszkania oraz żeby pochować ją z obrączką i z sygnetem dziadka. Wiesz, tym z orzełkiem – Eliza nadal wodziła zdumionym wzrokiem po zapisie jasno określającym ją jako główną spadkobierczynię pokaźnej fortuny.

-Tym samym, którego ojciec nie pozwolił włożyć do trumny, bo powiedział, że pod ziemią pożytku z niego nie będzie – Ela przytaknęła przypominając sobie powód jednej z wielu kłótni związanych z pogrzebem seniorki rodu. Zmarszczyła brwi zastanawiając się nad czymś przez chwilę.

-Oczywiście! Elza, sygnet był razem z testamentem! – nagłe olśnienie rozjaśniło twarz młodszej z sióstr – miałaś go znaleźć spełniając ostatnią wolę babci – Elka klasnęła w ręce, zadowolona z rozwiązania zagadki.

-Szkoda, że nie przyszło jej do głowy, że chciwość waszego ojca może nie znać świętości – wtrącił się Bartek, który zaczynał rozumieć coraz więcej z tej poplątanej historii – Dlatego wymyślił ubezwłasnowolnienie, prawda? Żeby obalić testament.

-Nawet nie tyle, wystarczy, że będzie zarządzał mieniem Elizy jako jej prawny opiekun – Ela potwierdziła podejrzenia Kurka – Tatę nie interesuje zachowek i włóczenie się po sądach. On chce całości. A teraz trafiła się idealna okazja. Dotąd musiał ukrywać testament i kombinować, jak się dobrać do spadku. Dziś rozwiązanie ma podane na tacy.

-Przecież nie może tego zrobić. Doktor Janik mówi, że robię postępy i jestem już właściwie… – Eliza utknęła w połowie zdania czując na sobie uważne spojrzenie Bartka. Zmięta kartka z wyliczeniem należności za jego opiekę leżała na podłodze – albo już niedługo będę, zdrowa – zapewniła z mocą.

-Jedźmy tam – Kurek poderwał się z miejsca – wyjaśnijmy to raz na zawsze. Niech się odczepi, da ci spokój. Ja z nim porozmawiam.

-Nie! – Ela z przejęciem zamachała rękami – W żadnym wypadku! Tylko narobisz sobie smrodu. Nie myśl, że nadal jesteś anonimowym kolegą. Już zostałeś ujęty w planach. Bez skrupułów chcesz wykorzystać chorobę Elizy, żeby przywłaszczyć sobie pieniądze.

-Że co? – Bartek pobladł z wściekłości – To jakiś żart! Jadę tam, zaraz!

-Tak bardzo chcesz się oglądać w gazetach? I to nie w związku z wygranym meczem? Kto wie, może i w telewizji wspomną o burdzie wywołanej przez znanego siatkarza – Ela przytrzymała chłopaka za rękaw bluzy – To nie jest twój teren, tam wszyscy będą się trzymać razem, pół miasteczka poświadczy rzeczy, o których ci się nawet nie śniło. Jeżeli pojawisz się w Radomyślu i zaczniesz wrzeszczeć to sprawisz ojcu cudowny prezent.

-To co mamy zrobić? – Eliza popatrzyła bezradnie na siostrę.

-Wybić argumenty z ręki. Przygotować się do obrony – Elka oparła się plecami o lodówkę – Wrócić do normalności.

Zamilkli zastanawiając się nad jej słowami. Bartkowi zdawało się przez chwilę, że to kpina. Patrzył na Elizę, jej wciąż zaczerwienione od płaczu oczy, myślał o ustawionych wzdłuż ściany zdjęciach Lennego, do których niedawno szeptała, przez które on chciał stąd uciec. Przydepnął butem sponiewieraną kartkę, na której każda cyfra oznaczała wyimaginowany dług. O jakiej normalności tu rozmawiają? Jedyne co dotychczas uzyskali to szaleństwo o mniejszym natężeniu. A może tylko tymczasowo uśpione i wystarczy jeden mocniejszy wstrząs, żeby znów rozszczekało się pełną mocą, tocząc pianę z pyska i szarpiąc się na łańcuchu. Pod warunkiem, że jeszcze jakiś łańcuch zdoła je utrzymać.

„Niedługo będę zdrowa” słowa Liska pobrzmiewały Bartkowi w głowie. Wiedział, że mówiła do niego, obiecywała coś, czego nie mogła być pewna. Bardzo chciałby, żeby miała rację i żeby to „niedługo” nie trwało wiecznie. Brakowało mu cierpliwości, od zawsze. Nie zliczy ile boiskowych akcji zepsuł wiedziony chęcią zdobycia szybkich punktów, próbując na siłę, powtarzając te same fatalne zagrania, oczekując natychmiastowego efektu. Nie umiał czekać. Czekać znaczyło nie mieć wpływu na wydarzenia, nie panować nad sytuacją. Męczyło go to i irytowało. Dlatego odszukał portrety Lennego, chciał działać, wpłynąć na proces leczenia, skonfrontować Liska z największym lękiem. Tradycyjnie pożałował pochopnej decyzji. Tradycyjnie nie uczył się na błędach.

-Powinnaś wrócić do pracy – Bartosz przerwał ciszę. Działał – Jeżeli przed sądem udowodnisz, że jesteś samodzielna i potrafisz o siebie zadbać, nikt nie przeforsuje ubezwłasnowolnienia. Szczególnie, gdy to będzie nieprzypadkowe zajęcie.

Dziewczyny odezwały się równocześnie:

-Świetny pomysł – Ela podniosła do góry kciuk prawej dłoni natomiast Eliza spojrzała z powątpiewaniem na chłopaka:

-Bartek, ale ja się sama zwolniłam z redakcji, a teraz pewnie już mnie nie będą chcieli.

-Chyba, że dowiedzą się, kto pisał dla mnie felietony – Kurek w myślach przygotowywał już argumentację, którą przedstawi szefostwu tygodnika. „Niedługo”, jeżeli może jeszcze skrócić oczekiwanie z pewnością to zrobi.

-Nie zostaniesz? – Eliza stała obok lustra ściskając w dłoniach pasek jego sportowej torby. Smutek w głosie dziewczyny nie ułatwiał Bartkowi decyzji.

-Ela jest, nie będziesz sama. Jutro przyjadę o dziewiątej, tak jak się umawialiśmy. Poza tym, dobrze mi zrobi, jak pomieszkam dla odmiany u siebie – starał się nie zabrzmieć zbyt szorstko – Dobranoc – dodał odbierając od dziewczyny swoją własność.

-Bartek – Eliza przytrzymała jego rękę – ta kartka, zniszczę ją. Nie gniewaj się już, proszę.

-Nie musimy o tym teraz rozmawiać – próbował się uwolnić, najchętniej nie rozmawiałby o tym nigdy więcej.

-Ja wiem, że ci trudno. Nie ułatwiam niczego, a tyle dla mnie robisz – ciemnoczekoladowe oczy spoglądały na niego poważnie. Bartosz nagle przestał spieszyć się do domu.

-Wytrzymaj jeszcze trochę – Eliza wciąż trzymała jego dłoń – Powiedziałeś, że nie chcesz znów zastanawiać się czy w ogóle dostrzegam twoją obecność. Zawsze ją dostrzegałam. Pamiętam twoje słowa z pierwszej wizyty w ośrodku. Dziś to dla mnie jakiekolwiek dalej ma sens, jeżeli ty tam jesteś. Odrobina cierpliwości, proszę.

-Dobrze Lisku – skinął głową, chciał jeszcze coś dodać, ale nie zdołał. Eliza wspięła się na palce równocześnie przyciągając go do siebie. Jej usta były ciepłe i miękkie. I bardzo przekonujące. Mijały kolejne minuty, dopiero znaczące chrząknięcie Elżbiety próbującej dostać się do łazienki zmusiło ich do przerwania przedłużającego się pożegnania.

Bartek wyszedł na klatkę schodową. Czuł, że palą go policzki.

-Dobrze Lisku – powtórzył cicho. W tym momencie był skłonny zdobyć dla niej całą cierpliwość świata, nauczyć się jej, zostać mistrzem czekania. Wracając do swojego mieszkania próbował ustalić, co takiego chciał osiągnąć nocując u siebie. Tęsknił za rozłożonym wzdłuż tapczanu Elizy wąskim materacem, z którego tak dobrze słychać jej oddech.

8.

Drogi Nieznajomy Przyjacielu,

czy zauważyłeś jak niewiele mówi się dziś o odwadze? Wolimy być inteligentni, dowcipni, otwarci. Szukamy wiernych, kochających mężów, wrażliwych i seksownych żon, sumiennych, odpowiedzialnych pracowników, oddanych i szczerych przyjaciół. Odwagę wymieniamy na łatwość podejmowania decyzji i determinację w dążeniu do celu. W bezpiecznym, cywilizowanym świecie ważniejsza jest umiejętność radzenia sobie z lękami aniżeli ich przezwyciężanie. Może to dlatego, że odwaga, tak jak dobroć wymaga jednoznaczności? Jest zero-jedynkowa. Jej braku nie wytłumaczysz wykresami, analizą zmiennych, chwilowym oddziaływaniem nieprzewidzianych czynników. Jest albo nie ma. Bez żadnych przypisów, odnośników, posłowia. Przemawia sama za siebie i kiedy nas na nią nie stać najtrudniej się do tego przyznać. A gdy ją w kimś odkrywamy… Och Mój Drogi, jakbyś zobaczył kogoś po raz pierwszy.

Elka wyjechała. Nie zdołałam jej nakłonić do zmiany decyzji, którą podjęła dawno temu. Przemykała się poniżej radaru od miesięcy, jej ulubione sformułowanie, planując i układając swoje nowe życie. Z daleka od toksycznego Radomyśla, gdzie dla wszystkich była gapiowatym, ślamazarnym odludkiem, osobą bez znaczenia. Czy to nie dziwne, Mój Drogi, że można żyć o bok kogoś całe lata i wcale go nie znać? Dziwne i straszne. Przez te trzy tygodnie, gdy Ela rezydowała na podłodze mojego pokoju dowiedziałam się o swojej siostrze więcej niż od chwili, gdy jako rozwrzeszczana zawartość białego becika nieodwracalnie zepchnęła mnie z pozycji najmłodszego dziecka w rodzinie. Odgadłbyś, że Elka świetnie porozumiewa się w trzech językach? Że bez problemu zdała egzaminy na prestiżową, brytyjską uczelnię? Że bez dyskusji dostała tam stypendium? Że w Londynie czeka na nią jej chłopak? Dla mnie wszystko było zaskoczeniem. Łącznie z prowadzonymi telefonicznymi rozmowami, w których to moja siostra egzekwowała, organizowała i ustalała szczegóły, rozmówcom pozostawało jedynie się z nią zgadzać. Po angielsku, włosku bądź niemiecku.

Będę tęsknić za Elą, już za nią tęsknię, choć zaledwie przed chwilą wróciliśmy z lotniska. Kiedy ostatni raz obejmowałam moją małą siostrzyczkę żegnając się z nią przed odlotem spytałam czy się nie boi. Uśmiechnęła się. W taki sposób, że to ja poczułam się najmłodsza. Pozwoliła mi samej zrozumieć. To nie ma znaczenia, że jest strach. On musi być wszędzie tam gdzie i odwaga. Żeby można było ją rozpoznać i docenić.

-Daj łapkę Lisku – Bartek wyciągnął rękę czekając aż Eliza dołączy do niego przed budynkiem redakcji.

-Kurde, nie myślałem, że będę miał takiego pietra – dodał, gdy szklane drzwi biurowca zamykały się za nimi z cichym szmerem.

-Nie musimy tam iść – Eliza zatrzymała się zmuszając chłopaka do tego samego – wymyślimy coś innego. Wracajmy Bartuś.

-Wiem, że nie musimy, ale powinniśmy. Nawet jeśli niczego nie wskóramy, to przynajmniej powiem jak było naprawdę. Dla mnie to też ważne Lisku – Kurek uśmiechnął się i pociągnął dziewczynę za sobą w kierunku windy.

-Dzień Dobry panie Bartku, dobrze pana widzieć, co sprowadza w nasze skromne progi? – redaktor naczelny wyszedł im na spotkanie, gdy tylko sekretarka powiadomiła go o niezapowiedzianych gościach. Tęgi mężczyzna ubrany w ciemny garnitur mocno uścisnął dłoń siatkarza i uśmiechnął się do jego towarzyszki. Przypatrywał się jej przez chwilę przez szkła okularów, ale nie rozpoznał byłej stażystki, która jakiś czas temu przemykała korytarzami redakcji i stale toczyła nierówne potyczki z wciąż zacinającą się kserokopiarką.

-Dzień Dobry panie Wojciechu, chcielibyśmy zamienić kilka słów, można? – Bartek popchnął Elizę przed sobą i nie czekając na zaproszenie wprowadził ją do przestronnego gabinetu szefa gazety.

-Napijecie się państwo czegoś? – dziennikarz gestem wskazał niewielką sofę ustawioną w rogu pokoju a sam zajął miejsce na stojącej po przeciwległej stronie niziutkiego stolika pufie.

-Dziękujemy, nie zabierzemy dużo czasu – Kurek nerwowo wyłamał palce splecionych dłoni i nie zwlekając przeszedł do rzeczy – jakiś czas temu publikowaliście moje felietony.

-O tak, ogromne zainteresowanie – mężczyzna wpadł siatkarzowi słowo, w jego oczach pobłyskiwały iskierki ekscytacji – czyżby przemyślał pan moją ofertę i jednak chce pan kontynuować? Cudownie, już dzwonię do prawnika, podpiszemy umowę jeszcze dziś.

-Spokojnie panie Wojtku, poniekąd ma pan rację, ale proszę pozwolić mi wytłumaczyć – Bartek mrugnął do Elizy, choć najtrudniejsza część rozmowy była jeszcze przed nim, to sama reakcja redaktora napawała otuchą. Mogło się udać, jeżeli tylko rozegrają to jak należy.

-Pamiętam jak mówił mi pan, że mam wyjątkową łatwość pisania i wyczucie prawidłowej struktury tekstu, artykuły szły praktycznie bez korekty czy poprawek do druku.

-To prawda – dziennikarz skinął głową – tym bardziej namawiam do powrotu do współpracy. Felietony cieszyły się dużą popularnością, nie tylko ze względu na pana nazwisko, ale przede wszystkim dlatego, że dotykały ciekawej problematyki, pokazywały siatkówkę od kulis, jej mniej dostępną dla zwykłych fanów odsłonę. A do tego były naprawdę dobrze napisane, bez dłużyzny, niepotrzebnych dygresji. Potwierdzam, ma pan świetną intuicję jak budować tekst w taki sposób, aby zainteresować i utrzymać czytelnika, prawie jakby się pan tego uczył. Pół żartem pół serio pokuszę się o stwierdzenie, że gdyby znudził się sport, kolejny fach ma pan w ręku.

-Świetnie – Bartek z zadowoleniem poklepał się po kolanach – bo to nie w moim ręku ten fach. Niestety panie Wojciechu, muszę trochę pana rozczarować. Nie napisałem ani jednego z felietonów samodzielnie.

-Nie bardzo rozumiem, skoro nie pan to kto? – mężczyzna przeniósł zaskoczony wzrok z siatkarza na milczącą dotychczas Elizę. Zdziwienie w jego oczach zastąpił przebłysk zrozumienia.

-Owszem, ta cicha osóbka obok mnie stoi za każdym zdaniem, akapitem a nawet pomysłem – Kurek, którego życie nauczyło, że najczęściej najlepszą obroną jest atak, nie zamierzał zwlekać i zostawiać zbyt wiele przestrzeni na niepotrzebne przemyślenia, przystąpił do ofensywy – i choć trochę czasu musiało upłynąć jest gotowa przyjąć pańską propozycję kontynuowania serii „Siatkurka”. Co prawda tytuł trzeba chyba będzie trochę zmienić, ale treści, tematyka, a co najważniejsze – styl nie ulegną zmianie. I w tym momencie jak najbardziej można zadzwonić do prawnika.

-Panie Bartku, z całym szacunkiem – twarz dziennikarza nadal wyrażała dezorientację – co innego drobna przysługa, załatwienie stażu, tak jak w ubiegłym roku, ale to o czym teraz rozmawiamy… – redaktor potrząsnął w niedowierzaniu głową –  Właściwie dlaczego mi pan o tym mówi? Nie boi się pan, że zrobię z tego tanią sensację?

-Oboje się boimy – Eliza uprzedziła Bartosza odpowiadając na pytanie – dla mnie to może oznaczać wilczy bilet, koniec w zawodzie, który jest moim marzeniem, a którego jeszcze tak naprawdę nie zasmakowałam. Poza pracą w tym tygodniku, bo ta uprzejmość, ten zeszłoroczny etat były dla mnie. Przygotowywałam shorty do serwisu internetowego, może pan pamięta? – mężczyzna bezradnie rozłożył ręce – Mniejsza z tym. Bartek prosi o bardzo dużo, ja będę szczęśliwa z najmniejszej szansy, żeby robić to co kocham, uczyć się tu i nabierać doświadczenia. Skoro uważa pan te felietony za znośne, to zatrudnienie mnie niesie z sobą raczej niewielkie ryzyko. Mogę zajmować się czymkolwiek, a jeżeli zawiodę, cóż, pożegnamy się, jak rozczarowany pracodawca z niepotrzebnym pracownikiem.

Naczelny poprawił okulary i wnikliwie przyglądał się Elizie. Nie spuściła wzroku, a Bartek z zadowoleniem spostrzegł charakterystycznie uniesiony podbródek. Drobny gest świadczący o tym, że siedząca obok niego dziewczyna nadal ma w sobie tę samą zadziorność, która skłoniła ją do rozkwaszenia mu nosa słoiczkiem kremu. Taka Eliza przyciągnęła go do siebie, i za taką tęsknił najbardziej.

-Zgoda – redaktor przerwał przedłużającą się ciszę – ale pod warunkiem, że pan nadal pozostanie oficjalnym autorem serii.

-Nie ma mowy – Bartosz gniewnie zmarszczył brwi – pod felietonami ma być podpisana Eliza, to jej praca i każdy powinien to wiedzieć.

-Jakoś wcześniej nie było to przeszkodą – na ustach mężczyzny pojawił się ironiczny uśmieszek – ale podzielam pańskie zdanie. Pan będzie firmował cykl swoim nazwiskiem, natomiast pod artykułami pojawi się pani – dziennikarz skinął głową w kierunku Elizy – jako autorka opracowania. Lepszej propozycji nie dostaniecie.

-W porządku? – Bartek spojrzał na dziewczynę. Jemu osobiście nie podobało się to rozwiązanie. Było kompromisem, a nie jednoznaczną wygraną. Nie tak to sobie wyobrażał. Jednak uśmiech Elizy i jej błyszczące radością oczy wystarczyły za wszystkie słowa zachęty, nikt więcej nie musiał już przekonywać Bartosza do energicznego potrząśnięcia dłonią redaktora i przypieczętowania tym samym nowej umowy z rzeszowskim tygodnikiem.

-Śpisz? – cichy szept przywołał Bartka z miękkiego półsnu.

-Nie – skłamał przewracając się na bok i podpierając głowę na zgiętym łokciu – co tam Lisku?

-Przypomniało mi się jak pierwszy raz dostałam posadę w redakcji. Wtedy też się cieszyłam, ale chyba dziś cieszę się jeszcze bardziej. Tamtego dnia była radość, bo znalazłam pracę, o jakiej marzyłam, mogłam uwolnić się od wszystkich zastępczych, tymczasowych zajęć, zrobić coś zgodnego z moimi planami – Eliza zamilkła, w mroku pobłyskiwały jedynie jej oczy wpatrujące się w leżącego na materacu chłopaka.

-A teraz? – Bartek poruszył się przysuwając odrobinę bliżej.

-Jestem szczęśliwa. On mnie zatrudnił nie tylko dlatego, że dzięki temu ma ciebie, że zdobył nazwisko Kurek na swoją czternastą stronę. Dostałam angaż, bo moje felietony były dobre. Nawet nie wiesz jak to fantastycznie smakuje.

-Mogę się domyślać – Bartosz uśmiechnął się – pewnie podobnie do uczucia, gdy wbity gwóźdź chce wywalić dach hali. Mi też się czasem coś udaje, więc trochę rozumiem jak to jest – zaśmiali się cicho. Oboje. Kurek uświadomił sobie, że po raz pierwszy odkąd Eliza wprowadziła się na powrót do swojej kawalerki.

-I wiesz co? – wyciągnięta w ciemności ręką dotknęła ramienia siatkarza –  Wtedy też byłeś tą osobą, której chciałam, musiałam o tym opowiedzieć. Że coś jest lepiej niż było przed chwilą. Choć nie wiedziałam, że to ty. I wtedy to też była twoja zasługa, ta zmiana na lepsze – dłoń dziewczyny powoli przesuwała się po skórze wywołując elektryczny dreszcz, odwracając myśli Bartka od wypowiadanych półgłosem słów – Dziękuję. Za wtedy i za dzisiaj.

-Lubię ci pomagać Lisku – Bartosz poczuł, jak drobne, szczupłe palce obejmują jego nadgarstek, a po chwili zaczynają go przyciągać, namawiać do opuszczenia rozłożonego na podłodze materaca, zapraszają troszkę wyżej, bliżej lśniących odbitym światłem księżyca oczu, kuszą obietnicą, której nie sposób się oprzeć.

-I ciebie lubię – dodał kładąc się przy Elizie, natrafiając wargami na jej usta i wsuwając dłonie pod bawełnianą koszulkę. A potem nie dodawał już niczego więcej. Po prostu ją lubił. Wsłuchując się w przyspieszony oddech, delektując smakiem słonej od potu skóry, chowając twarz w zgięcie jej szyi, pozwalając szczupłym palcom znaczyć ślady na jego plecach. Lubił ją. A może to było coś więcej.

9.

Drogi Nieznajomy Przyjacielu,

boję się. W ten najrozpaczliwszy, niewytłumaczalny, drażniący sposób.  To nie panika czy histeria. Nie wstrząsają mną dreszcze, nie rzucam się na oślep do ucieczki i nie wołam pomocy, a jednak jestem przekonana, że to strach. Tężeje i nabiera mocy każdego dnia. I nie potrafię go wyeliminować żadną z metod. Tłumię go na moment tłumacząc sobie, że nic złego się nie dzieje, że to jedynie moja, wciąż niezbyt zdrowa wyobraźnia. Lecz on nieustannie powraca, najczęściej nad ranem.

Bartek śpi obok posapując cicho. Czuję ciepło bijące od jego ciała, wtulam się w jego ramiona i czekam. Coś czai się w szarym świetle rozbudzanego dnia. Wyczuwam to przez mrowiącą skórę, pełgająca, elektryczna siateczka napięcia oblepia mnie szczelnie. Niepokój jak ćmiący bólem ząb, można z tym żyć, ale nie da się zapomnieć. Chociaż nie umiem tego uzasadnić wiem, że zdarzy się coś złego. Jest już tuż tuż. Zbliża się nieodwracalnie żeby zabrać mi ledwie odbudowany, nadal chwiejny spokój.

Razem z kapralem próbowałyśmy zracjonalizować mój lęk, nadać mu imię, znaleźć powód. Szalona Alicja podsunęła mi tezę, że boję się być szczęśliwa, że może fakt stawania się bardziej zdrową niż obłąkaną rodzi zagrożenie. To kolejna zmiana, a organizm ludzki podobno za nimi nie przepada. Organizm ludzki rzadko przyznaje się do szczęścia. Oczywiście na pytanie czy jego szklanka jest do połowy pusta czy pełna zawsze wybierze drugą wersję, przecież postrzega siebie światłem odbitym od własnego, ułudnego autoportretu. Lecz w rzeczywistości zachowuje się tak jakby jego szklanka nie tylko była w połowie pusta. Ona świeci dnem. Organizm ludzki zawsze zasługuje na więcej niż otrzymuje od życia, częściej niż innych dopada go pech, ma prawdziwe problemy i najbardziej dokuczliwe zmartwienia. Organizm ludzki stworzony został, aby narzekać i wizja poprawy może powodować w nim strach. Bo jak tu być niezadowolonym, gdy jest się szczęśliwym?

Może bym i przyznała doktor Janik rację, Mój Drogi, może i kupiłabym tę diagnozę zgadzając się, że to kolejna karta, która zamiast jokerem okazuje się być blotką. Strach przed poprawą, zmianą, miłością i szczęściem, szklanka pusta a nie jak mi się zdawało, pełna. Tylko, że ten uporczywie powracający lęk zbyt mocno przypomina przeczucie, jakie nie opuszczało mnie po ucieczce z Radomyśla, gdzie w ogrodowej altance został Lenny. To był pierwszy klocek, od którego mój świat zaczął się rozpadać, aż do momentu, gdzie zapragnęłam być jak Ty, Nieznajomy, Nieistniejący Przyjacielu Znikąd. Coś czyha w pobliżu, czuwa, szykuje się do ataku. Wiem to.

Oczywiście, wytkniesz mi zapewne mój ostatni list. Odwaga. Szczerze odpowiem, nie ufam sobie, nie jestem przekonana, czy mam ją gdzieś wewnątrz, czy gdy ten ukrywający się strach pokaże wreszcie swoje oblicze będę wystarczająco mężna, by się mu przeciwstawić i powalczyć. Co będzie, jeśli poddam się i ucieknę?  Zawiodę nie tylko siebie. Tak bardzo nie chcę rozczarować Bartka, stracić w jego oczach. Potrzebuję, żeby uwierzył, że jestem silniejsza, że cała troska i opieka jakimi mnie otoczył nie były daremne. Ja, Mój Drogi, chcę być go warta. Godna tej miłości. I dlatego boję się jeszcze bardziej.

Na dźwięk przekręcanego w zamku klucza Bartek poderwał się z tapczanu strącając na podłogę rozłożoną na kolanach gazetę.

-No jest wreszcie! Zaraz wracam – rzucił do siedzącego na dywanie Piotrka. Ten jedynie skinął głową ładując do ust kolejny kawałek sławnej już w Resovii szarlotki pani Strużyńskiej. Jako rekonwalescent Nowakowski mógł pozwolić sobie na trochę większe obżarstwo i beztrosko z tego korzystał nie licząc kalorii a jedynie rozsmakowując się bez opamiętania w domowym cieście.

Eliza na widok wkraczającego do przedpokoju Kurka uśmiechnęła się przepraszająco, lecz zanim zdążyła cokolwiek powiedzieć siatkarz złapał ją za nadgarstek i wprowadził do kuchni zamykając za nimi drzwi.

-Gdzieś ty była? Mało tu nie zwariowałem – warknął pochylając się nad dziewczyną.

-Musiałam coś dokończyć, zeszło mi dłużej, jak to w pracy – czekoladowe oczy Elizy rozszerzył strach, pocierała czerwone ślady, jakie na skórze pozostawiły mocno zaciśnięte palce chłopaka.

-A telefon też musiałaś wyłączyć? Nie mogłem się dodzwonić, sama się nie odezwałaś, w redakcji nikt nie odbierał. Gdzie byłaś? – Kurek przysunął się bliżej. Choć mówił półgłosem, żeby ich rozmowa nie dotarła do siedzącego w pokoju gościa, doskonale dało się wyczuć jak jest wściekły.

-Wyładował mi się – Eliza w pośpiechu wyciągnęła komórkę z kieszeni podsuwając ją pod nos Bartosza – a w sekretariacie o tej porze już nikogo nie ma, jak dzwoniłeś na główny, to trudno żeby ktoś cię usłyszał. Nie wydaje ci się, że trochę przesadzasz?

-A o Piotrku zapomniałaś? Czekamy od godziny, umawialiśmy się – wycedził nadal nie panując nad swoim gniewem. Sam nie wiedział, co aż tak bardzo go rozsierdziło. Strach o Elizę, jej spóźnienie, beztroska, z jaką do tego podchodziła. To, że martwi się o nią tak ogromnie, bo nadal nie dowierza, że wychodzą na prostą i jej przedłużająca się nieobecność od razu przywodzi mu na myśl najgorsze. To, że martwi się o nią, bo ją kocha. A może wszystko razem wzięte zmieszane z tym przenikliwym bólem kolana, który coraz trudniej uśmierzyć.

-To chodźmy do niego, niech nie czeka dłużej – Eliza wyminęła Kurka i już po chwili usłyszał jak wita się z Nowakowskim.

-Jeszcze nie skończyliśmy – Bartek musiał mieć ostatnie słowo, choćby przytaknąć miała mu jedynie lodówka i butelka wody mineralnej, którą przepił zażyte pastylki.

-Nie wiem, kiedy wrócę, to nie była standardowa operacja i przede mną jeszcze sporo zabiegów rehabilitacyjnych – Piotr z rezygnacją wzruszył ramionami, a Eliza skrzętnie zapisała jego odpowiedź – to wszystko trwa i też nie daje gwarancji, że potem będzie w porządku. Nic ciekawego, kiedy grzebią ci w kręgosłupie.

Właśnie powstawał kolejny felieton na stronę czternastą, gdzie obok tytułu widnieć będzie zdjęcie roześmianego Bartosza, a na dole nazwisko Elizy, jako autorki artykułu. Wspólnie obrali na temat kontuzje trapiące ostatnio zawodników rzeszowskiej drużyny. Kurek zaproponował, że nakłoni do rozmowy Piotrka, żeby perspektywa była trochę szersza i Eliza dysponowała odrobinę bogatszym materiałem źródłowym, niż jego własne doświadczenia. Pomysł z początku wydawał się Bartkowi genialny, ale teraz, gdy siedział obok i przysłuchiwał się jak jego przyjaciel opowiada o tak dobrze znanych mu z autopsji rozterkach, zmaganiach z własnymi słabościami, przezwyciężaniu bólu i ciągłym udowadnianiu, że jest się w wystarczającej dyspozycji do grania na najwyższym poziomie wzrastała w nim niewytłumaczalna irytacja. Czarne literki pojawiające się na ekranie laptopa Elizy opisywały z bezlitosną dokładnością jedną z najciemniejszych stron zawodowego sportu. Co innego wiedzieć o tym, być częścią tych mechanizmów, a zupełnie inna sprawa, zostać postawionym bezceremonialnie wobec tak szkaradnego obrazka.

-Wspominałeś, że dużo zawdzięczasz klubowi, cały proces leczenia finansuje ubezpieczenie wymagane przy kontrakcie, również operację w uznanej klinice. Czy to standardowa procedura? Każdy zawodnik otrzymuje podobny pakiet świadczeń pokrywanych polisami? – Eliza zadała pytanie i wyczekująco spojrzała na siatkarzy. Porozumieli się wzrokiem, a Piotrek westchnął, nabrał powietrza i sprawił, że obrazek przed oczami Bartka stał się jeszcze paskudniejszy niż przed chwilą.

-Dzielimy się na lepszych i gorszych. Chyba jak w każdym biznesie, gdzie są dyrektorzy i prezesi oraz zwykli pracownicy. Dla jednych znajdą się służbowe samochody, wyjazdy integracyjne i znaczące pensje, dla innych niekoniecznie. Czasami słyszy się opinie, że słabsi zawodnicy nie dają z siebie wszystkiego, że nie pokazują zaangażowania, nie starają się jak należy. Nikt nie bierze pod uwagę, że organizm ma się tylko jeden. Za tych drugoplanowych nikt nie będzie płacił, nie będzie ściągał znanych lekarzy, żeby konsultowali wyniki ich badań, finansował zabiegów, dokładał do rehabilitacji. Po zakończeniu kariery zostaną sami z sobą i swoim zmarnowanym niejednokrotnie zdrowiem. Trudno ich winić, że się oszczędzają przeczuwając, że i tak nie wejdą na pułap, na którym klub będzie na nich dmuchał i chuchał. Nie jesteś brany pod uwagę do gry w reprezentacji to i lobbujących za twoją dyspozycją będzie mniej. Twój angaż jest grubo ponad średnią – musisz się zwrócić, jeżeli trzeba w to zainwestować znajdą się pieniądze. Jesteś ważny i potrzebny, masz zapewniać wyniki, wygrane, za to ci płacą. Wieczni rezerwowi są pozbawieni podobnej motywacji, o nich nikt się nie będzie aż tak troszczył. A też mają dzieci, żony, plany, marzenia. Dbają o siebie na własną rękę, minimalizują ryzyko.

I może są w tym mądrzejsi od nas – Piotrek kontynuował po krótkiej pauzie wypełnionej nerwowym postukiwaniem klawiatury. Bartek podszedł do okna odwracając się plecami do przyjaciela i Elizy, irytacja z niewiadomych przyczyn zmieniała się w złość.

-Mają szansę wyjść z tego cało, żyć normalnie, później, kiedy siatkówka się skończy. Ja czy Kuraś, nie wiem, nie jestem pewien. Liga się rozrasta, coraz więcej spotkań, do tego kadra, turnieje, kwalifikacje, cały rok na najwyższych obrotach. Naszym psim obowiązkiem jest zwlec się co rano z łóżka, zrobić sobie zastrzyk z voltarenu, zacisnąć zęby. Zmuszać organizm do kolejnych przeciążeń, i jeszcze następnych. Jeżeli nie ma wyjścia, to zażyć leki na oparzenia, bo przyspieszają regenerację. A zawsze coś boli, zawsze coś jest naciągnięte, zawsze znajdzie się powód żeby się skrzywić przy złym ruchu. Żyjemy na pigułach, taka prawda. I tylko trzeba uważać, żeby nie przedobrzyć, nie zlekceważyć czegoś ważnego, przewlekłego zapalenia, powtarzającego się urazu. Wyczuć granicę, kiedy już nie panuje się nad własnym ciałem, nie rozpoznaje subtelnych różnic między codziennym przemęczeniem a chorobą. No i zachować ostrożność, nie zabrnąć za daleko, nie ulec jakiejś słabości.

-Myślę, że wystarczy – Kurek nadal wyglądał przez okno obserwując ruchliwą ulicę, ale jego gniewny głos sprawił, że Nowakowski zamilkł obrzucając przyjaciela zaskoczonym spojrzeniem – dość już brudów.

-Sam chciałeś bez owijania w bawełnę – przypomniał Piotrek – ale chyba masz rację, i tak nie możecie tego puścić w takiej formie, w klubie by cię rozstrzelali. Mam nadzieję, że oboje zdajecie sobie z tego sprawę – środkowy zawiesił ciężki wzrok na Elizie, dając jej do zrozumienia, że nadal jej nie ufa, że niewiele się zmieniło od tej szczególnej rozmowy, gdy oskarżył ją o interesowność i nieczyste intencje wobec Bartosza.

-Pójdę już – dodał widząc, że żadne z nich nie kwapi się z odpowiedzią – nie musicie mnie odprowadzać – Nowakowski zaciągnął suwak klubowej kurtki, a po chwili dźwięk zamykanych drzwi potwierdził zniknięcie siatkarza.

-To byłby świetny materiał – nieśmiały głos Elizy skłonił Bartka do odwrócenia się w jej stronę – można go trochę ogładzić, żeby nie brzmiał tak dosadnie, ale pomiędzy wierszami przekazać te same treści.

-Chciałabyś, prawda? Pierwszy oficjalny tekst z twoim nazwiskiem i od razu porządne grzmotnięcie, to nic, że przy okazji ja dostanę odłamkowymi – usta Bartosza wykrzywił złośliwy grymas.

Eliza odłożyła laptopa i wstała. Podeszła do Bartka śmiało spoglądając w jego zwężone złością oczy.

-Wiem, że nadal masz do mnie żal, o to spóźnienie i próbujesz się wyżyć. Nie wierzę, że tak naprawdę myślisz. Chcesz mnie jedynie zranić. Uważam, że to jest ważne, że należałoby o tym napisać, w jakikolwiek, nawet najgrzeczniejszy sposób. Bo przemilczeć byłoby błędem. Kibice kochający siatkówkę powinni wiedzieć, co ją od środka zżera, może wtedy mniej narzekaliby na brak playoff’ów w tym sezonie.

-A ty teraz w ramach misji zbawiania świata będziesz ich edukować w tym względzie? Wyciągnęłaś od Pita największe smrody i po prostu chcesz błysnąć naszym kosztem, przyznaj Eliza, nie dorabiaj historii – czy tak w rzeczywistości myślał? Nie. To czemu to powiedział?

-O co ci właściwie chodzi? – Eliza podniosła głos – Wściekłeś się nagle, kiedy Piotrek zaczął mówić o tym jak jest wam ciężko, że to nie sam miód i ambrozja bycie topowym siatkarzem. Myślisz, że tego wcześniej nie wiedziałam? A ta twoja ciągnąca się kontuzja? To, że grasz z półsprawnym kolanem, to jest fair? Ja też się o ciebie martwię, nie tylko ty wariujesz, gdy coś jest nie tak – dodała już dużo ciszej.

Milczał. Czuł się źle, a jednocześnie nie miał zamiaru przepraszać. Wiedział, że przesadził, że był niesprawiedliwy i przykry, ale wciąż było w nim zbyt dużo tej nieoczekiwanej złości, żeby się do tego przyznać. Też nie miał pojęcia o co mu właściwie chodzi. Poza chęcią natychmiastowego ukojenia rwącego bólu, który odezwał się ponownie, odbierając klarowność myślom, budując frustrację i gniew.

-Bartuś, co się dzieje? – Eliza przyglądała mu się zmartwiona, wyciągnęła rękę, żeby dotknąć twarzy chłopaka, ale ten uchylił się, minął dziewczynę i dopiero od drzwi rzucił zdawkowe:

-Muszę zaczerpnąć powietrza.

Wrócił późno w nocy. Wieczorny spacer schłodził jego zdenerwowanie i przywrócił zdrowy rozsądek, cudownie uleczył ból. Bartek chciałby określić swój gniew jako bezpodstawny lecz gdzieś głęboko cichy głos podpowiadał, że przyczyna istnieje. Nie umiał jednak przyznać, że ten wewnętrzny sufler może mieć rację, nawet przed samym sobą.

Siatkarz ostrożnie zamknął drzwi i po omacku przemknął przez ciemne mieszkanie. Starał się zachowywać jak najciszej żeby nie obudzić Elizy. Niepotrzebnie. Kiedy próbował rozłożyć materac dziewczyna obróciła się na bok i odchylając kołdrę poprosiła:

-Chodź do mnie. Nie bądźmy tacy, nie odsuwajmy się od siebie bo coś poszło nie tak. Chodź do mnie Bartuś.

Nie mógł odmówić. Nie chciał. Przytulił ją do siebie ciesząc się tą bliskością, zapachem jej włosów, dotykiem gładkiej skóry. Nie musiał przepraszać bardziej niż pocałunkiem. Nie potrzebował tłumaczyć się dokładniej od jeszcze mocniejszego objęcia drobnych ramion dziewczyny.

-Coś się dzieje Bartek, prawda? Coś niedobrego – Eliza próbowała bezskutecznie zajrzeć mu w oczy.

-Wszystko w porządku. Nie martw się Lisku. To po prostu zły dzień – nie wiedział dlaczego skłamał.

Ucichli. Bartek głaskał plecy Elizy zastanawiając się jak naprawdę powinien odpowiedzieć na jej obawy. Sprawdzając czy potrafi sformułować własne. Czy w nie wierzy. Minęło kilka długich minut zanim zdecydował się odezwać:

-Boję się – głos utknął mu w krtani, czekał na reakcję. Ale jedyne co usłyszał to równy, spokojny oddech. Eliza spała.

-Boję się Lisku – powtórzył mimo to, a jego myśli uciekły do plastikowej fiolki ukrytej w kieszeni pozostawionych na oparciu fotela spodni.

10.

Drogi Nieznajomy Przyjacielu,

od dłuższego czasu próbowałam rozgryźć Twoją tożsamość, dowiedzieć się kim jesteś i dlaczego stałeś się adresatem moich poplątanych listów. Zaczęło męczyć mnie, że nie wiem skąd się wziąłeś. Kapral Janik również nalega, żeby w końcu Cię nazwać. Swoim zwyczajem marudzi, że dość ukrywania za maską nieistnienia, jesteś ze mną od tak dawna, że nie możesz być przypadkowy, musisz coś znaczyć.

Jej zdaniem uosabiasz któryś z moich lęków, może ten przed konfrontacją z poczuciem winy, a może przed życiem w świecie, którego materializm tak często mnie mierzi i odstręcza. Ja obstawiałam, że jesteś Lennym, moim największym grzechem, moją klęską i wiecznym bólem po stracie kogoś, kogo nie zdołałam uratować. Tylko, że z każdym kolejnym pisanym do Ciebie listem nasza relacja zdawała się zmieniać. Już nie chcę żebyś zabrał mnie do siebie, tam gdzie nic nie trzeba, gdzie człowieka nie nawiedzają koszmarne sny, nie musi czuć smutku, strachu, bezsilności. Z przeznaczenia stałeś się powiernikiem. Nie możesz być zatem Lennym. On nie dawał wsparcia bo sam za bardzo go potrzebował. A Ty, Mój Drogi, cierpliwie słuchając wszystkiego co mam Ci do powiedzenia, nie oceniając i nie ganiąc przetrwałeś ze mną najgorsze momenty i nadal nie robisz mi wyrzutów, gdy łamię złożoną Ci obietnicę i żyję. Z pełnym rejestrem plusów i minusów tego wyboru. Bo owszem, można nie czuć, tylko, że wtedy omijają nas również te cudowne drobiazgi, które sprawiają, że zdrowy, normalny człowiek boi się śmierci. Gdybym przyłączyła się do Ciebie nie wysłuchałabym żadnego z niekończących się monologów pani Strużyńskiej, suto okraszanych jej znakomitymi ciastami i szorstkimi czułościami, które stara się jak może zakamuflować, a które świadczą tylko o tym, jak bardzo się o mnie troszczy. Nie byłoby wyjść do pubu z nowymi znajomymi z redakcji i tego śmiechu z każdej niesamowitej anegdoty Beaty, nie byłoby długich, wieczornych rozmów z Elką, jej wsparcia i więzi, która jest mocniejsza niż kiedykolwiek. I nie byłoby zaspanego Bartka błagającego budzik o litość a mnie o wyrozumiałość, bo jeszcze minutka. W nieistnieniu nie mogłabym go kochać.

Przez chwilę byłam skłonna twierdzić, że masz być po prostu Drogim Nieznajomym Przyjacielem, moim sekretnym oparciem, tajemniczym opiekunem, do którego zawsze będę mogła się zwrócić ze swoimi obłąkanymi kłopotami. Wszystkim, czym zdawał się kiedyś być Kamil, zrozumieniem, pomocą, zaufaniem. Czymś, co zniknęło bezpowrotnie, gdy Milczek okazał się mieć podwójną osobowość, być kimś jeszcze. Miałeś go zastąpić, bo gdzieś głęboko nie wierzyłam w Bartka, że potrafi taki właśnie być, że faktycznie Kamil i on to jedna osoba. Nieudawany, prawdziwy, znajomy przyjaciel. Tymczasem w rzeczywistości, poza tym sfałszowanym forumowym kontem, w Bartku nie ma kłamstwa. Jest za to odwaga, troskliwość, czułość, zdecydowanie i siła. Choć musiało mu być naprawdę ciężko i trudno wytrwał przy mnie, nie zostawił, nie pozwolił mi się poddać. To, że piszę ten list, że mogę to zrobić to przede wszystkim jego zasługa. Czy istnieje doskonalsza próba przyjaźni, miłości, oddania?

Gdy po raz pierwszy otworzyłam ten notes i zaczynałam naszą korespondencję nie zdawałam sobie sprawy z tego kto jest jej odbiorcą, o kim myślę stawiając każdą chwiejną literkę. Dziś już wiem. Mój Drogi Nieznajomy Przyjacielu, przepraszam, że w Ciebie wątpiłam, że pożałowałam Ci kredytu zaufania. Wybacz mi ten ostatni raz, więcej Cię nie zawiodę. I udowodnię, że nie pomyliłeś się inwestując we mnie, stając się Moim Drogim Ukochanym, Bartku. Zmitrężyłam już dość czasu zamykając oczy na oczywistość, możliwe, że nadal bym ją wypierała, gdyby nie Marcin. Gdyby nie skorupka człowieka, którego nie miał kto podeprzeć. Ale tego nie muszę Ci tłumaczyć, bo byłeś tam ze mną. Zawsze jesteś ze mną, dlatego istnieję.

Drobna sylwetka Elizy zamajaczyła za szklanymi drzwiami biurowca. Kurek odłożył telefon i wysiadł z samochodu, pomachał do żegnającej się z koleżankami dziewczyny wskazując jej miejsce, w którym zaparkował. Uśmiechnęła się na jego widok, rude włosy szarpnięte wiosennym wiatrem zalśniły w kwietniowym słońcu. Bartek przyglądał się zachwycony, już dawno nie widział jej z daleka, a okazało się, że powinien robić to częściej. Eliza promieniała, wyróżniała się wśród przechodniów, nie tylko ze względu na intensywnie miedziane pasemka podkreślone kontrastującą zieloną apaszką. Była piękna, tak po prostu, niewymuszenie, naturalnie, zapierająco dech w piersiach piękna. I była jego. Roześmiał się widząc jak dziewczyna nieporadnie próbuje upchnąć do plecaka ewidentnie zbyt duży segregator aż w końcu rezygnuje wzruszeniem ramion i pakując dokumenty pod pachę zmierza w kierunku przejścia dla pieszych. Banalny obrazek, który w umyśle Bartosza przełożył się na dwa słowa: kocham cię. Poczuł nagły spokój, nie ma problemów, nie ma zmartwień, nie ma nawet tego ciążącego lęku. Kocham cię i czekam tutaj.

