Elektroliza

Rozdziały: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15

1.

Krótki trzask, iskra wyskakująca z gniazdka, swąd zwęglonych przewodów i ciemność.

-Kurde, znów wywaliłam korki, a jak spaliłam lapa to już w ogóle cudnie – Eliza z rezygnacją sięgnęła do szuflady biurka, przy którym siedziała.

Ze stoickim spokojem namacała latarkę, dbała o to, żeby zawsze była pod ręką, w mieszkaniu miała ich kilka. Tak samo jak zapasowe zasilacze do komputera i telefonu, opakowanie bezpieczników, taśmę izolacyjną i tuziny żarówek. Prąd za nią nie przepadał, a może właśnie lubił ją za bardzo. Odkąd pamiętała wciąż była przyczyną spięć, zazwyczaj dosłownie. Nikt nie zliczyłby ile lamp wydało ostatnie tchnienie kiedy dotknęła przełącznika, ile suszarek skonało w jej dłoniach rozżarzając się do czerwoności, ile wydawałoby się nowych baterii okazywało się bezużytecznych chwilę po instalacji. Już jako siedmiolatka potrafiła własnoręcznie skracać spalone kable i ratować niedziałające wtyczki. Może nigdy nie nauczy się porządnie gotować ale elektryka nie miała dla niej tajemnic. Jeżeli dorastasz w otoczeniu notorycznie gasnących ekranów, strzelających żarówek i zanikającego napięcia takie umiejętności stają się nieodzowne.

Wytyczając sobie kierunek niebieskawym strumieniem światła Eliza dotarła do zagraconego korytarza i wspinając się na palce namacała przycisk bezpiecznika. Oczywiście nie chciał zaskoczyć od razu, musiała go wykręcić, ostudzić i ponowić próbę. Odziedziczona po babci kawalerka nie ułatwiała zadania, wiekowe instalacje, oparte o staroświeckie i niejednokroć partyzanckie rozwiązania same prosiły się o awarie. Eliza była tylko dodatkowym czynnikiem podnoszącym ich częstotliwość. Ale za żadne skarby świata nie pozbyłaby się tego ciasnego mieszkania, w którym rury potrafiły zawyć potępieńczo w samym środku nocy, wąskie okna dawały światła akurat tyle żeby można było dostrzec stare zacieki na suficie i pajęczyny w rogach pokoju a w zimie nie istniał żaden sposób na uzyskanie temperatury wyższej niż kilkanaście stopni. Tylko, że to było jej mieszkanie, w starej kamienicy, o rzut kamieniem od rzeszowskiej starówki, mieszkanie, za które zapłaciła, a właściwie, którym zapłacono za nią.

Babcia od zawsze rządziła w rodzinie. Nie było odwołania od jej postanowień i nie było chojraka, który by im się przeciwstawiał. Nawet dziadek, kiedy jeszcze żył, nie miał odwagi wchodzić w drogę swojej małżonce. Wolał usuwać się na bok i przyglądać z wstrzemięźliwym zachwytem zamieszaniu jakie kreowała jego rudowłosa piękność. Tak było latami, a kiedy starsza pani zaniemogła a po mężu pozostała już jedynie wyblakła fotografia ustawiona na komodzie nastąpiła kolejna wymuszona rewolucja. Średnia wnuczka, nie najstarsza, bo ona za bardzo ugania się za chłopakami, ani najmłodsza, te ciepłe kluchy. Średnia, Eliza, przeprowadzi się do Rzeszowa, w środku semestru, zmieni szkołę i będzie przy babci, będzie pomagać a przy okazji nabędzie praw do lokalu. Nawet bez tego koronnego argumentu nikt nie sprzeciwiłby się woli seniorki rodu, jednak była to prawdziwa zachęta. Mieszkanie, dobra lokalizacja, niewielki czynsz jak na kamienicę. Eliza wiedziała, że w głowach rodziców rozpoczęły się skrupulatne przeliczenia. W ich domu nigdy się nie przelewało, a to był naprawdę łakomy kąsek. Babcia nie byłaby jednak sobą, gdyby nie pokrzyżowała wszystkich tych złotych planów. Jeszcze zanim zniknęła na zawsze wymogła na wnuczce przyrzeczenie, że nigdy nie sprzeda swojego spadku. Eliza obiecała, jak mogłaby odmówić? I tym samy skazała się na izolację, bo rozczarowany jej decyzją ojciec, w którego notesie szacowana kwota ze sprzedaży została już rozpisana co do grosika, oświadczył, że nie ma zamiaru dokładać do tej fanaberii. Skoro córka chce być wierna swoim obietnicom niech sama spróbuje się utrzymać. A jak zmądrzeje, niech wraca. Nie wcześniej.

I tak oto Eliza zyskała wolność. Czy bilansowało to straty? Nie była przekonana. Ale kiedy tak stała w całkowitych ciemnościach, podrzucając w ręku stygnący bezpiecznik nadal była pewna, że nigdy, przenigdy nie sprzeda tego miejsca. I nigdy, przenigdy nie pozwoli się już kupić. Komukolwiek.

Kolejna próba przywrócenia zasilania zakończyła się sukcesem i w mieszkaniu rozbłysły lampy, stara lodówka zarzęziła w kuchni, a migocząca kontrolka laptopa oznajmiła, że nie wszystko stracone.

-Tym razem bez ofiar, nieźle – dziewczyna pomachała z zadowoleniem do wiszącego na przeciwległej ścianie lustra. Przyglądała się sobie przez chwilę. Podobno bardzo przypominała babcię, ale ona sama nie mogła doszukać się tego podobieństwa. Zapewne sprowadzało się jedynie do koloru włosów, rude jak tylko mogły być, związane w niedbały kucyk na czubku głowy.

-Wyglądasz jak Mimbla – Eliza wystawiła język swojemu odbiciu zabawnie marszcząc przy tym piegowaty nos.

Piegi pokrywały całą jej trójkątną twarz, a także dekolt, ramiona i dłonie. Babcia była kiedyś piękną kobietą, natomiast Eliza zawsze uważała, że narysowała ją Tove Jansson. Jedyny element, który wydawał jej się atrakcyjny to duże, ciemnoczekoladowe oczy i długie rzęsy, które pociągnięte brązowym tuszem dodawały jeszcze głębi jej spojrzeniu. Ale to było wszystko i nie miało najmniejszego znaczenia. Nie, kiedy piątkowe wieczory spędza się w domu w towarzystwie komputera. No właśnie, należało sprawdzić, czy aby wszystko w porządku i pewnie podłączyć nowy zasilacz, bo zdaje się, że poprzedni właśnie dokonał żywota.

Przechodząc do pokoju przystanęła w progu zastanawiając się chwilę, a potem ostrożnie podeszła do ustawionej w kącie lampy. W nabożnym skupieniu pociągnęła za sznureczek zwisający spod klosza i przez chwilę przyglądała się swojemu cudowi. Odziedziczyła ją z całym mieszkaniem i nie było dla niej cenniejszego przedmiotu. Laburnum ”22, replika Tiffany’ego rozjarzyła się tysiącem kolorowych światełek, drobne witrażowe szkiełka imitujące listki i kwiaty złotokapu były swoistym dziełem sztuki, które nieodmiennie fascynowało Elizę. Z westchnieniem zgasiła lampę, lepiej nie kusić losu, dość spięć na dziś. Pod powiekami drgały jeszcze przez chwilę różnobarwne plamki by jedna po drugiej gasnąć i znikać.

Wróciła do komputera i uruchomiła go. Przywróciła ustawienia sprzed katastrofy i głośno wciągnęła powietrze.

-A jak to się stało? – zadała retoryczne pytanie.

Komentarz, pisania którego była w trakcie, zanim ciemności opanowały ziemię, dziwnym trafem opublikował się samodzielnie. I wywołał dyskusję. Zaczęła przeglądać odpowiedzi na swoje niezupełnie poprawne podsumowanie ostatniego meczu. Szczególnie jeden użytkownik zwrócił jej uwagę, na tyle skutecznie, że po chwili wahania zamieściła kolejną wiadomość.

FORUM

Na reakcję nie musiała czekać długo i uśmiechnęła się czytając. Dobrze, że Milczek, kimkolwiek jest, nie okazał się jednym z tych internetowych cwaniaków, którzy zawsze muszą mieć rację, a błąd jest ostatnim do czego mogą się przyznać. I w ogóle, miło dowiedzieć się o sobie czegoś takiego.

FORUM

Eliza wyłączyła komputer i ścieląc łóżko zastanawiała się chwilę nad ostatnim komentarzem. Nie mogła sobie przypomnieć, żeby kiedykolwiek brała udział w bezpośredniej wymianie zdań z tym użytkownikiem. Przewijał się w kilku wątkach, ale jedynie jako kolejny uczestnik dyskusji. Ona nie byłaby w stanie przytoczyć żadnej z jego wypowiedzi, a on ją w jakiś sposób zauważył. A może to tylko zwykła kurtuazja i za bardzo przejmuje się czymś co zostało napisane jedynie przez grzeczność? Mimo starań nie potrafiła jednak nie uśmiechać się na myśl, że kogoś zainteresowała, choćby na moment. To nie zdarzało się jej zbyt często i z trudem rezygnowała z tego uczucia. Zasypiając stwierdziła, że lubi wilki.

2.

-Uważaj dziecko! W moim wieku biodra są kruche jak porcelana – staruszka, która po zderzeniu z Elizą z trudem zachowała równowagę, obdarzyła winowajczynię gniewnym spojrzeniem sponad grubych szkieł okularów.

-Bardzo przepraszam pani Strużyńska, nie zauważyłam pani – dziewczyna kajała się ze skruszoną miną pragnąc jak najszybciej położyć kres nieoczekiwanemu spotkaniu. Aż za dobrze znała swoją sąsiadkę i czuła przez skórę zbliżającą się tyradę. W duchu przeklinała swoje roztargnienie. Pochłonięta własnymi myślami, przeskakując po dwa stopnie na raz, z całym impetem wpadła na wspinającą z mozołem babciną znajomą, prawie ją przy tym przewracając i wytrącając laskę z jej sękatej dłoni. Może i lepiej, bo pani Strużyńska nie byłaby od tego, żeby w razie potrzeby wygarbować skórę uprzykrzającej jej życie młodzieży.

-To po co tak lecisz na złamanie karku? Twoja babka zawsze mówiła, że co nagle to po diable. Powinnaś jej słuchać, jakbyś jej słuchała, to nie siedziałabyś teraz sama w tym pustym mieszkaniu czekając bóg wie na co, na zatracenie samo chyba. Kawaler by ci się jaki przydał, przestałabyś tak dziewczyno biegać bez celu tam i z powrotem. I naprawiłby może nam w końcu to światło, wczoraj znów musiałam sama korki włączać bo wybiło. Że też nikt z tym porządku nie zrobi, za co my płacimy? Żeby ciągle nas w ciemnicy trzymać? A rachunki za prąd takie, że uchowaj boże. I skąd na to wszystko brać? Pomyśli to kto? A gdzie leki, a jedzenie? O widzisz, jakbyś znalazła sobie w końcu jakiegoś adoratora to i finansowo pewniej, a nie chleb z serem topionym tylko. Kiedy ty ostatnio coś ciepłego zjadłaś? Chyba wtedy jak ten bigos gotowałaś, co go przypaliłaś. To też sobie nie pojadłaś, bo się jedynie do wyrzucenia nadawał. A na korytarzu to do dziś czuć spalenizną. Słuchaj się mnie dziecko, dobrze ci radzę, brzydka nie jesteś, ustatkujże się w końcu –  starsza pani ściskając nadgarstek Elizy w zaskakująco mocnym chwycie bez skrupułów wykorzystywała nadarzającą się okazję ulania wszelkich żali i wygłoszenia niepodważalnych opinii. A strategicznie ułożona laska skutecznie zagradzała drogę ucieczki przymusowej słuchaczce.

Scheda po babci obok niekwestionowanych zalet posiadała niestety pewne wady. Poza rozsypującą się instalacją elektryczną zdecydowanie należeli do nich lokatorzy, w przeważającej części seniorzy dysponujący pokładami wolnego czasu, który z uwielbieniem poświęcali na baczne obserwowanie otoczenia i dzielenie się wynikami tych obserwacji ze sobą nawzajem. Wiedzieli gdzie Eliza się uczy, gdzie pracuje, skąd pochodzi, ile ma sióstr i czym zajmują się jej rodzice. Wiedzieli również co jada na śniadanie, kiedy kupiła nowy płaszcz oraz że choinkę wyrzuciła dobre dwa tygodnie po Trzech Królach. I na podstawie tych informacji, nabytych podniesionym do rangi sztuki wścibstwem, każdy z wiekowych sąsiadów był przekonany, że to właśnie on potrafi najlepiej doradzić dziewczynie: co powinna zrobić i jak postąpić. Żaden z nich nie omieszkiwał udzielać zatem życiowych wskazówek we wszelkich sprzyjających okolicznościach. Tak jak teraz pani Strużyńska spod siódemki, mieszkająca tuż pod Elizą i ze względu na to dzieląca z nią uroki częstych spięć i awarii zasilania.

-To jak tam? Kręci się ktoś koło ciebie? – ciekawskie błyski zaigrały w szkiełkach okularów, kiedy staruszka nachyliła się poufale i jeszcze mocniej uścisnęła rękę dziewczyny – tylko lepiej żeby nie był z tej twojej pożal się boże uczelni. Szukaj dziecko prawnika albo lekarza. Polonista, co to za zajęcie w dzisiejszych czasach? Na chleb nie starczy.

-Ja panią bardzo przepraszam, ale strasznie się spieszę, mam jeszcze masę rzeczy do zrobienia – Eliza próbowała delikatnie oswobodzić się z pułapki, zarówno tej fizycznej uwalniając nadgarstek z kościstych palców sąsiadki jak i mentalnej nie dając się sprowokować do mało grzecznej odpowiedzi.

Ten sposób myślenia był jej znany, rodzice prezentowali podobne stanowisko, które stale podkreślali wymieniając atuty tak zwanych „porządnych zawodów” i tendencyjnie porównując je z dokonanym przez Elizę wyborem. Tymczasem dziennikarstwo to było jej marzenie i czuła dumę, że udało jej się ten cel osiągnąć, mimo zdecydowanego sprzeciwu ojca i nieskrywanego niezadowolenia matki. Kolejny prezent od babci, która całą mocą swojego autorytetu poparła wnuczkę i rozwiała dręczące ją wątpliwości jednym stwierdzeniem: to nie zawód ma być porządny tylko ty masz porządnie go wykonywać. I właśnie dziś nastał dzień, w którym Eliza zacznie praktycznie stosować się do tego przykazania.

Ekscytacja, która z takim impetem pchała ją w górę schodów, wróciła natychmiast, gdy tylko szczęśliwie unikając dalszych dociekań pani Strużyńskiej zamknęła za sobą drzwi mieszkania. Nie zdejmując butów i kurtki dziewczyna podbiegła do laptopa i niecierpliwie podrygując na krześle w oczekiwaniu na ekran logowania układała w głowie pierwsze zdania wiadomości. Musi mu podziękować, musi mu o tym powiedzieć. Nagle przypomniała sobie pytanie sąsiadki i zastygła w poszukiwaniu odpowiedzi.

Czy ktoś się koło niej kręci? Czy w ogóle można to tak nazwać? W jakiś sposób kręcą się koło siebie oboje. Ale tak trudno zrozumieć coś co dzieje się jedynie wirtualnie. Na pewno Kamil stał się dla niej kimś istotnym, skoro jest pierwszą i chyba nawet jedyną osobą, z którą tak bardzo chce się podzielić swoim dzisiejszym sukcesem. Kamil. Jeszcze do niedawna zaledwie anonimowy Milczek z forum. Od kilku dni Kamil. Czy wydarzyło się to jakoś szczególnie szybko? Raczej nie. Jak na internetowe standardy żadna ekstrawagancja. Od jednej publicznej dyskusji do drugiej, coraz częstsza wymiana postów, coraz większe wzajemne zrozumienie i czujne sprawdzanie, czy już jest, czy już odpowiedział. Potem naturalną koleją rzeczy priv, trochę inny charakter tych pisanych rozmów, bardziej osobisty. Powolne budowanie zaufania. I oto okazuje się, że nie ma już dnia bez Kamila, bez krótkich wiadomości zostawianych dla niej na koncie w siatkarskim portalu, bez subtelnych jak puszczenie oczka drobnych wewnętrznych odniesień w ogólnie dostępnych wypowiedziach, specjalnie dla niej, bo nikt inny nie był wtajemniczony w ich prywatny dwuosobowy światek.

Eliza w przypływach zdrowego rozsądku karciła się za tę wstydliwą znajomość. Rzeszów od Poznania dzielą setki kilometrów i miliony niewypowiedzianych przeszkód, a ona brnie na oślep w otumaniającą relację z chłopakiem, o którym wie tyle ile on sam uzna za stosowne jej o sobie napisać. A ona może tylko zakładać, że decyduje się być w tym szczery. Jednak te krótkie momenty sceptycznego zawahania znikały równie szybko jak się pojawiały. Wystarczył avatar z wilkiem pojawiający się w „otrzymanych” i uśmiech jaki towarzyszył Elizie podczas odczytywania nowej wiadomości.

Czy ktoś się koło niej kręci? Och, jak bardzo by chciała, żeby tak właśnie było.

FORUM

I jak ma mu napisać, że problemem są jak zwykle pieniądze? Nie stać jej na dobrego korepetytora, nawet na słabego może nie być ją stać. Tak wiele rzeczy rozbija się w jej życiu o to samo. Odkąd babcia umarła, a ojciec w imieniu pozostałej części rodziny kategorycznie odmówił wsparcia, liczenie złotówek urosło dla Elizy do rangi rytuału. W pierwszej kolejności czynsz i rachunki, potem szkoła i wydatki z nią związane, następnie minimum żywieniowe i może coś na później, bo ostatecznie i najlepsze buty się rozpadną, a na samym końcu przyjemności. Na samym końcu czyli nigdy. Ale z tym można żyć, bo i tak nie byłoby czasu na jakiekolwiek wyjścia czy zabawę. Przecież na wszystkie punkty poprzedzające utopijną rozrywkę trzeba jakoś zarobić. Była więc stacja benzynowa na nocnej zmianie, gdzie okoliczne pijaczki wpadały po uzupełnienia starając się za każdym razem wytargować nierealny upust, gdzie nocny patrol policji zamawiający stale tę samą kawę zasypywał ją mało śmiesznymi żartami o rudych i piegowatych, gdzie dożywotnio nabyty wstręt do hot-dogów wyleczył ją z wszelkich fastfoodów, ale i tak nie przemógł do nauki gotowania. A pieniędzy jak było za mało przedtem, tak było za mało nadal. Pojawiły się zatem licencjaty, wypracowania i rozprawki dla licealistów. Czarny rynek wiedzy miał się dobrze i choć Eliza nie czuła się w tym procederze komfortowo cotygodniowa ceremonia przeliczania waluty nieodmiennie skłaniała ją do wzięcia kilku kolejnych zleceń.

A teraz miała nadzieję powiedzieć dość, przynajmniej tej paskudnej stacji benzynowej, bo wreszcie znalazła zajęcie, któremu chciała poświęcić większość energii i zaangażowania. Umowa na okres próbny w elektronicznym wydaniu rzeszowskiego tygodnika brzmiała dla niej jak bajka i Eliza nadal walczyła z ochotą szczypania się po udach żeby upewnić się, że jednak nie śni. Prawdziwa praca w prawdziwej gazecie. Pieniądze wypłacane na konto a nie podawane „pod stołem”. I rozmowa kwalifikacyjna, która mimo całego stresu z jakim dziewczyna musiała stoczyć walkę, przebiegła tak, jakby była jedynie formalnością. Kamil przekonywał ją, że powinna odpowiedzieć na ogłoszenie, które osobiście jej podsunął i miał w stu procentach rację. Gdyby nie on…

FORUM

Eliza nie umiała określić skąd to drżenie dłoni i rumieniec oblewający jej twarz. Czy tak bardzo nieudolnie skrywała swoją sytuację, że bez trudu domyślił się co może być dla niej kłopotem? Czy to intuicja? A może sam jako były student doskonale wiedział jak ciężko czasami wygospodarować dodatkowe fundusze? Dlaczego nie jest zakłopotana tylko wzruszona jego troską? I przede wszystkim, czy powód dla którego poprosił o numer to może być jedynie wymówka? A może ona sama wmawia sobie coś czego bardzo by chciała, a co wcale nie musi mieć miejsca? Czy on się jednak koło niej kręci?

Siedziała na łóżku obracając w dłoniach telefon i spoglądając w okno, a właściwie w odrobinę jaśniejszą szarość obrysowaną konturem framugi. W pokoju panowała ciemność. Kolejna spalona żarówka, wymieni ją rano, dziś i tak powinna już zasypiać. No właśnie, powinna, ale nie mogła. Czekała bojąc się przyznać przed samą sobą z jakiego powodu. Miała nadzieję podziękować komuś ważnemu, za coś co zrobił dla niej zupełnie bezinteresownie, komuś, kto, żeby mogła z nim porozmawiać po raz pierwszy, musiałby się najpierw sam odezwać.

Mark, jej korepetytor zadzwonił jeszcze tego samego wieczoru umawiając się na pierwszą lekcję. Stawka jakiej zażądał była śmiesznie niska, ale nauczyciel zarzekał się, że ze względu na wieloletnią znajomość z tatą Kamila bierze opłatę z czystej formalności, bo tak naprawdę jest to przysługa, którą świadczy z przyjemnością. Rozmowa przeprowadzona z zaskoczenia w obcym języku pomogła Elizie nabrać jeszcze większej pewności siebie. Nie jest z nią tak tragicznie, skoro bez istotniejszych zająknięć dogadała się z Brytyjczykiem. Jest z nią całkiem nieźle, skoro dostała tę wymarzoną pracę. Rokuje nadzieje, skoro nadal walczy o swoją niezależność i potrafi utrzymać się samodzielnie. A poczułaby się naprawdę dobrze, gdyby prośba o jej numer okazała się jednak pretekstem.

-Wreszcie – powiedziała na głos gdy telefon wibrował w jej dłoni. Sms z krótkim pytaniem czy wszystko dograne. W Elizie radość i rozczarowanie toczyły walkę o pierwsze miejsce. Oba uczucia musiały przegrać z nagłym impulsem. Cały ten dzień dodający jej wiary we własne możliwości znalazł ujście w naciśnięciu jednego przycisku, cała nabyta odwaga została skumulowana w opuszce palca. I spożytkowana do wysłuchania czterech niesamowicie dłużących się sygnałów, po których wreszcie rozległo się krótkie, chropowate:

-Cześć.

-Cześć, przepraszam, że tak późno, ale chciałam ci podziękować, bo naprawdę dziś wydarzyło się tyle dobrego, i we wszystkim w jakiś sposób brałeś udział. Dawno nie miałam tak udanego dnia i cieszę się, że mogę się z tobą tym podzielić. Bardzo dziękuję za Marka, jest świetny i nie wiem jak to zorganizowałeś, ale nie odwdzięczę się chyba nigdy – Eliza mówiła szybko, bała się, że jeżeli przerwie choć na moment zamilknie nieodwracalnie i cała ta rozmowa stanie się tragiczną, uwierającą pomyłką.

-Nie ma za co – Kamil mówił półgłosem i jakby z ociąganiem – wybacz, ale to nie jest dobry moment.

-Jasne – nie zdążyła powiedzieć nic więcej. Rozłączył się. Tak po prostu.

Eliza siedziała sparaliżowana, nie zdołała jeszcze ustalić jak potężną idiotkę z siebie zrobiła. Dłonie znów jej drżały, wargi również. Zadrżał także telefon.

SMS

W ciemnościach jej pokoju ekran wyświetlacza telefonu jarzył się jeszcze długo. Zanim ostatecznie pożegnali się przed snem wykonali kolejny krok zmieniając internetową znajomość w coś ważniejszego. Na razie tego nie nazywali, nie oklejali etykietkami, nie składali oświadczeń, ale jednego Eliza była pewna. Kręcili się koło siebie.

3.

Tak zwyczajnie na niego wpadła, jak gdyby to było normalne, codzienne, przewidywalne. Po prostu zderzyła się z nim zagapiona w cudowne witrażowe mozaiki wypełniające drzwi prowadzące do przedsionka kamienicy. Chociaż Eliza widziała je już kilkanaście razy, z ich powodu spóźniła się na pierwsze, drugie i zdaje się czwarte zajęcia z Markiem, to i tak nadal nie była w stanie minąć ich obojętnie. Musiała przynajmniej przez chwilę zachwycić się światłem przenikającym kolorowe szkło, zastanowić się kto mógł być twórcą zatopionych w ołowiowych ramkach misternych wzorów, powstrzymać się od dotknięcia egzotycznych kwiatów i sięgnięcia do przycupniętego w rogu szklanego motyla. Już nie dziwił ją specyficzny system zabezpieczeń wejścia do budynku, podwójne przejście, zewnętrzna brama chroniona domofonem i klatka schodowa oddzielona sterowaną elektrycznie kratą. Gdyby Eliza była w posiadaniu takiego cudeńka też otoczyłaby je należną opieką, podobnie jak strzegła swojej ukochanej lampy nie zgadzając się na jakąkolwiek obcą ingerencję, choćby miała ona polegać jedynie na niewinnym muśnięciu klosza.

A dziś jej fascynacja zemściła się na niej ponownie. Wracając do domu i jeszcze raz oglądając się na bajkowe drzwi zaliczyła bolesne spotkanie z czyimiś plecami. Odbiła się od nich z głośnym jęknięciem i klapnęła na ziemię. Zdarza się, nic nadzwyczajnego. No może niezupełnie, bo właściciel pleców nie był przeciętny. Kiedy Eliza spojrzała na niego z poziomu posadzki pomyślała, że perspektywa spłatała jej psikusa. Nie można mieć takich długich nóg, w ogóle to niezdrowe być takim długim. Potem, gdy skorzystała z wyciągniętej pomocnej dłoni, też niemałej, mamrocząc przy tym nieskładne przeprosiny, doszła do wniosku, że nic tu się nie zgadza, że to wcale nie jest normalne, że chyba…

-Zwariowałam – stwierdziła całkiem wyraźnie – wzięłam i oszalałam i zaczynają mnie odwiedzać wytwory mojej połamanej psychiki. To może być z przemęczenia.

-Słucham? – stojący przed nią mężczyzna uśmiechał się szeroko nie wykazując żadnej ochoty na efektowne zniknięcie, rozpłynięcie się w powietrzu czy choćby stanie się delikatnie przezroczystym. Wyglądał solidnie i całkowicie realnie. Był solidnym i całkowicie realnym Bartkiem Kurkiem. TYM Bartkiem Kurkiem. I zanim Eliza zapanowała nad swoim językiem zapytała o to wprost:

-Ty jesteś TEN Bartek Kurek? Powiedz, że tak bo ja nie chcę do Straszęcina.

-Czemu akurat do Straszęcina? – przypuszczalnie iluzoryczny siatkarz postanowił potrzymać ją w niepewności co do stanu zdrowia.

-Bo tam jest ośrodek zamknięty, gdzie będą potrafili mi pomóc jeśli aż tak mi odbiło. Przecież nie mogę wpadać na reprezentantów kraju bądź gdzie. A za chwilę pojawi się tu jeszcze Drzyzga, albo Kłos a ja zacznę krzyczeć – Elizę powoli przerastał surrealizm całej sytuacji.

-No Drzyzga to zupełnie możliwe, Kłos dopiero za dwa tygodnie, jak przyjedzie ze Skrą na rewanż – Chyba-Kurek zaśmiał się głośno – a w ogóle to to nie jest bądź gdzie bo ja tu mieszkam. Ale ty nie – wskazał na nią oskarżycielsko palcem – przyznaj się, przyszłaś wydłubać sobie jakieś szybki?

-Słucham? – teraz z kolei na jej twarzy zagościło zaskoczenie – że po co?

-No po nie – chłopak machnął ręką w kierunku witrażowych drzwi – co jakiś czas ktoś próbuje je podwędzić, stąd te kraty. Nie udawaj, że nie wiesz.

-Chyba zwariowałeś – Eliza w oburzeniu zapomniała, że jeszcze przed chwilą orzekła ten stan u siebie samej.

-Myślałem, że ty – siatkarz nie omieszkał jej o tym przypomnieć, w oczywisty sposób droczył się a ironiczny uśmieszek nie znikał z jego warg.

-Coś w tym jest, skoro słucham spokojnie jak ktoś posądza mnie o kradzież, ale właśnie mi przechodzi, cudownie mnie uzdrowiłeś – babciny temperament pojawiał się zawsze, kiedy był potrzebny.

Dziewczyna wyprostowała się dumnie, zwinnie wyminęła gwiazdę Resovii i sięgnęła do przycisku uruchamiającego cyfrowy zamek wyjściowych drzwi. I zanim jeszcze poczuła jak elektryczny impuls prawie pieszczotliwie podnosi włoski na jej przedramieniu dotarło do niej, że to nie był najlepszy z jej pomysłów. Błysnęło i pociemniało. Coś zgrzytnęło, metaliczny trzask wydobył się z masywnych stalowych skrzydeł prowadzących na ulicę i równocześnie gdzieś za ich plecami rozległ się podobny dźwięk, wydany przez kratę wiodącą w głąb budynku. A Bartek Kurek westchnął załamany:

-Właśnie spóźniłem się na trening rudowłosa wiedźmo.

Mecze Asseco ze Skrą zawsze były wydarzeniem i szczelnie wypełniały każdy obiekt. Tego wieczoru hala Podpromie pękała zatem w szwach i trudno było dopatrzeć się wolnych miejsc. Przeważały klubowe, biało-czerwone barwy gospodarzy, kibice Skrzatów ściśnięci na jednej trybunie ponosili zupełne fiasko próbując zaznaczyć swoją obecność a Resovia niesiona dopingiem grała jak z nut. Choć nie obyło się bez słabszych momentów, a właściwie mniej świetnych. W starciu tytanów nikt nie pozwalał sobie na dekoncentrację, to Bełchatów przechodził czasami sam siebie walcząc zażarcie o każdy punkt. Punkt, który, będąca u siebie Resca, oddawała nadzwyczaj niechętnie. Prawdziwa sportowa uczta, siatkówka na najwyższym poziomie, widowisko jakiego należało oczekiwać biorąc pod uwagę jakie nazwiska pojawiały się na parkiecie po obu stronach siatki.

Eliza chłonęła atmosferę, dała ponieść się euforii i żywiołowo reagowała na wynik każdej pojedynczej akcji. Dotychczas mecze ukochanej drużyny oglądała jedynie za pośrednictwem niezupełnie legalnych internetowych streamów, luksus zakupu biletu nie mieścił się w jej ograniczonym budżecie. Ale dziś, zaopatrzona w służbowy laptop, plakietkę z nazwą redakcji i smycz z zalaminowaną akredytacją dziennikarską upijała się szczęściem płynącym z bycia tak blisko boiskowych wydarzeń. Starała się nie zaniedbywać pracy, pieczołowicie zamieszczała kolejne informacje o przebiegu spotkania redagując relację na żywo, i była zadowolona, że nie musi skrywać swojej zadeklarowanej sympatii do miejscowego klubu. W końcu pracowała w rzeszowskim tygodniku, w tygodniku, gdzie jakimś niesamowitym zrządzeniem losu nikt nie szalał za siatkówką na tyle, aby przedłożyć ją ponad rozgrywany w tym samym czasie żużlowy pojedynek Stali z tarnowskimi Jaskółkami. Poza Elizą, która na samą wiadomość o przydzielonym jej zadaniu zaczęła podskakiwać w miejscu jak ruda, szalona pingpongowa piłeczka. Dokładnie w ten sam sposób jaki prezentowała teraz, gdy Schops efektownym atakiem po skosie ominął ustawiony przez Skrę podwójny blok i zakończył tym samym trzeci set. Na elektronicznej tablicy wyników zamigotały cyferki oznajmiając, że dwa do jednego dla Resovii, a Eliza skrzętnie odnotowała ten fakt na stronie gazety.

Przerwa, zmiana stron, zawodnicy z pierwszej szóstki odpoczywający na krzesełkach, rezerwowi rozgrzewający się na wolnej przestrzeni boiska. Chwila wytchnienia, którą można przeznaczyć na rozglądanie się po hali i uśmiechanie do samej siebie. Kolejny dobry dzień. Eliza zastanawiała się, jak bardzo nastrój może wpłynąć na postrzeganie świata. Wszystko wydawało jej się dziś radosne i promienne. Nawet chłopcy z mopami przygotowujący w skoordynowanej sekwencji płytę przed kolejną odsłoną meczu. Bieg, zatrzymanie, nawrót w określonej kolejności, znów bieg, rutyna zakłócona przy ostatniej rundzie, kiedy moper poruszający się po zewnętrznej nieuważnie podciął nogę jednego z siatkarzy. Znany jej dobrze numer jeden obrzucił dzieciaka gniewnym spojrzeniem, otworzył już nawet usta z zamiarem reprymendy, ale gwizdek sędziego zmusił go do powrotu w wyznaczony taśmami kwadrat.

Incydent bez znaczenia, który przypomniał Elizie o nieskończenie dłużących się dwudziestu minutach uwięzienia z Kurkiem pomiędzy zatrzaśniętą kratą a jeszcze bardziej zatrzaśniętymi drzwiami. W tym czasie Bartek zdążył: obarczyć ją winą za karane dodatkowymi okrążeniami hali spóźnienie na trening, dwukrotnie nazwać rudą, w tym raz wiedźmą, stwierdzić, że jest niesamowicie piegowata, ponownie oskarżyć o próbę włamania zakończoną klęską elektryczną, nastraszyć, że już nigdy jej tu nie wpuszczą, po tym jak ochrona budynku dowie się, że zepsuła super wymyślne zamki jednym dotknięciem włącznika oraz oznajmić z uśmiechem na ustach, że rude to nie fałszywe tylko obłąkane. Właściwie uśmiech nie schodził mu z twarzy, jakby to jak mocno ją irytuje i wyprowadza z równowagi sprawiało mu mega frajdę. Pod kpiącym spojrzeniem jego jasnobłękitnych oczu Eliza czuła, że gotuje się w środku i, co dotąd całkowicie wykluczała, staje się jeszcze bardziej ruda i piegowata. Z ulgą powitała wąsatego pana Lesia, który uwolnił ich z potrzasku i była nawet gotowa z tej radości puścić w niepamięć wszystkie złośliwości i przycinki siatkarza oraz sprowadzić tę przygodę jedynie do niecodziennego spotkania z TYM Bartkiem Kurkiem. Jednak gdy usłyszała jak Bartosz napomina stróża, żeby w końcu zrobił porządek z domofonem, bo to już trzeci raz w tym tygodniu jak się w ten sposób zacina, energicznie obróciła się na pięcie niechcący wypełniając przestrzeń burzą rudych pasemek i bez pożegnania wybiegła z kamienicy. Jeszcze długo gonił ją perlisty śmiech atakującego Resovii i skrzeczący głos dozorcy:

-Ale rudzielec panie Bartku, a słyszał pan, że rude to fałszywe?

Nie była z siebie dumna, ale widząc, że dziś Kurek grzeje przysłowiową ławę i chyba nie jest brany pod uwagę w rozpiskach trenera Kowala czuła przewrotną satysfakcję. Przypuszczała, że jego nerwowe zachowanie też ma źródło w odstawieniu od wyjściowej szóstki. Utwierdziła ją w tym scenka, której była świadkiem w trakcie przerwy technicznej czwartego seta. Bartek przywołał do siebie skinieniem dłoni chłopca, który tak niefortunnie uderzył w jego nogę i nachylając się nad nim mówił coś szybko patrząc mu z bliska w oczy. Musiało to być bardzo dosadne i przykre, bo dziecko wracając na swoje miejsce ukradkiem otarło policzki. Eliza zazgrzytała zębami, jakim trzeba urodzić się dupkiem, żeby wyżywać na maluchu swoje nieuleczalne frustracje? Wbiła w stojącego z resztą drużyny zawodnika pełne złości spojrzenie. Chyba je poczuł, bo nagle jakby się otrząsnął i bezwiednie obrócił głowę w jej kierunku. Wydawał się zaskoczony, ale dziewczyna nie spuszczała z siatkarza wzroku tak długo aż nie poczuła, że przekazała mu już całą pogardę, jaką go w tym momencie darzyła. A potem wróciła do relacji wygrywanego przez Resovię meczu nie zaszczycając już Bartosza Kurka nawet ociupiną swojej uwagi. Choć kilka razy, sądząc po dziwnym, elektrycznym dreszczu, który przebiegł jej po plecach, wydawało się, że on zaszczyca ją swoją.

FORUM

Odzew z jakim spotkał się jej emocjonalny post zaskoczył Elizę. A później przeraził.

4.

SMS

Kamil jedynie podsycił w Elizie niepewność i zakłopotanie wynikające z popularności, jaką zaczęła cieszyć się wśród kibiców Resovii jej wypowiedź. Ponad dwieście odpowiedzi w wątku w ciągu niespełna dwóch dni robiło wrażenie i równocześnie przytłaczało. Ktoś jeszcze przypomniał sobie opisaną przez Żarówę sytuację, ktoś inny potwierdził. Następni włączyli się do potępieńczego chóru i nikt, dosłownie nikt nie stanął po stronie Kurka. Elizie trudno było ocenić na ile był to efekt jego zachowania na kolejnych meczach, kiedy typowy dla Bartka beztroski uśmiech i wygłupy zastąpiły grymas rozdrażnienia i gniewne ciskanie ręcznikiem czy klubową bluzą a na ile sympatii, jaką darzono w Rzeszowie Schops’a lub niezadowolenia niektórych z odejścia znakomicie radzącego sobie w Zaksie Konarskiego. Ale nagonka na numer jeden nie słabła i autorce zamieszania z każdym dodawanym przez kolejnych użytkowników postem ciężej było pozbyć się poczucia winy.

Kamil też miał do niej pretensje, bo nigdy nie przepadał za takim jednostronnym, publicznym piętnowaniem kogokolwiek. Twierdził, że nikt nie jest czarny albo biały, każdemu zdarzają się pomyłki a tylko nasza ułomna ludzka mentalność napędza nas do ferowania małostkowych opinii, dzięki temu sami czujemy się lepsi. Trudno było się z tym nie zgodzić. Jeszcze trudniej było przyznać się do błędu. Nawet w stosunku do osoby, która stała się dla Elizy najbliższym powiernikiem, nadzieją na coś dobrego, marzeniem.

Ich znajomość okrzepła, utrwaliła się w wirtualnych ramach, i coraz mniej przeszkadzało, że opiera się na tysiącu literek. Po kilku sztucznych, nienaturalnie krępujących próbach telefonicznych rozmów dziewczyna zaprzestała zmuszania do nich Kamila. Jego wstrzemięźliwe zachowanie złożyła na karb nieśmiałości, którą o wiele łatwiej ukrywa się pisząc niż mówiąc. I nie miała o to żalu, bo jak mogłaby gniewać się, gdy krótkie tekstowe wiadomości witały ją co rano a wieczorne wymiany smsów potrafiły trwać jeszcze grubo po północy. Choćby z tego względu Eliza nie podejrzewała już Milczka o prowadzenie podwójnego życia, o sekrety objawiające się nieudanym małżeństwem. Nie miałby możliwości poświęcać jej aż tyle czasu, interesować się jej codziennością, pamiętać o najdrobniejszych wydarzeniach. Bo czy ktoś, kto odprowadza dzieci do przedszkola i ciągle sprawdza, czy do jego telefonu nie dobrała się zazdrosna żona pytałby czy znalazła tę rękawiczkę, którą gdzieś posiała poprzedniego dnia, wysyłałby zdjęcie opakowania twarożku śniadaniowego jako dowód, że dziś jedzą dokładnie to samo i czy potrafiłby w środku nocy napisać jednozdaniową wiadomość zalewającą czułością dziewczęce serce?

SMS

A teraz cała ta historia z feralnym postem w sprawie Kurka stawiała ich na przeciwległych krańcach barykady. Może nie wrogich, ale jednak oddzielonych jakąś dziwną urazą, niezrozumieniem, zawodem. Choćby z tego powodu Eliza chętnie cofnęłaby czas i zamiast „opublikuj” wykasowałaby cały ten podszyty złością komentarz. Bała się, że traci w oczach Kamila, że pokazała się z gorszej, niesympatycznej strony, że między nimi może nie być już tak samo, tak blisko, ciepło, magnetycznie. Kilka dni później niespodziewanie okazało się, że problem jest nieco większy, a uwolnienie się od myśli  z rodzaju: „gdybym wiedziała, że tak się to skończy, to nigdy…” można wpisać na listę pobożnych życzeń.

Zawodnicy schodzili do szatni, opuszczone głowy i zacięte spojrzenia, niespodziewana porażka z Jastrzębskim bolała i złościła. Jednych jak Krzyśka Ignaczaka mniej widocznie, innych, jak Nowakowskiego raczej wewnętrznie a niektórych aż za bardzo. Do ostatniej grupy niewątpliwie należał Bartosz Kurek. Dziś grał, całe męczące pięciosetowe spotkanie spędził na boisku i choć zrobił co do niego należało, punktował, blokował, zagrywał na nic to się zdało. Nie tylko polegli w tie-breaku, ale i kibice nie zareagowali szczególnie pozytywnie na jego starania. Znów z biało-czerwonych trybun dało się słyszeć pojedyncze gwizdy, znów ktoś z tłumu krzyknął do przechodzącego obok zawodnika:

-Co, nie umiałeś ich zmusić do płaczu? Za dorośli?

Kurek, który rozglądał się właśnie w poszukiwaniu autora złośliwej uwagi natrafił przypadkowo na twarz obserwującej zdarzenie Elizy. Przygryzła wargi. Kamil miał rację, wstrętna, krzywdząca łatka, z jej i wyłącznie z jej winy. I nagle struchlała. Wiedział, sposób, w jaki na nią patrzył ponad głowami stojących między nimi ludzi wyrażał wszystko. On też ją winił. Pomyślała, że powinna go przeprosić, zrobić coś co zdjęłoby z niej ten oskarżycielski, rozżalony wzrok. Zamiast tego stchórzyła, odwróciła się i szybkim krokiem ruszyła w stronę wyjścia. Nie widziała gestu, jakim siatkarz wskazał ją postawnemu ochroniarzowi. Gdyby to zauważyła miałaby może jakąś szansę, a tak została chwycona za łokieć, odciągnięta na bok i poinformowana:

-Poczekasz tu, pan Kurek chce z tobą porozmawiać.

Więc czekała nerwowo przestępując z nogi na nogę i czerwieniąc się pod czujnym spojrzeniem pilnującego ją mężczyzny. Trwało to dość długo, zawodnicy rozciągali się po meczu i przebierali w szatni, a ona stała w kącie hali szukając sensownego wytłumaczenia, jakiejkolwiek obrony. Nie było jej dane skorzystać z tego co wymyśliła. Bartek pojawił się obok i władczo przejmując ją od ochroniarza rzucił przez zaciśnięte zęby:

-Idziemy Ruda.

Poprowadził ją na parking i przesadnie ugrzecznionym gestem zaprosił do swojego land rover’a. Jego ironiczny uśmieszek ostrzegał przed próbą ucieczki, Eliza potulnie wsiadła do samochodu. Kurek rozparł się wygodnie w fotelu kierowcy i nie spoglądając na dziewczynę zapytał:

-Dobrze się bawisz? Zadowolona? Dałaś mi radę, brawo.

-To nie tak, to wymknęło mi się spod kontroli, nie chciałam – nie miała zamiaru wypierać się i udawać, że nie wie o co chodzi. Przedłużyłoby to jedynie nieprzyjemną konfrontację i wcale jej nie ułatwiło. Eliza czuła jak jej żołądek skręca się w ciasny supeł, niech już wydrze się na nią, zmiesza z błotem i pozwoli odejść.

-Chciałaś. Już wtedy, gdy tak na mnie popatrzyłaś w trakcie meczu doskonale było to widać. Ale to koniec twojej małej perfidnej zabawy, teraz moja kolej – sięgnął do wiszącego na jej szyi służbowego identyfikatora – Ładna plakietka – stwierdził obracając ją na wszystkie strony – znany tygodniczek, pewnie lubisz tę pracę. Nierozsądnie byłoby ją stracić, w taki głupi sposób.