Nie tylko on czekał. Kurek poderwał się nerwowo widząc zaczepiającego Elizę chłopaka. Wysoki blondyn złapał ją za rękę, zaskoczona dziewczyna próbowała się uwolnić, ale nieznajomy nie zwalniał uścisku. Segregator upadł na ziemię, jakaś luźna notatka uleciała porwana podmuchem wiatru. Bartek wypadł na jezdnię i nie zważając na trąbiących kierowców przeskoczył przez stalową barierkę oddzielającą przeciwległe pasy ruchu. Napastnik mówił coś do Elizy, a ona potrząsała głową szarpiąc się z nim, nagle znieruchomiała i pozwoliła wręczyć sobie świstek papieru. Zanim siatkarz dobiegł na miejsce zdarzenia było po wszystkim. Blondyn nie oglądając się za siebie zbiegał właśnie schodami w głąb przejścia podziemnego a Eliza przepisywała numer telefonu ze zmiętej kartki do pamięci telefonu.

-Zrobił ci coś? Czego chciał? – Bartek łapiąc oddech rozglądał się zdezorientowany nie mogąc zdecydować, czy powinien rzucić się w pogoń za przypuszczalnym bandytą, czy też zostać na miejscu i jedynie zadzwonić na policję.

-Wszystko w porządku Bartuś, nieporozumienie. To znajomy – Eliza schyliła się po skoroszyt i troskliwie otarła go wyciągniętą z kieszeni chusteczką.

-Nie zachowywał się jak znajomy – Kurek nie spuszczał z dziewczyny zaniepokojonego wzroku – Kto to był?

-Marcin, zaproszę go dziś na kolację, dobrze? – Eliza spojrzała prosząco na Bartka.

-Ten Marcin? Ten od Lennego? Chyba żartujesz – chłopak nie krył oburzenia – Dlaczego chcesz go jeszcze widzieć, po tym co zrobił?

-Bo on wygląda tak jak ja Bartuś, tuż przed tym … – Eliza zająknęła się, a potem podwinęła rękaw płaszcza i wskazała na brzydką, czerwoną bliznę po oparzeniu szpecącą usiane piegami przedramię.

Marcin siedział przy kuchennym stole nerwowo omiatając wzrokiem pomieszczenie. Jego lekko skośne oczy błyszczały niezdrowo, twarz pokrywał kilkutygodniowy zarost a przetłuszczone włosy opadały w strąkach na niezbyt czysty kołnierzyk koszuli. Nietknięty krem z porów zdążył już dawno wystygnąć, chłopak nawet nie zauważył stojącego przed nim talerza. Eliza ostrożnie odsunęła naczynie stawiając w jego miejsce kubek z parującą herbatą.

-Napij się choć – poprosiła łagodnie – dodałam odrobinę rumu, to cię trochę rozgrzeje.

Bartek nie był przekonany czy dreszcze, które co jakiś czas wstrząsały Marcinem wynikały z wychłodzenia. Tak samo jak wciąż drgająca stopa i niespokojnie poruszające się dłonie. Chłopak był kłębkiem nerwów. Prawdopodobnie nie spał od dawna, a przynajmniej nie tyle ile powinien, obrzęki pod oczami i to nieprzytomne spojrzenie potwierdzały przypuszczenia. Kupka nieszczęścia. Mimo to Kurek nie potrafił zmusić się do współczucia. Nie taka była jego rola. Rozparty na odsuniętym pod ścianę krześle siatkarz czujnie obserwował gościa czekając na to co ten będzie miał do powiedzenia, zastanawiając się jaki jest prawdziwy powód jego wizyty i obiecując sobie w duchu, że wkroczy natychmiast, jak tylko nie spodoba mu się cokolwiek z tego co usłyszy. Jeżeli uzna, że spokój i zdrowie Elizy są zagrożone odwiedziny fotografa z bożej łaski skończą się zanim ten zdąży powiedzieć „cheese”.

-Dziękuję – Marcin zacisnął palce na porcelanowym kubku, jakby to miała być ostatnia rzecz, która utrzyma go przy zdrowych zmysłach – i dziękuję, że zgodziłaś się żebym przyszedł. Ja… Ja chciałbym cię przeprosić. Jego już nie mogę.

-Nie ma potrzeby, wtedy w galerii nie do końca byłam sobą. Lenny ucieszyłby się z wystawy, marzył o tym – Eliza pokrzepiająco uścisnęła przedramię chłopaka zapatrzonego w unoszące się znad herbaty obłoczki pary.

-Chciałem się wtedy wszystkiego pozbyć, każdej rzeczy, która mi będzie o nim przypominać. Myślałem, że zapomnę szybciej – Marcin zdawał się mówić do siebie, nie przerywali mu. Eliza zapewne po to żeby chłopak mógł to z siebie wreszcie wyrzucić, Bartek, bo jeszcze nie widział potrzeby kończenia tej przykrej sceny – Ale tak się przecież nie da. Gdybym się nie zląkł, wrócił po niego, albo przynajmniej dał mu znać, że nie chcę go porzucać, że to nie tak. A dziś już jest za późno. I tylko te sny. Ciągle do mnie przychodzą, te błękitne oczy. Wiesz, że wciąż mi się śni? – blondyn spojrzał na Elizę, jakby oczekiwał, że doskonale zrozumie sens ukryty w bezładnych zdaniach.

Nie mylił się. Bartosz w napięciu obserwował reakcję dziewczyny, nie podobało mu się w jakim kierunku zmierzała ta rozmowa.

-Mnie również – głos Elizy emanował smutkiem, ale była spokojna, zdobyła się nawet na delikatny uśmiech przeznaczony dla Bartka – W altance, tak jak widziałam go ostatni raz. Tęsknię za nim, bardzo i żałuję, że po niego nie wróciłam. Tylko, że on też dokonał wyboru, najokrutniejszego z możliwych, ale własnego. Długo zajęło mi zanim przestałam się tym katować, i pewnie nigdy nie będę umiała całkowicie zapomnieć. Jednak to nie przyniesie niczego dobrego żadnemu z nas, jeżeli nie pozwolimy mu odejść. Nie wskrzesimy Lennego żałobą i rozpaczą. Zniszczymy za to siebie. On by tego nie chciał.

-Nie chciałby – Marcin automatycznie powtórzył ostatnie słowa Elizy. Przez chwilę w milczeniu obracał w dłoniach kubek, jakby ważył w sobie decyzję. Słaby uśmiech pojawił się na jego ustach, gdy odezwał się ponownie.

-Był taki delikatny, naiwny, aż prosił się żeby otoczyć go opieką. Nie mogłem uwierzyć, że mi się przytrafił, ciągle się bałem, że odfrunie, że nie będę umiał go zatrzymać, że jest dla mnie za doskonały. Rajski ptak o niewinnych, błękitnych oczach. Nawet mi ulżyło, kiedy jego ojciec nas przyłapał i wyrzucił mnie z mieszkania. Pomyślałem, że to dobry koniec. Taki dramatyczny. Tylko, że już następnego dnia zacząłem tęsknić jak zbity pies. On się nawet nie starał, a owinął mnie sobie wokół palca. Wróciłem do tego Radomyśla, do tej zabitej dechami dziury, gdzie nieoczekiwanie rodzą się rajskie ptaki. Jak jego stary mnie zobaczył to jedynie przypadkowi zawdzięczam, że jestem cały. Pewnie by mnie zatłukł, gdyby ten tir się nie zatrzymał, nie zabrał mnie stamtąd. Ale tego było mało. W poniedziałek przyszedłem jak zawsze pierwszy do studia. Zdemolowane, rozbity sprzęt, popalone klisze i zdjęcia. I te napisy, wszędzie. Pedał, cwel, obyś zgnił. Wszystko co najlepsze. Próbowaliśmy to zmyć, z Klaudią, ona płakała, ja tyko zaciskałem zęby, jeszcze się nie bałem. Dopiero jak Kosmala przyszedł z tymi karkami. Zdziwiony zapytał co się stało, a ten parszywy uśmieszek nie znikał mu z twarzy. Karki rechotały w głos. A potem powiedział mi wprost, zbliżę się do Lennego, to jego znajomi mnie załatwią. Nie żartował. Więc zostawiłem Lennego, ze strachu. Zapomniałem, że on będzie bał się jeszcze bardziej, że nim trzeba się zaopiekować. Stchórzyłem kiedy on postanowił być przez chwilę odważny popełniając samobójstwo. A ja, choć jestem winien tak wiele, najbardziej nie mogę sobie wybaczyć, że sprzedałem fotografie. Te zdjęcia, które zrobiłem w najlepszym momencie swojego małego, słabego życia. Kiedy byłem szczęśliwy, bo rajski ptak przysiadł na chwilę obok mnie. To była ta ostatnia, najpodlejsza zdrada. Nie tylko pozwoliłem mu odfrunąć, pozbyłem się jedynego dobrego wspomnienia, jakie po sobie zostawił.

Głos Marcina nagle się załamał. Eliza wymieniła z Bartkiem wstrząśnięte spojrzenia. Kurek wiedział już co nieco o rodzinnych stronach swojej dziewczyny, ale i tak wciąż pozostawał oniemiały wobec kolejnej niesprawiedliwości, małostkowości, następnego okrucieństwa i najzwyczajniejszego w świecie zła, jakie potrafiły zrodzić się w trzewiach tego miasteczka. Eliza objęła Marcina, chłopakiem targnął długo wstrzymywany płacz. Bartek podniósł się z krzesła, na migi pokazał co zamierza zrobić, oboje musieli pomyśleć o tym samym, bo Lisek tylko kiwnął głową i zaczął szeptać do ucha chłopaka:

-Już dobrze, najwyższa pora, żebyś to z siebie wyrzucił. I chodź, mamy coś dla ciebie. Mi też to pomogło, a teraz chciałabym dać je tobie, chodź – powoli podniosła się, chwyciła rękę chłopaka i poprowadziła go do przedpokoju, gdzie Bartek właśnie sięgał do najwyższej półki pawlacza.

-Odzyskane, tej winy już nie ma – Kurek ustawił zdjęcia Lennego pod ścianą.

-Są twoje – uzupełniła Eliza – zawsze były.

Marcin uklęknął przed portretami, przesuwał po nich drżącymi palcami, szeptał niezrozumiale. Tak bardzo przypominał w tym Elizę w tamtym paskudnym dniu, że Bartek mimowolnie się wzdrygnął.

-Bartuś, jeszcze jedno, to rozmazane – dziewczyna podeszła do siatkarza, w jej oczach szkliły się łzy, ale nadal zachowywała spokój. Odzyskiwała siłę, umiała sobie z tym poradzić, był z niej dumny.

-Pójdę po jakąś szmatkę, zakurzyły się – dodała widząc ciemniejsze ślady zostawione na twarzy Lennego przez dłonie Marcina.

Kurek, mimo swojego wyjątkowego wzrostu musiał wspiąć się na palce żeby dosięgnąć ostatniej fotografii, ramka zawadziła o coś, a kiedy szarpnął zdjęciem z szafy wyleciało niepozorne ciemnobrązowe pudełko i wylądowało wprost na kolanach klęczącego Marcina. Chłopak odruchowo podniósł wieczko, ale zanim zdążył się odezwać Bartek wyrwał mu kartonik i stawiając przed nim ostatni portret warknął:

-Zostaw, to nie dla ciebie. I morda w kubeł.

Pudełeczko błyskawicznie trafiło z powrotem na swoje stałe miejsce, na najwyższej półce, tam gdzie znaleźć mógł je tylko Bartek i każda z jego przestraszonych myśli.

11.

Kochany Bartku,

ostatnio chowałam ten zeszyt na samym dnie szuflady z przeświadczeniem, że już nie będę musiała do niego wracać, że pisanie listów do Nieznajomego Przyjaciela nie ma racji bytu, gdyż Nieznany okazał się Najbliższym, Drogi przemienił się w Ukochanego. Tymczasem minęło zaledwie kilka dni od naszej poprzedniej papierowej rozmowy a ja znów tu jestem. Potrzebuję Cię, w jakiejkolwiek formie. Muszę zająć czymś myśli, uspokoić je, poukładać. Pozbyć się strachu, znaleźć w sobie odrobinę odwagi. Zawsze pomagały stawiane na kratkowanej kartce chwiejne literki. Dziś moje pismo jest jeszcze bardziej nieczytelne niż zazwyczaj. Ręka drży nieprzerwanie i jestem sama sobie wdzięczna, że nie sposób określić czy to z chłodu czy ze zdenerwowania. Pokój wypełnia się zimnym powietrzem, firanka powiewa w otwartym na oścież oknie. Marznę, ale przynajmniej mogę oddychać. Dodatkowa dawka tlenu przytłumiła przykre uczucie duszności, zaszczucia, osłabiła klaustrofobiczny lęk przed zbliżającymi się do siebie ścianami mieszkania. Gdyby jeszcze ten pomięty, rzucony w kąt kawałek papieru mógł wyparować, zniknąć, nigdy się nie wydarzyć. Albo gdybyś Ty tu był, zamiast gdzieś tam, w obcym mieście, w obcym hotelu.

Kiedy usłyszałam natarczywe pukanie do drzwi byłam pewna, że wróciłeś. Żeby pożegnać się jak należy, zasklepić pęknięcie między nami zanim siatkówka zabierze Cię na długie tygodnie. Nie powinniśmy się byli tak rozstawać, niepotrzebnie uciekłeś, zbyt wiele zostało przez to niedomówień i żalu. Ale to nie byłeś Ty, Bartku. Nastąpiła drobna zamiana ról i oto z nadawcy stałam się adresatem. Ironia czy złośliwość losu? Może gdybyś teraz był czymś więcej niż imieniem nabazgranym na papierze powiedziałbyś mi, że nie ma powodu aż tak się przejmować, przepędziłbyś ten strach, zapewnił, gdzieś wysoko nad moją schowaną w Twoich ramionach głową, że wszystko będzie dobrze. Nie mam tego, mam jedynie zimne powietrze, mój niezastąpiony zeszyt i mętlik w głowie. Bo choć znam swojego ojca, wiem do czego jest zdolny to mimo to nie jest dla mnie możliwym tak po prostu uwierzyć, jak daleko się posunął.

Tak, pamiętam, Ela ostrzegała. Jednak co innego snuć przypuszczenia, nawet te najbardziej prawdopodobne a zupełnie odmienną rzeczą jest pozostać osłupiałą z wezwaniem do sądu w ręce. Urzędowy druk dobitnie określający mnie pozwaną w sprawie o ubezwłasnowolnienie, na podstawie zaświadczeń i opinii biegłych. To takie cholernie przykre, po raz kolejny dostać metkę z ceną. Byłam głupia, że Cię nie posłuchałam, trzeba było spieniężyć spadek, przelać pieniądze, zabunkrować je w jakimś banku i dziś zadzwonić do ojca z wiadomością, że majątku po babci już nie ma, przepadł. Ale ja nie chciałam być taka jak oni, wolałam schować testament, zapomnieć o nim, nie skupiać się na tym ile co jest warte i jak bardzo zmienia to moją własną wycenę w oczach rodziców. Pewnie w duchu liczyłam, że to się nie wydarzy, każda podłość musi mieć przecież granicę? Prawda? A ja nadal jestem ich córką, nikt nie powinien czegoś takiego robić dziecku. Zmięty świstek nadany poleconym dowodzi inaczej.

Boję się Bartku i waham. Może oddam im wykradziony przez Elkę dokument, zrzeknę się praw do prezentu od babci, który w zamiarze miał pomóc a ostatecznie jest jedynie kłopotem. Zapłacę za siebie, za swoją niezależność i godność, uniknę przekonywania wszystkich dookoła, że nie jestem obłąkana. Bo co mi pozostanie, gdy nikt mi nie uwierzy? To tak bardzo boli, że dla mojego taty, którego wciąż kocham, chcę kochać, to tak niewiele znaczy, zrobić ze mnie wariatkę, upokorzyć i skrzywdzić. Boli, podobnie do policzka…

Widzisz? Ja już zapomniałam. Dopiero, kiedy spod ręki wyciekło na papier to głupie słowo dotknęłam twarzy. Jeszcze trochę piecze, ale przejdzie, nic się nie stało Bartku. Czemu nie zawróciłeś? Wiem, że nie chciałeś, to był przypadek. Wytłumaczyłbyś, zrozumiałabym. A teraz zamiast pisać mogłabym zadzwonić, usłyszeć Cię, poczuć się lepiej. Nie bać się. Tego podeptanego, porzuconego w rogu pokoju druku świadczącego, że dla najbliższych jestem jedynie aktywem. I jeszcze bardziej, tego co dzieje się z nami. Z Tobą Bartuś.

-Pamiętaj, że we wtorek masz wizytę – Bartek przerwał bezskuteczne próby sparowania swoich skarpetek wrzucając je jak bądź do walizki i zerknął na Elizę wytrwale prasującą kolejną koszulkę z kolekcji Kłos&Wrona.

-Nawet jak ci obiecam po raz pięćdziesiąty to i tak zadzwonisz w poniedziałek wieczorem i mi przypomnisz – dziewczyna posłała Kurkowi szeroki uśmiech odstawiając żelazko i składając jego t-shirt w równą kosteczkę – Po raz pięćdziesiąty pierwszy.

-A żebyś wiedziała, ktoś cię musi pilnować – Bartosz upchnął obok skarpet klapki i pomyślał, że jakoś dziwnie przypadkowo ten zestaw zawsze ląduje koło siebie.

-Siebie pilnuj, o awans gracie – Eliza podała mu stosik wyprasowanych ubrań i obrzucając walizkę krytycznym spojrzeniem spytała – Nie za mało na dwa tygodnie?

-Wystarczy, ja nie baba, nie muszę się zastanawiać co pasuje a co nie pasuje do moich rudych włosów, nie żebym mówił o kimś konkretnym – Kurek zaśmiał się i pstryknął palcami w piegowaty nosek Liska – jeszcze szampon wezmę i koniec, spakowany – dodał wychodząc do przedpokoju.

Dla niepoznaki zaświecił światło, skrzypnął drzwiami łazienki a potem na palcach podszedł do pawlacza i sięgając do ostatniej półki starał się wymacać dłonią ukryte tam pudełko. Jakimś cudem nie mógł na nie natrafić, przesuwał ręką po coraz większej powierzchni zakurzonej deski klnąc pod nosem. W końcu nie dbając już o konspirację podskoczył omiatając wzrokiem niewidoczne zakamarki szafki. Karton zniknął. Zimny pot spłynął Bartkowi po plecach, na pewno ostatnio odłożył pudełko na swoje miejsce, dobrze pamiętał. To było w nocy i przyświecał sobie komórką, a wracając po ciemku strącił z szafki klucze i obudził Elizę. Więc jakim sposobem teraz półka jest pusta?

-Gdzie to masz? – wściekły wpadł do pokoju celując palcem w jedyną podejrzaną, jaka przychodziła mu na myśl.

-Gdzie mam co? – dziewczyna patrzyła na niego szeroko otwartymi oczami, ale rumieniec powoli wypływający na jej twarz nie pozostawiał najmniejszych wątpliwości, że doskonale wie o co pyta Bartek.

-Nie udawaj, schowałaś je, oddaj – Kurek podszedł bliżej próbując nad sobą zapanować. Nie podobały mu się jego własne reakcje, ani ten gniew, ani strach, a już najbardziej to prawie euforyczne wyczekiwanie na zwrot utraconego sekretu.

-Nie mam Bartuś, przepraszam, ja… – Eliza uciekła wzrokiem gdzieś w bok – wyrzuciłam.

Wściekłość eksplodowała nagle, zaraz po tym jak sens wypowiedzianych przez dziewczynę słów dotarł do Bartosza. Czy ona w ogóle ma pojęcie co zrobiła? Ile to kosztowało i jak trudne było do zdobycia? Wyrzuciła jego spokój, ukojenie, jedyne remedium na te potworne noce, kiedy ból zaćmiewa zmysły, rodzi dreszcze i cierpienie. Jak on teraz ma sobie poradzić przez te dwa tygodnie codziennych męczarni, podróży, treningów, niewygodnych autobusów i za krótkich łóżek? Nie, to nie prawda, nie mogła być tak bezmyślna i tępa.

-Kłamiesz! Masz je gdzieś tutaj, musisz mieć – Kurek zaczął krzyczeć nie zważając na rozszerzone strachem oczy dziewczyny.

Nie obchodziło go to zupełnie. Najważniejsze, żeby odzyskać małe kartonowe pudełko wypełnione po brzegi białymi pastylkami. Rozejrzał się gorączkowo po pokoju próbując ocenić, które miejsce Eliza mogła uznać za najbezpieczniejszą kryjówkę. Uradowany zatrzymał wzrok na szufladzie biurka, w zamku której wciąż tkwił na wpół przekręcony kluczyk. Nie do wiary, jak mogła być tak niechlujna. Jednym ruchem pociągnął za rączkę szufladki.

-Zostaw, tam nic nie ma poza moim… – dziewczyna uczepiła się łokcia siatkarza, próbując powstrzymać go od zajrzenia do wnętrza przegródek.

Bartek wyszarpnął rękę a następnie odwrócił się i odepchnął Elizę. Dziewczyna zatoczyła się, próbowała złapać równowagę chwytając krawędź biurka, ale wyciągnięta dłoń minęła politurowany blat zaledwie o milimetry. Eliza upadła na ziemię uderzając buzią o krawędź wysuniętego na środek pokoju drewnianego krzesła. Jęknęła przykładając dłoń do policzka, wyciśnięte bólem łzy zaszkliły się w czekoladowych oczach.

-Naprawdę je wyrzuciłam – wymamrotała niewyraźnie.

Kurek w pierwszym momencie zrobił ruch jakby chciał uklęknąć przerażony widokiem skulonego na podłodze Liska.  Jednak w ułamku sekundy poczucie winy przysłonił o wiele potężniejszy strach przed tym, co doprowadziło do tej sytuacji. Stracił nad sobą panowanie, bo widmo braku środków przeciwbólowych okazało się koszmarem nie do zniesienia. Odepchnął Elizę, ale równie dobrze mógłby ją uderzyć zaślepiony gniewem. A przecież ją kocha, jest tego pewien. Tylko, że coś innego stało się właśnie ważniejsze. Od niej, od jej zdrowia i bezpieczeństwa, od siatkówki, od całego świata.

Bartek pochylił się nad walizką, zamknął ją równocześnie zarzucając na ramię swoją sportową torbę i nie oglądając się za siebie wyszedł bez słowa. Nie, nie wyszedł. Uciekł. Wybiegł z mieszkania, nie mogąc znieść panującej w nim ciszy, wypełniających przestrzeń wstydu i bezsilności. A przede wszystkim strachu wysysającego każdy najmniejszy atom tlenu. Uciekł, bo nazwanie po imieniu, tego co przed chwilą się wydarzyło było ponad jego siły.

12.

Kochany Bartku,

milczysz, więc piszę do Ciebie. Porozmawiajmy choć w ten ułomny sposób skoro nie odbierasz moich telefonów i nie odpowiadasz na smsy poza jednym zdawkowym „wracam w środę” wysłanym w ubiegłym tygodniu. Zapewne wróciłeś, choć mogę się tylko domyślać. Rzuciłeś sportową torbę na podłogę w swoim mieszkaniu, kopniakami zrzuciłeś buty i wyciągnąłeś się na kanapie w tym przeraźliwie pustym salonie. Spałeś spokojnie? Czy tak jak ja wierciłeś się przez całą noc zapadając jedynie w krótkie drzemki i wyrywając się z nich na dźwięk kroków na klatce schodowej lub słysząc warkot silnika parkowanego pod oknem samochodu? Czekałeś na kogoś? Ja czekałam.

 A następnego dnia swoim zwyczajem wrzuciłeś do walizki świeżą zmianę ubrań oraz stertę byle jak zwiniętych skarpetek i wyjechałeś znów. Po zwycięstwa i wygrane, których wcale nie było. Oczywiście, że oglądałam, widziałam każdy Wasz mecz. Chociaż muszę wyznać, że koncentracja na przebiegu spotkań nie wychodziła mi wcale. Wypatrywałam jedynie zbliżeń Twojej twarzy starając się wyczytać z niej wszystko to, czego od kilkunastu dni mi nie mówisz. Masz cienie pod oczami i troszkę bardziej zapadły Ci się policzki. Rzadziej się uśmiechasz, a jeżeli już, to w najgorszy sposób, kiedy udajesz, że nic złego się nie dzieje, że wszystko jest w porządku. Zbyt często uśmiechałeś się tak do mnie, żebym dała się zwieść. Choćby tego wieczoru, gdy przywiozłeś mnie tutaj, do domu, a ja w obłąkanym widzie chciałam zawracać po Lennego. Pokrywałeś tym uśmiechem niepewność i strach. A co maskujesz nim teraz? Postanowiłeś unikać wywiadów i na forum od razu pojawiły się posądzenia o gwiazdorstwo, zarzuty arogancji. Rok temu nawet jeżeli nie przyłączyłabym się do potępiającego chóru domorosłych siatkarskich ekspertów to w duchu przyznawałabym im rację. Dzisiaj chciałabym napisać im wszystkim, że się mylą, że powinni zostawić Cię w spokoju, żeby przejrzeli na oczy, bo dzieje się coś niedobrego. Tak bardzo, że nie potrafisz udawać przed kamerami, musisz przed nimi uciekać. Strach, który czaił się gdzieś w szarówce poranka wyszedł na światło dzienne. Nie umiem go jeszcze nazwać, ale już tu jest.

Pilnie zaprzątam swoje myśli, odwracam uwagę od tęsknoty i lęku czym bądź. Felietonami, sesjami z kapralem, przyśpieszonym składaniem w całość pracy magisterskiej, spotkaniami z prawnikiem, niekończącymi się monologami pani Strużyńskiej. I Marcinem. Właśnie tak Bartku, przygarnęłam tę skorupkę człowieka. Pilnuję żeby jadł, spał, kombinuję dla niego zajęcia i zabieram ze sobą, gdzie tylko mogę. Udało mi się nawet skłonić go do obfotografowania rzeszowskiego półmaratonu, z którego przygotowywałam relację. Zdjęcia wraz z moim tekstem trafiły do edycji drukowanej tygodnika, nasz mały, wspólny sukces. Szczególnie istotny, bo Marcin sięgnął po aparat po raz pierwszy odkąd Lenny… no wiesz. Chcę wierzyć, że jest z nim lepiej, że oddalił się o tej czarnej dziury, która kiedyś przyciągnęła mnie, w której bezpowrotnie zniknął mój przyjaciel a jego kochanek. Troszczę się o Marcina, spłacam dług. Wiem, że wściekłbyś się za to stwierdzenie, ale nic nie poradzę, że właśnie tak to odbieram. Próbuję być Tobą, czerpię z najlepszego wzorca starając się, aby poza ciepłym posiłkiem, kilkugodzinnym nieprzerywanym koszmarami snem Marcin otrzymał również codzienną dawkę nadziei. Żeby chciał żyć.

W ten oto pokrętny sposób doszliśmy do sedna, Bartku. Dziś oddycham samodzielnie, ale to Twoja zasługa. Dziś umiem, a przynajmniej mam taką nadzieję, pomóc komuś innemu, nawet jeżeli wiąże się to z rozdrapywaniem starych ran, budzeniem moich własnych demonów. Dziś jestem silniejsza. Dlatego, że w odpowiednim momencie, w chorobie, pojawiłeś się Ty, stanąłeś obok, wyprowadziłeś mnie znikąd. Nie wiem czy te kilkanaście dni tęsknoty, złości, zamartwiania się o Ciebie, o nas to premedytacja z Twojej strony, test na odporność, wypchnięcie z gniazda albo raczej ponowne wypuszczenie na głębszą wodę bez asekuracji. Zdałam. Radzę sobie. Oddycham. Dziś chcę żyć, bo wczoraj Ty chciałeś żebym żyła.

Więc wróć już. Udajmy, że ta środa jest środą sprzed tygodnia, dniem obiecanym w lapidarnym smsie. Zacznijmy być razem od nowa. Lepiej niż przed Twoim wyjazdem, inaczej, z moją świeżutką pewnością siebie, z Twoim zasłużonym spokojem, bo wreszcie nie musisz mnie holować. Wróć, Bartku. Pora, żebyś opowiedział mi co skrywa Twój nieprawdziwy, niedobry uśmiech, już możesz, okres ochronny za nami. Nie musisz się bać, że złamię się, ugnę, utonę. Obiecuję: wszystko się ułoży. Zaufaj mi. Odbierz telefon, oddzwoń. Wróć. Porozmawiajmy.

Bartek trwał w niezdecydowaniu. Kciuk jego prawej dłoni zawisł nad migoczącym wyświetlaczem telefonu, tuż przy ramieniu uwiecznionej na fotografii Elizy. Lubił to zdjęcie, zrobił je z zaskoczenia i przypadkowo uchwycił w stopklatce porannego Liska. Kosmyki rudych włosów opadające w bezładzie na piegowate policzki, leciutko rozchylone usta, jeszcze nie do końca rozbudzone spojrzenie czekoladowych oczu, które teraz w oczekiwaniu spoglądały na niego spod wahającego się palca. Wystarczy dotknąć ekranu, nacisnąć drgającą, zieloną słuchawkę, odebrać. Ze złością odrzucił telefon, który ześlizgnął się po pościeli i z miękkim plaśnięciem wylądował na dywanie po drugiej stronie hotelowego łóżka. Bartek czuł pod stopami przenoszone przez podłogę wibracje aparatu, lista nieodebranych połączeń puchła z każdym dniem.

Z westchnieniem opadł na poduszki i wbijając wzrok w sufitowe nierówności rozpoczął rachunek sumienia, swój najnowszy rytuał. Uzasadniał swoje postępowanie za każdym razem, gdy czuł, że dotarł do ściany, że nie ma już ruchu. Niewiele to pomagało, tym bardziej, że w potrzask trafiał praktycznie codziennie. Ale przynajmniej zajmował czymś myśli, nie dopuszczał do nich strachu. Wytrwale tłumaczył sobie, że to nie jest dobry czas na rozmowę z Elizą. Co miałby jej powiedzieć, poza serią kojących kłamstw? Wyjaśniłby utratę kontroli przedmeczowym stresem, zapewniłby, że wszystko jest w porządku, panuje nad sytuacją, że czuje się dobrze, że nie przejmuje się tak bardzo porażkami i słabszą grą. Oszukiwałby, łgał, zaklinał rzeczywistość, a równocześnie śmiertelnie przerażony modliłby się w duchu, żeby mu uwierzyła. A co jeśli nie zdołałby jej zmylić? Jak miałby przyznać się do własnego lęku Liskowi? Elizie, dla której przede wszystkim powinien być oparciem, niepotrzebny jest kolejny balast, powód do zmartwień. Nie po to wyrwała się chorobie, żeby za sprawą jego przejściowych kłopotów znów przekroczyć tę cienką, czerwoną kreseczkę pomiędzy normalnością a szaleństwem. Już lepiej niech sądzi, że to kłótnia, ciche dni, niezawiniony przez nią kryzys. Jakoś sobie to poukładają, później. Wybłaga wybaczenie, jeżeli będzie to konieczne, udało się wcześniej, uda się ponownie. Kiedy nie będzie już kontuzjowanym, obolałym nieudacznikiem, gdy odstawi lekarstwa. Choćby od zaraz. Przecież i tak nie pomagają a lekarze twierdzą, że nie są mu od dawna potrzebne. To nic, że podobne obietnice składał sobie przedwczoraj i jeszcze wcześniej, teraz będzie inaczej, bo do powrotu zostały zaledwie dwa dni. Lisek czeka.

Bartek poderwał się z łóżka, znów udało mu się oddalić od ściany, zawrócić tuż przed nią. W nagłym przypływie optymistycznego uniesienia schylił się po telefon wystukując krótką wiadomość: „wracam w środę”. Wystarczy, o całej reszcie porozmawiają już niedługo, tak jak powinni, twarzą w twarz i bez żadnych uników. A teraz należałoby zmyć z siebie ten lepki brud, i to wcale niemetaforycznie. Ciekawe, jak w przeciągu zaledwie kilku minut potrafił się tak spocić nie wykonując przy tym żadnych ruchów.

Gdy po kwadransie Kurek wyszedł z łazienki, pogwizdując pod nosem i wycierając głowę ręcznikiem, w pokoju zastał Piotrka. Choć Nowakowski dopiero rozpoczynał pierwsze porehabilitacyjne treningi i o jakiejkolwiek grze w jego przypadku nie mogło być mowy, wiernie towarzyszył drużynie tłukąc się autokarem od miasta do miasta i narzekając na nerwicę, jakiej nabawia się kibicując spoza band. Poziom gry kolegów przekładający się bezpośrednio na całkowite bądź połowiczne boiskowe klęski sprawiał, że znany dotychczas z pogodnego usposobienia Piotr chodził ostatnio smętny, marudny i szczególnie podrażniony. Pomieszkiwanie w hotelowych pokojach z Bartkiem, który prezentował równie chimeryczne humory nie działało w żaden sposób kojąco.

-Telefon ci tu oszalał – zakomunikował Nowakowski wskazując ruchem głowy pozostawionego na stoliku smartfona – twój rudzielec się dobija, przynajmniej jak mogę domniemywać po zdjęciu. A myślałem, że dałeś już sobie z nią spokój.

-Ok – Bartek miał nadzieję uciąć niewygodny temat, z pewnością nie był w nastroju do tłumaczenia Piotrowi z czym sobie dał właśnie spokój a z czym nie ma zamiaru.

-Aha. Czyli kłótnia kochanków trwa. Będziesz nadal chodził struty i grał jakbyś nie mógł – przyjaciel rzucił Kurkowi wyzywające spojrzenie.

-Odczep się może? Co ty na to? – Bartosz rzucił ręcznik na oparcie krzesła i zaczął przegrzebywać walizkę w poszukiwaniu czystej koszulki. Eliza miała rację, mógł spakować ich jeszcze kilka.

-Stary, nie widzisz co się z tobą wyprawia odkąd ona się przyplątała? – Nowakowski tylko z sobie znanych powodów postanowił drążyć, może potrzebował dać upust własnej irytacji a może rzeczywiście martwił się o Bartka – Kupili cię jako wzmocnienie, podstawowego gracza. To miał być nasz sezon, a tymczasem masakra za masakrą. A ciebie znam nie od dziś, i nic co ostatnio wyprawiasz nie jest do ciebie podobne. Najpierw nie rozstajesz się z telefonem prowadząc z nią jakieś nieprzerwane wymiany smsów, teraz nawet nie odbierasz. Odkąd jesteśmy na wyjeździe nie słyszałem, żebyś zadzwonił do swojej dziewczyny choć raz. O twoich problemach ze zdrowiem nie będę się wypowiadał.

-Ależ wypowiedz się – Kurek w podenerwowaniu założył t-shirt tył na przód i teraz zamotany w bawełnianą tkaninę próbował obrócić podobiznę żaby Kermit na właściwe miejsce – uświadom mi, że to zwykły uraz kolana, bez porównania z twoim kręgosłupem, i że nie tłumaczy mojej słabej dyspozycji. Śmiało, wal, słyszałem to już między wierszami. Ulżyj sobie.

-Jeśli potrzebujesz usprawiedliwienia dla tego jak grasz, to możesz spokojnie podeprzeć się kontuzją  – Piotr wykrzywił usta w ironicznym uśmiechu – Ale ilości piguł jakie pochłaniasz tym już nie wytłumaczysz. Nie mi.

Mierzyli się przez chwilę wzrokiem. Bartek poczuł występujący na policzki rumieniec wstydu. Przyłapany na gorącym uczynku, jak małe dziecko umorusane czekoladą, zapierające się w żywe oczy, że nie miało żadnego związku ze zniknięciem całej tabliczki. Znów dotarł do ściany, tym razem pojawiła się z zaskoczenia, Piotrek niespodziewanie popchnął go w jej kierunku. Bartosz chciał coś powiedzieć, wyjaśnić, a przede wszystkim zaprzeczyć, żeby uniknąć tego przykrego zderzenia, jednak zimne spojrzenie Nowakowskiego zmusiło go do milczenia.

-Idziemy z chłopakami na pizzę – Piotr podniósł się z miejsca i ruszył w kierunku drzwi – Zaproponowałbym ci żebyś poszedł z nami, ale pewnie nie jesteś w nastroju. Ostatnio nigdy w nim nie jesteś.

Bartek wzruszył ramionami. Czuł jak do płonących policzków dołączyły uszy, a gdyby mogły zajęłyby się pewnie ogniem, szczególnie po uwadze, jaką Nowakowski zdążył rzucić jakby od niechcenia zanim zniknął w hotelowym korytarzu:

-A jakbyś potrzebował czegoś mocniejszego, to się nie krępuj, wiesz gdzie szukać, przecież nieproszony częstujesz się moimi lekarstwami od pierwszego dnia.

Obudził go ból. Zasadniczo nie byłoby w tym niczego zaskakującego, w końcu od pewnego czasu wyrywał go ze snu codziennie. Tyle tylko, że dzisiejszego ranka wyjątkowo nie było to kolano, kłujące szpilki nie przeszywały nogi od kostki po pachwinę. Bartka łupała głowa. Tępo, dosadnie i bezlitośnie. Kac. Jakże mogło być inaczej po takim wieczorze? Bo kiedy przegrywasz wszystko jak leci, final four, ligę, mistrzostwo to nie pozostaje nic innego jak zalać się w trupa, na smutno, w równie przygnębionym towarzystwie współtwórców dotkliwych porażek. A potem zlegnąć na kanapie i zasnąć choć raz nieprzerwanym, nieprzytomnym snem. Poranne cierpienie po tym wszystkim trzeba po prostu dopisać do rachunku i wziąć jak swoje.

Przebudzony leżał przez chwilę bez ruchu rozważając czy nie sięgnąć choćby po ibuprom. Sznureczek myśli pociągnął się dalej samoistnie. Jeżeli tak to czemu nie od razu tramal, który z pewnością będzie skuteczniejszy i zadziała szybciej? A przy okazji zlikwiduje dreszcze i to śmieszne pocenie. Zresztą kolano odezwie się prędzej czy później, nie ma na co czekać. Siatkarz podniósł się z kanapy i otulając kocem powlókł do kuchni. Fiolka z lekarstwem leżała na stole w kałuży piwa, białe tabletki rozsypane na blacie i podłodze, jedna, rozgnieciona nożem na drobny proszek na desce do krojenia, tuż obok wyschniętej piętki chleba. Nie pamiętał kiedy tu był, nie wiedział, że mieszał leki z alkoholem, nie chciał się nawet domyślać, co próbował osiągnąć miażdżąc obłą pigułkę. Zdezorientowany usiadł na odsuniętym krześle zrzucając z niego uprzednio kilka pudełek po pizzy. Z kieszeni wymiętych spodni wyciągnął komórkę. Masa nieodebranych połączeń, jakieś smsy. I data. Środa. Impreza była w poniedziałek. Uciekł mu dzień, ponad dwadzieścia cztery godziny, prawie jakby umarł. Może był blisko, kto wie? Bezmyślnie sięgnął po tabletkę leżącą tuż obok jego dłoni, po chwili uzupełnił dawkę kolejną i włożył je do ust. Ściana. Tego również nie pamiętał, gdy się o nią rozbijał.

Natarczywe pukanie nie ustawało. Ktoś uparcie bębnił w drewniane drzwi nie rozumiejąc, że skoro lokator nie odpowiada to albo go nie ma albo udaje, że go nie ma, co zasadniczo skutkować powinno tym samym. Błogim spokojem. Miotając przekleństwami Bartek wstał od kuchennego stołu, przy którym spędził cały poranek tępo wpatrując się w drzwi lodówki i próbując ustalić jak, kiedy i dlaczego zabrnął w to szambo. O tym jak się z niego wydostać bał się myśleć słusznie przewidując, że może nie znaleźć odpowiedzi.

-Mówiłem ci Fabian, nie ma u mnie twojego portfela! – krzyknął donośnie w kierunku korytarza.

Pukanie ucichło momentalnie. Ktoś odezwał się na klatce schodowej, za cicho, żeby można było go zrozumieć, ale na tyle głośno, by przekonać Bartka, że z pewnością nie jest to Drzyzga. Kamuflaż i udawanie nieobecnego diabli wzięli. Siatkarz poprawił koc na swoich ramionach, przejechał dłonią po zlepionych potem włosach i otworzył drzwi próbując wyglądać równocześnie na zaspanego jak i zakłopotanego niezręczną sytuacją.

W progu stała Eliza. Nie odezwała się, nie musiała, i tak wszystko nagle zamarło.

Zamarł Bartosz, a fałszywie pogodny wyraz jego twarzy znikał pod czujnym spojrzeniem czekoladowych oczu. Zamarł ból, zarówno ten prawdziwy jak i wyimaginowany. Zamarł strach wypuszczając ze swojego trującego uścisku poplątane myśli. I zamarło serce przepełnione nieoczekiwaną radością, tające z dotkliwej tęsknoty.

Eliza weszła powoli do mieszkania, ostrożnie zamknęła drzwi. W milczeniu podeszła do Bartka, wyciągnęła dłoń i dotknęła nieogolonego policzka chłopaka ścierając zawieruszoną łzę. A potem przytuliła się najściślej jak mogła, przywierając buzią do klatki piersiowej Bartosza, pozwalając mu, żeby schował twarz w jej włosach, żeby kolejna zawieruszona łza zniknęła w nich sama.

-Tonę Lisku – wykrztusił obejmując Elizę, przygarniając ją do siebie.

-Nie przy mnie – wyszeptane zapewnienie ugodziło ciepłym oddechem wprost w serce przykryte szorstką tkaniną koca.

13.

Drogi Nieznajomy Bartku,

tak, nie przewidziało Ci się a ja się nie pomyliłam. Dokładnie w ten sposób chcę rozpocząć ten list, w ten sposób powinnam zaczynać każdy poprzedni spisany w moim sekretnym, korespondencyjnym notatniku. Tymi słowami należałoby się zwracać do Ciebie zawsze, od samego początku. Od momentu, kiedy po raz pierwszy się spotkaliśmy, i nie, nie w klatce schodowej Twojej kamienicy, ale na forum, Kamilu. A może Bartoszu? Kimkolwiek jesteś, lub kogokolwiek aktualnie udajesz, Drogi Nieznajomy. Ostatecznie tak niewiele o Tobie wiem. Nieznajomy. Zawsze nim byłeś.

Oczywiście, masz trochę racji. Przemawia przeze mnie złość. Całe pokłady gniewu, rozczarowania i strachu. Dziwisz się? Porozmawiajmy o tym. No tak, jaka jestem głupia, nie możemy. Znów jesteś wielkim nieobecnym. Wypadki potoczyły się tak szybko, że ostatnie, co zobaczyłam to Twoje plecy, lekko przygarbione pod naciskiem obcych rąk. Nawet się nie odwróciłeś. A ja nie zawołałam, nie pobiegłam za Tobą, nie uczepiłam się rękawa i nie towarzyszyłam Ci w defiladzie wstydu. Po co? Znam już ten scenariusz, przerabialiśmy go ostatnio. Zaszyjesz się w swoim mieszkaniu, schowasz odmawiając dostępu. Otrzymam komunikat: Konto Nieznajomy Bartek, login lub hasło nieprawidłowe, spróbuj ponownie bądź skontaktuj się administratorem.

A jeżeli nawet przełamię bariery, trafię właściwą kombinację znaków, dotrę do Ciebie, to czyż nie skończy się kontynuacją naszej cudownej kłamliwej maskarady? Zapewnisz mnie, że wszystko pod kontrolą i to tylko nic nieznaczące potknięcie. Panujesz nad sytuacją, jak zwykle. Może kolano zabolało dziś naprawdę, albo nabawiłeś się nowego urazu. Ale kolejnej dawki już na pewno nie będzie. Albo jeszcze inaczej. Nic, kompletnie nic nie wziąłeś. Miałeś zły dzień, chyba masz do tego prawo?! Stres i nerwy. A ja dorabiam teorie. Nie ufam Ci zupełnie bezpodstawnie. Przecież jakie mogę mieć ku temu powody? W końcu ten związek od początku oparty był na szczerości, nieprawdaż? Nikt nikogo nie zwodził, nie oszukiwał, nie udawał kogoś innego. Byliśmy tylko my, prawdziwi do samej kości, do rdzenia. Och, jestem bez serca? Wybacz, ciężko mi jakoś zdobyć się na współczucie. Nie po dzisiejszym, gdy za jednym zamachem udało Ci się postawić pod znakiem zapytania moją przyszłość, nasz związek, to uczucie, które miałam nadzieję między nami jest. Popisowa akcja, szkoda, że na boisku tak Ci ostatnio nie wychodzi.

Tak, jestem wściekła! Dokładnie tak samo, jak wtedy, gdy postanowiłam sprzedać swoje cenne Laburnum żeby móc spłacić długi, rzucić Ci pod nogi plik banknotów i wyjść, zapomnieć o tym, że zrobiłeś ze mnie idiotkę. Zapomniałam. Niepotrzebnie.

Kiedy tamtego środowego ranka pojawiłam się u Ciebie, przerywając milczenie, zdobywając się na pierwszy krok, przez chwilę widziałam Cię naprawdę. Otworzyłeś drzwi, opatulony w koc, zagubiony, przestraszony, chory.  Byłam gotowa na wszystko, żeby pomóc, wydobyć Cię z tego błota, wesprzeć, tak jak Ty dotąd wspierałeś mnie. Miało być lepiej z każdym dniem, odstawiłeś lekarstwa, przebrnęliśmy przez drgawki, bóle, cały ten amatorski detoks. Zasady były jasne, rozmawiamy, nie ukrywamy niczego, walczymy wspólnie i niedługo zapomnimy o tym niefortunnym wypadku przy pracy. Twoje słowa, nie moje. A co działo się za kulisami? Wiesz jedynie Ty. Ślepa, wierzyłam, że mnie nie oszukasz, że czasy udawania i tajemnic są dawno za nami, bo skończyły się w wagoniku diabelskiego młyna. Nie słuchałam intuicji, bagatelizowałam przestrogi Marcina, że domowe odwyki udają się tylko w filmach, ignorowałam niewytłumaczalny strach nadal pojawiający się każdego ranka. Mało tego, jak ostatnia kretynka, przepraszałam Cię, za swoje słabości, bo skoncentrowana na sobie nie dostrzegłam w porę, że Ty również walczysz z demonami.

Och! Gdybyś tu był! Najlepiej z tym swoim nieodłącznym, ironicznym uśmieszkiem czającym się w kąciku ust, z kpiną w oczach i chłodnym spokojem jakim zawsze odpowiadałeś na mój gniew i oburzenie. Ułatwiłbyś mi tak wiele. Choć właściwie…

Drogi Nieznajomy Bartku, wychodzę. Są sprawy, dla których papier to za mało. A poza tym muszę kupić żarówki, znów się coś spaliło. Do zobaczenia.

-Proszę przeczytać i podpisać, jeżeli potwierdza pan zeznania – na biurku, przed nosem Bartka wylądował gęsto zadrukowany arkusz papieru.

Siatkarz wpatrywał się tępo w rzędy literek rozmasowując skronie. Bezwiednym ruchem potarł powieki, ale gdy tylko dotknął prawego oka syknął z bólu. Delikatnie obmacał twarz, pod palcami łuk brwiowy wydawał się napuchnięty do gigantycznych rozmiarów. Zaniepokojony Kurek rozejrzał się w poszukiwaniu lustra prześlizgując wzrokiem po przygnębiająco szarawych ścianach biurowego pokoju. Metalowe szafy na dokumenty, stojak z paprotką, korkowa tablica gęsto usiana byle jak poprzypinanymi notatkami, kserokopiarka, zakratowane okno. Czas zatrzymał się tu w miejscu, brakowało jedynie portretu Lenina czy innego Breżniewa przywieszonego tuż poniżej delikatnie przekrzywionego godła. No i oczywiście nie było lustra.

Głośne chrząknięcie przywołało Bartosza do porządku. Z rezygnacją pochylił się nad protokołem, który w międzyczasie uzupełniony został o słabej jakości fotografię będącą widocznie efektem owocnej współpracy zajmującego się sprawą policjanta i wysłużonego ksero.

-A ja bym prosił jeszcze o autograf, dla Lucka, jeżeli można – Bartek z niedowierzaniem spojrzał na posterunkowego.

Lucek Gubała czy Zgubała, Kurek nie był pewien nazwiska i zasadniczo średnio go ono obchodziło, prezentował nieśmiały uśmiech i pozwolił sobie na podsunięcie zdjęcia jeszcze bliżej, całkowicie zasłaniając nim służbowy druk, który w skrócie można było zatytułować „jak spierdoliłem wiele rzeczy za jednym zamachem”. Bartosz westchnął i złożył zamaszysty podpis na własnej podobiźnie beztrosko szczerzącej się do niego znad trzymanej oburącz piłki. Tragifarsa.

-A teraz protokół – policjant z radością porwał pamiątkę i natychmiast uwiecznił ją telefonem wyciągniętym z szuflady biurka. Bartek zastanawiał się czy na instagramie zostanie zamieszczony „hasztag” #zgadnijciekogomiałemdziśnadołku.

-Chwila, przeczytam – warknął i udał, że rzeczywiście czyta.

W istocie wychwytywał z tekstu pojedyncze wyrazy. Uderzył. Oddał. Przewrócił. Brakowało kilku istotnych. Zawiódł. Przegrał. Nie zapanował.

Od rana był na prochach. Kolejny dzień ukrywania się w łazience, szatni, samochodzie z butelką wody i fiolką zbawczych tabletek. Wytłumaczeń miał mnóstwo. Znów bolało a stres i napięcie związane z turniejem kwalifikacyjnym dawał się we znaki coraz dotkliwiej. Znał również rozwiązanie. Jak tylko zakończy się historia z przygotowaniami do Igrzysk natychmiast powróci do normalności. Udało się raz, przez ostatnie tygodnie prawie zapomniał o istnieniu tramalu, powiedzie się i za kilka miesięcy. W budynku sądu do kieszeni ciemnych spodni sięgał kilkakrotnie siłą powstrzymując się od zażycia kolejnej dawki. Denerwował się rozprawą, tym, że nie może brać w niej udziału, że trwa to tak długo i nie wiadomo jak radzi sobie Eliza. Pocił się w swoim wyjściowym garniturze, wyłamywał palce, niespokojnie spacerował po korytarzu i mrukliwie odpowiadał na pytania Marcina, który próbował jakoś zagadać nieznośnie dłużące się oczekiwanie.

Gdy w końcu otworzyły się drzwi sali rozpraw w pierwszym momencie poczuł ulgę. Przede wszystkim dlatego, że wreszcie będą mogli wrócić do domu, gdzie zamknie się w łazience udając, że bierze długą kąpiel, a naprawdę odpływając w wannie pełnej gorącej wody w swój mały, pozbawiony bólu i trosk świat. Jednak widok zapłakanej buzi Liska, trzęsących się warg i rozpaczy, jaka wyzierała z szklących się od łez oczu dziewczyny, sprawił, że coś się w Bartku urwało. W jednej chwili dopadł wychodzącego na sądowy korytarz ojca Elizy i silnym ciosem powalił mężczyznę na ziemię. Zaczęli się szarpać i okładać. Bartosz nie pamiętał krzyków, nie wiedział czy ktoś próbował ich rozdzielić, choć zdaje się, że kogoś odepchnął. Sam wrzeszczał. Wyzywał swoją ofiarę. Od skurwysynów i bydlaków. A potem urwało się w Bartku o wiele za dużo, bo nagle nie walczył już z ojcem Elizy. Bił na oślep, ogarnięty wściekłym amokiem. Jego przeciwnikiem był strach, była porażka, był gniew zamknięte w tym nic nieznaczącym zwiniętym w kłębek mężczyźnie nieudolnie starającym się uchronić przed następnym razami.

Mocno ujęty pod ramiona, pociągnięty do góry przez dwóch rosłych ochroniarzy Bartosz szarpał się nadal. Przez kilka sekund, nim nie dostrzegł zgromadzonych wokół, zastygłych w zaskoczeniu i przerażeniu pobladłych twarzy. Matka Elizy, ta skromnie ubrana kobieta o oczach w ukochanym, czekoladowym odcieniu, sędzia wciąż jeszcze w todze, z plikiem dokumentów pod pachą, Marcin z nieodłącznym aparatem zawieszonym na szyi. I sama Eliza, przykucnięta, zbierająca z podłogi toczące się we wszystkich kierunkach białe tabletki. Małe, grzechoczące wyrzuty sumienia.

Odwrócił głowę, dał się poprowadzić w głąb korytarza wdzięczny, że w tym momencie ktoś inny decydował za niego z czym musi się skonfrontować a z czym nie. Z rękami założonymi za plecy uciekał, a w uszach pobrzmiewały mu ostatnie wykrzyczane zdania: „To przez ciebie zwariowała! To przez ciebie zostałem jakimś popieprzonym ćpunem!”

-Gdzieś jeszcze mam podpisać? – Bartek odsunął od siebie protokół i spojrzał pytająco na zupełnie niestosownie w tych okolicznościach uszczęśliwionego posterunkowego Lucka.

-Nie, to wszystko. Jest pan wolny – policjant niedbale machnął ręką w kierunku drzwi.

-Naprawdę? – Kurek był mentalnie przygotowany na pobyt w areszcie, salę przesłuchań, dobrego i złego glinę oraz telefon do adwokata. Niespodziewanie zwrócona wolność na tyle skutecznie zbiła go z tropu, że nawet nie poruszył się na krześle.

-Naprawdę, notatka z incydentu będzie w aktach – funkcjonariusz uśmiechnął się pobłażliwie – jakbyśmy chcieli zamykać za każdą bójkę w Rzeszowie, to niektóre dzielnice wyludniłyby się w jedno popołudnie. Poza tym, jeżeli nie będzie oficjalnego zgłoszenia ze strony poszkodowanego nie ma podstaw do zatrzymania.

-Aha – Kurkowi nie przyszło do głowy nic mądrzejszego w ramach odpowiedzi – W takim razie do widzenia.

-Oby nie panie Bartku, oby nie.

Bartosz skwitował żart posterunkowego kwaśnym uśmiechem. Jemu tu się życie przestawia do góry nogami a taki Lucek bawi się w najlepsze. Zamknął za sobą drzwi i skierował się powoli w kierunku wyjścia z budynku. Od oszklonych drzwi dzieliło go zaledwie kilka kroków, gdy nagle jak oparzony uskoczył za stojący obok automat z napojami i skulił się za nim próbując jak najlepiej zamaskować swoją ponad dwumetrową obecność. Na ławeczce pod ścianą siedziała Eliza. Nie była sama, a rozmowa, którą prowadziła nieproszona docierała do ciekawskich uszu Bartka.

-Mamo, przestań go tłumaczyć, byłaś na rozprawie, słyszałaś co wygadywał – głos Liska gniewny i zacięty. Kurek nie musiał jej widzieć, żeby domyślać się charakterystycznie uniesionego podbródka.

-Ojciec naprawdę ma kłopoty – matka Elizy mówiła spokojnie próbując wyciszyć buzujące w córce emocje – i jak zawsze w takich wypadkach postępuje beznadziejnie głupio. Potem żałuje, gryzie się tym, ale i tak się nie przyzna. Nie poprosi o pomoc. Taki już jest.

-I to go niby usprawiedliwia? Mamo, on chce ze mnie zrobić zależną od siebie kukiełkę. Dla pieniędzy. A przecież oddałabym wam je co do grosza. Gdybym tylko wiedziała, że to są aż takie długi, gdybyście mi powiedzieli – Eliza nie kryła wyrzutu.

-Nie słuchasz mnie Elizka. Tata nie poprosi o pomoc. Powinnaś zrozumieć jak nikt inny. Jesteście w tym względzie naprawdę podobni. Poczekaj, daj mi skończyć, bo nie wiem kiedy znów będziemy mieć okazję tak prawdziwie porozmawiać. Nie wolno ci oddać spadku, ojciec sam nawarzył sobie tego piwa wchodząc w szemrane interesy z Kosmalą i sam je będzie musiał wypić. A te pieniądze są twoje, to twoja przyszłość i zabezpieczenie. Z babcią ustaliłyśmy to już dawno.

-Jak to z babcią? – Eliza musiała gwałtownie poderwać się z ławki, bo metaliczny szurgot przesuwanego po podłodze mebla zaświdrował w bartkowych uszach.

-Kochanie, ja wiem, że tobie wydaje się, że mi nie zależy, że jestem tak stłamszona, że nie mam prawa głosu. Ale czasami więcej można wygrać po cichu. Ela nauczyła się tego nadzwyczaj szybko. Myślisz, że to był wymysł babci, żeby zabrać cię do Rzeszowa, oderwać od rodziny i przyjaciół? Poprosiłam ją o to, bo widziałam co się dzieje, jak reagujesz na despotyzm ojca, jak bardzo iskrzycie razem i co z tego może wyniknąć. Za bardzo jesteście podobni – prychnięcie Elizy miało zapewne oznaczać całkowity brak zgody z taką opinią.

-Czemu mi nigdy nie powiedziałaś?

-A jak myślisz? – matka Elizy zaśmiała się cicho – Dałabyś sobą sterować? Pozwoliłabyś sobie pomóc? Córciu, ja was kocham, wszystkie moje trzy, różne od siebie jak ogień, woda i powietrze córki i chcę dla was jak najlepiej. Nawet jeżeli to oznacza, że nie mam was przy sobie, że muszę wysupłać ostatnie oszczędności na prywatne lekcje języka dla Eli czy wysłać cię z domu tracąc zupełnie z oczu.

Cisza. Siąknięcie nosem. A potem cichy, odmieniony, spokojny głos Liska.

-Dlaczego przy nim tkwisz? Tyle czasu, mogłoby być inaczej, mogłybyśmy wszystkie być razem.

-Jego też kocham. Nie wiem czy zrozumiesz, sama czasem nie rozumiem. Znam waszego ojca od podszewki i nadal wierzę, że on nie jest złym człowiekiem. Pogubionym tak, ale nie złym. I to co kiedyś w nim pokochałam wciąż w nim potrafię odnaleźć. Nawet jeżeli nie pokazuje tego nikomu innemu, to dla mnie nadal bywa chłopakiem w poszarpanych spodniach, który zabierał mnie w góry, grał na gitarze przy ognisku a kiedy go poprosiłam, śpiewał. Wasz ojciec ma naprawdę piękny głos.

-Wiem, pamiętam kołysanki, kiedy układał nas do snu.

Ponownie cisza.

-A ty czemu tu przyszłaś? Czy nie dlatego, że wiesz co on ma w środku? Ten twój niecodzienny chłopak?

Bartek struchlał, napięty jak struna czekał na odpowiedź. I bał się.

Niepotrzebnie. Posterunkowy Lucek w dniu dzisiejszym postanowił rozbić bank wtrąceń nie w porę.

-Zasłabł pan?

Bartosz niechętnie wychynął ze swojej tymczasowej kryjówki stając oko w oko z zaskoczonymi nagłym ujawnieniem się siatkarza kobietami.

-Zapraszam panią – policjant skinął na matkę Elizy, która podniosła się z ławki i ściskając pokrzepiająco dłoń córki zapewniła:

-Nie będzie pozwu o pobicie. Wszyscy wiemy kto sprowokował bójkę. Dawno temu.

 Mijając Bartka kobieta przystanęła jeszcze na moment.

-Nie ma potrzeby wygrywać w sądzie. Wystarczy opiekun, każdego rodzaju – powiedziała zawieszając spojrzenie na Kurku i szybciutko pospieszyła za ponaglającym ją Luckiem Gubałą. A może Zgubałą.

Bartosz został z Elizą.

-Przepraszam – na nic więcej nie było go stać. Bał się, znów, bał się na nią spojrzeć i bał się tego co ma mu do powiedzenia. Od jakiegoś czasu pozwolił, aby jego życie zdominowały dwie rzeczy. Strach i ból.

Eliza podeszła bliżej. Syknął, gdy dotknęła palcami rozciętej wargi i opuchniętego oka.

-Powinnam dołożyć coś od siebie – stwierdziła – szłam tu z takim zamiarem. Nigdy nie spodziewałam się, że publicznie wykrzyczysz, że jestem wariatką. I to właśnie wtedy, kiedy walczę o to, żeby za taką nie uchodzić.

-Przepraszam – wybąkał. Niech już to skończy, powie mu, żeby dał sobie spokój, że oto wypracował rozstanie, że ich już nie ma.

Poczuł chłodne palce splatające się z jego własnymi.

-Chodź, popieprzony ćpunie, wracamy do domu.

14.

Drogi Nieznajomy Bartku,

to ja, Twoja Nieznajoma Eliza. Piszę do Ciebie z poszarzałego nagle świata. Byłam już tu kiedyś i naiwnie sądziłam, że nigdy nie wrócę. To nie jest dobre miejsce, sprzyja myślom o nieistnieniu, odbiera nadzieję, każe zastanawiać się czy warto, podważa każde „trzeba”. Tu się znika Bartku. Wiem, że rozumiesz, również tu dotarłeś. I to wcale nie jest pocieszająca świadomość, wolałabym, żebyś nie wiedział o czym piszę.

Kojarzysz ten przejściowy moment między dniem a nocą? Jeszcze nie jest zupełnie ciemno, ale słońce dawno skryło się za horyzontem. Nadal jest zbyt jasno dla gwiazd, księżyc to zaledwie blady cień samego siebie. To nie trwa długo, jednak wystarczająco, żeby zobaczyć prawdziwe oblicze świata. Jednolitą szarość. Wiedziałeś, że kolory to tylko wymysł naszego mózgu? Sztuczka, iluzja, występująca jedynie w ludzkiej głowie. Kody przypisane różnej długości falom świetlnym. Nic więcej. Aż tyle. Gdy znikają barwy wszystko staje się jednakowe, stapia się w jedną, szarą, bezkształtną bryłę. Brakuje czerwieni, błękitu, czerni. Nie można odróżnić dobra od zła, strachu od odwagi, prawdy od kłamstwa.

Kłamstwo. Ono mnie tu przywiodło. Nie umiemy się od niego uwolnić. Oboje Bartku, choć tym razem to moja kolej na tajemnice. Sekrety, które powierzyć mogę Ci jedynie na kartkach zamykanego w szufladzie zeszytu. A przecież jesteś na wyciągnięcie ręki, siedzisz tuż obok, na podłodze, przeglądając wszystkie znane ci internetowe serwisy i wyczytując na głos co ciekawsze sportowe newsy. Przed chwilą, wychodząc do kuchni dotknąłeś mojego karku, nawinąłeś na palec kosmyk włosów pytając czy nie mam ochoty na herbatę. Nie mam. Chciałabym Ci za to powiedzieć prawdę i mieć pewność, że nie otoczę Cię dodatkową warstwą szarości. Bo widzę jak bardzo męczysz się z tą, w której aktualnie utknąłeś.

Prawie to zrobiłam, Boże, jak niewiele brakowało. Jakbyś wyczuł, spojrzałeś na mnie i z miejsca ściągnęły Ci się brwi. Co się stało? Nic. Wszystko. Nie mogę Ci powiedzieć Bartku, nie teraz. Poradzę sobie, ochronię nas. Obiecałeś mi kiedyś, że przy Tobie nie utonę. Ty nie utoniesz przy mnie. I nikt nie wciągnie Cię w głębinę. Poza mną.

Tak byś to potraktował, wiem. Zdrada. Nie znalazłam innego wyjścia, a to jak zareagował Piotrek, przy całej jego rezerwie w stosunku do mojej osoby, umocniło mnie w przekonaniu, że tak trzeba. On też widział co się z Tobą dzieje, wystarczył impuls, bodziec, przeskakująca przypadkowo iskra. Ja. Domino ruszyło, szepnięta komu trzeba informacja, zaalarmowani trener i selekcjoner. Krótka, męska rozmowa z Tobą i Bartosz Kurek niepowołany do kadry, ogólnikowym wytłumaczeniem względy zdrowotne. Dla Ciebie stracona szansa, dla mnie brak pokus, brak wymówek, brak prawdziwego bólu, z którym nie wiadomo jak miałbyś sobie inaczej poradzić niż sięgając znów po niezawodne lekarstwa. Dla Ciebie złość i rozczarowanie, dla mnie dodatkowo zyskane miesiące na uporządkowanie spraw, na terapię, na wyjście z tego bagna. Tak trzeba było, Bartku, i kiedyś chciałabym Ci to powiedzieć.

Jednak nie teraz. Dziś muszę uporać się ze swoim prywatnym zwątpieniem. Wyjaśnić sobie ponownie, że nie wszystko w tym bezbarwnym świecie nosi metkę z ceną. Nie każdy jest na sprzedaż, istnieją rzeczy wyłączone z transakcji handlowych. Może nie ma ich zbyt wiele i dlatego tak łatwo stracić je z oczu. Szczególnie, gdy zdrada zatacza koło wracając jak bumerang z najbardziej nieoczekiwanego kierunku. Nie opowiem Ci o tym Bartku, nawet w tym liście.  A patrząc Ci w oczy skłamię zapewniając, że nic się nie dzieje. Nie potrzebujesz wiedzy, że kolory są zaledwie wynikiem elektrochemicznej aktywności neuronów. W tym czasie postaram się odnaleźć na szarym niebie jaśniejszy obrys. Uwierzyć, że gdzieś tam jest. Musi tam być. Silver lining.

Bartek z przyjemnością wystawił twarz do słońca. Co prawda burza, która właśnie przetoczyła się nad Rzeszowem pomrukiwała wciąż gniewnie z oddali jakby odgrażając się, że w każdej chwili może jeszcze zawrócić, ale po ciemnych chmurach nie został najmniejszy ślad. Słoneczne promyki wpadały ukośnie przez otwarte okno poczekalni lądując na policzkach i czole siatkarza. Bartosz przymknął oczy i odpoczywał. Nigdy nie przypuszczał, że może być coś, co wypompuje go bardziej niż siłowy trening w Spale. Oczywiście się mylił.

Sesje z Szaloną Alicją to była prawdziwa katownia. Za każdym razem wychodził z gabinetu wymaglowany tak, że prawie czuł to w mięśniach i był naprawdę wdzięczny, że ma jeszcze przynajmniej czterdzieści minut względnego spokoju. Czekał na Elizę, kolejną ofiarę kaprala, układ ustalony po ich pierwszej wizycie: solo – w parach – solo. Bartek wykorzystywał przerwę analizując w myślach przebieg terapii. Zastanawiał się nad tym czego właśnie dowiedział się o sobie. I o Lisie. Bo chociaż jeszcze dobrze nie zaczęli i właściwie spędził na rozmowach z doktor Janik dopiero niecałe sześć godzin poziom dotykających go zaskoczeń wzrastał ze spotkania na spotkanie.

Przed tygodniem Eliza przyciągnęła go tu prawie przemocą. Siedział naburmuszony i zły wpatrując się tępo w splecione dłonie i rozważając w czym ma mu pomóc wysłuchiwanie historii opowiadanej przez jego dziewczynę. Tak było do momentu, aż zorientował się, że to wcale nie jest jej historia. Eliza wyznała bez mrugnięcia okiem jak to właśnie przestała sobie radzić ze środkami uspokajającymi. Opisała zwiększane dawki, dziwne zachowania, napady gniewu i lęku, przygnębienie pojawiające się na zmianę z euforią. Nie patrzyła na Bartka, szczególnie po tym, gdy przyznała, że po raz pierwszy naprawdę zdała sobie sprawę z wagi problemu, gdy Bartosz dowiedział się od ich wspólnego znajomego o schowanych w szafie tabletkach i postanowił je wyrzucić, myśląc, że w ten sposób pozbędzie się zagrożenia i upewni sam siebie, że właściwie nie ma powodów do zmartwień. Eliza była tak przekonywująca, jakby w istocie zmagała się z uzależnieniem. Bartek pomyślał, że to nie zasługa wyostrzonego zmysłu obserwacji. Ona cierpiała razem z nim, czy to zauważał czy nie. W swoim delikatnie zafałszowanym opowiadaniu zgrabnie odwróciła role i gdyby Kurek nie był w rzeczywistości świadomy swojej dałby się nabrać.

Szalona Alicja nie. Z każdym wypowiadanym przez Elizę zdaniem koncentracja pani doktor na pacjentce słabła. Czujne spojrzenie uciekało bez przerwy do towarzyszącego dziewczynie, milczącego Bartosza po to aby ostatecznie utkwić w nim na stałe. Na tyle intensywnie, że nie tylko policzki ale i uszy siatkarza mocno się zaczerwieniły. Gdy Lisek zamilkł doktor Janik wyciągnęła rękę. Nie do niej, do niego. Z prośbą o lekarstwa, bo, jak utrzymywała, już sama nie pamięta co tam ostatnio przepisywała swojej podopiecznej. W ten sposób zawiązała się milcząca umowa, cicha zgoda bez ostentacyjnego obwieszczania światu, że oto on, TEN Bartek Kurek potrzebuje odwyku, profesjonalnej, sterowanej przez specjalistę terapii.

Ależ był wściekły wtedy. Na siebie, że nie stać go było na odwagę i pozwolił, aby to Eliza przejęła inicjatywę, wyspowiadała się z jego grzechów. Na Marcina, bo nie utrzymał języka za zębami. Na Szaloną Alicję, za jej cholerną przenikliwość. I na Liska, bo wiedział, choć miał nigdy się nie dowiedzieć, że Bartosz popchnął ją i uciekł od niej dla białych tabletek.

Dzisiaj Kurek czekał spokojnie. Zbyt zmęczony by się złościć. Zresztą, tę sprawę zdążył już wielokrotnie przetrawić i przeboleć. Czy zdrada Piotrka, która po dzisiejszej podwójnej sesji okazała się również zdradą Elizy drażni przez to inaczej? Nie bardzo. Pewnie dlatego, że jak szczerze przyznał przed doktor Janik, w głębi ducha cieszy się, że nie musi trenować, zmagać ze wszystkimi sportowymi obciążeniami. W takich warunkach nie miałby najmniejszej szansy próbować poradzić sobie ze swoim problemem. Najprawdopodobniej pozwoliłby mu się jedynie umocnić, wróść pod skórę, zwyciężyć.

Coś innego zaprzątało myśli Bartosza. Niepokoiło i truło. Martwił się tym, jak bardzo wciągnął Elizę w swoje własne kłopoty. Sprawił, że trafiła do jego przewróconego do góry nogami świata. Nie tak to miało wyglądać, nie to jej obiecywał. Zamiast oparcia otrzymała kolejny lęk, z którym musi się mierzyć, szukać rozwiązań i pomocy. A powinna skupiać się na sobie, żeby już nigdy, przenigdy, cokolwiek by się nie wydarzyło nie przyciągnął jej pęk wyrwanych ze ściany kabli. To jest właściwa bitwa. Wystarczająco dużo troski przysporzył niefortunny pozew jej ojca i niezbyt pomyślny przebieg pierwszej rozprawy. Niepotrzebne są dodatkowe obciążenia, bartkowe problemy i zmagania. Liska należy chronić, to miał być jego obowiązek, z którego wcale się nie wywiązał. Ale można to jeszcze zmienić, spróbować uwolnić Elizę od wciągającego pod wodę balastu. Myśl po myśli, pomysł w głowie Bartosza zaczął nabierać kształtu.

-Bartuś, już – delikatny pocałunek i szept tuż przy uchu. Musiał zasnąć i to całkiem mocno. Na tyle, że nie usłyszał kiedy burza spełniła swoją groźbę i wróciła jeszcze silniejszą ulewą.

Przemoknięci dobiegli do samochodu. Deszcz grzechotał o szyby i dach land rovera. Eliza śmiejąc się cicho próbowała osuszyć włosy zostawionym na tylnym siedzeniu sweterkiem. Bartek patrzył sobie na nią przez moment. Taka powinna być, po swojemu szczęśliwa. Bez lęku z jakim stukała do drzwi łazienki, gdy nie wychodził zbyt długo, bez niespokojnych snów, które znów budziły ją w nocy, bez smutnego spoglądania na kalendarz, gdzie czerwonym kółkiem obwiedziona została data następnej i ostatniej już rozprawy.

-Jedźmy, zmokła Kuro – dziewczyna zamachała mu ręką przed oczami – nawet twoje najgorętsze spojrzenia nie zdołają mnie wysuszyć.

Bartek posłusznie sięgnął do stacyjki, ale w ostatniej chwili zawahał się i ostatecznie nie przekręcił kluczyka. Jeżeli ma zrobić to co sobie zaplanował to teraz, kiedy ma na to odwagę.

-Lisku, musisz się o czymś dowiedzieć – powiedział poważnie i nie czekając na reakcję wyrzucił z siebie ciążącą tajemnicę – dostałem propozycję z Hiroszima Thunders. Wyjeżdżam do Japonii.

15.

Drogi Nieznajomy Przyjacielu,

dokładnie tak, choć oboje od dawna wiemy kim jesteś. Ale ostatni list nie mógł mieć innego nagłówka, tradycji musi stać się zadość. Więc…

Drogi Nieznajomy Przyjacielu,

piszę do Ciebie prosząc, abyś wziął moje słowa pod rozwagę. Jesteś po lekturze wielu zapisków, chaotycznych, pokreślonych, roztrzęsionych i często niezrozumiałych. Przeczytałeś naszą historię, a właściwie jakąś jej wersję. Musiała zmienić perspektywę, choć trochę, widzisz teraz więcej bądź inaczej, Mój Drogi. Skorzystaj z tej wiedzy. Szczególnie po tym, gdy uzupełnię ją o dodatkowe szczegóły. Pora zapomnieć o tajemnicach.

Nie zdajesz sobie sprawy jak bardzo jestem Ci wdzięczna za to, co chcesz dla mnie zrobić. Uwolnić, wyzwolić od strachu, usunąć z widoku zagrożenia. Piękny gest. Ale nie mogę Ci na niego pozwolić. Nie zasługujesz na to, aby być oszukiwanym. I już o niczym nie musisz decydować, bo znalazłam rozwiązanie na nasze problemy. Nasze, nie pomyliłam się, również Twoje, choć akurat z ich istnienia nie zdawałeś sobie sprawy.

Ale od początku, bo słusznie zauważyłeś, Mój Drogi, unikam tematu, kluczę zamiatając lisim ogonem. Bardzo nie chcę o tym pisać, to przykre być zdradzonym. Głęboki oddech. Posłuchaj, zacznę od końca, tak będzie łatwiej. Posłuchaj.

Nie ma pozwu. Ojciec niczego już ode mnie nie chce, bo nie ma długów. Umowa kredytu trafiła do niego pocztą a mama potwierdziła, że od razu ją spalił, razem z kopią testamentu i dokumentacją lekarską mojej choroby. Nie będzie rozprawy, nie będzie ubezwłasnowolnienia i walki o pieniądze. Kosmala dał sobie spokój. Uwierzył, że trzymana przeze mnie w ręku płyta to nagranie jego włamania do atelier Marcina. Wystarczyła odrobina pewności siebie, mocny blef i stojący u mojego boku przestraszony chłopak grożący zgłoszeniem sprawy do prokuratury. Szantaż za szantaż. Opłacony występ. Kosztował mnie sporo. Tym bardziej, że przekazana kwota pokryć musiała także wszystkie zdjęcia, które Marcin zrobił w sądzie. Fotografie, na których Bartosz Kurek, podpora Asseco Resovii, dumny reprezentant kraju, gwiazda sportu, bije do nieprzytomności starszego, bezbronnego człowieka. Bez powodu.

Pewnie powiesz, że można było to przewidzieć. Mi się nie udało, zupełnie. Tak bardzo nie chcę żyć w świecie na sprzedaż, gdzie nie ma świętości, gdzie z taką łatwością odpłaca się fałszem za pomoc. Widziałeś Marcina, tak samo jak ja, zmaltretowanego wyrzutami sumienia, prawie nieprzytomnego i zobojętniałego po śmierci Lennego. Wierzyłam mu, kiedy mówił o błędach, o tęsknocie, przygniatającym żalu. Rozumiałam. Byłam przy nim, gdy wychodził z paskudnej próżni, nie chciałam żeby tam umarł. Nie oczekiwałam w zamian pochwał ani nagród, ale nie spodziewałam się też zdrady. Aż dziwne, że nie wykorzystał wcześniej sytuacji z tym fatalnym kartonikiem, może dopiero wtedy zaświtał mu w głowie ten pomysł? Kiełkował, rósł, przeżarł go na wskroś? Nie wiem, nie chcę wiedzieć. Najważniejsze, że już nie musimy się nim zajmować. Udało mi się przekuć szarość na kolor. Dostrzegłam światełko w tunelu. Silver lining, którego tak bardzo potrzebowałam.

Byłoby bardzo nie fair, gdybyś zrobił to, co chcesz zrobić nie znając prawdy. Teraz już wiesz, nie ma powodu, nie ma zagrożenia, nie musisz mnie ratować, Mój Drogi. Pozostało natomiast kilka ostrzeżeń, których nie wolno Ci przeoczyć, nie będziemy udawać, że ich nie ma. Co rano budzi mnie strach, nieokreślony i irracjonalny. Wciąż się czai i nie wiem czy kiedykolwiek zniknie. Nadal przychodzą do mnie sny o Lennym, owszem, o wiele rzadziej lecz jednak. Miewam dni, gdy zdawałoby się drobiazg sprawia, że muszę powtarzać w myśli wszystkie moje codzienne „trzeba”. Najgorzej, gdy jest to „trzeba oddychać, żeby mieć siłę”. Nienawidzę siebie za to i długo trwa zanim przetłumaczę sobie, że to jedna z moich kart, nie mam innej. Wydaje mi się, że to co chcę Ci powiedzieć, to że nigdy nie dopracuję się plakietki „zdrowa” a nawet jeśli, to tuż pod nią będzie wiecznie ukryta inna. Z napisem „obłąkana”.

Zostawiam Cię z tym. Masz jeszcze czas na zmianę decyzji. Zapewniam Cię, nic się nie stanie, jeżeli zrezygnujesz. Pamiętaj, odwaga jest tam gdzie strach. A bywa, że zawrócenie z drogi wymaga nie mniej męstwa od podążania nią nadal. Wysłuchaj mnie, Mój Drogi Nieznajomy Przyjacielu -

- Twoja Droga Nieznajoma Przyjaciółka

-Bartek? Już czas – głowa Piotrka Nowakowskiego pojawiła się w szczelinie uchylonych drzwi.

Kurek wzdrygnął się wyrwany niespodziewanie z zamyślenia.

-Jeszcze sekunda – mruknął odwracając stronę notatnika.

-Czekają. Musisz jakoś przez to przejść. Nie jesteś sam – Piotr stanął nad przyjacielem dając do zrozumienia, że nie ruszy się stąd bez niego. W ciemnym garniturze Nowakowski wydawał się jeszcze szczuplejszy i bardziej poważny niż zazwyczaj. I tym samym bardziej stanowczy.

-Chodź, spóźnimy się – nalegał.

Bartek przebiegł wzrokiem po ostatnich zapiskach w brulionie. Powodowany impulsem chwycił za pióro i uzupełnił kończący jednostronną korespondencję Elizy list dodatkowym podpisem.

-Chodźmy – podniósł się odkładając na bok wysłużony zeszyt w pogiętej, porysowanej oprawie – Chcę jakoś przez to przejść.

Kołnierzyk uwierał, cisnął, dławił.

Droga Nieznajoma Przyjaciółko,

piszę do Ciebie odpowiadając jednocześnie na wszystkie Twoje listy, również te, które nie zdążyły powstać. Piszę do Ciebie, bo nie będę miał okazji powiedzieć tego, co tłoczy się teraz w mojej głowie.

Chciałaś mnie od czegoś odwieść, chciałaś przekonać, że się pomyliłem. Zupełnie Ci się to nie udało. Nie dlatego, że się nie starałaś, bądź Twoje argumenty były zbyt słabe. Po prostu znów nie byłem z Tobą szczery. Nie zrozumiałaś moich intencji, zabrakło mi odwagi, żeby je wyjawić. Wolałem ograć niedopowiedzenia kolejnym, małym kłamstewkiem. Musisz przyznać, pomysł był świetny, nie potrzebował dodatkowych wyjaśnień. Był rozwiązaniem samym w sobie, ratunkiem, którego przecież potrzebowałaś.

Ale chyba dość udawania, nawet jeśli jest już za późno. Powiedzieć Ci czego chciałem? Chciałem zabrać Cię ze sobą. Kupić prawdziwe, jedwabne kimono i zobaczyć jak bardzo będzie Ci w nim do twarzy. Zabrać na najlepsze sushi i przyglądać się jak Japonki z zazdrością zerkają na Twoje naturalnie rude włosy. Zjeździć z Tobą wszystkie wyspy, zwiedzić świątynie i wiśniowe sady. Śmiać się z niezrozumiałych zwyczajów i jeszcze bardziej abstrakcyjnego języka. Żyć tam z Tobą. Zostawiając za sobą Rzeszów. Nasze demony, nasz strach i nasze problemy.

A potem pomyślałem, że to się nie uda. Bo moje koszmary podążą za mną. Bezsenne noce, gdy całym sobą wsłuchuję się we własny organizm poszukując najmniejszych oznak znajomego bólu. Tego słodkiego, kuszącego bólu, na który istnieje zakazane lekarstwo. Długa wymiana spojrzeń z lustrzanym odbiciem, kiedy wyrzucam sobie od słabeuszy i nieudaczników. Strach, że nie dam rady, że wrócę przed tę samą ścianę, o którą już raz się rozbiłem. Napisałaś, Moja Droga, że pod spodem zawsze będzie plakietka z napisem „obłąkana”. Na mojej widnieje „ćpun”.

Jak mogłaś sądzić, że przestraszę się listy Twoich urojeń, skoro sam posiadam podobną? Obłąkana, dla mnie jesteś najlepszą rzeczą jaka mi się przytrafiła. Chcesz wiedzieć czego chcę? Wciąż tego samego. A teraz, kiedy poznałem Cię odrobinę lepiej chciałbym więcej. Chciałbym móc budzić się z Tobą rano, czekając na ten czający się w szarówce lęk, oswajać go, bo on jest nasz wspólny. Chciałbym żebyś wyrwana z kolejnego złego snu mogła przytulić się do mnie, bo ja na pewno nie będę spał. Chciałbym, żebyś nie uważała mnie za przegranego, za ofermę, która straciła kontrolę nad swoim życiem i nie jest Ciebie warta. Najbardziej chciałbym zaś, żebyś mimo wszystko się zgodziła. Nawet teraz, gdy powód, który Ci przedstawiłem nie ma już znaczenia.

Za moment wyjdę stąd, pojadę do Ciebie z nadzieją, że choć nie potrzebujesz już prawnego opiekuna mimo wszystko powiesz „tak”. Na moją złożoną oficjalnie obietnicę, że w zdrowiu i chorobie. Najszczerszą z możliwych, w końcu to mamy naprawdę przerobione w praktyce.

A później zabiorę Cię do Japonii, tam zaczerpniemy powietrza na nowo. Razem, Moja Droga Nieznajoma Przyjaciółko –

-Twój Drogi Nieznajomy Przyjaciel

-Twój mąż.

==============================================================

Nie da się chyba ukryć, że to koniec. Kto przewidział – łapka w górę.

Przy Elektrolizie szczególnie, mocno, wyraźnie chcę podziękować za komentarze. Tylko ja wiem, jak bardzo przyczyniły się do tego, że to opowiadanie utrzymało się trasy i dotarło do brzegu.

Kłaniam się w pas: Greenberry, Hani, prosaen, VE.

A osobno niezmordowanym, niezawodnym selene i synestezji piszącym tutaj opowiadanie pod opowiadaniem.

Prawda jest taka, że bez Was wszystkich byłoby o wiele słabiej. Dziękuję.

Nie, nie zapominam o Milczkach. Każde wejście to +5 do mocy albo jak kto woli 5 punktów dla Ravenclawu. Może kiedyś Was poznam, nie tracę nadziei.

Tymczasem pozdrawiam i:

W TEMACIE                                 NIE W TEMACIE

==============================================================

Na pewno coś by się chciało więcej:

MIgał: wybaczcie niedociągnięcia, debiut, no

Skróty: kiedy męczy „talent”

Wariatkowo: piękne jest

Przy kapliczce wjechać w las

205 odpowiedzi na „Elektroliza2

  1. ~isia pisze:

    Pierwszy rozdział: Kurek w garniaku. Pierwsza myśl? Na pewno na pogrzebie. Na 100 %! Pogrzeb Elizy, no bo jakby mogło być inaczej. Czytałam następne rozdziały i coraz bardziej się w tym upewniałam. Tylko coś mi się nie zgadzało, kiedy Lisek teoretycznie wyzdrowiał. Ale wtedy myśl. „Nie, będzie zaraz bum! Wrącą demony i będzie po niej”
    Ostatni rozdział: MĄŻ?! no to miłe zaskoczenie…
    Kolejna twoja historia, którą wciągnęła mnie w całości. Nie wiem skąd bierzesz pomysły, ale nie rezygnuj z tego! Teraz będę potrzebować paru dni żeby ochłonąć. Zdecydowanie za bardzo to wszystko przeżywam. Niestety inaczej się nie da ;)

    • otfilulu pisze:

      Ha! Tak właśnie miało być, świetnie, że się udało. Zaskoczenie, choćby niewielkie, to cel przewodni Elektrolizy i cieszy, gdy to funkcjonuje.
      A że zapracowałam sobie tutaj na opinię seryjnego zabójcy trudno było tego nie wykorzystać ;)
      Pozdrawiam i zapraszam, ochłoniętą czy nie.

  2. ~selene pisze:

    Długo zbierałam się do tego komentarza, chyba chciałam go dobrze przemyśleć, zupełnie przeciwnie niż w przypadku poprzedniej historii, kiedy to wyrzucałam z siebie słowa, nie chcąc czegoś pominąć. Kto jak kto, ale Ty zasługujesz na coś długiego i wyczerpującego, chociaż zdaję sobie sprawę, że ilość nie zawsze jest równoznaczna z jakością. Myślę, że mogę nieśmiało unieść łapkę, bo jakoś od samego początku czułam, że znów będzie piętnaście rozdziałów, nie mam pojęcia dlaczego. Od czego zacząć… Wyjdę sobie może od dwóch ostatnich odcinków. Eliza wzięła na swoje barki problemy Bartka, tak jak on wcześniej wziął na swoje jej, i to również w pewien sposób się na niej odbiło, ale czy możliwe byłoby nie zaangażować się emocjonalnie? Pytanie retoryczne. „Ty nie utoniesz przy mnie. I nikt nie wciągnie Cię w głębinę. Poza mną” – słowa Liska idealnie oddają tą zależność, o której wspominałam ostatnio, tylko nie potrafiłam jej odpowiednio zdefiniować i kluczyłam między słowami, chociaż taniec na rozbitym szkle jak najbardziej aktualny.
    We wcześniejszych wypowiedziach wielokrotnie wyrażałam obawę, że znów może „wyleźć” z Bartka jego chimeryczność i niestabilność, że pojawią się rzeczy, z którymi przestanie dawać sobie radę, i to jest właśnie ta sytuacja. Jego uzależnienie. Miał być ostoją dla Elizy, osobą dzięki której będzie unosić się na powierzchni, ale w pewnym momencie został pokonany przez swoje własne demony i role się odwróciły, nawet jeśli bardzo tego nie chciał. Chciał być bohaterem, rycerzem na białym koniu („- Bartek, sam meczu nie wygrasz! – Wygram, wygram!”), może nawet udowodnić samemu sobie i nie tylko, że jest silniejszy niż komukolwiek się wydaje. Taka próba charakteru. Pisanie, że człowiek jest słaby w ogóle to jak odkrywanie Ameryki po raz drugi, ale no… tak właśnie jest. Z niektórym słabościami nasz bohater nie był w stanie poradzić sobie sam.
    Końcówka czternastego rozdziału poważnie mnie zaniepokoiła i automatycznie przypomniałam sobie Migał3, ten nieszczęsny Zenit Kazań i wyraźnie dostrzegalny efekt domina. Jedno zdarzenie pociągające za sobą następne. Bałam się, że możesz nam tutaj zaserwować coś podobnego. Paradoksalne jest więc to, że piętnastkę przeczytałam z dużą dozą spokoju, może dlatego, że every cloud has a silver lining. Wierzyłam, że nieprzypadkowo używałaś właśnie tej sentencji. To była ta jedna myśl, której się trzymałam mimo różnych obaw, coś w rodzaju potwierdzenia, że na końcu nie przydarzy im się nic złego. Zgadzam się z Greenberry, że trudniej jest napisać dobre szczęśliwe zakończenie, ale Tobie wyszło to bardzo dobrze. Zrobiłaś to w subtelny i nienachlany sposób, bez tęczy, jednorożców i lejącego się strumieniami lukru, zresztą ja i tak nie potrafię sobie wyobrazić Ciebie tak piszącej. Oczywiście zawsze można „szukać dziury w całym”, mając na uwadze to, jak brzmiał „prolog” Dwójki, ten kołnierzyk, garnitur i emocje, nieco dziwne jak na kogoś, kto przypuszczalnie miałby lada moment stanąć na ślubnym kobiercu, ale ja już nie chcę tego robić. Chcę wierzyć, że jest dobrze.
    Nie podejmę się oceny, która z dwóch części jest lepsza, bo nie wiem czy w ogóle takie rozgraniczenie jest zasadne. Stanowią jedną całość, choć oczywiście można już na pierwszy rzut oka dostrzec pewne odrębności, które bez wątpienia stanowią dodatkowy atut. Elektroliza2 jest na pewno trudniejsza w odbiorze, a przynajmniej takie odniosłam wrażenie, ale Twoje opowiadania generalnie są z rodzaju tych, które wymagają „uruchomienia aplikacji myślenie”. Nic tu nie jest do końca oczywiste, można polemizować, snuć teorie, domysły, wiele rzeczy interpretować wedle własnego uznania (z tego miejsca przepraszam za moją samowolę humanisty, ale wiesz, szerokie mam pole do popisu ;)).
    To, co lubiłam najbardziej w części pierwszej to „rozkminy” dotyczące tajemniczego Milczka, wszystkie sms-y i dyskusje na forum, rozszyfrowywanie jego prawdziwych intencji względem Elizy i szereg innych elementów przybliżających do poznania odpowiedzi, która była o krok. Ktoś mógłby powiedzieć: „Ha! Przecież to było oczywiste, że Kamil to Bartek!”, ale to nie do końca prawda, dlatego że potrafiłaś tak zbudować fabułę, że nawet jeśli miało się 99% pewności, to zawsze pozostawał ten jeden siejący zamęt procencik, co rusz uaktywniający w głowie pytanie: „A może jednak nie?”. Uwierz, miałam ogromną frajdę i myślę, że nie tylko ja.
    Wspomniałam wcześniej o odrębnościach, prawda? Dla mnie tą najbardziej widoczną jest postać Bartka. Czasami porównując Kurka z pierwszej i drugiej części miałam wrażenie, że czytam o dwóch zupełnie różnych osobach (i broń Boże, to nie zarzut, tylko spostrzeżenie). W związku z tym cały czas zastanawiałam się nad pewną kwestią – jak to jest z tym Bartoszem? Czy on naprawdę aż tak się zmienił? Gdzie jest dupek, cwaniak i manipulator, chodzący z wysoko uniesioną głową? Pamiętam, nasze „interakcje” w komentarzach dotykające tego zagadnienia, pomyślałam o kilku osobach z otoczenia i trochę też o sobie na przestrzeni lat. To prawda, ludzie się nie zmieniają lub zmieniają bardzo rzadko. Można zmienić swoje zachowanie, ale nigdy nie zmieni się swojego charakteru. Każdą jednostkę określa pewien zestaw cech (heh, zabrzmiałam jak socjolog) i on pozostaje niezmienny bez względu na wszystko. Bartek został sprowadzony do parteru, dostał lekcję od życia, kilka czynników wpłynęło na niego pozytywnie, zwłaszcza na jego mentalność, z innymi zaś sobie nie poradził. Taki jest jego bilans. Prawdą jest również to, że łatka „ćpun” już zawsze będzie mu towarzyszyć. Z żadnego uzależnienia nie da się wyjść na sto procent, nie można całkowicie wyeliminować ryzyka powrotu, jak dużego, to już indywidualna sprawa. Podobnie jest z każdym innym „uszczerbkiem” na psychice. Pewne myśli już zawsze będą wracać lub nawet będą cały czas, między innym, tymi mniej „niebezpiecznymi”. I w ten sposób mogę sobie przejść do głównej bohaterki. Elizę… po prostu polubiłam tak, jak lubi się nowo poznaną osobę, z którą złapiesz wspólny język. Z Igą miałam problem, bo wzbudzała we mnie mnóstwo skrajnych uczuć, co mimo wielu „ale” uważałam za ogromną zaletę nadającą jej autentyczności. Lisek ma w sobie coś takiego, co sprawia, że trochę nie pasuje do dzisiejszej rzeczywistości, podobnie zresztą jak Lenny, ale to już inna historia. Jest w niej jakaś szlachetność, może prawość, przywiązanie do pewnych wartości, ale też ta ikra, błysk w oku, coś, co powoduje, że nie sposób przejść obok niej obojętnie. Pod względem dojrzałości zdaje się przewyższać swoich rówieśników i nie wiem na ile to wypadkowa zebranych doświadczeń, a na ile mentalność (czasem się mówi, że ktoś ma „starą duszę”). Wszystkie jej listy zdają się potwierdzać moje słowa, a treść niektórych z nich trafiła do mnie szczególnie, nie będę rozwodzić się nad tym, dlaczego. Ale za to dziękuję.
    O rany, ja naprawdę już tyle napisałam? A przecież jeszcze nie skończyłam. Chyba nie ma przesady w Twoim stwierdzeniu o powstawaniu opowiadania pod opowiadaniem. W sumie to trochę czuję się, jakbym pisała rozdział, bo ten komentarz też powstawał na raty. I w tym momencie ma już ponad 1000 wyrazów… Blogspot już by mnie wywalił, blog.pl ma chyba znacznie większą wytrzymałość, więc nie muszę się martwić ;)
    Elektroliza może nie podmieniła MIgałów na pierwszym miejscu w moim prywatnym zestawieniu „the best of the best”, ale na pewno plasuje się bardzo blisko (nie, mimo to nie jestem jedną z tych czytelniczek, które zaznaczyły w ankiecie opcję „Dobre, dobre, MIgał lepszy”). MIgał to po prostu inne opowiadanie, ale jedno z takich, o których nie da się zapomnieć. Często wracam do niego myślami, niemal za każdym razem odnajdując w nim coś nowego, i to jest niesamowite. Historia, którą mogłoby napisać samo życie, bez żadnej ściemy i przerysowania. Pod tym względem nie umniejszam też Elektrolizie, bo wszelkie emocje w niej zawarte są… po prostu wiarygodne. Niewymuszone, niewytworzone sztucznie na potrzeby fabuły. Prawdziwe. Prawdziwy był Bartek, prawdziwa była Eliza, Lenny, Marcin, a Pit… Pit był dyskusyjny, zresztą sama to czujesz ;) W zasadzie było go za mało, by ostatecznie go osądzać, ale za dużo, by przemilczeć. Mi się podobał w takim wydaniu i dobrze, że nie był Panem Piotrem przeklejonym z MIgałów.
    Fajna ta druga ankieta. Igłą Szyte wiecznie żywe ;) Chyba powinnam lojalnie wesprzeć Zbigniewa, ale w tym jednym konkretnym przypadku utożsamiam się z Gumą. A jeżeli już o mowa o Gumie, to nie wiem czy to widziałaś, ale istnieje dość poważne podejrzenie o jego tajną twitterową działalność. Kilka miesięcy temu planowałam założyć sobie Twittera, ale pomysł upadł, nieistotne. Przeglądałam różne konta, głównie powiązane w z siatkówką i trafiłam na powyższe. 10 stycznia jego użytkownik napisał, że jak wygramy, to się ujawni. Później zamieścił tweeta, który sugerował „sama-wiesz-kogo” ;) A niedługo potem ogłosił jakiś konkurs, w którym były do wygrania dwa egzemplarze gumowej autobiografii. Może to wszystko to jeden wielki fake, ale linka podsyłam. W każdym razie humor tego pana jest jakby Gumowy ;)
    Zaczynam pisać nie na temat, więc to chyba sygnał, że powinnam kończyć swój wywód. Dziękuję, nie tylko za Elektrolizę, ale w ogóle za to, że tutaj jesteś i dla nas piszesz. Możliwość czytania Twoich opowiadań jest jedną z najlepszych rzeczy jakie przydarzyły mi się w blogosferze. Moje wirtualne życie stało się lepsze :) Mogłabym za każdym razem zamieszczać tutaj coś w stylu „pisz do końca świata i o jeden dzień dłużej”, ale wiem jak to wszystko wygląda „od kuchni” i czasami po prostu następuje zmęczenie materiału. Cieszę się natomiast, że masz pomysły na kolejne perełki, ale jeśli mogłabym coś zasugerować, to nie ukrywam, że marzy mi się Pan Piotr i jego przemyślenia. Tak bardzo, bardzo. To byłby sztos. I równie bardzo teraz pozdrawiam. A, i wychodź do sklepu jak najczęściej, jeśli mają z tego być takie korzyści ;)
    PS. A Bartek nie jest Potworem, tylko Uszatym Paskudem, przecież już wcześniej pisałam ;) To pieszczotliwe określenie, nie zapominaj ;)
    PS2. Dlaczego akurat Ravenclaw?