Milczała zdjęta strachem. Nie dopuszczała do siebie myśli, że mógłby to rzeczywiście zrobić a jednocześnie przez jej głowę przewijał się scenariusz, w którym siatkarska gwiazda odwiedza redakcję, rozdaje autografy i wyraża małą, tycią, tyciutką prośbę. O jedno niewielkie zwolnienie nic nieznaczącego pracownika, nawet nie na pełnym etacie. Byłby do tego zdolny, to jak skarcenie małego chłopca, który pomylił rytm, źle wyliczył odległość.

-Ale mam propozycję, możesz sobie pomóc – Bartek kontynuował, niezrażony panującą we wnętrzu samochodu grobową ciszą – Widzisz, tak się korzystnie dla ciebie składa, że ta twoja gazetka zaproponował mi serię felietonów na ogólno-sportowe tematy. Mogłoby to ocieplić mój aktualny wizerunek – rzucił jej badawcze spojrzenie, zrozumiała aluzję – ale musiałbym umieć pisać. A ja, nie wiem czy zauważyłaś, raczej skupiam się na innych zajęciach i nie mam zamiaru tego zmieniać, choć coraz więcej osób by sobie tego życzyło.

-Nie rozumiem do czego zmierzasz – Eliza skłamała cicho i bez przekonania. Nie trudno było się domyślić co za chwilę usłyszy.

-Ty je napiszesz, te felietony, dziesięć sztuk – rzucił jakby od niechcenia – Tak pięknie ci idzie na forum, poczytałem sobie kilka twoich wypowiedzi, doskonały styl i znajomość zagadnienia. Szczególnie tą ostatnią notką na mój temat ujęłaś mnie za serce. Nie możesz mi odmówić, kiedy tak ładnie proszę – posłał jej promienny uśmiech by po chwili zaprezentować przerysowaną minę zbitego psiaka. Nie minął się z prawdą, gdy obiecywał, że teraz jego kolej na zabawę.

-Nie ma mowy – Eliza aż zachłysnęła się gniewem – nigdy się na to nie zgodzę. Posłuchaj Bartku, narobiłam dziadostwa, mam tego świadomość, spróbuję…

-Nie, to ty posłuchaj Ruda – przerwał jej gwałtownie po raz pierwszy okazując zdenerwowanie – zainicjowałaś ten cały antyruch co do mojej osoby, to przez ciebie mam problemy z klubem kibica i kiedy wychodzę na boisko mogę liczyć co najwyżej na kilka gwizdów. Nie wiem czy masz jakiekolwiek wyobrażenie co to za uczucie, kiedy twoja własna publiczność cię nie chce. Jesteś mi coś winna.

-I nie zmuszaj mnie do dzwonienia do twojej redakcji i załatwienia ci natychmiastowego zwolnienia – ciągnął dalej wypowiadając na głos jej najgorsze obawy – Dobrze wiesz, że nie zajmie mi to wiele czasu. Jesteś pewnie stażystką a ja mam być ich autorską gwiazdą. Zgadnij kogo wybiorą.

-Zatem szantaż? To jest dla ciebie rozwiązanie? – Eliza jeszcze próbowała się jakoś uratować, wybronić z tego chorego układu

-Ja tylko wyjaśniam ci twoje położenie. Potrzebuję tych felietonów, potrzebuję odbudować relację z otoczeniem. I uważam, że jest to zupełnie fair, skoro przyczyniłaś się do tej sytuacji to i powinnaś mieć wkład w wybrnięcie z niej. Potrafiłaś jednym głupim wpisem coś zepsuć to właśnie daję ci dziesięć odrębnych możliwości żeby to naprawić – teraz mówił spokojnie, jak gdyby tłumaczył małemu dziecku, że czy chce czy nie chce i tak będzie musiało w końcu iść do znienawidzonego przedszkola. Nie można przed tym uciec.

-Zastanowię się – uśmiechnął się tylko, tym razem bardziej ciepło niż złośliwie. Wygrał, postawił na swoim. Z jej strony była to jedynie daremna próba zachowania twarzy.

-Nie masz nad czym, pierwszy kawałek chcę zobaczyć do piątku, tu masz mój adres mailowy – Bartek wręczył jej małą karteczkę z zapisanymi danymi, widniał na niej również numer telefonu. I mała adnotacja: „postaraj się, to mają być twoje najlepsze teksty Ruda”. Był przygotowany, doskonale wiedział, jak to się skończy, zaplanował całą tę szopkę. Gdy Eliza czekała na niego zjadana przez zdenerwowanie i wyrzuty sumienia on już opracowywał idealny plan kontrataku. Teraz triumfował.

-Podwieźć cię? – spytał przekręcając kluczyki w stacyjce. Dziewczyna potrząsnęła rudą głową tłumiąc wściekłość. Nie da mu dodatkowej satysfakcji. Unosząc ze sobą resztki godności i dzielnie opierając się upokorzeniu wysiadła z samochodu i nie oglądając się za siebie ruszyła w kierunku przystanku. Choćby miała czekać na autobus do późnej nocy albo iść na piechotę nie spędzi z tym człowiekiem ani sekundy dłużej.

Gdyby Eliza zdecydowała się jednak spojrzeć jeszcze raz na swojego nowego zleceniodawcę z pewnością poczułaby się lepiej. Gdy tylko wysiadła z land rovera kontrolki na desce rozdzielczej oszalały. Błyskając naprzemiennie we wszystkich możliwych konfiguracjach informowały Bartosza, że czeka go jeszcze wizyta w serwisie. Instalacja elektryczna domagała się natychmiastowego przeglądu.

5.

FORUM

Zgodziła. Opierała się jeszcze przez kilka minut i przez kilka wiadomości, ale jedynie po to, żeby zobaczyć jak bardzo się o nią troszczy, próbuje podnieść ją na duchu, wyprowadzić za rękę z poczucia zagrożenia, jak jest dla niej i tylko dla niej. To było coś nowego, nigdy dotąd nie czuła się dla nikogo tak istotna i ważna. Każde kolejne zdanie przepełniało jej serce ciepłem i wdzięcznością do Kamila, i tym ledwo uchwytnym szmerem, który Eliza bała się nazwać po imieniu. Po raz pierwszy odkąd została zmuszona do przeprowadzki do Rzeszowa zyskała kogoś bliskiego, bratnią duszę, przyjaciela.

Choć sama nigdy nie wypowiedziała na głos tego zarzutu, gdzieś głęboko chowała do babci urazę. Za obiecane w spadku mieszkanie rodzice chcieli zapłacić nią, ale to ona ostatecznie zapłaciła. Swoją samotnością. Starsza pani skutecznie odcięła ją od dawnego życia, szkolne przyjaźnie z rodzinnego Radomyśla już dawno osłabły i zwiotczały a na nowe nie było ani czasu ani miejsca. Zamiast tego była szkoła, potem uczelnia i domowe obowiązki. Babcia domagała się towarzystwa, wymuszała opiekę i sprawowała pełną kontrolę nad codziennością wnuczki. To prawda, pchała ją do realizacji marzeń i wspierała, ale w zamian żądała pełnego posłuszeństwa. Nie było wyjścia, nie było odwrotu. Ojciec nigdy nie zgodziłby się na przedwczesny powrót córki do domu a tym samym zerwanie obiecującego układu. U niego zawsze było jedna droga, jedno rozwiązanie i żadnych sprzeciwów. Rodzinne piętno despotyzmu dało o sobie znać raz jeszcze, gdy z pełną zawziętością skazał Elizę na banicję, tak długo jak ta nie ugnie się jego woli i nie sprzeda kawalerki, nie zasili rodzinnej kasy solidnym zastrzykiem gotówki. Izolacja i odosobnienie puchły i uwierały. Do momentu, gdy na ekranie monitora nie zamigotała wiadomość opatrzona wilczym avatarem. Kamil wypełnił pustkę, rozgościł się w niej, stał się nadzieją i oparciem. Czuwał i był blisko. Choćby teraz wysyłając ostatnią tego wieczoru pożegnalną wiadomość:

SMS

Wersję drugą felietonu numer jeden Eliza wysłała zgodnie z umową, a właściwie rozkazem, w piątek popołudniu. Artykuł traktował o zmianach, jakie FIVB zamierzała wprowadzić w nowym wydaniu Ligii Światowej i z założenia miał być bardzo profesjonalny, dokładny i poważny. Autorka przekopała się przez setki informacji i opinii zarówno w polskich jaki i w zagranicznych serwisach sportowych. Postanowiła, że bez względu na to czy pisze z własnej nieprzymuszonej woli czy z pistoletem przystawionym do skroni nie będzie odwalać chałtury i idąc za radą Kamila postara się obrócić niewygodną sytuację tak, bo wynikły z niej również jakieś korzyści. Jednak, gdy przeczytała efekt swojej dwudniowej pracy, najpierw przeżyła pierwsze twórcze załamanie a potem bez cienia żalu usunęła dokument. Zaczęła od nowa tym razem skupiając się na tym, co proponowane regulacje oznaczać będą dla kibiców, zawodników, do czego zmuszą trenerów i jak wpłyną na odbiór siatkarskich spotkań przez widzów przed telewizorami. Unikała wymyślnych sformułowań, sięgała do potocznych wyrażeń i posiłkowała się komentarzami z forum Resovii. Ostatecznie cała ta maskarada miała za zadanie ocieplić wizerunek Kurka, powinna zatem pokazywać go jako „swojego” chłopaka, a nie impertynenckiego, zarozumiałego fanfarona, którym w rzeczywistości się okazał. Eliza była ciekawa, czy uda się jej ten efekt osiągnąć i choć nadal drażniło ją, że bierze udział w oszustwie to rozterek ubywało z każdym napisanym akapitem.

Bartek odezwał się tego samego dnia. W krótkim mailu gratulował Elizie wyśmienitego debiutu i prosił o telefon. Rozmowa była rzeczowa i zaskakująco sympatyczna. Omówili kilka uwag siatkarza, uzgodnili drobne poprawki oraz ustalili termin i temat kolejnego szkicu. Sto procent zawodowstwa, nielegalnego, niezgodnego z sumieniem i zasługującego na potępienie. I smakującego zupełnie nieźle, jeżeli nie wyśmienicie w połączeniu z poniedziałkowym wydaniem tygodnika, gdzie na stronie czternastej pysznił się felieton autorstwa Elizy. Co prawda przy nagłówku widniało zdjęcie Bartosza dodające łyżkę dziegciu do przysłowiowej beczki miodu, ale i tak nie zdołało to zepsuć radości z jakim dziewczyna powitała fakt, że redakcyjny edytor wprowadził jedynie kosmetyczne korekty do pierwotnego tekstu.

Zgodnie z obietnicą Kamila wszystko zaczęło się układać. Szczegóły kolejnej publikacji Eliza ustalała po zajęciach z Markiem odwiedzając Bartka w jego mieszkaniu, które zajmowało całe najwyższe piętro położonej u zbiegu ulic Zamkowej i 3 Maja kamienicy. Zawodnik przekazywał jej przy tej okazji informacje zwrotne z redakcji, tłumaczył, dlaczego pewne elementy musiały zostać poprawione bądź usunięte, pokazywał zrobione w trakcie spotkań z dziennikarzami notatki i adnotacje. W jakiś pokręcony sposób uczył ją rzemiosła, a ona czerpała z tych lekcji nie tylko umiejętności, ale i pewność siebie. Znalazło to odzwierciedlenie w jej codziennych obowiązkach. Przestała bezmyślnie kopiować sportowe newsy poddając je autorskiej edycji, a niektóre pisała zupełnie samodzielnie na podstawie zdobytych informacji. Z początku nikt nie zwrócił na to większej uwagi, przynajmniej tak się jej zdawało, jednak pewnego dnia jeden ze starszych pracowników przeglądając internetową witrynę tygodnika odwrócił się do walczącej ze stale zacinającym się Ricohem Elizy i z uśmiechem zapewnił ją, że zaczyna się wyrabiać. Niby nic, ale przez kilka kolejnych dni wydawało jej się, że delikatnie lewituje w banieczce szczęścia.

Z tym większym zapałem zabierała się do felietonu numer trzy. Dwójka dotycząca poziomu sędziowania na polskich boiskach wywołała spore zamieszanie i nie pozostała bez echa. Była też, w odróżnieniu do pierwszej odsłony, efektem prawdziwej współpracy z Bartkiem. Okazało się, że skoncentrowany na tematyce siatkarskiej Kurek, jest zupełnie akceptowalny i bywa zabawny. W tekst o arbitrach wpletli tyle przykładów z wieloletniego doświadczenia Bartosza, że kontrowersyjny artykuł cieszył się niesłabnącą popularnością. Zaczynały też być odczuwalne pierwsze zmiany w relacji zawodnika z kibicami. Nie była to może jeszcze euforia, gdy atakujący pojawiał się pod siatką, ale przynajmniej ustały gwizdy a ilość niepochlebnych opinii na forum zauważalnie zmalała.

Nawet Kamila zaciekawiła osoba siatkarza, a jego pytania o to, jaki tak naprawdę jest Kuraś, jak się zachowuje i czy Eliza się do niego przekonała sprawiły, że dziewczyna nie mogła pozbyć się wrażenia, że ktoś tu jest odrobinę zazdrosny. Jak każdej kobiecie, tak i jej sprawiło to przyjemność, ale nie chciała kłamać i zwodzić Milczka. Rozjaśniła sytuację w trakcie kolejnej nocnej wymiany sms-ów.

SMS

Jak na zawołanie, następnego dnia Bartek postanowił dostarczyć Elizie nowych powodów do podtrzymania tej deklaracji.

-Naprawę uważasz, że to dobry pomysł? – Bartosz w zamyśleniu potarł podbródek.

Siedzieli jak zwykle obok siebie na kanapie zaglądając w ekran laptopa, który Eliza trzymała na kolanach.  W przestronnym pokoju pełniącym rolę salonu i jadalni z aneksem kuchennym nie było właściwie większego wyboru. Poza niskim stolikiem i dwoma pufami do siedzenia nadawała się już jedynie wyłożona dębowymi deskami podłoga. Wystrój całego mieszkania był równie surowy i ograniczał się do najniezbędniejszych sprzętów. Kurek twierdził, że nie lubi inwestować w przedmioty, szczególnie te, które łatwo się tłuką i giną w trakcie przeprowadzek. Wystarczy mu widok z okna na ginącą w zieleni Aleję Lubomirskich i odpowiednie, dostosowane do jego wzrostu, łóżko. No i porządny, trzydziestocalowy telewizor z podłączoną konsolą. Po pobieżnym przeglądzie innych pomieszczeń Eliza musiała przyznać, że jest tu dokładnie tak jak twierdził siatkarz, pusto i oszczędnie.

-Wczoraj ty też byłeś o tym przekonany. Sam mówiłeś, że nawet jakbyś nie grał to z pewnością byłbyś najwierniejszym kibicem. Dlaczego o tym nie opowiedzieć? – dziewczyna popatrzyła na Bartka starając się odgadnąć skąd ten nagły przypływ wątpliwości.

-No nie wiem, może to powinno być coś poważniejszego? – Kurek w dalszym ciągu nie wykazywał entuzjazmu, z jakim jeszcze niedawno odnosił się do tematu następnego felietonu.

Eliza przyjrzała mu się uważnie. Czegoś się obawiał? Niemożliwe, nie on. Może się wstydził? W końcu to trochę niecodzienna perspektywa. Opowieść zawodnika o tym jak z boiska widać trybuny. Co dociera do siatkarza skoncentrowanego na kolejnej akcji, którzy kibice sprawiają, że walczyć chce się jeszcze bardziej, jakie to uczucie, gdy wchodząc w pole zagrywki słyszysz swoje imię. Kurek nadawał się do tego idealnie, był emocjonalny, reagował żywiołowo na wydarzenia pod siatką, lubił się bawić i jako jeden z niewielu stojąc w kwadracie dla rezerwowych regularnie przyłączał się do publiczności śpiewając i klaszcząc razem z całą halą. Artykuł był już gotowy, mieli dziś jedynie uzgodnić ostateczną wersję a nie debatować nad jej zasadnością, o wiele za późno na zmiany koncepcji. Ale o tym Eliza bała się powiedzieć Bartkowi wprost. Mimo przyjacielskiej atmosfery i nici porozumienia, jaka się między nimi nawiązała, nie można było zapomnieć, że ich „współpraca” to efekt jednej nieprzemyślanej decyzji z jej i całkowitego braku skrupułów z jego strony.

-Wychodzimy do kibiców, pokazujemy, że mógłbyś być jednym z nich. To ważne i potrzebne i chyba wystarczająco poważne. Poza tym zobaczysz jak zareaguje redakcja, ale mam dobre przeczucia – głos dziewczyny nie dopuszczał sprzeciwu. Jedno z nich musiało wierzyć w ten pomysł i tym razem padło na nią.

Eliza z determinacją spojrzała Bartkowi w oczy i nie odwracała wzroku tak długo aż siatkarz ostatecznie nie skapitulował i z uśmiechem nie skinął głową zgadzając się z jej opinią.

-Zrobiła się z ciebie bardzo stanowcza Ruda – zaśmiał się cicho – stworzyłem potwora.

-Nie będę zaprzeczać – ponownie pochyliła się nad laptopem usuwając z tekstu zbłąkane spacje i zapisując dokument – proszę, gotowe, ostatnie czytanie i możesz wysyłać – odchyliła się na oparcie kanapy odwracając ekran komputera w stronę atakującego.

Zupełnie bezcelowy gest, bo Bartek nie był już w najmniejszym stopniu zainteresowany „swoim” nowym felietonem. Patrzył sobie na Elizę, przyglądał się jej piegom i rudym kosmykom krnąbrnie uciekającym spod przytrzymującej włosy klamry, wodził wzrokiem po jej wąskich wargach i trójkątnym podbródku, zaglądał w ciemnoczekoladowe oczy. A potem znudził się tą całą obserwacją i ją pocałował. I przez jedną magiczną chwilę wydawało się, że to było najlepsze, co mogło im się przytrafić. Zrobiło się cicho, miękko, jakoś tak bezpiecznie i po prostu dobrze. I wtedy Eliza wróciła na ziemię.

-Zwariowałeś? – doszła do wniosku, że to będzie stała diagnoza w przypadku Bartosza.

-Nie udawaj, podobało ci się. Mi też. Powinniśmy powtórzyć – Kurek nachylił się nad nią nie kryjąc swoich zamiarów.

-Odsuń się, bo ci przywalę – nie mogła znieść tego cwaniackiego uśmieszku, który znów zaigrał na jego ustach.

-Ruda, lecisz na mnie, nie wyprzesz się. Chodź, będzie fajnie – przesunął się nieznacznie, ale chyba tylko po to by nacieszyć wzrok niedowierzaniem, jakie malowało się na twarzy dziewczyny.

-Wychodzę – Eliza podniosła się gwałtownie strącając z siebie jego lepkie dłonie i z trzaskiem zamykając laptop – piszę za ciebie, bo mnie do tego zmusiłeś, do niczego więcej mnie zmusić nie możesz.

-Nie rób już ze mnie takiego skurwiela – Kurek rozsiadł się wygodniej i wyłożył nogi na stojący przed nim stolik, całym sobą manifestując jak niewiele obchodzi go oburzenie dziewczyny – Jestem niebrzydki, niebiedny i perspektywiczny, nie muszę posuwać się do takich trików, żeby laseczki zostawały ze mną dłużej na tej kanapie. Każda chętnie wstąpi na kolację w dobrej restauracji i nie odmówi wyjazdu za miasto. Ruda, ty też możesz, jeśli chcesz.

Najpierw ze zdenerwowania nie mogła znaleźć słów, później nie potrafiła zapiąć plecaka tak trzęsły się jej ręce, aż ostatecznie stwierdziła, że nie umie tak tego zostawić, że nie może. Podeszła do nadal królującego na osławionej kanapie Bartka, który z nieodłącznym uśmiechem i kpiną czającą się niebieskookim spojrzeniu przyglądał się jej poczynaniom, nachyliła się nad nim i drżącym z wściekłości głosem wysyczała:

-Nigdy więcej nie zwracaj się do mnie w ten sposób, nie jestem twoją zabaweczką. Niczyją nie jestem. Mnie się nie kupuje. Udało ci się mnie chwilowo zastraszyć i to wszystko. Uważam nasz układ za nieaktualny. Mogą mnie zwolnić choćby dziś. Już się ciebie nie boję. Bo jesteś nędznym szantażystą i nikim więcej.

Zebrała w pośpiechu swoje rzeczy i wyszła nie dbając o to, że drzwi zamykają się za nią z głośnym trzaskiem. Na schodach poczuła pierwsze palące skórę łzy. Pomyślała o Kamilu, że tak strasznie go teraz potrzebuje, że powinien być tu a nie w tym swoim zakichanym Poznaniu. Nie chciała mu o niczym opowiadać, chciała żeby ją przytulił i schował. I znów obiecał, że wszystko się jakoś ułoży.

6.

Tydzień upływał Elizie na nerwowym wyczekiwaniu. W każdej minucie spodziewała się tej krótkiej, nieprzyjemnej rozmowy z przełożonym, która położy kres jej dziennikarskiej przygodzie i boleśnie sprowadzi z obłoków na ziemię. Tak szybko przygarnęła uczucie prawidłowego kierunku, właściwie obranej ścieżki, że myśl o konieczności przeproszenia się ze znienawidzoną stacją benzynową czy jej jakimkolwiek prowizorycznym zamiennikiem wprawiała ją w przygnębienie i napawała wstrętem. Ale dni mijały, apokalipsa nie nadchodziła. A kiedy Eliza bezpiecznie dotrwała do weekendu nadzieja odżyła w niej na nowo. Znów zaczęła się uśmiechać, śnić o spokojnych, ciepłych miejscach i ze zdwojoną siłą próbowała rozweselić Kamila, który ostatnimi czasy zdawał się nieobecny i stroskany czymś, z czego w żadnym wypadku nie chciał się jej zwierzyć.

Nie podobało jej się to, ona mówiła mu zasadniczo o wszystkim. No może prawie, bo zataiła bezpośrednie, żeby nie powiedzieć prostackie, zaloty Kurka. Z jednej strony nie miała pojęcia jak o tym w ogóle napisać, a z drugiej nie mogła pozbyć się wrażenia, że w jakiś nieświadomy sposób sama go do tego sprowokowała. Powtarzała sobie, że to typowy sposób myślenia ofiar, ale i tak w tyle głowy zostało przeświadczenie, że gdyby już wtedy, w jego samochodzie, usłyszał od niej stanowczą odmowę, albo gdyby przynajmniej podjęła próbę walki, to siatkarz nie czułby się w prawie odnosić się do niej jako jedyny pan i władca, jakby do niego należała. Koniec końców nie zdradziła Kamilowi prawdziwego powodu swojej decyzji o wycofaniu się z przymusowej umowy. Stwierdziła po prostu, że miała najzwyczajniej w świecie dość śmierdzącego układu i że woli ponieść konsekwencje niż brnąć w to dalej. Milczek nie drążył, nie dopytywał, przypuszczała, że przede wszystkim dlatego, że sam nie chciał być nagabywany o przyczynę swojego wyraźnie złego humoru. Eliza uszanowała prywatność Kamila, była w elektronicznym pogotowiu i miała nadzieję, że to wystarczy. Krótkie smsy potwierdzające, że jeżeli tylko jej potrzebuje to jest obok, wiadomości, na które powinien zareagować uśmiechem, wpisy na forum wciągające go do dyskusji. Wszystko co przyjaciel mógł zrobić dla przyjaciela. Bez znaczenia, że przyjaźń trochę dziwaczna i nierealna. On sprawdził się, kiedy Eliza była w dołku, teraz kolej na nią. Choćby miało to oznaczać, że całe niedzielne popołudnie skupiać się będzie na wydobyciu z Kamila tego jednego, jedynego zdania zakończonego dla odmiany dwukropkiem i nawiasem. Wirtualnym uśmiechem kwitującym stwierdzenie, że to ona jest najlepszym lekarstwem na chandrę.

A potem nadszedł poniedziałek wraz z zamieszczonym na stronie czternastej felietonem i Eliza nabrała stuprocentowej pewności, że Bartosz Kurek nie uskuteczni swojego żałosnego szantażu. Nie będzie miał odwagi podcinać gałęzi, na której siedzi. Artykuł wywołał falę komentarzy na forum, odzew był więcej niż pozytywny a Bartek umiejętnie podsycił go w wywiadzie udzielonym po wygranym meczu z Transferem. Niby mimochodem wspominał, że sam, anonimowo przegląda internetowe dyskusje, że ceni sobie zdanie kibiców, bo nauczyło go, że te same zdarzenia z boiska i z trybun potrafią wyglądać zupełnie inaczej, a często dystans pozwala na obiektywizm i świeże spojrzenie na sprawę. Wymienił nawet kilku użytkowników, których według niego można traktować jako pełnoprawny, rzetelny głos środowiska. Wśród wskazanych pojawił się Milczek. I Żarówa. Eliza nie wiedziała czy zrobił to po to, żeby dać jej do zrozumienia, że nie zapomniał i ich znajomości nie można uznać za zakończoną, czy też był to czysto pr-owski ruch, pokazujący, że Bartek potrafi przyjąć i docenić krytykę. Po krótkim namyśle dziewczyna doszła do wniosku, że tak naprawdę wcale jej to nie obchodzi, bo ona sama nie ma zamiaru otwierać Kurkowi drzwi i ponownie dopuszczać go do mieszania w jej życiu. Już następnego dnia okazało się, że zrobił to za nią ktoś inny.

-Dziecko, chodź no tu – szept wydobywający się z uchylonych drzwi opatrzonych mosiężną siódemką zatrzymał Elizę w pół kroku. Co znowu? Zalanie? Bo do ciągłych zwarć sąsiadka powinna się już dawno przyzwyczaić.

-Tak pani Strużyńska? – podeszła do szczeliny ograniczonej łańcuszkiem zasuwy i odważnie spojrzała w wyglądające stamtąd otoczone gęstą siateczką zmarszczek oko.

-Kawaler jest u ciebie – oświadczyła z zadowoleniem właścicielka oka.

-Jak to u mnie? Kto? – Elizie wydawało się, że się przesłyszała. Nie spodziewała się gości, tym bardziej takich, którzy dysponowaliby kluczami do jej mieszkania. Między innymi dlatego, że nikt poza nią nimi nie dysponował.

-Jakiś Cyprian czy jakoś tak. Nie pamiętam już. Ale był taki miły i tak ładnie prosił, że go wpuściłam. Przystojny, trochę podobny do mojego Wieśka, świeć panie nad jego duszą. Tylko wyższy. Po prawdzie to chyba nawet za wysoki dla ciebie – staruszka obrzuciła krytycznym spojrzeniem sylwetkę dziewczyny – pomyślałam, że bardziej by pasował do naszej Wiolki. No ale jak się nie ogarniesz dziewczyno to on sam przejrzy na oczy. Upięłabyś te włosy porządnie, choć raz, babka się w grobie przewraca. Jak żyła to chodziłaś jak w zegarku, a teraz co? Łapserdak się z ciebie zrobił, nastroszony taki.

-Jak to go pani wpuściła? – z całego potoku słów, jakim sąsiadka uraczyła Elizę, najbardziej to stwierdzenie przykuło jej uwagę.

-A tak – przed nosem dziewczyny zadyndał pęk kluczy – mam komplet od wszystkich lokatorów, jakby pożar czy co, to zawsze lepiej być przygotowanym, tak się tu wszyscy umówiliśmy. Cała kamienica.

Elizę zatkało, do wścibstwa swoich sąsiadów zdążyła się już przyzwyczaić, ale to przechodziło wszelkie granice.

-Niech mi pani to odda – powiedziała siląc się na spokój.

-A niedoczekanie twoje, nie ty mi dawałaś nie ty mi będziesz zabierać. Idź do babki na skargę, jak chcesz – na horyzoncie pojawiła się nieodłączna laska pani Strużyńskiej przypominająca, że nie każda bezbronna staruszka w rzeczywistości nią jest – zmykaj do siebie, bo już sama nie wiem, kogo ci tam wpuściłam. Na szczęście do wyniesienia wiele nie ma, to pewnie i nie złodziej.

Rozmowę zakończyło stanowcze trzaśnięcie drzwiami. Wbiegając po schodach Eliza obiecała sobie natychmiastową wymianę zamków i zakończenie tej chorej inwigilacji. Gdy sięgała do klamki myśli zaprzątało jej jednak coś innego. Jak to pani Strużyńska nazwała niespodziewanego gościa? Cyprian. A może miał to być Kamil? Czy on jest wysoki? Na podstawie tego jednego zdjęcia, którym odpowiedział na przesłaną przez nią fotografię, trudno określić. Szkoda, że nie spytała czy to brunet. Ale kto inny mógłby to być? Przyjechał? Do niej. Czy to się dzieje naprawdę?

Gdy Eliza odważyła się wreszcie wejść do własnego mieszkania serce waliło jej jak młotem a w uszach rozlegał się jednostajny szum. Była przerażona a jednocześnie tak szczęśliwa, że trudno byłoby to wyrazić słowami. Wpadła do pokoju i już chciała zawołać Kamila po imieniu, gdy cała przepełniająca ją euforia w jednej sekundzie zamieniła się we wściekłość.

Przed nią ponownie stał Bartosz Kurek, TEN Bartosz Kurek, i to nie było jeszcze takie najgorsze. TEGO Bartosza Kurka po prostu wystawiłaby za drzwi nie słuchając niczego co ma jej do powiedzenia. Ale on nie mógł stać w spokoju. On musiał bawić się lampą, jej ukochaną, najcudowniejszą lampą. Bezmyślnie zapalał ją i gasił pociągając za delikatny sznureczek każdym ruchem ryzykując spięcie i katastrofę. Eliza zaślepiona gniewem, nie zastanawiając się wiele nad tym co robi, chwyciła pierwszy nawijający się jej pod rękę przedmiot i wydając z siebie dziki okrzyk miotnęła zaimprowizowanym pociskiem w kierunku siatkarza.

Pech chciał trzy rzeczy. Po pierwsze: Bartek odwrócił się w stronę skąd dobiegł go wrzask, po drugie: Eliza wykazała się wyjątkową celnością, po trzecie: w wyniku dwóch poprzednich zdarzeń Kurek oberwał centralnie w twarz słoiczkiem kremu. Wystarczająco ciężkim, żeby rozbić mu nos i spowodować gwałtowny krwotok. I właśnie w tej chwili rozległo się natarczywe pukanie do drzwi, stukot, który nie mógł być niczym innym jak laską pani Strużyńskiej uderzającą z furią w miejsce tuż obok kołatki.

-Masz, ogarnij się, szybko – Eliza rzuciła siatkarzowi suszący się na oparciu krzesła ręcznik a sama pobiegła otworzyć, bo łomot przybrał na sile zapowiadając, że jeżeli jego autorka nie zostanie wpuszczona w ruch pójdą zapasowe klucze.

-No! Co się tak guzdrzesz? Już myślałam, że cię ten dryblas ukatrupił – pani Strużyńska siłą wdarła się do przedpokoju dokonując wizji lokalnej i oschłością głosu maskując wyrzuty sumienia, które musiały ją tu sprowadzić. Na równi z ciekawością.

-Wszystko w porządku, to rzeczywiście znajomy. Zapomniałam, że go zaprosiłam – Eliza próbowała za wszelką cenę zagrodzić drogę do pokoju i pozbyć się natrętnej staruszki. Misja skazana z góry na niepowodzenie.

-A tobie co się stało? Biliście się, czy co? – sąsiadka podejrzliwie przyglądała się Bartkowi, który przyciskał do twarzy niezupełnie już biały ręcznik pochylając do przodu głowę. W oczywisty sposób nie mógł odpowiedzieć, mruknął zatem coś niezrozumiałego przez zwój tkaniny. Zabrzmiało to jak żałosne stęknięcie.

-On tak ma, słabe naczynka. To się nazywa yyyy – dziewczyna zająknęła się szukając właściwego słowa, a potem wypaliła pierwszym, jakie przyszło jej do głowy – nekrofilia. Właśnie.

Kurek aż się wyprostował rzucając Elizie zaskoczone spojrzenie znad tymczasowego opatrunku, ale pani Strużyńska pokiwała tylko wyrozumiale głową. Tam gdzie zaczynały się choroby i dolegliwości nie mogło być większej specjalistki.

-Oj, też to kiedyś miałam. Przejdzie z wiekiem, nic wielkiego. Żylaki, to jest dopiero ból, tyle co ja się nacierpię to nikt by nie zniósł. A do tego osteoporoza. No i ta cysta na nerce, co nie wiedzą co to, ale ja już tam wiem. Nie trzeba chodzić po lekarzach, żeby czuć, że koniec blisko. Na trumnę już mam dawno odłożone. Nie będzie mi synowa wypominać nad grobem, że musiała do starej jędzy dokładać. To ja dokładam, bo to ladaco każdą złotówkę przepuścić potrafi. Gdzie ten Krzysiu miał oczy jak ja brał? – sąsiadka zaabsorbowana własnym monologiem nie zauważyła, że zza ręcznika zaczęły dochodzić parsknięcia przypominające bardziej tłumiony śmiech niż jęki ciężko rannego. Eliza grzecznie przytakując i udając głębokie zainteresowanie całą listą problemów pani Strużyńskiej delikatnie skierowała ją do drzwi wyjściowych i jakimś cudem pozbyła się jej z mieszkania. Staruszka na pożegnanie dobiła ją jeszcze ostatnim zdaniem:

-A robi co pożytecznego ten twój amant? Bo jak tylko krwią się zalewa to nie warto sobie głowy zawracać. I tak jest dla ciebie za wysoki.

-Nekrofilia? Naprawdę? – Bartek przyciskał do twarzy skrawek ręcznika uwalniając usta i artykułując w pełni zrozumiałe zdanie. Starał się przy tym ugodzić Elizę swoim firmowym ironicznym spojrzeniem, jednak efekt psuły cisnące mu się do oczu łzy.

-Miała być hemofilia – dziewczyna opadła na krzesło niewzruszona kpiną, batalia stoczona z uciążliwą lokatorką spod siódemki pozbawiła ją całej energii. Kurek pokręcił tylko głową, dając do zrozumienia, że to nie byłoby o wiele lepsze słowo.

-No to nieważne, ważne, że ona też to ma – Eliza uśmiechnęła się mimowolnie na wspomnienie reakcji pani Strużyńskiej.

-Wcale mnie to nie dziwi, w jej wieku to są pewnie standardowe spotkania ze znajomymi – przez chwilę oboje nie mogli się zdecydować, czy siatkarz przekroczył granicę dosadnym żartem, ale nieopanowany śmiech, któremu oboje się poddali uleczył ich rozterki.

-Mogłaś mnie zabić swoją drogą – Bartek podniósł z ziemi słoiczek, którym został ugodzony – cud, że mi nie złamałaś nosa.

-Trzeba było nie przyłazić, nie wtryniać mi się do mieszkania i nie dotykać lampy. A w ogóle to czego chcesz? – Eliza najeżyła się ponownie przypominając sobie, że Kurek jest ostatnią osobą jaką chciałaby gościć w swoich progach. Była jeszcze bardziej zła, bo nie okazał się Kamilem.

-Przeprosić – siatkarz wskazał ruchem głowy na sporych rozmiarów bukiet ułożony na toaletce – nie mogłaś we mnie tym rzucić?

-Taaa, jedyne o czym marzę to obsypywać cię kwieciem – parsknęła zirytowana. Lecz gdy Bartek podszedł do niej i z powagą wręczył wiązankę białych gerber i niebieskich hortensji przyjęła ją z nieśmiałym uśmiechem. Po raz pierwszy w życiu dostała kwiaty. Koncentrując się na samym geście a nie na osobie ofiarującego musiała przyznać, że sprawiło jej to przyjemność. Tak samo jak nadal pomazane krwią oblicze Kurka, który ignorując opuchnięty nos i śmiało spoglądając jej w oczy oznajmił:

-Nie zdziwię się jak mnie stąd zaraz wywalisz, ale chciałbym cię przeprosić za moje zachowanie. To było chamskie. Nie mam nic na swoje wytłumaczenie. Jestem cymbałem.

-Przez grzeczność nie zaprzeczę, a teraz przejdźmy do interesów – dziewczyna prawie się roześmiała widząc jego minę. On naprawdę uważał, że jest aż tak naiwna, żeby wierzyć, że za tym przedstawieniem nic się nie kryje – chcemy wrócić do współpracy, czyż nie?

Przez chwilę Bartek przyglądał się jej uważnie, wydawał się nawet urażony, otworzył usta jakby chciał coś powiedzieć, ale ostatecznie pokornie skinął głową. Eliza spodziewała się czegoś podobnego, w końcu autorów widmo nie spotyka się na każdym rogu, a jeszcze dobrze by było, żeby styl nie odbiegał za bardzo od poprzednich publikacji. Nie miała złudzeń, że Kurkiem po raz kolejny kieruje wyrachowanie, a nie jakiekolwiek poczucie przyzwoitości. Tylko dziś sytuacja wyglądała zgoła odmiennie i to ona miała zamiar ustalać reguły. Bo TEN Bartosz Kurek potrzebował jej bardziej niż ona jego.

7.

Eliza starała się sprawiedliwie dzielić uwagę pomiędzy rozłożone na łóżku książki a emitowany na ekranie laptopa mecz Resovii. Na dobrych chęciach się kończyło, bo systematyzowanie materiałów do trzeciego rozdziału pracy magisterskiej definitywnie przegrywało z siatkówką. Pojedynek z Zaksą był nad wyraz zacięty, przede wszystkim za sprawą atakujących. Były zawodnik Asseco próbował za wszelką cenę udowodnić, że dotychczasowy klub ma za kim tęsknić, natomiast nowy nabytek Rzeszowian dwoił się i troił, żeby pokazać jak doskonałą jest inwestycją.

Bartek nastawiał się mentalnie na to spotkanie od kilku dni, rzutowało to zauważalnie na jego zachowanie. Poziom agresji rósł i znajdował ujście w złośliwych uwagach oraz w ciągłym podenerwowaniu siatkarza. Eliza nauczyła się już przechodzić nad jego drażliwością do porządku dziennego, tym bardziej, że poświęcili tej tematyce jeden z felietonów. Dziewczyna ze zdumieniem słuchała opowieści Kurka o cennej umiejętności odpowiedniego „nakręcania się” przed szczególnie istotnymi zawodami, stałego podsycania stanu gotowości przy jednoczesnym utrzymywaniu go w ryzach. Okazało się, że każdy sportowiec, który myśli o graniu na międzynarodowym poziomie nie tylko musi dysponować doskonałą techniką, parametrami, wytrzymałością, ale również niesamowicie silną psychiką poddawaną nie mniejszym obciążeniom niż organizm. Dodatkowo, jak dowodził Bartosz, ciągłe włączanie i wyłączanie „trybu walki” wyczerpywało o wiele bardziej niż niejeden trening wydolnościowy. Eliza nie wyobrażała sobie, jak można tak żyć, i w duchu stwierdziła, że zawodowy sport potrafi okaleczyć nie tylko fizycznie.

Boisko weryfikowało właśnie tę tezę. Z całą swoją niesprawiedliwą brutalnością. Bartek wybił się wysoko prezentując kolejny mistrzowski atak. Już nawet coś na kształt zwycięskiego uśmiechu zagościło na jego ustach, gdy opadając nieszczęśliwie nadepnął na stopę Gladyra. Eliza nabrała głośno powietrza, a komentatorzy jęknęli przeciągle. Powtórki nie pozostawiały złudzeń, noga wygięta pod nienaturalnym kątem i wykrzywiona grymasem bólu twarz zawodnika było dowodem, że kontuzja może być poważna. Wynoszonego na noszach Kurka żegnały gromkie oklaski i wykrzykiwane słowa pocieszenia, ale on zdawał się nawet tego nie dostrzegać. W oczach pokazywanego na zbliżeniach Bartosza poza cierpieniem z łatwością dawało się wyczytać rozpacz.

Do końca rozgrywanego spotkania Eliza nie umiała skupić się na niczym innym jak tyko na doniesieniach w sprawie stanu Bartka. Gorączkowo przeszukiwała internet z nadzieją na jakąkolwiek informację. Najbardziej pomocny okazał się twitter Oskara Kaczmarczyka, jeżeli pomocą można nazwać wiadomość, że atakujący Resovii prawdopodobnie skręcił staw kolanowy. Następna notka, tym razem zamieszczona przez redaktora Mielewskiego, traktowała o podejrzeniu uszkodzenia torebki stawowej, a to oznaczało wykluczenie Kurka na minimum sześć miesięcy. Jak wielką było to katastrofą dla reprezentanta kraju w przeddzień Igrzysk Olimpijskich rozumiał chyba każdy.

Eliza nie potrafiła znaleźć sobie miejsca. O nauce nie mogło już być mowy. O spokojnym śnie tym bardziej. Miotała się z kąta w kąt gorączkowo spoglądając na telefon. Z jednej strony chciała zadzwonić, z drugiej nie widziała możliwości, żeby akurat teraz Bartek chciał z nią rozmawiać. Z resztą co miała mu powiedzieć? Wiązała ich jedynie nielegalna pisarska spółdzielnia, a Kurek chyba nie był osobą, która mogłaby zrozumieć, że ktoś dobrowolnie i bezinteresownie go żałuje i się o niego martwi. Dziewczyna wysłała zatem krótką wiadomość do Kamila z nadzieją, że jak zawsze ją uspokoi i zracjonalizuje jej emocje. Ale Milczek, nomen omen, milczał jak zaklęty. Staromodny budzik wskazywał pierwszą w nocy, gdy Eliza stwierdziła, że już nie wytrzyma, nie zniesie tej nerwówki. W biegu zarzucając na siebie kurtkę opuściła mieszkanie i popędziła w kierunku ulicy Zamkowej.

Na miejsce dotarła ledwie łapiąc oddech i uświadamiając sobie, że nie ma pojęcia jak o tej porze dostać się do kamienicy i czy Bartek w ogóle wrócił już do domu. Zaczęła właśnie wyrzucać sobie od idiotek, kiedy przed budynkiem zaparkowała taksówka. Z wnętrza samochodu wytoczył się Mark i delikatnie zataczając ruszył w stronę bramy.

-Głupi ma zawsze szczęście – dziewczyna podsumowała sytuację popularnym powiedzeniem i podeszła z przymilnym uśmiechem do swojego korepetytora.

Mimo że Anglik nie był przeraźliwie pijany bez większych oporów wpuścił Elizę do środka. Cierpliwie wysłuchał jej nieskładnej argumentacji o konieczności zobaczenia się ze znanym siatkarzem, choć jej osobiście wydawało się to beznadziejnie naciągane i naiwne. Tymczasem Mark tylko uśmiechał się wyrozumiale a na pożegnanie rzucił lekko bełkocząc:

-It’s about time, I’m sick of this game.

Dziewczyna popatrzyła na mężczyznę z niedowierzaniem. Nawet chciała potwierdzić czy dobrze go zrozumiała, czy właśnie powiedział, że cieszy się z kontuzji Bartka, bo ma już dość tej gry? Ale nauczyciel zdążył zniknąć w głębi swojego mieszkania. Eliza wzruszyła ramionami. Z pewnością się nie dogadali. On nie mówił zupełnie wyraźnie a jej jeszcze daleko do perfekcyjnego posługiwania się angielskim. Z resztą, nie miało to już większego znaczenia, bo właśnie wdrapała się na ostatnie piętro i zapukała do drzwi z nadzieją, że jednak ktoś jest po drugiej stronie.

Zastukała ponownie, trochę głośniej. Odczekała chwilę, ale w mieszkaniu panowała głucha cisza. W ciemności korytarza dostrzegła jednak nikłą smugę światła wydobywającą się przez szparę tuż przy podłodze. Delikatnie nacisnęła klamkę, a drzwi ustąpiły pod naporem jej ręki. Ostrożnie weszła do środka i powoli ruszyła w kierunku oświetlonego pokoju.

-Cześć – nic więcej nie chciało przejść przez jej ściśnięte nagłym żalem gardło.

Bartek siedział na kanapie, opuszczoną głowę podtrzymywał dłońmi i tępo wgapiał się w deski parkietu. Jego lewą nogę unieruchamiał gips, a walające się wokoło drobiny potłuczonego szkła świadczyły o tym, że został w nim już jedynie smutek, z wściekłością zdołał sobie poradzić. Chyba nawet nie zauważył pojawienia się Elizy, bo na dźwięk jej głosu nie wykonał najmniejszego ruchu.