    • otfilulu pisze:

      A ja się chyba jeszcze dłużej zbierałam do odpowiedzi :)
      Tak strasznie dziękuję Ci za ten komentarz, niesamowicie mądry, miły i budujący. Nie przesadzę jak napiszę, że czuję się doceniona. I nie chodzi o multum miłych słów pod adresem opowiadania (nie wyłącznie), tylko o fakt, że blog odwiedzają tak nietuzinkowe osoby, którym chce się pochylić nad przeczytanym tekstem. Jesteś już pewnie przyzwyczajona, bo spotykasz się z podobną reakcją wszędzie, gdzie zostawiasz ślad, ale powtórzę sama po sobie i po innych – uwielbiam Twoje komentarze, uczę się z nich za każdym razem i podziwiam trafność spostrzeżeń oraz uniwersalność przemyśleń. Że to pomaga rozwijać fabułę to jasne, ale przy okazji naprawdę daje do myślenia i zastanowienia się nad pewnymi sprawami. To taka dyskusja, czasami na tematy bardzo ogólne, niezwiązane tak całkowicie z historią – za to dziękuję podwójnie,potrójnie i jeszcze trochę.
      Nie mogę więc zostawić wątku Bartka bez słowa. Cały czas w głowie kołatała mi się ta nasza wymiana zdań, do której się odnosisz. Możliwe, że jednak uciekło mi to spod palców i nie do końca wpadło w opowiadanie. Wydawało mi się, że część druga będzie o Bartku zamykającym część pierwszą. O chłopaku, który pokazał się w liście do Elizy, który był Kamilem, który już niczego nie udawał, bo zaufał i się zakochał. Zdaje się, że przekombinowałam, ale uczymy się na błędach.
      Miło usłyszeć, że polubiłaś „starą-malutką” Elizę. Wiecznie zdaje mi się, że za słabo wprowadzam bohaterów, i trudno się przez to do nich przekonać. Nowakowski, na przykład, tutaj zdecydowanie odbiega od swojego stereotypu i kompletnie mi odleciał, nie ma co się czarować. Ale czy następny będzie właśnie kawałek o nim? Na razie namiętnie słucham CKOD, a to od zawsze było zarzewie Pana Piotrowych rozmyślań.
      Jeszcze raz dziękuję za uwagę, za tysiące tak istotnych dla mnie słów zostawionych pod tym opowiadaniem, za wsparcie i pomoc w pisaniu. Za bycie najlepszej próby papierkiem lakmusowym :)
      Pozdrawiam najbardziej.
      PS Hmmm twittujący Guma? Guma w skupieniu wpisujący zdanie po zdaniu. Guma rozgadany w pewnym sensie? Coś tu mi osobiście nie pasuje. Ale z drugiej strony – cięty, wyzłośliwiający się anonimowo Pan Paweł…możliwe.
      PS 2 PomyLuna :) widzę się z „rzodkiewkami” zamiast kolczyków, poza tym, jakbym napisała Slytherin to kto by mi chciał tu punkty zostawiać? ;)

  3. ~Greenberry pisze:

    ŁOKURWIU DOBRZE SIĘ SKOŃCZYŁO
    Cieszy mnie to niezmiernie, ale nie powiem, bo do samego końca praktycznie byłam przekonana, że to pogrzeb Elizy. A tu ślub. Pięknie, cudownie, tęcza i jednorożce.
    Przez cały czas czytania drugiej Elektrolizy towarzyszył mi strach, że coś pierdolnie (ciekawe czemu) i nie będzie tęczy i jednorożców, że będzie trumna czy inne smutne rzeczy. A skończyło się pięknie. Idealnie. I długa droga przed nimi, dużo walki z własnymi demonami i walki o siebie nawzajem. Ale przeszli już tyle, że dadzą przecież radę. Kto, jak nie SuperKura i SuperLisek.
    No i skończyło się, jak chciałam, biały koń i patatajtanie w stronę zachodzącego słońca. Lubię takie zakończenia, wbrew pozorom. I chyba trudniej napisać dobre szczęśliwe zakończenie. Łatwiej Bartka wykopać na drugi koniec świata niż wcisnąć w ślubny garnitur, tak myślę. W każdym razie czapki z głów (chociaż w moim przypadku to raczej nieśmiertelny kapelusz z niebieską wstążką).
    Rzadko opowiadania wzbudzają we mnie tyle emocji, co Twoje. Czytam z drżącymi rękami, autentycznie przerażona, bo czuję się, jakbym tego Bartka, tę Elizę czy Igę, Michała i Łukasza znała w prawdziwym życiu, tak prywatnie, i znała doskonale. Bo Ty doskonale dajesz nam ich poznać.
    A ankieta jest trudna, bo nie umiem wybrać, która część Elektrolizy bardziej mi się podobała, nie umiem wybrać, czy Elektroliza czy MIgał. Kocham tu być. Kocham to czytać.
    I po cichutku się przyznam, że na kompletną kubiakową blokadę często pomaga mi Twój MIgał właśnie, najbardziej części 2 i 4.
    Także tego. Wstaję i biję brawo niczym kierowca autobusu, zamiatam kapeluszem podłogę i kłaniam się w pas. Genialna jesteś, mogę zazdrościć, podziwiać i cieszyć się niezmiernie, że mam zaszczyt czytać coś tak wspaniałego.
    Dziękuję.
    No i wiadomo, czekam na więcej, cokolwiek by to było. Nawet przepis na herbatę przeczytam z przyjemnością

    • otfilulu pisze:

      Ha! Zaskoczenie, sama nie wiem jak to się stało, że mi się taka słodka końcówka urodziła. Ale jak już jest, niech zostanie, nie będę już nic przy niej majstrować, bo się szybko taki miód może już nie powtórzyć.
      Może nie powinnam się cieszyć z Twojego przerażenia, ale to bardzo miłe, wiedzieć, że się ktoś emocjonuje tymi historiami, i to do tego osoba, która sama pisze tak, że człowiek cały czas tkwi w niepewności główkując co będzie dalej. Dziękuję bardzo za wszystkie pochwały, mniej lub bardziej zasłużone.
      Sama też lubię sobie wracać do MIgała 4, ze względu na…. Przemka, tam mi wyszedł kompletnie przemkowy :) A jeżeli choć trochę pomaga na kubiakową blokadę to bardzo się cieszę, bo mało jest naprawdę dobrych Kubiaków w opowiadaniach, a Twój z pewnością do mojej prywatnej czołówki należy, choć się przecież jeszcze zupełnie nie rozkręcił.
      Do zobaczenia przy następnym czymś, i obiecuję, będzie tam przepis na herbatę ;) . No i u Ciebie, bezwzględnie u Ciebie.

  4. ~prosaen pisze:

    ej, ja nie przewidziałam, a co więcej, to myślałam do połowy listu Bartka, że Eliza się zabiła. dziękuję ci za to opowiadanie i w ogóle za to, że piszesz i się z nami tym dzielisz! i zdecydowanie jeszcze tutaj wrócę.

    • otfilulu pisze:

      A to świetnie, bo kręciłam przy tych rozdziałach jak mogłam, żeby do końca mogło się tak wydawać. Super!
      I zapraszam, zapraszam.

  5. ~Hania z R. pisze:

    Jestem i ja. Spóźniona haniebnie, ale cóż…
    Rozszalałaś się na koniec, ostatnia prosta jak zwykle mistrzowsko-powalająca.
    Od pewnego momentu początkowe obawy co do losu elektrycznej Elizy straciły na intensywności, ale po Tobie i Twoich szkatułkowych odniesieniach można spodziewać się wszystkiego (oczywiście to pozytyw).
    Dobrze, że wszystko skończyło się w taki słodko-gorzki sposób. Bo wiele pracy i ucierania się przed nimi. No i walka z demonami. Ale poradzą sobie, skoro są razem.
    Jestem pod wrażeniem i jak zwykle kłaniam się w pas dziękując za chwile śmiechu, zgrozy, smutku i wyczekiwania.
    Mam nadzieję ujrzeć Cię wreszcie na plantacjach melisy. Albo koło tej kapliczki, no wiesz której. A w przyszłości… Zostałabym w Rzeszowie i poczytała o przemyśleniach pewnego Pana. Ale to tylko opinia ;)
    Cura ut valeas!

    • otfilulu pisze:

      „Haniebnie” zaczyna się po 35 dniach, na razie jest „nieznacznie” jeszcze z jeden dzień i byłoby „niespotykanie” :)
      Dziękuję, że dotarłaś, doczytałaś i skomentowałaś a na dodatek pochwaliłaś.
      Plantacje melisy zostawiam Selene ale koło kapliczki już się kręcę nieśmiało.Choć nie! Tam minęło 35 dni, to kręcę się haniebnie :)
      Pozdrawiam bardzo.
      P.S. Ale mi się Dima w Rzeszowie wysypał i uciekł do Ciebie. A tak chciałam go sobie wmieszać, nawet mam kawałek przewodni dla niego. Myślisz, że mogę zmyślić, że wrócił?

      • ~Hania z R. pisze:

        Myślę, że za każdym razem warto czekać. Wracasz z nowymi pomysłami, świeżym umysłem, zapałem i wychodzą takie arcydzieła (serio) jak to powyżej. Ach, zapomniałabym. Jeszcze dostajesz +15 do ogólnej zajebistości w oczach czytelników.
        P.S. Ot, licentia poetica pozwala na wszystko. Dawaj, dawaj! Zawsze może się zdublować. Albo wpaść w alternatywny tunel czasoprzestrzenny.

  6. ~Wilczełyko pisze:

    Milczka, która wstępuje tu ciągle od trzeciego rozdziału Elektrolizy wreszcie się odzywa. Tylko krótko. Boję się, że zgrzeszę, próbując opisać to wszystko, co czułam, czytając tę historię. Będę do niej wracać na pewno nieraz i dużo częściej niż do MIgała, którego kończyłam, patrząc na świat przez łzy. Może też ze względu na długość, bo mimo wszystko chyba wolę takie opowiadania – dosadne, krótkie, z treścią. I zawsze czuję szacunek do autora, że zdołał pomieścić tyle wątków, tyle problemów i tyle uczuć w tekście. Otfilulu, zdecydowanie jesteś moim guru!
    Jeszcze tu coś napiszę, podsumuję, ale daj mi czas na naukę pisania komentarzy. Strasznie to u mnie kuleje.

    • otfilulu pisze:

      Dobry wieczór, wieczór zaskoczeń, bo czy ja zupełnie przypadkowo nie trafiłam do Ciebie w dniu wczorajszym? A jeszcze miejsce na mapie, takie znajome, rodzinne. Bardzo się cieszę, że mam okazję wymienić uprzejmości :)
      I zdaję sobie sprawę, że jak selene czy synestezja chwycą się klawiatury to pół strony znika w minutę, ale dla mnie najważniejsze, że jesteś i już Cię rozpoznam po kolejnej wizycie, bo bardzo zapraszam.
      Dziękuję Ci za miłe słowa. Bardzo się cieszę, że wolisz Elektrolizę od MIgałów, tu już było trochę bardziej świadome pisanie, a nie wyrzucanie słów.
      Pozdrawiam, podziwiam nick i jeżeli Norweski Zegar będzie Twój – to do przeczytania.

  7. ~synestezja pisze:

    Nie wiem co napisać, od czego zacząć; w skrócie prymitywne, ale jakże pasujące WOW. Zobaczyłam czternastkę, przeczytałam i jak zwykle wbita w fotel zakończeniem, pomyślałam „kurde, nie, ochłonę, skomentuję wieczorem, żeby nie napisać głupot, przeczytam jeszcze raz, przemyślę”. Wchodzę i co widzę? Piętnastkę, która wbiła mnie już razem z fotelem w głąb kuli ziemskiej, a właściwie to chyba przeleciałam „na drugą stronę”, zmieniając strefę czasową.
    Do rzeczy. Trochę trudno mi opisywać to, o czym pomyślałam przy okazji czternastki, po tym, jak poznałam całość, nie mniej jednak spróbuję. (Edit: piszę ten komentarz od wczoraj, właściwie piszę go w sumie już kilka godzin).
    List Elizy… co tu dużo mówić, znowu wlał kilka(naście) kropel brudnego, toksycznego niepokoju do, nie napiszę, że krystalicznie czystej, ale na pewno w tamtym momencie, mętnej wody problemów. Urzekł mnie tu ten opis szarości świata. Jakież to prawdziwe. Pozwolisz, że zapiszę go sobie w dyskretnym notatniku, bo jest… tak genialny, że brak mi słów! (Wybacz za liczne wielokropki i przesadną egzaltację, smutna dusza niepoprawnego romantyka dość często przejmuje nade mną kontrolę).
    Brak powołania dla Bartka i jego kulisy… na usta cisnęłyby się słowa – paskudne, obłudne, ale jakże potrzebne. Eliza dobrze wiedziała co robi, walczyła o siebie, o Bartka, o nich oboje. Czasem najbardziej drastyczne działania to jedynie działania skuteczne. Bardzo dobre posunięcie. Tak po prostu musiało być skoro nawet Piotrek się zaangażował.
    Przeczuwałam, że Kapral Janik powróci, wraz z problemami Bartka. Bo w końcu kto, jak nie ona miałby im pomóc? Najważniejszy w tym wszystkim jednak jest fakt, że Lisek nie zdezerterował. Te momenty zwątpienia, mimo wszystko, odbieram przewrotnie. One się pojawiły, ale Eliza miała siłę z nimi walczyć, wiedziała, że musi, że ma dla kogo. Wbrew pozorom one ją umocniły, pomogły. Powiedziałabym, że podobnie ma się sprawa z uzależnieniem Bartka, które wymusiło w Elizie pojawienie się dodatkowych pokładów energii do walki z przeciwnościami losu czy czegoś w tym rodzaju. Dużo tu przewrotności.
    No i jednak w głowie Bartka nadal pozostał włączony mood: chronić Liska. Tylko trochę dziwny sposób sobie wybrał. Ucieczka od problemów. Wyjazd. Z nią? Bez niej? Mądrze, nie ma co. I tu pewnie pojawiłby się rozważania na temat spektakularnej klapy i możliwej reakcji Elizy, ale na tapetę wyjechała piętnastka. Pokręcone to bardzo. Nawet nie próbuję domyślać się, co siedziało wtedy w głowie Kurka. Muszę przyznać, że po mimo zakończenia, pozostało kilka niejasności i to jest fajne, bo można dalej myśleć, kombinować, układać, stwarzać własne wersje możliwych zdarzeń.
    Dalej, bo wybiegam w przyszłość – następny szok. Jak to nie ma pozwu? Kolejna, bardzo udana mistyfikacja. I wyszło na to, że ojciec Elizy nie jest taki zły, za jakiego uchodził. No i tu wspomniana kolejna przewrotność… reakcja Bartka na wieść o kłamstwach, całkowicie antagonistyczna do zachowania Elizy po tym, jak odkryła „podwójną osobowość” Kurka. Wszystko tu się ładnie pokrywa, miesza.
    Pojawiły się tak bardzo znienawidzone przez Liska transakcje. Karma wraca. Historia zatoczyła koło. Pieniądze za pieniądze, towar za towar, życie za życie. Bardzo ciekawie pokazałaś, że nie da się wyeliminować przeszkadzających uciążliwości, trudów. Nieważne, jak bardzo staralibyśmy się uniknąć niedogodności, one powrócą, ba, czasem mogą okazać się pomocne.
    Ostatnie dwa akapity… próbuję czytać między wierszami, znowu niejasności. Nie napisałaś tego wprost, ale domyślam się, że chodzi o ten pozew-którego-nie-ma. Ślub, małżonek, opiekun, brak władzy ojca. I znowu docieramy do momentu, w którym między Elizą, a Bartkiem pojawiają się niewypowiedziane słowa, niedomówienia. Taka już jest ta ich obłąkańczo-uzależniająca relacja, ale to właśnie prawdziwa miłość pokona wszelkie przeciwności.
    Pojawił się Piotrek aka definicja true przyjaciela. Twardo stąpający po ziemi, mający własne zdanie, kiedy trzeba to opieprzy. Nie był przesłodzony, nie wykreowałaś go na zasadzie „jak się cieszę, że masz dziewczynę!” czy „ojejku, ty jesteś chory! Muszę ci pomóc!”. Wyszedł taki… prawdziwy i specyficzny jednocześnie. Nie pojawiał się często, a mimo to utkwił w głowie do końca.
    Musiałam wrócić na sam początek, by po raz kolejny przeczytać wstęp. Zagadkowe, negatywne emocje u Bartka do tej pory siedzą w głowie. Kolejna niewytłumaczalna niepewność. Kolejne pole do popisu dla czytelnika. Strach głównie przed tym, że Eliza ucieknie? Strach przed próbą wyjawienia prawdy face-to-face? Strach przed własną reakcją, gdyby Eliza powiedziała „nie”? Wydaje mi się, że po prostu – strach. Strach bez jednego, konkretnego źródła, bez wytłumaczenia. Był od początku i pozostał do końca. U bohaterów, u nas, czytelniczek. Najlepsze podsumowanie? „Kołnierzyk uwierał, cisnął, dławił” – klamra kompozycyjna, zwykły kołnierzyk, drobne wyliczenie, negatyw. Rodzaj udręki. Mam wrażenie, że to proste, idealnie trafione w punkt podsumowanie całej Elektrolizy. Strach, niepewność, wieloznaczność, strach…
    Gdyby nie ten dopisany list pozostałabym z wielkim znakiem zapytania na twarzy i zastanawiałabym się, o co chodzi. Choć przed sekundą prześledziłam go jeszcze raz i zaświtała mi kolejna możliwa analiza. Ale zostawmy to teraz… Ta odpowiedź na zwierzenia Elizy to chyba najlepsza z możliwych rzeczy, jaką mógł zrobić Bartek. Nie potrafił przekazać tego, co myśli, napisał. Znowu. Tak jak w pierwszej części, gdy schrzanił. Kolejne zamknięte koło.
    „Obłąkana, dla mnie jesteś najlepszą rzeczą jaka mi się przytrafiła.” – myślę, że najlepsze podsumowanie działań Bartka, tak w ogóle. Najpierw przybrał maskę nadętego gbura, stworzył własne alter ego, a właściwie to kilka, choć tu bym się wspierała czy nie był po prostu sobą. Porównałabym go do tego mostu w Tacomie. Sztorm, drgania, rezonans. Na szczęście obyło się bez ostatecznej katastrofy. Nakręcił, namieszał, potem przepraszał, ratował, wspierał aż w końcu sam się pogubił, stracił kontrolę, wpadł na ścianę, ale to wszystko egzemplifikuje to, na jego własny sposób pokręcone, uczucie do Elizy, tę miłość.
    Ponownie wkradły się niepokój i zwątpienie. Właściwie to ostatnie tłumaczy pojawiające się niedomówienia. Na szczęście te pięć zdań na końcu, te dwa krótkie akapity, to niejako zapowiedź nowego, lepszego życia. Napisany naprędce dopisek… cóż, chyba zwątpienie zostało zastąpione pewnością? Taki drobny przejaw tego Bartka, którego uważałyśmy za walecznego rycerza na białym koniu. Widzisz? Znowu pojawiło się „chyba”. Założę się, że to jedno ze słów, które w moich wywodach pojawia się najczęściej.
    Jak to zrobiłaś, że mimo, z pozoru dość jasnego zakończenia, dalej dopatruję się szczegółów? Nowych, nawet dość abstrakcyjnych, rozwiązań? Nie wiem, aczkolwiek dziękuję, bo Elektroliza to zdecydowanie najlepsza rzecz, jaką w świecie internetowych opowiadań kiedykolwiek przeczytałam. Nie, nie powinnam pisać, że to opowiadanie, bo mam wrażenie, że Ci w ten sposób umniejszam. Opowiadanie kojarzy mi się z czymś prostym, prozaicznym, błahym. Elektroliza tym nie jest. To coś więcej. Myślę, że spokojnie nadawałaby się jako materiał na książkę, którą z wielką chęcią bym zakupiła. Historia inna niż wszystkie. Bardzo mocno zakorzeniła się w mojej głowie. Kłaniam się w pas.
    No i… nie podniosę łapki w górę. Może tak w 30%, bo ślub przeszedł mi przez głowę, ale w innej formie i szybko odrzuciłam tę myśl, bo wydawała się zbyt banalna. Pozwolę sobie na wyjawienie teraz kilku przypuszczeń, bo podejrzewam, że byłabyś ciekawa, co ciekawego mi zaświtało w trakcie czytania. Przyznam szczerze, że przez głowę przelatywały mi dziwne pomysły, ale nawet ich nie rejestrowałam, bo doszłam do wniosku, że to bez sensu. Kiedy pojawił się wątek z ojcem, pomyślałam, że będzie chciał zmusić Elizę do ślubu z kimś obcym, co tłumaczyłoby tę „ceremonię”, „ostrzeżenia” i beznadziejny nastrój Bartka, które uznałam tu za słowa klucze. Niestety im dalej w las, tym teoria ta spalała się na panewce, a ja zostałam tak zmącona, że wiedziałam, że nic nie wiem. Rozprawa sądowa też okazała się być nietrafiona. Właściwie, gdy tylko pojawiały się nowe wątki starałam znaleźć jakiś punkt zaczepienia i dopasować do początku. Nic z tego, radar nie zadziałał. Albo zadziałał niepoprawnie. Pogrzeb, jak napisałam już kiedyś, przy okazji pierwszych rozdziałów, pasował najbardziej i jakbym się uparła to nawet teraz, po próbach pokombinowania, wciąż, w jakiś dziwaczny sposób, nadawałby się. Ale nie jestem Sherlockiem Holmesem i nie będę kombinować. Wolę spoglądać na to przez różowe okulary. Niby zakończenie pozostaje otwarte, bo nie wiemy jak zachowała się Eliza, ale pozostawiłaś nam szeroko otwartą furtkę, by wierzyć, że mimo ogromu problemów, jakie przetoczyły się przez te trzydzieści rozdziałów, historia Elizy i Bartka, zakończyła się happy endem, a Eliza odnalazła już na zawsze swój silver lining i to nie w postaci zdjęcia zrobionego przez Lennego ;) tylko w osobie Bartka.

    P.S. Przeżyłam!
    P.S. 2 Dziękuję.
    P.S. 3 Będzie mi brakować tej historii. Zżyłam się z Elizą, Bartkiem i całą resztą. Podejrzewam, że prędko tu wrócę, by przeczytać ją jeszcze raz.
    P. S. 4 To silver lining skojarzyło mi się z pewną piosenką. Właściwie to jedną z moich najukochańszych piosenek i nawet troszkę tu pasuje. „She’s a silver lining, lone ranger riding through an open space. In my mind when she’s not right there beside me”.
    P.S. 5 Ankiety, ankiety. Ciężki wybór. Szkoda, że nie ma opcji 1=2 >>> reszta świata ;) Ojej, druga to w ogóle kosmos. Muszę poważnie rozważyć opcję do wyboru.
    P. S. 6 Dziękuję i gratuluję cierpliwości, jeśli dotarłaś do tego momentu.

    • otfilulu pisze:

      Zabiłaś mnie kobieto. Czytam sobie to już chyba z dziesiąty raz i dalej znajduję nowości, wciąż wydłubuję z Twojego komentarza rodzynki nad którymi potrząsam z niedowierzaniem głową, że to też Ci nie umknęło. Niesamowicie, ogromnie Ci dziękuję za taką ilość czasu poświęconą ostatnim rozdziałom i opowiadaniu w ogóle. Dziękuję za prześwietlanie na wskroś, nic się przed Tobą nie ukryło.
      Poza zakończeniem, co zapisuję jak swój niewielki sukces, bo większość czasu bałam się, że jednak wypalisz mi tu przedwcześnie z rozwiązaniem uwierającego kołnierzyka. Szkoda, że nie napisałaś mi od razu, że podejrzewasz wymuszony ożenek, ograłabym to jakoś w rozdziałach, żeby zamieszać jeszcze skuteczniej – bardzo fajna koncepcja i w końcu już w części pierwszej taki pomysł padł, więc byłoby wiarygodnie.
      Jak najbardziej słusznie zauważyłaś, Elizie potrzebne były chwile zwątpienia, żeby pokazać, że to już nie jest ta sama pokiereszowana dziewczynka z początku tej części. Nie jest też osobą z części pierwszej. Dużo się zmieniło, ale jest silniejsza, powinna dać sobie radę w Japonii. Bo pojadą, nie ściągaj różowych okularów. Jeżeli udało mi się utrzymać klimat zagrożenia to jestem zadowolona, chciałam utrudnić jak najbardziej przewidzenie finału. Mógł być pogrzeb, miało brzmieć tak jakbym znów kogoś uśmierciła. Ale rozwiązanie jest prozaiczne, Bartek po prostu jest zdenerwowany, w końcu to ma być dzień jego ślubu. Choć czy Eliza powie „tak”, tu pewności mieć nie może(my).
      Bardzo się cieszę, że chcesz tu wrócić, wiem po sobie co skłania do czytania tych samych tekstów wielokrotnie i usłyszeć to o swoim opowiadaniu to niewiarygodnie miła rzecz.I znów dziękuję za komentarz, za wszystkie miłe słowa, za intensywność czytelniczą, i ile razy bym jeszcze nie podziękowała będzie za mało. Ale i tak, dziękuję, dziękuję. Pozdrawiam i z wyprzedzeniem zapraszam na coś nowego, choć nie mam pojęcia co to będzie.
      P.S.5 A zdradzisz pod kim się w końcu podpisałaś w ankiecie? Ja mam dylemat między Kadziem a Kubiakiem :)
      P.S.4 Kurcze, a do mnie AM nie trafiają, ale ciiii, bo czasem wpada tu ktoś jeszcze, kto ich uwielbia.
      P.S.6 Dotarłam wielokrotnie :)

      • ~synestezja pisze:

        Ojejku, czyli zostałam mordercą. Mam się cieszyć czy czekać na przyjazd glin? :D Zawstydzasz mnie! Nie mam rentgena w oczach i głowie, ale i tak dziękuję. Jak już wcześniej pisałam, lubię rozkładać na czynniki (prawie) pierwsze teksty, wywiady, czasem ludzkie zachowania. Mam z tego frajdę, a jak trafię/przewidzę kolejny ruch to uciecha jest podwójna!
        Skoro autorka każe zostawić na nosie różowe okulary to nie wypada odmówić. :D A zresztą i tak bym ich nie zdjęła. Tak wiele dramaturgii tu się przetoczyło, że warto skorzystać z okazji i delektować się szczęśliwym zakończeniem.
        Nie dziękuj, bo nie ma za co dziękować. Toż to czysta przyjemność! A ja bardzo lubię się produkować. Może nie słownie jak Igła, ale pisemnie. I tu zgrabnie przeszłam do ankiety. Wciąż nie zagłosowałam, bo tak w stu procentach nic mi nie pasuje. Wybór zależy od mojego nastroju, który zmienia się, jak w kalejdoskopie. Od razu mogę powiedzieć, że odrzuciłam Zbycha, Kubiego i Kadzia. Potem odpadł Możdżon. No a dalej są schody. :D Zależy pod jakim kątem i na co spojrzeć. Nie lubię analizować siebie samej, bo nie widzę wielkiej potrzeby, a zresztą chyba nie umiem tego zrobić. Także mam zagwozdkę nie mniejszą niż legendarny kołnierzyk ;)
        I dziękuję za zaproszenie. Na pewno powrócę! A zresztą ciekawi mnie co tam w Narcie słychać.
        O widzisz, a w moim przypadku AM trafili prosto do serduszka po jednym przesłuchaniu dwóch piosenek z pierwszej płyty, a potem Turner zabił mnie swoimi tekstami i robi to do dnia dzisiejszego.

  8. ~VE. pisze:

    No i nie wiem. Rozumiem i nie rozumiem, podziwiam i nie podziwiam. Tyle sprzeczności.
    Rozumiem reakcję Bartka, mimo że była mocno przesadzona i nie było warto. Chociaż kto wie, może to cokolwiek zmieni? Może pozwoli mu coś zrozumieć? Mam nadzieję, bo mocno zaczynam w niego wątpić. Ja wiem, człowiek uzależniony od leków… ale to nie jest wytłumaczenie. Niczego.
    Podziwiam Elizę za to, że mimo, że Bartek nazwał ją wariatką nadal walczy o to, co jest między nami. Choć mam wrażenie, że ostatnio walczy o to sama. Ale wierzę, że się z tego wyliżą. Mimo wszystko.

    • otfilulu pisze:

      Dziękuję, bo sobie wnioskuję z Twojego komentarza, że nie jest jednoznacznie ani łatwo z oceną. Bardzo dobrze, wiecznie mi o to chodzi.
      Nad tą sceną z bijatyką sama bardzo się zastanawiałam, głównie w aspekcie tego, że coraz częściej śni mi się, że na kogoś wrzeszczę i może po prostu chciałabym, tak jak Bartek, znaleźć sobie ofiarę, na której mogłabym wyładować frustrację. W ogóle to jest tak, że o wiele prościej powinno przychodzić pokazywanie emocji, a o ile zdrowiej przywalić komuś kto działa na nerwy? Tymczasem normy, wychowanie, kultura i w sumie własne bezpieczeństwo, bo kto się hmm emocjonalnie obnaża wystawia się na tacy. Koniec końców, nawet jakbym chciała to zwolnienie hamulca wydaje mi się nierealne. To przynajmniej w opowiadaniu sobie pofolguję :)
      Jeszcze raz dziękuję za odwiedziny i pozdrawiam.
      P.S. Nie zdążyłam skomentować, nawet nie wiem czy bym chciała, bo to nie była miniatura do komentarzy. Piękne epitafium dla najlepszego przyjaciela.

      • ~VE. pisze:

        Powinnam napisać coś więcej, jakoś trafnie (bądź nie) podsumować to wszystko, ale chyba nie wiem jak. Bo piszesz tak, jakbym kiedyś sama chciała, a wiem, że mi się nie uda. Zresztą, ja chyba już nawet nie jestem w stanie próbować. Oba opowiadania, które zaczęłam utknęły w martwym punkcie. Ale nie o mnie tutaj, wracam do meritum.
        Cieszę się, że Eliza się nie poddała, że zaciągnęła Bartka do Szalonej Alicji, że nie zostawiła go samemu sobie, tylko postanowiła mu pomóc. Ile to może zmienić i powodować miłość. Bo tylko tym można wytłumaczyć to, że Lisek walczył ile sił. Tym bardziej, że była zdolna nawet do swego rodzaju zdrady, by Bartek zrozumiał, że w tym bagnie, w którym jest, mimo wszystko nie jest sam.
        Co do Bartka, jego też należy docenić. W końcu przez długi czas to on walczył o Liska, kiedy ona była w swoim bagnie. I jak widać, oni muszą być razem. Bo jedno dba i walczy o drugie.
        Nie mogę zapomnieć też o Piotrku. Może nie przepadał za Elizą, ale widać, że jest prawdziwym przyjacielem Kurka. W końcu dla jego dobra potrafił zawiązać sojusz. To się ceni.
        I wierzę, że teraz będzie już dobrze. Musi. I nie umiem dodać więcej, jak tylko, że podziwiam.
        Co do P.S. Szczerze mówiąc też nie wiem, czy to była miniatura do komentarzy. Chyba nie. Miała pomóc, ukoić ból po stracie. Ale musiała zniknąć, bo to chyba jednak było za dużo. Niemniej jednak dziękuję. Za obecność, za przeczytanie, za docenienie.
        PS. Ale napisz coś nowego, co? Chciałabym mieć do czego wracać. I na czym skupić myśli, żeby nie skupiać ich na czymś innym. Ale nie zmuszam. Po prostu poczekam, może coś jeszcze będzie? ;)

    • otfilulu pisze:

      Bardzo się cieszę, że dojechałaś Elektrolizą do końca. To najlepsze podsumowanie, nie trzeba więcej słów. Obietnica powrotu w ankiecie to też recenzja sama w sobie. Dziękuję. Również za to, że nie muszę martwić się, że Eliza czy Bartek są zbyt papierowi, gdyby tak było nie chciałoby Ci się analizować ich zachowań.
      Chyba już to gdzieś mówiłam, ale Twój komentarz skłania mnie do powtórzenia. Pisanie nie może być z przymusu. Jasne, czasem trzeba przezwyciężyć opór materii i przebrnąć przez jakiś trudny fragment, ale ogólnie nie powinno kojarzyć się z przykrym obowiązkiem. Ten blog powstał dlatego, że miałam coś do opowiedzenia, przede wszystkim sobie, gdzieś musiałam uciec. I nie miało znaczenia czy to będzie dobre, poprawne, ba! MIgał daleki jest od jakiejkolwiek poprawności. Ale pomógł, nadal pomaga. Zmierzam chyba do tego, że katowanie się wymaganiami, że ma być świetne do niczego nie prowadzi. Uda się to kapitalnie, nie uda się to pozostaje tylko pytanie: czy dobrze się bawię, czy było mi to potrzebne?
      Tak więc odpowiadając na pytanie z post scriptum, zadziwię samą siebie jeżeli po Elektrolizie niczego już nie będzie. I mam nadzieję, że Ty zadziwisz samą siebie, gdy pewnego dnia po prostu usiądziesz i napiszesz zakończenie (przynajmniej ja zawsze od tego zaczynam) :)
      Pozdrawiam bardzo i do następnego przeczytania.

  9. ~selene pisze:

    Kurka wodna, no i nie wiem, co napisać, bo komentarz synestezji zawiera w zasadzie wszystko, co i ja chciałam przekazać. Postaram się jednak zebrać w sobie i wystukać cokolwiek, bo jakże mogłabym się nie odezwać ;)
    Kolejny przepełniony emocjami list Elizy, przez który wyraźnie przemawia złość i rozczarowanie postawą Bartka. Bo ona chyba jest zła i rozczarowana w równym stopniu, nic więc dziwnego, że zastanawia się, czy jeszcze go zna, ba, czy kiedykolwiek go znała. Uzależnienie zmieniło Bartka, a może tak naprawdę tylko dało mu kolejną twarz? Bo przecież on w głębi duszy ciągle jest tym samym Bartkiem, i nawet maska uzależnienia nie jest w stanie doszczętnie go zepsuć. O wszelkich zmianach, zarówno tych bartkowych, jak i zmianach w ogóle będę miała więcej do powiedzenia przy okazji ostatniego rozdziału, tak to sobie zaplanowałam, bo mi się nasunął taki jeden wniosek. Eliza chce walczyć o tego „dawnego” Bartka, o tę jego „dobrą” twarz, choć pewnie miałaby kilka argumentów za tym, by odpuścić. Rozmowa z matką na pewno dała jej wiele do myślenia i pozwoliła spojrzeć na sprawę Kurka pod zupełnie innym kątem. Bo to jest ogromne wyzwanie wytrwać z kimś, kto ciągle nas zawodzi, kto nie radzi sobie z samym sobą, często nie zdając sobie z tego sprawy. W takim przypadku czasami miłość jest jedynym argumentem.
    Między Liskiem i Bartkiem wytworzyła się swego rodzaju zależność. Razem spadają i razem ciągną się ku górze, generalnie jest między nimi jakiś nierozerwalny, trudny do określenia rodzaj więzi. W fantastyczny sposób pokazałaś również i w tej historii, że relacja dwojga ludzi to nie jest spacerek, to ciągła walka, zarówno z przeciwnościami losu, jak i z sobą nawzajem, ciągłe docieranie się i momentami taniec na rozbitym szkle, że tak nawiążę do tytułu pewnej książki, którą ostatnio skończyłam czytać.
    „A monster, a monster, I’ve turned into a monster, a monster, a monster and it keeps getting stronger” – ostatnio słuchałam sobie Imagine Dragons i nie wiedzieć czemu, fragment tej piosenki skojarzył mi się z Twoim Bartkiem, chociaż Bartek jako taki potworem nie jest. On ma tego potwora w sobie i jest nim uzależnienie. Jest zagubiony, przerażony i uzależniony. Oszukuje Elizę i samego siebie, znajduje kolejne powody do tego, by zażywać leki, a wszelkie epizody odzyskiwania samokontroli są dla niego argumentem przemawiającym za następnymi próbami naginania marginesu błędu. Bo przecież może i potrafi, więc w „nagrodę” może sobie pofolgować. A czy faktycznie leki tak wyprały mu mózg, że ma „wyrąbane” na związek z Elizą? Sama nie wiem, może to po prostu bezsilność i świadomość, jak duży zawód jej sprawił? Oczywiście jest też druga strona medalu – osoba uzależniona stawia w centrum uwagi, zazwyczaj wbrew sobie, przedmiot swojego uzależnienia i wszystko inne przestaje mieć znaczenie.
    Biję brawo za ostatnie zdanie tego rozdziału. Kwintesencja wszystkiego zawarta w kilku prostych słowach. Czy trzeba lepszego potwierdzenia, że mimo wszystko nie zostawi go w potrzebie?
    Dobra, wracam do polsko-chińsko-francusko-katarsko-tureckiego Zbycha. Nie napiszę tego, za cholerę. Albo napiszę i nie opublikuję, bo mnie chyba czeka kilkudniowe rozstanie z internetem. W każdym razie pozdrawiam ciepło.

    • otfilulu pisze:

      Narobiłaś mi apetytu zapowiedzią tego ostatniego komentarza. Dobrze, że to już niedługo.
      Tymczasem, jakbyś się nie zarzekała, pozostajesz niezmiennie w formie: zarówno pod względem objętości jak, przede wszystkim, jakości wypowiedzi. Ja się najzwyczajniej w świecie czuję tak, jakbym za każdy swój rozdział dostawała od Ciebie inny, i bardzo mi się to podoba. A już to, że jeszcze zawsze nad czymś rozmyślam, kiedy sobie poczytam Twoje podsumowania, to prawdziwa wisienka na torcie. Dziękuję bardzo :)
      Taniec na szkle – kapitalne określenie, i całkowicie się z Tobą zgadzam, nie ma bajek w życiu, jest bardzo dużo walki o to żeby się udało.
      Czy Bartek ma wyrąbane? 14. trochę chyba rozjaśni. Albo wprost przeciwnie – zapraszam.
      I tylko jedno muszę oprotestować(w Twoim i moim interesie, bo się boję Kolędników) – jaki Monster?? Uszy duże, ale żeby zaraz potwór? ;)
      Pozdrawiam, pozdrawiam i przykro jedynie, że Zbigniew „Tak właśnie będę sobie jeździł po świecie” Bartman Cię pokonał i dziewiątki nadal nikt nie widział. Ale bardzo nie marudzę, bo mi się narciański wypychacz też zawiesił.