-Hej, jesteś tu? – dziewczyna usiadła obok siatkarza i powoli odsunęła ręce zasłaniające jego twarz. Spojrzał na nią nieprzytomnie. A potem gniewnie zmarszczył brwi.

-Po co przyszłaś? – spytał nie kryjąc wrogości.

-Żebyś nie był sam – odpowiedziała łagodnie. Wiedziała, że może być tą rozbitą szklanką, czymś na czym można wyładować poczucie krzywdy i żal. Skoro zdecydowała się tu przyjść, wiedziona chęcią pomocy i współczuciem, głupotą byłoby wycofać się zaraz po pierwszym ataku Bartka, przez którego w dużej mierze przemawiać mogło teraz rozgoryczenie, a nie jedynie typowa dla niego arogancja.

-Chyba, że naprawdę wolisz żebym sobie poszła – dodała po chwili dopuszczając do siebie możliwość, że wcale nie musi być mile widzianym gościem.

-Zostań – czyżby to była prośba? Nawet jeśli ton głosu o tym nie świadczył wyraz oczu nie kłamał. Nie chciał, żeby go zostawiła.

-Bardzo mi przykro – odezwała się ściskając pokrzepiająco jego przedramię. A po chwili odważyła się zadać pytanie, które najbardziej ją dręczyło – Jest bardzo źle?

Nie przypuszczała, że odpowiadając Bartosz pozwoli sobie na taką otwartość. Słowa zaczęły się z niego wysypywać jedne po drugich, jakby ludzki odruch, dotyk, okazana życzliwość usunęły korek tamujący uczucia i obawy. Eliza słuchała, nie chciała przerywać, wiedziała, że musi się wygadać, a ona była tu po to by miał komu.

-Cztery miesiące samego gojenia a potem rehabilitacja, treningi w najlepszym układzie za pół roku. Naprawdę nie wiem co mam teraz zrobić. Cały sezon przestawiania się na pozycję, żeby tylko zapewnić sobie miejsce w kadrze. Jako przyjmujący byłbym bez szans po tych zwycięskich mistrzostwach beze mnie. Widzisz jak to jest? Wystarczy chwila i na twoje miejsce czeka już kolejka chętnych. Gdybym trzymał gębę na kłódkę duże prawdopodobieństwo, że Kubiak nie byłby takim filarem drużyny jakim jest w tej chwili, a o Mice nie wiem czy ktoś by usłyszał. Byłbym ja i Winiar. Teraz miałem być ja i Konar, no chyba, że Szampon ponownie przeprosiłby się z reprezentacją. Wystarczająco duże wyzwanie, utrzymać w takich warunkach pierwszy skład. Ale już po wszystkim. Nie zagram do końca rozgrywek. Kto mnie powoła? Za plecami Romać i nie tylko on. To tak ładnie wygląda na obrazkach. Drużyna. Jasne, jesteśmy zależni od siebie i bez jednego nie ma całej reszty, ale rywalizacja też jest potężna. Wiesz ile przewinęło się młodych obiecujących chłopaków obok mnie od samych juniorów? Gdzie są teraz? Słyszał ktoś o nich? Do kadry A docierają naprawdę nieliczni. Nikt nie zdaje sobie chyba sprawy, że czasami po trupach i nieludzkimi wyrzeczeniami. Tylko po to, żeby zagrać w biało-czerwonych barwach. I znów inni zawalczą o chwałę a o mnie będą pamiętać jako o człowieku straconych szans, bo kiedy coś możemy osiągnąć to mnie tam nie ma.

Bartek przerwał na chwilę, ale widocznie jeszcze coś w nim siedziało, bo po krótkiej pauzie kontynuował:

-I ten wszechobecny fałsz. Kiedy dobrze ci idzie nie możesz opędzić się od przyjaciół. Każdy chce cię poklepać po ramieniu, przypomnieć, jak bardzo w ciebie wierzy i gotowy jest ci pomóc. A potem przychodzi słabszy moment, rozglądasz się dookoła i odkrywasz, że jesteś sam. Bo z nieudacznikami nikt się nie będzie zadawał. To się nie opłaca. To wszystko to jeden wielki, bezwzględny biznes pokryty blichtrem i świecidełkami. Pod spodem nie wygląda już tak pięknie. Dobrze, że jest Pit, z nim nigdy nie było współzawodnictwa. Tylko on też za chwilę zajmie się swoimi sprawami, rodziną, wyjedzie na zgrupowanie. Oczywiście, rozumie, lepiej niż ktokolwiek, ale i tak w duchu cieszy się, że nie jego to spotkało. Tak samo jak cieszyłbym się ja. Jesteśmy tacy perfidnie dwulicowi. W sporcie, w którym wciąż mówi się o kolektywie nie powinieneś odwracać się do nikogo plecami. To nieustanne trwanie w czujności cholernie męczy. A teraz muszę znaleźć siłę, żeby wyjść z tego bagna. Ponownie pokazać, że na mnie nie należy stawiać krzyżyka, udowodnić swoją wartość, potwierdzić pozycję. Ten kołowrotek nie zatrzymuje się nigdy. Często tęsknię za tymi prostszymi czasami, kiedy siatkówka była zwyczajnie radością i szczęściem, wolnością. A potem, z każdym kolejnym sukcesem, oblepiała się jakimś nieusuwalnym brudem tak bardzo, że dziś nie zawsze ją poznaję. Zmieniła się dla mnie tak mocno, że kiedy łapię kontuzję wali mi się świat i to wcale nie dlatego, że przez najbliższe sześć miesięcy nie wyjdę na ukochane boisko. Ten powód zmalał, skurczył się. A kiedyś przecież liczyło się tylko to. Co się ze mną stało?

Zamilkł i spojrzał bezradnie na wciąż ściskającą jego rękę dziewczynę. On nie oczekiwał wyjaśnienia, ona nawet nie próbowała go odnaleźć. Objęła Bartka, położył głowę na jej ramieniu. Potrzebował kogoś obok siebie i padło na Elizę. Słuchając go zapominała o wszystkim co niedobre, zapominała tak skutecznie, aż został tylko ten zrezygnowany, zrozpaczony chłopak, w którym nie było nawet gniewu, jedynie żal i smutek. Odpowiedziała na jego niemą prośbę o bliskość, delikatnym dotykiem starała się dać mu do zrozumienia, że nie jest sam. Tylko i aż tyle. I chyba wystarczyło, bo potok gorzkich słów ustał. Zastąpiły go cisza i nieoczekiwany spokój. Siedzieli tak dość długo nie odzywając się i pozwalając by emocje wypełniające przestrzeń wokół nich powoli wyparowywały. Zaczynało świtać, kiedy Bartek podniósł głowę i poprosił:

-Zostań Lisku, nie wracaj dziś do domu – powiedział to tak miękko, że Eliza poczuła się po raz pierwszy naprawdę nieswojo.

-Lisku? – spytała próbując pokryć zdziwioną miną zmieszanie.

-Jeden z twoich warunków. Pamiętasz? – Bartek uśmiechnął się słabo – mam nie mówić do ciebie per Ruda. Liska powinnaś dopuścić. To prawie jak zdrobnienie od imienia.

-Niech ci będzie – zaśmiała się cicho – Ale lepiej zrobię jak sobie pójdę.

-Nie – Kurek poruszył się gwałtownie – zobacz, ta kanapa, kiedy ją rozłożymy pomieści nas oboje. Jak będę czegoś próbował to wystarczy, że uderzysz w gips. Kolano rwie mnie tak, że pewnie stracę przytomność. No Lisku, nie daj się prosić.

Wahała się jeszcze przez moment, ale nie potrafiła mu odmówić. Po tym co usłyszała, co zdecydował się jej powiedzieć nie był dotychczasowym Bartkiem Kurkiem, zyskał jakby nową twarz, i to taką, której Eliza przyglądała się z zainteresowaniem.

Myślała o tym długo, wsłuchując się w równy oddech leżącego obok chłopaka. Bartosz nafaszerowany środkami przeciwbólowymi zapadł w głęboki sen, ale mimo to nie wypuszczał z mocnego uścisku jej dłoni. A kiedy nieświadomie przytulił się do niej obejmując w pasie, Eliza udała, że wcale tego nie zauważyła i w końcu usnęła pozwalając by ciepłe usta siatkarza pozostawały niebezpiecznie blisko jej własnych.

8.

Kiedy się obudziła Bartek już nie spał. Leżał z twarzą oddaloną zaledwie o kilka centymetrów i przyglądał się Elizie. Było coś dziwnego w jego spojrzeniu, jakieś nieokreślone ciepło i zachłanność, coś, co sprawiało, że dziewczyna nagle zapragnęła, aby ta chwila trwała jak najdłużej i aby przypadkiem nie okazała się snem. Chciała tego jeszcze bardziej, gdy Bartosz czułym gestem odgarnął niesforne pasemko rudych włosów delikatnie przesuwając palcami po jej policzku.

-Dzień Dobry Lisku – odezwał się łagodnie z dłonią wciąż błądzącą po jej buzi.

-Dzień Dobry, jak samopoczucie? – odpowiedziała lekko łamiącym się z zakłopotania głosem. Z żalem odsunęła się od siatkarza i usiadła po turecku naciągając koc na ramiona. Wraz z chłodem poranka docierała do niej nienaturalność sytuacji. Czy jedna szczera rozmowa, jedna kipiąca emocjami noc nadają prawo do tak daleko posuniętej bliskości? Nie. A ta elektryczność wywołana jego dotykiem to efekt zaspania, zabłąkany pomiędzy jawą a snem impuls.

-Noga pobolewa, ale do wytrzymania, psychicznie za to znacznie lepiej – Bartek przeciągnął się i niby od niechcenia przykrył spoczywającą na prześcieradle dłoń Elizy swoją własną – może po dzisiejszych badaniach okaże się, że wcale nie jest tak tragicznie? A poza tym nie pierwszy nie ostatni raz coś takiego mi się przytrafia i zawsze wracam do dyspozycji. Kolejna przeszkoda, nic poza tym. Za chwilę przyjadą po mnie z klubu i razem ze sztabem, z lekarzami opracujemy plan działania. Uszy do góry Lisku, wszystko jakoś się ułoży, obiecuję – uśmiechnął się do niej szeroko i chyba pierwszy raz odkąd się poznali był to prawdziwy uśmiech Bartka Kurka. Bez czających się w kącikach ust kpiny czy szyderstwa. Śmiał się przede wszystkim oczami, to do nich dopasowywała się mimika twarzy, to stamtąd brała się radość i nadzieja, że wraz z nowym dniem będzie lepiej. Bo choć słowa pocieszenia kierował do Elizy ona nie miała złudzeń, przede wszystkim starał się przekonać samego siebie.

-Która godzina? – zerkając na zegarek dziewczyna zręcznie wykorzystała okazję by uwolnić rękę z uścisku Bartka – Najwyższa pora żebym się ewakuowała, tym bardziej, że zaraz wpadnie tu twoja ekipa – chciała poderwać się z kanapy, ale Kurek był szybszy. Mógł mieć unieruchomioną nogę od kostki do kolana, refleksu nadal pozazdrościłby mu niejeden. Zdążył ponownie schwytać dłoń Elizy i tonem niedopuszczającym sprzeciwu orzekł:

-Daj spokój, wypijemy jeszcze razem kawę, nie ma pośpiechu. Ty się ogarnij a ja w tym czasie opanuję drogę do kuchni. Muszę się trochę rozruszać i zobaczyć jak mi z tym gipsem będzie się żyło.

Opór był bezcelowy, zbierając z podłogi plecak i buty Eliza podreptała posłusznie do łazienki. Przyjrzała się sobie w lustrze nie mogąc rozgryźć co tak naprawdę się tu dzieje. Dlaczego, z jednej strony, ma wrażenie, że jest coś dziwnego w zachowaniu Bartka a z drugiej tak bardzo jej się ta zmiana podoba? I skąd wzięła się horda motyli zawzięcie buszująca w jej żołądku? Tknięta poczuciem winy sięgnęła po telefon. Kamil odezwał się całkiem niedawno.

SMS

Na kilka minut Elizę w zupełności pochłonęła intensywna wymiana smsów z Milczkiem.

SMS

Przygryzła paznokieć w oczekiwaniu na odpowiedź, ale ta wciąż nie nadchodziła. Miała nadzieję, że Kamil zrozumie i nie wyciągnie błędnych wniosków. Koncentrowała się nad tym tak bardzo, że z pamięci kompletnie wywietrzał jej dotyk palców na policzku, spojrzenie niebieskich, roześmianych oczu, ciepły ton z jakim Bartek nazywał ją Liskiem. Odleciały też motyle. Najważniejsze stało się wypatrywanie kilku literek dających potwierdzenie, że za szczerość nie zapłaci odepchnięciem. Straciła już wiarę, kiedy na ekranie jedna za drugą zaczęły wyskakiwać wiadomości.

SMS

Spokojniejsza i rozpogodzona opuściła łazienkę i podążyła do schowanej za załomem bielonego muru kuchni. Bartek siedział za stołem bawiąc się opakowaniem lekarstw, zasępiony i jakby nieobecny nie podniósł głowy kiedy Eliza zajęła miejsce naprzeciwko. Po aromatycznej kawie nie było nawet śladu, na kuchennym blacie zostały jedynie porzucone kubki, rozbebeszone opakowanie filtrów do ekspresu oraz rozsypany cukier, którym poznaczona była podłoga, telefon leżący obok zlewu oraz dłonie siatkarza. Dziewczyna zrozumiała, że musiał przypomnieć o sobie ból kontuzjowanego kolana i Bartosza znów dopadły wczorajsza rezygnacja i zwątpienie.

-Hej, obiecałeś, że się ułoży, pamiętasz? – spróbowała sprowokować zawodnika do jakiejś reakcji. Z powodzeniem, choć nie do końca tak sobie to wyobrażała.

-Ludzie obiecują różne rzeczy, jeszcze więcej udają – Bartek popatrzył jej w oczy. Elizę ukłuło jak odmienne było to spojrzenie od tego, którym przywitał ją rano. Pomyślała, że ma do czynienia z zupełnie innym chłopakiem. Z TYM Bartkiem Kurkiem, który w żadnym wypadku nie zwróciłby się do niej zaskakującym zdrobnieniem, co najwyżej rzuconym pogardliwie przezwiskiem. Ruda.

-Chciałbym, żebyśmy sobie coś wyjaśnili – Bartosz nie spuszczał z niej zimnego wzroku i wolno wypowiadał każde zdanie – wczoraj padło tu bardzo dużo stwierdzeń, których nie chcę oglądać opublikowanych gdziekolwiek. To nie będzie tematem żadnego z naszych felietonów. Nie ma też prawa znaleźć się pod żadnym pozorem i w żadnej formie na forum, na którym tak prężnie działasz. Rozumiesz?

-Naprawdę posądzasz mnie o coś takiego? Zwariowałeś? – Eliza poderwała się z miejsca, wywrócone krzesło uderzyło z hukiem o podłogę. W oburzeniu nie była w stanie powiedzieć nic więcej. Zmroziło ją jak błyskawicznie Kurek powrócił do swojej, zdaje się podstawowej wersji, wyrachowanego egocentryka dbającego jedynie o wątpliwej jakości wizerunek budowany na samych przekłamaniach.

-Jestem przezorny. Dotarło do mnie jak bardzo łakomym kąskiem dla ciebie mogłyby stać się moje wynurzenia i wolę postawić sprawę jasno – Bartosz już wielokrotnie udowodnił, że kiedy nią targa gniew on potrafi zachować spokój. Także teraz, wypowiadając każde krzywdzące posądzenie, prawie nie okazywał zdenerwowania – Nie musisz się obawiać o naszą umowę. Moja kontuzja nie ma na nią wpływu, nadal pozostaje do napisania pięć artykułów, nadal, tak jak zażądałaś, dostajesz za nie honorarium, nadal masz dowolność autorską i uzgadniamy jedynie problematykę. Ale wczorajszego wieczora nie było. Zapominamy. Tu i teraz.

-Z przyjemnością – Eliza odzyskała głos, i mimo napływających do oczu łez, które sprawiły, że twarz Bartka rozmazała się i straciła ostrość zdołała odpowiedzieć w równie dosadny, choć niepozbawiony emocji sposób – będę szczęśliwa, kiedy zapomnę, że dałam się nabrać, że przez chwilę wydawało mi się, że możesz być po ludzku samotny i przestraszony. Nie chcę pamiętać, że próbowałam ci pomóc, bo pomocy trzeba być wartym. Głupio zrobiłam, że tu przyszłam i chętnie wymażę z pamięci tę chwilę słabości. I obiecuję tu i teraz, że to już się nie powtórzy. Proponuję ci natomiast, żebyś skonsultował ze swoim sztabem dobór lekarstw. Te ci nie służą, robią z ciebie człowieka.

Wierzchem dłoni starła z policzków słone ślady. Bartka musiały w jakiś sposób ugodzić jej słowa, bo niespodziewanie poczerwieniał, gdyby to był ktoś inny pomyślałaby, że się zawstydził. Ale przecież to nie było możliwe. Co najwyżej Kurek przestraszył się, że tego typu spostrzeżenia mogłyby także przeniknąć do sieci.

-W następny czwartek wyślę najnowszy szkic – Eliza postanowiła za wszelką cenę pokazać, że i ona jest zdolna myśleć jedynie w kategoriach korzyści i ryzyk – będę wdzięczna jak przekażesz mi uwagi redakcji do poprzedniego felietonu, chciałabym uniknąć podobnych niedociągnięć w tym artykule. Kasę uzgodnimy później. Miłego dnia – rzeczowy przekaz zakłócało wprawdzie drżenie głosu i łzy nadal szklące się w oczach dziewczyny, ale Eliza z satysfakcją odnotowała, że Bartosz nie był w stanie zdobyć się na nic więcej niż ugodowe kiwnięcie głową.

Gdy zamknęła za sobą drzwi, do których tak rozpaczliwie pukała zaledwie kilka godzin wcześniej, poczuła ulgę. Wszystko wróciło na swoje miejsce. Kurek jest wrednym dupkiem, Eliza oszustką uzależnioną od strony czternastej, Kamil jej największą nadzieją a motyle jedynie barwnymi owadami a nie zjawiskiem zwiastującym ocieplenie uczuć. Żadnych niespodzianek. No może poza tym zaskakującym połączeniem, które dokładnie teraz zażądało decyzji. Zielona słuchawka – tak, czerwona – nie. Wydawałoby się, że nie może być prościej.

9.

Przerażenie opadło na Elizę przytłaczającym, ołowianym ciężarem. Ktoś umarł albo jest bliski śmierci. Nie było innego wytłumaczenia. Dłonie dziewczyny drżały nieopanowanie utrudniając naciśnięcie właściwej ikony na wyświetlaczu, serce waliło jak oszalałe w oczekiwaniu najkoszmarniejszych nowin. Wypadek, pożar, zawał.

-Tato? Co się stało? Coś z mamą? – prawie wykrzyczała swoją największą obawę.

-A musiało coś się stać? Już nie mogę zadzwonić do własnej córki? – niby mógł, choć do tej pory z tego prawa nie korzystał wcale.

To Eliza telefonowała regularnie do domu, żeby dowiedzieć się co słychać i równocześnie dzielnie udawać, że tęsknota nie zżera jej aż tak bardzo. Przy tej okazji z ojcem zamieniała co najwyżej kilka zdań, na tyle bezpiecznych by nie prowadziły do kolejnej kłótni o to samo. Chociaż i tak od czasu do czasu żegnała ją stara śpiewka: „Wróć jak zmądrzejesz”.

-A dzwonisz bo…? – dziewczyna nie mogła pozbyć się podejrzeń. Coś skłoniło go do przełamania milczenia. I to musiało być coś ważnego, bo tata poza innymi wątpliwymi zaletami charakteryzował się maniakalnym wprost uporem i zawziętością.

-Pomyślałem, że mogłabyś przyjechać w tę sobotę. Mam imieniny, będzie całkiem sporo gości. Rodzina powinna być w takie święto w komplecie – czyli jednak choroba. Jakiś ucisk na mózg, bo inaczej nie da się tego wyjaśnić.

Jej własny, śmiertelnie obrażony na nią ojciec zaprasza na imieniny, których praktycznie nigdy nie obchodzi. Mało tego twierdzi, że urządza większą imprezę. Z własnej nieprzymuszonej woli. Właśnie on, ten, który co roku wyprawia prawdziwe cyrki, byle tylko wigilię przygotowywała któraś z jego sióstr bądź teściowa.

-Ale na pewno wszystko w porządku? Bo brzmisz jakoś dziwnie – Eliza spróbowała ponownie doszukać się drugiego dna.

-Przyjedziesz to sama sprawdzisz, skoro mi nie wierzysz – zaczynało się, jeszcze chwila i będą na siebie wrzeszczeć, już lepiej nie przeciągać i uznać to za próbę zawieszenia broni.

-Oczywiście, że przyjadę.

-Po co ja tu przyjechałam? – pytanie nie było retoryczne. Adresat właśnie zrobił miejsce opadającej na kanapę Elizie i obrzucił ją czujnym spojrzeniem, by natychmiast powrócić do przeglądania zdjęć na trzymanym na kolanach tablecie. Słowa dziewczyny skwitował jedynie wzruszeniem ramion.

-I co ty tu robisz? – Eliza nie zamierzała dać się zbyć – Przecież nasi starzy nawet w kościele dbają, żeby dzieliły ich przynajmniej cztery ławki, a teraz patrz, pomyślałbyś, że nie ma lepszych kumpli od mojego i twojego ojca. Lenny, mówię do ciebie – zniecierpliwiona ostentacyjnym ignorowaniem jej osoby szturchnęła sąsiada zmuszając go do oderwania się choć na chwilę od elektronicznej zabawki.

-Gadałaś z siostrami? – wydawałoby się, że to wymijająca odpowiedź, ale chłopak orientował się w jej rodzinnej sytuacji jak mało kto.

-I razem i osobno. Ela jak zawsze nic nie wie, a Elwira jak wie to i tak nie powie. Coś tu się dzieje nienormalnego Lenny. Mama też wykręca kota ogonem, a stary powitał mnie jakbym wróciła ze sklepu a nie z wygnania. A ty, mimo, że nie widzieliśmy się prawie drugie tyle ile się znamy, to ślęczysz tutaj udając, że mnie nie ma. Lenny, ty masz rozwiązanie tej zagadki, przecież widzę – zajrzała mu ciekawie przez ramię i nagle zupełnie zapomniała czego tak uporczywie próbowała się dowiedzieć.

-To twoje? – spytała odbierając chłopakowi tablet – Jezu, Lenny, czy ja jeszcze cokolwiek o tobie wiem?

Jeśli Eliza była Mimblą to Lenny z pewnością był Włóczykijem. I to takim Włóczykijem, o którym śni się po nocach, bardzo niegrzeczne sny. Lenny, tak naprawdę Leon, który z nienawiści do swojego imienia wymusił na dosłownie wszystkich posługiwanie się wymyślonym przezwiskiem. Tak zwracali się do niego przyjaciele i wrogowie, rodzice i nauczyciele, inaczej się nie przedstawiał, na nic innego nie reagował. Był Lennym. Niebieskookim ziszczeniem marzeń każdej nastolatki w promieniu trzydziestu kilometrów. Pociągła twarz z charakterystycznym, niewielkim znamieniem na prawym policzku, rozbrajający uśmiech idealnie wykrojonych ust, podniecający zwyczaj przygryzania dolnej wargi, włóczykijowaty, delikatnie zadarty nos i te oczy o kształcie migdałów. Lenny obserwował świat szarym błękitem tęczówek nie mając pojęcia do jakich spustoszeń jego spojrzenie potrafi doprowadzić w niewieścich sercach i nie czerpiąc z tego żadnych korzyści, co najwyżej kłopoty. Był ulubieńcem kobiet co jednocześnie sprawiało, że rówieśnicy go nie cierpieli. Wyśmiewali łagodną naturę, dziewczęcą urodę, drobną sylwetkę, wykorzystywali fizyczną przewagę, żeby popchnąć i upokorzyć. A Lenny patrzył na to z bezbrzeżnym zdumieniem, on nikomu nie zrobił krzywdy, nikomu nie życzył źle i nie rozumiał, dlaczego ktoś miałby tak odnosić się w stosunku do niego.

Broniły go, chroniły, otwarcie i po kryjomu. Był ich rodzynkiem, nieodłącznym satelitą żeńskiej paczki. Ewka, Julka, Basia i Eliza. I Lenny, który zawsze przedkładał ich towarzystwo nad zajęcia w-fu czy próby wpasowania się w niedostępną, męską część klasy. To był dobry czas. Eliza miała przyjaciół, z którymi wypaliła setki zabronionych papierosów na tyłach hali sportowej, zwiewała z nudnej geografii i dzieliła świat. Tego nigdy nie zdołała odbudować w Rzeszowie, co gorsza nie zdołała tego nawet zachować. Odległość zepsuła wszystko, stracili się z oczu, zapomnieli o sobie. Lennego nadal miał kto bronić, Eliza została sama. Odczuła to jeszcze mocniej siedząc teraz obok chłopaka i podziwiając zdjęcia jego autorstwa. Wystarczyło kilka zdań by powróciło zrozumienie, odnowiła się zakurzona przyjaźń, udowadniając, że to nie szkoła ich łączyła, oni się w tej szkole tylko wzajemnie odnaleźli, żeby wspólnie ją przetrwać. Gdyby teraz uzupełnić luki w życiorysach, opowiedzieć co działo się z nimi przez te lata mogłoby być tak jak gdyby Eliza nigdy nie wyjechała, albo jakby Lenny stale był z nią. Należało jedynie spróbować.

-Są wyśmienite. Pamiętam jeszcze twoje pierwsze i naprawdę różnica powala. Lenny, powinieneś pomyśleć o jakieś wystawie, czy coś. Mówię zupełnie poważnie – Eliza z zachwytem spoglądała na przewijane przed jej oczami fotografie. To był Lenny, cała jego wrażliwość utrwalona w migawce, to co widział tym swoim urzekającym, szarym błękitem. Piękno w codzienności, w żebrowaniach rusztowań i dłoniach starych ludzi, smutek łuszczących się drewnianych drzwi i powiewających na wietrze firanek, strach ciemnych bram i zdewastowanych nagrobków. Strachu było bardzo dużo, nie można było tego nie dostrzec.

-Mało brakło a miałbym szansę rzeczywiście się pokazać – chłopak uśmiechnął się słabo – dużo się nauczyłem w jednym klubie w Mielcu, tam był taki chłopak, Marcin, prawie zawodowiec. Próbowaliśmy coś razem przygotować, ale teraz to już bez znaczenia.

-Co się stało? – Eliza znała Lennego, nie zmienił się aż tak bardzo, potrzebował się wyżalić, potrzebował obrony.

-Chodź do ogrodu, zapalimy – ewidentnie nie chciał rozmawiać w otoczeniu rodziny i znajomych. Wyszli na zewnątrz i usiedli w altance kuląc się przed zimnem, Lenny wyciągnął zmiętą paczkę papierosów i podsunął ją Elizie.

-Rzuciłam, babcia wymogła – dziewczyna pokręciła odmownie głową.

-Babcia nie żyje a ty jesteś w domu Elza, jak jeszcze tego nie wiesz, to nie przeżyjesz bez nikotyny nawet tego jednego wieczoru – szczupła dłoń nie cofnęła się ani o milimetr. Musiał naprawdę mieć coś dużego kalibru do opowiedzenia skoro nalegał. Lenny nienawidził przymusu.

-No to mów – Eliza zaciągnęła się głęboko, znajomy smak, zapach, rytuał formowania szarych obłoczków papierosowego dymu. Każdy kto twierdzi, że mu tego wcale nie brakuje zdecydowanie mija się z prawdą.

-Heh, normalnie powinno to być celebrowane jako moment przełomowy, ale w sumie pewnie i tak zdziwiona nie będziesz. Nie mówiliśmy o tym głośno, ale chyba było jasne – Lenny zamilkł, w widoczny sposób zbierał odwagę, głośno odetchnął, zamknął oczy jak przed skokiem w głęboką wodę. A potem ten skok wykonał – Widzisz, tej wystawy nie będzie, bo stary złapał mnie z Marcinem, na czymś więcej niż oglądanie fotografii. Bo, Elza, tak się składa, że ja wolę chłopców.

Eliza stłumiła uśmiech i cisnące się na usta „no shit”. Prawdziwym szokiem byłoby gdyby się żenił albo zmajstrował dziecko jakiejś dziewczynie. Zamiast ironicznej riposty przytuliła chłopaka, dając mu do zrozumienia, że jego wyznanie niczego nie zmieniło. Wszystkie cztery wiedziały jeszcze zanim sam Lenny sobie to uświadomił. Między innymi dlatego go broniły, przed niesprawiedliwością i okrucieństwem świata ujawniającymi się w stosunku do wszystkiego co nie wpisuje się w kanon. Chroniły go przed zdeptaniem, bo kochały Lennego, i czuły, że jego wrażliwość może nie znieść zetknięcia z brutalnością otoczenia. Okazało się, że to było tylko odroczenie wyroku.

-Ojciec się wściekł, dostał szału, prawie pobił Marcina. Odtąd zamyka mnie w pokoju, dziś wyszedłem z domu pierwszy raz od miesiąca – Lenny zadrżał i sięgnął po kolejnego papierosa. A Eliza nagle zaczęła zastanawiać się dlaczego akurat tego wieczoru zniesiony został areszt. Znów coś do siebie nie pasowało, a może pasowało za bardzo.

-Lenny, powiedz mi o co tu chodzi. Nasi starzy się nie znosili. Co wy tu robicie. Widzę, że wiesz – zażądała zaglądając mu w oczy. On nie potrafił kłamać, bez względu na to co wyczyniała z nim rzeczywistość nadal zachował dziecięcą niewinność, przynajmniej w pewnym stopniu.

-Rodzice chcą położyć kres plotkom. Wiesz jak tu jest, ludzie żyją od atrakcji do atrakcji. A jak ich nie ma to sami je sobie potrafią wykreować. Ja dostarczyłem wyśmienitych powodów, i to takich, które grożą pozycji ojca. Urząd burmistrza nie jest intratny, ale jest wpływowy. No i firma, musi przynosić zyski, a nie być prowadzona przez potępionych przez proboszcza. Oni się dogadali Elza, przepraszam – popatrzył na nią smutno.

-Dogadali w sprawie…? – Eliza poczuła dławiącą gulę w gardle. Znała swoich rodziców. Ta nagła zmiana frontu to nie był przypadek. To był element handlu i rokowań. Lenny tylko to potwierdził.

-Wyswatają nas. Będziemy papierowym małżeństwem zamykającym usta oszczercom. Plotki będą sobie trwać, ale zostaną w sferze domysłów, aż w końcu stracą na znaczeniu. Bo nie znikną, tu nic nie znika poza ludźmi. Strasznie cię przepraszam Elza – pojedyncza łza potoczyła się tuż obok bladego znaku na policzku chłopaka.

-Za co? Czemu ty masz być winny, że pochodzimy z jakiegoś zapomnianego przez boga średniowiecznego społeczeństwa? – dziewczyna nie kryła złości. Jeżeli ojciec myślał, że to się tak zwyczajnie uda to chyba nadal jej nie znał.

-Bo – Lenny zająknął się, ale dokończył – bo to ja poprosiłem o ciebie. Ty zrozumiesz, razem damy radę, w końcu stąd uciekniemy, pomożesz. Zawsze mi pomagałaś.

-Nie mówisz poważnie Lenny – popatrzyła na przyjaciela z niedowierzaniem, nawet nie dlatego, że wmanewrował ją w cały ten poplątany układ, ale dlatego, że – ty naprawdę chcesz to zrobić? Zaprzeć się siebie? Po co?

-Elza ja już tego nie zniosę, nie zniosę ciągłego poniewierania. I… – zamilkł.

-I czego, co oni ci robią? – dziewczyna ujęła jego twarz w dłonie i zmusiła do spojrzenia sobie w oczy.

-Biją – wyszeptał, a potem wyrwał się jej i odwrócił podciągając kurtkę i bluzę. Odsłonił wychudzone plecy poznaczone gojącymi się szramami, fioletowe i sinoniebieskie krwiaki tworzyły rozległe plamy po obu stronach linii wytyczonej rysującym się pod skórą kręgosłupem, ślady starych i zupełnie świeżych razów.

-Uratuj mnie Elza – Lenny płakał. A w Elizie zawrzało jak jeszcze nigdy.

-Zaczekaj tu – warknęła – zaraz wrócę.

-O Elizka, już się o ciebie martwiliśmy – ojciec siedział razem z tatą Lennego a przed nimi stała do połowy opróżniona butelka wódki. Tu tak to się odbywało, udaną transakcję przypieczętowywał alkohol.

-Mogę z tobą porozmawiać? Z tobą i mamą, teraz – dziewczyna starała się wykorzystać wszystko, czego nauczyła się od Kurka, zimne opanowanie i bezwzględna konsekwencja.

-Dla mojego skarbu wszystko – mężczyzna uwiesił się na jej ramieniu, miał już niewielkie problemy z zachowaniem równowagi, ale mówił wyraźnie co dawało szansę na w miarę sensowną konfrontację. Jeżeli coś takiego było w ogóle możliwe w tym domu.

Kiedy Eliza stanęła przed rodzicami, zamykając drzwi do kuchni i izolując ich od natrętnych gości, na krótki moment opuściła ją odwaga. A potem przed oczami pojawił się widok zmasakrowanych pleców Lennego i wypełniający ją gniew stał się wszystkim co było jej potrzebne do tej rozmowy.

-Ile ja jestem dla was teraz warta? – spytała lodowatym głosem.

-O czym ty mówisz córciu? – ze spojrzenia matki wyraźnie dało się odczytać, że doskonale zdaje sobie sprawę skąd wzięło się to pytanie.

-Na ile mnie wyceniliście. Dotychczas była to wolnorynkowa wartość mojego mieszkania, niecałe dwieście tysięcy. Ale chyba obecnie to będzie grubo więcej.

-Nie zaczynaj, to nie jest czas, goście czekają – mama uparcie próbowała położyć kres nieprzyjemnej scenie, ale ojciec nie był przyzwyczajony do oddawania inicjatywy na własnym terenie.

-Daj spokój Krysiu, dorosła jest, niech wie – poklepał żonę po ręce uspokajającym gestem i zwrócił się do Elizy – Leonek się wygadał? Może i dobrze, nie muszę już wyjaśniać skąd ten pomysł. A zanim zaczniesz mi tu pyskować to posłuchaj, bo to dla ciebie też idealna sprawa. Wychodzisz za niego, on będzie jadł ci z ręki, z taką cipą poradzisz sobie nawet ty. Jego ojciec przepisze na was firmę, bo wiem już, że musi uciekać z podatkami. A ty – wskazał palcem na córkę – skłonisz swojego zniewieściałego męża, do oddania jej w całości tobie. A potem wolna wola. Albo zostawisz tartak nam i będziesz mogła sobie dalej żyć swoim niezależnym sposobem przymierając głodem, razem z mężem czy bez, albo zostaniesz tu gdzie twoje miejsce. Przy rodzinie. Ja i matka pomożemy ci prowadzić ten biznes. Jak dobrze pójdzie to i małżeństwo uda się unieważnić. Nie takie rzeczy można w dzisiejszych czasach załatwić. Ale to tak za dwa, trzy lata, nie wcześniej. Wytrzymasz. Zawsze lubiliście się z Leonem, to i bardzo wielka krzywda ci nie będzie, poudawać. Tylko kiecek pilnuj, żeby ci nie podbierał – ojciec zaniósł się rubasznym śmiechem, mama w nagłym zażenowaniu wbiła wzrok w obciągnięty kraciastą ceratą blat kuchennego stołu.

-On nazywa się Lenny – Eliza chciała jeszcze coś dodać, ale ojciec jak nagle się roześmiał tak nagle ściągnął brwi w przypływie wściekłości.

-Nazywa się Leon! To jest normalne, bogobojne imię. Ten cały Lenny to właśnie skutek popuszczania nastoletnim gówniarzom, pozwalania im na pokręcone fanaberie. A potem kończy się jakimś plugastwem. Ty będziesz żoną Leona Kosmali i nikogo innego – wycedził patrząc na córkę gniewnie.

-Nie będę – Eliza podniosła głos i nie dając sobie przerwać kontynuowała – jeszcze się nie nauczyłeś, że mnie nie możesz wtłoczyć w stan swojego posiadania? Próbuj dla odmiany spieniężyć coś na co masz wpływ, choćby własną nadwyrężoną cnotę. Wycofaj umowę, którą tak ładnie opijaliście ze starym Kosmalą. Ślub odwołany. Ja i Lenny wracamy do Rzeszowa.

-Ty wracasz – ojciec zerwał się z krzesła z szybkością zaskakującą u kogoś, kto zdążył już swoje wypić i chwytając dziewczynę pod ramię pociągnął gwałtownie do tylnych drzwi – wyrzuciłem cię stąd już raz pyskata szczeniaro to zrobię to ponownie. Co ty myślisz, że będziesz mi się sprzeciwiać? Mam jeszcze dwie córki, a Kosmala przekona syna, że każda z nich jest lepsza od ciebie. Ma na to sposoby, a ja powinienem już dawno zastosować je na twoim grzbiecie, zaoszczędziłoby mi to siwych włosów – sięgnął do klamki i wypchnął Elizę do ogrodu nie zwracając uwagi na czepiającą mu się rękawa żonę i jej prośby o zachowanie spokoju i unikanie scen.

-Wynocha. Wróć jak zmądrzejesz – powtarzany do znudzenia refren. To już było.

-A ty – ojciec zauważył stojącego w altance Lennego – do domu, ale już. Bo zawołam starego.

Chłopak wahał się przez chwilę, wydawało się, że już jest zdecydowany aby chwycić wyciągniętą dłoń Elizy, która stała przy furtce czekając na niego. Zmarnował swoją szansę, niepewność trwała zbyt długo. Przez kuchenne drzwi wypadł pan Kosmala, w kilku krokach znalazł się przy synu i nie siląc się na delikatność szarpnął go w przeciwnym kierunku.

-Lenny uciekaj stąd, nie pozwól im na to – Eliza krzyknęła w stronę oddalającego się przyjaciela. Przygarbiony, z biernie spuszczoną głową, był już niczym więcej poza strachem i przerażeniem.

-To ty nie uciekaj, miałaś mi pomóc – usłyszała w odpowiedzi bolesne oskarżenie. Nie miała szansy zareagować, Lenny znikał już wciągany przemocą do jasno oświetlonego wnętrza budynku. Do Elizy podszedł ojciec. Uspokoił się, a przebieg wypadków uznał za wysoce sprzyjający. Na tyle, że postanowił jeszcze raz odwołać się do rozsądku córki.

-To co, zmieniłaś zdanie? Wracamy? – powiedział to z taką pewnością siebie, jakby wszystko zostało już przesądzone. Jakby Lenny poddając siebie poddał równocześnie i Elizę. Wściekłość wróciła. Nie pozwoli się kupić. Nigdy, przenigdy. I nikomu. Trzasnęła metalową furtką i pobiegła wzdłuż prowadzącej do rynku uliczki. Ścigał ją ulubiony warunek ojca.

-Wróć jak zmądrzejesz.

I coś jeszcze, coś o wiele gorszego. Poczucie, że zawiodła, że zdradziła. Zawsze go broniły i chroniły. Dziś zostawiła Lennego samemu sobie.

10.

Radomyśl w sobotni deszczowy wieczór, miejsce wymarłe, opustoszałe. Nie ma dokąd pójść, więc nie ma i po co wychodzić. Mieszkańcy zaszyci w ciepłych domach, okupujący wytrwale stanowiska przed telewizorami i łykający medialną papkę jak najdroższy kawior wysłuchiwali wiadomości, by stwierdzić z zadowoleniem, że przynajmniej w ich miasteczku nie dzieją się te wszystkie okropności, oglądali ulubione seriale przejmując się losami bohaterów o wiele bardziej niż należało, prześlizgiwali pożądliwym wzrokiem po zbędnych przedmiotach, do zakupu których nakłaniały natarczywe reklamy. Nie mieli powodu wyglądać przez okna swoich mieszkań, urocza pogodynka wyręczyła ich wskazując granatowe chmury na wirtualnej mapie i zapewniając, że w najbliższym czasie nic lepszego ich nie spotka. Nikt nie poddawał w wątpliwość jej słów, nikt nie miał zamiaru wsłuchiwać się w kojący szum deszczu i przyglądać spływającym po szybach kroplom. Telewizor twierdził, że należy tęsknić za słońcem i upałami, więc wszyscy tęsknili nie zaszczycając ulewy nawet odrobiną uwagi. Stąd też nikt nie mógł zobaczyć Elizy wlokącej się noga za nogą w kierunku autobusowej zatoczki.

Bardziej z poczucia obowiązku niż z przekonania dziewczyna przebiegła wzrokiem nadwyrężony zębem czasu rozkład jazdy. Godzina dwudziesta druga w Radomyślu i do tego w sobotę. Z równym powodzeniem co PKS-u mogła spodziewać się, że ustanie dokuczliwy, zacinający deszcz, który jak na zamówienie postanowił podkreślić beznadziejność sytuacji. Eliza usiadła pod pleksiglasową wiatą rozcierając dłonie w poszukiwaniu choć odrobiny ciepła. Jeżeli nie znajdzie alternatywy będzie koczować tu do rana, ale na pewno nie wróci do domu. Na szczęście w kieszeniach kurtki miała portfel, klucze, telefon. Niezbędnik. Ubrania i kosmetyki pozostawione w podróżnej torbie w pokoju Elwiry jakoś przeboleje. Gorzej z Lennym.  Przed jej oczami pojawiła się pociągła buzia, przerażone spojrzenie przepełnione bólem, wyraźną prośbą o pomoc, drżąca szczupła dłoń z żarzącym się skrawkiem papierosa a zaraz potem obraz posiniaczonej skóry i przygarbiona sylwetka z rezygnacją poddająca się szarpnięciom i rozkazom. Porzuciła go. Pozwoliła, żeby go zabrali. Dlaczego czekała przy tej furtce? Wystarczyło chwycić go za rękę i wyciągnąć stamtąd na zawsze. Uratować. Czy zaniechanie można rozgrzeszyć?

Była jedna, jedyna osoba, do której chciała się teraz zwrócić, której potrzebowała, której mogła zawierzyć. Czekając aż odbierze modliła się w duchu, żeby tam był. I był.

-No cześć, miałem właśnie pisać, żebyś dała znać jak tam, czy cię twoja rodzina nie zjadła żywcem – głos Kamila jak zwykle nienaturalnie bezbarwny i spięty. Nie lubił rozmów telefonicznych i najczęściej skutecznie ich unikał – Halo, słyszysz mnie?

Elizie nagle zabrakło słów. Uporczywie milczała przyciskając aparat do ucha i walcząc z napływającymi do oczu łzami.

-Halo, jesteś? Co się dzieje, nie rób mi tak, bo się denerwuję, odezwij się, proszę – niepokój i troska przebijały z każdego wypowiedzianego przez Milczka słowa. Jak to jest, że praktycznie obcy człowiek przejmuje się nią bardziej niż własny ojciec? Ta myśl sprawiła, że całe okropieństwo i bezduszność wieczoru skumulowały się w jednym bolesnym skurczu serca. Eliza zacinając się i pociągając nosem zaczęła nieskładną opowieść, lecz gdy tylko wspomniała o przyczynie, dla której rodzice ściągnęli ją do domu Kamil przerwał jej gwałtownie:

-Ale gdzie ty teraz jesteś? Bo przecież tam nie zostałaś, nie mogłaś tam zostać, wróciłaś do Rzeszowa?

-Siedzę na przystanku, nie wydostanę się stąd dziś, chyba że złapię jakiegoś stopa – odpowiedziała uświadamiając sobie nagle jak bardzo jej zimno, jak jest wyczerpana, zmęczona i jak bardzo odległa od bezpieczeństwa swojego mieszkania.

-A taksówka? Cokolwiek? Nie możesz tam tak tkwić. Może jacyś krewni albo znajomi cię przenocują – Kamil za wszelką cenę starał się znaleźć rozwiązanie.