  10. ~synestezja pisze:

    Kiedy zobaczyłam tak długo wyczekiwaną, niebieską trzynastkę obok rządka fioletowych cyferek na górze strony, poczułam niewytłumaczalny lęk. Jakbym bała się zajrzeć, kliknąć, przeczytać. Odwlekałam jak mogłam, zaczytując się w komentarzach licznych „znawców” dotyczących meczu i przeklinając głupotę ludzką. Długo nie wytrzymałam i ciekawość wzięła górę. No i moje obawy potwierdziły się. Siedzę teraz przed ekranem laptopa, próbuję coś sensownego napisać, ale w głowie mam jedynie pustkę. Nie wiem jak to robisz, ale Twoje teksty, wzbudzają we mnie jednocześnie miliony emocji, których nie potrafię nazwać. Dziękuję.
    Spróbuję przejść do meritum i zanalizować co nieco, co nie będzie takie proste, gdyż momentami brak mi słów, żeby opisać Twój warsztat, po prostu. Porównanie próby dotarcia do Bartka do nieudanego logowania? MISTRZOSTWO. Zapamiętam, wykorzystam, bo jest mi bliskie. Jestem w stanie zrozumieć zachowania siatkarza, który ucieka przed światem, bo właściwie każda sytuacja popycha go do wzięcia prochów. Rozumiem też tę złość, tę ironię Elizy, wylewające się z listu, bo poczuła się po raz kolejny oszukana, zawiedziona. Z drugiej strony nie powinna mieć o to pretensji do Bartka, bo on nie panuje nad niczym. Teraz to po prostu chory człowiek, któremu trzeba, choćby siłą, pomóc. Prochy zżerają go w całości. Obydwoje przegapili moment, gdy wszystko zaczęło wymykać im się z rąk.
    „Czasy udawania i tajemnic (…) skończyły się w wagoniku diabelskiego młyna.” – kolejne mistrzostwo! Nie mogłam tego nie wyłapać. Część pierwsza, nieuwaga Bartka, punkt kulminacyjny. Genialnie to przemyciłaś!
    Ostatnie dwa akapity listu… niedookreśloność, tajemniczość spowodowana wielokropkiem i trybem przypuszczającym, nutka grozy wywołana symbolicznie żarówkami. Nie wiem co myśleć. Rozłożyłaś mnie na łopatki. Jedyne co przychodzi mi do głowy to myśl, że Lisek chce się poddać, oddać w sidła ojca, w jakiś pokrętny sposób pomóc matce, wynagrodzić jej lata cierpień.
    I coś, co rzuciło mi się w oczy na końcu, czyli jeszcze większa bezpośredniość w zwrotach do Bartka. Jakby Eliza miała już zaplanowane, że pozostawi swoje zwierzenia Kurkowi. Jakby pisała z myślą o tym, że on to przeczyta. Jakby to była zwykła, pozostawiona rano na kuchennym blacie kartka z informacją, a nie jej osobiste przemyślenia.
    Dalej, opis stanów emocjonalnych i zachowań Bartka? Nic dodać, nic ująć. Akcja z autografem na dołku – piękny chichot losu, kwintesencja tego, co dzieje się w jego życiu. Brak kontroli, który mu doskwiera. Nadal nie panuje nad sobą, ale resztki podświadomości zmuszają go do ciągłej obrony Liska. I fajnie, że przywalił ojczulkowi. Należało się. Szkoda tylko, że potem prochy zaczęły nad nim ponownie panować.
    Rozmowa Elizy z matką? Totalny mętlik w głowie, wieloznaczność. Zniewolona kobieta w sidłach męża? Cicha, pewna siebie żona i matka, chcąca jak najlepiej dla córek? A może, pomimo wszystko kochająca żona, która żyje przeszłością? Czy wreszcie synteza z relacjami Eliza-Bartek? A może w końcu abstrakcyjne porównanie ojca Elizy do Bartka? Wszystko mi pasuje.
    No i na końcu pojawiła się nowa tendencja w zachowaniu Bartka – obojętność. Z nim jest naprawdę bardzo źle, skoro w krytycznym momencie, wisi mu już nawet związek z Liskiem. O ironio! Na szczęście Eliza teraz nie poddaje się tak łatwo. Gratuluję jej zawziętości w realizowaniu celu, bo mam wrażenie, że gdy ona odpuści i zaprzestanie prób ratowania Bartka, który notabene swoim zachowaniem jej nie pomaga, a sobie tylko szkodzi, to będzie jeszcze gorzej. Tyle, że nie z nią, a z Bartkiem.
    Puenta? Artyzm! Powtórzenie, szczery wulgaryzm, dające efektywność i efektowność. Zostaje w głowie.
    O jejku, ale się rozpisałam. Żyję jeszcze w świecie Open’era, więc za wszelkie nieskładności i błędy przepraszam! Przesiąkłam Elektrolizą, niczym gąbka wodą, więc teraz jeszcze niecierpliwiej czekam na ciąg dalszy i jednocześnie, chciałabym przeciągać ten koniec najdalej jak się da, bo czuję, że on mnie zniszczy, a chciałabym jeszcze trochę pożyć. No, przynajmniej do finału Igrzysk z, mam nadzieję, naszą kadrą. ;)

    • otfilulu pisze:

      Tyle tu dobrego, że aż sama nie wiem co powiedzieć. Już mnie tak przyzwyczaiłaś do celności Twoich spostrzeżeń, że zdziwiłabym się jakbyś nie wyłapała tego co do wyłapania było. I jak zawsze stokrotne dzięki, bo jak się nie ucieszyć, gdy kula nie poszła w płot? Sama przyjemność zostawiać dodatkowe cyferki przy spisie rozdziałów, gdy ma się świadomość, że czujne oko nie przepuści niczemu. No i wiadomo, że badziewie też się nie prześliźnie więc możesz wierzyć mi bądź nie, ale od kiedy się pojawiłaś a właściwie ujawniłaś jeszcze dokładniej sprawdzam czy mi się ten elektrolityczny bajzel spina logicznie bo byłby wstyd jakbyś mnie przyłapała na niekonsekwencji.
      Tradycyjnie trafnie i powtórzę za Selene: „no i nie wiem, co napisać, bo komentarz synestezji zawiera w zasadzie wszystko”.
      Jeszcze raz bardzo, bardzo dziękuję i tak bardzo się cieszę, że ktoś poza mną też żyje tą historią.
      Pozdrawiam i zapraszam na 14. bo to już za chwilę :)

  11. ~Hania z R. pisze:

    Co by tu napisać, skoro brakuje słów?

    Wiem, napiszę jedno, oklepane, ale adekwatne. WOW!
    Osobiście tańczę mój mały taniec radości, bo ten skurwykot dostał w 1/3 to, na co zasłużył. Ale z drugiej strony jednak nie. Po tym co wyznała Matka Elizy… muszę przyznać, że na serio jesteś mistrzynią niejednoznaczności. (ani mi się waż krygować! :) )
    No i osobno, Kuraś. Taki realizm tej tragifarsy ze zdjęciem na dołku mogłoby wymyślić tylko życie, dlatego gratuluję.
    A poza tym cała obecna postać Bartka przypomina przestraszonego, tłukącego się w klatce kanarka. Niby chciałby się uwolnić, ale wie, że na zewnątrz go coś zeżre. Z Bartem jest tak samo.

    Cura ut valeas!

    • otfilulu pisze:

      Ty mi tutaj nie czaruj, nie mydl oczu, nie zmylaj łaciną. Ja mam poważne zarzuty! Dlaczego muszę dowiadywać się przypadkiem, że znów nadajesz? Nie bawimy się tak!
      Grabisz sobie, ot co.
      Pozdrawiam złowieszczo ;)

      • ~Hania z R. pisze:

        Złowieszczość aż bije po oczach.
        Przepraaaaaszam… Nie będę się tłumaczyć, bo wiem, że to tylko pogorszy moją sytuację :)
        W ramach zadośćuczynienia nowy rozdział u Gumy.
        I chyba to tyle.

  12. ~zaczytana pisze:

    lubię Twoje opowiadanie. Wchodzę tu od czasu do czasu sprawdzając, czy pojawiło się coś nowego… pytanie nasuwa się jedno. czy zamierzasz kontynuować tą historię?

    • otfilulu pisze:

      Tak, tak, proszę nie tracić zainteresowania, tu jeszcze coś się wydarzy, mam nadzieję, że już na początku lipca.
      Tak więc proszę o wyrozumiałość i cierpliwość.
      Bardzo dziękuję za obecność i wytrzymałość. Pozdrawiam i do przeczytania :)

  13. ~prosaen pisze:

    jestem, jestem :) trochę zajęta, trochę się wyprowadzam z blogspota, ale nie sądziłam że ktoś zauważył :)
    Dobrze, że Bartek się w końcu przyznał, że sobie nie radzi, bo był już w prostej drodze na samo dno. wierzę, że Eliza mu pomoże, chociaż będzie ciężko, bo zrobiła się z tego ciężka i skomplikowana sprawa.

    • otfilulu pisze:

      No jak miałam nie zauważyć, skoro zniknęłaś mi ulubioną stronę z miniaturami? Zabrałaś Grenlandię, Stellę, Pink Rabitt. Puff i nie ma. Nie ma już sztormowego Kubiaka, który w mojej głowie skończyć miał się zupełnie inaczej i do którego lubiłam sobie wracać. Zupełnie nie rozumiem, jak mogłaś przypuszczać, że Twoja wyprowadzka przejdzie bez echa? Jeśli o mnie chodzi byłam i jestem zakochana w wielu Twoich tekstach i tak już zostanie.
      Amen. Skończyłam marudzić :)
      Dziękuję, że tu wracasz.

  14. ~synestezja pisze:

    Walec o nazwie „Elektroliza” mnie rozjechał, zostałam sprasowana emocjonalnie, dziękuję. Twierdzisz, że to przejściówka? Phi! :D Zadziało się tyle, że nie byłam w stanie na bieżąco wypunktować tego, o czym chciałam wspomnieć. Zrobiłaś mi w głowie wielką papkę myśli, gigantyczne błotko, a właściwie to już chyba bajoro, takie jak to, w którym tapla się Bartek.
    Na pozór zaczęło się optymistycznie. Eliza odzyskała siebie, swoje człowieczeństwo (chyba? – bo jednak nutka wątpliwości wciąż wije się między poplątanymi myślami). Wróciła, jest, żyje, oddycha, myśli. Podjęła się próby pomocy Marcinowi i cholernie mi tym zaimponowała. To znak, że jest silna. Wygrała swoją małą wojenkę i teraz stara się pomóc wygrać ją Marcinowi. Tylko czy tej siły wystarczy by pomagać dwóm osobom jednocześnie? Oby.
    W poprzedniej części dało się wyczuć, że z Bartkiem jest źle, ale nie pomyślałabym, że jest aż tak fatalnie! Monumentalizm beznadziejności sytuacji sięgnął bez wątpienia zenitu. O ile napięcie z Pitem przełknęłam dość spokojnie, tak opis apokalipsy kuchennej wywołał nieprzyjemne ciarki. Znowu pojawiają się obawa, strach. Może jeszcze nie tak wielkie jak te wcześniejsze, o Elizę, ale ciągle rosną. I to z zawrotną prędkością.
    Znamienne są tutaj słowa (które nie wiedzieć czemu zapadły mi w pamięci) pani Strużyńskiej, o tym, że przyjdzie taki moment, kiedy to Lisek będzie potrzebny Bartkowi. Ten moment niewątpliwie nastał. Oby Elizie udało się poskładać do kupy ten bartkowy bajzel, który coraz bardziej odbiega od normalnego życia. Oby sam Bartek chciał wrócić do normalności. Aczkolwiek z autopsji wiem, że z uzależnieniem nie ma tak łatwo. Nawet jak człowiek wie, że przepadł, że zadurzył się w jakichkolwiek używkach, sam nie wróci. Potrzebne są wsparcie bliskich i własne chęci. Choć z tymi chęciami też jest różnie, bo jedna iskra, minimalne złamanie powoduje, że wszystko trafia szlag. A ci z pozoru najsilniejsi, ci, którzy wiecznie się uśmiechają, nie prezentują żadnych objawów złamania, mają najtrudniej, bo udają, bo wszystko duszą w środku.
    Wierzę, nie, to za dużo powiedziane, chciałabym wierzyć, że Elizie i Bartkowi się uda przetrwać tę lawinę złych rzeczy, która na nich napiera ze wszystkich stron. Trzymam za nich kciuki. Ta końcówka… też mnie chwyciła. Urzekła mnie swą niezwykłością w beznadziejności. I w żadnym wypadku nie jest przesłodzona. Nie wiem jak ją opisać… jest taka… elizowo-bartkowa, po prostu.
    Wciąż podoba mi się charakterologicznie osoba Pita. Bezwzględny, stanowczy, jak ma napluć komuś między oczy to to zrobi. Osoba idealna do wywołania wstrząsu. Wyczuwam wiele podobieństw z tym „prawdziwym” Piotrkiem. Zresztą Bartek też ma sporo z tego „prawdziwego” Bartka. Nie wiem jak to robisz, ale idealnie przemycasz ich cechy do elektrolizowego świata.
    Pozdrawiam :)

    • otfilulu pisze:

      Bardzo lubię u Ciebie, że zawsze dogrzebiesz się zostawionego śladu w tekście i wydaje mi się, że bardzo ciężko sprowadzić Cię z tego powodu na manowce, co działa niesamowicie motywująco. Bo trzeba namotać jeszcze bardziej i starać się w dwójnasób. Tak więc bardzo dziękuję za spostrzegawczość i wyjątkowo uważną lekturę. Słowa Strużyńskiej nie zostały przemycone przypadkiem i strasznie mnie cieszy, że nie pozostały bez echa.
      A czy Elizie się uda i czy uda się Bartkowi to już zupełnie inna historia. A właściwie to ta historia, ale jeszcze nie na teraz :)
      Uspokaja mnie „nieprzesłodzenie” finału, miało być miękko, tak trochę jedwabiście ale bez cukrzycy, cieszę się jeżeli się udało.
      Natomiast nie mam przekonania do Pita, taki mi się napisał, taki mi jest potrzebny, a bardzo chciałam uciec od Pana Piotra z poprzedniego opowiadania, żeby po pierwsze go nie zepsuć (bo mam co do niego inne plany) a po drugie, żeby nie powielać i nie iść na łatwiznę. Skutkiem zupełnie nowa wersja Nowakowskiego, mocno różna od tradycji. Ale jak się podoba to miło, choć w bezwzględnego Piotrka mi osobiście trudno uwierzyć.
      Dziękuję za trafne i obszerne komentarzysko i do zobaczenia (mam nadzieję) pod następnym rozdziałem :)

  15. ~Greenberry pisze:

    Jezus Maria.
    Bartku. Elizo.
    Trzymając się tych piosenek happysadu, które już były wspomniane w komentarzach, nasuwa mi się cytat z jedynej chyba ich piosenki, którą znam: „kiedy jedno spada w dół, drugie ciągnie je ku górze.” (w sumie to chyba wszyscy pomyśleli o tej samej piosence)
    Tak to im się układa. Dobrze, że mają siebie. Dobrze, że Eliza wróciła, że już stoi na nogach, w miarę stabilnie, że teraz Bartek może się na niej wesprzeć.
    Bartek, mój Bartek. Uwielbiam go u Ciebie. Jest prawdziwy, realny, nieprzesadzony. I tak ludzki. Był silny przez długi czas, dla Elizy. Teraz ona musi być silna dla niego. Bartek dotknął dna. Oby dał radę się odbić.
    Powoli przestaję martwić się o Liska. Całkiem spokojna nie jestem, to chyba zrozumiałe. Przeczytałam pięć części MIgała, pierwszą Elektrolizę, wiem, na co Cię stać. Ale robi się spokojniej, jeśli chodzi o Elizę. Za to bardzo boję się teraz o Bartka. I pozostaje mi tylko wierzyć, że przy pomocy Elizy, przy jej wsparciu, znowu wsiądzie na konia, stanie się SuperKurą i pogalopuje w stronę zachodzącego słońca.
    Nie umiem napisać sensownego komentarza, jest późno i nie mogę zebrać myśli, bo siedzę na emocjonalnym elektrolizowym rollercoasterze.
    Niezmiennie mnie zachwycasz. Dziękuję

    • otfilulu pisze:

      A ja nadal podtrzymuję, że w bitwie na Bartków jest 1:0 dla Greenberry, no może 1:0,5 żeby nie było fałszywej skromności.
      Za to zupełnie nie rozumiem skąd to ograniczone zaufanie, jakbym miała mimo wszystko moją dziewczynkę znienacka wepchnąć pod pociąg.Zupełnie nie wiem skąd się to w Was bierze ;)
      Bardzo dziękuję za miłe słowo pod kolejnym rozdziałem i bardzo pozdrawiam.

  16. ~Hania z R. pisze:

    Jeb! Cegłą w twarz. Jak zawsze. Niezmiernie za każdy rzut Ci dziękuję!
    To dobrze, że mają siebie, tak samo jak w tej durnej piosence Happysad. To chyba definicja prawdziwego partnerstwa. Używając metafory agrarnej: „jak dwa dobrze zgrane konie w wozie.”
    Bartek się zgubił. Albo inaczej: tak się poplątał, że wszelkie próby odplątania skutkować będą jeszcze większą katastrofą. Chyba. W każdym razie Eliza powinna wpaść z nożyczkami (albo maczetą, po krakowsku) i rozciąć ten węzeł gordyjski.
    Pozdrawiam bardzo, bardzo. I uwielbiam.

    • otfilulu pisze:

      Między nami, czołgistami, jak skomentować skuteczność opowiadania? „Jeb! Cegłą w twarz.” I jak tu się do Ciebie nie uśmiechać?
      Ej i tyle co dwa komentarze niżej chwaliłam Happysad, w końcu to od nich pochodzi tekst przewodni mojego życia przypadkowego studenta ekonomii: „Mamo nie wiem czy wiesz, że nie martwi mnie niskie PKB…wysoka stopa inflacji, odwieczny problem alokacji, migracji ludności przemysłowej, zdolności kredytowej”. Toż to poezja w czystej formie ;) Jak dla mnie, czołgisty z powołania, choć bez czołgu.
      Pozdrawiam przecież (po krakowsku).

      • ~Hania z R. pisze:

        Mały krasnoarmiejec mode on :D
        Ja się wychowywałam na Ogniem i Mieczem i wylądowałam na historii. Każdemu wedle zasług jego. Choć w XVII wieku czołgów nie było.
        A u mnie na jednopartówkach mam dla Ciebie niespodziankę. :)

  17. ~selene pisze:

    Pozostaje mi się jedynie domyślać, że w trakcie Final Four uważnie obserwowałaś swojego bohatera, co zaowocowało nowymi spostrzeżeniami, bo ileż materiału do analizy nam teraz dostarczyłaś! ;) Swoją drogą, Bartosz tez znalazł się na mojej liście denerwujących rzeczy, bo o ile pogodziłam się z myślą, że nie ma ochoty na kolejny sezon w Rzeszowie, o tyle ta Japonia nadal podnosi mi ciśnienie. Ale okej, zostawmy to.
    Zacznę sobie od Elizy, bo uśmiech automatycznie wstępuje na twarz, gdy czyta się o tym, jak kolosalne postępy poczyniła. Duża w tym oczywiście zasługa Bartka, co należy podkreślać na każdym kroku, ale nie bez wpływu na poprawę stanu pozostaje jej charakter, jakaś wewnętrzna zawziętość, która pozwoliła jej zrozumieć, że tkwi w błędnym kole, że musi wreszcie wydostać się na powierzchnie i zacząć żyć w pełnym znaczeniu tego słowa. Wygląda, jakby była już gotowa płynąć sama, ale nie napiszę, że jestem o nią zupełnie spokojna, bo to, co wymyślisz zawsze pozostaje do samego końca jedną wielką niewiadomą, jednakże nie podlega dyskusji, że w tej chwili nasza uwaga powinna zostać skierowana na Kurka, bo to już zupełnie inna para kaloszy. Eliza dostrzega, że dzieje się z nim coś niepokojącego i powoli dociera do niej, że być może to on będzie potrzebował teraz pomocy, co wynika z jej listu. Czy ma w sobie na tyle siły, by mu jej udzielić? Na razie wiele wskazuje na to, że tak. A Bartek? Dotarł do etapu, z którego nie ma drogi powrotnej, a przynajmniej ona sam nie zdoła jej odnaleźć i tak tkwi sobie w tym swoim labiryncie wraz z nieodłącznymi atrybutami – rozkołysanym wahadełkiem i błotkiem, którego nie tak łatwo się pozbyć. Uzależnionym, którzy jeszcze nie zostali w pełni „uświadomieni” ciągle się wydaje, że cały czas istnieje margines błędu, którego wciąż nie przekroczyli i w konsekwencji oszukują nie tylko najbliższe otoczenie, ale i siebie. Bartek przecież też próbował zaklinać rzeczywistość, wydawało mu się, że w każdej chwili może przestać, bagatelizował wszystkie symptomy i szukał usprawiedliwień. Na pewno nie można powiedzieć, że w jednej chwili jego światopogląd odwrócił się o 180 stopni, bo do tego jeszcze długa droga, ale dotarło do niego, że przed Liskiem nie może udawać, co na pewno stanowi swego rodzaju przełom. Ona jest jedyną osobą, przed którą nie powinien wstydzić się swoich słabości i jedyną osobą, u której może znaleźć zrozumienie, w końcu ona też kiedyś tonęła. Generalnie chciałam Cię pochwalić za końcówkę rozdziału, bo chwyciła mnie za serducho. Niby niewiele, a ładunek emocjonalny ogromny. Być może ta trwająca od jakiegoś czasu izolacja atakującego po części była uwarunkowaną zamiarem ochronienia Elizy przed samym sobą. Skoro dla siebie był zagrożeniem (i nadal jest), chciał, by chociaż ona była „bezpieczna”.
    Kończąc swój wywód, poświecę jeszcze chwilę uwagi Cichemu. Gdzieś pomiędzy wierszami daje się wyczytać jego niechęć do głównej bohaterki, a nawet próbę obwiniania jej o to, co teraz dzieje się z Bartoszem. On chyba uważa, że Eliza na tyle zaabsorbowała go swoimi problemami, że zapomniał o sobie samym, zresztą nie tylko o sobie. Piotrek też poniekąd czuje się zaniedbany i zepchnięty na dalszy plan. Wyczuwam żal i pretensję.
    Pozdrawiam serdecznie, będąc niezmiennie zdenerwowanym kibicem Resovii ;) I przepraszam, bo ostatnio paplam bez ładu i składu.

    • otfilulu pisze:

      Jeszcze więcej materiału poglądowego niż Final Four dostarczyły mi ostatnie dwa mecze z Zaksą. Na tym etapie opowiadania z Bartkiem miały dziać się dziwne rzeczy, ale rzeczywistość przerosła oczekiwania zdaje się. Ściągnięty z boiska, wpieniony jak mało kiedy. A w Tauron Arenie jakiś nieswój według mnie. I nienaturalnie mało rozmawiał z Pitem. Samo się pisze w takich warunkach. I tylko mam nadzieję, że Kurek zdąży wyjść z tego niewątpliwego dołka (w prawdziwym świecie oczywiście) do maja, bo nie czarujmy się, bez Bartka będzie niesamowicie ciężko cokolwiek zdziałać.
      Bardzo dużą radość sprawiło mi, że podoba Ci się zakończenie, bo zawsze się boję tych elementów, żeby nie wyszedł jakiś fatalny lukier i słód, a przecież wiem, że nie mogę pisać cały czas twardo i źle, bo kto by to chciał wtedy czytać?
      Jak zwykle dziękuję za obszerny komentarz sterujący tym opowiadaniem :)
      Pozdrawiam będąc częściowo zadowolonym kibicem Cuprum, które jakby się postarało to mogłoby grać i o trzecie miejsce.

  18. ~VE. pisze:

    Ile się zadziało w tej 12, to nawet nie ogarniam, ale spróbuję.
    Cieszę się, że Eliza, mimo nieobecności Bartka w jej życiu, daje radę. Że odzyskała choć trochę pewności i wiary w siebie. Że umie sobie sama radzić, a rozgrzebywanie starych ran już aż tak nie boli, co widać po tym, że pomaga Marcinowi.
    Co do Bartka…było wiadomo, że jest źle, ale nie spodziewałam się, że aż tak bardzo. On naprawdę podbierał tabletki Piotrkowi i myślał, że ten się nie zorientuje? Na jakim świecie on żyje? Nowakowski musiałby być niezłym idiotą, by tego wszystkiego nie zauważyć. Tak samo jak tego, że z Kurkiem dzieje się coś niedobrego. W końcu jest jego przyjacielem, zna go bardzo dobrze i wie kiedy Kura nie jest sobą.
    Jak się okazuje, bycie SuperKurą okazało się być na tyle męczące, w połączeniu z ciągłym bólem, że Bartek upadł na samo dno. Ale cieszę się, że Eliza nie czekała spokojnie na to, aż Bartek pojawi się w jej mieszkaniu, tylko sama postanowiła odwiedzić jego. W ten sposób przynajmniej dowiedziała się, że sytuacja nie jest kolorowa, że po prostu jest źle. I teraz jej zadaniem jest znaleźć w sobie wystarczająco siły, by uratować tonącego Bartka. Wierzę, że jest w stanie to zrobić. W końcu jak śpiewa Happysad: „Kiedy jedno spada w dół, drugie ciągnie je ku górze”.

    • otfilulu pisze:

      O kurcze, a ja miałam wrażenie, że to raczej taki rozdział pomostowy, mało akcji, a więcej wprowadzenia i namaczania Bartka w błotku. Ale to dobrze, że nie było nudy zbyt wielkiej. I przywoływanie Happysad jak najbardziej trafne, bo miłość to nie różowy miś ani kwiaty, a role powinny się odwrócić. Swoją drogą zawsze zadziwia mnie jak akurat ci chłopcy używając naprawdę najprostszych słów budują takie mądre piosenki, niejednokrotnie mocno ironiczne.
      A z podbieraniem tabletek to tak działa, w nałogu, jakimkolwiek, nie myśli się racjonalnie ani nie przejmuje konsekwencjami, jest tu i teraz.
      Dziękuję za odwiedziny i pozdrawiam bardzo :)

  19. ~selene pisze:

    Ostatnio zastanawiałam się, kiedy powróci wątek z ojcem, no i proszę, doczekałam się, choć nie powiem, żebym wyczekiwała z niecierpliwością ;) To prawdopodobnie jedna z najbardziej „jednokolorowych” postaci w opowiadaniu, ale ja chyba jeszcze wierzę, może naiwnie, że któregoś dnia pokaże ludzką twarz, chociaż ostatnio jak wymieniałam sms-y z przyjaciółką, napisała mi jedno, ważne w kontekście naszej rozmowy zdanie: „Ludzie się nie zmieniają… Nigdy!”. To oczywiście nie do końca prawda, chyba że mówimy o obiecankach cacankach, składanych wielokrotnie i dla świętego spokoju. Okej, taka moja prywatna dygresja, zupełnie odbiegająca od rozdziału.
    Czasami jest tak, że kogoś kochamy, ale ta osoba swoim postępowaniem obiektywnie rzecz biorąc daje nam więcej powodów do tego, by jej nienawidzić. Krzywdzi nas, czasem bardziej lub mniej świadomie, ale boli tak samo, niezależnie od kierujących nią pobudek. Znajome i nieprzyjemne uczucie. Eliza znalazła się w podobnej sytuacji, i myślę, że nie możemy tutaj mówić tylko o szanownym ojczulku, bo przecież ubłocony Bartek też dorzucił swoje trzy grosze, z tym że jego sytuacja jest nieco inna, ale tę kwestię zostawię sobie na deser. Chociaż w sumie… a co tam, dawać na ruszt tego kurczaka! ;)
    „Widzisz? Ja już zapomniałam. [...] Jeszcze trochę piecze, ale przejdzie, nic się nie stało Bartku” – te dwa zdania automatycznie przywołują mi na myśl ofiary przemocy domowej, które ciągle wybaczają swoim oprawcom, bezgranicznie wierząc, że coś się zmieni. Oczywiście kontekst jest zupełnie inny, ale do czego zmierzam? Ano do tego, że Eliza gdzieś w głębi duszy odpycha od siebie myśl, że z Bartkiem dzieje się coś niedobrego, mimo że wiele symptomów zauważyła już wcześniej. Bo przecież on na pewno jest silny i daje radę, w końcu udowodnił jej to wielokrotnie, a to, czego była świadkiem (i zarazem uczestnikiem) było tylko chwilą słabości, momentem zachwiania. W jakiś pokrętny sposób próbuje zaklinać rzeczywistość. Kurek pomógł jej stanąć na nogi, ale jednocześnie sprawił, że w pewnym sensie stała się od niego zależna. Niby wahadełko tylko lekko drga, ale ciągle potrzebna jest jej podpora w osobie Bartka, tak by mieć stuprocentową pewność istnienia. Tylko czy on nadal jest gwarantem stabilizacji i bezpieczeństwa? No właśnie. Coraz częstsze utraty kontroli nad samym sobą są wystarczającym dowodem na to, że coś zaczyna się w nim kruszyć od wewnątrz, a mówiąc prościej, wpadł w szpony uzależnienia. Jest błotko, jest rozkołysane do granic możliwości wahadełko, jest strach i niemożność zapanowania nad własnymi emocjami. Co będzie dalej? Nie zostawiaj nas zbyt długo bez odpowiedzi ;)
    Pozdrawiam świątecznie, a Nart odwiedzę jutro, bo chyba Le Zbyszek zaczyna domagać się uwagi. Matko, ale mam wszędzie tyły.

    • otfilulu pisze:

      Kurcze, zgadzam się z Tobą niestety. Ludzie się nie zmieniają. Punktowo mogą nas czymś zaskoczyć, ale to coś musiało od zawsze w nich być. Ktoś może stać się z czasem spokojniejszy albo bardziej empatyczny, czy energiczny etc, ale moim zdaniem to jedynie powodowane doświadczeniem, dojrzewaniem czy czymkolwiek innym wyostrzenie bądź stępienie takich zrębowych cech charakteru, które zawsze, zawsze tam będą. Wiem, że to psychologia dla ubogich, ale jakakolwiek inwazyjna zmiana byłaby możliwa jedynie wtedy, kiedy przestanie się kochać samego siebie bezkrytycznie i popatrzy na te składowe chłodno i bez zaangażowania. Tylko, że to jest możliwe chyba jedynie w teorii, przynajmniej jak dla mnie. Nie wierzę w takie zmiany, przez empiryzm, po prostu ich nie doświadczyłam, wprost przeciwnie, przekonałam się w przykry sposób, że nic się nie zmienia, choćby cały świat stanął na głowie. Okej, taka moja prywatna dygresja powodowana Twoją dygresją, ale mam wrażenie, że jednak odrobinę z opowiadaniem obie są związane. Dziękuję bardzo za materiał do przemyśleń, czekałam bardzo na ten komentarz, bo tradycyjnie, dzięki Twoim spostrzeżeniom, wiem lepiej na czym mam się skoncentrować, kiedy sobie chodzę z następnymi rozdziałami na spacery i do sklepu.
      Postaram się nie przetrzymać i nie katować czekaniem na dwunastkę, ale najpierw muszę, naprawdę muszę dokończyć opowieść z Nar(t)ni, bo mi głowę rozsadza, a zupełnie, wcale, ani odrobinę nie komponuje się z babrającym się w błotku Bartkiem i elektrowstrząsaną Elizą.
      Pozdrawiam i życzę świątecznej współpracy z markizem Zbigniewem. A a’propos tyłów, to jeszcze godzinę w ten weekend zabrali.

  20. ~prosaen pisze:

    już jestem, wszystko nadrobiłam.
    czegoś takiego się nie spodziewałam. to straszne, że Bartek też zaczyna wariować (i właściwie czym były te tabletki?), ale Eliza sobie tak bardzo na to nie zasłużyła. Powinien ją chociaż przeprosić, nie wyobrażam sobie, jak mógł ją tak zostawić! jeśli ona się znów zamknie w sobie, to będzie miał ogromne wyrzuty sumienia i znowu będzie żałował. oj, Bartek…

    • otfilulu pisze:

      Nawet nie wiesz jak się cieszę, że Cię widzę :) Już myślałam, że całkowicie opuściłaś te rejony po tym jak uprywatniłaś prawie wszystkie swoje blogi, co mnie mocno zasmuciło nie ukrywam. Ale nie wnikam i nadal mam nadzieję, że jeszcze powrócisz, przynajmniej do miniatur, których mi brakuje najbardziej.
      W każdy razie super, że zaglądasz, nadrabiasz i nie porzucasz. Naprawdę dobrze, że jesteś.

  21. ~Hania z R. pisze:

    Jak ja w tej chwili Elizie współczuję. Sprzedana podwójnie, za mieszkanie i garść pastylek, poniżona, rzucona na ziemię przez dwóch z trzech najważniejszych mężczyzn jej życia.
    Powtórzę się. Ojciec Elizy to chory z chciwości sukinkot. Takiego zabić to za mało.
    A Bartek? Pogubił się i wciągnął Elizę w dodatkowy labirynt. Bo jakby tego prywatnego jej nie starczało. Z jednej strony owszem, można nazwać go tchórzem, a z drugiej jednak… Jak wielkiego hartu ducha, wytrwałości i siły trzeba, żeby samemu mierzyć się z losem.
    A uzależnienie… Nawet nienazwane daje w kość i pacjentowi i rodzinie. Kapral Janik przydałaby się i SuperKurze.
    Martwię się o Elzę, co z tego wyniknie, czy wyniknie żywa? Bo jeśli znowu zostanie zagnana w kąt, zostawiona samej sobie, niczym przestraszone zwierzątko, to… Z resztą raz już w takiej sytuacji pokazała na co ją stać.

    Uwielbiam i podziwiam płodność twórczą :)

    • otfilulu pisze:

      No żre coś ostatnio, i nawet wiem dlaczego. Mam po prostu tyle innych rzeczy do zrobienia, że prokrastynacja w apogeum objawia się pisaniem na potęgę.
      Ale za to jak później wpadnę w doła, to mnie tu miesiącami nie będzie, obiecuję.
      A do wniosków fabularnych się nie odnoszę i pewne insynuacje pomijam milczeniem z premedytacją, bo nie lubię jak mi ktoś do scenariusza zagląda ;)
      Pozdrawiam bardzo.

  22. ~Greenberry pisze:

    Dzisiaj krótko, bo nie jestem w stanie. Przepraszam
    Bartek spadł ze swojego konia, tapla się w błotku, przy okazji zachlapał Elizę. Sama Eliza jest już jakby silniejsza psychicznie. Teraz martwię się o Bartka. Bo teraz on nie daje rady. Teraz on się gubi, bardzo mocno.
    Boję się trochę i o Elizę, bo sprawa w sądzie może nią bardzo mocno potrząsnąć. A jeśli nie będzie przy niej Bartka, jeśli nie będzie miała w nim wsparcia, może nie dać rady. Może nie starczyć jej siły.
    I boję się o ich wspólną przyszłość, jakie konsekwencje będzie miało zachowanie Bartka.
    Znowu możesz nas poprowadzić na kilkanaście różnych sposobów, a my możemy tylko czekać.
    Dziękuję, niezmiennie dziękuję. Uwielbiam.

    • otfilulu pisze:

      Zawsze wyjątkowo miło jak wpadasz, nawet na krótko, więc proszę mi tu nie przepraszać po próżnicy.
      Jak już zdążyłaś zauważyć przy okazji swojego dzieciatego Kurka, stokroć wolę Bartka taplającego się w błotku od Bartka galopującego wprost na wiatraki, tak już mam. I nadal wolę Twoją wersję, rozpuszczonego, nieodpowiedzialnego gnojka od mojej, bo tutaj to się zawsze jakieś usprawiedliwienia na to błotko znajdują. Właśnie doszłam do wniosku, że szkoda, że „Hurt her again” się już skończyło.
      Pozdrawiam bardzo.

      • ~Greenberry pisze:

        Szczerze mówiąc też trochę za moim Barteczkiem tęsknię, ale, trzymając się ostatnio popularnego słownictwa, przestało mi żreć. Trzeba było kończyć, żeby nie urwać i nie porzucić, nie zostawić bez zakończenia.
        A ja uwielbiam Twojego Bartka, i tego taplającego się w błotku, i tego na białym koniu. Bo jest prawdziwy. Realny. I za to dziękuję.

  23. ~synestezja pisze:

    Siedzę z rozdziawionymi ustami, a ręce, tak jak u Elizy, delikatnie drżą z przypływu adrenaliny. Cóż z tego, że przewidziałam, że w pudełku będą leki? Mogę sobie zgadywać do woli, bo nawet jak trafię to zaskoczysz mnie dodatkowym bonusem, o. Oczywiście mam na myśli wybuchową reakcję Bartka. Co jak co, ale nie spodziewałam się tego. Kontrola została utracona. Pytanie tylko czy Bartek ją odzyska i co zrobi. Właściwie, to czy będzie chciał ją odzyskać. Uciekł. Stchórzył. Zrobił najgorszą z możliwych rzeczy. Schował głowę w piasek. Dobrze, że jeszcze ma świadomość tego, że zawalił. Znowu. Steruje nim uzależnienie, a jeśli tego nie opanuje to Liskiem zacznie sterować ojciec. Taki pokręcony ciąg przyczynowo-skutkowy.
    I tu znowu miałam rację. Daaaawno temu pisałam, że skubaniec nie odpuści i nie pomyliłam się. Troszkę przeraża fakt, że moje wizje w jakimś tam stopniu się spełniają. Traktowanie człowieka jak zabawkę, którą można kupić, sprzedać, wypożyczyć… Pieniądze oślepiają. Szkoda, że tej ślepoty nie da się błyskawicznie wytępić. I to może być kolejny cios dla Elizy, bo w końcu to jej ojciec, kocha go. Po prostu.
    Świetnie pokazałaś tę przewrotność losu. Lisek całe życie uciekał przed transakcjami, a teraz to sprzysięgło się przeciwko niemu. Tu najlepiej widać, że popadanie ze skrajności w skrajność jest błędem. Trzeba umieć znaleźć złoty środek (i to niekoniecznie przeciwbólowy). :)
    U Elizy zaczynają wreszcie działać trybiki. Ciekawe czy dociekliwość weźmie nad nią górę i powiedzie do zawartości pudełka. Byłby dym, ale co by się nie stało, teraz to ona ma niejako z urzędu obowiązek pomóc Bartkowi. Pytanie, czy zdąży nim ojciec wprowadzi swój plan w życie, bo jeśli nie da rady to będzie musiała samotnie udowadniać swą poczytalność.
    Choć nie wiem czy taki Bartek byłby wstanie w jakikolwiek sposób ją wesprzeć. Na pewno nie w momencie, w którym jest dla niej i dla samego siebie zagrożeniem. I znowu, teraz zupełnie nieświadomie, zaczyna mieć podwójną osobowość. Bo jeden Bartek to ten, który chce chronić i kochać Liska, a drugi to ten, który zatruwa samego siebie i niczym wąż wypluwa ten jad na zewnątrz w sposób zupełnie niekontrolowany, raniąc wszystkich dookoła.
    Zamieszałaś. Oj, zamieszałaś. ;) I to tak, że na szybko nie potrafię wymyślić tego, co będzie dalej, bo jesteśmy w takim momencie, że zdarzyć może się dosłownie wszystko.
    A za wenę nic nie biorę, rozdaję za darmo. Zero transakcji wymiennych :D

    • otfilulu pisze:

      Po raz kolejny masa cennych uwag i celnych spostrzeżeń, aż boję się za obszernie odpowiadać, żeby nie naprowadzić Cię za wcześnie na właściwy trop. Zepsułoby mi to zabawę :) Ale jestem pewna, że będą jeszcze momenty gdzie sobie zasłużenie mrukniesz pod nosem: „a nie mówiłam”. Tak samo jak i w tym komentarzu, bo miałaś rację, skubaniec nie odpuścił, a w pudełku nie było niczego błyszczącego, tylko strach.
      Postaram się jeszcze trochę zamieszać, celem jest zdezorientowanie jak przy zabawie w ciuciubabkę, żeby żadna z Was nie była pewna dokąd sobie jedziemy. Zobaczymy na ile wyjdzie, bo na przykładzie Twojej osoby, która choć się zarzeka, że ma słabą orientację w terenie, widać, że mam tu bardzo przenikliwych pasażerów.
      Dziękuję bardzo za jak zwykle analityczny komentarz i za darmową dawkę weny (o ile to nie jest na sławetna „pierwsza działka gratis” ;) )

  24. ~VE. pisze:

    Okej, wygrałaś. Tego tym bardziej się nie spodziewałam, choć z tyłu głowy siedziała myśl, że bartkowe uzależnienie źle się skończy. Tylko nigdy nie powiedziałabym, że aż tak.
    Nie jest dobrze, oboje o tym wiedzą. Tylko co teraz? Bartek potrzebuje pomocy, ale musi chcieć tę pomoc przyjąć. Pytanie tylko, czy chce. Czy jest w stanie nazwać swój problem po imieniu, jest w stanie powiedzieć głośno, że jest uzależniony? Nie mam przekonania. Nie mam, bo uciekł. Ale mam nadzieję, że Eliza go odnajdzie. Że odzyska prawdziwego Bartka.

    • otfilulu pisze:

      Do wygranej to jeszcze trochę rozdziałów, najważniejszy jest finał, jeżeli on zaskoczy to będzie mój mały prywatny sukces. Ale zaskakiwać lubię i cieszę się jak dziecko, że się znów udało troszeczkę.
      Kurcze, prawdziwy Bartek, problem w tym, że tak naprawdę nie ma pewności jaki on jest, przynajmniej ja nie jestem w pełni przekonana, ciągle ucieka mi jego wspólny mianownik. No ale zobaczymy, wbrew pozorom do końca opowiadania już bliżej niż dalej.

  25. ~selene pisze:

    Twoich opowiadań nigdy nie da się czytać na spokojnie, bo zawsze w pewnym momencie pojawia się niepokój o to, co jeszcze wymyślisz. Bomba zegarowa sobie tyka i tylko patrzeć jak wybuchnie (a może wcale nie?). Pozostaje tylko obserwować i zachowywać czujność.
    Generalnie to nawet nie wiem od czego zacząć, zresztą odnoszę wrażenie, że moja niemoc w pisaniu przekłada się również na jakość komentarzy, a to z pewnością jeszcze bardziej utrudnia jej przełamanie, ale postaram się coś tam skleić, bo jak po każdym rozdziale, myśli mam bez liku ;)
    Kiedyś obstawiałam, że adresatem listów Elizy może być Kamil, w końcu poniekąd był takim przyjacielem na niby, kimś, kto nie istniał i to pierwotnie mogło pasować. Okazało się, że chodzi o Bartka, a więc byłam całkiem blisko, bo wcześniej przecież wyszło na jaw, że to jedna i ta sama osoba. Jak jednak Eliza sama przyznała, początkowo nie do końca miała świadomość tożsamości Nieznajomego Przyjaciela. „Wypisywała” z siebie wszystkie emocje, traktując to jako formę autoterapii, wyobrażając sobie, że jest ktoś, z kim może się podzielić wszystkimi lękami, słabościami, spostrzeżeniami, odnotowywać postępy i każdy moment zawahania. Można powiedzieć, że z każdym kolejnym listem odkrywała jego personalia, dojrzewała do tego, by zrozumieć, kim on jest, aż w końcu dotarło do niej, że Nieznajomy Przyjaciel wcale nie jest nieznajomy i z pewnością nie istnieje wyłącznie w jej głowie. To mocno tożsame z jej stanem emocjonalnym. Im bardziej czuła, że istnieje, tym jego postać zdawała się być coraz bardziej wyraźna i znajoma. Wszystko przebiegało etapami.
    Nie mogę nie odnieść się do Marcina, którego pojawienie się, choć niespodziewane, znów nakreśliło jedną ważną rzecz. Kolejny raz pokazujesz nam, że nikt nie jest ani czarny, ani biały, że występuje mnóstwo barw pośrednich. To wręcz przerażające, do czego strach potrafi zmusić człowieka, a może raczej odebrać zdolność do jakichkolwiek działań, jak bardzo nim sponiewierać i karmić się jego energią. Marcin był kolejną obok Elizy osobą, która nie mogła pomóc Lennemu, ale wyrzuty sumienia i swego rodzaju poczucie winy chyba już zawsze będą się za nim ciągnąć.
    Na koniec naszła mnie taka refleksja: o kogo bardziej powinniśmy się obawiać – o Elizę czy o Bartka? Oczami wyobraźni widzę nad ich głowami dwa wyimaginowane wahadełka. Podczas gdy to nad głową Liska jest wprawione jedynie w lekkie drgania, bartkowe zaczyna się coraz niebezpieczniej bujać, a końcówka rozdziału tylko podsyca tę wizję. No chyba że biały rumak za szybko galopuje i zaburza harmonię, ale to chyba jednak nie to ;) Nadal obserwuję z niepokojem i czekam na ciąg dalszy.
    Pozdrawiam :)

    • otfilulu pisze:

      Wybacz, ale ja nie obserwuję spadku jakości Twoich komentarzy. Jak zawsze papierek lakmusowy w formie, działa, pokazuje ph mojej pisaniny i dzięki temu śpię odrobinę spokojniej, bo przynajmniej tutaj jako tako wychodzi. Choćby etapowość w listach, metamorfoza nie tylko Elizy ale i Nieznajomego, strasznie mi miło, że to wychwyciłaś, bo bałam się, że na tym polegnę zupełnie. Dziękuję.
      Refleksja końcowa też bardzo na miejscu i w punkt, a o za szybko galopujące rumaki nie ma co się obawiać, nie po to mi się udało Bartusia nakłonić do ściągnięcia ostróg, żeby mi tak od razu znów gdzieś na oślep pocwałował :)
      Tak więc, nie ma co pod chwilową niemoc twórczą podciągać również komentarzy, przynajmniej nie tych u mnie, nie tędy droga Moja Pani. Ja w skrytości ducha liczę, że pogoda w Święta będzie łaskawsza, a Tobie, jako istocie bardziej ciepłolubnej niż jesiennej to bezpośrednio przełoży się na chęć do opowiedzenia nam co u Le Zbyszka (z akcentem na ostatnią sylabę) ;)
      Pozdrawiam, dziękuję, i niestrudzenie sprawdzam, czy się przełamałaś.

  26. ~synestezja pisze:

    Jestem wstrząśnięta i jak zawsze bardzo, bardzo zaniepokojona. Końcówka i to pudełeczko mnie zniszczyły. Nie pomyślałam o czymkolwiek pozytywnym w tym momencie. Gradacja napięcia i element zaskoczenia są opanowane przez Ciebie do perfekcji! Myślałam, że po Marcinie kolejnego „boom” nie będzie i jak zawsze się pomyliłam. Niby zwykłe pudełko, nic szczególnego, taki tam drobiazg, a wzbudziło kolejny alarm. Chyba przez tą nerwową reakcję Bartka. Cóż, nie pozostaje mi nic innego, jak podsumować to, w jaki sposób prowadzisz fabułę, krótkim, mimo zdaniem, pasującym do Elektrolizy cytatem: „mąć tę narodową kadź, serce truj, głowę trać” (może w oryginale miał negatywny wydźwięk, ale na pewno nie tu). ;) Więc mąć i mieszaj dalej, bo to bardzo zajmujące. Przyzwyczaiłam się już do tego, że po każdej części snuję rozmyślania pt. „co dalej?”.
    Pojawił się wspomniany Marcin, więc pojawiły się kolejne podejrzenia. Początkowo uznałam go za dupka, a tym czasem okazał się zwykłym, wystraszonym, małym i słabym człowiekiem. Znowu oceniłam książkę po okładce. I przez niego przybyła mi kolejna teoria. A przyznam szczerze, że nie spodziewałam się, że znowu się zjawi.
    Ogólnie to podziwiam Elizę. Właściwie to podziwiam jej siłę i to, że z pomocą Bartka, Elki i Kapral Janik stanęła na nogi. I najdziwniejsze jest to, że o nią jestem już teraz spokojna. Wywołała we mnie ten podziw opanowaniem podczas rozmowy z Marcinem, bo słowo Lenny nie powoduje już raptownej, nerwowej reakcji. Najgorsze ma chyba za sobą. Przeraża mnie za to Bartek, a właściwie wizja tego, że im bardziej Lisek jest od niego zależny, tym więcej lęku emanuje z jego zachowania. On panicznie boi się tego, że jakiś czynnik, którego nie zwalczy, nie wyeliminuje w porę, spowoduje, że stan psychiczny Elizy się pogorszy. Nie potrafi tego kontrolować. Mam wrażenie, że on jest bardziej zależny od niej, niż ona od niego, a przecież nie da zapanować się nad całym światem. Tego nie potrafią nawet najwięksi, książkowi herosi. To ciągłe poczucie strachu powoduje, że on na każdym kroku poszukuje punktu zapalnego jakiegoś zła. To jakby rodzaj psychozy.
    Krótko kończąc, z każdym kolejnym listem czułam, że tym Nieznajomym Przyjacielem jest właśnie SuperKura. No bo w końcu to jemu Eliza zostawiła notatnik. Akurat ta zagadka nie była trudna do rozwikłania. :D
    Pozdrawiam gorąco, ściskam mocno, przesyłając wenę! :)

    • otfilulu pisze:

      No cóż wzięłam sobie do serca i coś tam zamąciłam w jedenastce, bo już naprawdę dość grzecznych i uładzonych kurczaków.
      Podoba mi się, że nawet niewinne pudełeczko potrafiło wzbudzić zupełnie różne skojarzenia, u jednych obietnica wielkich deklaracji a np. u Ciebie delikatny stan lękowy. No i kto lepiej przewiduje moje ruchy? :D
      A mnie cieszy, że oceniłaś książkę po okładce, bo okładka taka była, słaba i brzydka. I z premedytacją, bo jak się Marcin pojawił, to wiedziałam już, że jeżeli nastąpi kontynuacja to wróci ze swoją historią, na którą w pierwszej części miejsca nie było, a której przecież nikt nie powinien się spodziewać. Zatem z punktu widzenia kreatora zamieszania: o taką reakcję chodziło, dziękuję.
      Pozdrawiam i zapraszam na zamącony i trujący rozdział jedenasty.
      P.S.Wena odebrana, ile się należy? :)

  27. ~Greenberry pisze:

    Jestem, jakby mogło mnie tu nie być. Jestem ja, jest i Marcin.
    Pamiętam, że kiedyś oceniłam Marcina jednoznacznie negatywnie, chyba pod miniaturką. Przepraszam, cofam to, nie miałam racji. Marcin się bał. Bał się otoczenia, bał się reakcji, środowiska Lennego, bo to środowisko przecież było tak toksyczne, brutalne i okrutne. I tak bardzo nie akceptuje jakiejkolwiek inności.
    Właściwie to cała Elektroliza jest w jakiś sposób oparta na strachu. Każdy ma jakieś demony w głowie, większe lub mniejsze. Eliza, Bartek, Lenny, Marcin… Każdy z czymś walczy i każdy czegoś się boi. Otoczenia, reakcji, bólu, przyznania się do słabości… Ludzki strach. Bolesny, ale ludzki. Znajomy.
    Eliza mi zaimponowała. Ale chyba nie zdziwiło mnie to, co zrobiła dla Marcina. Bo ona rozumie, z czym on walczy. Jak się czuje. Rozumie aż za dobrze, więc chce pomóc. Bo wie, jak okropnie jest wtedy wewnątrz własnej głowy. Zdjęcia, które pomogły poradzić sobie z tym Elizie, teraz pomogą Marcinowi. Taką mam nadzieję.
    I to pudełeczko, ja mam nadzieję, że to jest to, co myślę, że Bartuś znowu popatajtaja na białym koniu, tym razem po bukiet kwiatów, wróci do Elizy, z konia zeskoczy na kolanko i będzie pięknie.
    Tylko swoimi tekstami tak mnie przyzwyczaiłaś do strachu, że nawet taką końcówkę czytam z niepokojem. Bo co, jeśli jednak nie?
    Przeczytałam rozdział rano, ale dopiero teraz mam czas napisać w miarę składny komentarz. Ale nie masz pojęcia, jak trudno skupić się na niemieckim po przeczytaniu czegoś tak dobrego, tak grającego na emocjach.
    A tego, że tym Nieznajomym Przyjacielem będzie Bartek/Kamil, to się po cichu domyślałam :D
    Niezmiennie jestem zachwycona, niezmiennie podziwiam, niezmiennie dziękuję.

    • otfilulu pisze:

      Ejj, na niemieckim należy się skupiać! To jest mój ulubiony język obcy, w którym każde zdanie potrafi brzmieć jak rozkaz. Ogólnie wyznaję teorię, że choć Polacy przeklinają najpiękniej to w żadnym innym języku nie krzyczy się lepiej jak w niemieckim. Choćby to miała być Oda do Radości. Wszystko brzmi groźnie i budzi respekt :) W związku z tym bardzo proszę przed niemieckim nie czytać blogów tylko powtarzać rekcję, albo odmianę rodzajnika określonego.
      Cieszę się, że Marcin znalazł zrozumienie. Lubię sobie tak kogoś umorusać najpierw a potem próbować go doczyścić choć trochę. Więc jak działa, to mi lepszej zachęty nie potrzeba. I bardzo dziękuję za cenne spostrzeżenia, owszem strachu w Elektrolizie ma być sporo i dobrze, że widać u każdego, nie tylko w listach Elizy oraz jak najbardziej tak, Eliza rozumie, bo jest jak Marcin i to nie jest bez znaczenia, ale nie będę wyjaśniać, bo jak ma być czytelne to kolejne rozdziały obronią się same, a jak nie, to znaczy, że coś pokiełbaszę przy pisaniu.
      W każdym razie bardzo dziękuję za stałą obecność, niezmordowane komentowanie i wszystkie miliony miłych słów pod tym opowiadaniem (i nie tylko)

  28. ~VE. pisze:

    Ojej. Tego się chyba nie spodziewałam.
    Podziwiam Elizę. Okazała wsparcie komuś, kto w pewien sposób przez zwykły ludzki strach, przyczynił się do samozniszczenia kogoś, kto, jak się okazuje, znaczył dla niego bardzo wiele. Szkoda, że dotarło to do niego dopiero po czasie. Ale co zmieniłoby to, że zrozumiałby wszystko wcześniej? Najprawdopodobniej nic, bo Marcin jest nikim w morzu nienawiści. Cholernie to przykre.
    Co do listów – tak naprawdę nigdy nie zastanawiałam się, do kogo Eliza je adresuje, ale kiedy okazało się, że do Bartka, wszystko nagle stało się oczywiste. Bo do kogo miałaby je adresować jak nie do SuperKury, osoby, która wyciągnęła ją z największego bagna i nadal wiernie przy niej trwa? No właśnie, to musiałbyć on. I chociaż nie było to wcale oczywiste, teraz nagle jest.
    I mam nadzieję, że to pudełeczko, o którym mowa na koniec rozdziału będzie tym co myślę. Ale znając Ciebie, możesz nas w tej kwestii jeszcze nieźle zaskoczyć. :p

    • otfilulu pisze:

      Och, jak miło to przeczytać: „Tego się chyba nie spodziewałam”. Jak ja się bardzo staram, żebyście się nie spodziewały i jak to wtedy bardzo cieszy jak się udaje. Nawet jeżeli zaskoczenie nie wynika z pozytywnego zwrotu akcji.
      Bardzo mnie ciekawi w tym kontekście jakie będą wrażenia po dzisiejszym rozdziale, bo hmm pudełeczko się otwiera tak troszkę na opak.
      Pozdrawiam, zapraszam, mam nadzieję, że na kolejną „niespodziewajkę” :)

  29. ~selene pisze:

    Zjawiam się, zanim wyrzucę komputer przez okno, pokonana przez Worda i Excela. Dużo niepokoju wprowadza ten rozdział, jeśli nie powiedzieć strachu. List Elizy wyjątkowo do mnie trafił, bo ten niedający się racjonalnie uzasadnić, siejący emocjonalny zamęt lęk od czasu do czasu mnie nawiedza i przybiera różne postacie. Ktoś mógłby nazwać to zwykłym zamartwianiem się na zapas, ale to chyba jednak coś więcej, na pewno w przypadku Twojej bohaterki. To nie jest tak, że ona boi się być szczęśliwa, że nie potrafi tego szczęścia przyjąć, to raczej coś w rodzaju świadomości, że zbyt wiele dobrego w ostatnim czasie ją spotkało, i na pewno gdzieś czai się jakieś licho. Sęk w tym, że to nie są „urojenia”. Przyczyną strachu jest Bartek, który swoim zachowaniem coraz bardziej zaczyna zdradzać swoje obawy i to na pewno jej się udziela. Można powiedzieć, że mamy do czynienia z pewnym paradoksem, bo przecież to właśnie dzięki niemu Eliza odzyskała poczucie bezpieczeństwa, ale nie można zapominać, że SuperKura jest tylko człowiekiem, a nie superbohaterem i akurat w jego przypadku wszelkie wahania są czymś naturalnym, więc trudno oczekiwać od niego długotrwałej stabilizacji. Owszem, stara się jak może, ale będąc zbyt zaabsorbowanym sprawami Liska zapomina o sobie i swoich demonach, które czasami dają o sobie znać i przejmują nad nim kontrolę. Myślę, że Kurek zmaga się z podobnymi do Elizy lękami, z tym że one uzewnętrzniają się w inny sposób. Coś zaczyna wymykać mu się spod kontroli, ale on to bagatelizuje i zamiata pod dywan. W pierwszej kolejności przychodzi mi do głowy lekomania jako jeden ze wspomnianych przeze mnie wyżej demonów (myślę, że śmiało można zacząć już tak nazywać jego upodobanie do pastylek). Chce ukryć to, co złe robiąc dobrą minę do złej gry. Fajna analogia do tego zakulisowego siatkarskiego błotka, o którym wspomina Piotrek. Nic dziwnego, że Bartek zareagował w taki, a nie inny sposób. Oby tylko jego błotko nie okazało się zbyt grząskie i nie uziemiło go w połowie dystansu.
    Pozdrawiam :)

    • otfilulu pisze:

      Od razu mi lepiej, kiedy sobie przeczytam Twój komentarz i wiem, że mi się napisało tak jak powinno. Wynurzenia Nowakowskiego nie były przypadkowe, reakcja Kurka niebezpodstawnie nerwowa, a Twoje wnioski słuszne.
      Niestabilny Bartek jest moją ulubioną odmianą Bartka i mam nadzieję, że będzie do mnie przychodził coraz bardziej ubłocony. Tym bardziej, że to chyba dobrze wpływa na fabułę, a na pewno przewrotnie przyjemniej się pisze. Ale zobaczymy, dziesiątka póki co in progress :)
      I bardzo proszę oszczędź komputer, nie rzucaj Zbyszkiem przez okno, co prawda dałoby mi to pole do popisu przy kolejnej odsłonie FIVB, jeżeli takowa nastąpi, ale kto by mi tu wtedy służył za papierek lakmusowy moich wypocin? Tak więc, bardzo proszę, oddychamy przeponką, uspokajamy wewnętrzną furię i przytulamy excela, ja zawsze w sytuacjach nerwowych lubię sobie zrobić jakąś fajną tabelkę ;)
      Pozdrowienia, pozdrowienia!

      • ~selene pisze:

        Zbyszek grabi sobie coraz bardziej, Kaśka zresztą też (zdaje się, że to u nich rodzinne), ale chyba faktycznie nie powinnam go uszkadzać, bo jeszcze będzie mi potrzebny.
        Akurat „fajnych” tabelek mam pod dostatkiem, tylko trzeba teraz zrobić z nich użytek. Przytulić Excela? To tak jakby obejmować kaktusa! :) Ale mam jeszcze cały semestr, żeby się z nim polubić, więc kto wie ;)

  30. ~synestezja pisze:

    No tak. Prędzej czy później mogłam się tego spodziewać. Było za spokojnie. Pierwszy, delikatny sztych wymierzony.
    Oboje się boją. Oboje wyczuwają, że za moment pojawi się coś (a właściwie to chyba ktoś) i wszystko pieprznie o podłogę jak szklanka z kruchego szkła i rozleci się na ostre odłamki, które zranią. Ten czający się z tyłu głowy strach na pewno nie pomaga. I o ile Eliza poradziła sobie z identyfikacją tego uczucia, tak Bartek ma niemałe problemy. I całkowicie rozumiem jego pokręcone zachowanie. Rozpaczliwie się broni, atakując i jest przy tym cholernie pogubiony. I tu chwała Liskowi, że nie reaguje emocjonalnie na jego wybuchy, tylko stara się opanować. Szkoda tylko, że nie potrafi mu pomóc.
    Koniec znowuż bardzo wymowny, symboliczny. Przynajmniej tak go odbieram. Nie przez przypadek Eliza spała, gdy Bartek pojął to, co się z nim dzieje i zdecydował się na to wyznanie strachu. Nie usłyszała go, tak jak nie potrafi dostrzec, że on zaczyna upadać.
    I jak sądzę, nie bez powodu ciągle przewija się tu temat kontuzji i niewątpliwego uzależnienia SuperKury. Coś tak czuję, że w końcowym rozrachunku to będzie miało niemałe znaczenie.
    A Piotrek jest tu taki bezceremonialny, a nawet obcesowy, ale przez to sprawia wrażenie bardzo prawdopodobnego. Podoba mi się to! W końcu stoi po stronie przyjaciela. I kiedy tak bezczelnie i szczerze odpowiadał na pytania… miałam ciary na plecach. Ciemna strona sportu. Niestety, prawdziwe brudy nigdy nie zostaną wyprane, ale… może to i lepiej? Bo co nam innego pozostaje? Wiara w gotowy produkt, jaki otrzymujemy w przekazach telewizyjnych.

    • otfilulu pisze:

      Bardzo sobie cenię Twoje mądre komentarze, zawsze muszę trochę pomyśleć zanim ułożę właściwą odpowiedź.
      To prawda, oboje się boją i oboje nie wiedzą o strachu tej drugiej osoby. Rzeczywiście nieprzypadkowo Eliza usnęła zanim Bartek zebrał się w sobie, tak jak on śpi nad ranem, gdy do niej powracają niesprecyzowane lęki. Dziękuję, że zwróciłaś na to uwagę. Pytanie jak sobie z tym poradzą, czy znajdą w sobie oparcie, czy może tak jak przestrzega VE. któreś z nich zostanie samo z sobą i swoimi strachami? Ale przypominam, żeby była odwaga musi być i strach.
      „Wiara w gotowy produkt, jaki otrzymujemy w przekazach telewizyjnych.” nic dodać nic ująć, bardzo trafnie. I choć mnie osobiście ciągle ciekawi jak się ten produkt preparuje, pudruje i upiększa, to gdyby stało się to wiedzą publiczną to widowisko, emocje i większość radości z kibicowania siatkarzom czy jakimkolwiek innym sportowcom uleciałaby bezpowrotnie. Niech zostanie jak jest.
      Dziękuję ponownie za świetny komentarz i pozdrawiam.

  31. ~VE. pisze:

    Ja również się boję. Boję się, że gdzieś w tym wszystkim zatracą siebie i swoją relację, że się pogubią i rozłączą. Boję się, że Bartek uzależnił się od leków, a to z kolei przekłada się na jego zły nastrój. Boję się, że Eliza nie będzie w stanie mu pomóc, bo niewiele wie. I nie podoba mi się ten strach. Bo SuperKurze musi i powinien ktoś pomóc. On nie może zostać z tym sam.

    • otfilulu pisze:

      Lęki jak najbardziej zasadne a przypuszczenia prawdopodobne.
      Cóż dodać, komentarz w punkt.
      Dzięki za odwiedziny i do następnego :)

  32. ~Greenberry pisze:

    Ja w zasadzie nie lubię pisać komentarzy z tabletu, ale dla najlepszych, dla mistrzów zawsze robię wyjątki;)
    Boję się razem z Eliza, boję się koszmarnie, o nią, o Bartka, o to, co się stanie. Co planujesz.
    Superkura sobie nie radzi z kolanem, z fizycznym bólem. Pomagają leki, czasami i na trochę. I strasznie się boję, że to wszystko pieprznie, że kura pęknie, padnie, a Eliza razem z nim. Złe przeczucia Elizy wcale nie pomagają.
    I dalej jedziemy sobie radośnie emocjonalnym rollercoasterem.
    Swoją drogą fascynuje mnie w jakiś sposób u Ciebie Nowakowski. Jest tutaj, był u Migałów. Ten sam siatkarz, ten sam Cichy Pit. A jednocześnie jakby dwóch zupełnie różnych ludzi. Różne historie, różne światy. To pokazuje, jak genialnie piszesz, jak genialnie budujesz swoje historie i w swoich bohaterów. Bo w ciemno wierzę w obu Piotrków.
    Cały czas się boję, ale wierzę, a przynajmniej chcę wierzyć, że będzie dobrze. Że Bartek wsiądzie na swojego białego konia, zgarnie pod pachę Elizę i razem będą radośnie patatajać w stronę zachodzącego słońca.
    Jesteś niesamowita. Czapki z głów.

    • otfilulu pisze:

      Miło poczuć się wyjątkową raz na jakiś czas, bardzo dziękuję :)
      Z lęków nadal nie mam zamiaru leczyć ani wyzwalać, co najwyżej delikatnie je podsycać, bo coś się dziać musi przecież. Zobaczymy jak to wyjdzie w praktyce, bo trudne pisanie przede mną, a że publika szacowna to starać się trzeba jeszcze bardziej. Tak więc dziękuję za nieustanną motywację płynącą z Twoich komentarzy. I za plusa dla Nowakowskiego, który tutaj pojawia się epizodycznie i rzeczywiście ma być kimś całkiem innym od Pana Piotra.
      A czy na końcu będzie biały koń i zachodzące słońce czy może czarny zaprzęg i karawan, któż to wie ;)
      Dziękuję jeszcze raz i pozdrawiam.

  33. ~Hania z R. pisze:

    SuperKura napędzana Tramalem? Nieźle, nieźle. Uzależnił się widać nie tylko od rudowłosej, elektrycznej piękności.
    Brutalność zawodowego sportu – temat rzeka. Nie ma co kryć, ci Chłopcy i Dziewczęta to współcześni gladiatorzy odbijający piłkę i rujnujący sobie zdrowie ku uciesze gawiedzi. Choć zapewne doza własnego samospełnienia też jest istotna. Nie mniej jednak czasem zastanawiam się, że oprócz energii jaką publiczność daje zawodnikom, istnieją też wymagania. I trzeba mieć cholernie twarde serce i nie mniej twardą dupę, żeby nie wpaść w pułapkę perfekcjonizmu. Citus, altius, fortius i tak w kółko. Do usranej śmierci.
    A strach, irytujący, bo nienazwany i irracjonalny. Znamy się, nie lubimy się. Idealnie opisane.
    Uwielbiam. <3
    P.S. Weź Ty się Kobieto nie humiluj, że nie zasługujesz na należne słowa uwielbienia, bo piszesz fantastycznie. I przyjmij to za fakt, a nie tylko za hipotezę :) Koniec i kropka!

    • otfilulu pisze:

      Ależ mi się to spodobało: „Citius, altius, fortius i tak w kółko. Do usranej śmierci.” I to nie tylko w odniesieniu do Igrzysk, czy sportu w ogóle. Muszę się nad tym zastanowić i sobie to poukładać. Bo może to kolejna spirala na którą się trafia mniej lub bardziej przypadkowo.
      Jestem daleka od użalania się nad losem Gladiatorów. Lubią chwałę, skandujące tłumy i zwycięstwo. Zrobią wiele, żeby to mieć. A do tego dochodzi zapewne pieniądz, i to już jest mniej fajne, ale tak było, jest, będzie. Natomiast warto chyba czasem zastanowić się co się dzieje za kulisami aren, to nie jest chyba tak przejrzyste jak powinno być. Biznes.
      P.S. Proszę na mnie nie krzyczeć, bo zamknę się w sobie ;) Dziękuję bardzo za wielkie pochwały, nadal w ich obecności czuję się nie na miejscu, ale nie będę kłamać – miło strasznie.

  34. ~synestezja pisze:

    No tak, jak zwykle spóźniona. Przeczytałam rano, zaczęłam analizować, a potem w całości pochłonął mnie, także, Torwar i nie zdążyłam spisać przemyśleń, bo padłam jak mucha ze zmęczenia.
    Przechodząc do sedna, od czego mam zacząć? Mam wrażenie, że wszystko zostało już napisane poniżej. Nic nowego nie przychodzi do głowy, więc pewnie nie pozostanie mi nic innego, jak powtórzyć to samo tylko własnymi słowami.
    Jest dobrze, nawet bardzo dobrze, a to podejrzane jak diabli! (nie, spokojnie, nie jak Kuba Bednaruk). Bartek ciągnie Elizę w górę, a Eliza chce być ciągnięta i daje temu dowody przy każdej okazji. I tu koniecznie muszę dodać, że mi także cholernie podoba się sposób w jaki opisujesz ich relację. Wysublimowane delikatność i dyskrecja. Nie potrzeba miliona epitetów, wystarczy kilka prostych, lapidarnych zdań, które zadziałają na wyobraźnię i wzbudzą emocje. Cholera, nie myślałam, że tak pewnie użyję tego stwierdzenia czytając Elektrolizę, ale… jasny gwint, to jest takie urocze! ;)
    I mimo, że mam z tyłu głowy tę piękną katastrofę, którą zapewne dla nas szykujesz, nie potrafię nie roześmiać się, czytając tę część (i to mnie pewnie za moment zgubi). Jest tak pozytywnie… Mam wrażenie, że gdy ta mydlana bańka pęknie to zaboli jeszcze mocniej, niż gdybyśmy ciągle pływały w odmętach smutku i strachu Elizy z samego początku. No chyba, że nie planujesz wielkiego „boom” i to jest ten haczyk i to „boom” jednocześnie. Choć szczerze w to wątpię, a bym nie chciała.
    List Elizy o odwadze bardzo adekwatny do opisanej dalej sytuacji i dający wiele do myślenia. Faktycznie, coś w tym jest, że albo człowiek ryzykuje albo babra się we wszystkich negatywnych aspektach życia do końca. Choć tak naprawdę nie da się określić czy popełnione ryzyko przyniosło korzyść. Jak w siatkówce. Zaatakujesz z sytuacyjnej w newralgicznym momencie i albo zdobędziesz punkt albo schrzanisz. W lepszym wypadku dostarczysz rywalom za darmo piłkę, ale to oni powalą cię na ziemię w kontrze. A nawet jak już zdobędziesz ten punkt to za chwilę możesz łatwo stracić kolejny i wychodzi na to samo. Albo to rywal wcześniej zepsuje. Nie da się tego przewidzieć, zastanawiające. I teraz mam rozkminę jak wiele perspektyw z życia można przełożyć na siatkówkę :D
    Ojej, zboczyłam z tematu. Kura nadal walczy, ryzykuje i jeszcze trochę, a zamieni się w lwa. Oby tylko akumulatory mu się nie wyczerpały. A nawet jak zaczną się wyczerpywać to cóż z tego? Jak na wczorajszym meczu. Sił już brak, ale w ważnych momentach włącza się turbodoładowanie. I muszę przyznać, że gdy widziałam jak momentami wspierał, poklepywał czy nawet dyrygował chłopakami to przed oczami, mimowolnie, stawał mi ten Twój elektrolizowy Bartek. Zupełnie nie wiem dlaczego ;) Efekt wcześniejszego zaczytania?
    I jeszcze słówko o Eli. Cóż, choć początkowo wątpiłam w jej dobre zamiary, teraz zmieniam zdanie. Pojawiła się w chyba najlepszym z możliwych momencie. Wsparła i Elizę i na pewno też Bartka. Mam wrażenie, że niejako wytyczyła przed nimi drogę jaką powinni podążyć, albo przynajmniej swoim wyjazdem wskazała do czego powinni zmierzać.
    Naprawę nie mam pojęcia co będzie dalej, bo ciągle kręcę się w labiryncie domysłów i zamiast szukać wyjścia to oddalam się od niego coraz bardziej. Każdy kolejny pomysł, który przychodzi mi do głowy jest inny, dwubiegunowy, abstrakcyjny wręcz. Poziom rozpiętości maksymalny.
    I mam nadzieję, że kolejna część pojawi się szybciej, bo zgłupieję snując kolejne koncepcje :)
    Pozdrawiam gorąco! :D

    • otfilulu pisze:

      Urocze opowiadanie mojego autorstwa? Nie, nie, trzeba to jak najszybciej zepsuć ;) Popróbuję w tym rozdziale, choć to żadne boom, co najwyżej delikatne tąpnięcie. Taka zmarszczka na wodzie.
      Podoba mi się, że widząc Bartka na żywo, przywołała Ci się jego elektrolityczna wersja, bardzo miły komplement, dziękuję.
      Nie wchodząc głębiej w szczegóły – jest właściwy trop w Twoim komentarzu, taki jeden malutki, więc proponuję nie rezygnować ze snucia domniemanych rozwiązań, żeby na końcu móc zakrzyknąć zwycięsko: A nie mówiłam?! A przy okazji sprawić mi nielichą radochę możliwością czytania takich analitycznych wypowiedzi.
      I jeszcze jedno dziękuję, bo ten kawałek o siatkówce podsunął mi pomysł na pewien skrócik, który wydaje się obiecujący i pewnie niebawem się pojawi.
      Pozdrawiam, dziękuję, zapraszam do lektury kolejnego.

  35. ~selene pisze:

    Siatkurka :)))))) Made my day. Aż mi się nastrój trochę poprawił, bo ostatnio do szampańskich nie należał. Może to faktycznie efekt przednówka ;) Swoją drogą to bardzo ciekawe, dlaczego kurek (a właściwie Kurek) nikomu nie kojarzy się z kranem, tylko z drobiem. No ale tak się już przyjęło i dzięki temu powstają te wszystkie kurze neologizmy, co jeden to oryginalniejszy.
    I jak Ci tu teraz napisać, żebyś nie potraktowała moich słów jako swego rodzaju ukrytej sugestii, bądź zachęty do czegoś niecnego? ;) Bo ja się bardzo cieszę, że na razie jest tutaj tak harmonijnie, słonecznie i wiosennie, ale chyba Ci nie ufam i obawiam się, że wkrótce zaskoczysz nas jak zima drogowców. Słońce przesłonią chmury, pieprznie śniegiem i… och, nie chcę jeszcze o tym myśleć, ale myślę, bo tak już mam, że zawsze martwię się na zapas i nic nie mogę na to poradzić. Czasami wyobrażam sobie, że z chochliczym uśmieszkiem obserwujesz nasze reakcje ze swego centrum dowodzenia i myślisz sobie: „ha, ha, ha, jak wy jeszcze nic nie wiecie!” :P
    Bartosza głaskać po główce raczej nie powinnam, bo biedaczek całkowicie wyłysieje, a szkoda by było w tak młodym wieku świecić łysiną, ale trzeba mu oddać, że zachowuje się jak należy, a biały rumak nadal nie zrzucił go z siodła. Widać, że nie boi się poświęcać dla Elizy, nawet jeśli w grę wchodzi jego reputacja i dobre imię, bo jednak ujawnienie prawdziwego autora sygnowanych swym nazwiskiem felietonów było swego rodzaju ryzykiem. On naprawdę chce, żeby Eliza wyszła na prostą, roztacza nad nią swe opiekuńcze skrzydła, a ona skwapliwie się temu poddaje, bo dzięki niemu wreszcie przestała tylko bezwiednie unosić się na powierzchni. No właśnie, takie unoszenie się na powierzchni to jeszcze nie jest „życie” w pełnym znaczeniu tego słowa. Ty tylko istnienie. Kiedy wreszcie możesz samodzielnie (lub z lekką asekuracją, jak póki co nasza bohaterka) płynąć, to znaczy, że znów zaczynasz żyć. Okej, teraz to chyba ja popłynęłam z tekstem, ale proszę się nie śmiać, bo nic nie poradzę na to, że mam skłonności do metaforyzowania jak na humanistyczną duszę przystało ;)
    Oj, lubią, się, bezapelacyjnie, tylko jeszcze nie potrafią odpowiedzieć na pytanie jak bardzo. Uwielbiam tę subtelność i delikatność, z jaką opisujesz ich wspólne sceny, bo to trochę jest tak, że Bartek musi być ostrożny i delikatny, żeby nie uszkodzić tak skomplikowanego mechanizmu jakim jest Eliza. Jakby sam nie był równie skomplikowany… ;)
    Na zakończenie wspomnę jeszcze o Eli, bo jej postawa z pewnością może imponować, a i dla samej głównej bohaterki stała się swego rodzaju wyznacznikiem i motywacją do działania. Elka podjęła ryzyko, chwyciła swoja szansę, nie oglądając się na innych. Czy można nazwać to inaczej niż odwagą?
    Pozdrawiam ciepło :)

    • otfilulu pisze:

      Kogo jak kogo, ale mnie do czegoś niecnego zachęcać nie trzeba, jeżeli coś czai się i czyha na bohaterów to decyzje już dawno zapadły. Staram się nie zaczynać bez ostatniego rozdziału. I rzeczywiście, może bez chochliczego uśmieszku, ale lubię sobie czytać co podejrzewacie i analizować Wasze teorie spiskowe z pozycji prawie wszechwiedzącego narratora. Choć nie ukrywam, parę razy przydarzyły się lekkie zmiany w scenariuszu inspirowane komentarzami. W większości Twoimi, tak więc nie ustawaj przypadkiem w pisaniu elaboratów, bo mi się świat zacznie chwiać w posadach :) Co by nie było, masz rację, trzeba przypomnieć sobie, że Bartek nie jest taki jednoznaczny i zrozumiały i coś zamieszać w końcu. Stay tuned!
      Moim zdaniem Kurek został na wieki wieków podrobem chyba za sprawą Igłą Szyte i całej ornitologii: Orzeł, Sowa i … Kura. A mi osobiście Bartek kojarzy się z Muppetem, nie do końca potrafię to wytłumaczyć, ale to zdaje się przez ten śmiech nie najmądrzejszy z byle czego. I żeby rozwiać wątpliwości, lubię Bartka, ostatnio ujął mnie stwierdzeniem, że lubi swoje poczucie humoru i choć inni mogą mieć na ten temat odmienne zdanie to on ze sobą bawi się świetnie. Utożsamiłam się, z resztą nie po raz pierwszy, a zawsze myślałam, że bardziej jestem Gumą :D Ha, to byłby nielichy psychotest – którym siatkarzem jesteś? Ktoś to powinien spreparować. No właśnie, którym? Tylko nie szufladkuj Selene jako Cichego Pita :)
      Pozdrawiam bardzo i oby przednówek się już skończył, bo wszystkim daje się we znaki, jakoś ten 2016 wystartował nieszczególnie.

      • ~selene pisze:

        Z Muppetem? Hmm… Czyżby Kermit? A może Fozzie? W sumie trudno stwierdzić który, bo oni wszyscy tam sobie „śmieszkują” z byle czego :) Dla mnie Kurek zawsze będzie przerośniętym dzieciakiem, bo jakoś tak nieszczególnie zmienił się wizualnie na przestrzeni lat (oprócz słynnych zakoli ;)), a wiek to tylko liczba.
        Kiedyś był taki psychotest, bodajże na sport.pl. „Którym siatkarzem reprezentacji jesteś?” Pewnie do tej pory hula sobie gdzieś w internecie. Rozwiązałam i okazało się, że jestem Możdżonkiem, więc nie tylko Cichy Pit ;)

        • otfilulu pisze:

          Jest, jest tutaj: TEST
          I LOL oczywiście wyszedł mi Zagumny, więc wszystko pod kontrolą :D Cytując wynik: „taki lisek ze mnie”. Dzięki, uprzyjemniłaś mi wieczór. A swoją drogą Możdżon to przecież taka doroślejsza i jeszcze bardziej wyważona wersja Nowakowskiego, więc jednak, Selene – spokojny, roztropny środkowy, który w razie potrzeby przysoli krótką aż wióry z parkietu polecą. Niech Ci będzie.

          • ~selene pisze:

            Co prawda, to prawda, sprytny z Ciebie lisek, co udowadniasz chociażby nieprzewidywalnością niektórych rozwiązań w swoich opowiadaniach ;) Aż wypełniłam sobie ten test raz jeszcze i nadal jestem Możdżonkiem. W sumie jedyne z czym na pewno nie mogę się zgodzić w opisie to umysł ścisły i czytanie dziwnych książek typu Łowiec polski ;)
            Miłego wieczoru :)

  36. ~Hania z R. pisze:

    Jestem i ja! I taką Kurę to ja lubię! Chociaż wiem, że im się wszystko popsuje. Tak jakoś czuję, że łatwo to im nie będzie. Cóż, pożyjemy, zobaczymy. Ale dzisiejsza Kura jest piękna, zacna i chylę za nią czoła! Nie trzeba mieć papierowej maski, uszu przyklejonych taśmą i kanarkowej pelerynki z piórkami, żeby być bohaterem! Ryjek mi się cieszy i śmieje, bo ten rozdział taki pozytywny, acz refleksyjny. I to i to jest potrzebne!
    Życzę Ci więcej czasu na pisanie tych cudeniek. Bo literacko znajdujesz się w top 5 pisarzy, których deifikowałabym :)

    Dziękuję, a w takiej tam poprzedniej kwestii… jest lepiej! Miałaś rację, kauczukowej piłeczki nie sposób przekłuć.

    • otfilulu pisze:

      Ha! Powiem więcej, w papierowej masce i kanarkowej pelerynie to prawie niemożliwe być wiarygodnym bohaterem. A jeszcze jak taśma puszcza i ucho łopocze to już wcale – straszną mi frajdę zrobiłaś, że wyłowiłaś ten kawałek i pamiętasz, dzięki, dzięki, dzięki.
      I po raz kolejny proszę: bez takich mi tu wielkich słów nie na miejscu! Bo nawet podziękować nie mogę, bo mi się nie należy.
      P.S. Ostatnie zdanie i tak najważniejsze w tym komentarzu. To teraz tylko kilka rozruchowych podskoków a potem znów zaszalej obijając się o sufit, ściany i podłogi, śmigając wte i wewte :) Radomski pocisku bojowy :)

  37. ~Greenberry pisze:

    Kura. Kochana, dobra, cudowna, wspaniała Kura. Kochamy taką Kurę. Wszyscy. Eliza też.
    Z Elizą lepiej, coraz lepiej. Śmieje się. Walczy o swoje. To wszystko cieszy, tak bardzo. Cieszy nas i cieszy Bartka. Bo to znaczy, że się poprawia. Że Eliza nie wraca do niebytu, nie wraca do bólu, do tego wszystkiego złego. I niech nie wraca. Niech zostanie z Kurą na powierzchni.
    Ela, w jakiś sposób mi zaimponowała. Bo też walczyła o siebie, po cichu, w ukryciu, realizowała swój plan krok po kroku. I wyzwoliła się z tego toksycznego gówna. Brawo ona.
    No i przy okazji pomogła Liskowi, a za to brawa podwójne.
    Kura, Kurka, Kureczka, Rycerz (bo przecież nie Rycerzyk:D) na białym koniu, nadal sobie radośnie galopuje przez świat i walczy o damę swego serca. Walczy, robi wszystko, co może. Właściwie to naraził się na spore nieprzyjemności, delikatnie mówiąc, kiedy przyznał, że to nie on pisał te felietony. Mogła mu się posypać kariera. Ale czy on się w tym momencie tym przejmował? Przejmował się Elizą. Zawalczył o nią, walczy o nią od dawna. I ma nagrodę.
    Nie chcę mówić, że Eliza, że zdobycie jej było jego celem, bo to nie tutaj, nie ten Bartek. Ale końcówka rozdziału to sygnał, że jest dobrze. Że oboje są na dobrej drodze. Że może być pięknie
    Lubił ją? Zdecydowanie coś więcej;)
    I tylko, standardowo, mam przeczucie i boję się, że jeszcze wszystko tu zdąży jebnąć. I będzie cegła w ryj i znowu będziemy płakać, i znowu będzie źle.
    To jest swoją drogą fenomen, wszystko się pięknie układa, jest pozytywnie, a ja nadal się boję i dalej siedzę sobie w emocjonalnym rollercoasterze. I tak bardzo mi się to podoba.
    I tak bardzo się cieszę, że tu jesteś, że nam piszesz, że możemy tu być i czytać coś tak wspaniałego.
    [a sąsiedzi z bloku chyba muszą się przyzwyczaić do moich radosnych wrzasków, jak znajduję tu coś nowego;)]
    Pozdrawiam i dziękuję
    G.

    • ~Greenberry pisze:

      A jeśli spotkam dziś Kurę na Torwarze, to mu powiem, że jestem z niego dumna. I żeby dalej galopował na białym koniu ratować Elizę.

    • otfilulu pisze:

      Nie da się ukryć, że Bartek tu ostatnio galopuje jakby się przygotowywał do Wielkiej Pardubickiej co najmniej. Don Kichot Uszaty.
      Jakbym miała wybierać, to wolę Rycerzyka, dzieciaka bawiącego się w dorosły świat, na którym nie można polegać, a który nie jest na wskroś zły tylko słaby. Oj siedzi mi Twój Bartek w głowie, nawet nie zdajesz sobie sprawy jak. Ale to nie tutaj. Tutaj szranki i konkury, albo konKURY :)
      I chciałabym napisać: nic się nie bój, będzie dobrze, ale jakże tak kłamać, albo jakże tak wyjawiać dokąd zmierzamy tym roztrzęsionym wagonikiem kolejki górskiej. Najważniejsze, że pozostajesz na pokładzie, że się nadal podoba i że sąsiedzi też są update’owani w sprawie nowych rozdziałów, dziękuję za dodatkową reklamę.
      A jak spotkasz Bartka na Torwarze, to w pierwszej kolejności oświadcz, że zrobiłaś MU dziecko i co on na to :) A jak nie, to jeżeli się dopcham na LM w Krakowie, sama mu powiem :D

  38. ~VE. pisze:

    Znowu ja, znowu o dziwnej porze :p
    Matko, nawet nie wiesz jak czekałam na zobaczenie tej upragionej 8 w rozdziałach. Tęskniłam za nimi.
    Czyżby Eliza wychodziła na prostą? Oby, bo na to zasługuje, bo przecież nic nie było jej winą. I ukłon w stronę Kurka, że ciągle walczy. O nią, o siebie, o nich razem, choć może jeszcze do końca o tym nie wie o tym żadne z nich.

    • otfilulu pisze:

      Czasami się zastanawiam czy w ogóle sypiasz :)
      Mi też już trochę ciążyło, że się tu nie pojawiam i bardzo się cieszę, że pomimo takiej długiej przerwy nadal wracacie do Elektrolizy. Tak więc dziękuję.
      Pogodniejsze te ostatnie rozdziały, prawda? Chyba trzeba będzie coś z tym zrobić ;) Niech tylko znajdę chwilę czasu.

  39. ~selene pisze:

    Dzień dobry. Czy Autorka pamięta jeszcze o Elizie i Bartku? ;) Nie żebym wywierała presję, czy coś, ale… tęskno mi za nimi. Tak po prostu.

    • otfilulu pisze:

      Pamięta, pamięta, ale rzeczywistość tak zakręciła, że już dawno nie było tak słabo. Potwory zżerają mój czas wolny.
      Wrócę, kiedy wrócę, ale wrócę :)
      Z resztą spadek formy blogowej obserwuję prawie wszędzie, więc może to efekt przednówka?

  40. ~ani pisze:

    tyle czasu mnie nie było, a pochłonęłam jak ciacho z kremem śmietankowym. dwukrotnie. w tym raz w pracy, musiałam powtórzyć dla smaku :D cudownie się to czyta, co tu więcej powiedzieć!

    • otfilulu pisze:

      Dzięki :) Czy ciacho z kremem jest wyżej w hierarchii niż cud-miód-musztarda z serem? Bo nie wiem czy obniżam loty czy zwyżkuję :).
      W ogóle to się robi z tego ciekawa skala ocen, do zastosowania przy okazji jakiejś sondy, dzięki jeszcze raz.

  41. ~prosaen pisze:

    ojeeeeju, ale się porobiło.
    tak strasznie nie znoszę ojca Elizy, że gdybym miała go okazję spotkać, to chyba kopnęłabym go w twarz (no dobra, pewnie nie, ale bardzo bym chciała). ale Eliza na pewno da sobie radę, jak jest jeszcze z nią Ela i Bartosz, to już w ogóle. trochę przerażające było to ze zdjęciami, ale może właśnie taka terapia szokowa zadziała.
    a jeśli chodzi o miniatury, to mogę tylko odesłać do świątecznego dodatku u Emilki. na nic innego niestety się nie zanosi.

    • otfilulu pisze:

      O matko! To na pewno Ty? Prosaen kopiąca ludzi w twarz, jeszcze powiedz, że z glana :) Ta sama prosaen, która napisała Stellę? Jak to pozory mylą.
      Następna do obsady czołgu, jeszcze chwila i skompletuje mi się tutaj załoga Rudego 102 :) I na Berlin! Jako wsparcie bojowe dla chłopaków.

      • ~prosaen pisze:

        może być z glana, posiadam takie buty w pięknym niebieskim kolorze, więc czemu by ich nie użyć :D
        to jedziemy!

  42. ~Greenberry pisze:

    Rycerzyk? Rycerz, bo taki z prawdziwego zdarzenia, nie plastikowy i niedojrzały;) zupełnie inny niż ten mój.
    Eliza pisze z prawdziwego życia, z jakiegoś konkretu. A to dobrze, to bardzo dobrze, bo to daje nadzieję, że Eliza naprawdę wróci, do Bartka, do normalnego funkcjonowania. Pośrednio zasługa jej ojca, i to jedyny powód, dla którego za te rewelacje i kombinowanie ze spadkiem nie dostał ode mnie mentalną i wirtualną cegłą w twarz.
    Ela głos rozsądku w całej tej sytuacji, co w sumie mnie nie dziwi, bo jej chyba najłatwiej się zdystansować od tego wszystkiego i myśleć logicznie.
    Bartek, Bartek, trochę narwana Superkurka. Jak już napisała Synestezja, zakochany jest w Elizie ewidentnie, nawet jeśli sam nie jest o tym do końca przekonany. Trochę się cały czas o niego boję, czy podoła, jeśli znowu coś się posypie, jeśli rozsypie się Eliza albo jeśli on sam nie wytrzyma, fizycznie czy psychicznie.
    Zresztą ja się cały czas boję tego, co będzie dalej.
    Ostatnio myślałam sobie o samym początku drugiej części Elektrolizy, tym kołnierzyku Bartka (jakoś strasznie we mnie utkwił ten kołnierzyk, nie wiem, czemu). Przyszło mi coś do głowy, jakieś wyjaśnienie, ale boję się je wypowiedzieć czy napisać, bo w sumie pewnie i tak wyobraźnia mnie poniosła i szykujesz nam coś zupełnie innego:)
    A scena pożegnania Liska i Kurki jest cudowna i daje tak dużo nadziei!
    Dziękuję i uwielbiam, zdejmuję z głowy kapelusz z zachwytu i kłaniam się pokornie!

    • otfilulu pisze:

      Tylko, że po świecie tułają się stadami Rycerzyki nie Rycerze. Dlatego tak lubię Twojego Bartka, choć powinno się go nienawidzić (co jest dość zgodne z motywem przewodnim opowiadania). Wydaje mi się bardziej realną wersją wydarzeń, a może po prostu tak dobrze a zarazem źle go napisałaś.
      Aż jestem ciekawa co Ci wpadło do głowy z kołnierzykiem? Wyjaw śmiało, to i tak już niczego nie zmieni, a może masz rację? Brakuje mi tu trochę spekulacji i teorii spiskowych, nie daj się prosić :)
      Bardzo dziękuję za cały ten strach. Odbieram to jako ogromny komplement, że nadal tkwisz w moim opowiadaniu na tyle żeby odczuwać niepokój.
      Pozdrawiam i proszę kapelusz trzymać przy sobie i zachować na lepsze okazje :) Na przykład jak wywołasz sobie przypadkowo najazd polskiej kadry.

      • ~Greenberry pisze:

        Jakoś gdzieś mi zaświtało w głowie hasło w stylu „sprawa o spadek”, ale podejrzewam, że jednak pierwsze przeczucia będą prawdziwsze, bo byłoby chyba zbyt różowo i optymistycznie. Ot, marzenia ściętej głowy.
        Kapelusz zostaje zdjęty, na najazd kadry czekam z niecierpliwością.
        Swoją drogą też lubię tego swojego Bartka;)

    • otfilulu pisze:

      Oczywiście nic nie powiem, ale będę sobie dziś podskakiwać i nucić :) Jak ja lubię niespodzianki!