Eliza próbowała mu wyjaśnić jak to jest z małymi miasteczkami, że zawitanie o tej porze w czyichś progach byłoby równoznaczne poddaniu się wnikliwym przepytywaniom, że prędzej czy później padło by imię Lennego i zamiast go ratować dałaby ludziom kolejny powód do plotek i dociekań. Jednak sygnał oczekującego połączenia przeszkodził im w dalszej rozmowie. Dziewczyna z nadzieją spojrzała na wyświetlacz nie zastanawiając się wcale nad tym skąd Lenny miałby mieć jej numer, tak bardzo chciała, żeby to był on.

-No nie wierzę – powiedziała głośno nie kryjąc rozczarowania.

-Co się stało? – Kamil zareagował kolejnym nerwowym pytaniem.

-Kurek. Pewnie coś mu nie pasuje w ostatnim felietonie. Ten to ma wyczucie – Eliza sarknęła ze złością, ale Milczek nie podzielał jej oburzenia.

-Odbierz, poproś go, może przyjedzie, albo kogoś wyśle. To szansa jakoś się wyrwać z tego twojego Radomyśla – zaproponował gorliwie.

-Nie ma mowy! – dziewczyna gniewnie potrząsnęła głową. Cudowne podsumowanie koszmarnego dnia, błaganie Kurka o pomoc.

-Jest! – Kamil był stanowczy, jego głos stał się wyraźniejszy i pewnie przez to dziwnie bliski i znajomy. Musiał naprawdę się o nią martwić skoro przełamał swoją zwyczajową wstrzemięźliwość – odbierz, zapytaj przynajmniej. Już, już. Nie chcę żebyś tam siedziała w nocy, zrób to dla mnie. No, dalej, ja się rozłączam. Zapytasz?

-Dobrze już, zapytam – nie umiała mu odmówić, nie, gdy jego troskliwość działała jak najlepszy plaster, otulała ciepłem i kryła przed deszczem. Była mglistym, przezroczystym ramieniem, które mimo to dawało pewne wsparcie. W najbardziej samotnym momencie nie została sama.

-Masz – Kurek sięgnął ręką na tylną kanapę samochodu i podał Elizie duży, puszysty ręcznik – nie potrzebuję żebyś dostała zapalenia płuc.

Zgarnął ją kilka minut wcześniej, zupełnie przemoczoną. Brnęła poboczem nie zważając na zacinający deszcz i przenikliwe zimno, nie mogła już znieść czekania w jednym miejscu i wyszła Bartkowi naprzeciw. Siatkarz nie dociekał wcale przyczyn, dla których dziewczyna utknęła w środku nocy w jakimś nic mu niemówiącym miejscu na mapie. Bez zbędnych dyskusji stwierdził, że już jest w drodze, a na pytanie, jak ma zamiar to zrobić z nogą w gipsie odparł krótko:

-Automat, idealny dla chromych i leniwych.

Teraz jechali w milczeniu. Bartosz skupiał się na wąskiej, wyboistej jezdni lśniącej wilgotną, zdradliwą nawierzchnią, Eliza starannie osuszała ociekające wodą włosy. Wstrząsające nią od czasu do czasu dreszcze nie uszły uwadze chłopaka, który znów sięgnął za siebie, tym razem do kieszeni za oparciem pasażera.

-Proszę, na rozgrzewkę i na to co cię jeszcze dławi, bo widzę, że źle jest – powiedział wręczając jej sporych rozmiarów piersiówkę.

-Zawsze wozisz alkohol w samochodzie? – Eliza zdjęła nakrętkę i powąchała podejrzliwie zawartość buteleczki.

-Czasami chowam też w gipsie – Bartek uśmiechnął się pod nosem – No nie niuchaj tak, Soplica pigwowa. Idealna dla ciebie, słodka a daje kopa jak czysta. Rozgrzejesz się.

Po kilku porządnych łykach Eliza doszła do wniosku, że Kurek miał wyjątkowo rację. Przyjemny, słodko-cierpki smak rozganiał dokuczliwy chłód, uspokajał i rozwiązywał język.

-Zdejmij buty, włączyłem nadmuch, musisz się wysuszyć. Coś ty tam w ogóle robiła? Jeszcze w taki deszcz – Bartek zerknął na dziewczynę zaciekawiony.

-Przekonywałam się ile można za mnie dostać i porzucałam przyjaciół w potrzebie – mruknęła znad rozwiązywanych conversów.

-Aha, nie chcesz nie mów.

-Byłeś kiedyś towarem? – Eliza ponownie sięgnęła po piersiówkę.

-Żartujesz? – Bartek z niedowierzaniem pokręcił głową – jestem zawodowym siatkarzem, przez całe moje dorosłe granie chodzę ometkowany. Mam cenę i przeliczam się w euro. Przed sezonem jestem badany i oglądany z każdej strony w poszukiwaniu felerów. Sprawdzają mnie jak konia przed wyścigiem, tylko w zęby nie patrzą – zaśmiał się rozbawiony własnym dowcipem.

-A handlowali tobą rodzice? – Elizie nie było do śmiechu – Bo widzisz, różnica jest w tym, że choć tak o tym opowiadasz, to dobrze wiesz, że to składowa bycia sportowcem. Twoja cena to angaż a testy to dopuszczenie do wykonywania zawodu. Ja zostałam już kiedyś wymieniona na mieszkanie, a dziś opędzlowano mnie za tartak i stolarnię. Chyba powinnam się cieszyć, bo moja wartość rośnie. A zamiast tego czuję się obrzydliwie tania.

-Ale jesteś tu, więc chyba z transakcji nic nie wyszło. Prawda? – wjechali właśnie na autostradę i to zapewne było powodem, dla którego Bartek mocniej chwycił kierownicę, tak silnie, że zbielały mu knykcie. Dlatego zmarszczył brwi wpatrując się w drogę przed sobą.

-Nie wyszło, ale teraz wydaje mi się, że popełniłam błąd. Zostawiłam go, a on nie powinien być sam. Lenny, najukochańszy, najbardziej życzliwy człowiek jakiego znam. A oni go dręczą, maltretują. I to nie bicie jest najgorsze, nie to fizyczne – Eliza zamilkła wpatrując się w światła jadących przeciwnym pasem samochodów.

-Bicie? O czym ty mówisz? – Bartosz poruszył się niespokojnie.

-Tak w moich rodzinnych stronach leczy się odmienność. Oni nie będą Lennego akceptować, pozwalać mu być sobą, to się tam nigdy nie wydarzy. Oni go przeklną, siłą będą chcieli uzdrowić z choroby. Bo dla nich to choroba i grzech, który trzeba wyplenić. A najlepszą pokutą jest ból. Boże, zabiją go. Bartek, co ja narobiłam?! – Eliza patrzyła na Kurka szeroko otwartymi oczami. Wargi jej pobladły, podbródek drżał. Przerażona uzmysłowiła sobie, że to może się stać, że ojciec Lennego będzie naginał syna do swojej woli tak długo, aż ten się podda. Bądź pęknie. A Lenny nienawidził przymusu.

-Uspokój się i opowiedz mi to porządnie, po kolei – Kurek zatrzymał samochód na parkingu przy stacji benzynowej. Eliza nawet nie spostrzegła kiedy zjechał z drogi. Teraz siedział obok przyglądając się jej uważnie i słuchając w milczeniu tego co miała do powiedzenia. Ośmielona alkoholem pozwoliła sobie na pełną szczerość, pomagało jej, że może się wygadać i nie miało znaczenia, że słuchaczem jest akurat Bartosz. Mówiła nie tylko o dzisiejszym wieczorze, ale o wszystkim co do niego doprowadziło. O zachłannych rodzicach, wymuszonej wyprowadzce do Rzeszowa, marzeniach i przeszkodach stojących na drodze ich realizacji, o babci, która zanim odeszła zdążyła rozstawić Elizę na szachownicy w ostatniej, mistrzowskiej roszadzie, o samotności i wiecznej szarpaninie w poszukiwaniu źródeł utrzymania. A w końcu o przyjacielu, którego zawiodła. To ostatnie nie spodobało się Bartkowi.

-Jeśli chcesz znać moje zdanie, to nic innego nie możesz zrobić, przynajmniej tak długo, jak on sam nie postanowi zmienić swojego położenia – stwierdził przekręcając kluczyki w stacyjce i na powrót włączając się do ruchu – to może nie do końca najtrafniejsza analogia, ale to trochę przypomina wychodzenie z nałogu, trzeba chcieć pomocy, trzeba mieć siłę i determinację, żeby o siebie zawalczyć. Nic dobrego z tego nie wyniknie, jeżeli teraz przemocą odbijesz Lennego. On nadal nie będzie pilotował własnego życia tylko da się powieźć, pokierować. Byłaś przy nim, wyciągnęłaś rękę a on z niej świadomie nie skorzystał. Pewnie się bał. Tylko, że strach w sobie musi przełamać samodzielnie. Najpierw sam musi się uwolnić, żeby można go było ratować. Przykre, ale prawdziwe.

-Muszę się napić – Eliza odkręciła nakrętkę, przytknęła piersiówkę do ust i pociągnęła solidnie – i w spokoju to przemyśleć, zanim się z  tobą zgodzę.

-Proszę bardzo – Kurek uśmiechnął się pod nosem – mamy jeszcze niecałą godzinę jazdy. Myśl do woli.

-Pobudka, jesteśmy – Bartek delikatnie potrząsał ramieniem skulonej w fotelu dziewczyny – strasznie się zamyśliłaś, prawie jakbyś zasnęła. Lepiej jest?

-Lepiej – odpowiedziała trąc oczy – dziękuję. Nie mógłbyś być taki zawsze?

-Jaki? Mający rację? Przecież jestem – Kurek zaśmiał się cicho.

-Nie. Zwyczajny. I ludzki. Takiego mogłabym cię lubić – Eliza po omacku szukała butów, szło jej niesporo, bo pigwowa Soplica i jej trzydzieści sześć procent zrobiły swoje.

-I tak mnie trochę lubisz – siatkarz patrzył na nią wyczekująco jakby spodziewał się potwierdzenia.

-Ale mogłabym bardziej, gdybyś chciał – pochylona nie mogła zauważyć uśmiechu jakim Bartek skwitował to oświadczenie. W tym uśmiechu nie było kpiny i zarozumialstwa, była za to radość.

-Kurde, gdzie jesteś mój prawy bucie? Pójdę bez ciebie jak się natychmiast nie znajdziesz – Eliza zaprzestała rozpaczliwych poszukiwań pod siedzeniem i spojrzała zrezygnowana na siatkarza – chyba został w Radomyślu.

-Urżnąłeś mi się Lisku, urocze – Bartosz nie przestawał się uśmiechać.

-No i co w związku z tym? – dziewczyna wyzywająco uniosła podbródek.

-Nic, pocałuję cię – Kurek zrobił dokładnie to co zapowiedział.

I wyszło mu idealnie, na tyle przekonywująco, że po pierwszym pocałunku nastąpiły kolejne. Trwało to i trwało, aż Eliza musiała w duchu przyznać, że szum w głowie to nie efekt wypitego alkoholu i że to jak Bartek całuje podoba jej się o wiele bardziej od tego jak gra w siatkówkę.

-Pójdę sobie – zdołała wydukać, gdy w końcu oderwali się od siebie i nie czekając na odpowiedź wygramoliła się z samochodu. Kuśtykając, półboso, z drugim trampkiem w ręce i znajomą hordą motyli trzepoczącą gdzieś głęboko w środku, dotarła do bramy kamienicy. Gdy wspinała się po schodach, jak najciszej, żeby przypadkiem nie sprowokować śledztwa któregoś z sąsiadów, krótkie piśnięcie telefonu oznajmiło nadejście smsa. Kamil pytał, czy dojechali szczęśliwie. Pierwszy raz odkąd się znali zbyła go. Nie miała ochoty na rozmowę. Tym bardziej, że kolejna wiadomość doprowadziła motyle do istnego szaleństwa.

SMS

11.

-Mogę się przysiąść? – Nowakowski nie czekając na pozwolenie zajął miejsce obok Elizy zmuszając ją do wciśnięcia się głębiej w okienny wykusz – I poczęstować?

Kiwnęła głową, a siatkarz wyciągnął papierosa z leżącej na parapecie paczki. Nie zapalił go jednak tylko obracał w palcach spoglądając przez ramię na poruszane wiatrem korony kasztanowców rosnących wzdłuż widocznej z góry Alei Lubomirskich. Eliza delikatnie wypuściła z płuc powietrze zmieszane z tytoniowym dymem kierując je w stronę uchylonego lufcika. Zastanawiała się co powiedzieć i czy w ogóle się odezwać. Piotrka poznała przed niecałą godziną, wraz z pozostałymi gośćmi, którzy teraz bawili się głośno w sąsiednim pomieszczeniu biorąc udział w Święcie Z Okazji Uroczystego Uwolnienia Mojej Nogi, jak tytułował imprezę wracający do zdrowia gospodarz. Tam też powinien przebywać Nowakowski. Tymczasem siedział obok, ugniatał papierosową bibułkę, łypał na dziewczynę spode łba i zdecydowanie nie trafił tu przypadkiem.

Eliza nie spodziewała się, że ktoś zauważy jej zniknięcie. Bartka w pełni pochłonęła rola duszy towarzystwa. Sypał żartami, wygłupiał się, markował niekoniecznie bezpieczne przy jego kontuzji taneczne ruchy i koncentrował na sobie całą uwagę zgromadzonych. Elizę przedstawił pobieżnie kolegom z drużyny, po czym zostawił samą sobie. Miała tu być w roli obserwatora a nie atrakcji wieczoru. Od początku ten pomysł wydawał się jej głupi, i to z kilku powodów.

Po pierwsze sam temat felietonu do niej nie przemawiał, ale Kurek uparcie twierdził, że redakcja domaga się czegoś o zespole Asseco, artykułu przybliżającego sylwetki zawodników. Stąd wziął się pomysł spontanicznie zorganizowanej imprezy, w czasie której Eliza będzie mogła poznać choć trochę charaktery siatkarzy i zobaczyć ich w naturalnych, pozaboiskowych sytuacjach. Czyli używając dziennikarskiego żargonu „zrobić research”. Niestety zupełnie jej to nie wychodziło, czuła się obco i nie na miejscu. Choć jeszcze nie tak dawno dałaby się poćwiartować za wieczór spędzony w otoczeniu ukochanej drużyny teraz uciekała przed zgiełkiem nie mogąc się doczekać, kiedy wróci do siebie.

Miało to bezpośredni związek z powodem drugim. Absolutnie nie była w nastroju do zabawy ani pozorowania, że w nim jest. Jej myśli wciąż zaprzątały wypadki, które rozegrały się w trakcie ostatniej wizyty w rodzinnym miasteczku. W ciągu minionych tygodni wielokrotnie próbowała skontaktować się z Lennym. Totalne fiasko. Pan Kosmala po kolejnym telefonie poprosił bez ogródek, żeby więcej nie dzwoniła, bo jego syn nie chce mieć z nią nic wspólnego. Od mamy nie wydobyła niczego sensownego, a prośba o przekazanie wiadomości Lennemu spotkała się z kategoryczną odmową. Jedyne jako tako przydatne informacje pochodziły od Elżbiety: ojciec nadal jest wściekły i pomstuje na średnią córkę jak nigdy dotąd, Lenny praktycznie nie wychodzi z domu, podobno wziął dziekankę, a przygotowania do ślubu z Elwirą idą pełną parą choć są zachowywane w tajemnicy. Status quo został utrzymany, firma Kosmali nadal znajdowała się w zasięgu pazernych rąk rodziców i tylko Elizę gryzło sumienie. Nie umiała uwolnić się od poczucia winy, może gdyby rozegrała to inaczej, choćby udając, że się zgadza, jej przyjaciel mógłby dziś być daleko od Radomyśla, od poniżania i przemocy. Rozmowy z Kamilem, przytaczającym dokładnie te same argumenty, którymi posłużył się Bartek i podkreślającym, że jeżeli Lenny nie zdobędzie się na pierwszy ruch nikt nie może mu pomóc, nie rozwiewały wątpliwości. Strach i niepokój na stałe zadomowiły się w umyśle dziewczyny, nie potrafiła tego racjonalnie wytłumaczyć, ale czuła, że dzieje się coś bardzo złego. Albo, że niedługo się wydarzy. Oczekiwanie najgorszego nie sprzyjało podrygiwaniu w rytm skocznej muzyki czy zaśmiewaniu się z siatkarskich anegdotek oraz wygłupów Kurka.

Był jeszcze powód trzeci, dla którego niechętnie przystała na propozycję Bartosza. Sam Bartosz. Od całowanego pożegnania pod jej domem ich znajomość stała się jeszcze dziwniejsza. Jeżeli to w ogóle możliwe biorąc pod uwagę cały jej dotychczasowy przebieg, od pierwszego spotkania począwszy. Mimo, że kompletnie nie wspominali o tamtej sobocie nie próbując sprawdzać, czy jej zakończenie było przypadkową mieszanką wypitego przez Elizę alkoholu i kumulacji wrażeń, czy też miało jakieś drugie, odległe od przypadku, dno, Kurek zachowywał się jakby nieoficjalnie byli już parą. Eliza często nie mogła pozbyć się wrażenia, że przespała jakiś etap bądź coś istotnego zatarło się w jej pamięci i dlatego nie może zrozumieć, w jaki sposób z dnia na dzień zyskała nie tylko prawie-chłopaka, ale i przyjaciela. Bartek nabrał zwyczaju dzwonienia wieczorami, żeby spytać jak minął jej dzień i aby opowiedzieć co u niego. Spotkania w sprawach, powiedzmy, zawodowych przeciągały się za każdym razem, bo nagle znalazło się tyle wspólnych tematów i to nie tylko związanych z siatkówką, że nie mogli się nagadać. Jakby zaczęli te rozmowy wieki temu i teraz aż nie wypadało ich w takim momencie przerywać. U Bartosza zawsze czekała na nią ulubiona herbata z sokiem z aronii, a nie rzadko akurat ten film, który od dawna chciała obejrzeć. Kilkakrotnie zdarzyło się, że budziła się otulona kocem, z głową na ramieniu siatkarza, przed wygaszonym już ekranem telewizora. Uśmiechał się wtedy, nazywał ją Liskiem, całował w czoło i niezmiennie twierdził, że nie chciał jej budzić, a ręka wcale mu nie zdrętwiała. To wszystko było przyjemne i kuszące, dawało poczucie bezpieczeństwa i oddalało na chwilę zmartwienia, ale równocześnie z trudem przychodziła Elizie bezwarunkowa akceptacja zmian w ich wzajemnej relacji. No dobrze, pocałowali się, może więcej niż raz i może świat wtedy troszeczkę zawirował, może opowiedziała mu wiele o sobie, choć był to telegraficzny skrót, ale czy to było wystarczające, żeby wrogość zmieniła się od razu w zakochanie, a pobieżna znajomość w silną zażyłość noszącą znamiona długotrwałej przyjaźni? Eliza w to wątpiła i potrzebowała czasu i odległości. Czasu, aby poukładać w sobie sprzeczne uczucia, a odległości, żeby Bartosz jej w tym nie przeszkadzał.

Nie tylko ona miała problem z odnalezieniem się w sytuacji.

-Nie powinnaś brać udziału w tym przedstawieniu na twoją cześć? – Nowakowski wsunął wymiętoszonego papierosa z powrotem do opakowania. Widocznie miał on służyć tylko zebraniu myśli i teraz stał się zbędny.

-Wydaje mi się, że Bartek celebruje dziś sam siebie i doskonale się przy tym bawi – Eliza wzruszyła ramionami, nie widziała związku pomiędzy zachowaniem Kurka a swoją osobą.

-Lubi wygłupy, fakt, ale dziś to jest specjalny występ, szczególnie intensywny. Dla jednego widza. Dla ciebie – Piotrek wskazał zaskoczoną dziewczynę palcem – i nie rób takiej miny, to, że cię ukrywa nie oznacza, że nie wiem co się dzieje. Jak się zakocha to zawsze wariuje, tylko, że dotychczas miał w zwyczaju obnosić się ze swoimi dziewczynami, a ciebie nam nawet nie przedstawił jak należy. Wydaje mi się, że na twoje życzenie i to mnie tu sprowadza.

-Tak wiele rzeczy jest źle w tym co powiedziałeś, że nawet nie wiem od czego zacząć – Eliza pokręciła w niedowierzaniu głową.

-To nie zaczynaj – Nowakowski nie zamierzał słuchać żadnych wyjaśnień – Z Kurasiem przyjaźnię się od lat i znam go jak mało kto. Byłbym zadowolony gdyby wydostał się z tego dołka po jego ostatniej pomyłce, tej pindzie, która okazała się najzwyklejszą w świecie złodziejką. Ale to nie znaczy, że historia ma się powtórzyć. Wiem jaki jest, kiedy kogoś obdarzy zaufaniem to nic do niego nie trafia. A tu z kapelusza wyskakujesz ty. Nikt o tobie nic nie wie, gdzie cię poznał, skąd ta znajomość i dlaczego, kim jesteś i jakim cudem tak mu zawróciłaś w głowie? I te wkurwiające smsy. Kiedy do niego nie wpadnę siedzi w telefonie. Nie umiecie normalnie rozmawiać? A może jesteś mężatką?  – Eliza aż zachłysnęła się dymem słysząc ostatni zarzut. Nowakowskiego prawdopodobnie naszła refleksja, że mógł nieznacznie przeszarżować, odchrząknął w zakłopotaniu, ale brnął dalej – Możliwe, że źle cię osądzam i niesłusznie podejrzewam, jeśli tak to kiedyś przeproszę, obecnie wcale mnie to nie obchodzi. Chcę tylko żebyś wiedziała, że nawet jeśli Bartek nie do końca trzeźwo ocenia sytuację, to ja i owszem. I znajdę sposób, żeby się ciebie pozbyć, jeżeli uznam, że chcesz go wykorzystać.

Powiedział co miał do powiedzenia, wstał i wyszedł nie słuchając tego co Eliza próbowała mu wyjaśnić. Przede wszystkim, że ktokolwiek Bartka omotał to z pewnością nie ona, bo poza jednym, jedynym sms-em traktującym o sympatii do pigwowego smaku żadnej innej wiadomości od Kurka nie dostała, żadnej mu też nie wysłała. Piotrek strzelał nie do tej osoby. Ale i tak zdołał narobić szkód, bo wraz z zamykającymi się za Nowakowskim drzwiami do powodów, dla których Elizy nie powinno tu dzisiaj być, dołączył jeszcze jeden. Bartosz w coś się bawił, coś udawał, coś ukrywał i możliwe, że to co ona odczytała jako kiełkujące niespodziewanie uczucie było zaledwie zasłoną dymną na rzecz przyjaciół i znajomych. Poczuła się z tym źle. Jeszcze gorzej poczuła się ze świadomością, że chyba jest zazdrosna o dziewczynę, z którą Kurek prowadzi swoje tekstowe rozmowy.  Zazdrość, kiedy zabrnęło to tak daleko?

Ten najmniej odpowiedni bądź właśnie najwłaściwszy moment wybrał jej telefon, aby przypomnieć, że i Eliza zna kogoś, komu poświęca dużo uwagi. I nie jest to w żadnym wypadku Bartek Kurek.

Czekała na odpowiedź. Jej serce tłukło się jak oszalałe, tętno pulsowało w skroniach, dłonie drżały. Z napięciem wpatrywała się w ekran wyświetlacza. „Napisz, napisz już” zaklinała urządzenie poruszając bezgłośnie wargami.  Zapomniała o całym świecie, nie słyszała muzyki i śmiechów bawiących się siatkarzy, nie pamiętała, że powinna wrócić do towarzystwa, nie zauważyła, że papieros dawno wygasł zamieniając się w szary rządek popiołu. Liczył się tylko mały, pulsujący niebieskawym światłem, szklany prostokącik, na którym nic się nie działo. Nic.

Bartka dostrzegła dopiero, gdy stanął obok i położył jej rękę na ramieniu. Poderwała głowę kryjąc wstydliwie telefon w dłoniach, jakby Kurek przyłapał ją na czymś niewłaściwym. Na zdradzie? „Co za głupota” skarciła się w myślach, ale i tak nie zapobiegła rumieńcom, które wystąpiły na jej policzki.

-Chodź Lisku, zamówiłem ci taksówkę – Bartosz uśmiechnął się do niej w półmroku. Tego, też nie zauważyła, że zrobiło się całkiem późno i pokój rozjaśnia jedynie poświata ulicznych latarni.

-Impreza się jeszcze nie skończyła – Eliza poczuła się niezręcznie, zniknęła na długo dając dosadnie do zrozumienia, to czym wcale nie powinna się dzielić, że jest tu z przymusu.

-Nigdy jej nie było, a przynajmniej nie ma, od momentu, kiedy ją porzuciłaś – słowa Bartka sprawiły, że rumieniec wcześniejszego zawstydzenia tylko się pogłębił.

-Przepraszam – wydukała zbierając swoje rzeczy – wracajmy, muszę przygotować się do felietonu.

-Daj spokój, napiszesz o czymś innym. Chodź już – wyciągnął do niej rękę, a kiedy ją ujęła poprowadził ich na korytarz.

Wyszli na klatkę schodową zamykając za sobą drewniane drzwi i odcinając się od wszystkich ciekawskich zerknięć i szeptów. Ciekawskich poza jednym. Nowakowski pożegnał ich zmarszczonymi brwiami i zaciętym wyrazem twarzy. Kurek przechodząc obok prawie trącił przyjaciela barkiem, ale nie odwrócił się w jego stronę. W powietrzu zapachniało wrogością, a Eliza pojęła, że coś ją ominęło, coś istotnego. Rzuciła pytające spojrzenie Bartkowi, ale on tylko potrząsnął głową dając dziewczynie do zrozumienia, że nie ma nawet po co pytać. I dobrze, nie chciałaby znów usłyszeć, tego co sądził o niej Piotrek, a tym bardziej nie chciała usłyszeć, jak Kurek wyjaśnił mu, że kieruje podejrzenia nie do tej osoby, bo przecież jest jeszcze „ta druga”.

Przystanęli u szczytu schodów. Bartosz, mimo że pozbył się gipsu, wciąż daleki był od pełnej sprawności i wycieczka na dół, a potem mozolny powrót do mieszkania, tylko po to żeby ją odprowadzić były dalece niewskazane.

-Eliza, mogę cię o coś zapytać? – powiedział spoglądając na nią poważnie. Kiwnęła głową przygotowując się na odparcie ataku. Teraz padną oskarżenia, które przeszczepił Bartkowi Nowakowski. Znów się pokłócą i odepchną.

-Jesteśmy razem? – zaskoczył ją. Nie miała czasu na przemyślaną odpowiedź, pozostawała szczerość.

-Nie. Ja tu nie przynależę – wskazała na zatrzaśnięte drzwi, za którymi kipiało siatkarskie życie – Przyplątałam się znikąd i zawsze szłaby za nami opinia, że złapałam cię dla kasy. Nie potrzebuję tego, za dużo mam swoich problemów, które wciąż zbiegają się w pieniądzu. Poza tym – odwróciła wzrok nie mogąc znieść smutnego spojrzenia niebieskich oczu – jest ktoś dla mnie bardzo ważny i… – nie umiała dokończyć.

-To gdzie on jest? Jakoś do tej pory nie było o nim mowy, i nigdy się nie pojawił. Nie zmyślaj Eliza. Wiesz, że z pierwszym powodem mógłbym dyskutować to wymyśliłaś taki, z którym nie mam szans – Bartek nieznacznie podniósł głos.

-Kamil nie jest stąd, i to też nie jest takie przejrzyste i jasne – nie wiedziała dlaczego się tłumaczy. I czy robi to przed Kurkiem czy przed samą sobą – ale może niedługo takie się stać – dodała w zamyśleniu dotykając schowanego w kieszeni kurtki telefonu.

-Jesteś pewna? – przytaknęła rozwiewając wszelkie nadzieje i wątpliwości. Ponownie, bardziej z myślą o sobie niż o stojącym przed nią siatkarzu.

-No cóż, rozumiem – powiedział odwracając się i kierując w stronę swojego mieszkania – Dobranoc moja Elizo – rzucił jeszcze przez ramię za zbiegającą w dół dziewczyną.

Kiedy zatrzymała się na półpiętrze, zaskoczona znajomą frazą, zauważyła, świecący w dłoni Bartka telefon, palce zwinnie przebiegały po ekranie. Ta druga. Czyżby pomogła dokonać wyboru im obojgu? I czy ten żal, który nagle ją przytłoczył jest w tym wypadku normalny? Zastanawiała się nad tym wsiadając do taksówki. Dopiero, gdy sięgała po portfel przypomniała sobie o zawieszonej w próżni rozmowie z Kamilem. Jeszcze raz przejrzała wiadomość po wiadomości.

SMS

Odpisał, po wielu, wielu nieskończonych minutach odpisał. I to tak, że cała niezręczna rozmowa z Bartkiem od razu zatarła się i straciła na ważności.

SMS

12.

Nie wiem jak zacząć, nie wiem czy jest sens zaczynać, czy w ogóle otworzysz kopertę, ale jeśli tak, proszę, przeczytaj, pozwól mi wytłumaczyć. Nie odbierasz telefonów, usunęłaś konto na forum, odwołałaś zajęcia z Markiem. Kiedy próbowałem znaleźć Cię w domu Twoja sąsiadka mało nie wybiła mi zębów drewnianą laską twierdząc, że od razu wiedziała, że jestem dla Ciebie za wysoki. Masz prawo być wściekła, ale proszę, daj choć szansę temu listowi, wysłuchaj mnie.

Eliza zmięła plik kartek i rozejrzała się w poszukiwaniu zapalniczki. Wszystko się popaprało właśnie dlatego, że go słuchała. Już od pierwszego spotkania mogła się domyślić, że to nie jest dobry pomysł i tego gościa należy za wszelką cenę unikać. Wbrew zdrowemu rozsądkowi brnęła głębiej i głębiej w znajomość, która od samego początku nosiła znamiona jakiejś psychopatycznej gierki. I wysłuchiwała go. Także tamtego przedpołudnia, kiedy z rosnącym zwątpieniem czekała na coraz bardziej spóźniającego się Kamila.

Nie było go, telefon miał wyłączony i nie dał znaku życia, a jeszcze wczoraj wieczorem potwierdził, że już wyrusza, że dziś się w końcu zobaczą i będą mieć dla siebie cały weekend. Kłamał? Czy stało się coś złego? Eliza spacerowała niespokojnie wzdłuż rzeszowskiego dworca oczekując cudu. Pociąg z Poznania dotarł dobre pół godziny temu a Kamil nie pojawił się na peronie ani w hali dworca, nie wyskoczył zaspany i rozczochrany z ostatniego wagonu przepraszając za gapiostwo. Po prostu nie przyjechał. Zaczęła liczyć kroki, dwanaście do latarni, nawrót, dwanaście do kosza na śmieci, przystanąć, sprawdzić czy nie ma wiadomości, dwanaście… Zdenerwowanie sięgnęło zenitu. Co robić? Przecież nie pójdzie na policję, bo co ma niby powiedzieć? Mój wirtualny przyjaciel zniknął, a może wcale nie istniał? Po siódmym kroku głośne piśnięcie telefonu sprawiło, że aż podskoczyła w miejscu. Gorączkowo przesuwała palcami po ekranie odpowiadając na zdawkowego sms-a.

SMS

Zamiast wytłumaczenia otrzymała komunikat, że wiadomości nie udało się wysłać. Numer Kamila znów był poza zasięgiem. Poczuła się jak ostatnia idiotka. Cokolwiek by się nie działo, to zasługiwała na choć jedno słowo wyjaśnienia. Jakby się nie martwiła, to sposób, w jaki się do niej odniósł wywoływał przykrość i żal. Zamyślona i smutna ruszyła w kierunku domu. Dopiero po chwili zorientowała się, że ktoś ją woła. Rozejrzała się z nagłą nadzieją i równie nagle ją straciła. Bartek Kurek stał przy swoim samochodzie. Machał do niej kompletnie nie zważając na to, że przyciąga zaciekawione spojrzenia przechodniów oglądających się to na niego to na dziewczynę, którą tak energicznie przywoływał. Eliza podeszła z ociąganiem. Odczekała moment obserwując jak zawodnik rozdaje autografy grupce dzieciaków, które zwabione głośnym zachowaniem siatkarza zdołały już otoczyć go ciasnym kółeczkiem.

-Cześć, co ty tu robisz? – zapytał Bartosz w przerwie pomiędzy podpisem składanym w zeszycie do matematyki a uśmiechem do zdjęcia wykonywanego przez kilka uradowanych gimnazjalistek.

-O to samo mogłabym spytać ciebie – Eliza daleka była od opowiadania się Kurkowi ze swoich sercowych porażek. Szczególnie jemu.

-W banku byłem. Wracasz do siebie? Podwiozę cię – zaproponował, a potem zwracając się do zawiedzionych nastoletnich kibiców oznajmił – No już dość, muszę iść, do zobaczenia na meczu.

Pociągnięta za rękę dziewczyna zajęła miejsce w samochodzie. Od razu wróciły wspomnienia z pewnego, wcale nie tak odległego wieczora. Tym bardziej, że Bartek przyglądał się jej z nieodgadnionym uśmiechem.

-Ładnie wyglądasz – odezwał się w końcu – mimo że jesteś przeraźliwie smutna. Stało się coś?

-Jedźmy już – wzruszyła ramionami i udała, że szuka czegoś w torebce. Nie dał się nabrać.

-Głupi jest ten twój chłopak – Kurek powiedział to takim tonem jakby stwierdzał, że dzień jest wietrzny a ceny benzyny za wysokie.

-To nie jest mój chłopak – na widok jego miny Eliza uświadomiła sobie, że dała się podejść, naiwna jak dziecko. Bartek wyglądał jakby gwiazdka w tym roku przyszła wcześniej, a on dostał dokładnie to czego sobie zażyczył.

-Skoro tak się sprawy mają, to nic nie stoi na przeszkodzie, żebyś mi towarzyszyła – mrugnął do niej zadowolony – tak bardzo ci do twarzy w tym kolorze, że grzechem byłoby odwieźć cię po prostu do domu. Spróbujemy doprowadzić tu do jakiegoś uśmiechu, żeby było jeszcze ładniej. Nie kręć głową tylko zgódź się, Lisku – wymyślone przez Bartka przezwisko wróciło na swoje miejsce podkreślając prośbę.

Uległa, nad wyraz chętnie. Podobało jej się jak Bartosz na nią spogląda, podobały jej się jego starania i świadomość, że „ta druga” z nią przegrywa, podobało jej się, że choć Kamil nic o tym nie wie, właśnie otrzymuje swoją karę. Eliza nie będzie czekać zdruzgotana przy telefonie, nie będzie wysyłać rozpaczliwych wiadomości na forum. Jeżeli Milczek nie chce traktować jej poważnie to ona ma na podorędziu doskonałe zastępstwo.

-To co? Jedziemy? – Kurek upewnił się jeszcze zanim uruchomił samochód.

Zgodziła się. Posłuchała go.

Zakochałem się w Tobie Elizo, sam nie wiem kiedy i jak. Od początku mnie intrygowałaś i ciekawiłaś. Nawet nie byłem w stanie tak naprawdę wściekać się na Ciebie o ten wpis na forum. Cieszyłem się, bo dało to pretekst, żeby lepiej Cię poznać i mieć blisko. No i poznałem. A od tego był już krok do zauroczenia i gdyby nie złe doświadczenia pewnie już dawno bym się do tego przyznał.

Domyślam się co mógł Ci powiedzieć Pit, wtedy, na imprezie u mnie. On zna tę historię od podszewki, bo ostrzegał mnie przed Kaśką, jakoś nigdy nie przypadła mu do gustu. Miał rację. Pamiętasz jak mówiłem, że nie lubię przedmiotów i stąd oszczędnie urządzone wnętrza? Nie do końca prawda. Moja ostatnia dziewczyna zanim zostawiła mi pożegnalny liścik zdołała ogołocić bankowe konto. Nie spodobało jej się, że wracam do Polski, wolała żebyśmy zostali we Włoszech. No nieważne, nie o tym chciałem tu pisać. Ale po czymś takim bardzo ciężko zaufać i pozbyć się podejrzeń. Tylko, że rozsądek na zmianę z Piotrkiem mogli nakazywać wstrzemięźliwość do woli. Zakochałem się w Tobie. A ten wspólnie spędzony dzień… też tam byłaś.

Kartki znów zaszeleściły w dłoniach Elizy. Mięła je i rozprostowywała naprzemiennie ulegając to ciekawości to gniewowi. Była tam, w tym cały problem.

-Przepraszam, ale Pan jest Kurek? – zażywny jegomość trzymający za rączkę kilkuletniego chłopczyka unosił głowę w oczekiwaniu potwierdzenia swoich przypuszczeń.

-Kto to jest ten Kurek? – Bartek spojrzał na Elizę bezbłędnie udając zakłopotanie i zaskoczenie – ciągle mnie ktoś o niego pyta.

Dziewczyna skryła uśmiech za kłębem cukrowej waty.

-Siatkarz, nie zna pan? Wygląda pan zupełnie jak on – mężczyzna przyglądał im się podejrzliwie – I wysoki też pan jest taki.

-Panie, a każdy wysoki to od razu musi być koszykarz? – Kurek świetnie się bawił z pełną powagą zaprzeczając swojej tożsamości – Co pan myśli, że taki sportowiec to by miał czas i ochotę w samo południe łazić po wesołym miasteczku?

-No niby racja, to ja przepraszam – facet odwrócił się niemrawo, ale po chwili podreptał pośpieszenie w kierunku karuzeli nieustępliwie ciągnięty przez wyrywającego do przodu synka.

-Jesteś niemożliwy – Eliza parsknęła ledwie powstrzymywanym śmiechem – on naprawdę w to uwierzył.

-Kwestia pewności siebie. I może odrobina zdolności aktorskich – Bartek wypiął dumnie pierś – a ty się w końcu uśmiechasz, więc pełen sukces. Przyznaj, że miło spędzasz czas Lisku upaprany – Kurek odlepił kłaczek waty z policzka dziewczyny i włożył sobie do ust – Słodka – stwierdził nie spuszczając z Elizy wzroku.

Zarumieniła się i żeby pokryć zmieszanie wskazała palcem kolejną atrakcję.

-Chodź, może coś wygramy – chwyciła chłopaka za rękę a on z chęcią pozwolił poprowadzić się do strzelnicy.

Oczywiście nie było żadnych punktowanych trafień, ale to nie przeszkodziło im w świetnej zabawie. Eliza musiała przyznać, że choć w pierwszym odruchu uznała pomysł Bartka za wyjątkowo głupi i infantylny, wycieczka do przyjezdnego lunaparku okazała się dokładnie tym co było jej dziś potrzebne. Baloniki, maszyny z popcornem, piski i pokrzykiwania rojących się wszędzie dzieci, obracające się w takt tandetnych melodyjek karuzele i pobłyskujące neony zachęcające do odwiedzin w tunelu strachu i gabinecie krzywych zwierciadeł. Beztroski, kolorowy świat dzieciństwa sprawił, że zupełnie zapomniała o porannym rozczarowaniu. Towarzystwo Bartosza było tu również nie bez znaczenia. Kamil usunął się na drugi a może i trzeci plan, Kurek skutecznie zepchnął go ze sceny. Żartował i przekomarzał się z Elizą, prowokował ją swoimi wygłupami do nieustannego śmiechu, namówił do przejażdżki w wirującej filiżance, w której sam zmieścił się z ledwością i nie był w stanie się z niej później samodzielnie wydostać, zmusił do pamiątkowej fotografii z wyliniałą maskotką parku, która kiedyś była zapewne lwem a obecnie kojarzyła się raczej z uciekinierem z wyspy doktora Moreau a przy tym wszystkim nie okazywał zdziwienia faktem, że kiedy to tylko było możliwe dłoń Elizy odszukiwała jego palce. Gest zapewniający, że nikt tu nie jest z przymusu.

-Lisie, diabelski młyn, idziemy – Bartek zaczął przeciskać się do kolejki ustawionej przed okazałych rozmiarów konstrukcją.

-Dobrze Kuraczku, idziemy – Eliza odpowiedziała niedbale, oglądając się na stoisko z kandyzowanymi owocami i zastanawiając czy ma rzeczywiście ochotę na kolejną porcję słodkości, czy to tylko obudzone w niej dziecko, które nie zna słowa dość. Zagapiona nie zauważyła, że Bartek zatrzymał się gwałtownie. Wpadła na niego i gdyby nie uścisk łączący ich ręce jak nic przewróciłaby się wprost w rozdeptaną tysiącem stóp kałużę.

-Kuraczku? – powtórzył z dziwną miną.

-A czemu nie? Lis i Kuraczek, to nawet pasuje – Eliza nie miała czasu analizować skąd nagle w niej to przekonanie. Tym bardziej, że następnym posunięciem zaskoczyła ich oboje. Wspinając się na palce pocałowała oniemiałego Bartka. Refleks siatkarza nie dał jednak zbyt długo na siebie czekać. Chłopak objął ją w talii, przyciągnął i na dłuższy od stosownego moment rzeczywistość zniknęła w szumie wszędobylskich, motylich skrzydełek.

-No to teraz mogę iść gdzie tylko chcesz – uśmiechnęła się do Bartka nabierając powietrza i pocierając zarumieniony policzek.

-Chwila, napatrzę się na ciebie – ciepłe spojrzenie niebieskich oczu sprawiło, że pytanie o to co mogło przydarzyć się Milczkowi zostało zastąpione w głowie Elizy przez zupełnie inne: „Kamil? A kto to w ogóle jest Kamil?”.

Kiedy to się wszystko tak zagmatwało, naprawdę nie wiem. Chciałem wyjaśnić, powiedzieć Ci jak jest, ale ciągle coś wyskakiwało. Te felietony, moja kontuzja, Twoi rodzice. Wymówki. Bałem się. Trzeba to powiedzieć wprost. A im dalej to się ciągnęło tym trudniej było mi się przełamać, bo co byś zrobiła? Poza trzaśnięciem drzwiami? Wymyśliłem sobie, że rozwiążę to samodzielnie i po cichu. Jeden z nas zniknie z obrazka, bo Ty wybierzesz drugiego. Byłem pewien, że udało mi się już po naszym powrocie z Radomyśla, ale Piotrek się niepotrzebnie wmieszał psując wszystko. Wpadłem na inny pomysł, wtedy wydawał mi się doskonały, dziś wiem, że był głupi i tylko bardziej skomplikował sytuację. A mogło się udać, gdyby nie to cholerne zdjęcie. Eliza, proszę Cię, zastanów się co by było, gdybym nie pokazał tego dowodu? Co czułabyś do mnie teraz, bo to jest najważniejsze, reszta to straszna pomyłka z mojej strony, najgorszy błąd.

-No popatrz jak wyszłam. Czerwone ślepia jak u królika, nienawidzę swoich zdjęć – Eliza machała nogami w unoszącej się po łagodnym łuku gondoli i ze złością dźgała palcem fotografię ze swoją podobizną niknącą w objęciach przerażającej pluszowej bestii.

-Przesadzasz Lisku, poza tym nie możesz wyglądać źle w takim towarzystwie. Ten stworek żywcem urwał się z „Five nights at Freddy’s”. A przepraszam, to ty – Bartek zaśmiał się odbierając zasłużonego kuksańca w bok – Żebyś się poczuła lepiej, patrz! – wyciągnął portfel, a z portfela mały plastikowy prostokącik – Zobacz jakie mam tu uszy, istny Plastuś.

Eliza uśmiechnęła się bardziej rozczulona widokiem młodszego, wypłoszowatego Kurka niż rozbawiona jego wyglądem. I nagle zmartwiała, gdy jej wzrok ześlizgnął się z rumianego oblicza siatkarza wprost na jego zalaminowane dane osobowe.

-Masz na drugie Kamil? – spojrzała na Bartosza, a ten zmieszany odebrał jej dokument chowając go szybko do kieszeni.

-Tak – bąknął niewyraźnie i odwrócił głowę.

W sparaliżowanym umyśle Elizy zapadki zaczęły zaskakiwać jedna po drugiej, coraz szybciej i szybciej wpadając we właściwe miejsca, wypełniając luki, tworząc niepodważalny ciąg przyczynowo-skutkowy. Jak mogła być tak ślepa? Jak mogła być tak głupia i naiwna? Wszystko stało się niespodziewanie jasne i klarowne. A przecież było to widać na pierwszy rzut oka, to żadne zbiegi okoliczności i przypadki. Avatar z wilkiem, Mark mieszkający w tym samy budynku, dziwnie znajomy głos Kamila, jego niechęć do telefonów, Bartek dzwoniący akurat wtedy, gdy utknęła w Radomyślu, to stałe opowiadanie się Milczka po stronie Kurka. Jezu, jak daleko to sięga, czego padła ofiarą?