  43. ~synestezja pisze:

    Ojejku. Zacznę od końca tym razem, bo to pożegnanie, słowa Elizy i w ogóle wszystko (nawet to chrząknięcie Eli!) było cholernie wzruszające. I jak pomyślę, że to ma się zepsuć to… smutek mnie ogarnia.
    Coraz bardziej przekonuję się do Elki. Zaczyna być głosem rozsądku dla naszych bohaterów. Dobrze, że im pomaga i służy radą, bo sami trochę wpędzają się w ślepe labirynty niedomówień. Ale jak widać, wszystko zmierza ku lepszemu, jeśli chodzi o ich relacje i wzajemne zrozumienie. I nawet ta lepszość bywa niepokojąca. Ciekawe co tym razem wskazałby woltomierz :-)
    Wracam do początku. U Elizy manie związane z pieniędzmi są rodzinne. Nie mam słów na tego ojca, który to widocznie zaprzedałby duszę diabłu, żeby tylko się wzbogacić. To chore. Który rodzic szykanowałby w taki sposób własne dziecko? Niestety to kolejny społeczny problem, który tu genialnie wplatasz i opisujesz.
    Z drugiej strony, przerażające jest to, że taki zły bodziec może doprowadzić Elizę do normalności. Jeśli chce zawalczyć o swoją wolność, o wolę babci, musi zadziałać. I ja wierzę, że zadziała, że Bartek i Elka jej pomogą.
    Właśnie, Bartek… Jest sinusoida Krzyżanowskiego, teraz można by stworzyć emocjonalną sinusoidę Kurka, ale w żadnym wypadku przerysowaną! Sprzeczności w nim wiele, ale są one zrozumiałe, logiczne. Po prostu opisują najzwyklejszego, zagubionego, dodałaby jeszcze ambitnego i… zakochanego człowieka. Bartek nie wiedział czy to miłość? No to teraz mu się wszystko rozjaśniło. Zresztą niepotrzebne są słowa. Wystarczą czyny, a to że SuperKura jakby nie patrzeć chce narazić swoją reputację w środowisku by pomóc Elzie jest najlepszym dowodem.
    Czy im się uda? Czy zwycięży pieniężna zuchwałość ojca? Nie wiem. Czekam aż zaprezentujesz nam odpowiedź na te pytania.
    I korzystając z okazji – wszystkiego co najlepsze w Nowym Roku! :D

    • otfilulu pisze:

      Hmm Bartek na sinusoidzie Krzyżanowskiego, ciekawostka, jak dla mnie to chyba Barok. Uzasadniam: synteza przeciwieństw, iluzjonizm i Don Kichot :)
      Ha! Teraz będę sobie przypasowywała siatkarzy do epok, dzięki za mind teaser :)
      Dobrze usłyszeć, że te hmm wzloty i upadki emocjonalne SuperKury nie są przerysowane. Staram się pamiętać, że nikt nie jest taki jednoznaczny i stabilny w zachowaniach, szczególnie w sytuacjach ekstremalnych a dodatkowo liczę na to, że jeżeli coś mi tu nie wyjdzie i za bardzo rozchwieję bohaterów to dacie mi znać głośnym krzykiem. Z góry dziękuję za czujność.
      Lepszość bywa niepokojąca – kolejne hasło do notatnika, i to zupełnie na poważnie. Mam nadzieję, że masz jeszcze w zanadrzu więcej takich perełek, bo „wybij ich wszystkich, przynajmniej nikt nie zostanie smutny” jest już dla mnie kultowe, ze względu na prawdziwość przesłania.
      Również wszystkiego dobrego w Nowym Roku. Pozdrawiam i do zobaczenia przy okazji ósemki, która gdzieś, kiedyś…

      • ~synestezja pisze:

        Nie ma za co! :) Miło mi, że dostarczam Ci w pewien sposób rozrywki ;) Barok? Ciekawe skojarzenie. Aczkolwiek osobiście wolałabym chyba, żeby był to renesans ze względu na to zafascynowanie wielkością człowieka. A jak już jesteśmy przy skojarzeniach to na przykład ten pozostawiony przez Elizę brulion z listami skojarzyły mi się w tym momencie z… horacjańskim non omnis moriar.
        Kurde. Czuję się zaszczycona, że moje osobiste przemyślenia wplatane w komentarz i podyktowane wieloma osobistymi doświadczeniami i często jakąś tam chwiejnością emocjonalną do Ciebie trafiają. Nie obiecuję, że coś jeszcze wydobędę z natłoku kłębiących się w mojej głowie myśli, ale postaram się.
        To wychodzi tak ukradkiem, że nawet tego nie zauważam i w pewien sposób jest efektem twojej, działającej na mnie, twórczości. Bo muszę przyznać, że już teraz Elektroliza jest mi cholernie bliska i zdarza mi się odnajdować wiele, niedosłownych analogii do mojego życia. Oczywiście muszę to nieco inaczej zinterpretować (a interpretować lubię), ale wydźwięk jest łudząco podobny.
        Po prostu staram się napisać to co myślę, co siedzi od dawna gdzieś tam głęboko wewnątrz mnie, a co nie zawsze ma szansę ujrzeć światło dzienne.
        Ogólnie to stronię od tego typu wynurzeń, ponieważ moja pewność siebie jest na poziomie Rowu Mariańskiego i często mam wrażenie, że… po prostu się wygłupiłam.

    • otfilulu pisze:

      Skojarzenie chyba prawidłowe, w końcu te listy to jakaś forma pamiętnika, utrwalenia momentu i siebie samej. Wszystko się może zmienić i rozpaść a papierowa Eliza w swoich zwierzeniach przetrwa, nawet jeśli jej samej zabraknie. Ale tego ostatniego oczywiście ani nie potwierdzę ani nie zaneguję :)
      „Po prostu staram się napisać to co myślę, co siedzi od dawna gdzieś tam głęboko wewnątrz mnie, a co nie zawsze ma szansę ujrzeć światło dzienne.” – idealne miejsce na taką aktywność, bo ja tu nic innego nie robię od roku i za każdym razem cieszę się jak dziecko, jeżeli w komentarzach ktoś daje coś z siebie. I mam niewiarygodne szczęście, bo takich osób jest coraz więcej. Tak więc proszę zapomnieć o niepewności, tym bardziej, że wymiana myśli tutaj często naprawdę pomaga rozbudować mi pewne pomysły albo je naprawić, Droga Współautorko :)

  44. ~selene pisze:

    To nieprawdopodobne, do czego zdolni są ludzie dla pieniędzy i ojciec Elizy jest tego najlepszym przykładem. Ugh, mam nadzieję, że ta chciwość mu jeszcze bokiem wylezie, bo nie wyobrażam sobie, żeby to on i jego żądza wzbogacenia się miały w ostatecznym rozrachunku zatriumfować. Trzeba przyznać, że babcia Elizy miała głowę na karku, zupełnie jakby wiedziona szóstym zmysłem przeczuwała, co może się wydarzyć. Albo po prostu uważała, że to właśnie Lisek jest najwłaściwszą osobą do odziedziczenia jej majątku. W każdym razie chyba widać światełko w tunelu, a raczej pojedyncze promienie słońca przedzierające się spod chmur (może doszukuję się w tym momencie jakichś nieistniejących analogii, ale często mam wrażenie, że zmieniające się na blogu nagłówki w jakiś sposób pasują do aktualnej treści). Ten list z najnowszego rozdziału jest taki… dający nadzieję? To chyba dobre określenie. Ma zupełnie inny wydźwięk niż poprzednie, chociaż już wcześniej dało się zauważyć pozytywy. Eliza stawia małe kroki, ale ten jest jakby większy i bardziej zdecydowany, bo zaczęła dostrzegać coś więcej niż tylko malutki świat wokół niej zawierający się w czterech ścianach kawalerki i obecności Kurka.
    A Bartek? Cóż, Bartek chyba nadal się trochę miota, ale widać, że jest we wszystko niesamowicie zaangażowany, i nawet jeśli czasami pojawiają się momenty zachwiania, to jednak nawet najdrobniejsze symptomy poprawy stanu Elizy utwierdzają go w przekonaniu, że warto. I że jego starania mają sens. Może faktycznie coś w tym jest, że bywa niecierpliwy, że chciałby, by Eliza wróciła do siebie szybciej, ale to przecież nie jest takie proste, więc nie może niczego na siłę przyspieszać. Ach, niech chociaż on będzie tym rycerzem na białym koniu, bynajmniej nie w wersji dla ubogich ;)
    W ogóle strasznie fajne jest to, że przemiana Kurka tutaj poniekąd idzie w parze z jego przemianą w rzeczywistości, bo nie podlega dyskusji, że po 2014 roku nieopierzony kurczak stał się Super Kurą. Spokorniał i wydoroślał, choć wiadomo, że pewnych rzeczy tak zupełnie wyeliminować się nie da. Oby tylko dał radę w Berlinie.
    Wszystkiego dobrego w Nowym Roku :)
    PS. Ostatnio pozwoliłam sobie co nieco podejrzeć na stronie głównej i aż muszę zadać jedno pytanie, bo jestem pod wrażeniem z jaką trafnością dobierasz piosenki do opowiadań. Jak to jest – czy to konkretna piosenka staje się impulsem do obmyślenia fabuły, czy na odwrót – najpierw wymyślasz fabułę, a dopiero później kompletujesz playlistę?

    • otfilulu pisze:

      Bartek to mi się trochę wymyka. Podczas pisania wygląda to mniej więcej tak: „Kurek, wracaj, już dość”, „Nie, ja będę teraz galopował!”, „Już wystarczy, zsiadaj, patrz jakie ładne błotko tu czeka, zawsze lubiłeś się bawić w błotku”, „Ale potem dostałem konia, od teraz będę tylko galopował. Do ataku!” I tyle go widziałam :) Tak więc rycerzem jakiegokolwiek sortu jest tutaj trochę z przypadku ;) Ale, woził Wilk razy kilka…
      A czy prawdziwy Kurek się zmienił? Odebrał lekcję pokory czy tylko nauczył się co przynosi korzyści a co nie? Mam mieszane uczucia. Podczas wywiadów jest tak poprawny i grzeczny, że ciągle mi się zdaje, że trzyma hmm za cugle tego rozpuszczonego dzieciaka gdzieś w środku, ale wcale się z nim nie pożegnał. Oczywiście to tylko moja, subiektywna zupełnie, opinia. Z pewnością zachowuje się poważniej, na pokaz czy nie. No chyba, że akurat postanowi stłuc kolegów z zespołu tabliczką z numerkiem :)
      Miło, że zauważyłaś nagłówek. Staram się, żeby się choć trochę spinało, bo silver lining to ważny dla mnie element w tej części. Natomiast jeżeli chodzi o utwory, to mnie samą szokuje, jak burning bridges i oxygen pasują. Można nie wierzyć, plany opowiadań są zawsze pierwsze, a szukanie piosenek trwa nieraz bardzo długo, ale jak już są, to bezwzględnie odciskają piętno. Choćby Troye, który mi napisał postać :)
      Pozdrawiam życząc Szczęśliwego Nowego Roku!

  45. ~VE. pisze:

    Czyżby faktycznie działania ojca miały się stać dla Elizy impulsem dla powrotu do normalności? Jeśli tak, to byłaby chyba jedyna rzecz, za którą można by było mu podziękować.
    Dobrze, że Elka też jest po stronie Elizy. Dzięki temu Bartek też ma jakieś, choć minimalne, wsparcie. Chociaż mam nadzieję, że Eliza w końcu zbierze się w sobie i o siebie zawalczy. I że to, co powiedziała, nie okaże się tylko pustą paplaniną i faktycznie Bartek dostanie swego rodzaju nagrodę w postaci powrotu prawdziwej Elizy. Bo przedsmak jej jak widać już miał :)

    • otfilulu pisze:

      A czy nie jest tak, że czasem nawet złe rzeczy dzieją się po coś? Ojciec Elizy to teraz najbardziej realne z zagrożeń, a nic tak nie jednoczy i nie zmusza do działania jak wspólny wróg. Pojawił się chyba w odpowiednim momencie.
      Mam wrażenie, że chętnie potrząsnęłabyś Elizą, żeby już przestała użalać się nad sobą i wzięła się w garść. Nie obiecuję, że się uda.
      Wszystkiego dobrego w Nowym Roku i dziękuję za pierwszy komentarz w 2016 :)

      • ~VE. pisze:

        Chyba faktycznie bym nią potrząsnęła :P Chociaż rozumiem, że powrót na dobrą drogę nie jest prosty.
        Byłam pierwsza? Cóż za osiągnięcie :D

  46. ~Greenberry pisze:

    Musiałam się pozbierać, jakoś ogarnąć myśli. I chyba nieszczególnie mi wyszło.
    Za spokojnie było, musiało się coś wydarzyć. Eliza znowu się jakby zapada, znowu musi się ze wszystkich sił upewniać, że jeszcze nie zniknęła. Portrety chyba jednocześnie to ułatwiają i utrudniają. Ułatwiają, bo dają impuls, żeby sobie z tym wyrzutem sumienia poradzić. Utrudniają, bo są poniekąd powodem tego wszystkiego, bo to Lenny.
    Bilans zysków i strat, bilans należności, w jakiś sposób jej może w tym pomóc, bo to coś wyraźnego, namacalnego, nie pozostawiającego miejsca na interpretację, suche fakty, liczby. Elizie może to pomóc. Ale zdecydowanie nie pomaga Bartkowi.
    Bartek, moja Superkurka, przecież nie mógł być, nie jest biały, idealny. Boi się, a mnie kompletnie to nie dziwi. Bo on nie ma pojęcia, co dzieje się z Elizą, więc tak naprawdę nie wie, jak jej pomóc. Czy pomóc chce, czy tylko uważa, że powinien, to inna sprawa. Ale stara się, chociaż błądzi gdzieś w ciemności, jakoś po omacku, trochę jak na chybił-trafił, bo tam, gdzie jest Eliza, on przecież nie był.
    Boję się trochę o Bartka, bo ta fiolka w kieszeni jest niepokojąca, niepokojąca jest też chęć ucieczki, chociaż w pewien sposób zrozumiała. On sobie nie daje z tym wszystkim rady. A ucieczka jest chyba naturalnym odruchem. Fight or flight response.
    Boję się tego, co będzie, co dla nas szykujesz, co znaczy ten początek, który cały czas jest niejasny, ten uwierający kołnierzyk i notatka od Elizy.
    Boję się tego, co chce zrobić ojciec Elizy.
    Boję się i uwielbiam ten emocjonalny rollercoaster.
    Dziękuję.

    • otfilulu pisze:

      No to dla odmiany trochę lekarstwa na lęki. W tym rozdziale Bartosz znów mi wsiadł na białego rumaka i popędził z odsieczą. Już sama nie wiem co z nim jest nie tak, jak w jedynce ciągle jakiś taki umazany i nieprzyjemny do mnie przychodził, to w dwójce głównie galopuje. Rycerzyk :)
      Z wszelkich niewiadomych to chyba na razie wyjaśni się tylko co powoduje ojcem Elizy bo ostatni rozdział rządzi się swoimi prawami. Między innymi jest na końcu, a to jeszcze nie teraz.
      Tak więc z okazji Nowego Roku mniej obaw więcej nadziei, zarówno w opowiadaniu jak i w ramach życzeń :) Pozdrawiam i dziękuję za odwiedziny.

  47. ~selene pisze:

    Wiesz co? (Czy jak tam mówi Zbyszek: wis co? ;)) Miałam ostatnio nieśmiałe marzenie, żeby znów móc wytargać Bartka za uszy, bo ostatnio jedyne na co zasługiwał to głaskanie po główce, a ja przecież tak bardzo lubiłam na niego psioczyć (żeby nie było: ja nic nie sugeruję, ja tylko wspominam z nostalgią dawne czasy), ale po tym rozdziale chyba nie mogę zrobić ani jednego ani drugiego. Bo jak tu gniewać się na Paskuda, że mu trochę uszy opadły? Kiedyś musiał przyjść moment zwątpienia/zawahania/załamania i jest to rzeczą jak najbardziej normalną. Bartek nie jest psychiatrą i nie siedzi w głowie Elizy, więc nic dziwnego, że w pewnym momencie sytuacja zaczęła go przerastać. Życie z osobą zmagającą się z zaburzeniami psychicznymi nie może być proste i chyba każdy na jego miejscu w którymś momencie stałby się bezsilny. Super Kura jest tylko człowiekiem, który jak widać musi się zmagać również z własnymi słabościami. Ta scena z kolorowymi parasolami w deszczu jest taka… wręcz symboliczna. Uszatemu trochę tęskno do tej beztroski, do tych bardziej przyziemnych problemów, do stąpania po bardziej pewnym gruncie. Myślę, że dotarło do niego, że tak naprawdę nie może pomóc Elizie tak, jak by tego chciał. Są rzeczy, na które on nie ma żadnego wpływu, z którymi ona sama musi się uporać. Bo najgorzej jest wtedy, gdy zostajemy sam na sam z własnymi myślami i lękami. Wtedy już nic nie zależy od osób z zewnątrz. To, co przez pewien czas działo się z Elizą mogłabym porównać chyba tylko do sytuacji, w której człowiek traci wszystkie zmysły. Zostaje nicość. To właśnie dlatego bohaterka tak usilnie chce wszystko poczuć, mieć pewność, że naprawdę istnieje. I że wciąż utrzymuje się na powierzchni.
    Wrócę jeszcze do Bartka, bo nurtują mnie dwie rzeczy: po pierwsze, gdzieś mignął mi fragment, w którym przyznaje, że nie jest pewien czy ją kocha. Hm, to co w takim razie to jest, jeśli nie miłość? Przywiązanie? Litość? Być może jestem staroświecka albo najzwyczajniej w świecie naiwna, ale uważam, że ktoś, kto nie kocha, nie byłby zdolny do takiego poświęcenia. Okej, zawsze pozostaje jeszcze przyjaźń, ale ona kompletnie mi z tym wszystkim nie koresponduje. A po drugie, czy Bartuś nie staje się powoli lekomanem? Możliwe, że jestem przewrażliwiona, ale u Ciebie diabeł tkwi w szczegółach, czasem zupełnie niepozornych (choćby ten przywołany w rozdziale „niewinny” żart o Straszęcinie, który zabłąkał się gdzieś w części pierwszej).
    To co teraz? Tatuś wkracza do akcji? Mamy się bać? ;)
    Pozdrawiam serdecznie i zmykam na skoki, w końcu nie samą siatkówką człowiek żyje, a TCS za pasem ;)

    • otfilulu pisze:

      Na początek kilka spraw organizacyjnych: Bartka po główce głaskać nie należy, bo mu się fryzura na środku już delikatnie przeciera, za uszy targać nie wolno tym bardziej, bo – no co ja będę tłumaczyć, nie sugerować również, że mu uszy opadły, bo to jakby niemęskie, i w ogóle skończyć z tymi uszami, przecież prosił ;) (A swoją drogą, to ostatnio miałam fragment w tym opowiadaniu, gdzie normalnie użyłabym: „nastawił uszu”, ale nie przeszło mi przez palce, zostało, że „wytężył słuch” :) )
      Uwielbiam Twoje komentarze, między innymi za takie trafienia: „To właśnie dlatego bohaterka tak usilnie chce wszystko poczuć, mieć pewność, że naprawdę istnieje.”. Wiem, powtarzam się po raz setny, ale to dlatego, że Ty wykonujesz tą sztuczkę po raz tysięczny: swoją opinią upewniasz mnie, że „weszło”, znów się udało wrzucić do rozdziału to co chciałam nie pisząc tego tak zupełnie wprost. Zarówno jeżeli chodzi o Elizę jak i o Bartka. Strasznie dziękuję, bo to daje taki zastrzyk energii i chęci do pisania, że się wszelkie ulotne weny mogą schować. DZIĘKUJĘ :)
      A wszystkie niedoprecyzowane szczegóły wyjaśnią się w swoim czasie, choć podoba mi się, że Ty już wiesz o Bartku więcej niż on sam o sobie. I nie powiem czy chodzi o lekomanię czy wagę uczucia czy o strach przed ojcem Elizy.
      P.S. Nie samą, ale ja na razie mam wolne, mój piłkarski klub zaczyna dopiero 6-tego stycznia :)

      • ~selene pisze:

        Ty się powstrzymujesz przed pisaniem o uszach, a mnie aż świerzbią paluszki. I co ja mam z tym fantem zrobić? ;) A co do głaskania po główce, to słuszna uwaga, bo bartkowe zakola wyglądają coraz bardziej niepokojąco ;) Ale Uszaty Paskud musi zostać. Zawsze to lepsze określenie niż Bartuś Uszatek, czy coś w tym stylu – to tak à propos wzmianki o jego oklapniętych uszach. A co do moich komentarzy… NIE MA ZA CO :) Naprawdę. Po prostu staram się jak najlepiej zrozumieć to, co piszesz :)

  48. ~VE. pisze:

    No tak, za spokojnie było. A to przecież takie oczywiste, że szanowny ojczulek nie odpuści. Mimo, że powinien, bo za dużo zła już wyrządził. Ale przecież liczą się tylko pieniądze. Bez kasy nie ma życia.
    Smuci mnie fakt, że Bartek zaczyna się łamać, że powoli odpuszcza. Ale z drugiej strony nie mam prawa mu się dziwić. On też jest tylko człowiekiem, ma swoją granicę wytrzymałości psychicznej i było oczywiste, że prędzej czy później do niej dotrze. Pytanie tylko, czy ją przekroczy, czy uda mi się cofnąć i znaleźć nowe siły na to, by dalej pomagać Elizie. Bo ona bez niego mimo wszystko nie da sobie rady. Chociaż…czy w takiej sytuacji można od Bartka czegokolwiek wymagać? Nie jestem przekonana. W końcu robi co może, stara się za dwoje, a w zamian dostaje tylko kolejne niepewności, niedomówienia i niejasności. Dlaczego więc mam od niego oczekiwać, że będzie przy Elizie? On sam na pewno też potrzebuje wsparcia, by móc dawać je Elizie, a jakoś niewiele go otrzymuje. Dlatego nie dziwię się, że zaczyna wątpić, że nie jest już niczego pewien.
    I dodam jeszcze tyko, że jeśli SuperKura to wytrzyma, jeśli wytrwa, to naprawdę będę pełna podziwu dla niego.

    • otfilulu pisze:

      Widzę, że Bartek ma w Tobie solennego obrońcę. Hmmm od kiedy on mi się taki błyszczący i czyściutki zrobił? ;) Prawie jak nie on.
      Ciekawy eksperyment, bo gdyby scena w kuchni była z części pierwszej Elektrolizy, gdzie rządziła Eliza i narracja bardziej z jej perspektywy, to coś mi się widzi, że Kurek mógłby napotkać mniej wyrozumiałości. Przecież wtedy też rzucał mało przyjemnymi tekstami w niespodziewanych momentach, bo bawiąc się w Kamila poniekąd wiedział co Lisek myśli naprawdę. I obrywał za każdym razem, biedaczek :) Ciekawe, czy uda mi się SuperKurę zrzucić z tego białego konia ostatecznie :D
      Natomiast zastanowiła mnie jedna rzecz: ” On sam na pewno też potrzebuje wsparcia, by móc dawać je Elizie, a jakoś niewiele go otrzymuje” – dochodzę do wniosku, że bohaterki wychodzą mi leciutko egoistyczne i strasznie, z braku lepszego określenia powiem, „needy”. Idze też ktoś coś takiego zarzucił. Ależ mi dałaś do myślenia, dziękuję bardzo, bardzo i pozdrawiam.

  49. ~synestezja pisze:

    Ha, wiedziałam! :D Czułam, że szanowny ojczulek będzie chciał namieszać. I namiesza. Tylko jeszcze muszę jakoś rozgryźć zagadkę tajemniczej zapowiedzi, która zapewne jest fragmentem ostatniego rozdziału, bo Bartek w garniturze, jego fatalny nastrój i to ostrzeżenie Elizy nie dają mi od początku spokoju i nie wiem (jeszcze) jak to wszystko połączyć. Aczkolwiek znając Ciebie i tak wcześniej na to nie wpadnę. Zbyt wiele interpretacji.
    Niepokój rośnie oczywiście proporcjonalnie wraz z ilością rozdziałów. Tym razem zaskoczyłaś mnie portretami, bo myślałam, że staną się punktem zapalnym. Nie spodziewałam się, że Eliza zareaguje na nie tak… spokojnie?
    No tak, wiele tu spokoju i niepokoju jednocześnie. Niestety transakcyjna mania Elizy nadal trwa i zaczyna wchodzić na coraz to nowe poziomy. To jest nawet trochę przerażające, wiesz? Jakoś mi się tak smutno zrobiło jak czytałam ten fragment i nie dziwię się Bartkowi, że już nie wytrzymał, bo sam się bezsprzecznie pogubił. Im dalej w las tym ciemniej. Nawet zaczęły mnie nachodzić myśli, że jeszcze trochę i oboje z Elizą zamienią się rolami, bo ten paniczny lęk o Liska, leki i wyczuwalna ambiwalentność nie zwiastują niczego dobrego.
    Ciekawi mnie tu postać Elki. Znowu pojawia się tak nagle, nieoczekiwanie i robi wielkie bum. Nie wiem co o niej sądzić, bo początkowo myślałam, że jest trybikiem ojca, ale teraz sprawia wrażenie, że po prostu chce pomóc siostrze.
    Także z jeszcze większym znakiem zapytania w głowie wyczekuję siódemki. Pozdrawiam! :)

    • otfilulu pisze:

      Jeszcze chwila zanim wstęp nabierze sensu i zmieni się w rozdział ostatni. Co nieco musi się wydarzyć wcześniej. Ale to nie przeszkadza, żeby się troszkę pogłowić nad finałem :) Mi to zawsze sprawia przyjemność, jak widzę jak kombinujecie.
      „To jest nawet trochę przerażające” – o jak dobrze, że zauważyłaś, dziękuję. Miało być. Eliza ma problemy, z niektórymi zaczyna sobie radzić, dlatego z Lennym już jest spokojniej, rozpacz nie może trwać wiecznie, ale na jej terapeutycznej mapie jest jeszcze sporo strzałek i haseł do oswojenia.
      Podoba mi się również jedno bardzo trafne spostrzeżenie w Twoim komentarzu, ale nie mogę się do niego na razie odnieść, bo odsłoniłabym karty, a przecież znaki zapytania w Twojej głowie to wesołe pogwizdywanie w mojej :)
      Siódemka, siódemka, kto wie, może zdążę jeszcze w tym roku.
      Pozdrowienia tradycyjne.

  50. ~Hania z Radomia pisze:

    Gmatwasz, mościa Pani, gmatwasz cholerycznie. Nawet nie wiem co sensownego napisać. Cała ta historia splata się w mojej głowie w tysiące powiązań, ścieżek w interpretacji, z których żadna nie jest tą właściwą. Tkwię w niemym podziwie, a sensowny słowotok zostawiam dla Selene. Pozostaje tylko powiedzieć: jestem, czytam. Ale to przecież wiesz.
    A, i jeszcze jedno. Błagam, niech temu chciwemu skurwielowi przydarzy się jakiś wypadek. Takie deus ex machina w formie kowadła spadającego centralnie na jego głowę. :D (rozmarzyłam się…) Tak poza tym, czyżby Super Kura uzależniła się od painkillerów?

    • otfilulu pisze:

      Gmatwanie jest spoko, przecież nie po to mam napisany ostatni rozdział, żeby już był oczywisty :)
      Wiem, że jesteś, wiem, że czytasz i bardzo, bardzo dziękuję.
      Również za wyrozumiałość, że mój czarny charakter z krwi i kości nadal cieszy się zdrowiem i żyłką do interesów.
      A sądząc po propozycjach jakie tu ostatnio padają, moje kolejne opowiadanie powinno być krwawym horrorem, gdzie trup ściele się gęsto, a wstają tylko nieliczni, ci trafieni jedynie sztachetą z gwoździem w oko. Oczywiście w scenie finałowej wjeżdżasz Ty, czołgiem :D :D :D .

      • ~Hania z Radomia pisze:

        Cytując moją Halszkę, która cytuje mnie: „Nic nie poprawia humoru lepiej, niż małe ludobójstwo” :)

  51. ~prosaen pisze:

    ostatnio dużo się działo i nie miałam kiedy tu zajrzeć, ale teraz widzę, że u Bartka działo się podobnie. w jego położenie potrafię się wczuć bez problemu, natomiast z Elizą wciąż jest mi trudno. nacierpiała się w swoim życiu już wystarczająco i teraz powinna pozwolić Bartkowi na wyciągnięcie jej z tego. i niech dalej między nimi iskrzy, tylko już bez odpychania ich od siebie.
    tak w ogóle: „Niemiec, ale porządny” i „trochę za wysoki, ale szczerze mu patrzy z oczu” – jakie to urocze xd

    • otfilulu pisze:

      My to się chyba nie znamy. Cześć, jestem otfilulu, hobbystycznie dręczę bohaterów :)
      Oczywiście, że się odepchną, i to oboje. Zapraszam do szóstki w tym względzie.
      Czy chciałabym, żeby ktokolwiek całkowicie rozumiał co dzieje się z Elizą? Nie, nie chciałabym.
      Dzięki za docenienie pani Strużyńskiej, bardzo ją lubię, pisze się sama :)
      à propos pisania, nie nudzi Ci się przypadkiem bez miniatur? Może jakieś małe coś, gdzieś, kiedyś?

  52. ~selene pisze:

    Tak sobie teraz myślę, że z coraz większym trudem przychodzi mi formułowanie myśli i porządkowanie tego kłębowiska różnorodnych emocji, które towarzyszą mi w trakcie czytania tej historii. Aż się boję, że któregoś dnia zamilknę, bo nie będę potrafiła napisać nic konstruktywnego. Właściwie chyba już teraz nie potrafię i jakoś tak po każdym kliknięciu „opublikuj” czytam te moje wypociny raz jeszcze i łapię się za głowę, bo w zasadzie żadne słowa nie wydają mi się w pełni odpowiednie.
    Ilość opowiadań, które zdążyłam przeczytać niezmiennie mnie przeraża, ale na pewno mogę powiedzieć, że dzięki temu sporo już widziałam. Wbrew pozorom w internecie można znaleźć niejedną perełkę, jeśli tylko dobrze się poszuka, a więc wielokrotnie rozdziawiałam usta i szorowałam szczęką podłogę, zachwycałam się rewelacyjnym stylem, lekkością pióra etc., ale nigdy po przeczytaniu żadnej historii nie czułam się taka… malutka. Sama już nie wiem, jak to określić, ale chyba właśnie tak. A później trafiłam do Ciebie i ten stan trwa, począwszy od MIgałów, które są moim niekwestionowanym number one aż do teraz. Robisz z nami, czytelniczkami, co tylko zechcesz i jeszcze wychodzi Ci to w tak prześwietny sposób. Uczucia, które przekazujesz nie są ani papierowe, ani przekoloryzowane, ani nie ma w nich też niepotrzebnego zadęcia. Są szczere, prawdziwe i momentami wręcz przerażająco autentyczne. Wydaje mi się, że czegoś takiego nie da się wyćwiczyć ani wypracować w miarę pisania, bo to płynie prosto z serca i jest poparte własnymi doświadczeniami, które sprawiają, że człowiek jest emocjonalnie dojrzalszy i naprawdę wie o czym pisze. I ten autentyzm jest największą wartością.
    Eliza to wręcz modelowy przykład na to, że czasami trzeba się tak zupełnie rozpaść, by móc rozpocząć wszystko od nowa. Bo ona zaczyna wszystko od nowa, chociaż przeszłości nie da się zupełnie wymazać i ona zawsze będzie kłaść się cieniem na teraźniejszości. Na samiuśkim początku myślałam, że Nieznajomy Przyjaciel do którego adresuje każdy list to Kamil, ale teraz ewidentnie widać, że to nie on, aczkolwiek z pewnością ktoś tak samo wyimaginowany. Ktoś, kto istnieje tylko w jej głowie. Tylko czy ten ktoś jest przyjazny? A może tak naprawdę nie można tego kogoś (czegoś?) umiejscowić ani po dobrej, ani po złej stronie mocy? Myślę, że jeszcze nie raz będę próbowała to „rozkminić”.
    A pierwszy akapit listu mam ochotę wydrukować i powiesić nad łóżkiem lub w jakimkolwiek innym widocznym miejscu. 100% prawdy. Czasami mówi się, że nikt nie zna nas tak dobrze jak my sami, ale to nieprawda. i to jest chyba najbardziej niepokojące. Bo najgorzej, gdy przestajemy poznawać samego siebie, a niestety, i tak może się zdarzyć pod wpływem pewnych sytuacji.
    A Bartkowi zależy, cholernie zależy, ale czy to wszystko go nie przerośnie? Czy on sam nie zacznie tonąć? Widać, że targają nim nie tyle wątpliwości, co obawy, ale nie może i nie chce się już wycofywać. Eliza nadal w pewnym sensie jest dla niego zagadką i nie jest w stanie do końca przewidzieć jej zachowań, ale chce się poświęcić i chronić ją za wszelką cenę. I może ostatnie zdanie moich rozważań trąci jakimś tanim harlequinem, ale na tym chyba polega siła jego uczucia.
    Pozdrawiam ciepło :)
    PS. A Uszaty Paskud to oczywiście pieszczotliwe określenie, chyba nie pomyślałaś, że jest inaczej? ;))

    • otfilulu pisze:

      Chyba się umówiłyście, żeby testować moją odporność na wzruszenia. Szczególnie ciężko udawać, że się jest z kamienia po tak pięknych słowach pod tym opowiadaniem. Dziękuję.
      Przytaczanie albo powoływanie się na fragmenty z tekstu, i to nie „rozweselacze” tylko te poważne – o czymś takim nawet mi się nie śniło i aż nie wiem jak zareagować. Poza podziękowaniem nic nie mam.
      Choć te historie są fikcją, to przemycam wiele z siebie, z tej części, której normalnie nie pokazuję i o której nikt nie wie. Dostawać w zamian potwierdzenie, że nie trafiam w próżnię, że to nie jest całkowicie śmieszne, dziecinne, przedramatyzowane to największa nagroda, na którą nigdy nie liczyłam. Powtórzę, poza podziękowaniem nic nie mam. Tak więc bardzo dziękuję.
      I proszę, nie trać głosu, bo pamiętaj, że jesteś moim papierkiem lakmusowym, bez którego wielce prawdopodobne, że wpadnę w manowce.

      P.S.Oczywiście, że pieszczotliwe. Kto by się obrażał za Paskuda? A, że uszaty… no cóż, natura chciała ;)

  53. ~Greenberry pisze:

    Cisza i spokój. Przed burzą? Mam przeczucie, że jeszcze nami emocjonalnie pohuśtasz. Ciekawe, skąd takie myśli ;)
    Bartuś dalej w roli Superkury, chociaż jakby trochę niepewności mu się pojawia. Bartek się boi, ale to chyba naturalne, bo on w stu procentach nie rozumie tego, przez co przechodzi Eliza. Nikt, kto w tym nie był, nie zrozumie, tak mi się wydaje. Bartek się boi, bo zaczyna analizować to wszystko, co mu siedzi w głowie. A tę plątaninę rzadko da się dokładnie zanalizować i zrozumieć.
    Eliza Bartkowi ufa, to chyba dobrze, mam nadzieję, że dobrze. Że nic się nie wydarzy, że na tym nie straci. Że zostanie w tej chęci bycia, że nie wróci do tego niebytu. Oby nie wróciła. Ale znowu mam gdzieś z tyłu głowy jakieś złe przeczucia.
    Jestem niezmiennie zachwycona Twoim stylem pisania, sposobem, w jaki oddajesz myśli i emocje bohaterów. Kocham Elizę i kocham tego trochę niepewnego Bartka, kocham wszystko, co tu znajduję. Emocjonalny rollercoaster, ale ja nie zamierzam z niego wysiadać.
    Dziękuję!

    • otfilulu pisze:

      Gdybym mogła przemianować bloga, to nie wiem czy bym nie poszła w „rollercoaster”, albo przynajmniej „karuzelę”, oczywiście podtytuł również musiałby być zaczerpnięty z Twoich komentarzy: „emocjonalne rozpieprzenie”. No ale biorąc pod uwagę co się tu wyprawia „czytojestnormalne” zawsze na czasie.
      Muszę popracować nad Bartkiem, to jeszcze nie czas żeby go kochać :) bardzo proszę przestać!
      Wiem, że to czysta próżność, ale mam nielichą satysfakcję, że nadal zachowywana jest czujność i niedowierzanie, że może zmierzać do lepszego. Głosy w tyle głowy podczas czytania kolejnych rozdziałów zalecane :)
      To ja dziękuję za uczestnictwo w przejażdżce i zupełnie bez związku przypominam, że rollercoaster pnie się pod górę tylko przez pewien odcinek trasy.

  54. ~VE. pisze:

    „To byłoby łatwiejsze niż stawianie na nowo karcianego domku, gdy każdemu elementowi przyglądam się praktycznie przez lupę odkrywając, że to, co dotychczas w moim mniemaniu uchodziło za asa kier tak naprawdę jest niczym więcej niż pikową piątką”. – najbardziej prawdziwa rzecz jaką kiedykolwiek przeczytałam. Cholernie trafiło, nie wiem czemu zabolało. Może dlatego, że faktycznie tak jest? Że tak samo jak Eliza walczy z demonami przeszłości, tak bardzo i my codziennie z nimi walczymy? Może co prawda demony inne, ale podgryzają, podszczypują i podszeptują złe rzeczy tak samo.
    Ciekawe, że to dopiero 5 rozdział (co prawda nie wiem ile ich planujesz, ale pomińmy tę kwestię), a ja jestem całkowicie rozłożona emocjonalnie. I mimo, że boję się jak będzie dalej, to chcę w to brnąć. Chcę płynąć z nurtem tej rzeki, bo może na końcu poskładam się lepiej. A jeśli nie, to będę bogatsza o to doświadczenie. A tego nigdy mało, bo może uczyni to ze mnie nieco lepszego człowieka. Bo mimo, że to tylko opowiadanie (a raczej aż) i dokładnie taka sytuacja się nie wydarzyła, to przecież prawdopodobieństwo, że kogoś spotkało coś podobnego jest całkiem spore. Gratuluję umiejętności obserwowania, budowania napięcia i warstwy emocjonalnej. Gratuluję i podziwiam. I nieco zazdroszczę (w pozytywnym sensie, bez żadnych negatywnych emocji), bo ja nigdy nie będę tak umiała.

    • otfilulu pisze:

      To chyba najbardziej wzruszający komentarz jaki tu zamieszczono. Po raz pierwszy to mi trudno znaleźć słowa.
      Mogę tylko bardzo podziękować, ukłonić się z wdzięcznością i udawać, że wcale nie zaszkliły mi się oczy.
      To ogromne wyróżnienie, że choć to opowiadanie trochę trzęsie i gra na emocjach to nadal chcesz tu wracać. Dziękuję.
      I muszę Cię poprosić, nie pisz takich ostatnich zdań, nie pisz „nigdy” i nie twierdź z taką pewnością, że „nie będziesz umiała”. Ja wiem skąd częściowo bierze się u mnie trafność spostrzeżeń i nie życzę tej wiedzy nikomu, ale z drugiej strony, jest to w Twoim mądrym komentarzu: „będę bogatsza o to doświadczenie. A tego nigdy mało…”.
      Jeszcze muszę wrócić do jednego: „poskładam się lepiej”. Nieważne czy same asy, istotne jaki się robi z tych kart użytek.
      Jeszcze raz dziękuję za cudowne słowa. Pozdrawiam cieplutko.

      • ~VE. pisze:

        Czasem źle się wyrażam. Chodziło mi bardziej o fakt, że nie będę umiała w ten sposób przelewać myśli na papier, bo w mojej głowie są jedynie wielkim kłębkiem poplątanej wełny, którego nijak nie umiem rozplątać.
        I nie spodziewałam się, że mój komentarz może wywołać w Tobie takie uczucia. To pokazuje, że jednal warto się odzywać, że warto zostawić tę parę słów.
        Pozdrawiam ciepło ponownie :)

  55. ~synestezja pisze:

    Tak jak obiecałam – jestem :) Z góry przepraszam za długość, bo jak sądzę, krótko nie będzie, ale przynajmniej w ten sposób spróbuję przelać to co skłębiło się dotychczas w mojej głowie i jednocześnie jakoś podziękować za to słynne tutaj „emocjonalne rozpieprzanie”. Bo tysiąckrotnie wolę pisać niż mówić. Mam chyba trochę coś z Elizy. Przelewanie emocji na papier wychodzi mi znacznie lepiej niż mówienie o nich. No tak, jak zawsze zbaczam z tematu.
    Ad rem. Muszę wrócić na chwilkę do Twojej odpowiedzi na mój komentarz po dwójce. Pisałaś, że wolałabyś, żebyśmy wracały tu z przyjemnością, a nie, jak to wcześniej stwierdziłam, żeby się dobić. I tu muszę sprostować: zawsze będę wracała tutaj z ogromną przyjemnością! Nawet gdybyś nagle wpadła na pomysł, żeby w jakiś okrutny sposób storturować, a potem wymordować głównych bohaterów (oby nie). Po prostu czasem mam wahania nastroju gorsze niż baba w ciąży, także ten… mną się nie przejmuj. Generalnie: happy endy > smutasy. Także, niszcz (w pozytywnym tego słowa znaczeniu) nas wszystkie emocjami jeszcze bardziej, bo robisz to w niebywale cudowny sposób.
    Trójka i czwórka rzeczywiście jakby spokojniejsze, ale nie masz pojęcia jak ten spokój może przerażać. Jednak, gdy się wyłączy niepokój to… nawet zaczynam wierzyć, że będzie dobrze, wiesz? Cisza przed burzą? Chyba, że o to w tym wszystkim właśnie chodzi.
    W Elizie widać drobną zmianę. Zmianę ku lepszemu. O ile w trójce rzeczywiście tonęła, tak w czwórce sprawia wrażenie, że wróciła na ląd. Uratowana nie przez nikogo innego jak przez SuperKurę, o której wszystko już tu zostało napisane. Także, mocno trzymam za niego kciuki. Jestem w szoku z powodu przemiany pani Strużyńskiej. Pocieszna babeczka. Może zawsze taka była, tylko Eliza odbierała ją w zupełnie inny sposób? Jej osoba pokazuje, że pod każdą nawet tą najgorszą, najbardziej zatwardziałą maską, kryją się zwykłe, ludzkie uczucia.
    Ból fizyczny wypierający ból psychiczny… straszliwie bliska zależność. Nie wiem co mogłabym więcej na ten temat dodać. Kiedy Lisek stwierdził, że „chce być” przez moją twarz przeleciał cień uśmiechu. Uwierzyłam tak jak Bartek. I pewnie będę wierzyć do kolejnego trzęsienia ziemi, które pewnie niedługo nastąpi.

    • otfilulu pisze:

      No jak się mam Tobą nie przejmować?! Czasy kiedy pisałam sobie a muzom dawno poza mną, bardzo ważne jak odbieracie to co mi się uda poskładać w rozdział. Nie chciałabym być źródłem wiecznego przygnębienia. Ale chyba jeszcze bardziej – lukrowanej słodyczy, więc propozycja mordu zbiorowego mogła paść na podatny grunt ;) Co by nie było, zależy mi, żebyś wracała i bardzo się cieszę, że tak jest.
      Jednak najlepsze poświadczenie, że jest dobrze to Twój długaśny komentarz. Jeżeli ktoś nie tylko decyduje się poświęcić czas na przeczytanie moich wypocin lecz dodatkowo wyraża opinię i analizuje rozdział to nie może być źle :) To takie wzmocnienie pozytywne w pigułce, za które bardzo, bardzo, bardzo dziękuję.
      Pozdrawiam i zapraszam do piątki, gdzie niby spokojnie, ale…

      • ~synestezja pisze:

        Jestem, jestem! Tym razem szybko, bez zwłoki. Niby spokojnie? Nie, nie, nie. Coraz mniej!
        Nie wiem od czego zacząć. Znowu. Albo raczej – jak zwykle. List Elizy? Brak słów. Twoje opisy… nic dodać, nic ująć. Zachwycam się. Jest wszystko to, co powinno być. Tak trzymaj.
        Gdzieś tam w środku nawet zdążyłam zaśmiać się cicho podczas monologu pani Strużyńskiej, dopóki nie dotarłam do tej końcówki. Przegenialna metafora, która zwaliła mnie z nóg i… przypomniała o tym jak ledwo zdałam fizykę w liceum :) Teraz mam zagwozdkę na wietrzny wieczór. I oczywiście odwieczne pytanie – co dalej?
        Bo Lisek zerwał umowę, więc mogłoby się wydawać, że jest dobrze. Ale jak to na Ciebie i Twój emocjonalny rollercoaster przystało – nie jest. Przynajmniej nie do końca. Teraz, dla odmiany Bartek zaczął budzić jeszcze większy niepokój, bo może wszystko ponownie sp… spartaczyć i taka wizja jest nawet dość bliska. Chyba, że to, tu zacytuję, krwiopijca pazerny wkroczy do akcji, bo nie chce mi się wierzyć, że nie będzie szukał córki.
        Reasumując, nasza SuperKura stąpa po bardzo kruchym lodzie… a że jest wielka i masywna to ryzyko popełnienia błędu jest proporcjonalnie większe. No i to chore kolanko też mu pewnie nie pomaga. Ogólnie chore kolanka to zło.