-Powiedz mi, że to nieprawda, powiedz mi to – poprosiła cicho wciąż mając nadzieję, że to tylko jej chora wyobraźnia, że wymyśliła sobie jakiś nieprawdopodobny scenariusz, z którego już za sekundę będą się wspólnie śmiać. Bartek musi jedynie potwierdzić, że ona się myli. Tyle tylko, że on tego nie zrobił.

-Przepraszam Eliza, chciałem już dawno to wyjaśnić – złapał ją za rękę jakby obawiając się, że za chwilę mu ucieknie, z tej ławeczki zawieszonej kilkanaście metrów nad ziemią -To się wymknęło spod kontroli, ale ja to mogę wytłumaczyć. Wysłuchaj mnie. Kamil czy ja, wszystko jedno, bo najważniejsze…

-Wszystko jedno? – nie mogła uwierzyć w to co słyszy. Właśnie poprzestawiał to czym żyła przez ostatnie miesiące, pozamieniał miejscami bieguny i strony świata, zawiesił ją gdzieś ponad stabilnym gruntem po to by beztrosko stwierdzić, że to wszystko jedno – Nie chcę cię już słuchać. Przejażdżka się skończyła.

Tak było w rzeczywistości. Gondola zatrzymała się na podeście a blokujące pasażerów zabezpieczenia odskoczyły umożliwiając opuszczenie karuzeli. Eliza siedząc bliżej wyjścia wybiegła pośpiesznie nie zwracając uwagi na wołania Bartka. Zdruzgotana, nie wściekła czy zła, na to pewnie przyjdzie czas później, teraz złamana, otumaniona i roztrzęsiona na oślep brnęła ku bramie lunaparku. Byle dalej, wszędzie tylko nie tu, nie z nim. Z kim? Z Bartkiem? Z Kamilem?

Nie odwróciła się i nie dostrzegła sypiącej iskrami skrzynki rozdzielczej tuż przy budce operatora diabelskiego młyna. Nie zobaczyła samoczynnie opadających barierek przytrzymujących zaskoczonych ludzi na zajmowanych miejscach. Nie widziała jak szarpiący się na ławeczce Bartek wyrusza w jeszcze jedno, tym razem przymusowe okrążenie a personel techniczny łapie się za głowę nie mając pojęcia jak usunąć awarię maszyny. A nawet gdyby się odwróciła wszystkie te wydarzenia przysłoniłby jej łzy.

Ty raczej tego nie pamiętasz, ale dawno temu zamieściłaś taki wpis na forum o mnie, że Kurek może robić z siebie do woli głupka w kwadracie, ale kiedy wychodzi na boisko potrafi jednym zagraniem zetrzeć uśmiech z twarzy każdego cwaniaka. Spodobało mi się, bo to bardzo bliskie prawdy. Przejrzałem pozostałe wpisy Żarówy i ją polubiłem, za znajomość materii i dosadne opinie, bez owijania w bawełnę. I zacząłem szukać z nią kontaktu. To znaczy z Tobą.

Teraz pewnie myślisz o mnie jak o najgorszym typie megalomana, który sam siebie googluje i sprawdza każdą wypowiedź na własny temat. To nie tak. Lubię siatkówkę, nie tylko w nią grać i parać się jako zawodem, ale też o niej rozmawiać i nią żyć. Działam na kilku forach, wcale nie kłamałem w wywiadach twierdząc, że byłbym najzagorzalszym kibicem. Jestem. I mogę dyskutować o jednej akcji godzinami. Ale nie o tym miałem pisać.

Zaczęliśmy rozmawiać, z resztą wiesz. Poznałem Cię lepiej i chciałem pomóc, ludzki odruch. A potem Cię zobaczyć. Nie spodziewałem się, choć powinienem, że Twój wygląd też będzie nietuzinkowy. Do dziś czasem śnisz mi się przy tych witrażowych drzwiach, nawet nie wiesz jaki kolor miały Twoje włosy. Żarówa, skądże! Pożar, pożoga, buchający ogień! Przepadłem już wtedy.

Tylko te Twoje wymiany zdań z Kamilem. Nigdy mnie nie polubisz, jesteś miła, bo też czegoś ode mnie chcesz. Ciągła niepewność, jak to z Tobą naprawdę jest? Czy to wyrachowanie? Tak bardzo zależy Ci na tych wymuszonych felietonach, że oddasz za nie wszystko? Myślałem, że mnie spoliczkujesz, kiedy próbowałem się do Ciebie dobierać. I tak bardzo się z tego cieszyłem. A kiedy przyszłaś do mnie tej nocy, gdy boisko zabrało mi znów coś ważnego byłem pewien, że to już, że to przynajmniej mi się uda. Ty.

Ale nadal Kamil przeszkadzał i bruździł. Myślałem, że otwieram furtkę, że powiesz, mu wybacz, coś tu się dzieje ważniejszego od ciebie, żegnaj. Zamiast tego musiałem przeczytać, że nadal jestem elementem Twojej kariery. Zabolało. Bardzo. I skończyło się tak jak się skończyło. Nawet próbowałem wmawiać sobie, że się z Ciebie wyleczyłem. Głupota. Nierealne mrzonki. Jeden telefon z Radomyśla i popędziłem bez zastanowienia, żebyś tam nie zostawała, żeby Cię nie zmusili do czegoś, co mi Ciebie zabierze. A dziś pozbawiłem się Ciebie sam.

Kocham Cię Elizo, i tak bardzo żałuję, że wplątałem nas w bezsensowną maskaradę. Pozwól mi to naprawić.

Odrzuciła ostatnią stronę nie doczytując do końca. Ona też żałowała. I co z tego? Niczego tym nie połata ani nie zmieni. Wróciła do poprzedniej kartki i odnalazła odpowiednie zdanie: „Poznałem Cię lepiej i chciałem pomóc, ludzki odruch.” Kolejne zapadki i elementy układanki wpasowywały się w obraz. Zaskoczenie koleżanki z pracy, na wieść, że Elizę stać na korepetycje u najbardziej pożądanego native speaker’a w mieście, do którego dostać się na zajęcia graniczyło z cudem. Dziwna mina kadrowej rzucającej półgębkiem uwagę znad wypełnianych akt osobowych, że dla znajomych znajomych tworzy się stanowiska ot tak, nie dbając o budżety. Mark na lekkim rauszu, stwierdzający, że ma już dość tej gry. Kurek zabawił się całym jej życiem, wysterował nim od samego początku, od podsuniętej, lipnej oferty pracy. Naprawić. Dobrze. List zajął się jasnym płomieniem. Papier miął się i czerniał. Pożoga.

Eliza podeszła do stojącej w kącie lampy, włączyła ją i długo wpatrywała się w rozjarzony klosz. A następnie sięgnęła po telefon wysyłając krótką wiadomość. Naprawić. Miał rację, to trzeba naprawić.

13.

Bartek otworzył drzwi zanim Eliza zdążyła zapukać. Musiał czaić się tuż przy nich czekając aż dziewczyna wdrapie się na ostatnie piętro. Uśmiech z jakim ją przywitał zniknął błyskawicznie na sam widok zawziętej miny i gniewnie zmarszczonych brwi gościa. Przepuścił Elizę w progu a ona wpadła do pokoju niczym ruda trąba powietrzna, potrącając stojący w korytarzu rower i zahaczając szalikiem o krzesło. Kompletnie nie zwracała uwagi na zamieszanie jakie wprowadza, była zbyt wściekła. Obróciła się gwałtownie w stronę siatkarza rzucając w niego pękatą kopertą. Podświadomy odruch zmusił Bartosza do chwycenia niespodziewanego prezentu.

-Proszę, to twoje, każda cholerna złotówka i teraz jestem z tobą kwita raz na zawsze, śmierdzący gnojku – warknęła i z takim samym impetem z jakim wkroczyła do mieszkania postanowiła je opuścić. Bartek zastąpił jej drogę.

-Coś ty zrobiła? Nie chcę tego. Skąd to masz? Coś ty zrobiła? – potrząsał plikiem banknotów i patrzył na nią z mieszaniną przerażenia i niedowierzania w oczach.

-Nie twoja sprawa, zwracam pożyczkę, nie będziesz moim dobroczyńcą, a ja twoją dłużniczką. Nigdy nie chciałam ogałacać twojego konta. Oddaję honoraria za felietony, oddaję opłaty za korepetycje i oddaję wszystkie pensje z redakcji, bo to też załatwiłeś, prawda? – nie ukryła nadziei w tym ostatnim pytaniu, gdyby zaprzeczył to zachowałaby choć tę nitkę trzymającą ją z pewnym gruntem. Ale Bartek tylko opuścił głowę, skarcony i winny – Płacę za to, teraz, płacę za siebie. Do widzenia – próbowała się przepchnąć obok siatkarza, bezskutecznie. Walka z dwumetrowym mężczyzną była z góry skazana na fiasko.

-Dlaczego nie dasz sobie wytłumaczyć? Myślałem, że zaproponowałaś spotkanie, bo zechcesz mnie wysłuchać. Pozwól sobie powiedzieć, uwierz mi, że nie chciałem cię oszukiwać, ja… – zająknął się nie mogąc dobrać odpowiednich słów.

-Ty co? Nie wiedziałeś, że ja też mogę mieć uczucia? Że dla mnie Kamil był żywą osobą? Powiernikiem? Przyjacielem? Może kimś… – Eliza również urwała w połowie zdania, nie miała zamiaru być szczera, bo Kurek na to nie zasługiwał. Chciała po prostu odejść, zamknąć za sobą te paskudne, drewniane drzwi po raz ostatni i zacząć zapominać. Bez względu na to jak bardzo beznadziejna była to misja.

-Ale on jest żywy, to przecież ja, jakaś część mnie. Wygładzona, ale moja. Dlaczego tak trudno ci to pojąć? – Bartek nadal blokował wyjście i wbijał w Elizę wyczekujące spojrzenie.

-Jeszcze pytasz? Kto normalny tak postępuje? I skąd mam wiedzieć, które twoja twarz to ta właściwa? Potrafiłeś być dla mnie ostatnim skurwielem, a równocześnie jedyną pociechą, praktycznie w tych samych momentach. Jak mam to nazwać jeżeli nie zabawą? Cieszyło cię, że biegam wzdłuż dworca czekając na nieistniejącego człowieka? Że jest mi przykro, bo on odrzuca mnie bez słowa wyjaśnienia? Co to za chora, psychologiczna gierka? – chociaż tak bardzo starała się je powstrzymać, łzy same spłynęły po piegowatych policzkach – Wygrałeś, dawałam się nabierać i ustawiać jak tylko chciałeś, świętuj. I daj mi kurde stąd w końcu wyjść.

-Nie – Kurek rozkrzyżował ręce zasłaniając całym ciałem korytarz – bo nic nie rozumiesz. Co w tym złego, że chciałem sprawdzić jaka jesteś? Wiesz ile dziewczyn się do mnie przyczepia, tylko dlatego, że to ja? Nic więcej je nie obchodzi poza tym, że jestem znany. I bardzo, bardzo pragnąłem żebyś była inna, ale jeżeli ktoś się sparzył tyle razy będzie ostrożny. To prawda, zabrnąłem w oszustwa i nie umiałem tego odplątać. Stchórzyłem, bałem się wszystko wyjawić. Mój błąd. Ale nie zrobiłem nic, żeby z premedytacją cię zranić. Wprost przeciwnie, starałem się pomagać, tą pracą i felietonami, żebyś uwierzyła w siebie, żebyś była szczęśliwa robiąc to co kochasz. Kamil był dla ciebie kimś ważnym, i dobrze, bo to ja byłem dla ciebie ważny. I jestem tu, dokładnie taki, jaki miałem przyjechać z Poznania i taki jakiego pocałowałaś w wesołym miasteczku. Zastanów się Elizo, czy tak naprawdę coś się zmieniło? Bo ja myślę, że znam odpowiedź. Nie jestem ci obojętny.

-Ty? Zasmarkany egoista? Bufon? Nie sądzę – skłamała, bo nic innego nie pozostawało jej do obrony własnej godności – Sprawdziłeś już jaka jestem? Zadowolony? I nie myśl, że mogłabym być z tobą. Żeby móc kochać Bartek, trzeba mieć czym. A ty masz tylko kalkulator zysków i strat.

Ostatnie zdanie ugodziło celnie, w oczach Bartosza pojawił się żal. Siatkarz opuścił oparte o ściany korytarza ręce i przygarbił się zrezygnowany. Eliza wykorzystała moment, odepchnęła chłopaka i w końcu dotarła do drzwi, które z głośnym trzaśnięciem oznajmiły, że już jej nie ma. Bartek stał oniemiały z plikiem pieniędzy w dłoni. To wszystko co mu zostało, jeszcze więcej banknotów, których wcale nie potrzebował.

Dni wlekły się niemiłosiernie. Wyssane z radości i kolorów, poszarzałe i sprane. Przemiana Bartka w Kamila, a może odwrotnie, Kamila w Bartka, poprzewracała świat Elizy z niewyobrażalną skutecznością. Pokazowy przykład jak wszystko zależy od punktu odniesienia, jak te same sprawy umieszczone w nowym kontekście stają się czymś diametralnie różnym. Cienka granica między szczęściem a smutkiem, zakochaniem a osamotnieniem, celowością a błądzeniem po omacku przekroczona w opadającej gondoli diabelskiego młyna. Niecodzienny teleport, po opuszczeniu którego Eliza poczuła się wrzucona w pokręcony, równoległy wymiar. Niby wszystko było takie samo, Rzeszów nadal był stolicą Podkarpacia, ona – rudowłosą, piegowatą dwudziestoczterolatką, a Resovia mistrzem Polski, a jednocześnie nic takim samym nie było. Tak jak Kamil nie był tylko Kamilem, a Bartek tylko Bartkiem.

Wymarzoną pracę w gazecie Eliza porzuciła zaraz po wyrównaniu długów z Kurkiem. Ostatecznie stanowiska w redakcji nie zawdzięczała własnym umiejętnościom, nawet nie przebojowości czy szczęściu a jedynie niechcianej protekcji. Mogłoby się wydawać, że nie ma to znaczenia, ale Elizie ten szczegół odebrał całą satysfakcję i zapał. Zupełnie inaczej pisało się nawet te najmniej istotne notki w przekonaniu, że to pierwszy krok w zawodzie, naturalna kolej rzeczy. To samo zadanie wykonywane ze świadomością, że to pochodna przysługi, podanych sobie pod stołem dłoni zamiast zaangażowania budziło w dziewczynie niesmak i wstręt. Wróciła zatem na znajomą stację benzynową, do nocnych pijaczków i nieśmiesznych policyjnych żartów, a z tyłu głowy wciąż alarmująco migotało, że może tylko na tyle ją stać i niczego więcej nie powinna oczekiwać. Pewność siebie zaskarbiona przez ostatnie miesiące została w mgnieniu oka zastąpiona niekończącą się defiladą pytajników i wątpliwości.

Ona? Dziennikarką sportową? Wolne żarty. Nie na darmo jej promotor stale ubolewa nad stylem i doborem słownictwa. Czy gdyby naprawdę miała jakikolwiek talent przepisywałaby każdy rozdział napoczętej pracy magisterskiej przynajmniej dwukrotnie? A czy w ogóle ten magister ma jeszcze sens? Jasne, felietony, jej pierwsze publikacje, tylko czy gdyby usunąć towarzyszącą im ramkę ze zdjęciem atakującego Asseco to ktokolwiek by je czytał? Co tam czytał, dopuścił do druku? Po co się oszukiwać i żyć ułudą? Powinna szczerze przyznać rację rodzicom, jest tyle porządnych zawodów, mniej kapryśnych i pewnych, do których mogłaby się nadawać, jeżeli ma się nadawać do czegokolwiek. To i tak mniej odpychające, niż inna uniwersalna prawda jej ojca, której Eliza starała się jeszcze opierać wszelkimi siłami. Zawsze znajdzie się kupiec, tak jak i sprzedawca. Bo kim innym okazał się Bartek? Jakby nie ubierał tego w piękne słowa, dla niej pozostawało to transakcją, próbą nabycia, sprowadzenia jej do opłaconej ruchomości. Może nie w tak oczywisty, wyeksponowany sposób, ale czy przez to mniej ohydny i brudny?

Jedna przykra myśl za drugą, jeszcze bardziej niepokojącą. Kłujące szpilki towarzyszyły Elizie nieustannie. Samonapędzająca się spirala udręczenia. Nie pomagało krzyczenie do swojego odbicia w lustrze, przekonywanie, że musi się opamiętać i wziąć w garść. Bo to żaden koniec świata, co najwyżej niewielkie trzęsienie, po którym najwyższa pora się podnieść i zacząć porządkować odrobinę naruszony krajobraz. Z pewnością nie pomagała również nieokreślona tęsknota oraz roześmiany głos odwiedzający jej sny i nazywający Liskiem. Zdecydowanie przeszkadzał ziejący pustką kąt pokoju, przestrzeń, która nie wypełni się już migoczącym światłem imitującego złotokap klosza, przypominająca, że znów coś trzeba było sprzedać by coś innego kupić. Eliza nie mogła pozbyć się wrażenia, że utknęła w jakimś grzęzawisku, z którego nie ma ratunku. Gdzie truje się bez przerwy tymi samymi oparami, słabnie i z każdym mijającym dniem szamocze w pułapce z coraz mniejszą nadzieją na wyzwolenie.

I gdy wydawało jej się, że przygnębienie osiągnęło masę krytyczną, że wszechogarniająca szarość nie może już dalej gęstnieć i stawać się jeszcze bardziej duszącą, jedna krótka, podana bezbarwnym głosem matki wiadomość przesunęła perspektywę o całe mile. Szarość zastąpił nieprzebyty mrok, wrażenie zapadania się nabrało przerażającego realizmu. Przez jedno, proste zdanie, podmiot i orzeczenie w absurdalnym układzie oznajmiającym, że podmiotu już nie ma. Jedna eksplodująca bólem fraza: Lenny nie żyje.

14.

Wracała do domu przyglądając się mijającym ją ludziom. Próbowała wyczytać z ich twarzy czy wiedzą. Czy zdają sobie sprawę jak kruchym i nietrwałym jest ich życie? Czy mają świadomość, że pewnego dnia po prostu przestaną być, wszyscy, bez wyjątku? Ta pani w beżowym płaszczu, ten szpakowaty, postawny mężczyzna znikający w przejściu podziemnym i nawet ten maluch ściskający w dłoniach paski szkolnego plecaka. Teraz tu są, śpieszą się na autobus, do domu i szkoły, czekają aż zielone światło pozwoli im przejść na drugą stronę skrzyżowania, ale kto wie co będzie za sekundę, minutę, miesiąc? Wypadek, choroba, starość. A może samotność i zdrada? Zwątpienie i strach? Kto z nich, tych przesuwających się obok nieznajomych cieni, będzie kolejnym Lennym? Kto postanowi skrócić sobie drogę do nieuniknionego? Czy ich też można uratować nie wybiegając w ciemną ulicę a zostając przy nich do końca? Robiąc coś o co proszą? Pomyślała, że powinna być przestrogą, powinna to mieć wypisane na czole, żeby wszyscy wiedzieli, zastanowili się. Nieusuwalny tatuaż, piętno, z którego nie da się wytłumaczyć. Zabiłam go nic nie robiąc.

Krok za krokiem, bardziej  z przymusu i przyzwyczajenia niż z przekonania. Ostatnio wszystko takie dla niej było, wyuczone i wpojone a jednocześnie pozbawione jakiegokolwiek sensu. Trzeba iść do pracy, żeby zarabiać, za te zarobione pieniądze trzeba kupować jedzenie, żeby mieć siłę, do dalszej pracy i nauki, trzeba iść na zajęcia, żeby zdobyć wykształcenie a potem lepszą pracę, w której będzie się zarabiać, żeby jeść, bo trzeba jeść, żeby mieć siłę… Można też powiesić te wszystkie „trzeba” na pasku przywiązanym do klamki, tak jak Lenny. Lenny!

Prawie krzyknęła. Był tam. Jego znajoma pociągła twarz i wyostrzone niebieskie oczy wbite prosto w Elizę. Przemawiające wciąż tą samą prośbą o ratunek. Stała przed nim pogrążona w żalu i wstydzie. Przed ogromnym plakatem zachęcającym do odwiedzin wystawy fotografii Marcina Lipińskiego. Wyciągnęła dłoń i dotknęła papierowego policzka. Każdy kto nie znał Lennego pomyślałby, że zdjęcie poddano obróbce, retuszowi. Ale on tak wyglądał. Jego skóra została jedynie delikatnie rozjaśniona, żeby wydobyć intensywny kolor tęczówek. Ale szary błękit był prawdziwy. Smutny, zagubiony szary błękit.

-Przepraszam – wyszeptała wciąż dotykając afisza – tak bardzo cię zawiodłam. Nigdy sobie tego nie wybaczę, posłuchałam ich. A właściwie jego, bo to jedna i ta sama osoba. Tylko, że Bartek cię nie znał, nic o tobie nie wiedział, ale ja tak. Nic mnie nie usprawiedliwia. Powinnam po ciebie wrócić, zabrać cię stamtąd, tak jak prosiłeś. A ja cię zostawiłam Lenny. To moja wina. Nie byłam nawet na pogrzebie, powiedzieli mi dopiero po wszystkim, nie chcieli scen. Oni nigdy nie chcą scen. Najważniejsze, żeby wszystko dobrze wyglądało, było porządne i poukładane. To co pod spodem, co nie pasuje należy przykryć i przysypać, nagiąć, złamać i podporządkować. Ty to wiedziałeś Lenny. Ja to wiedziałam. I nie zrobiłam nic. Przepraszam.

Nie płakała, od dawna nie było w niej już łez. Trzeba płakać, żeby poczuć się lepiej, trzeba poczuć się lepiej, żeby mieć siłę, trzeba mieć siłę żeby iść do pracy… Opadła na kolana przed słupem ogłoszeniowym, nie zwracała uwagi na zaskoczone spojrzenia przechodniów. Jednym ruchem wyrzuciła zawartość torebki na chodnik. Portfel, pusty, jedynie dokumenty, niepotrzebny, telefon i klucze, nieważne, wsunęła je bezmyślnie do kieszeni kurtki. Drobne, gorączkowo przeliczyła, powinno wystarczyć. Resztę drobiazgów zgarnęła byle jak do swojej wysłużonej listonoszki i ruszyła w kierunku ulicy Jana Matejki.

Portret Lennego, ten sam co na reklamującym wystawę plakacie wisiał na wprost wejścia do galerii. Był właściwie częścią tryptyku, środkową odsłoną pomiędzy poprzedzającym ją profilem pochylającego głowę chłopaka skrywającego nieśmiały uśmiech a następującą po nim otoczoną papierosowym dymem rozmazaną plamą uchwyconej w ruchu twarzy. Nierzeczywista, tak chyba nazywało się to miejsce. Wprost idealnie. Eliza rozejrzała się pobieżnie, wewnątrz panował klimatyczny półmrok rozjaśniany jedynie skierowanymi punktowo na poszczególne zdjęcia reflektorami. Wzdłuż ścian spacerowało kilka osób przystając co pewien czas i szeptem wymieniając uwagi. A w kącie, z rękami wbitymi w kieszenie spodni stał Marcin.

Rozpoznała go od razu, nie musiała pytać ani upewniać się u obsługującej kasę dziewczyny. Jeżeli Lenny miałby oszaleć na czyimś punkcie to z pewnością byłby to ten chłopak. Szczupły, z poszarpaną czupryną jasnych włosów i cieniem rudawego zarostu na policzkach. Z zaczepnym uśmiechem czającym się w kąciku ust, całym sobą ostrzegał, że nie bywa grzeczny. Wystarczyło zauważyć w jaki sposób opiera się o ścianę postukując o posadzkę czubkiem buta, pochwycić spojrzenie wąskich zielonych oczu lustrujących z uwagą każdą pojawiającą się w galerii osobę, dostrzec bliznę przecinającą czoło, kiedy nieuważnym ruchem dłoni odgarnął opadającą na brwi grzywkę. Żeglarz, podróżnik albo alpinista. Obietnica przygody i niebezpieczeństw. Zgodnie z zasadą przyciągania się przeciwieństw Lenny był bez najmniejszych szans.

-Cześć, jestem Eliza, koleżanka Lennego, ty pewnie jesteś Marcin – przedstawiła się wyciągając dłoń. Właściwie nie wiedziała, co chce mu powiedzieć, chyba najbardziej zależało jej na zrozumieniu. On też musiał cierpieć, próbował wyrzucić emocje poprzez swoje prace, ale przecież to mogło pomóc jedynie na ułamek sekundy. Piękne epitafium dla utraconej miłości, którą się zawiodło. Bo on też musiał czuć podobnie, w którymś momencie zostawił Lennego, nawet jeśli nie usłyszał tak bezpośredniej prośby o ratunek jak ona.

-Cześć – Marcin odchrząknął zakłopotany – nie wiedziałem, że o mnie opowiadał.

-Wspominał. Cudowne zdjęcia – wskazała na będący centrum wystawy tryptyk.

-Dziękuję, choć to mi po nim zostało. Miło, że zajrzałaś – Marcin wyprostował się i próbował ją wyminąć. Ewidentnie nie miał zamiaru kontynuować tej rozmowy.

-Poczekaj, mam prośbę – spojrzał na nią z zaciekawieniem – czy mógłbyś dać mi odbitkę tego zdjęcia z plakatu? Jest takie piękne, chciałabym je mieć.

-Przykro mi – chłopak potrząsnął głową – nie mam już do niego praw, wczoraj sprzedałem wszystkie trzy portrety.

-Sprzedałeś? – do Elizy z trudem docierał sens usłyszanych słów.

-No tak, to jest galeria, ludzie przychodzą i kupują. Na tym to polega – Marcin wzruszył ramionami i zatoczył łuk ręką wskazując na obwieszone fotografiami ściany.

Podążyła wzrokiem za jego gestem. Rusztowania, powiewająca na wietrze firanka, znajomy budynek z rynku jej rodzinnego miasteczka. We wspomnieniach pojawił się tablet na kościstych kolanach Lennego.

-To nie twoje, to jego – stwierdziła łamiącym się głosem spoglądając to na chronione szkłem obrazy to na Marcina.

-Słucham? – chłopak pobladł lekko i rozejrzał się nerwowo.

-Te zdjęcia zrobił Lenny, ty je ukradłeś – Eliza nadal mówiła półgłosem, wstrząśnięta odkrytą prawdą – Lenny mi je pokazywał.

-Co ty opowiadasz? Pokazywał ci pewnie katalog z przygotowaniami do wystawy. Pracowaliśmy razem nad takim pomysłem. Nic poza tym – Marcin złapał ją za łokieć i zaczął ciągnąć w kierunku wyjścia – Słuchaj, zostaw mi jakiś adres email, to prześlę ci te pliki, nabywca i tak się nigdy nie dowie.

Wyrwała mu się. Chciała zrobić scenę, wywrzeszczeć prawdę przy tej nielicznej widowni, przy pracownikach galerii. Upokorzyć go, nazwać oszustem i złodziejem pasożytującym na śmierci kochanka. Już nawet nabrała powietrza, zacisnęła dłonie w pięści, pochyliła się w kierunku zastygłego w przerażeniu chłopaka. I nagle pomyślała, że to bez sensu. Że zawsze ktoś będzie coś sprzedawał a ktoś inny kupował. Lenny zawiśnie na ścianie jakiegoś obcego salonu czy sypialni uświetniając swoim spojrzeniem czyjś wystrój wnętrza. Ktoś za niego zapłacił, bo Marcin wystawił go na sprzedaż. Wszystko można kupić. Miłość i śmierć również. Nie ma świętości. Nie wiadomo czemu przypomniały jej się słowa Kurka, wypowiedziane w zupełnie innym kontekście ale jakże trafne: wszechobecny fałsz. Trzeba się z tym pogodzić, żeby móc oddychać, trzeba oddychać żeby mieć siłę, trzeba mieć siłę żeby oddychać. Chyba, że zaciskający się na krtani skórzany pasek obróci wszystkie „trzeba” w  nic nieznaczący biały szum.

Biegła chodnikiem potrącając przechodniów i nie zważając na potępiające okrzyki. Byle dalej od tego miejsca gdzie handluje się śmiercią i tragedią, gdzie podpisuje się cudzą wrażliwość pobierając za to opłaty. Uciekała, a właściwie próbowała uciec, bo im dalej biegła tym bardziej docierało do niej, że tak naprawdę nie ma dokąd. Pewnie zatrzymałaby się sama, ale zrobiło to za nią mocne szarpnięcie i boleśnie ściskające jej ramię palce.

-Eliza, gonię cię od Matejki, nie słyszałaś jak wołam? – Piotrek Nowakowski zasapany, z wypiekami na policzkach patrzył na nią z wyrzutem – Co się stało?

-Nic, przepraszam, muszę iść – próbowała się wyswobodzić z jego uchwytu.

-Czekaj, co się dzieje? Wyglądasz jakbyś była chora. To przez Bartka? Bo on wygląda podobnie – siatkarz odciągnął ją na pobliski parking schodząc z drogi oglądającym się na nich ludziom.

-Co? Tak, to przez niego, gdybym go nie słuchała Lenny nie byłby martwym zdjęciem na czyjejś ścianie – Elizę nie obchodziła zdezorientowana mina Nowakowskiego, pytał, niech wie.

-Słuchaj, nie mam pojęcia o co chodzi, ale mam wrażenie, że niepotrzebnie się w to mieszałem. Jeżeli to co wtedy powiedziałem miało jakiś wpływ na was, to przepraszam. Bartek był wściekły, kiedy się dowiedział, o czym rozmawialiśmy. Swoją drogą, musiałaś mu o tym zaraz meldować? Te wasze sms-y to jednak nie jest normalne. W każdym razie, przepraszam, że zmarnowałem ci imprezę. Kurek bardzo się wtedy starał, żeby cię jakoś wyciągnąć z dołka a ja to zepsułem. Eliza? Słuchasz mnie? – potrząsnął ramieniem dziewczyny, która patrzyła na niego nieprzytomnie, pobladła i zasępiona.

-Tak – wymamrotała. Zamiast siedzieć w mieszkaniu Bartka poddając się jego chorym, schizofrenicznym rozgrywkom, powinna być wtedy w Radomyślu. Tam gdzie jej obecność miała znaczenie.

-Ok, to ja mam prośbę. Porozmawiaj z nim, wyjaśnijcie sobie co tam trzeba, bo oboje wyglądacie i zachowujecie się ja zombie. Cokolwiek między wami się podziało, można to jakoś odplątać, odkupić winy czy co tam wymaga uregulowania – Piotrek pozwolił sobie na przyjacielski uśmiech i został tak z nim, przylepionym do warg, czując się jak ostatni kretyn.

-Wszystko już uregulowałam, co do ostatniej złotówki! – Eliza w końcu zdołała uwolnić rękę z uścisku siatkarza – Nic mu nie jestem winna, zapłaciłam wszystkim co miałam!

-Eliza, o czym ty mówisz? – Nowakowski zdołał jeszcze chwycić pasek jej torebki mając nadzieję, że może jednak doczeka się jakichś wyjaśnień. Nie spodziewał się, że dziewczyna bez zawahania zostawi mu swoją własność i znów puści się w szaleńczy bieg uliczkami starego miasta. Tym razem nikt już jej nie gonił. Nie licząc wrażenia, że trzeba z tym wszystkim skończyć. Trzeba skończyć, żeby poczuć się lepiej.

15.

Podłączony do ładowarki telefon dzwonił nieprzerwanie. Eliza postanowiła go całkowicie zignorować, nawet nie odwróciła głowy w jego kierunku, choć był w zasięgu, nie wyciągnęła po niego ręki. Nie było nikogo z kim miałaby ochotę porozmawiać. Obróciła się plecami do brzęczącego urządzenia i nakryła szczelnie kołdrą. Może znów uda jej się zasnąć, odpłynąć i niczym nie przejmować. Właściwie na jawie też nie przejmowała się niczym. Nie miała już żadnej pracy, bo przestała do niej chodzić. Tak po prostu, pewnego dnia nie wstała z łóżka i ze zdziwieniem odkryła, że nie ma żadnych wyrzutów sumienia, że zupełnie jej to nie obchodzi. W ten sam sposób pozbyła się szkoły. Okazało się, że wcale nie musi tam iść, że odczuwany przymus to tylko zaszyta w jej umyśle sztuczka, której przy minimalnym wysiłku można się oduczyć. Tak samo jak nawyku jedzenia. Trzeba nie jeść, żeby nie mieć siły, żeby łatwiej zasypiać, żeby nie czuć.

Sen. Niczego więcej nie pragnęła. Choćby był to ten najgorszy, ten, który powracał tak często. Ten ze stojącym w ogrodowej altance, milczącym Lennym. To i tak było lepsze niż rzeczywiste myśli, dręczące i powracające natarczywym jazgotem. Zupełnie jak ten telefon.

-Zamkniesz się wreszcie? – krzyknęła zirytowana i sięgnęła po aparat. Pociągnęła z całej siły, kabel ładowarki naprężył się a po chwili zwiotczał. Wraz z wtyczką ze ściany wysunęło się iskrzące gniazdko z przyczepionym do obudowy pękiem różnokolorowych kabli.

Eliza przyglądała się im zafascynowana. To byłoby takie proste i takie właściwe. Wystarczy chwycić i zacisnąć palce. Nie powinno trwać zbyt długo, to nic, że będzie bolało. Zasłużyła. Wychyliła się z łóżka, wyciągnęła rękę i zamarła. Ktoś dobijał się do jej mieszkania.

-Otwórz, bo wywalę te drzwi, wiem, że tam jesteś, słyszę telefon! – głos Bartka, nie krzyk, ale wystarczająco donośny, by dotrzeć do uszu ciekawskich sąsiadów. Eliza wahała się przez chwilę, jednak niechęć do stania się sensacją dla całej kamienicy wygrała z zamiarem pozostawienia Kurka bez żadnej reakcji.

-Idź sobie – nie siliła się na grzeczność, rozczochrana i bosa spoglądała na siatkarza z nieskrywaną wrogością. Nie było odpowiedzi, była tylko stopa w sportowym bucie wsunięta w szczelinę i torująca uparcie drogę do wnętrza mieszkania.

-Przyniosłem ci to, zostawiłaś z nią zupełnie rozbitego Pitera – Bartek zdołał wcisnąć się do środka i stał teraz przed Elizą a w jego wyciągniętej ręce dyndała skórzana torebka – I nie gniewaj się, ale zajrzałem, po tym co opowiedział mi Piotrek podejrzewałem, że coś bierzesz, no nieważne. Znalazłem ten bilet i byłem w galerii, widziałem. Tak strasznie mi przykro Lisku – objął ją, przytulił. Nie odepchnęła go, pozwoliła na tę bliskość i przez moment poczuła się bezpieczniej. Na kilka minut zapomniała o iskrzącym kablu i zaciśniętym na klamce skórzanym pasku.

-Eliza, tak nie wolno – usłyszała stroskany głos Kurka nad swoją głową – co się z tobą dzieje? Schudłaś okropnie. Chorujesz? – on sam też nie wyglądał najlepiej, podkrążone oczy i zapadnięte policzki. Zombie, tak chyba wyraził się Nowakowski. Milczała. Nie umiała wyjaśnić co się z nią dzieje, poza tym, że to coś bardzo złego.

-Obchodzi cię to? – spytała niewyraźnie wciąż tkwiąc w mocnych objęciach.

-Przecież wiesz. To, że nie przyjmujesz tego do wiadomości, wcale nie znaczy, że nie jest prawdą. Zależy mi na tobie Lisku, czemu tak trudno ci to pojąć? – Bartek mówił spokojnie, nie podnosząc głosu, jego dłoń gładziła plecy Elizy kojąc niepokój i napawając otuchą.

-Nie wierzę ci – dziewczyna bąknęła bez przekonania i równocześnie zaprzeczyła temu wyznaniu wtulając się jeszcze mocniej w ramiona siatkarza.

-Nie szkodzi, będziesz miała czas uwierzyć – odparł z uśmiechem.

Stali tak jeszcze przez chwilę, a potem Bartek delikatnie odsunął Elizę od siebie.

-Chciałem ci coś oddać Lisku, ale obiecaj, że mnie tu wpuścisz jeżeli wyjdę na korytarz – poprosił zaglądając jej w oczy.

-Dobrze – kiwnęła głową. Kurek nie spuszczając wzroku z Elizy zaczął cofać się na klatkę schodową.

-Tego też dowiedziałem się z twojej torebki, musiałem to naprawić – powiedział przystając przy balustradzie schodów. Dopiero teraz Eliza zrozumiała co miał na myśli.

Jej lampa, zapakowana w ten sam gazetowy papier, w którym zaniosła ją do antykwariusza. Znane na pamięć kolorowe szkiełka, misterny łańcuszek zwieszający się spod klosza, największy skarb. Pamiątka po babci, którą spłaciła niechciane długi, wyrównała rachunki i odzyskała siebie, wracała do Elizy, na swoje odwieczne miejsce w rogu pokoju. Za sprawą Bartka. To on odnalazł drogocenne Laburnum, odkupił je i przyniósł tutaj. Ustalając tym samym nową cenę, nową transakcję, nowe zobowiązanie. Kolejna propozycja sprzedaży, następna oferta kupna.

Zanim Kurek zdążył zorientować się, co mogą oznaczać zmarszczone brwi i zaciśnięte w wąską linijkę usta Elizy, huknęły drzwi, zazgrzytał przekręcany w zamku klucz. Bartek ze złością wyrżnął barkiem w twardą deskę, rzucił się o ułamek sekundy za późno. Eliza nie zwracała już uwagi na jego prośby i natarczywe łomotanie. Miała w nosie swoich wścibskich sąsiadów, policję, którą straszył ją Bartek i cały przekupny świat. Skupiła wzrok na wyciągniętych ze ściany kablach. Krótki bilans zysków i strat dokonał się błyskawicznie. Koniec transakcji wiązanych, koniec długów. Nie trzeba będzie myśleć o przyszłości, o tym czy jest się cokolwiek wartą, o wstrętnych ludziach handlujących uczuciami, dziećmi, godnością, o innych wstrętnych ludziach bawiących się cudzym życiem, nie trzeba będzie spoglądać w lustro ze świadomością, że popełniło się najgorszą zdradę, że za brak zdecydowania ktoś musiał zapłacić śmiercią. Nie trzeba będzie mieć więcej siły, tylko ten ostatni, jedyny raz.

Bartek grzmocił pięściami w drzwi, gdy nagle na klatce schodowej zgasło światło. Przerażony nasłuchiwał jakiegokolwiek szmeru dobiegającego z zatrzaśniętego mieszkania, ale jedyne co słyszał to oszalałe bicie własnego serca. Od nieprzeniknionej ciemności gorszy był tylko spływający lodowatą strużką potu strach.

==============================================================

Masz jeszcze trochę czasu?

Lenny

Elektroliza2 – oczywiście, że to nie koniec

Jedną Hanię zaciekawiło kiedyś co mieszka w brodzie

Klasyka

171 odpowiedzi na „Elektroliza

  1. ~malinkaa pisze:

    Jezu pochłonęłam twojego bloga jednym tchem! Zamiast spać bo uczelnia od 7.30 czytałam rozdział za rozdziałem! Historia która nadawałaby się na scenariusz filmu. Świetnie pokazuje że ludzie są fałszywi a odmienność linczowana.

    • otfilulu pisze:

      Niezmiernie się cieszę, że się spodobało. Jeszcze bardziej, że się nie dało oderwać – najlepsza pochwała dla opowiadania.
      Pozdrawiam bardzo i dziękuję za odwiedziny

  2. ~prosaen pisze:

    ja pierdzielę, no pewnie, że jest zaskoczenie i to nie może być koniec. po prostu nie może tak być. ostatni akapit jest idealnym zakończeniem TEJ CZĘŚCI no i nie wiem, Bartek, zrób coś szybko!

  3. ~blackhorse pisze:

    Trudno mi skomentować 14-stkę i 15-stkę, kłębi się w mnie zbyt dużo emocji. Po latach wciąż ciężko zaakceptować odejście kogoś, kto był ci bliski. Wszystko do ciebie wraca, choć bardzo starasz się uciec od wspomnień. Wystarczy opowiadanie, notatka prasowa, rozmowa zasłyszana w autobusie. Zaczynasz myśleć o ostatniej wiadomości od tego kto odszedł nagle, bez ostrzeżenia i bez pożegnania. W głowie wciąż dźwięczy znienawidzone zdanie: „Życie zabija wyobraźnię…”.
    Lenny i Eliza nie oszukali przeznaczenia. Gratuluję konsekwencji z jaką poprowadziłaś tę trudną historię.
    Jestem poruszona. Zakończenie (a może niekoniecznie?) skłania do przemyśleń, Twój warsztat i koncepcja, której wiernie się trzymałaś sprawiły, że w opowiadaniu czuć powiew autentyczności. Nie mogłaś wpaść w melodramatyczne klimaty, nie Ty! ;)
    Został Bartek. We wcześniejszych komentarzach pisałam, że cechy jakie mu nadałaś w opowiadaniu idealnie pasują do mojego prywatnego wyobrażenia jego osoby. Elektrolizowy rozchwiany emocjonalnie Kurek, epizody z jego życia zarówno tego realnego, jak i wykreowanego przez Ciebie na potrzeby tej historii pozwalają mi myśleć o nim jako o postaci tragicznej. Nie mogę pozbyć się wrażenia, że Bartek gra by oszukać przeznaczenie. Wiecznie z czymś się zmaga, podejrzewam, że on sam nie do końca wie przed czym ucieka. To dziwne wrażenie towarzyszyło mi także podczas dzisiejszego ćwierćfinału. Jak się skończyło wszyscy wiemy.

    • otfilulu pisze:

      Nawet nie wiesz jak cieszy, że uważasz, że ta historia ociera się o autentyzm. Od zawsze to dla mnie jedna z największych pochwał, dziękuję.
      A do tego wiarygodny, wieloznaczny Bartek i gdyby dzisiaj chłopakom nie brakło szczęścia moje byłoby niekwestionowane.

      I cóż, nie chcę brzmieć jakbym pozjadała wszystkie rozumy, ale wydaje mi się, że przed pewnymi wspomnieniami uciec się nie da. Nie wiem czy to dobrze czy źle. I z premedytacją się teraz powtórzę: niektóre sprawy nie bolą mniej, bolą rzadziej. Chciałabym z biegiem czasu twierdzić inaczej, na razie nic na to nie wskazuje. A dźwięczących w głowie zdań nienawidzę i współczuję każdemu, kto jakieś ma.

      Pozdrawiam bardzo i jeszcze raz dziękuję za wiele znaczący dla mnie komentarz.

  4. ~Greenberry pisze:

    Przeczytałam, wpadłam w rozpacz, poczytałam komentarze i jest nadzieja, skoro są szkice do Elektrolizy 2.
    Przeczytałam też całego MIgała, ale o tym to nie tutaj.
    Bartek. I Eliza.
    Trochę nie rozumiem takiego wścieku Elizy na Bartka/Kamila. Trochę nie ogarniam, czemu aż tak gwałtownie zareagowała. Ale może ja jestem dziwna.
    Za to aż za dobrze rozumiem jej zachowanie po śmierci Lennego, niechęć do wychodzenia, niejedzenie, to wszystko, co składa się w jedno proste i straszne słowo – depresja. Przynajmniej ja tak to widzę. I rozumiem aż za dobrze, bo sama tam byłam.
    I wiem, że jeśli jednak Bartek dobije się do jej mieszkania i Eliza wyjdzie z tego, co próbuje zrobić, co zrobiła, to Kurek będzie jej bardzo potrzebny. Bo sama nigdy nie da sobie rady z tym, co siedzi w jej głowie.
    Pozostaje też kwestia Kurasiowej kontuzji, na ile wykluczy go to z gry, czy wróci przed Rio, jak to będzie, co to będzie.
    I mam wielką, ogromną, szczerą nadzieję, że będzie Elektroliza 2, że to nie jest koniec, że to dopiero początek.
    I czapki z głów, warsztat i styl niesamowity, mogę tylko popłakiwać, że tak nie umiem.
    Dziękuję.

    • otfilulu pisze:

      Dziękuję, że zdecydowałaś się napisać „depresja”. Unikałam tego słowa mając nadzieję, że uda mi się je zaszyć w zachowaniu Elizy, i po Twoim komentarzu wiem już, że wyszło, że jeżeli ktoś był choćby w okolicach tego stanu będzie rozumiał. Będzie też wiedział, że zaledwie prześliznęłam się po zjawisku.
      Też jestem zdania, że kontuzja Kurka powinna mieć ciąg dalszy i znaczenie, byłoby bardzo niegrzecznym z mojej strony gdybym pozwoliła mu skręcić kolano na potrzeby zaledwie jednego rozdziału ;) Nie ma co dłużej udawać, część druga Elektrolizy nieunikniona, wczoraj wymyśliłam zakończenie, więc najważniejsze już mam. Dziękuję za motywację.
      I do zobaczenia u Ciebie, bezwzględnie. Po tym o co już zdołałam zahaczyć, to „popłakiwanie” traktuję jako chwilową słabość i delikatne minięcie się z prawdą :)

      • ~Greenberry pisze:

        BĘDZIE ELEKTROLIZA 2♥♥♥
        Zrobiłaś mi dzień tą wiadomością:D
        a tak poważnie.
        Lenny będzie w Elizie siedział już zawsze, bez względu na wszystko, bo z tego się nie wychodzi, to cholerstwo w głowie, depresja, nie znika na zawsze. I zachowaniem Elizy pokazałaś to idealnie.
        No i tego, czekam na rozwój sytuacji w dwójeczce:)

  5. ~ani pisze:

    Oh nein! To jest dopiero początek, a Ty się rozgrzewasz, przyznaj się :D Jako klasyczna nieśmiała milczkówna, przybywam dziś potwierdzić swą obecność #kłaniamsięnisko wiesz sama, że bywam tu częstym gościem rano, w nocy i w pracy też ;)
    z niecierpliwością czekając na kolejny rozdział!
    Moooooore! <3

    • otfilulu pisze:

      15 rozdziałów to byłaby nielicha rozgrzewka delikatnie mówiąc :) Podtrzymuję, Elektroliza dobiegła do mety. Piętnasty jest ostatni na tej stronie.
      Nie przesadzajmy z tą Twoją nieśmiałością bo pod każdym opowiadaniem znajduje się Twój komentarz, a ja za każde potwierdzenie obecności bardzo dziękuję.
      No i rozczuliłaś mnie tym zaglądaniem w pracy a jeszcze bardziej wpisem o trzeciej na ranem. Niewiarygodnie miło.
      Zapraszam do dalszych odwiedzin, bo jakieś moooooore się zapewne pojawi za niedługo :)

      • ~ano pisze:

        Och, ja wielokrotnie zabieram się za komentowanie, szczególnie na gorąco, zaraz po przeczytaniu, jaki ja mam mętlik w głowie! Potem to sobie przeglądam, czytam opowiadania odsłonę drugą, czyli komentarze, w zasadzie zazwyczaj mam jeszcze większy mętlik, a potem jedno z dwóch: zasypiam albo odrywa mnie z tego radosnego zamyślenia jakiś debil w pracy, czego skutek i tak jest taki sam – nic już nie wiem i nic nie pamiętam :D
        Gdyby komentowanie było zdolnością telepatyczną, moja obecność byłaby bardziej efektowna niż parę mizernych słów, na jakie się zdobędę ;) Na szczęście są tu inni, którzy powiedzą wiele z tego, co chciałabym. Bo to, co piszesz wykracza poza cokolwiek, co w internetach spotkałam, tworzysz wspaniały klimat i masz styl, który czyta się z przyjemnością, niewymuszony, naturalny. I mówię to moje ‚mooore’ bo zawsze czekam niecierpliwie: czy będzie to MIgał, kolejny rozdział Elektrolizy czy Elektroliza v.2, czy cokolwiek innego. Po prostu pisz :)

    • otfilulu pisze:

      Ok, to ja będę po prostu pisać i nastawiać się na telepatyczny przekaz za każdym razem gdy w statystykach wyskoczy obcojęzyczna, portugalska kropka :)
      Pozdrowienia

  6. ~synestezja pisze:

    Rzadko cokolwiek komentuję, robię to tylko wtedy, gdy coś we mnie bardzo mocno uderzy. I to jest właśnie ten moment. Już wcześniej palce świerzbiły mnie by coś tu skrobnąć, ale zawsze się powstrzymywałam. Nie tym razem. Przeczytanie tej piętnastki o godzinie szóstej rano to było (o ironio) samobójstwo dla mojego nastroju. Długo dochodziłam do siebie. Bo jeśli coś mi się spodoba i jest w moim odczuciu więcej niż bardzo dobre to powoduje, że przeżywam każde zdanie, każde pojedyncze słowo kilka razy mocniej. Do tej pory zbieram szczenę z podłogi. W pewnym momencie myślałam, że już będzie „dobrze”, a tu bam. Punkt kulminacyjny i przeogromny szok. Nie wiem co mogłabym więcej napisać.
    Przepraszam za tę ogólną nieskładność. Zrobisz co uważasz za słuszne, ale jeśli mam być szczera to nie wyobrażam sobie, że to mógłby być koniec Elektrolizy. Po prostu z każdą kolejną częścią pragnie się jej więcej i więcej i odczuwa się jakiś nieokreślony niedosyt. Na szczęście ta kompozycja otwarta pozwala mi w choć małym stopniu wierzyć, że Eliza wcale nie zrobiła tego co planowała. No bo w końcu to światło mogło tak po prostu wysiąść, czyż nie? Eh, high hopes.
    W każdym razie – CHAPEAU BAS. Dziękuję.

    • otfilulu pisze:

      Dochodzę do wniosku, że jednym z moich osobistych mierników jakości pisania będzie ilość Cichych Pitów, których sprowokuję do reakcji.
      Radość jest zawsze ogromna, szczególnie, kiedy ktoś przyznaje się, że komentuje bardzo rzadko albo wcale. Pozostaje mi tylko podziękować za komplement, którym jest już samo ujawnienie się :)
      Dziękuję również za tyle miłych słów i choć miałam zamiar niczego nie zdradzać przyznaję, że zarys intrygi do Elektrolizy2 szkicuje się od dłuższego czasu, więc te hopes wcale nie są znów takie high. Poza tym nie wymęczyłam jeszcze Bartka wystarczająco.
      Jeszcze raz dziękuję i do kolejnego spotkania mam nadzieję.
      P.S. Cudowny nick.

  7. ~VE. pisze:

    Nie wiem co myśleć. To się nie może tak skończyć. Nie chcę takiego zakończenia.
    I nie wiem co więcej mogłabym napisać, bo jestem kompletnie rozbita.

    • otfilulu pisze:

      Chyba właśnie pobity został rekord komentarzy zawierających stwierdzenie: „nie wiem co…”
      Z jednej strony cieszą mnie wzbudzone emocje, z drugiej trochę mi nieswojo.
      Niestety to się tak właśnie kończy, tak miało być od pierwszego zdania, choć Elektroliza 2 wcale nie jest wykluczona i nic tu nie stoi w sprzeczności.
      Mam nadzieję, że nie rozczarowałam Cię permanentnie. Może uda mi się kiedyś napisać coś jednoznacznie radosnego.
      Pozdrawiam bardzo.

      • ~VE. pisze:

        Och nie, w żaden sposób nie jestem rozczarowana. :) Lubię niejednoznaczne historie, szczególnie takie, gdzie tak naprawdę niczego nie można się spodziewać. I jeśli tylko będzie Elektroliza 2, to ja tu będę. I będę też, jak będzie cokolwiek innego. :)
        Pozdrawiam również :)

  8. ~Seehhex pisze:

    Nie wiem co mam myśleć, nie spodziewałam się takiego obrotu spraw. Zaskoczyłaś mnie.
    Po „ostatnim” epizodzie czuje niedosyt. Mam chaos w głowie i chyba nic tutaj sensownego nie napisze.
    Pozdrawiam:)

    • otfilulu pisze:

      Kurcze, nie myślałam, że aż tak bardzo namieszam Wam w głowach. Zaskoczyć bardzo chciałam i chyba wykonałam plan ponad normę.
      Mam świadomość, że mogłam też częściowo rozczarować, ale happyendy nie są moją najmocniejszą stroną.
      Twoje cztery zdania naprawdę dają mi do myślenia, szczególnie niedosyt. Pozdrawiam i nie mówię ostatniego słowa.

  9. ~gal anonim pisze:

    Hmm… nie wiem co napisać, to mój pierwszy komentarz, a ja nie jestem dobra w powitaniach :D Czytam Twojego bloga od „migałowych” czasów i choć nie komentuję, to jestem, nabijam ci wyświetleń i zachwycam się każdym kolejnym rozdziałem. Lubię Twoją twórczość, lubię Elektrolizę za to, że jest tak nieprzewidywalna i przewidywalna jednocześnie. Muszę przyznać, że to chyba jeden z niewielu, jeśli nie jedyny blog, na który wchodzę, żeby poczytać, a nie dla tzw „beki” z nastoletnich autorek opisujących miłosne perypetie swojego idola z ich własnym alter ego. Chciałabym Ci jeszcze powiedzieć, że teraz za każdym razem jak widzę pigwową soplicę, to się uśmiecham, bo widzę Liska i Kurczaczka :D
    Pozdrawiam, przepraszam za chaotyczny komentarz i oczywiście czekam na ciąg dalszy :D

    • otfilulu pisze:

      Witaj, tylko, że my się przecież znamy, jesteś tu u siebie od dawna :) Co z tego, że dotychczas spotykałyśmy się w milczeniu? Każda nabita wizyta to sygnał, że ktoś czuwa, czyta i że trzeba przysiąść fałdów, poprawić, skorygować, usunąć cały akapit, przepisać i dopiero opublikować. I za to dziękuję.
      Oraz za szczęśliwy uśmiech na widok stwierdzenia: „blog, na który wchodzę, żeby poczytać”. To ja się postaram, żeby nadal było co :)
      Dziękuję za przerwaną ciszę i Twoje zdrowie pite pigwową Soplicą :)

  10. ~selene pisze:

    Cholera, poruszyłaś mnie tym rozdziałem strasznie. Aż mi się tak jakoś nieswojo zrobiło na sercu.
    Obiecałam, że będę pisać o Lennym i tak też dzisiaj czynię. Mam mnóstwo refleksji na temat jego wątku, ale trudno mi je wszystkie zebrać w uporządkowaną całość. To, co przychodzi mi do głowy jako pierwsze, to na pewno to, że nie zasłużył na taki los i że nie powinien samodzielnie decydować o własnym być albo nie być, ale sytuacja z Marcinem (jeszcze do niej wrócę) tylko utwierdza w przekonaniu, że obok siebie nie miał nikogo, kto potrafiłby skutecznie do niego dotrzeć i nawet partner nie okazał się wystarczającym oparciem. Ot, samotność w tłumie.
    Samobójstwo jest według mnie zarówno aktem egoizmu jak i odwagi. Można myśleć o odebraniu sobie życia, zastanawiać się nad sposobem „samounicestwienia” i słowami, które zostawiłoby się po sobie w ewentualnym liście pożegnalnym, ale od myśli do czynów czasami długa droga, zwłaszcza jeśli owe czyny blokuje strach. W Lennym tego strachu najwidoczniej nie było wystarczająco dużo, skoro zdecydował się na tak desperacki krok. Może zabrzmi to nietaktownie, ale jestem skłonna zrozumieć kierujące nim pobudki. Znalazł się w sytuacji, w której po prostu nie widział innego wyjścia. Został sam, wraz ze swoją wewnętrzną słabością, bezsilny wobec nietolerancji i niezrozumienia. Mogłabym porównać go do bohatera tragicznego, który staje w obliczu wyborów mogących przynieść mu tylko zgubę, ale to nie do końca byłoby trafne porównanie, bo paradoksalnie on jednak ten wybór miał. Właściwie każdy, kto znalazłby się na jego miejscu (i chodzi mi tutaj o szeroko pojętą nietolerancję, szykany nie tylko z powodu odmiennej orientacji, ale choćby przemoc psychiczną w szkołach) miałby wybór, mógłby się przeciwstawić, zawalczyć o siebie, ale nie każdy ma wystarczająco dużo sił. Kurczę, drgają we mnie najcieńsze struny, bo przypominam sobie o pewnym mrocznym okresie w swoim życiu i może dlatego mam mnóstwo empatii w stosunku do osób, które muszą przechodzić przez podobne piekło, obojętnie z jakiego powodu. A co do egoizmu… Wydaje mi się, że Lenny myśląc tylko o własnych uczuciach i desperackiej chęci „wyzwolenia” nie wziął pod uwagę, że odbierając sobie życie skrzywdzi tych, którym na nim zależy. Mogłabym wśród tych osób wymienić Marcina, ale tego nie zrobię, bo pamięć o Lennym rozmienił na pieniądze. Nie widziałam w nim adekwatnego do powagi sytuacji żalu, zupełnie jakby przeszedł nad wszystkim do porządku dziennego. Może tak naprawdę wcale nie traktował ich relacji aż tak poważnie. Inaczej jest w przypadku Elizy, która obwinia się o jego śmierć, choć zupełnie niepotrzebnie. Mam wrażenie, że wraz z Lennym umarła również pewna cząstka jej samej. Zachowuje się tak, jakby już na niczym jej nie zależało, jakby bezwiednie chciała poddać się nieuchronności losu będąc przekonaną, że i tak już nic dobrego jej nie czeka, bo właściwie i tak na nic dobrego nie zasługuje. To jest chyba to poczucie winy najcięższego kalibru.
    No i chyba nie napiszę nic odkrywczego stwierdzając, że końcówka brzmi co najmniej intrygująco, jeśli nie powiedzieć, złowieszczo, a umysłem Elizy zawładnęły bardzo złe myśli.
    Pozdrawiam :)

    • ~selene pisze:

      Okej, to ja się podepnę pod poprzedni komentarz.
      Dziewczyno, co Ty ze mną robisz, po raz pierwszy naprawdę nie wiem, co napisać… Gdyby nie to, że jestem „nieczuła” na wyimaginowany świat z książek, filmów i opowiadań, pewnie pobeczałabym się jak głupia po tym zakończeniu, co nie zmienia faktu, że znów jest mi nieswojo na sercu. Wiesz, swego czasu miałam nawet ochotę napisać Ci w jednym z komentarzy coś w stylu: „Obiecaj, że jej nie skrzywdzisz”, choć i tak wiem, że byłoby to wyłącznie pobożne życzenie, skoro konsekwentnie podążałaś wytyczoną przez siebie ścieżką. Przyzwyczaiłam się, że zazwyczaj uderzasz w dramatyczny ton w najmniej spodziewanym momencie, więc jeśli zależało Ci na wywołaniu efektu zaskoczenia, to wiedz, że ja się czuję wręcz zaszokowana. Przyznam szczerze, że po pierwszych rozdziałach Elektrolizy myślałam, iż to będzie bardziej optymistyczna w stosunku do MIgałów historia i właściwie owo wrażenie utrzymywało się do momentu pojawienia się w opowiadaniu Lennego. Stało się inaczej, ale czy to źle? Wcale nie! Finał tej historii jest bardzo w Twoim stylu, ale nie chodzi mi o dramaturgię, tylko właśnie ten element zaskoczenia (choćby urywanie akcji w najmniej spodziewanym momencie) i niejednoznaczność. Bo niby wszystko jest jasne – Eliza podążyła drogą swojego przyjaciela, zgasły światła (to niemal symboliczne! prawie jak opadająca kurtyna), ale jednak gdzieś z tyłu głowy tli się nadzieja, że może jednak Bartek jakimś cudem zdoła ją uratować. Ja tu widzę kompozycję otwartą, a może tylko chcę ją widzieć, bo znaczna część mnie stanowczo protestuje przeciw takiemu potraktowaniu głównej bohaterki. Można powiedzieć, że nastąpiła pewna reakcja łańcuchowa – Lenny skrzywdził swoim czynem Elizę, a Eliza… Bartka. Bo jeśli nastąpiłby jakikolwiek ciąg dalszy, on z pewnością czułby się winny. I w tym momencie mogłabym się rozwodzić nad postacią Kurka, ale chyba napisałam już na jego temat wszystko, co możliwe, więc nie będę powielać tego, co już kiedyś sobie wykoncypowałam, zresztą to chyba i tak nie czas i miejsce, a poza tym podobno zabrakło mi słów… ;) Dobra, naprawdę zabrakło. Pewnie odblokuję się po kliknięciu „opublikuj” i znów będę sobie wyrzucać, że o czymś zapomniałam. W każdym razie – przeogromne DZIĘKUJĘ. Nie tylko za to opowiadanie, ale w ogóle za to, że tutaj jesteś i pozwalasz cieszyć oczęta takimi perełkami, skłaniasz do refleksji i pobudzasz szare komórki ;))) Okej, to ostatnie mocno z przymrużeniem oka. Czytanie ustaw wystarczająco je pobudza ;)
      A co dalej? No ja mam nadzieję, że kolejna historia, bo innego scenariusza sobie nie wyobrażam :) Hmm, jak tam PIzza? Będzie coś z tego przepisu? ;) Zresztą nie ma znaczenia, co weźmiesz sobie na warsztat w następnej kolejności – tak jak kiedyś wspominałam, przeczytam wszystko :)
      Pozdrawiam bardzo, bardzo :)

    • otfilulu pisze:

      Wiem, że się powtórzę, ale w Twoim przypadku nie da się inaczej. Zawsze z napięciem czekam na Twój komentarz, a właściwie interpretację i recenzję w jednym. Pamiętam jak czytałam Twój pierwszy elaborat, podczas przerwy w nocnej podróży, w macu pod Gliwicami. Strasznie się wtedy ucieszyłam, bo upewniłaś mnie, że nie ucieka mi to co chcę napisać i udaje się to jakoś przekazać. I tak już zostało, jesteś dla mnie podstawowym papierkiem lakmusowym :) w jak najbardziej pozytywnym tego słowa znaczeniu. Nie przesadzam, naprawdę wyczekuję Twojej reakcji, bo jeżeli Selene zwróci uwagę na ten element, na którym mi zależy, dogrzebie się jakiegoś drugiego dna, przeanalizuje motywacje bohaterów to znaczy, że jest dobrze, że jestem na szlaku. A jeśli coś pominie, zinterpretuje inaczej to sygnał, że trzeba jeszcze popracować, uwiarygodnić, przemyśleć. A ile razy wpłynęłaś na losy kolejnych rozdziałów to wiem tylko ja i moje brudnopisy. Tak więc DZIĘKUJĘ za trwanie, poświęcony czas i nie wstrzymywanie ręki w komentarzach. Jestem prawdziwie wdzięczna.
      Również za to ostatnie podsumowanie, bo właśnie tak miało być, miało zdawać się lekko i optymistycznie, za największe zmartwienie miał uchodzić szantaż Kurka i jego podwójna gra. Do czasu. I miało być zaskoczenie, wcale nie tożsamością internetowego alter ego Bartka, tylko tym jak łatwo kumulacja drobnych i większych zmartwień potrafi kogoś przewrócić. Skoro wzbudziłam emocje, to jestem zadowolona, a że Lenny, Bartek i Eliza zasłużyli na Twoje obszerne analizy, to jestem szczęśliwa.
      Dziękuję jeszcze raz bardzo, bardzo, bardzo.

  11. ~Hania z Radomia pisze:

    Boję się, autentycznie się boję, że Eliza podaży za Nim. I, że spotkają się po drugiej stronie mgły.
    Miałaś rację. W rankingu ten rozdział z miejsca wskoczył na miejsce pierwsze.
    Bo gdzie jest miłość, tam bywa i śmierć. A sprzedać można wszystko.
    Pozostaje w wiernopoddańczym uklonie.
    H.

    • ~Hania z Radomia pisze:

      Co tu dużo mówić. Wyszło mistrzowsko. Jak zwykle. I kompletnie nie wiem, co powiedzieć. Zbieram szczękę z podłogi.
      Nadal kłaniam się wiernopoddańczo, tym razem jeszcze niżej, bo warto!(mistrz jest mistrzem i szacunek to obowiązek, tak mówię o Tobie!)
      Pozdrawiam!
      PS. daj przepis na PIzzę!

    • otfilulu pisze:

      Strasznie dziękuję za każdy napisany na wyrost komplement, ale nie przesadzajmy.
      To ja się kłaniam w pas wiernym czytelniczkom i komentatorkom, bez których byłoby o wiele ciężej kombinować kolejne rozdziały, a z dużym prawdopodobieństwem nie byłyby już kombinowane wcale. Pisałam kiedyś i napiszę jeszcze raz: świadomość kto „mnie” czyta i jakiej jakości są to odbiorcy zmusza niebywale do starań i mogę się tylko cieszyć, że wychodzi. Pozdrawiam zatem gorąco i Dziękuję kłaniając się.
      P.S. Przepis jest prosty: Jeden rozmawiający ze sobą kursywą Pan Piotr, jeden niespokojny, poplamiony farbą steampunkowy świetlik, jeden ukryty w cieście świeży resoviak i cowtorkowe wspólne celebrowanie posiłku. Powiedzmy, że składniki są, ale jeszcze nie znam przewodniej nuty smakowej.

  12. ~VE. pisze:

    Sama już nie wiem co napisać. Miałam nadzieję, że Eliza nie będzie obwiniać się o śmierć Lennego, a ona poszła jeszcze dalej i ma pretensje do Kurka. Rozumiem, że nie może się pogodzić z całą sytuacją, ale obwinianie wszystkich wokół nie ma najmniejszego sensu i nie przyniesie ukojenia. Obojętnie jak bardzo Eliza by tego chchciała.
    Co do Marcina – świnia, po prostu. Lenny mu ufał, a ten ukradł jego zdjęcia. Szkoda słów na takie świństwo. Kompletnie brak.
    Piotrusiu, ach Piotrusiu…ja wiem, że ty próbujesz załagodzić całą sytuację, ale chyba się nie da. Oni muszą się sami dogadać. I mam nadzieję, że się im uda. Bardzo bym tego chciała.

  13. ~prosaen pisze:

    uderzyłaś mnie ostatnim zdaniem. jeśli się okaże, że to było samobójstwo, to proszę, niech ona się o to nie obwinia, bo wpadła w coś strasznie złego. w ogóle Eliza przypomina mi teraz huragan, jest bardzo pogubiona i nieuporządkowana, ale mam nadzieję, że uda jej się w siebie uwierzyć, może mimo wszystko dzięki Bartkowi (który niech się jednak trochę pomęczy i odpokutuje swoje winy). no i zastanawiam się, co z tym biednym Lennym, ale o tym na razie nie mogę nic więcej powiedzieć.

    • otfilulu pisze:

      Chciałabym zrobić zgodnie z Twoją prośbą, no ale się nie da. Jak mogłaby się nie winić? Nie byłaby wtedy moją dziewczynką.
      Huragan Eliza trwa i nabiera mocy. A Lenny będzie miniaturą, to już postanowione.
      I chciałabym powiedzieć, żeby Ci nie było smutno, tylko, że to by się mocno kłóciło z tym co napisałam w tym rozdziale.
      Pozdrawiam jak zwykle.

  14. ~selene pisze:

    Kurczę, no i wykrakałam – to tak a propos końcówki. Temat Lenny’ego rozwinę następnym razem, kiedy kilka kwestii bardziej się rozjaśni, aczkolwiek już teraz mogę przyznać, że ubolewam nad krótkim żywotem tego bohatera w opowiadaniu, bo to bardzo ciekawa i niosąca ze sobą przesłanie postać. A ostatnim akapitem miażdżysz system. Mimo woli przypomina mi się Igowo-Michałowe falowanie i spadanie, ale to dlatego, że nie raz udowodniłaś, iż potrafisz w mistrzowski sposób budować nastroje.
    Będę powtarzać do znudzenia, że słowo klucz w przypadku Elizy to honor, jedna z tych szlachetnych rycerskich cech. Oddanie pieniędzy było dla Kurka jak policzek, ale w ten sposób bohaterka po raz kolejny udowodniła, że nie przyjmuje „jałmużny” i nie jest kimś, kogo można kupić. Postawa godna pochwały.
    Bartek niby nie miał złych intencji, ale jego działania, zwłaszcza te na gruncie zawodowym podkopały wiarę Elizy we własne możliwości i to nie jest dobre. Zamiast zauważyć i docenić jak spore postępy uczyniła, uważa, że żyła złudzeniami co do swojej dziennikarskiej wartości. A co do reszty to cóż, Bartosz zabrał się do wszystkiego od „tyłka strony”, więc nic dziwnego, że jego misterny plan okazał się kompletnym niewypałem, a Eliza zastanawia się, która z jego twarzy jest prawdziwa. Z jej punktu widzenia on po prostu zabawił się, zagrał na jej uczuciach i bezwzględnie wykorzystał potrzebę znalezienia bratniej duszy. Znając jej zawziętość, trudno będzie ją przekonać do zmiany nastawienia, nawet jeśli serce nie pozwala jej całkowicie skreślić Kurczaka.
    Pewne jest jedno – Drób będzie musiał nieźle się nagimnastykować, by na nowo wkupić się w jej łaski. I czuję, że okazja do tego nadarzy się już niebawem.
    Pozdrawiam i zdaję sobie sprawę, że przyzwyczaiłam do znacznie dłuższych i być może lepszych jakościowo komentarzy, ale dziś chyba nie jest mój dzień na elaboraty :/ Nie wiem, może to wpływ nieuchronnie zbliżającego się powrotu na uczelnię ;)

    • otfilulu pisze:

      Zawsze jest dzień na elaboraty jak widać powyżej ;) Bardzo dziękuję za komentarz z tradycyjnie celnym podsumowaniem, choć mam nadzieję, że dalszego biegu wypadków się nie spodziewasz i jednak jakieś zaskoczenie nastąpi. Ale to za chwil kilka dopiero.
      Październik przygnębia, przynajmniej ja go nie lubię, szczególnie jak jest taki niezdecydowany czy chce być już jesienią czy jeszcze latem.
      Ale za to już za trzy tygodnie pierwsza kolejka Plusligi i podróże po kraju :)
      Pozdrawiam i do przeczytania z Krakowa :)

      • ~selene pisze:

        Nie mam wątpliwości, że jeszcze nie raz pojawi się element zaskoczenia ;)
        Ja nie lubię nie tylko października, ale jesieni w ogóle, dlatego mam nadzieję, że jednak tego „lata” będzie jak najwięcej, bo tylko dzięki słońcu jestem w stanie jakoś zdzierżyć tę porę roku.
        Aż jestem ciekawa za którą drużyną tak chętnie podróżujesz po kraju ;)

        • otfilulu pisze:

          No to zobaczymy, bo jestem blisko finału, więc albo zaskoczenie teraz albo nigdy ;) Bardzo październikowy rozdział, pięknie się pisze jak za oknem jest tak jak za oknem właśnie.
          A kibicuję niezmiennie Zaksie, Czarnym i od zeszłego sezonu Cuprum (co za niespodzianka ;) ).

  15. ~Hania z Radomia pisze:

    No, kobieto. Pozamiatałaś. Pozwól, że użyję Twojego określenia. „Emocjonalnie miazga”. W moim subiektywnym rankingu Rozdziałów Budzących Największe Emocje ten zdaje się plasować zaraz za ostatnim odcinkiem piątego MIgała. I Ty mówisz, że nie wiesz czy to jest dobre? To jest tak bardzo niesamowite, że jak tak dalej pójdzie to założę związek wyznaniowy Twojego imienia .
    A w sercu Elizy, wyrwa po Lennym musi być olbrzymia.
    Pozdrawiam bardzo.

    • otfilulu pisze:

      Tyle dobrych słów, że aż się zarumieniłam niechcący, dziękuję :)
      Ze swojej strony obiecuję, że postaram się jeszcze poprzestawiać Twój subiektywny ranking, bo po takim komentarzu motywacja level 99, dzięki.

  16. ~VE. pisze:

    Zniszczyłaś mnie tą 13, wiesz? Całą. Bo z każdym słowem czułam się coraz gorzej, niemal przeżywałam wszystko tak samo jak Eliza. A ostatnie zdanie rozstroiło mnie kompletnie i poczułam się tak, jakbym to ja przyczyniła się do śmierci Lennego. Jakbym to ja nie potrafiła mu pomóc. Jeszcze chyba nikt nie doprowadził mnie do takiego stanu i takich odczuć. Brawo.
    Choć z drugiej strony może i dobrze się stało, choć nie wiem w jakich okolicznościach. I może nie brzmi to zbyt dobrze, ale czuję, że dla Lennego to lepiej. Bo przynajmniej skończyło się jego cierpienie. I teraz już jest wolny od wszelkich trosk.
    Cóż mogę dodać? Sama nie wiem, bo jakoś nie mogę pozbierać myśli. Może tylko yo, że popłynęłaś w ciekawą stronę, ale kurczę, ja to kupuję. I płynę z Tobą, zdecydowanie.
    I gdzieś tam we mnie tli się jednak nadzieja, że będzie dobrze. Bo musi. Bo oni zasługują.

    • otfilulu pisze:

      Nie jest to może najszczęśliwsze sformułowanie, ale cieszę się, że Cię zniszczyłam. Bo chyba nie może być lepszego dowodu, że coś udało, jak emocjonalna reakcja odbiorcy i potwierdzenie, że dał się wciągnąć w klimat.
      Tak więc pięknie dziękuję za komplement i witam na pokładzie, proszę się trzymać, bo lubię pływać przy sztormach :)
      P.S. Tak na marginesie, ciekawi mnie, kiedy Ty się wysypiasz?

      • ~VE. pisze:

        Lubię sztormy ;>
        Kiedy się wysypiam? W tej chwili jeszcze za dnia, bo wciąż zostało mi parę dni wolnego. :) A normalnie to w weekendy, kiedy nie goni mnie czas. :D

  17. ~blackhorse pisze:

    A jednak! Pociągi są ostatnio na topie, więc i Ty z niego nie wysiadaj tylko jedź dalej! Bartek w końcu podjął męską decyzję, wręczył Kamilowi oneway-ticket do Nibylandii, ale zafundował sobie przy tym niezły rollercoaster ;) Teraz będzie naprawiał, tylko że za sznurki będzie pociągać Eliza. Bawiłeś się Bartku zapałkami, igrałeś z ogniem i się doigrałeś. Twoja luba trochę Cię podgrilluje, Kurczaczku :)

    • otfilulu pisze:

      Zgodnie z rozkazem pojechałam :) Ale mam wrażenie, że chyba nie do końca na tą stację, której się spodziewałaś.
      Nie uprzedzajmy jednak faktów, może mimo wszystko dalej będzie Ci ze mną po drodze :)
      Pozdrawiam bardzo.

  18. ~VE. pisze:

    Łapka w górę się melduje. :) Ale nie martw się, potwierdzenie moich podejrzeń jest dla mnie bardzo miłe, bo wiem, że przynajmniej tutaj udało mi się coś zgadnąć i to na podstawie drugiego imienia Bartka :D
    Jedź dalej, bo przekonuje, bardzo. Bo to w sumie jest cholernie smutne, że Bartek, bojąc się rozczarowania i tego, że zrani Elizę, wolał wszystko przed nią ukrywać z nadzieją, że o niczym się nie dowie. Tak misternie ułożył cały plan, a tu proszę, jeden szczegół mu uciekł. I fakt, że Eliza głupia nie jest i umie dodać dwa do dwóch i wysnuć odpowiednie wnioski. Nie chcę go wybielać, ale po części go rozumiem. Bo czasem zdarza nam się zrobić coś, co wydaje nam się być dobrym rozwiązaniem, a okazuje się być kompletnym bezsensem, który tylko sprawia, że ranimy bliskie nam osoby.
    Nie dziwię się też Elizie, że zareagowała tak jak zareagowała. W końcu przez tyle miesięcy była okłamywana, tylko dlatego, że szanowny pan K nie potrafił powiedzieć jej w oczy, że on i Kamil to ta sama osoba. To śmieszne jak wiele potrafi zniszczyć zwykły ludzki strach i to, że boimy się rozmawiać. Choć mam nadzieję, że nie zniszczył wszystkiego całkowicie i cala ta sytuacja skończy się w miarę dobrze. Czas pokaże.
    I doceniam, a właściwie podziwiam Kurka za to, że kiedy nie mógł w żaden sposób dotrzeć do Elizy, to napisał list. To dowodzi, że nie zamierza od tak odpuścić. A to się ceni, mimo wszystko.

    • otfilulu pisze:

      A ja się wcale nie martwię, właśnie cieszy mnie, że to wyłapałaś i że zachowałaś dla siebie, a tylko dałaś do zrozumienia, że Cię nic nie zaskoczy jeżeli chodzi o tajemniczą tożsamość Kamila.
      Bartek nie jest tu do potępiania i dobrze, że tak to odbierasz. Troszkę mu się sprawy wymsknęły z rąk i poplątały, niestety, ale na pewno nie jest jednoznacznie zły.
      A skoro dwunastka przekonuje, to zabieram się do następnego. Do zobaczenia za dni kilka :)

  19. ~prosaen pisze:

    jedź dalej! dwunastka jest świetna: połączenie bardzo uroczych scen między Elizą i Bartkiem, trochę goryczy w postaci ujawnienia. i Eliza na koniec też jest świetna, mam nadzieję, że znów porządnie zaiskrzy.

  20. ~Hania z Radomia pisze:

    Ale, ale, ale jak to? To już koniec? Niee. Albo inaczej: więceeeeej!
    Przecież nie mogło być inaczej. Kamilem musiał być Bartek. Choć pewnymi nieścisłościami doskonale dozowałaś napięcie, podgrzewałaś domysły. A Kurczak, to on po prosty nie ma szczęścia. Albo wyczucia.
    Uwielbiam i niecierpliwie czekam ciągu dalszego. Albo Pana Piotra i Izabelli. Albo czegoś innego, co na pewno zmieni się w złoto :)

    • otfilulu pisze:

      Jaki tam koniec, choć już bliżej niż dalej. Po prostu mam wątpliwości, czy iść nadal tą ścieżką, bo jeżeli w tym momencie historia by nie chwyciła, to trochę mijałoby się to z celem. Ale wygląda na to, że nie jest źle.
      PIzza, kusi mnie, oj kusi :)

  21. ~selene pisze:

    Trafiony zatopiony :)
    Kurczę uszate! Najciemniej pod latarnią. Nie, nie chodzi mi o to, że Bartek=Kamil i to jest zaskakujące, tylko ten dobór imienia dla alter ego Kurka. Tak lawirowałaś, że chyba każdy zapomniał o drugim imieniu atakującego, a to z pewnością byłaby cenna wskazówka ;) Brawa dla Elizy za czujność, bo wydaje mi się, że niejedna osoba mogłaby uznać to za zwykły zbieg okoliczności, chociaż z drugiej strony… nie, chyba zbyt wiele elementów układało się w spójną i logiczną całość. Ktoś mógłby zarzucić Ci przewidywalność, ale myślę, że to byłby zbyt pochopny osąd, dlatego, że jak dla mnie wszystko „trzyma się kupy”. Podszywanie się pod Kamila vel Milczka cholernie pasuje do tej „wielotwarzowości” Bartka, który przecież nie jeden raz udawał tutaj kogoś, kim nie jest, więc siłą rzeczy po prostu nie mogło być inaczej. Wyobrażam sobie, że nasz bohater dysponuje całą talią kart (każda z nich odpowiada jednej twarzy) i za każdym razem rzuca na stół jedną, dowolnie przez siebie wybraną. A skoro w talii jest ich ponad 50… Pan Szary może się schować ;)
    Niestety, Bartosz jest chyba kiepski w gry karciane, bo partyjkę o serce Elizy rozegrał w kiepskim stylu, nic więc dziwnego, że przegrał pojedynek. Może i miał dobre chęci, ale jak to mówią, dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane. Sam zresztą przyznaje, że w pewnym momencie sam się w tym wszystkim zaplątał, a nie było już odwrotu. Ale ten list pokazuje, że „siedzi” w nim nie tylko wyimaginowany Milczek, ale również wrażliwiec, który boi się obdarzyć zaufaniem, bo nie chce znów doświadczyć gorzkiego rozczarowania. To jest ta twarz, która pochodzi od serca, jakkolwiek dziwnie to zabrzmi, ale jest ukrywana przed światem pod grubymi warstwami innych, o wiele mniej przyjaznych i nie do końca rzeczywistych. I chyba przez pewien czas Bartek się jej wstydził, dlatego wolał „pozować”, jednak trzeba przyznać, że ona nie pozwalała o sobie zapomnieć (patrz: jego „pokontuzyjne” wynurzenia). Chylę czoła, bo znów spod Twojej klawiatury wyszła arcyciekawa i niesprzeczna z rzeczywistością postać.
    Kończąc swój wywód, poświęcę jeszcze kilka uwagi Elizie. Od początku zauważam, że ta dziewczyna niesamowicie ceni sobie honor, więc nic dziwnego, że i tym razem postanowiła się nim unieść, a poza tym jak mogłaby puścić płazem takie oszustwo, w dodatku oszustwo będące przejawem egoizmu, w końcu nie można oprzeć się wrażeniu, że Kurczak myślał przede wszystkim o sobie, a potencjalna reakcja Liska na ten występek uszła jego uwadze, trochę jakby w naiwnej wierze, że wszystko jakoś samo się wyprostuje. Aha, jeszcze jedna rzecz – znamienne jest to, że u boku Kurka Eliza zdawała się zupełnie zapominać o Kamilu – to może tylko oznaczać, że w środku niej wybór już dawno się dokonał, niezależnie od dalszego rozwoju sytuacji, bo internetowy przyjaciel był „człowiekiem widmo”, kimś, kto był, ale tak naprawdę go nie było. Dosłownie i w przenośni. I kimś, kto nie do końca chciał się dać poznać, w przeciwieństwie do Bartka, który od czasu do czasu, pod wpływem chwili, obnażał się emocjonalnie.
    Dobra, kończę zanim uznam, że moja pseudo analiza jest stekiem bzdur ;)
    Pozdrawiam serdecznie :)

    • ~selene pisze:

      PS. Żeby nie było – wcale Bartosza nie mam zamiaru wybielać, choć momentami tak to mogło zabrzmieć. Swoje za uszami ma (heh, jakżeby inaczej ^^), aczkolwiek cieszę się, że nie do końca jest taki „zepsuty” i ludzkie odruchy też nim kierują.

    • otfilulu pisze:

      No to mi ulżyło, bo skoro Ty „kupujesz” rozdział dwunasty i całe moje mętne tłumaczenie to mogę spać spokojniej.
      Nie mam nic przeciwko przewidywalności, bo jak się nad tym zastanowić, to wcale jakoś szczególnie tego Bartko-Kamila nie ukrywałam.
      Nie chodzi mi o to, żeby kogoś tu utrzymać na siłę dzięki suspensowi, ale żeby wracał, bo dobrze się czyta.
      Co nie znaczy, że jeszcze czegoś na koniec nie wysmażę :D chociaż Ty już wcześniej przepowiedziałaś co.
      Bardzo dziękuję, za elaborat o Bartku, bo jak zwykle, super ważne, żeby nie był jednowymiarowy czy nieprawdopodobny i fajnie wiedzieć, że się udaje.
      Pozdrawiam bardzo.

  22. ~Seehhex pisze:

    Ojej, Jezusie.
    Chyba od początku czułam, że tak będzie choć wcale tak nie chciałam.
    Teraz chyba jednak dalej chce Kurczaka i Liska. Niewiarygodne. Jedź dalej, nie zawracaj. Mam nadzieję, iż cokolwiek zrozumiałaś z tego komentarza.

    Czekam dalej
    Pozdrawiam

    • otfilulu pisze:

      Myślę, że zrozumiałam wszystko co trzeba, tak więc dziękuję. Skoro aż tak, to mogę tylko się cieszyć i nie dać czekać zbyt długo.
      P.S.Mam nadzieję, że przestało padać, choć wiem, że to raczej mało prawdopodobne.

  23. ~prosaen pisze:

    ojeju, jak tu się gotuje. bardzo mi się podoba rozdział 10 i już miałam nadzieję, że Eliza połączy fakty, ale w sumie to się chyba skończy strasznym wybuchem. ale ten wybuch będzie zdecydowanie bardzo ciekawy. Bartek w końcu się zrobił bartkowy :) a przynajmniej bartkowy w moim rozumieniu tego słowa. tylko Pit taki niespotykanie twardy, kto by pomyślał, że tak potrafi!

    • otfilulu pisze:

      Czy wybuch rzeczywiście straszny pozostawiam ocenie. Coś tam się popaliło, mam nadzieję, że wystarczająco ciekawie.
      Bartkowy Bartek, coś takiego próbuję tu znaleźć, ale nadal sądzę, że Kurek potrafi być „uszatym sukinkotem” i to na codzień. Jak dla mnie, coś niepokojącego czai się w tych uśmieszkach.

  24. ~Seehhex pisze:

    Wreszcie dotarłam tutaj!Niestety ostatnio brakuje mi godzin w dobie, dużo pracy i dodatkowych zajęć. Dlatego przepraszam za ostatnią nieobecność. Obiecuję poprawę! Chylę czoła, historia wciągneła mnie bez reszty. Końcówka powala na kolana. Już nie mogę się doczekać 12!:D
    Pozdrawiam z deszczowego Londynu.

    • otfilulu pisze:

      Witam ponownie i nie ma za co przepraszać. Cieszę się, że zaglądasz i znajdujesz czas na Elektrolizę mimo natłoku innych spraw i dobrze, że nadal się podoba, bo wspominałaś, że Kurek nie jest Twoim ulubieńcem, a to duża pochwała, kiedy mimo niechęci do bohatera opowiadanie wciągnęło. Tak więc bardzo dziękuję. Dwunastka in progress.
      Pozdrawiam ze schłodzonego punktu na mapie pomiędzy Sulęcinkiem a Czarnotkami :)

  25. ~VE. pisze:

    I cóż ja mogę napisać? :) 11 zdecydowanie rozwiewa część moich wątpliwości, jednak nie wszystkie. Daje mi jedynie odczuć, że część moich podejrzeń może okazać się słuszna. Czy tak będzie? Zobaczymy. :)
    W jakiś sposób rozumiem Piotrka. Bartek to jego przyjaciel, zrozumiałe jest więc to, że się o niego troszczy. Tylko czy aby nie przesadza? Ja wiem, powiedział że jeśli się mylił, to za wszystko przeprosi, uważam jednak, że nieco za daleko posunął się w swoich oskarżeniach. Ale ratuje go to, że rzeczywiście z punktu widzenia zarówno jego, jak i innych znajomych Bartka, Eliza po prostu pojawiła się nie wiadomo skąd. Kto wie, może jak ją nieco pozna(o ile to nastąpi, a mam nadzieję, że tak) to zmieni o niej zdanie. :)
    Nie dziwię się też Elizie, jeśli chodzi o jej podejście do całej tej sytuacji z Bartkiem. Wszystko potoczyło się bardzo szybko, więc nieco się w tym zagubiła. To zrozumiałe. Ciekawe tylko jak rozwiniesz to dalej. :)
    I jak to jest, że każdy rozdział tej historii sprawia, że chcę więcej? :)

    • otfilulu pisze:

      Ojej, ale mi się ciepło zrobiło po ostatnim zdaniu. Strasznie dziękuję!!! I w ogóle nie można oczekiwać lepszej opinii. Dziękuję :)
      Z pewnością dołożę wszelkich starań, żeby było tak dalej.
      A czy podejrzenia są słuszne? Już naprawdę za chwilę będzie wiadomo.
      Nawet jak zaskoczenia nie będzie, to jednak prędzej czy później chyba będzie :) Coś tam w rękawie jeszcze trzymam.