        Znowu zostawiasz mnie z bezlikiem pytań, ale w żadnym wypadku mi on nie przeszkadza :)
        I nie dziękuj, bo nie masz za co. Komentarz to forma podziękowania za to, że pragniesz podzielić się z nami tym co tworzysz. Także… transakcja wymienna z korzyściami dla obu stron. Taki trochę mutualizm fakultatywny.
        PS Wolałabym jednak, żeby koncepcja mordu nie została zrealizowana, a jeśli już to w ostateczności :D Choć… gdyby któregoś z bohaterów miało zabraknąć to… wychodzę z założenia – wszystko albo nic, więc, co tam, wybij ich wszystkich. Przynajmniej nikt nie zostanie smutny czy coś ;)

    • otfilulu pisze:

      „Ogólnie chore kolanka to zło” – tak to słodko brzmi, że prawie mam wyrzuty sumienia, że tak Bartka doświadczam. Choć domyślam się, że przede wszystkim chodzić może o pokiereszowanego Kubiaka. A na łopatki rozłożyłaś mnie końcówką: „wybij ich wszystkich. Przynajmniej nikt nie zostanie smutny”. Przepiękne, zatrzymam to w pamięci i możliwe, że wykorzystam.
      Dobrze, że podobają się wpisy Elizy, bo stale się pilnuję, żeby nie brzmiało to za bardzo jak zbuntowana nastolatka. I nie uwierzysz, ale ja też miałam z fizyką niesamowite problemy, także nie do końca wiem o czym piszę muszę przyznać :)
      Było nie było: dziękuję za Twoje obszerne dziękuję. Niesamowicie miło przeczytać tyle dobrego.
      Podtrzymując naszą hmm „symbiozę” ;) postaram się nie dać czekać długo na szóstkę, tylko muszę ustalić w jaki sposób przemycę w niej właściwą dawkę niepokoju.
      Pozdrawiam tradycyjnie.

      • ~synestezja pisze:

        Kolanko Kubiaka? Na to akurat nie wpadłam, ale fakt – też się zgadza :D Myślałam bardziej przyziemnie, o mojej bratniej duszy, która zdążyła już doświadczyć operacji, serii nieprzyjemnych zastrzyków i masy leków przeciwbólowych, które i tak nic nie pomogły.
        Ojejku. Chyba zacznę trzy razy analizować to co piszę, bo jeszcze zostanę głównym źródłem nieoczekiwanych rzezi. Muszę pilnować swojej chorej wyobraźni, która po dawce świątecznego jedzenia stała się nadaktywna :)
        A wracając do tematu nieszczęsnej fizyki, to… o ironio, prąd był akurat jednym z nielicznych działów, które jako tako rozumiałam (pominę fakt, że i tak zostałam skazana na poprawkę w innym terminie) :D
        Również pozdrawiam!

  56. ~Hania z Radomia pisze:

    Jestem i ja. Opadająca, z wrażenia po tym rozdziale, szczęka ciągnie mi się po podłodze. Huśtawki emocjonalnej ciąg dalszy. Jak wspaniale.
    Zastępowanie bólu bólem, znam aż zbyt dobrze.
    A pani Strużyńska, nie spodziewałabym się tego po niej. Tak to bywa, kiedy pod maską oschłości i pozornej wredności skrywa się serce.
    Fragment o mauserze odczytałam jako mrugnięcie do mnie okiem. Dziękuję, to jest kapitalne <3
    I dziękuję za wszystko. I za przyjemność obcowania ze sztuką słów.
    Wszystkiego najlepszego z okazji Świąt i szczęścia w Nowym Roku. Nie wiem czy obchodzisz, czy nie, ale dobrych słów nigdy dość :)

    • otfilulu pisze:

      Nowy Rok obchodzi każdy :) Czy chce czy nie :) Również życzę wszystkiego dobrego i zostawiam mały prezent pod choinkę, mam nadzieję, że nie będziesz zła za rolę w jaką Cię w nim wtłoczyłam. Po prostu nikt inny to być nie mógł :)
      Mauser oczywiście, że jest pod Twoim wpływem, gdzie by mi dotychczas przyszło do głowy szukanie z czego strzelali partyzanci, a że mam Ciebie, to wiem, że muszę uważać. A poza tym jakoś złapałam bakcyla delikatnie :)
      Jeszcze raz Wesołych Świąt :)

  57. ~selene pisze:

    Pozwól, że dzisiaj się streszczę, bo z niczym się ostatnio nie wyrabiam, ale nie mogłabym odmówić sobie przyjemności „obgadania” Uszatego Paskuda. I Elizy również, to oczywiste.
    Zaczynam wierzyć w Bartka, może nie bezgranicznie, bo jednak rozsądnie byłoby sobie pozostawić jakiś margines, ale ten rozdział sprawił, że jestem w stanie obdarzyć go większym zaufaniem. Kurek coraz bardziej uświadamia sobie dwie rzeczy – to, że nie może dać plamy, bo stał się osobą, w której Lisek pokłada największe nadzieje, a więc czuje swego rodzaju presję, która, mam nadzieję, go nie przytłoczy i to, że Eliza stała się bardziej krucha i delikatna, a każdy nieostrożny ruch może zniweczyć poczynione wcześniej postępy. Można powiedzieć, że Bartosz stąpa po polu minowym. Jeśli zaś chodzi o Liska, to widać, że wreszcie poczuła się bezpiecznie, że powoli wychodzi z nicości, otchłani, która ściągała ją w dół, a to wszystko zasługa jej uszatego towarzysza. Kurczaku, nie spartacz tego! I może gdyby chodziło o inne opowiadanie i inną autorkę, napisałabym, że idzie ku dobremu, ale nie zaryzykuję takim stwierdzeniem, bo znając Ciebie, jeszcze wszystko może tutaj stanąć na głowie ;)
    Ściskam (prawie) świątecznie :)
    PS. Jak zwykle cudownie grasz na emocjach, ale to chyba jasne jak słońce ;)

    • otfilulu pisze:

      A czy największym zaskoczeniem nie będzie jeżeli nic nie stanie na głowie? :) Może ja tu zmierzam do pierwszego happyendu na tym blogu?
      Ale skoro tak namawiasz, to zostawię po staremu, z odwróceniem do góry nogami i potrząśnięciem ;)
      Biedny Uszaty Paskud, ale do niego przylgnęło.
      Bardzo dziękuję za dobre słowo i tradycyjną pomoc w pomiarze skuteczności mojego pisania.
      Ściskam całkowicie świątecznie.

  58. ~Greenberry pisze:

    Bartuś, bądź superbohaterem, superkurą, superkimkolwiek. Ale bądź, dla Elizy, bo ona tego potrzebuje, bo bez ciebie nie wróci.
    Niepokój jest, nie znika, bo cały czas nie wiemy, czy Eliza się po tym wszystkim pozbiera, bo łatwo przecież nie będzie. Chwilowo jest jakby spokojniej, bo Bartek wyrwał ją z domu, właściwie to z piekła, a teraz się nią zaopiekuje. Prawda?
    Eliza chciała się upewnić, że jeszcze jest, że jeszcze żyje. Jakże znajome. Rządek cienkich kresek na skórze, chwila bólu, bo jak boli fizycznie to psychika jakoś przycicha.
    Nie umiem zebrać myśli do sensownego komentarza, nie przy Twojej Elektrolizie. Rozpieprzenie emocjonalne w pełni, a to wszystko jest niepokojąco znajome.
    Ale cały czas jest to wszystko niesamowite i uwielbiam ten emocjonalny rollercoaster.

    • otfilulu pisze:

      Nieodmiennie cieszę się, że opowiadanie Ci się podoba i nie odstrasza ponurym klimatem.
      Ładnie powiedziane: „jak boli fizycznie to psychika jakoś przycicha”, dużo w tym prawdy.
      Pozdrawiam i myślę, że rollercoaster się jeszcze nie zatrzyma.

  59. ~VE. pisze:

    Wow. Tylko tyle, bo naprawdę brak mi słów. Jeszcze nigdy żadne opowiadanie nie wywoływało we mnie tylu emocji i nie sprawiało, że nie wiedziałam co powiedzieć. Chylę czoła po raz kolejny.

  60. ~VE. pisze:

    Te metafory, barwne opisy emocji i sytuacji…matko, ale ja za tym tęskniłam. <3 Ale już jestem. Z dużym opóźnieniem, ale jestem.
    Brawo Bartuś. Naprawdę jesteś SuperKurą. Tylko nie zawiedź, nie teraz. Nie możesz, bo Eliza się nie otrząśnie. Bądź, rób swoje i udowodnij jej, że warto. Wierzę w ciebie Wielkoludzie.

    • otfilulu pisze:

      Ależ jakie opóźnienie, to mnie nie było lata całe, ale teraz trochę się poprawię. Dziękuję za powrót.
      Widzę, że wersja bohaterskiej SuperKury bardziej przypadła do gustu. Ciekawe… :)

  61. ~synestezja pisze:

    Tym razem będzie króciutko i szybko. Wciąż jestem, wiernie czytam i z utęsknieniem oraz nutką strachu czekam na kolejne rozdziały. Niestety chwilowo nie mam czasu na sklecenie nawet kilku zdań, ale obiecuję, że w wolnej chwili się rozwinę.

    • otfilulu pisze:

      Dziękuję za bycie, czytanie i nawet za ten strach. Mam nadzieję, że najnowszy rozdział nadal niepokoi.
      Nie lubię jak jest spokojnie, tryb czuwania wskazany.
      Pozdrawiam :)

  62. ~prosaen pisze:

    podoba mi się metafora tonięcia, bo jest obrazowa i znowu bardzo autentyczna. no i Bartek został wreszcie superbohaterem, co mnie bardzo cieszy. zastanawiam się, czy nieznajomy przyjaciel to Kamil, Lenny czy ktoś jeszcze inny.

    • otfilulu pisze:

      Bardzo mi miło i cieszę się, że się podoba. Bartek od zawsze miał zadatki na superbohatera, tylko jakoś się nie składało :)

  63. ~Hania z Radomia pisze:

    Cześć i czołem.
    Wreszcie! Brawo SuperKuro. Masz jaja chłopcze. No i chwała Elżbiecie. Zobaczymy tylko co zrobi Kochany Tatuś. Dam radę, wlezę do ich świata, gdzieś pomiędzy literami i go ukatrupię. Do trzech razy sztuka. Taka moja natura, w końcu nic nie poprawia humoru lepiej niż mała masakra. Ty powinnaś wiedzieć to najlepiej ;P (nie, nic nie sugeruję. Nic a nic. Wcale!)
    Ty po prostu masz niecodzienny dar grania na emocjach. Każda litera, którą tu postawisz ciągnie, kusi i zniewala. I powoduje skrajnie odmienne stany. Od dostania psychiczną cegłą w twarz, po wkurw na nieistniejące postacie.
    I nie wiem co powiedzieć dalej. Ten rozdział jest sumarycznie, mimo wszystko pozytywny. Pewnie zaraz zmienisz to o 180 stopni, ale cieszmy się na razie tym co mamy. A przeryw Ci służą. :)

    • otfilulu pisze:

      Nie wiem na ile było to zamierzone, ale trudno wyobrazić sobie SuperKurę bez Jaj :) :) :)
      I wypraszam sobie ;) , ja nie przeprowadzam masakr, to nie jest Pieśń Lodu i Ognia. Po prostu czasem kogoś przypadkowo uśmiercam. Kurde, w sumie z pobieżnych obliczeń wyszło mi 27% obsady, sporo :/
      Ale przynajmniej nikt nie zginął u mnie od sztachety ani przejechany czołgiem, a u Ciebie pewnie kwestia czasu :P
      Dziękuję za komplementy, od których się rumienię. Pozdrawiam i idę na przerwę :)

  64. ~Greenberry pisze:

    No to teraz już może być tylko dobrze, prawda?
    Znając życie coś jeszcze się stanie, nie będzie łatwo i przyjemnie. Ale jest przecież Bartek, a Bartek dla Elizy jest gotowy na wiele. I on jej pomoże z tego piekła wyjść, bo ona jest dla niego priorytetem.
    Eliza musi poczuć, że żyje, bo to, co robi, żeby coś czuć, jest złe. I przerażające. I nie raz słyszałam tłumaczenie, że to dobry sposób, bo rani tylko siebie, nikogo wokół. I nienawidzę tych linii na ciele.
    A jeśli chodzi o rodziców Elizy to dołączam się do chęci zatłuczenia ich jakimś tępym narzędziem. Czymkolwiek.
    Ale on the bright side, rozdział, który daje nadzieję. Że Bartek nie pozwoli Elizie utonąć.
    Dziękuję.

    • otfilulu pisze:

      Rzeczywiście za wcześnie żeby ktoś już tonął bezapelacyjnie. Dajmy się Bartkowi wykazać. Ale czy może być tylko dobrze? Mój delikatnie poharatany płat czołowy ma wątpliwości ;) Zapraszam serdecznie na ciąg dalszy, który co prawda nie wiem kiedy, ale z pewnością nastąpi :)

  65. ~selene pisze:

    Jak fajnie, że jesteś z powrotem, bo zdążyłam mocno zatęsknić za Elizą i (o zgrozo!) nawet za Uszatym Paskudem ;)
    Mam takie wrażenie, że ta część Elektrolizy będzie należała do Bartka, pewnie dlatego, że wiele będzie uzależnione właśnie od jego postawy. To, że potrafi wykrzesać z siebie ludzkie uczucia i zależy mu na Lisku jest rzeczą niepodważalną, pytanie tylko jak skutecznym okaże się kołem ratunkowym dla tonącej Elizy i czy nie zabraknie mu sił gdzieś w połowie dystansu. Jako że Bartosz jest dość chwiejną istotą, stawiając na niego cały majątek czasami można się nieźle wzbogacić, jak również stracić wszystko. Tak go postrzegam. Bardzo niepewna inwestycja :) Mimo wszystko ma się jednak ochotę powiedzieć „dobrze, że jesteś”, bo z listu Elizy wynika, że on jest jednym z powodów (kto wie, czy nie jedynym) dla których jeszcze utrzymuje się na powierzchni i poprawa jej stanu jest w dużej mierze jego zasługą.
    Można powiedzieć, że Eliza znalazła się w sytuacji pod pewnymi względami bliźniaczo podobnej do sytuacji Lennego. Mam tutaj na myśli rodziców, którzy troszczą się wyłącznie o siebie i o to „co ludzie powiedzą”, brakuje im natomiast wrażliwości i odpowiedniego podejścia do własnej córki. Różnica jednak polega na tym, że obok niej jest ktoś, kto chce i przede wszystkim ma możliwość w jakiś sposób wyzwolić ją spod ich kontroli. Są też siostry, ale akurat one wydają się dość neutralne – ani nie szkodzą, ani też nie są w stanie jakoś szczególnie pomóc. Zastanawiam się tylko, czy próba „odbicia” głównej bohaterki zakończy się sukcesem, czy może jednak coś stanie Bartkowi na przeszkodzie…
    Na koniec nawiążę jeszcze do Twojej odpowiedzi na mój poprzedni komentarz. Leczenie elektrowstrząsami wydaje mi się totalnie niehumanitarne, ale jak mniemam, jest stosowane wtedy, gdy pozostałe metody nie zdają egzaminu. Kiedy czytałam o tym w Twoim opowiadaniu, jakoś tak z miejsca pojawił mi się w głowie obraz sceny z trzeciej części bardzo lubianej przez mnie serii „The Crow”, kiedy to główny bohater został stracony na krześle elektrycznym. Niby kompletnie bez związku z fabułą Elektrolizy, no i ilość woltów nieporównywalnie większa, ale w obydwu przypadkach chodzi o „eksperymenty” z prądem. A co do Bartka, to trzeba mu oddać, że na tle Resovii, której postawa ostatnio przyprawia mnie o ból serducha wyróżnia się in plus, aczkolwiek nie ukrywam, że brakuje mi w składzie MVP poprzedniego sezonu. Oby tylko ten biały koń dowiózł go do Berlina :)
    Pozdrawiam ciepło :)

    • otfilulu pisze:

      Dokładnie tak, ta część jest pisana z perspektywy Uszatego Paskuda, Eliza póki co pojawia się jedynie w formie listów do Nieznajomego. Inaczej niż w poprzednim opowiadaniu. Czy biały koń wysadzi Bartka z siodła i pogalopuje dalej sam? Oczywiście, że nic nie powiem. Coś tam jednak w zanadrzu kiszę, nie byłabym w końcu sobą bez jakiejś niespodziewanki :)
      Dziękuję, że zwróciłaś uwagę na tę istotną różnicę pomiędzy historią Lennego a Elizy, to nie jest bez znaczenia i bardzo się cieszę, że nie umknęło. Jeszcze tu do tego wrócę. Podobieństwa i nawiązania w pełni zamierzone.
      A kontynuując temat „kukułczego gniazda”, gdzie scena samych elektrowstrząsów jest niesamowicie sugestywna, to dziś przeprowadza się je ze znieczuleniem ogólnym i przy środkach zwiotczających mięśnie, z pełną kontrolą EEG. Ale efekt nadal jest ten sam, między innymi czasowa utrata pamięci, gdzieś widziałam nawet porównanie do uderzenia młotkiem w głowę. No cóż, Elektroliza. Nie bez wpływu na wybór terapii była również piosenka, którą powiązałam sobie z tą częścią. Jakby napisana specjalnie dla Elizy. Pozostaje zatem żywić nadzieję, że ponad 70-procentowa skuteczność elektrowstrząsów nie jest przesadzona.
      Pozdrawiam i postaram się nie dać czekać na kolejny rozdział aż tyle.
      P.S. A mi się udało widzieć na żywo jak Cuprum przypadkiem złoiło Resovię. Nie płakałam :) Iga też nie.

  66. ~Seehhex pisze:

    Bartku naucz naszego Liska pływać, aby więcej razy nam nie upadał na dno.
    Nie wiem za bardzo co mam napisać. I choć wiem, że to nie koniec tej części to mnie zatkało. Bardzo.
    Bardzo też przepraszam za tak długą nieobecność na blogu. Niestety siły wyższe. W każdym razie już jestem i nigdzie się nie ruszam.♥
    Pozdrawiam z zimnego i deszczowego Londynu.

    • otfilulu pisze:

      Nie ma za co przepraszać, bardzo się cieszę, że jesteś z powrotem i zostaniesz sprawdzić jak przebiega nauka pływania.
      Pozdrawiam z jakoś dziwnie wietrznego Krakowa :)

  67. ~ani pisze:

    I’m back, I’m back, jest Elektroliza 2, hooray! :D
    Co ta gadzina znowu wymyśliła, bo domyślam się, że rozważa kolejną lukratywną ‚transakcję’?
    Mocny początek.

  68. ~Gal Anonim pisze:

    Kurczę uszate…. Chciałabym Ci napisać(wiesz, tak na zasadzie ty poświęcasz swój czas i piszesz opowiadanie, ja poświęcam chwilkę i komentuję) ale najzwyczajniej w świecie nie wiem co(to akurat dobrze, bo odjęłaś mi mowę :D) Także napiszę tylko tak: jestem, czytam, komentować nie będę, bo nie potrafię, a ty poprowadź to opowiadanie jak sobie zamierzyłaś :D

    • otfilulu pisze:

      To ja odpowiem tylko tak: bądź, czytaj proszę nadal, nie komentuj, ale odezwij się jeszcze czasem, a ja pojadę konsekwentnie do samego końca.
      Pozdrawiam bardzo i dziękuję za dobre słowo :)

  69. ~prosaen pisze:

    tak właściwie to wcale mnie nie dziwi, że Eliza nie chce wyzdrowieć, ale ojeju, jakie to jest okropne. i nawet w takiej sytuacji nie ma żadnego wsparcia w rodzicach. dobrze, że chociaż jest Bartek z misją odkupienia swoich grzechów i że on będzie impulsem, który zmieni podejście Elizy.
    a tak w ogóle to wszystko jest niepokojąco autentyczne.

  70. ~Hania z Radomia pisze:

    Nie wiem co zrobi ojciec Elizy, ale już mam ochotę zatłuc go tępym narzędziem. Tak prewencyjnie. Żeby nie zrobił nic głupiego. O ile już tego nie zrobił. Wtedy należy go zatłuc tym bardziej.
    A Eliza, cóż, jest tak połamana psychicznie, że aż boli. Bardzo boli.
    Chwała dr Janik, że nie jest jak inni, realni psychiatrzy.
    A Bartek. Biedny bezsilny Bartek. Chciałoby się mu pomóc, ale wiem (przeczuwam), że będziesz bezwzględna.
    Uwielbiam.

    • otfilulu pisze:

      Zupełnie nie wiem czym sobie zapracowałam na taką renomę: rozpieprzenie emocjonalne, dobicie a teraz bezwzględność. Nic nie rozumiem [niewinność wcielona] ;)
      Nie wiem czy pamiętasz, ale ojca Elizy chcesz zatłuc już po raz drugi. Ale ostatnio było na ostro, bo sztachetą z gwoździem :) Rozumiem, że tępym bardziej boli. Zaczynam się Ciebie bać :)

  71. ~synestezja pisze:

    To jest miejsce, do którego zawsze powrócę, gdy tylko będę potrzebowała czegoś na dobicie. Bezapelacyjnie Numer One! A to dopiero początek. Ciekawe czy z mojej psychiki coś pozostanie po ostatnim rozdziale?
    Próbuję odtworzyć uczucia i myśli kłębiące się w Elizie. To wszystko jest tak cholernie bolesne i jednocześnie prawdziwe. Żeby dokładnie zrozumieć co się w niej dzieje, trzeba to po prostu, w jakikolwiek sposób, w choć małym stopniu, przeżyć. Najstraszniejsze co można robić to odrzucać wszelką pomoc, a to niestety czyni Eliza. Nikomu nigdy nie życzę znaleźć się w takiej sytuacji jak ona.
    I tak jak to już tu zostało między wierszami napisane, uważam, że ze stanu w jakim znajduje się obecnie Eliza nie da się praktycznie wyjść. Owszem, zdarzają się cudowne przypadki, kiedy to osoba po x próbach samobójczych wraca do „normalności”, ale to rzadkość. Trzeba mieć naprawdę potężną psychikę, żeby podźwignąć taki ciężar. A z tego co da się wywnioskować po listach Elizy, ona pragnie całą sobą śmierci i tak czy inaczej ją osiągnie, a jej rodzice i ich bezmyślność mogą być tylko kolejnym punktem zapalnym.
    Niby ta dwójka napawa delikatnym optymizmem. Niby zdaje się, że może być dobrze, no bo w końcu Bartek próbuje działać. Tylko czy wniknie z tego coś pozytywnego? Pewnie nie.
    No i na koniec znowu muszę poświęcić kilka słów Bartkowi. Monolog do Elizy? Bomba! Widać, że mu straszliwie zależy, że chce wszystko naprawić. Tylko ciekawe czy starczy mu sił? Czy odnajdzie się w sytuacji, kiedy Elizy już nie będzie?
    PS Jak Ty to robisz, że w tak idealny sposób opisujesz drzemiące w ludziach emocje? Kontempluję bardzo! :)
    Pozdrawiam cieplutko!

    • otfilulu pisze:

      Ej, tylko, że ja bym wolała żebyście tu wracały z przyjemnością a przynajmniej zaciekawieniem, a nie żeby się dobić. Wiem, że materia bywa ciężka, bo za mną łażą same takie przygnębiające tematy, ale zobacz, trójka już nie jest chyba tak typowo dewastująca.
      Zapewne depresji wyrwać się nie jest łatwo, uciec przed strachem, który prowadzi do prób samobójczych, albo mu sprostać. Nie jestem ekspertem, w listach Elizy jest dużo przejaskrawionej fikcji, ale mam pewność, że na mniejszą skalę, każdy wpada czasem w dołek. Mniejszy, większy i bardzo chciałby wtedy nie czuć i nie być. A potem się z tego wychodzi, bo są ludzie obok, bo jest jakiś cel, bo hmm: every cloud has a silver lining. Czy Elizie się udało, ostatni rozdział, ostatni rozdział…
      Pozdrawiam również i bardzo dziękuję za masę dobrego przekazu mimo całej mojej dobijającej treści :)

  72. ~Greenberry pisze:

    Huśtawki emocjonalnej ciąg dalszy.
    Bartkowi bardzo zależy na Elizie, chciałby jej pomóc. Zrobiłby dla niej dużo, może wszystko. Tylko sama Eliza jest zbyt zamknięta, kompletnie pogrążona w chorobie, z którą przecież właściwie nie chce walczyć.
    I to jest chyba najgorsze, że ona nie chce pomocy, ona nie chce z tego wyjść. Ona chce umrzeć, i wykorzysta kolejną okazję, żeby tego spróbować. I może nadejść moment, kiedy nnikt nie będzie przy niej, kiedy nikt nie będzie jej pilnował. I boję się, że jej się uda.
    Boję się też o Bartka, jaki wpływ będzie miała na niego cała ta sprawa. Czy w pewnym momencie Eliza nie pociągnie go w miejsce, w którym sama jest.
    A końcówka… rodzice Elizy? Zabiorą ją do siebie? Przekonamy się.

    jeśli ktoś potrzebuje emocjonalnego rozpieprzenia to w ciemno można podrzucić wszystko, co wyszło z Twojej klawiatury.
    Dziękuję. Za to, jak pokazujesz Elizę. Za huśtawkę emocji. Za wszystko.

    • otfilulu pisze:

      Hmm czy chciałam być specem od rozpieprzenia emocjonalnego? No nie wiem, ale biorę to w ciemno. W czymś należy się specjalizować.
      Bardzo dziękuję za ciągłe zaglądanie mimo, że ostatnio szwankowałam z rozpieprzaniem :)
      I do zobaczenia u rycerzyka, bo widziałam, że coś się dzieje ale jeszcze nie byłam. No i Kubiak, no dziewczyno, tu jestem wymagająca, od Ciebie spodziewam się bardzo, bardzo, baaaaaaaardzo dużego trzęsienia.

      • ~Greenberry pisze:

        No to teraz aż się boję tego Kubiaka ruszyć:D
        No i cały czas wiernie czekam. I idę czytać. Aż się boję

  73. ~VE. pisze:

    Dopiero zaczęła się druga część, a tu proszę. Aż strach pomyśleć co zafundujesz nam dalej :)
    Po tym rozdziale doceniłam wścibską sąsiadkę Elizy. Bo gdyby nie ona i jej pomoc, mogło by być za późno. Bo Bartek to chyba był w szoku i nie był w stanie skojarzyć co powinien zrobić. Ale mam nadzieję, że przy niej będzie, że jej pomoże. Bo ona będzie go potrzebować, na pewno. Choć może się do tego nie przyzna.

    • otfilulu pisze:

      Kurcze, a jeszcze niedawno byłam pewna, że Cię do pani Strużyńskiej nie przekonam. Aż chyba pójdę dalej za ciosem i może ją pokochasz? :)
      W załączeniu rozdział drugi, w którym Bartek wie, choć Eliza się do tego nie przyznała. Zupełnie przez przypadek trochę zgodnie z Twoim komentarzem.

      • ~VE. pisze:

        I co ja mam napisać, co? Ciągle brak mi słów na Twoje opowiadanie. Oczywiście w pozytywnym sensie.
        Dobrze, że Bartek naciskał na lekarkę Elizy, że chciał ją odwiedzić, że robi wszystko żeby jej pomóc. Bo jak widać, przyniosło to jakiś skutek. Kto wie, może przyniesie więcej? Mam nadzieję.
        A końcówka nie napawa optymizmem. Ale SuperKura i w tej kwestii coś pomoże, musi. A ja głęboko wierzę, że da radę.

        • otfilulu pisze:

          Mam nadzieję, że skuteczność mi nie spadła, i znów braknie słów. Ale nie na tyle, żebyś nie zostawiła choć małego komentarzyka.
          Pozdrawiam, a SuperKura atakuje nocą :)

  74. ~eni pisze:

    Heeeeejjj! Przepraszam, za tak długą nieobecność, tj. nieodzywanie się, bo obecna byłam (ale to pewnie wiesz :P). Cieszę się na 2 część, bo chciałabym żeby chociaż to opowiadanie skończyło się po Twojemu a równocześnie po mojemu :D Cóż więcej napisać? Jak zwykle fajnie się czyta, jak zwykle trzyma w napięciu. Trzeba dziękować za tego typu wścibskie sąsiadki :D Moje szare komórki pracowały podobnie jak syntezji i boję się myśleć o tym, co one mi podpowiadają, bo Ty lubisz tak pomieszać, że pewnie okaże się, że to pierwsza myśl była tą właściwą… A ja bym tak chciała żeby oni byli szczęśliwi, razem szczęśliwi, bo oboje sporo już w swoim nie tak długim życiu przeszli…

    • ~eni pisze:

      *synestezji oczywiście, przepraszam ale zapewne same wiecie jak sprytne są te chochliki :lol:

    • otfilulu pisze:

      No halo!!! Nawet tak ostatnio sobie myślałam, gdzie się podziewasz, ale doszłam do wniosku, że gdyby było bardzo źle i coś tu zupełnie by Ci się nie spodobało, to kto jak kto, ale Ty już dawno byś na mnie nakrzyczała w słusznym gniewie :)
      Z tego co kojarzę to po Twojemu i mojemu skończyły się jedynie pierwsze części MIgała. Oczywiście zawsze jeszcze możesz przekonać się do Kadzia i wtedy będzie to też część czwarta :P Pozwolisz zatem, że jeszcze przez moment tu pomieszam, a potem… możesz zacząć krzyczeć, a może nie?
      Dziękuję bardzo, że moja Pierwsza Ever nadal tu bywa i się nie zniechęca mimo, że nie ułatwiam. Pozdrawiam serdecznie!

  75. ~synestezja pisze:

    Jak zwykle musiałam najpierw swoje przetrawić, żeby teraz móc zabrać się za sklecenie kilku słów. Nie masz pojęcia jak skrajne emocje we mnie wzbudził ten rozdział! Powolutku mój niepokój narasta i tak już pewnie będzie do końca. W końcu to Elektroliza :)
    Faktycznie, Eliza niby jest, ale podświadomie czuję, że jej nie ma. Mówią, że dwa razy do tej samej rzeki się nie wchodzi, ale… człowiek w głębokiej depresji jest zdolny do wszystkiego i nawet pomoc bliskich nic nie daje. Jesteśmy bardzo skomplikowanymi istotami.
    A jeśli o komplikacjach mowa, to nie mogę się nadziwić w jak genialny sposób udało Ci się wykreować postać Bartka. Tyle sprzecznych w nim emocji, tyle opozycyjnych zachowań, a ja mam wrażenie, że to wszystko do siebie idealnie pasuje i tworzy harmonijną całość.
    Nie rozwodzę się dłużej. Czekam na więcej i zastanawiam się jak emocjonalnie to wszystko wytrzymam, bo kurcze, przywiązałam się do Elizy i Bartka. Ale może nie będzie tak źle i smutno jak mi się wydaje? ;)

    • otfilulu pisze:

      Zdecydowanie myśl przewodnia tej części to „couple more volts of shock treatment”, więc jeżeli niepokój i napięcie się budują, to bingo!
      Ja też uważam, że jest w nas sporo nieścisłości i komplikacji i dla mnie zachowania tego samego człowieka, które zdawałyby się wykluczać, są zupełną normalnością. Nie jesteśmy zawsze racjonalni, jakbyśmy się nie starali. A całkowity banał: nikt nie jest czarny bądź biały to najzwyklejsza życiowa prawda.
      Za zamkniętymi drzwiami Bartek może być przestraszony, wrażliwy i kochający. Może też być okrutnym manipulatorem. Albo jednym i drugim. Kto wie.
      Cieszę się, że tak jak mi on tu wychodzi jest w miarę przekonywujące i na razie nikt nie zgłasza zastrzeżeń o sztuczności. Oby nie zboczyć ze szlaku.
      Ale tu liczę na mocne szturchnięcie ze strony Szacownego Grona Komentujących, gdybym odpłynęła.
      Wolę nie pytać jak bardzo źle i smutno Ci się wydaje, bo w swojej źle pojętej rywalizacji mogłabym wziąć sobie za punkt honoru żeby to jeszcze przebić, a przecież zakończenie mam już napisane :)
      Bardzo pozdrawiam i bardzo dziękuję za regularne odwiedziny :)

  76. ~selene pisze:

    Uwielbiam ten emocjonalny rollercoaster w Twoich opowiadaniach. Nie będę po raz n-ty pisać, że brak mi słów, bo to chyba brzmi jak truizm, a poza tym i tak zwykle udaje mi się coś wystukać ;)
    Zawsze wydawało mi się, że Eliza ma silny charakter. Miała swoje zdanie, nie dawała sobą pomiatać, manipulować i nigdy nie postępowała wbrew sobie. Twarda sztuka, ot co. Ale nawarstwienie tych wszystkich wydarzeń, na które bądź co bądź nie miała wpływu sprawiło, że ta wewnętrzna siła gdzieś się zagubiła, uciekła. I myślę, że nie przesadzę stwierdzając, że życie ją po prostu „znokautowało”.
    Najgorszy jest chyba stan, w którym człowiek nie potrafi poradzić sobie z samym sobą, a co za tym idzie, niejednokrotnie odrzuca też pomoc innych i powoli zmierza w kierunku autodestrukcji, czasem nawet nie do końca świadomie. To po prostu się dzieje i nie da się tego kontrolować. Co prawda nie zostało to powiedziane wprost, ale nie ma wątpliwości, że w przypadku Elizy mamy do czynienia z czymś w rodzaju zaburzeń depresyjnych.
    Zastanawiam się nad adresatem jej listu. Nieznajomy Przyjaciel Okej, na samym początku dowiadujemy się, że to ktoś nieistniejący, urojony, powstały „z polecenia” lekarki, natomiast nie wiem, dlaczego, ale ja go utożsamiam z… Kamilem. To przecież też był człowiek widmo, ktoś kto tak naprawdę nigdy nie miał racji bytu. Ale był przyjacielem, nawet jeśli ta przyjaźń okazała się tylko iluzją.
    Jeśli zaś chodzi o Bartka, to do tej pory myślałam, że rozmontowałam go co do jednej śrubki (albo raczej oskubałam ze wszystkich piór ;)) i już więcej wyciągnąć się z niego nie da, a tutaj okazuje się, że są jeszcze spore rezerwy. W tym rozdziale poznajemy go z zupełniej innej strony, bezradnego, przerażonego i niezdolnego do jakichkolwiek racjonalnych działań. Nie ma cwaniakującego i wywyższającego się Kurka, który myśli, że ma świat u stóp. Życie jednak uczy pokory.
    Na koniec jeszcze słówko o pani Strużyńskiej. Kto by pomyślał, że wścibska, gderliwa baba, której wszyscy mieli po dziurki w nosie może znacznie przyczynić się do uratowania czyjegoś życia? Ironia losu Co więcej, gdyby nie jej obecność, Bartek mógłby kompletnie spanikować.
    Pozdrawiam, uwielbiam i cierpliwie czekam na ciąg dalszy ;)

    • otfilulu pisze:

      A kiedy już coś wystukasz to to jest zawsze w punkt. Nigdy nie przestanie mnie zaskakiwać jak celne są Twoje spostrzeżenia. Dziękuję.
      Wydaje mi się, że spanikowany Bartek też na pewno istnieje, każdy ma jakąś granicę wytrzymałości i moment kiedy strach przejmuje kontrolę, choćby na moment. Na potrzeby tego opowiadania im uważniej przyglądam się Kurkowi to tym większe we mnie przekonanie, że on bezustannie coś udaje. Najbliższy rzeczywistości jest według mnie ten wygłupiający się Bartosz dystansujący się do świata, a potem jest gdzieś jeszcze jeden, ale tego to my raczej nie oglądamy, co najwyżej jakąś podrasowaną jego wersję. Tam jest bardzo dużo ambicji i drażliwość. Ale to tylko moje „wydaje mi się”, które gdzieś tu próbuję wpasować w uknutą fabułę, mniej lub bardziej udanie.
      Pozdrawiam bardzo :)

      • ~selene pisze:

        To w takim razie pozostaje mi tylko się cieszyć, że nie spadła mi skuteczność ;)
        Okej, przeczytałam drugi rozdział i… znów jestem totalnie urzeczona emocjonalnością. Eliza żyje, ale mentalnie jest wrakiem. Mentalnie jest martwa, jakby kompletnie pusta, obojętna, wyjałowiona (pamiętam to określenie z MIgałów i stety lub niestety, tutaj ono również pasuje). Żyje w swoim hermetycznie zamkniętym świecie pełnym niczego, do którego nie wpuszcza nikogo. Zastanawiam się, czy z takiego dziwnego, psychodelicznego stanu jest w ogóle jakieś wyjście. „Terapia szokowa” zdaje się być tutaj najgorszym możliwym wyjściem. Chyba nie tędy droga. Tutaj potrzeba ogromnych pokładów cierpliwości, małych kroków. Wokół Elizy są osoby chcące jej pomóc naprawdę (i wśród nich raczej nie znajdują się rodzice, którzy po raz kolejny chcą decydować za nią), tylko czy ona kiedykolwiek na to pozwoli?
        Bartek, oczywiście chodzi o niego. Mam wrażenie, że coś się zmieniło w tym chłopaku, ale zmieniło na lepsze. Wiele osób na jego miejscu mogłoby się poddać, odpuścić ze strachu, niewiedzy lub bezradności. A on próbuje, nawet jeśli ciągle zderza się ze ścianą. Chyba sam do końca nie wie, czy to, co robi może przynieść jakieś efekty, ale to chyba lepsze niż bierność. To też jest swego rodzaju poświęcenie, choć wydawać by się mogło, że „tamten” Kurek nie mógłby być zdolny do czegoś takiego, że zbyt wiele w nim egoizmu. Co tu dużo mówić, kolejna twarz do kolekcji ;) Pytanie tylko, czy nie zabraknie mu konsekwencji, czy w pewnym momencie nie dojdzie do wniosku, że walczy z wiatrakami. Jako siatkarz jest mocno nierówny i nieustabilizowany, czasem ratuje tonący okręt, innym razem ciągnie go na dno, zatem jestem ciekawa, czy jego boiskowa postawa mogłaby mieć jakieś przełożenie na rzeczywistość, choćby tylko tą opowiadaniową.
        Pozdrawiam :)

        • otfilulu pisze:

          Odniosę się merytorycznie, bo jestem przygotowana do tematu troszkę. Na potrzeby Elektrolizy musiałam zrobić małe doszkolenie i otóż, moja Droga (Nie)znajoma Selene, elektrowstrząsami skutecznie leczy się depresję. Byłam hmmm w szoku :) że to nadal stosowana metoda, ale i owszem. Z tego co ogarniam moim małym rozumkiem to przywraca równowagę chemiczną mózgu i tak jakby resetuje neurony. Więc co innego mogłabym zaaplikować mojej elektrycznej dziewczynce?
          Bartuś jest chimeryczny, zgadzam się, na ile go takiego uda się tu pokazać, sama nie wiem. Na razie jeździ na białym koniu, po tym całym zmaltretowaniu jego osoby w części pierwszej to niezła odmiana. A jak Ci się podoba jego postawa w Rzeszowie? Mam wrażenie, że biały koń i tam jest na miejscu :)
          Pozdrawiam tradycyjnie choć ze sporym opóźnieniem :)

  77. ~Hania z Radomia pisze:

    Kręcisz Pani Autorko, oj kręcisz. Cudownie.
    Fajnie, że jednak żyje. Ale coś tak czuję, że na tej jednej, sama wiesz czym, się nie skończy. Lis ma determinację. A Kurczak może nie mieć takiej siły przebicia.
    Oby w psychuszce Eliza miała dobrych lekarzy. Bo instrumentalne traktowanie pacjenta to złe zło.

  78. ~Greenberry pisze:

    Chryste.
    Boję się o Elizę. Boję się o Bartka. Boję się tego, co będzie dalej, co planujesz.
    Boję się, jak zbiorę myśli do kupy, to może wymyślę coś sensownego.
    Na razie trzęsą mi się ręce.

    • otfilulu pisze:

      Nie mogę napisać tu niczego kojącego, bo przeczyłabym sama sobie.
      Pozostaje podziękować za taki odbiór i prosić o wyrozumiałość oraz sypnięcie ostrzeżeniem, gdy melodramat stanie się nie do zniesienia.

  79. ~prosaen pisze:

    już czuję, że to będzie ciężkie, niepokojące i nie rozwiąże się tak łatwo. no i czekam, oczywiście czekam na ciąg dalszy.

    • otfilulu pisze:

      Ale nie chcemy przecież łatwych rozwiązań, nie traktuje się ich potem z należytą powagą.
      To opowiadanie ma zrealizować pewne zamierzenia, poprzednia część miała zaskoczyć, ta ma przekonać.
      Mam nadzieję, że mierzę siły na zamiary. Tak długo jak ktoś czeka na ciąg dalszy mam motywację, żeby było lepiej. Tak więc: Dziękuję!

  80. ~VE. pisze:

    Nareszcie <3
    Tylko dlaczego mam wrażenie, że będzie źle? Ale kurczę, czekam z utęsknieniem :)

    • otfilulu pisze:

      Zupełnie nie wiem skąd takie wrażenie, przecież jestem mistrzynią happyendów ;)
      Tak bardzo miło dowiedzieć się, że ktoś czeka na kolejną część, bardzo bardzo dziękuję.

  81. ~Hania z Radomia pisze:

    Wreszcie. Jak zwykle walnęło mocą cegły rzuconej w twarz. Kilka(set) literek, a ja nie mogę się pozbierać. Coś tak czuje, że subiektywny ranking jeszcze będzie się zmieniać.
    Ale to dobrze. Narobiłaś mi apetytu, bo naprawdę jestem głodna mistrzowskiego siatkarskiego opowiadania.
    Powiedz mi tylko, czy na uroczystości w muzycznym menu będzie pewien smutny utwór Chopina?
    Wielbię na klęczkach
    H.

    • otfilulu pisze:

      Nie ma to jak być subtelną i walić w czytelnika cegłą z całą delikatnością :) Następnym razem postaram się wystrzelić do Ciebie z katiuszy :D
      A na głód proponuję… więcej jeżowego opowiadania!!! Skoro już o mistrzostwie mowa. I może jakiś jednopart na deser, dziś finał TZG, może jakieś poprawiny znanego z Twoich miniaturek Klubu Kibica? Dawno się nie śmiałam.
      No i nie ma opcji żebym odpowiedziała na takie pytanie i pozbawiła się satysfakcji z kręcenia karuzelą :) Ale „hello darkness my old friend” jest ostatnio moim dzwonkiem w telefonie :)

  82. ~synestezja pisze:

    Zaglądałam tu niemal codziennie i… nie masz pojęcia jak wielki uśmiech pojawił się na mojej twarzy, gdy zobaczyłam zakładkę z kolejną częścią Elektrolizy!
    Tylko, że ten uśmiech, z każdym kolejnym przeczytanym słowem, zamieniał się w wielkie O. Jak zawsze mnie zaskoczyłaś i cholernie się z tego cieszę!
    PS Lubię wyparcie i udam, że ten fragment nie skojarzył mi się z tym, o czym pomyślałam…

    • otfilulu pisze:

      Dziękuję za wszystkie odwiedziny i witam ponownie na pokładzie.
      Uzyskiwanie efektu „O” to jeden z celów nadrzędnych i mam nadzieję, że największe „O” jeszcze przed Tobą, przynajmniej będę chciała do tego doprowadzić.
      P.S. A o czym pomyślałaś? ;)

      • ~synestezja pisze:

        Na pewno nie będzie dla Ciebie zaskoczeniem jeśli napiszę, że oczywiście moja pierwsza myśl brzmiała mniej więcej tak: „o kurde pogrzeb?”.
        Jednak gdy mam czas, zdarza mi się rozkładać pojedyncze zdania na czynniki pierwsze i doszukiwać się drugiego dna. Lubię wysilać szare komórki, a znajomi zawsze powtarzają mi, że mam bujną wyobraźnię, także chyba coś w tym jest. Przechodząc do meritum, gdy przeczytałam ten fragment jeszcze kilka razy to w mojej głowie zrodziły się nowe, niektóre nieco surrealistyczne wizje. Tak więc z niecierpliwością czekam na moment, w którym będę mogła je zweryfikować :)

    • otfilulu pisze:

      Nie pozostaje mi nic innego jak zrobić „O”, nabrać wody w usta i poczekać razem z Tobą, żeby napisać coś czego dziś nie mogę :)

  83. ~selene pisze:

    Cierpliwość jest cnotą, zawsze to powtarzam. No i doczekałam się :)
    W wielu poradnikach pisania zaleca się rozpoczęcie opowiadania/powieści od mocnego uderzenia. Od razu, z grubej rury i prosto z mostu. Tutaj może nie mamy do czynienia z mocnym uderzeniem w klasycznym znaczeniu tego słowa, ale na pewno taki początek pozostawia wiele miejsca na domysły. Nie mam pojęcia jak pachnie dramat, ale bardzo możliwe, że właśnie w podobny sposób. Ale hej, chwila. Eliza nie mogła umrzeć, bo spotkałam ją jakiś czas temu. Nieprawdopodobna zbieżność imion, tylko piegów mniej ;)

    • otfilulu pisze:

      Cierpliwości proszę nie odkładać na półkę, bo będzie tu jeszcze potrzebna zdaje się. Coś niezidentyfikowanego podkrada mi czas wolny.
      A po Twoim komentarzu zastanawiam się jakby zareagowała przypadkowa dziewczyna, do której bym podeszła z hasłem: „hej, napisałam o Tobie, masz na imię Eliza, i nikt nie wie czy żyjesz, bo lubię jak Selene kombinuje, więc zostawiam niedopowiedzenia, pa” :)

  84. ~Greenberry pisze:

    Jezu Święty. Teraz to się naprawdę boję.
    Bo garnitur, ta ceremonia, notka od Elizy… to nic dobrego nie zwiastuje.
    Ale przecież bez Elizy nie może być Elektrolizy, prawda?
    Prawda?

    [wcale się nie wydarłam na cały blok jak zajrzałam i zobaczyłam Elektroliza 2, wcaale]

    • otfilulu pisze:

      Niby tak, ale Eliza może być i nie być równocześnie, prawda?

      [wcale mnie to nie uszczęśliwia, wcaaale] :)

      • ~Greenberry pisze:

        Eliza ma być. Ma być bardzo. Bardzo z Bartkiem i bardzo w ogóle i ja nie akceptuję innej możliwości.
        I cały czas się bardzo, bardzo tego boję. I bardzo nie mogę doczekać

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>