  26. ~Hania z Radomia pisze:

    Wróciłam z daleka więc już nadrabiam zaległości pisarsko-czytelnicze.
    Ale intrygujesz. Kamilu, jak Ci na imię? A Piotr wydał mi się taki mało Piotrowaty. Ale każdy kij ma dwa końce, a człowiek przynajmniej dwie twarze (dzięki Igo za naukę, przydaje się bardzo).
    Odnośnie pocałunku – należało jej się jak nikomu innemu. Serotonina zawsze w cenie, nie ważne w jakiej postaci.
    Teraz zacznę wyglądać z niecierpliwością zajmującego deus ex machina, w którego wprowadzeniu jesteś mistrzynią.
    P.S. wydawało mi się, że w Świdnicy widziałam Igę. Choć może to było mgnienie słońca.
    Pozdrawiam :)

    • otfilulu pisze:

      Dziwnie się pisze takiego innego Nowakowskiego, ale postanowiłam, że tym razem nie będzie już zupełnie Cichy. Tym bardziej, że jak patrzę na snapy PituPita to podejrzewam, że ta ksywa to tylko wymysł „złotoustego” Krzysia, po którym powtarza cała siatkarska Polska :)
      A czy do jakiegokolwiek mistrzostwa jestem zdolna to ja dopiero muszę udowodnić, pod górkę jeszcze się nie zaczęło…ufff. Ale dziękuję bardzo za pokładaną wiarę w możliwości.
      P.S. A nie była to aby Janka? Bo jej też się w okolicach można spodziewać. I w ogóle, coś Cię nosi po świecie straszebnie :)

      • ~Hania z Radomia pisze:

        Janka objawiła się kiedyś u mnie w stajni pod Radomiem. I to było z lekka mistyczne przeżycie. Zwłaszcza biorąc pod uwagę grę światła w tamtym momencie.
        Wierzę w ciebie i chcę więcej! A co do mistrzostwa to dla minie urastasz do rangi eksperta w dziedzinie gry i zabawy słowem, kreowania postaci i tego typu spraw. Czytałabym cię kiedyś na papierze.
        Tak to jest jak się jedzie szukać Złotego Pociągu, a kończy na rynku w Świdnicy szukając na posągu ornamentyki regencyjnej i innych detali z dziedziny historyczno-sztucznej :)

    • otfilulu pisze:

      Nie wiem co powiedzieć, bo to same wielkie słowa. Aż za duże. Dziękuję i nie zasługuję.
      Tymczasem przypominam, a’propos zabawy słowem, kto stworzył Tomisława Apoloniusza Curuś Bachledę Farrella. Bo nie ja. Zapewne Farrell i Bachleda-Curuś ;)
      No i muszę stwierdzić, że jak Ty pojedziesz na wakacje to czapka z głowy. Ornamentyka regencyjna mówisz, brzmi hmm relaksująco ;)
      Pozdrawiam bardzo znad wakacyjnego excella :)

      • ~Hania z Radomia pisze:

        Po pierwsze primo: zasługujesz, ale jeszcze to do Ciebie nie dotarło :) !
        Ech, uroki historycznych objazdów prawie naukowych. A historia sztuki nie jest relaksująca. Jest po prostu nudna, nawet podana w dosyć interesujący sposób. Albo to ja jestem militarnym freakiem (a Janka jako dobre dziecko trochę tego po mnie odziedziczyła :) )
        I zazdroszczę umysłu ścisłego. Zazdroszczę bardzo :)

  27. ~selene pisze:

    Pisańsko kompletnie nie idzie, to chociaż sobie poczytam.
    Powiem szczerze, że oczekiwałam pojawienia się Pana Piotra w tej historii (tak na marginesie – jest szansa, że jego MIgałowy odpowiednik kiedyś do nas wróci?), ale odnoszę wrażenie, że Pan Piotr z Twojego poprzedniego opowiadania i Nowakowski z Elektrolizy to dwie różne osoby i w związku z tym zastanawiam się, której z nich bliżej do oryginału. Hmm, chyba jednak tej pierwszej. O wiele łatwiej jest mi wyobrazić sobie „filozoficznego” Cichego prowadzącego monologi z samym sobą niż przebiegłego intryganta (chociaż nie wiem, czy to jest właściwe określenie; równie dobrze jego zachowanie może wynikać ze zwyczajnej troski o przyjaciela), który w kontaktach z nowo poznanymi ludźmi kieruje się uprzedzeniami, ale podoba mi się, że starasz się różnicować, bo choć postać ta sama, to jednak nie jest przekopiowana z jednego opowiadania do drugiego, tylko budowana niejako na nowych fundamentach.
    Dawno już nie drążyłam tematu, ale tym razem znów skłaniasz do rozmyślania nad odpowiedzią na pytanie „Czy Kamil=Bartek?”. To, co na pewno wzbudza moje podejrzenia, to Bartek siedzący z nosem w telefonie, głos, który wydaje się Elizie podejrzanie znajomy i dziwnie spokojna reakcja Kurka na wieść o potencjalnym „konkurencie” (naprawdę, zastanawiam się, dlaczego nie strzelił focha i nie posądził Liska o robienie mu złudnej nadziei; patrząc na jego postać na przestrzeni całej historii to zupełnie do niego niepodobne). Zatem albo postanowił powściągnąć swoje gwałtowne reakcje albo ma świadomość, że Kamil nie stanowi żadnego zagrożenia ;) No i ostatni sms, który wyraźnie sugeruje, że Milczek ma ochotę na coś, przed czym do tej pory zdawał się wzbraniać… Oczywiście to może być wyłącznie splot przypadków, a Ty jak zwykle masz zamiar wpuścić nas w maliny, ale sama przyznasz, że nie sposób przejść obok tylu analogii obojętnie i nie mam wątpliwości, że właśnie o to Ci chodziło ;)
    Martwi mnie ta sytuacja z Lennym. Rodzice dopięli swego, bo Elizę zastąpiła jej siostra, a sam zainteresowany rozczarowany bierną postawą przyjaciółki (a przynajmniej tak to wyglądało z jego punktu widzenia) dobrowolnie próbuje się od niej odciąć. Obawiam się, że ten chłopak może sobie zrobić jakąś krzywdę.
    Pozdrawiam :)

    • ~selene pisze:

      Aha, i dzięki Tobie moja i tak już obszerna playlista powiększa się o utwory Troye Sivana. Chyba przepadłam na amen.

    • otfilulu pisze:

      Nowakowski tutaj to zupełnie ktoś inny, bo to jest inny świat i inna (nie)rzeczywistość. Pan Piotr jest MIgałowy i taki pozostanie, nie chcę go „brudzić” i przestawiać. I, no nie wiem, czy ten Piotr nie jest bardziej prawdopodobny, nie taki przerysowany. Cieszę się, że próba wersjonowania Pit’a została zauważona, dziękuję. A co do PIzzy to gdzieś mam kawałek rozbabranego przepisu i niewykorzystane sceny z czwórki, więc kto wie?
      Wpuszczania w maliny już za wiele nie będzie, trochę szkoda, bo zabawa jest przednia, ale już pora schodzić z paraboli, bo ileż można? Poza tym za gęste te maliny wcale nie są. No i nadchodzi stres, czy następne rozdziały dadzą radę, a właściwie czy ja dam radę im. Na pewno wiem na czym się skupić i na co zwrócić uwagę dzięki Twoim komentarzom i uwagom, tak więc serdeczne, ogromne DZIĘKUJĘ.
      P.S.U mnie Troye nie schodzi ze słuchawek, więc „przepadnięcie na amen” rozumiem w 100%, cieszę się, że mogłam pomóc ;)

  28. ~blackhorse pisze:

    Kamil vel Milczek vel (nomen omen) Cichy Pit raczej nie będzie zachwycony przebiegiem wypadków ;)
    Teraz Eliza i Bartek są kwita, ona wyciągnęła do niego pomocną dłoń w prawdopodobnie jednym z najgorszych dni w jego życiu, on wyciągając ją z tego patriarchalnego zadupia sprawił, że ten koszmarny dzień zakończył się całkiem przyjemnie. Jedno jest pewne, znając Ciebie, raczej nie należy w najbliższym czasie spodziewać się „… i żyli długo i szczęśliwie”. Nasz Milczek musi się w końcu ujawnić. A to chyba już bliżej, niż dalej skoro jego głos w przypływie troski o Elizę zabrzmiał dziewczynie dziwnie znajomo :D

    • otfilulu pisze:

      Jak ja bym chciała szczerze odpowiedzieć i skomentować pierwsze, trzecie i piąte zdanie, ale no… nie mogę, bo już bym nie miała po co pisać ciągu dalszego. Nawet nie powiem ciepło-zimno :)
      Ale szczerze cieszy mnie, że pewne, hmm nazwijmy to insynuacje, nie przechodzą bez echa i zostają zauważone. Tak powinno być, jeśli chcę choć ciut wiarygodnie i z twarzą zakończyć to opowiadanie.
      Pozdrawiam :)

      • ~blackhorse pisze:

        I pojawił się Pit, Kamil jakby tam był… napięcie między Bartkiem i Nowakowskim. Czy to możliwe, żeby Kurek nieco modyfikując (na dzień dzisiejszy średnioaktualną) ksywkę swojego przyjaciela Piotra postanowił stać się internetowym Milczkiem? To tłumaczyłoby niezadowolenie Kamila ostrym, forumowym pojazdem po Bartku, dziwnie znajomy, zwykle zmieniony głos, szybkie pojawienie się na wypizdówku taxi-Kurka i W KOŃCU wiecznie esemesujący telefon Bartosza.

        Zbłądziłam z tym Pitem, choć od samego początku Elektrolizy to on był moim pierwszym strzałem co do tożsamości Kamila. Teraz wydaje mi się, że to byłoby za proste, gdyby za Milczkiem krył się Nowakowski ;)
        Przecież Kamil dostał fotki Elizy. Pit aż tak by się pomylił co do oceny Rudej Lisicy i nie poznał swojej internetowej przyjaciółki? Chyba Nowakowski nie byłby aż tak przebiegły w swoim planie odsunięcia od siebie naszych niedoszłych gołąbeczków, gdyby był zazdrosny o relację między nimi.
        Tak jak do mojego prywatnego wyobrażenia Kurka pasują mi cechy charakteru i emocjonalne rozchwianie, które nadałaś mu jako bohaterowi tego opowiadania, tak ciężko wyobrazić mi sobie Pita jako intryganta :D

    • otfilulu pisze:

      Nawet nie wiesz jak cieszy, że „mój” Kurek jest zbieżny z Twoim wyobrażeniem o jego osobowości.
      Fajnie jeśli można uwierzyć choć w ułamku w tą historię czy bohaterów. Nawet niech to będzie tysięczna albo i dalej po przecinku.
      A Nowakowski robi na wszystkich takie dobre wrażenie w realu, że najlepszym twistem byłoby, gdyby okazał się schwarzcharakterem, czyż nie? ;)
      Ale nie uprzedzajmy faktów, tym bardziej, że nie wiemy czy w ogóle nimi są.
      Pozdrowienia :)

  29. ~selene pisze:

    Kwiecień plecień, bo przeplata trochę zimy, trochę lata – może to przysłowie pasuje tutaj jak kwiatek do kożucha, ale natychmiast skojarzyło mi się z Bartkiem. Nie śmiem kwestionować Twoich pomysłów, bo wiem, że w tym, co robisz nie ma żadnego przypadku, a poza tym aprobuję tą złożoność jego osobowości, ale czy to przejście z jednego nastroju do drugiego nie było zbyt, hm, gwałtowne? Gdyby Kurek był nastolatkiem z buzującymi hormonami, pewnie nie zwróciłabym uwagi na tę „sinusoidę emocjonalną”. To tylko taka moja mała sugestia, z którą oczywiście nie musisz się zgadzać :) Kurczę, i teraz w myślach nazywam sobie głównego bohatera „kwietniowym Kurkiem” ;)
    Role się odwróciły, bo tym razem to Bartek miał szansę zrewanżować się Elizie za „odruch serca” po jego kontuzji; co więcej – uważam, że spisał się bardzo dobrze. Nie próbował na siłę być „Wujkiem Dobrą Radą” ani nie oceniał, bo jakież miał do tego prawo, skoro poznał przebieg wydarzeń wyłącznie z subiektywnej perspektywy głównej bohaterki? Niemniej jednak w kwestii Lenny’ego podzielam jego zdanie – owszem, chłopak, ma słabą psychikę, nie potrafi się bronić, zresztą trudno odpierać ataki w pojedynkę, ale czy nie jest też tak, że on jest trochę nieporadny życiowo? Podobno w życiu trzeba mieć miękkie serce i twardy tyłek. Tego pierwszego Lenny’emu niewątpliwie nie brakuje, natomiast z tym drugim wyraźnie jest problem. Niby nienawidzi przymusu, a jednak bezwiednie mu się poddaje, nie walczy o własną autonomię, być może dlatego, iż z góry zakłada, że to walka z wiatrakami, w końcu tak skonsolidowany beton, z którym nieustannie się zderza, trudno rozkruszyć. Eliza ma świadomość, że Lenny to unikat, jednostka, która podlega ochronie, bo sama nie potrafi jej sobie zapewnić i stąd bierze się jej poczucie winy. Przyjęło się, że słabszych należy bronić i ta zasada ma swoje zastosowanie nie tylko w przyjaźni. Wiesz co? Tak sobie teraz myślę, że moja postać ze Wspomnienia będzie jednak różnić się bardziej niż początkowo zakładałam. Bo niby sytuacja podobna, ale mentalność trochę inna.
    Nie chcę wyprzedzać faktów, ale obawiam się, że Eliza może być w najbliższej przyszłości rozdarta niczym sosna w „Ludziach bezdomnych”, o ile Kurek znów ją czymś do siebie nie zrazi. Rzecz jasna rozdarta między Kamilem i Bartkiem. To, że internetowy przyjaciel jest dla niej kimś ważnym nie podlega żadnej dyskusji, ale ma jedną wadę – istnieje tylko „na papierze”, jakby był kimś wymyślonym, nierzeczywistym, co jest poważnym ograniczeniem. Bohaterka może co prawda do niego w każdej chwili napisać, ale nic nie jest w stanie w pełni zastąpić kontaktu „face to face” i właśnie pod tym względem Bartosz ma nad nim przewagę. Jest prawdziwy, namacalny, a co za tym idzie, pewnie w wielu momentach bardziej denerwujący ;)
    A sms wywołał na mojej twarzy uśmiech od ucha do ucha ;)
    Pozdrawiam :)

    • otfilulu pisze:

      Zaczynam się poważnie bać, czy uda mi się uwiarygodnić tą zamierzoną bipolarność Kurka. Niby w punktach wszystko wyglądało w porządku i dość spójnie, ale kto wie, czy się nie przeliczyłam. Nie będę uzasadniać motywacji czy zachowań bo albo treść się broni sama albo nie. Skoro Ty masz wątpliwości to ja ewidentnie mogę mieć problem. Z resztą już ostatni komentarz prosaen mnie zaniepokoił, ale nie bardzo widzę na ten moment inne wyjście jak dowieźć to opowiadanie do punktu kulminacyjnego i wtedy zobaczyć czy ma to sens. Jeżeli uznacie, że nadal nie bardzo i wcale nie przekonuję do mojej wersji, to trzeba będzie wziąć część rozdziałów na „kanał” i pewnie przerobić. Wyzwania, wyzwania :)
      Bardzo proszę nie spisywać mnie jeszcze na straty i bardzo, bardzo dziękuję za czujność i konstruktywne uwagi.

      A Lenny ma już trwałe miejsce w moim brudnopisie i mam nadzieję, że będę miała szansę wyjaśnić go lepiej, gdy w Elektrolizie odegra już swoją rolę. Tutaj nie czas i miejsce na dodatkowe zagmatwania.

      Do zobaczenia u Ciebie – bo właśnie mija dwa tygodnie (wreszcie)

      • ~selene pisze:

        Spisywać na straty? Nie żartuj :)
        Ty wiesz najlepiej jak poprowadzić tę historię (swoją drogą, zazdroszczę, że masz wszystko poukładane od początku do końca, u mnie to kompletnie nie zdaje egzaminu), ja mogę się z tym zgodzić lub nie, bo takie jest święte prawo czytelnika, ale na pewno nie mam zamiaru w żaden sposób ingerować w Twoją koncepcję.
        Ewentualnie można spojrzeć na sytuację pod jeszcze innym kątem – może to Eliza mogłaby inaczej zareagować? Np. bardziej unieść się honorem, co nie byłoby sprzeczne z jej charakterem, a poza tym w grę wchodziło towarzystwo Kurka – faceta, który częściej działał jej na nerwy niż odwrotnie. Rozumiem jednak, że w tamtym momencie zadziałała impulsywnie, bo tak po prostu potrzebowała bliskości drugiego człowieka, a że napatoczył się Bartosz? Cóż, tak wyszło ;)
        Okej, ja sobie mogę pogadać, ale ufam Twoim zamierzeniom i wiem, że będzie dobrze :)

    • otfilulu pisze:

      No zobaczymy jak z tym „dobrze” będzie, ale bardzo dziękuję za pokładane zaufanie.
      Zaciskam zęby i jadę dalej, i mogę mieć tylko nadzieję, że kierunek jest tylko nieznacznie wypaczony :)

  30. ~VE. pisze:

    Oj Kurczaku, takiego ludzkiego to i ja mogłabym polubić cię bardziej.
    Bartek w 10 zachował się naprawdę w porządku, tym bardziej że wcale nie musiał jechać po Elizkę. A zrobił to bez mrugnięcia okiem, brawo. I jeszcze okazał jej wsparcie, takie jakiego potrzebowała. To się ceni, więc Kurek u mnie tym zaplusował.
    A końcówka to już w ogóle cud miód. Bo owszem, oni mogą drzeć ze sobą koty, ale nie da się ukryć tego, że te cholery do siebie ciągnie. Pytanie tylko czy z tej mąki będzie chleb. I czy pewne sprawy tego nie popsują. Ale to się okaże :)

    • otfilulu pisze:

      Kurek nie jest taki na wskroś zły. Dobry też nie.
      A mi miło zauważyć, że nie tylko mnie nosi po nocy :)
      A jeszcze bardziej miło, że poświęcasz późną godzinę na wizytę tutaj.
      Pozdrawiam bardzo.

  31. ~Paula pisze:

    O cholera! Ojciec Elizy jest psychiczny. Mało tego, jest pierdolnięty do potęgi entej. Mógłby pracować na targu, bo swoją córką handluje jak zwykłym towarem. To chore, że liczą się dla niego tylko pieniądze i dla nich posuwa się do tak absurdalnych czynów. Zresztą, ojciec Lennego nie jest lepszy, skoro bije swojego syna i traktuje go jak niewolnika. Rozumiem, że to może być dla niego trudne i nietypowe, ale do cholery jasnej! Ci dwaj „ojcowie” chyba w ogóle nie zasługują na miano rodzica. Szkoda mi Lennego, bo odrzucony i stłamszony przez najbliższych, jest bardzo bezradny. Strach go paraliżuje przed samotną ucieczką ze swojego domu, dlatego szuka pomocy w Elizie. Szkoda, że nie znalazł w sobie dość siły i odwagi, i nie przyjął wyciągniętej ręki Elizy. A na jej miejscu chyba postąpiłam tak samo. Mimo wszystko, trzeba mieć swoją godność i nie dawać się traktować jako marionetka w czyichś rękach. Małżeństwo, mimo że z dawnym przyjacielem, ale bez miłości i zawarte tylko ze względu na jakiś układ, w ogóle nie ma sensu.
    P.S. Kocham Cię i podziwiam za to, że tak szybko dodajesz rozdziały! <3

    • otfilulu pisze:

      Nadprodukcja rozdziałów to zasługa wstawania o czwartej w weekendy, dzień się jakoś dziwnie wydłużył przez te mecze. A dotąd myślałam, że w sobotę świta dopiero po dziewiątej ;)
      Ta cała rodzinna sytuacja Elizy ma być chora i dobrze, że to widać. A Lenny? Lenny aż prosi się o miniaturę. Kiedyś na pewno.
      Pozdrawiam i zapraszam na następny sama nie wiem kiedy :)

  32. ~prosaen pisze:

    ja naprawdę nie rozumiem, jak to się dzieje, że kiedy sprawdzam codziennie, nie piszesz nic, a kiedy zagapię się na kilka dni to mam nagle cztery nowe rozdziały do przeczytania. ale to nic, im więcej na raz, tym lepiej. strasznie tutaj mieszasz, nie umiem sobie tego za bardzo poukładać w głowie, ale to dobrze, bo jest ciekawie i niejednoznacznie no i mam o czym myśleć. poza tym, dziewiąty rozdział – boże, to jest takie straszne, ale najgorsze jest to, że takie rzeczy zdarzają się naprawdę. popieram Elizę, nawet dla ratowania Lenny’ego nie może pozwolić się sprzedać, a może wymyśli jakiś inny sposób, może Kurek znowu pokaże trochę prawdziwych uczuć i przyjdzie z pomocą. swoją drogą twój Bartek też jest bardzo zastanawiający i jestem bardzo ciekawa, która z jego twarzy jest tą prawdziwą.

    • otfilulu pisze:

      Hmm zmartwił mnie trochę Twój komentarz, bo może rzeczywiście za bardzo pogmatwałam w tej historii i zamiast zaciekawienia opowiadaniem jest irytacja?
      Kurcze, ciężko tak w połowie złapać dystans i stwierdzić gdzie pobłądziłam. Boję się, że rzucam tym Bartkiem ze skrajności w skrajność i to też źle wpływa na ciągłość fabuły. Niedobrze, a teraz ciężko naprawić. Dałaś mi mocno do myślenia, dziękuję.
      I dziękuję, że jeszcze o mnie pamiętasz i zaglądasz :) A rozdziały wrzucam tak chaotycznie i bez schematu, że naprawdę trudno utrafić.

  33. ~VE. pisze:

    Dziewiątka mnie zniszczyła. Psychiczne i emocjonalnie. Jak można tak traktować własnego syna? Jak można tak traktować kogokolwiek? I za co? Za to że jest inny? Do cholery, przecież homoseksualizm to nie jest choroba, człowiek z tym się rodzi i się tego nie pozbędzie. Ja sama znam takich ludzi i co? Powinnam ich traktować z góry czy jak śmiecia, tylko dlatego, że wolą osoby tej samej płci co oni? I w imię czego? Tego, że od wielu lat powtarza się utarty schemat kobieta+ mężczyzna? Tak nie powinno być, zdecydowanie nie. Przecież ci ludzie nie są od nas gorsi, są tacy sami jak my. A że mają inne preferencje? To nie powinno mieć żadnego, żadnego znaczenia!
    Fakt sprzedaży własnej córki w imię wzbogacenia się frustruje mnie jeszcze bardziej. No jak tak można? A godność człowieka to co, pies? Gdyby mnie ktoś postawił w takiej sytuacji, zareagowałabym tak samo jak Eliza. Obojętnie kto by to był.
    I to wcale nie jest tak, że Eliza zostawiła Lennego. To on nie skorzystał ze swojej szansy ze zwykłego ludzkiego strachu. I nie powinien mieć do niej pretensji, ani ona sama nie powinna ich do siebie mieć.
    I to chyba mój ulubiony rozdział. Mocny, z przytupem. Właśnie takie lubię.

    • otfilulu pisze:

      Dziewiątka wybuchła mi pod palcami, rozrosła się i wypchnęła część wydarzeń do dziesiątki.
      Wiem, że to nie brzmi dobrze, ale cieszę się, że niszczy. Tak miało być. Bardzo chcę, żeby ten rozdział poruszał i został zapamiętany.
      Chciałabym napisać: to tylko fikcja, ale akurat tu jestem pewna, nie uciekłam od rzeczywistości. Niestety.
      I lubię takie żywiołowe reakcje, z przytupem :) Pozdrawiam bardzo.

  34. ~selene pisze:

    Bartek, kim ty tak naprawdę jesteś? – że tak zapytam z lekka filozoficznie. Serio, Kurek to dla mnie postać nieodgadniona, ale domyślam się, że takie, a nie inne kreowanie jego osoby nie jest przypadkowe, a stanowi element skrupulatnie realizowanego przez Ciebie planu. Im zawilej, tym lepiej. ;)
    Koleś stwarza pozory, w przeciwieństwie do Kubiaka, z którego można było czytać jak z otwartej księgi, bo akurat on nigdy nie krył się ze swoimi emocjami, a przynajmniej nie było w nich ani krzty fałszu. Kawa na ławę, bez mydlenia oczu. Bartkowe nastroje zmieniają się natomiast jak w kalejdoskopie, ale w wielu przypadkach, także i tutaj, za słowo klucz można uznać strach. Oczywiście najprościej byłoby posądzić go o dwulicowość i na tym zamknąć temat, ale to chyba zbyt powierzchowne podejście do sprawy. Nie uważam za nieszczere jego wynurzenia i ciepłe gesty kierowane w stronę Elizy. Może i jest świetnym aktorem, ale na pewno nie marionetką pozbawioną uczuć. Sądzę, że po prostu przemyślał sprawę i doszedł do wniosku, że za bardzo się uzewnętrznił, nawet jeśli w tamtym momencie właśnie tego potrzebował najbardziej. Zrozumienia i bezinteresownej uwagi. Dał się ponieść emocjom i teraz tego żałuje. To świadczy o tym, że stracił zaufanie do Elizy i wiarę w szczerość jej intencji, więc wygodniej było mu założyć maskę „dupka, cwaniaka i manipulatora”. Ludzie, którzy są na świeczniku starają się raczej rozsądnie dobierać znajomych, bo nigdy nie wiadomo, czy ktoś, kogo uważają za przyjaciela tak naprawdę nie będzie miał zamiaru „obrabiać im tyłka”, że tak się kolokwialnie wyrażę. Elizę i Bartka nie łączy w zasadzie nic oprócz umowy, a poza tym dziewczyna ma władzę nad słowem pisanym i mogłaby w złości wykorzystać to przeciwko niemu, dlatego przezornie lepiej się z nią nie spoufalać. Tak to mogło wyglądać z jego perspektywy. Nie chcę go bronić, ale też nie mam zamiaru go demonizować. Niemniej jednak mógł to rozegrać nieco subtelniej. Kurczę, złożony ten Kurek niczym origami ;) I Ty twierdzisz, że nie dasz rady nadać mu 50 twarzy :P Jak się rozpędzisz, to i więcej ich wyjdzie ;) I z całym szacunkiem dla Elizy, ale póki co on ją nieco przyćmiewa :) Co prawda ona też od czasu do czasu pokazuje pazur i nie jest w ciemię bita, ale na razie to męski bohater mocniej zarysowuje się na kartach opowiadania, pozwalając na odkrywanie meandrów swej osobowości kawałek po kawałku. I ten nowy nagłówek jakoś tak mi do tych wszystkich zawiłości pasuje :)
    Pozdrawiam :)

    • otfilulu pisze:

      Celnie, z resztą jak zawsze. Nie przestaje mnie zadziwiać trafność Twoich analiz, wszędzie, nie tylko tu.
      Do Kubiaka tak bardzo pasuje bezpośredni styl bycia, nie umiem go sobie wyobrazić w roli krętacza i mąciciela.
      Za to Bartka bez problemu, może przez ten uśmieszek pojawiający w różnych, niekoniecznie właściwych momentach albo wygładzone teksty do kamery.
      Poza tym sama wiesz najlepiej, bez sensu pisać ciągle o tym samym tak samo :) Już lepiej dołożyć Bartkowi kolejne złożenie, żeby origami „Kurek” było jeszcze trudniejsze.
      I zgadzam się, że Elizy nie widać wyraźnie, to jeszcze nie jej czas, przynajmniej nie według planu. Ona jest katalizatorem zdarzeń, pośrednio narratorem bo tylko jej perspektywa jest pewna, reszta to przypuszczenia, ale przechodzi przez ten swój świat sterowana. To się mści. I… już nic, bo powiem za dużo :)
      Dziękuję za słowo o nagłówku bo duma mnie rozpiera z tego zdjęcia, zwykły Samsung a dał radę i mam to co widziałam.
      Spokojnej niedzieli :)

      • ~selene pisze:

        I jestem ponownie.
        Czy ja coś pisałam o górowaniu Kurka nad Elizą pod względem osobowości? No to mogę teraz wykreślić te słowa, a przynajmniej raz jeszcze się nad nimi zastanowić, bo dziewczyna pokazała charakterek, ale o tym za chwilę.
        Kurczę, Lenny jest prawie jak mój… no, w każdym razie jak ktoś, kto pojawi się wkrótce we Wspomnieniu, więc z góry uprzedzam, że wszelkie podobieństwa są przypadkowe :)
        Potrafię sobie wyobrazić, że czyjeś istnienie może być jednym wielkim „przepraszam, że żyję” oraz jak to jest być obiektem zupełnie niezasłużonych ataków, chociaż moja sytuacja była zupełnie inna i właściwie nijak ma się do przypadku Twojego bohatera, ale myślę, że emocje mogą być podobne. Ten sam strach i bezradność, ujawniający się przede wszystkim u osób, które nie mają w sobie dość siły, by walczyć o siebie. Napiętnowanie i odrzucenie przez społeczeństwo z powodu odmienności jest powszechne, zwłaszcza w małych miejscowościach obleganych przede wszystkim przez konserwatywne środowiska. Ktoś, kto się wyróżnia na tle innych jest wytykany palcami i automatycznie „izolowany”. Jak trędowaty. Łatwo powiedzieć, że Lenny mógłby przeciwstawić się nietolerancji, uciec, odciąć się i mieć wszystko w tyle. Tylko, że on ujawnia nam się tutaj jako osoba o słabej psychice (i tutaj można by obalić kolejny mit, który mówi, że pewne sytuacje hartują; czasami powiedzenie „co cię nie zabije, to cię wzmocni” jest tylko pustym frazesem, ale to zależy od osoby) i, o ile dobrze zrozumiałam, nadal w pewnym sensie zależna od rodziny. Myślę o końcówce i zastanawiam się, czy Eliza mogła zrobić coś więcej dla Lenny’ego i czy na pewno rzucone w afekcie oskarżenie jest zasadne. Chyba nie można jednoznacznie tej sytuacji ocenić, a już na pewno nie z perspektywy niezależnego obserwatora.
        Wyrachowanie i egoizm rodziców Elizy nie zna granic. Na szczęście główna bohaterka nie jest osobą, która bezwiednie dałaby się komukolwiek podporządkować. Nie jest towarem na sprzedaż, ma swój honor, którego zwykle broni do upadłego (zatargi z Kurkiem, w trakcie których nigdy nie daje się stłamsić temu dowodzą). Jest więc kompletnym przeciwieństwem swojego przyjaciela, który zawsze musi mieć jakieś wsparcie z zewnątrz i chyba nie potrafi walczyć o swoje. I napisałabym coś jeszcze, ale wyszedłby z tego za duży galimatias, a ja chyba zaczęłabym przeczyć wcześniejszym słowom. Poczekam więc (nie)cierpliwie na rozwój wypadków :)

    • otfilulu pisze:

      Lenny stał się wyzwaniem. Zupełnie inna charakterystyka, diametralnie różna postać od wszystkich dotychczasowych. Gdzie mu do takiego czołgu jak Iga albo pisanego samograja jak Kadziu?
      I zgadzam się z Tobą w zupełności, są takie osoby, żyjące w strachu, bezradne wobec otocznia. Zbyt wrażliwe na dzisiejsze czasy i podatne na psychiczne znęcanie. Powinno się je chronić, bo to gatunek zagrożony.
      Dla mnie Lenny to coś zupełnie odmiennego i trudnego do zrozumienia. Dlatego już się cieszę, że zobaczę jak Ty sobie poradziłaś z zagadnieniem.
      Mówisz, że to już niedługo? To czekam :)

  35. ~Hania z Radomia pisze:

    Jaki to dwulicowy, uszaty sukinkot! Było ładnie pięknie, ptaszki śpiewają i nagle taki zwrot akcji. I to chyba tyle, bo do dodania mam tylko parafrazę cytatu pewnego byłego prezydenta: „Bartoszu Kurku nie idź tą drogą!”
    A co do połączenia, to nie mogę się doczekać od kogo to. Intrygujesz…
    Pozdrawiam i dziękuję za możliwość delektowania się tym cudnym opowiadaniem :)

    • otfilulu pisze:

      Uszaty sukinkot :) :) :) Aż się prosi żeby to teraz gdzieś wpleść jeśli pozwolisz.
      Jak już wspominałam, Bartek mi zawsze jakiś umorusany dziadostwem przyłazi to o takim Bartku piszę :)
      I tradycyjnie to ja DZIĘKUJĘ. Samo się robi jak wiem przed jakim zacnym towarzystwem tu występuję.

      • ~Hania z Radomia pisze:

        Bierz co chcesz, chciałoby się rzec. Jeśli tylko Uszaty Sukinkot chce wystąpić to mi będzie bardzo miło ☺

        • ~Hania z Radomia pisze:

          W tej chwili mam ochotę zatluc ojca Elizy sztachetą. Dorastałam w podobnym środowisku, choć nie odczulam tego tak… dosadnie. Ale wiem z czym to się je. Więc ukłony za mistrzowskie oddanie mentalności. A to nowe zdjęcie z nagłówka to Lenny? Ma chłopak talent ;)
          Otwierasz kolejną zaciekawiajaca płaszczyznę. Nie mogę doczekać się 10.

    • otfilulu pisze:

      Wyjątkowo nie cieszy mnie, że wiesz o czym piszę. Ta mentalność jest wszędzie dookoła.
      W tym przypadku przynajmniej wypowiedziana wprost, jeszcze gorsza jest ta w białych rękawiczkach.
      P.S.Już wiem po kim Janka ma te waleczne ciągoty. Czy sztachetę można zaliczyć do broni białej? ;)
      A Lenny dziękuje.

      • ~Hania z Radomia pisze:

        To zależy czy z gwoździem czy bez . :)
        A na mentalność jest piękny termin. Polactwo. I w pełni się zgadzam, że białe rękawiczki są najgorsze.

  36. ~VE. pisze:

    Szkoda, że Kurek wszystko popsuł. Było miło, zachowywał się jak człowiek i udowadniał, że da się z nim dogadać i bum, jedna chwila i wszystko mu się odmieniło. Znów stał się zimnym człowiekiem i chamem. Swoją drogą to ciekawe jak bardzo złożona może być ludzka osobowość. Wystarczy jeden moment i nagle wszystko jest inne niż było chwilę wcześniej. Nie ma uprzejmości, zastępuje ją zimny cynizm. Przykre, ale to już chyba plaga dzisiejszych czasów.
    Chociaż wydaje mi się, że wiem dlaczego Kurkowi się tak odmieniło, ale wstrzymam się jeszcze z wysuwaniem podejrzeń. Czas pokaże czy miałam rację. Pozdrawiam :)

    • otfilulu pisze:

      Kurek popsuł to może i naprawi? Albo pogorszy, też zupełnie realna opcja biorąc pod uwagę jego dotychczasowe dokonania.
      Powoli powinno zacząć się wszystko wyjaśniać, łącznie z chimerycznymi przemianami Bartosza.
      Choć zaskoczeń nie będzie to jednak będą :) Przynajmniej taką żywię nadzieję.
      Pozdrawiam cieplutko i dziękuję za stałe tu bywanie.

  37. ~Paula pisze:

    -> Bartek z kwiatami i przeprosinami u Elizy, aww! ;p samo to, że wziął klucze od sąsiadki i poszedł do niej do mieszkania, a mógł przecież zaczekać przed budynkiem czy coś! ;p chociaż nie miał intencji stricte romantycznych, tylko chodziło mu o felietony, to i tak fajne zagranie z jego strony;)
    -> monolog Kurka, gdy Eliza przyszła do jego mieszkania – genialnie napisane! aż miałam ciary ;p i wgl nareszcie wykazuje jakieś ludzkie odruchy ;) kupuje go!:D

    • otfilulu pisze:

      „Ciary” wywołane słowami to jest dopiero wyróżnienie – bardzo głęboko się kłaniam z wdzięcznością.
      A nad „kupowaniem” Kurka bym się jeszcze zastanowiła. Poza tym ja go wcale nie mam zamiaru sprzedawać, przywiązałam się ;)

      • ~Paula pisze:

        Masz całkowitą rację! Jak tak teraz czytam 8. rozdział, to chyba rzeczywiście wstrzymam się z tą stuprocentową sympatią do Kurka, bo nieźle namieszał! Tak się uroczo zaczął ten rozdział – drobne, miłe gesty, kawki, pierdółki, itd, a tu nagle „bum!” i Bartek idealnie spieprzył całą tą przyjemną i ujmującą atmosferę…;p a tak poza Elizą i Bartkiem, moją uwagę też bardzo zwrócił fakt, jak Kamil stanowczo wyraża to, że nie podoba mu się spotkanie Elizy z siatkarzem. Czyżby jakiś cień zazdrości? Bo troska o dziewczynę na pewno tu bije ;)

        • otfilulu pisze:

          Nie pozostaje mi nic innego jak zakręcić karuzelą i w następnym rozdziale sprawić, żeby Kurek znów stał się obiektem kupna ;)

  38. ~Seehhex pisze:

    Panie Bartku może nie jest Pan taki zły?
    Robi się ciekawie. Czekam na dalszy ciąg wydarzeń
    Pozdrawiam :)

    • otfilulu pisze:

      Może i nie jest taki zły, ale jakoś ja go takiego nie znam ;)
      Ciąg dalszy – proszę uprzejmie. Miłej lektury, mam nadzieję.

  39. ~ani pisze:

    ‚It’s about time, I’m sick of this game’

    No i wpadłam po uszy! :)

    • otfilulu pisze:

      I super :) Będę robić wszystko, żebyś się już z Elektrolizy nie wygrzebała.
      Dziękuję za powrót :)

      • ~ani pisze:

        powakacjowałam po cieżkich przejściach czerwcowych :D ostrzę sobie pazurki na wilczka bo trzyma, trzyma ;) #nieżebymsięjużtegopotobieniespodziewała

    • otfilulu pisze:

      #bardzodziękujęzapokładanezaufanie i #mamnadziejężepodołam :)

      • ~ani pisze:

        #nodoubts #imlovingit’lalalalala
        mogę nie być najbardziej wylewnym czytelnikiem na tym blogu, ale z pewnością częstoliwość, z jaką się tu pojawiam, by sprawdzić, czy już jest rozdział, robi ze mnie jego fana :D
        Tak ładnie się zapowiadało. A tu Bartosz wydaje się mieć chorobę dwubiegunową, a może jednak to tylko kawa mu zaszkodziła? ;) No i założę się, że za połączeniem stoi tajemniczy kontroler lotów, jego wszedzie pełno, kiedy u Elizy coś ciekawego się dzieje ostatnimi czasy…:)

    • otfilulu pisze:

      „tajemniczy kontroler lotów” – ależ mi się to podoba!!! Tak samo jak „choroba dwubiegunowa”.
      Wylewność nie jest wymagana, sygnały, że kolejne rozdziały nadal trzymają są wysoce pożądane, a odhaczenie się na liście obecności ciche czy głośne najlepszą formą poparcia. Dziękuję, pozdrawiam i biegnę opracowywać pojawienie się … nic nie powiem :)

  40. ~VE. pisze:

    To było do przewidzenia, że Kurek przyjdzie z przeprosinami i będzie robił wszystko, żeby Eliza znowu chciała z nim współpracować. Mam nadzieję, że dziewczyna ustali takie zasady, że pójdzie mu w pięty. W końcu Bartek nie będzie miał wyjścia, jeśli będzie chciał pomocy.
    Sąsiadka niebywale mnie drażni. Co z tego, że ma klucze? To nie znaczy, że ma wpuszczać do mieszkania kogo jej się żywnie podoba. Bo okej, tym razem to był Bartek, ale kto wie czy kiedyś nie wpuściłaby jakiegoś psychopaty.
    I nekrofilia wygrała wszystko. I żarcik Bartka też. :)

    • otfilulu pisze:

      Normalnie zero pobłażania :) Bartuś z kwiatkiem i skruszony, a Ty byś mu jeszcze dołożyła. Już nawet krwawił i nadal litość ujemna ;)
      Może się jeszcze przekonasz? Bo do pani Strużyńskiej na pewno Cię nie nakłonię. Mimo jej różnorodnych dolegliwości i ogólnie ciężkiego życia.
      Pozdrawiam :)

      • ~VE. pisze:

        O tak, przekonam się. Bo po przeczytaniu siódemki bardzo mu współczuję. Sama nie wiem jak to jest (a przynajmniej nie w takim stopniu), kiedy jeden głupi błąd, a właściwie przypadek niszczy to, o co tak długo się walczyło. I wtedy nie ma już nic, prócz wszechogarniającej pustki i bezsensu.
        Zadziwiające jest dla mnie to, że po całym tym bałaganie między nimi Eliza tak szybko poszła do Bartka. I że on jej nie wyrzucił, a nawet wręcz przeciwnie – poprosił ją by została. To dowodzi jak bardzo ta kontuzja go załamała i obnaża to, jak bardzo jest w tej chwili bezbronny i samotny.
        A jego monolog na temat gry, to jak moje myśli na ten temat od pewnego czasu, ale ja nie umiem tak tego ubrać w słowa. Czapki z głów, czekam na więcej. :*

    • otfilulu pisze:

      Wypowiedź Bartka jest dla mnie bardzo ważna, z wielu względów, i bardzo mnie cieszy, że zwróciła uwagę i w jakiś sposób brzmi przekonująco.
      Już czas żeby główny bohater przestał być taki jednolicie nieprzyjemny, skoro przełamał Twoją niechęć, to znaczy że udało mi się go trochę odczarować. Przynajmniej na chwilę. Jeżeli czas pozwoli to ciąg dalszy nastąpi w tym tygodniu, ale się nie zarzekam.

  41. ~selene pisze:

    Przyjemny rozdział, taki lekki i humorystyczny.
    Nekrofilia bezapelacyjnie pozamiatała, aczkolwiek ja odnotowuję sobie jeszcze jedną perełkę: -A robi co pożytecznego ten twój amant? Bo jak tylko krwią się zalewa to nie warto sobie głowy zawracać. I tak jest dla ciebie za wysoki. Ja bym tę listę uzupełniła jeszcze o granie na nerwach i brak wyczucia chwili. Zalety? Not found (przynajmniej na razie).
    Kurczak (w pewnych kręgach nazywany również Drobiem) wedle wcześniejszych przypuszczeń wrócił z podkulonym ogonem i kwiatkami w zębach. A później sam dostał w zęby. To znaczy w nos ;) Może dzięki temu zacznie dostrzegać coś więcej niż jego czubek. Przezornie opowiem się raczej po stronie sceptyków jego nagłej przemiany, bo nie sądzę, by myślący wyłącznie o sobie Bartek ni stąd ni zowąd skierował swoją uwagę na inne tory. Nie popisał się ostatnio, więc musiał czym prędzej zatrzeć złe wrażenie i podtrzymać ciągłość paradoksalnie korzystnej dla obu stron umowy. Oczywiście każdy kij ma dwa końce, a medal dwie strony, ale wydaje mi się, że to jeszcze za wcześnie, żeby Bartka wystarczająco ruszyło sumienie.
    Dajesz mi pożywkę do kolejnych przytyków pod adresem Kamila ;) Dobra, niechaj będzie, że ma jakieś problemy, że coś go martwi i nie chce się tym dzielić z osobą, którą zna wyłącznie z wirtualnej przestrzeni. Rozumiem, zwłaszcza że Eliza też pewne kwestie wolała przemilczeć. Ale przecież nikt nie może dać gwarancji, że zdjęcie, które wysłał jest autentyczne. Może je sobie wygooglował? Albo fotografia przedstawia jego kolegę/brata/kuzyna/kogokolwiek w ten deseń? Tyyle wątpliwości! ;)
    Aha, jeszcze jedna rzecz, która mi ostatnio umyka – tak sobie myślę, że to, jak główna bohaterka żyje tymi wszystkimi kontaktami z internetowym przyjacielem dogłębnie pokazuje jak bardzo brakuje jej kogoś takiego w świecie rzeczywistym (bo irytujący Kurek i wścibska staruszka raczej nie są najlepszymi towarzyszami niedoli) i że najzwyczajniej w świecie doskwiera jej samotność. Dodatkowo ta myśl, że Cyprian może być Kamilem pokazują jak bardzo chciałaby, żeby Milczek stał się kimś realnym i zmaterializowanym.
    Okej, kończę słowotok i pozdrawiam z wietrznego i pochmurnego… dobrze wiesz skąd ;)

    • otfilulu pisze:

      Ejj jak Kurczak to raczej wrócił z kwiatkami w dziobie :D nie w zębach.
      A na poważnie dziękuję bardzo za pozytywny odbiór rozdziału, bo jak go czytam ponownie to wydaje mi się, że mogłam go trochę skrócić i uciec przed dłużyznami. Ale jak już taki jest to niech taki zostanie.
      W ramach pożywki podrzucam siódemeczkę. Prawie bez Kamila, tylko czy na pewno? ;) No i kolejna twarz Bartka – akceptujemy?
      Jak zwykle czekam na Twoją reakcję – taki podstawowy miernik, czy jestem z tym opowiadaniem tam gdzie chciałam być, czy też swobodnie dryfuję?

      Uwierz, wieje nie tylko u Ciebie, ale to pewnie dlatego, że nie jesteś zbyt daleko :)

      • ~selene pisze:

        A jak wrócę na uczelnię, to już w ogóle będę blisko, nie? ;)

        Kamila nie było, co jednak nie przeszkadzało Elizie w myśleniu o nim, więc to tak jakby jednak był ;) Można to luźno porównać do wyłączonego czatu na Facebooku – niby cię nie ma, a jednak jesteś.
        Kolejną twarz akceptujemy. :) Nasuwa mi się jedno stwierdzenie – Karma wraca. Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia, więc np. tacy kibice siedzący na hali uznają jego kontuzję za nieszczęśliwy wypadek, ale ktoś, kto zna go bliżej mógłby powiedzieć, że Bartka pokarało, bo jego zachowanie, chociażby względem Elizy, pozostawiało wiele do życzenia, ale ja nie zamierzam się tym razem nad nim pastwić, bo samo wykluczenie z gry na kilka miesięcy, zwłaszcza tuż przed Igrzyskami (odpukać w niemalowane!) jest wystarczająco dobijającą perspektywą. I właśnie dlatego Bartek siłą rzeczy musiał spokornieć i ukazać nam swoje inne, bardziej „ludzkie” oblicze.
        To, co powiedział Kurek w przypływie szczerości jest samą prawdą. Owszem, jest drużyna, jest wspólny cel, ale jest też rywalizacja i depczący po piętach potencjalni rywale. Nie można ani na chwilę stracić czujności, bo jest wielu chętnych, by zająć twoje miejsce. Ponadto bezlitosna wymiana pokoleniowa i wręcz zadziwiająco szybka droga od zera do bohatera i odwrotnie, nakręcana głównie przez media i podchwytywana przez kibiców. Przykładów jest wiele, choćby Wlazły, siatkarze po Londynie i sam Kurek (mało było głosów po MŚ, że już nie jest nam potrzebny?). Bardzo mi się podoba, że przedstawiasz tą siatkarską, w ogóle sportową rzeczywistość taką, jaka jest, czyli przytaczając znane powiedzenie – raz na wozie, raz pod wozem. Zwróciłam na to uwagę już w MIgałach (to jest chyba jedna z tych rzeczy o których zapomniałam Ci napisać). Nie ma drużyny kroczącej tylko od zwycięstwa do zwycięstwa i nie ma zawodników, którzy nigdy nie zawodzą, jakkolwiek pokrętnie to brzmi. I tak mnie tylko nurtuje, czy Kubiak w końcu pojechał do tego Tokio czy nie, ale biorąc pod uwagę wszelkie zawirowania w jego życiu, mogło do tego nie dojść (chyba, że coś mi umknęło w trakcie czytania, ale naprawdę, nie przypominam sobie, żebyś tę kwestię wyjaśniała).
        A jeśli chodzi o Elizę, to nie dziwi mnie jej nagły przypływ cieplejszych uczuć do atakującego, bo kierował nią zwykły ludzki odruch (a przynajmniej tak mogłaby brzmieć oficjalna wersja) i myślę, że znaczna większość ludzi znalazłszy się w jej skórze postąpiłaby podobnie. Pod koniec rozdziału szóstego napisałaś, że, cytuję: „TEN Bartosz Kurek potrzebował jej bardziej niż ona jego”. Tutaj jest to pokazane jeszcze wyraźniej.
        Lisek, Liska, fajny przydomek, ale gdyby tak odnieść się do zwierzęcych alegorii, to określenie miałoby raczej podtekst pejoratywny, a więc znów Bartosz coś przeoczył ;) A miałam się nie pastwić…
        Pozdrawiam :)

    • otfilulu pisze:

      Co ja bym zrobiła bez Twojego słowotoku? Dziękuję za pomoc w utrzymywaniu kierunku, bo już wiem, że nie uciekło mi to co chciałam przekazać.
      Często się zastanawiam jak to wygląd od kulis i choć bardzo bym chciała żeby było zgodnie z zasadą „jeden za wszystkich wszyscy za jednego” to niestety kompletnie w to nie wierzę. Siatkówka, nie siatkówka, ludzie pozostaną sobą, z całym spektrum ułomności i egocentryczną teorią świata. No i nie da się uciec od tego, że pech jednego to łut szczęścia kogoś innego, szczególnie w sporcie. Niesprawiedliwe i takie … zwyczajne.
      A Kubiak do Tokio nie pojechał, siadła mu forma, a przede wszystkim motywacja. Nie było Igi i istotny kawałek Michała też zniknął. Miałam to opisane w jednej z „wyciętych” z piątki scen. W ogóle dużo z tej ostatniej części wypadło, bo stwierdziłam, że niewiele wnosi a tylko zaciemnia i rozmazuje to co w MIgał5 miało być najistotniejsze.
      P.S.Widzisz? Mówiłam, że skoro ja sobie poradziłam to i Tobie się uda. Ale uwaga, ja się będę z pewnością przemieszczać, tak już mam.

  42. ~Hania z Radomia pisze:

    Błędem było czytanie tego rozdziału w pociągu. Zmuszałam się siłą, żeby nie parsknac śmiechem na cały wagon.
    Po raz kolejny stwierdzam, że kocham panią Strużyńską.
    A nekrofilia zmiotła mnie z powierzchni ziemi. :)
    A co do podstawy Bartka, to zdziwiła mnie… I pozytywnie zaskoczyła.
    Czekam na więcej.

    • otfilulu pisze:

      No pani Strużyńska mnie samą zaskakuje. Pisze się ją aż za łatwo i zaczynam podejrzewać, że ma zadatki na bycie kimś takim ;)
      Cieszę się, że jednak było choć trochę zabawnie, choć ma się to nijak do Twoich jednopartów – bez fałszywej skromności.
      Więcej już jest, ale tym razem nie „na wesoło”.

      • ~Hania z Radomia pisze:

        Zaskakująca szczerość. To ciśnie mi się na usta po przeczytaniu tego rozdziału. A monolog dotyczący rywalizacji i dwulicowości to mistrzostwo. Mistrzostwo nad mistrzostwami.
        I zadziwia mnie dobre serce Elizy. Bo inaczej tego nazwać nie można. Jeszcze bardziej ją za to lubię i szanuję (nie to, żebym jej wcześniej nie lubiła, broń Boże!).
        A Bartka jest mi teraz po prostu żal. Ale wiem (albo podejrzewam) przynajmniej jaki jest (?) pod skorupką „z nieusuwalnego brudu”. A Lisek jest po prostu uroczy.
        Pozdrawiam :)

    • otfilulu pisze:

      Mistrzostwo to chyba nadużycie, ale nie będę udawać, jestem zadowolona z tego rozdziału. Lubię emocje.
      I naprawdę świetnie, że nie uciekają mi spod ręki i udaje się je przekazać.
      Dziękuję za wierne czytelnictwo i dobre słowo :)

  43. ~selene pisze:

    Pożycz odrobinę weny ;)
    Choć Kamil mnie nieco irytuje, a jego pozorna „prawość i szlachetność” sprawia, że mam ochotę nagminnie wywracać oczami jak główna bohaterka pewnej gniotowatej powieści (oczywiście absolutnie nie bierz tego do siebie, bo ja nie oceniam Twojego pisania i sposobu kreowania postaci, po prostu mam takie a nie inne zdanie o nim jako bohaterze opowiadania), tym razem przyznaję mu stuprocentową rację, bo jako postronny obserwator (powiedzmy ;)) miał większą szansę spojrzeć na sytuację Elizy z szerszej perspektywy, a co za tym idzie, dostrzec w jej ghost writingu pozytywy, np. możliwość szlifowania pisarskich umiejętności. I choćbym nie wiem jak psioczyła na znajomego Żarówy, to jednak doceniam jego starania i bezcenne wsparcie okazywane bohaterce, bo zdaję sobie sprawę, że jego intencje, przynajmniej na pierwszy rzut oka, wydają się szczere, natomiast problematyczna jest dla mnie jego tożsamość. Co, a raczej kto siedzi w internetowym Kamilu? ;)
    Nie myliłaś się twierdząc, że Kurek może być tutaj jeszcze gorszy. Był dupek, cwaniak i manipulator? No to jest jeszcze zuchwalec i megaloman. O, i hipokryzja w sumie też z niego wyłazi. Normalnie 50 twarzy Kurka :P Przykre jest to, że wrzuca Elizę do jednego wora wraz z innymi naiwnymi dziewczątkami, które połasiłyby się na jego pieniądze i popularność. Myślał, że zdołał podporządkować ją sobie na tyle, iż teraz bezwiednie zgodzi się na wszystko? Ha! Figa z makiem. Pyszałkowatość z pewnością sprawiła, że nawet nie wziął pod uwagę, iż mogłaby mu się przeciwstawić, ale cóż, tym razem mam wrażenie, że rolę się odwrócą i to on wróci do niej z podkulonym ogonem, bo jakoś śmiem wątpić, że napisane przez niego wypociny nadawałyby się do publikacji :> No dobra, może nie byłoby tak źle, ale różnica poziomów pewnie byłaby znacząca, a poza tym taki układ jest dla niego bardzo wygodny. Zbiera profity, wkładając minimum wysiłku.
    Pozdrawiam i tak na koniec zapytam z ciekawości – jak to możliwe, że jesteś w stanie zlokalizować miejsca „pobytu” swoich czytelniczek z dokładnością co do miejscowości? Na blogspocie się tak nie da :/ W zamian za to odnotowuję niepokojąco sporą liczbę wyświetleń z Kenii i Bangladeszu ;) ;)

    • otfilulu pisze:

      Reakcja na Kamila prawidłowa. On jest w tej bajce rycerzem, a przecież oni już dawno wyginęli, między innymi dlatego, że są mocno nieżyciowi.
      Milczek jest taki hmm idealny, że aż nierealny. I czy nie pomyślałaś, że największym zaskoczeniem byłoby gdyby w Kamilu siedział … Kamil? I nikt więcej? Taki chodzący wzorzec z Sevres :) A Ty musisz od razu zakładać, że to tylko pozorna prawość. Szach-mat niedowiarku ;)
      50 twarzy to ja Kurkowi chyba nie zdołam podarować, ale jeszcze kilka w zanadrzu mam nadzieję trzymać. W tym Kamilową. Nie! Wróć! Przecież Kamil jest sobą, albo może Nowakowskim? Już sama nie wiem… A jak tam u Ciebie? :) :) :)

      I nie ma opcji, żebym jeżyła się o któryś komentarz, jestem wdzięczna za każdą uwagę i wskazówkę. Szczególnie takie, które dają mi do myślenia i pozwalają sprawdzić czy nie błądzę albo nie odpływam w jakiś lukier. Czyli zasadniczo sto procent Twoich wypowiedzi, za które jak zawsze dziękuję.

      A odpowiedź na ostatnie pytanie wysyłam per e-mail :)

      • ~selene pisze:

        Biorę pod uwagę każdą opcję, która przyjdzie mi do głowy, również tą, że Kamil jest Kamilem, ale może innym Kamilem niż tym, za którego się podaje (masło maślane, ale myślę, że wiesz, co mam na myśli ;)) I Pan Piotr też pasuje, bo w końcu Milczek (kurczę, strasznie zaszufladkowany ten nasz środkowy). Dobra, mam w głowie kompletny galimatias, więc będzie cud, jeśli w tym chaosie znajdę jakiś porządek ;)
        U mnie? Wszystko na razie dojrzewa pod czerepem, jeżeli o to pytasz, bo kartka i długopis parzą, a paluszki nieskładnie błądzą po klawiaturze. Nastrajam się ;) ;)
        A, i dzięki raz jeszcze za odpowiedź ;)

  44. ~Seehhex pisze:

    Proszę parę dni nie wchodziłam, a tu nowy rozdział.
    Fakt, Bartek to kawał dupka! Jak w ogóle mógł zrobić takie coś Elizie? No taki cham, że aż brak słów.
    Szkoda mi Rudej, ale dobrze, że zerwała ten układzik.
    Zastanawia mnie też Kamil. Jak długo potrwa ich internetowa znajomość? Tajemniczy gość…
    Czekam na kolejną część :) 
    Pozdrawiam!

    • otfilulu pisze:

      A ile innych rzeczy nie zrobiłam, które z pewnością należało zrobić zamiast pisania tego rozdziału to wiem tylko ja i moje wyjące sumienie.
      Ale warto było, bo widzę, że nie odpuszczasz, mimo, że Kurek to nie Twój klimat. Dziękuję :)

  45. ~VE. pisze:

    Bartek to jednak zasługuje na porządny wpier…znaczy ten, ręczne wytłumaczenie mu, że za bardo sobie pozwala. No bo serio, kto go upoważnił do rzucania takich propozycji? I to dziewczynie, która nawet za nim nie przepada, a rozmawia i współpracuje z nim tylko dlatego, że ją do tego zmusił? Z resztą, co ja mówię. Takiej propozycji nie powinien składać nikomu. Niech się zajmie swoim przerośniętym ego.
    I naprawdę, byłam w stanie już napisać, że w końcu się ogarnął i dogadał z Elizką, bo da się z nim normalnie porozmawiać, a tu proszę. Fantazja chłopaczka poniosła.
    Brawo dla Elizy, że w końcu kazała mu spadać na drzewo. Zasłużył na to. Mam tylko nadzieję, że Kurek jeszcze będzie z tego powodu rozpaczał. W końcu jak teraz będzie pisał swoje felietony? :D Bo ja jakoś nie wierzę w jego zdolności, tym bardziej że potrzebował do pomocy Elizy. Oby to się na nim zemściło. Palant jeden.

    • otfilulu pisze:

      Cieszę się, że taki krótki fragmencik potrafił przekonać, że Bartek nie jest wcale taki zły. I, że kolejny akapit to przeświadczenie odebrał.
      I to jeszcze wzbudzając tyle potępiających reakcji.
      Plan wykonany :) Mogę spokojnie pracować nad kolejną niespodzianką.
      Do zobaczenia po następnym rozdziale, mam nadzieję :)

  46. ~Paula pisze:

    jak dobrze, że wakacje się już kończą, bo teraz nie będę przynajmniej tu wpadać, kiedy aż 4 nowe rozdziały się pojawią od mojego ostatniego wejścia, tylko będę na bieżąco! :D
    Dlatego skomentuję wszystkie jednocześnie, wybacz! :D
    - wśbiska staruszka z klatki schodowej! omg, jak ja kocham takie babcie! :D Interesują się wszystkim i wszystkimi, tylko nie sobą. A na poważnie, podziwiam Elizę za cierpliwość, że wysłuchała tych wszystkich gorzkich żali, bo mnie by szlag trafił:D
    - znajomość Elizy z Kamilem – no nieźle! jestem pozytywnie zaskoczona, że ze sobą piszą i żadne nie poprosiło o wysłanie swojego zdjęcia czy coś, bo w dzisiejszych czasach niestety większość osób patrzy tylko na wygląd, a tutaj taka nutka tajemniczości, że znają tylko swoje imiona i najpierw poznają siebie, a nie wygląd. ;)
    - No to Eliza nieźle pojechała po Bartku na forum, wow :O tzn napisała to, co widziała – fakt, ale że przyniosło to mega negatywne skutki – nie popieram naszej rudej w tym;p
    - Cóż za arogancja Kurka! cholera;o jak można tak szantażować kobietę i grozić jej, że skinieniem palca może pozbawić jej pracy??? …… :O
    - Zaczynam czytać 5. rozdział i myślę: „A jednak Bartka da się lubić, a nawet całować! :D” ale z każdym słowem coraz bardziej się we mnie gotuje… co za skurwiel (za przeproszeniem)! Bardzo dobrze, że Eliza zerwała ten układ, jestem dumna! :D

    Pozdrawiam! ;)

    • otfilulu pisze:

      No oszalała kobieta. Wakacje są właśnie powodem, że się te cztery rozdziały pojawiły :)
      A ja się odniosę jednocześnie do wszystkich komentarzy, wybacz :)
      -jak to jest, że każdy ma taką babcię w okolicy? I to szczęśliwy ten co ma tylko jedną.
      -a wiesz, że mi to całkiem umknęło? Tak sobie to rozpisałam z pewnych względów i przeoczyłam taką ważną sprawę, kurde. Luka poważna, może jeszcze jakoś połatam, ale za dużo poszło, żeby to było wiarygodne. Cholera :/
      -z takiego założenia, że trzeba jednak ważyć słowa, wychodzi też mój Kamil, więc fajnie, że to nie tylko mój fikcyjny wymysł
      -no tak, chyba żadna akcja Michała nie zdołała wzbudzić tylu emocji co Bartek na przestrzeni trzech rozdziałów. Dziwnie się objawia ta moja sympatia do jego osoby ;)

      Pozdrawiam i dziękuję, że wróciłaś.

  47. ~prosaen pisze:

    czy ja mogę Bartkowi dać w twarz? bo nigdy nie myślałam, że będę chciała, ale teraz bardzo chcę. kibicuję mocno Elizie w jej stanowczości (może niech ona zamiast mnie da mu w twarz?)

  48. ~Hania z Radomia pisze:

    Z powodu piątki skaczę niczym radomska szczęśliwa, piłeczka kauczukowa. Poprawiłaś mi humor tym dzisiejszym odcinkiem.
    Tak Ty tego Bartka sugestywnie opisałaś, gdy mieli epizod „dogadywania się”, że pomyślałam, że może cos z tego być. Ale nie. I bardzo dobrze. Bo ten Twój Bartek jest taki antypatyczny, aż się go chce udusić. Za to Eliza, no to jest mistrzostwo. Jestem z niej dumna, że się dziewczyna wyrabia zarówno w pracy jak i w „tej drugiej pracy” :)
    Fajnie, że pokazałas ją jako dziewczę z charakterem.
    I jeszcze zostaje Kamil. Nadal intryguje, choć jako stronnik Kurka trochę się gryzie. Ale dobrze, że Eliza ma w nim oparcie. Choćby wirtualne. Zawsze to lepsze niż brak oparcia.

    • otfilulu pisze:

      No to w poprawianiu humoru jest 1:1. Określenie: „radomska szczęśliwa piłeczka kauczukowa” rozbiło bank.
      Zaczynam się obawiać, że przegięłam z tym Bartkiem, ale jak już do mnie przychodzi to zawsze jakiś taki umazany czymś złym. Nie wiem gdzie on łazi, że mu się ciągle coś takiego paskudnego przylepia :)
      No ale cóż, wyzwanie będzie większe w związku z tym. I dobrze.

  49. ~eni pisze:

    Buuu nie podoba mi się taki Bartek (to, iż wydaje mi się, że mógłby taki być, to nieważne i pewnie moje uprzedzenia #akurat ;)) nie podoba mi się i już :( Ale z tym pisaniem felietonów to przesada. A potem co, książkę za niego napisze? Rozumiem jeszcze jakby on z tematem wyszedł, coś tam powiedział, a ona miała to ładnie ubrać w słowa, ale że tak całkiem od a do z? Bartuś coś nie przemyślał, bo jak tak zaczną go wypytywać o szczegóły pisarskiego warsztatu, to może być baaardzo nieciekawie, dla niego oczywiście :P

    • otfilulu pisze:

      O! Zguba się znalazła! Dobry Wieczór Marudo Moja :)
      Ale i tak wybiorę z tego komentarza coś dla siebie, bo skoro uważasz, że mógłby taki naprawdę być to jakiś sukces jest.
      Mam nadzieję, że kolejne rozdziały uwiarygodnią historię. Nie widziałam zagrożenia zdemaskowaniem, bo jakoś nie przypominam sobie żeby ktoś Igłę wypytywał jak mu się pisze i jak to robi. O Kadziewiczu nie wspominam, bo go chyba nie lubisz ;)
      Pozdrawiam ciepło :)

      • ~eni pisze:

        Zguba miała całkiem długi i całkiem miły urlop, który właśnie się kończy. No więc #marudamodeon ;)
        Cóż, takie myślenie to nie tylko do Kurka z naszych reprezentantów mi pasuje, chociaż ten z kolei ma już bodajże od x lat dziewczynę/narzeczoną… Szkoda, że na Elizkę trafiło, ale się sparzył i coś mi się widzi, że to dopiero go zmotywuje do kolejnych prób, może nawet bardziej subtelnych? A może coś tam w móżdżku się poprzestawia? :P A ten Kamil to tak z kolei podejrzanie fajny w porównaniu z Kurkiem… Do czego to doszło, to że ktoś jest powiedzmy normalny jest podejrzane lol
        Możliwe, że masz rację co do wypytywania Igły, chociaż wiesz w szatni Reski nie siedziałyśmy, tzn. ja nie, ale może Ty masz wtyki, przyznaj no się ;)
        A co do Kadzia, wszystko mi przeszło jak go podrygującego w tych trykotach zobaczyłam ROFL O:-) To nasze „niepokorne dziecko siatkówki” pokornie będzie tańczyć jak mu pol$at zagra… Cóż, nawet ta jego książka, na którą ostrzyłam sobie ząbki, chyba nie wyjdzie, bo może by to zagroziło ciepłej posadzce. Wiem, wiem, za coś trzeba żyć, ale no kurde TZG Kadziu? :rolleyes: Mogli sobie Miela z tymi jego przyciasnymi marynareczkami i wymalowanymi usteczkami wziąć :P Pasuje jak ulał :P

    • otfilulu pisze:

      No trykoty są naprawdę słabe. Cieszę się, że to się dzieje po zakończeniu MIgał-ów bo mogłoby być ciężko. Jeszcze po tych zapewnieniach, że nie nigdy, nie ma mowy, no way. Ale jest Polsat-way bądź highway. Cóż korpo. Jak pisałam dawno temu, że trzeba zgodnie z polityką firmy, to raczej miałam na myśli cenzurę wypowiedzi a nie pójście tanecznymi śladami Gruchy. Ale, żebym się całkiem nie zdołowała Twoją złośliwą radością, to dostałam prezent
      Poczytaj sobie i pośmiej się z nami :)

      • ~eni pisze:

        Prezent pierwsza klasa! Dziękuję bardzo, że się nim podzieliłaś, autorka pewnie też będzie wdzięczna, gdyż albowiem ponieważ zyskała nową czytelniczkę :D
        Ale ja nie chciałam być złośliwie radosna… a może trochę tak ;)
        Już Gruchy nie mogłam odżałować, że poszedł w te plastik-fantastik klimaty. Teraz Kadziu, jak tam jeszcze pójdzie Igła albo Winiar (tfu, tfu, tfu przez lewe ramię ;)), to normalnie podłożę bombę, jak bum cyk cyk!

  50. ~prosaen pisze:

    jaki okropny Bartek! ale bardzo dobrze, niech będą spięcia, iskry, niech wszystko płonie między nimi. klimat tego opowiadania jest świetny i tak zupełnie inny od Migała. postaram się już tak nie zagapić przy następnych rozdziałach.

    • otfilulu pisze:

      Cieszę się, że widać różnicę do poprzedniego. Baaardzo mi na tym zależy.
      Zagapiaj się do woli, szczególnie, że wtedy jest szansa, że coś wrzucisz do siebie. Albo zaskoczysz jakimś ołówkowym portretem.
      Zagapiaj się tym bardziej, że w powietrzu unosi się zapach przerwy pomiędzy rozdziałem czwartym a piątym.

      A ja sobie poczekam na innych gapiowiczów, z Myszkowa na przykład, i na Milczków z Blachowni, Gorlic, Stalowej Woli czy z Bielska-Białej
      (wpadłam w aktywacyjny nastrój wyciągania za uszy, kiedyś mi się tak Hania z Radomia objawiła właśnie. A tym bardziej marudzę, że z każdą z powyższych miejscowości coś mnie łączy i tak miło zobaczyć, że ktoś stamtąd tu zagląda i to nieprzypadkowo).
      Pozdrawiam

  51. ~selene pisze:

    Podobnie jak VE., nie nadążam z produkcją komentarzy ;)
    Zaczynam wierzyć, że Eliza ma jakieś nadprzyrodzone zdolności związane z elektrycznością. Kurczę, to się musi jakoś fachowo nazywać! :)
    Żarówa rozpętała na forum niezłą burzę i to właśnie jeden z dowodów na to, że czasami palniemy coś pod wpływem impulsu i to się na nas później mści. Oczywiście określenie „Gwiazdor” nie było od czapy, ale wywołało sporo kontrowersji i skutecznie podzieliło zwolenników i przeciwników Bartosza. A jeśli już mowa o nowym nabytku Resovii, to w kontekście jego zachowania względem Elizy w pierwszej kolejności przychodzi mi do głowy mało wyszukany komentarz – Co za dupek! Dupek, cwaniak i manipulator. Doskonale wiedział, jak pozbyć się poczucia winy (jeśli w ogóle kiedykolwiek je miał) i obarczyć nim główną bohaterkę. Bo przecież to ona śmiała dokonać uszczerbku na jego nieskazitelnym wizerunku! Najgorsze jest to, że Eliza znalazła się w sytuacji bez wyjścia i chcąc nie chcąc musi przystać na propozycję szantażysty, w końcu nie może sobie pozwolić na utratę pracy. Na razie pokazujesz nam Kurka od tej gorszej strony, ale jako że kreowane przez Ciebie postacie zwykle mają wiele odcieni szarości, z pewnością nie będzie tak przez cały czas :)
    Co ja to jeszcze miałam… A tak. Powiedzmy, że na jakiś czas porzucam teorię o bartkowym rozdwojeniu jaźni, ale w zamian za to coraz częściej zastanawiam się nad tym, czy Kamil jest prawdziwy czy jego wizerunek powstaje na potrzeby tej internetowo-telefonicznej znajomości. To oczywiste, że chce zrobić na Elizie jak najlepsze wrażenie, żeby później łatwiej było jej zaakceptować jego wady, ale czy on przypadkiem nie za bardzo koloryzuje? Tak, wiem, szukam dziury w całym, jestem przesadnie czujna i podejrzliwa. Ale drążę temat, bo… Bo w sumie sprawia mi to dużą frajdę ;)
    Pozdrawiam :)

    • otfilulu pisze:

      „Dupek, cwaniak i manipulator” – jak Cię tu nie kochać, skoro zawsze napiszesz mi dokładnie to o co mi chodziło?
      Czy to jest na pewno już najgorsza strona Kurka? Może stać go jednak na więcej? I czy nie za szybko porzucasz podejrzenia o dwoistość? No i Kamil (jeżeli to oczywiście on) z pewnością coś ukrywa, kto w dzisiejszych czasach po prostu taki jest? To się nie zdarza. Chyba.
      Ty miej frajdę z drążenia tematu a ja będę miała z podrzucania pożywki kolejnym teoriom :) Obiecałam w końcu, że nie zaznasz tu pewności, muszę się wywiązywać :)
      A dolegliwość Elizy to chyba elektronadaktywność albo prądopozytwność, jakoś tak ;) ;) ;)
      P.S. Co u Bereniki? Naprawdę tylko raz na dwa tygodnie? Nie chcę tak.

      • ~selene pisze:

        Jak Cię tu nie kochać, skoro piszesz tak wspaniałe rzeczy, dzięki którym mogę udoskonalać swoje zdolności interpretacyjne? Normalnie jestem w swoim żywiole! ;)
        Wiem, wiem, będziesz mnie podpuszczać do samego końca ;)
        A co do Bereniki, to też chciałabym częściej, ale przynajmniej do zakończenia części pierwszej (a to już całkiem niedługo) chyba nie dam rady. Zresztą, kurczę, chyba nieświadomie zainspirowałaś mnie do pewnej rzeczy, która krąży mi po głowie, ale na razie w bardzo nieskrystalizowanej formie :) Jak nie wywietrzeje, to może coś z tego będzie.

    • otfilulu pisze:

      No to mnie zaciekawiłaś co tam znów kiełkuje w Twojej wyobraźni. Unikaj przeciągów, niech nie wywietrzeje :)

  52. ~VE. pisze:

    Dopiero co cieszyłam się z drugiego rozdziału, a tu proszę, już trzeci :)
    Podoba mi się to, co Eliza napisała o Kurku na forum. Bo moim zdaniem miała rację. Zachował się jak kretyn, wylewając swoje frustracje na zwykłego dzieciaka. Jakby to on był winny całemu złu bartkowego świata.
    A Eliza też nie dała sobie wejść na głowę i ładnie mu odpowiadała. Riposty pierwsza klasa. A już jej pogarda przekazana mu na meczu to w ogóle. :)
    I choć tylko jako postać epizodyczna, to Jochen <3

    • otfilulu pisze:

      No cóż, jak nagle to opowiadanie samo zaczęło do mnie przychodzić to żal nie skorzystać, tym bardziej, że zaraz znów wpadnę w próżnię i po wolnym czasie nie zostanie nawet wspomnienie. Tak więc dodaję część czwartą jeszcze przed weekendem.
      Ciekawa jestem jaka będzie teraz reakcja na Bartka :)
      Pozdrawiam serdecznie i zapraszam na ciąg dalszy.

      • ~VE. pisze:

        Kurczę, nie nadążam z komentowaniem :D
        Odnoszę wrażenie, a właściwie jestem pewna,że z każdym rozdziałem rozkręcasz się coraz bardziej. I cholernie mi się to podoba.
        Okej, ja rozumiem frustrację Bartka, który przez wpis Elizy stał się wrogiem publicznym numer jeden, ale nijak nie potrafię zrozumieć tego, że wini ją za wszystko. Bo gdyby nie zachował się tak w stosunku do tego dzieciaka, to całej sprawy by nie było. Dlatego uważam, że powinien najpierw spojrzeć na siebie, a dopiero potem złościć się na innych. W końcu Eliza nie była jedyną osobą, która to zdarzenie widziała. Była tylko pierwszą, która odważyła się ją głośno skomentować i skrytykować zachowanie Bartka. Moim zdaniem słusznie.
        A już to uciekanie się to szantażu jest naprawdę żenujące. Bartek jest dorosłym facetem, a swoje problemy załatwia jak dzieciak. Nie lepiej było by publicznie przeprosić za to, że poniosła go złość? Myślę, że to było by lepszym rozwiązaniem. Ale jak widać do tego Kurek jeszcze nie dorósł i woli zmuszać Elizę do oszukiwania.
        A jeśli chodzi o jego samochód, to bardzo mu tak dobrze. Karma wraca. I mam nadzieję, że wróci jeszcze bardziej.

        • otfilulu pisze:

          No najwyższa już była pora, żeby coś zamieszać i troszkę zakręcić. Nie chcę, żebyście mi tu posnęły :)
          Przepraszający Kurek? Oj, jakoś tego nie widzę. Strzelającego fochem to i owszem.
          Miło wiedzieć, że nie tylko mnie nosi po nocy :) Dziękuję, że jeszcze znalazłaś ochotę żeby tu o takiej nieludzkiej porze zajrzeć.
          Pozdrawiam.

  53. ~Seehhex pisze:

    Dość sceptycznie pochodchodze do tego opowiadania, tylko ze względu na Pana Kurka. Niestety należę do osób które kogoś lubią albo nie. Nie będę tego ukrywać. Nie jest osobą przez mnie lubiana. Często wpływało z jego ust coś, czego nie powinien w nie których momentach powiedzieć.
    Ale mniejsza o to. Jak zwykle nie zawodzisz. Styl, pomysł,wykonanie-wszystko na 5!
    P.S. Tak z czystej ciekawości. Wszystkie wydarzenia są fikcją, czy miały miejsce w życiu codziennym?
    Pozdrawiam i przepraszam za błędy. Niestety cały dzień na nogach, jedyna rzecz o której myśle to łóżko :p

    • otfilulu pisze:

      Ha! Tym bardziej cieszy, że chociaż bohater do Ciebie nie przemawia, zaglądasz, czytasz i dodatkowo pozytywnie oceniasz :). Bardzo dziękuję.
      Pewnie Twojego zdania o Kurku tu nie zmienię, i nawet nie mam takiego zamiaru, ale może uda się, że zapomnisz o swojej antypatii i najzwyczajniej w świecie sobie poczytasz. Będzie mi niewymiernie miło :).
      P.S. Hmm no to jeżeli chodzi o siatkarski całokształt to: Kubiak rzeczywiście połamał tabliczkę z numerem w trakcie LM (Migał4), na meczu LŚ w Częstochowie odgwizdano dotknięcie siatki brodą, ale to nie był Michał (Broda) i to chyba tyle z autentyków. Cała reszta to fikcja, co chciałabym podkreślić, bo nie uśmiecha mi się pozew o zniesławienie :)

  54. ~selene pisze:

    Nie spodziewałam się, że tak szybko opublikujesz kolejny rozdział. :) Rozpieszczasz nas!
    No i proszę, pojawił się wreszcie nasz Wielki Nieobecny (pogrubienie czcionki zastosowane nie bez powodu; znaczy chyba zastosowane, bo do tych wszystkich znaczków HTML-a, zresztą jak do większości rzeczy na tym świecie mam ograniczone zaufanie) i od razu zaliczył mocne wejście, jeśli w ogóle można to tak nazwać. Tak coś czuję, że znów nam ładnie i wiarygodnie przedstawisz siatkarskiego bohatera, bo już teraz czytając o TYM Bartku, oczyma wyobraźni widzę prawdziwego Bartka. Bo niby ten nasz Bartek sympatyczny, dowcipny, uśmiechnięty, ale nie sposób nie zauważyć, że kiepsko znosi bycie odsuniętym na boczny tor i bardzo często w takich sytuacjach puszczają mu nerwy, a z jego ust padają słowa, które paść nie powinny, czemu dowodzi choćby sytuacja sprzed roku tuż przed MŚ oraz scena z mopersem w Twoim opowiadaniu. Życie w przekonaniu o własnej wyższości i byciu „złotym dzieckiem polskiej siatkówki” może czasem okazać się zgubne. To oczywiście takie moje subiektywne odczucia, ale trzeba przyznać, że Kurek jest trochę niepokorny.
    Ach, te stereotypy. Że niby jak rude to fałszywe, a jak blond to bezmózgie. Należy z nimi walczyć, ale w niektórych kręgach to jak walka z wiatrakami.
    I tak nawiązując jeszcze do Twojej odpowiedzi na mój poprzedni komentarz – ja tam nie widzę, żebyś jakkolwiek kopiowała MIgały. Jak na razie nie dostrzegam absolutnie żadnego podobieństwa, choć oczywiście nie mogę mieć pewności, że któregoś pięknego dnia nie zafundujesz głównej bohaterce życiowego rollercoasteru ;)
    Jest dobrze. Czekam na więcej. I znowu się troszeczkę rozpisałam, wybacz, jeśli od rzeczy :)
    Pozdrawiam :)

    • otfilulu pisze:

      Twoje komentarze nigdy nie są od rzeczy, najczęściej trafiają w sedno i niesamowicie pomagają w dalszym pisaniu, tak więc bardzo proszę się nie ograniczać w tym zakresie :)
      Zobaczymy jaki mi ten Bartek wyjdzie, ale naprzyglądałam mu się dodatkowo w Toruniu i jakieś nowe zdanie sobie wyrobiłam. Ale nie ujawnię szczegółów bo najlepiej jest się dowiedzieć z Waszych komentarzy czy napisane zostało wszystko jak należy, czy też kula poszła w płot. Się okaże.
      Jeżeli mogę to proszę jednak o czujność, wystarczy, że rzucisz mi krótkie: „uwaga, migasz” i będę wiedzieć, że trzeba się bardziej postarać.
      Rozpieszczam zatem dalej ;) Czwóreczka gotowa.

  55. ~Hania z Radomia pisze:

    Ty to masz talent. U Ciebie nic nie jest oczywiste. Chciałabym kiedyś tak kunsztownie czarować słowem jak Ty.
    W pełni rozumiem Elizę. Też dałabym się pokroić za ładny witraż. A secesyjny to już w ogóle miłość.
    Natomiast postawa Bartka zasmuca. Nie dość, że złośliwy, to jeszcze zwyczajnie chamski.
    A Ty tym rozdziałem zdecydowanie zrobiłaś mi dzień. Dziekuję. I z niecierpliwością wyglądam dalszych rozdziałów, bo ciekawi mnie jak to się wszystko potoczy.

    • otfilulu pisze:

      Bardzo proszę nie rozpuszczać autorki takimi komentarzami, bo jeszcze zapomni po co tu jest i forma ulegnie obniżeniu ;)
      A na poważnie: bardzo dziękuję i powoli będę chciała zaspokajać ciekawość.

  56. ~VE. pisze:

    Po pierwsze, nareszcie! :)
    Po drugie, wciąż to uwielbiam i wciąż kocham to, co wychodzi od Ciebie.
    Po trzecie, co do samej treści: o tak, oni zdecydowanie się koło siebie kręcą. Aż nie mogę się doczekać co będzie dalej. I to miłe, że tak naprawdę tak bezinteresownie jej pomógł, z czystej ludzkiej sympatii. Ale równocześnie jest to nieco smutne, bo w życiu już rzadko kto tak postępuje.
    I po czwarte, najważniejsze – niezmiennie jak wcześniej czekam na więcej.

    • otfilulu pisze:

      Dziękuję za dobre słowo. Nie chciałabym „skończyć się” na Idze, więc Twoja opinia napawa cennym optymizmem.
      A przekonać się, że ktoś czeka na kolejny rozdział to już w ogóle mały lot po orbicie :) Lubię nieważkość zatem dziękuję.

  57. ~selene pisze:

    Minęło trochę czasu od publikacji pierwszego rozdziału, a więc zdążyłam zatęsknić za Elizą-Elektrolizą (dobra, nie będę tak nazywać głównej bohaterki, bo brzmi trochę jak Doda Elektroda ;))), a tak poza tym, to cytując Sokratesa – „Wiem, że nic nie wiem”. Ewentualnie mam miliony sprzecznych myśli, a konkretnie jestem jak: „No nie, ależ dałam się ostatnio wyprowadzić w pole!” i: „Pff, mam uwierzyć, że Milczek to jakiś Kamil?” w jednej osobie. :) Być może moje wątpliwości wynikają z zupełnie innego początku niż w MIgałach, w końcu tam główny bohater był z nami od pierwszego zdania, ale myślę, że nie ma co porównywać ze sobą tych dwóch opowiadań, bo mam wrażenie, że będziesz chciała poprowadzić tę historię w nieco innym kierunku, i fabularnie, i emocjonalnie, choć oczywiście mogę się mylić ;) Pozwolę sobie jednak pozostać zdystansowaną do osoby Kamila, w końcu świat internetu rządzi się własnymi prawami, a hasło „Możesz być kim chcesz”, swego czasu usilnie promowane przez producentów pewnego deseru, nabiera realnego kształtu. Nie chodzi o to, że posądzam nowego znajomego Elizy o jakieś niecne zamiary; po prostu uważam, że z pewnych względów mógłby ukrywać tożsamość, a SMS, w którym tłumaczy swoją dziwną reakcję nie do końca mnie przekonuje. Innymi słowy – Kamil brzmi sympatycznie, ale Kamil chyba coś kręci. ;)
    Chropowaty głos… Czy któryś z panów, o których myślę ma chropowaty głos? ;) W sumie na potrzeby rozmowy mógł go nieco zmodulować… Dobra, nieważne. Może lepiej skończę, zanim posunę się w swych „rozkminach” za daleko ;)
    Pozdrawiam :)

    • otfilulu pisze:

      Dystans wskazany, w końcu na internetowych znajomościach nie jeden się już sparzył, ale może Kamil jest z tej dobrej strony mocy? Może nie jest dwulicowym małżonkiem szukającym przygody? A może dokładnie nim właśnie jest? Chropowaty głos bo może zaspany? A może przepity? Albo przeziębiony akuratnie? Albo dopiero przechodzi mutację? Ha! Czy dobrze się bawię? Świetnie! :)
      Nie wiem czy uda mi się aż tak uciec tym opowiadaniem od Migałów, jak Tobie Wspomnieniem Lata, gdzie przechodzisz zupełną metamorfozę w jak najbardziej pozytywnym tego słowa znaczeniu. Jeżeli tylko sama siebie nie skopiuję uznam to już za jakieś zwycięstwo.
      Pozdrawiam i zrobię co będę mogła, żebyś nie zaznała pewności w ramach tej historii ;)

  58. ~Hania z Radomia pisze:

    Reakcja pierwsza: Nareszcie! Wreszcie i wow. cały miesiąc nabijałam wyświetlenia, a nuż się cos pojawiło? I jest. I śmieję się z tego powodu bardzo szeroko.
    Reakcja druga: Pani Strużyńska, kocham panią. Jakbym słyszała własnych sąsiadów.
    Reakcja trzecia: Kamil intryguje. I to bardzo. Eliza intryguje. Wszystko intryguje. A ja czekam na więcej. I zbieram szczękę z podłogi. Jak zawsze z resztą.

    • otfilulu pisze:

      Reakcja czwarta: serdecznie dziękuję za użycie „intrygować”, bardzo cieszy dobór właśnie tego słowa, bo usilnie próbuję tu zdziałać coś w ten deseń.
      Obawy o efekty są nieustannie, więc dziękuję za poklepanie po ramieniu.

  59. ~Paula pisze:

    Rude i piegowate – jak ja uwielbiam takie bohaterki! Są tak nieprzeciętne i mam wrażenie, że mega tajemnicze ;D
    Rzeszów i Resovia – moje strony i mój ukochany klub, także ja jestem całkowicie już kupiona tym opowiadaniem, chociaż to dopiero początek! ;p do Kurka mam nastawienie neutralne, dlatego będę obiektywna co do jego osoby, mam taką nadzieję bynajmniej hahaha ;D
    Duuużo weny na kolejne części! ❤

    • otfilulu pisze:

      Czyli na początek same trafienia w dziesiątkę, bardzo się cieszę.
      Nie wiem kiedy wrzucę odsłonę drugą bo pomysł i chęci nie są problemem, ale tragiczny brak czasu zdecydowanie jest. W każdym razie proszę się nie zniechęcać i zaglądać. Nie porzucę historii ot tak.

  60. ~eni pisze:

    Chociaż nigdy za Kurkiem jakoś nie przepadałam (albo inaczej – ani mnie grzeje, ani ziębi, ale doceniam jako siatkarza) i nie czytałam opków z jego udziałem (chyba że był postacią poboczną), to coś mi się zdaje, że mnie przyspawałaś do tego :D Tak jak dziewczyny pisały, wydaje mi się że wiem kto jest forumowym „Milczkiem”, ale hymmm nie wiem czy to nie byłoby za proste, zwłaszcza u Ciebie…

    • otfilulu pisze:

      Pozwoliłam sobie wybrać jedną z dwóch wersji komentarza :)
      I normalnie, jak mi się uda Ciebie, Marudo, do czegoś przyspawać to będzie święto lasu ;)
      A na poważnie, bardzo się cieszę, że Ci się spodobało i obiecuję: tu nie będzie ani grama Kadziewicza :)

      • ~eni pisze:

        I dobrze zrobiłaś, bo lap mi się zawiesił i myślałam, że komentarz się nie opublikował, a potem zobaczyłam, że jednak tak i nie mogłam go usunąć :(
        Hah to baaaardzo dobrze (wstawiłabym tu takiego wiwatującego emotikona z pomponami lol ) hihihi Aktualnie mam go po dziurki w nosie, a nawet po czubek głowy ;)
        P.S. Ponieważ to rzeszowskie klimaty, to będzie Lotman albo nowa intrygująco przystojna amerykańska krew? Bo o to, czy będzie najlepszy kumpel Pit, to nawet nie pytam ;)

  61. ~VE. pisze:

    Już mi się podoba, choć to dopiero sam początek i tak naprawdę nic jeszcze nie wiadomo. Ale z samą bohaterką mam trochę wspólnego, bo przy mnie też wiele rzeczy przestaje działać, trochę naprawić umiem a gotować zupełnie wcale. :p
    I tak jak poprzednie komentujące mam podejrzenia co do tożsamości forumowego kolegi i nietrudno się domyślić jakie, ale czekam na rozwój wydarzeń. :) I bardzo podobają mi się te forumowe wstawki. :)
    Jeśli zaś chodzi o historię brody Michała, z mojej strony jest ona praktycznie skończona, więc jeśli nadal jesteś nią zainteresowana( a mam nadzieję, że tak, bo aż żal nie przyłączyć się do takiej zabawy ;)) to w najbliższym czasie podlinkuję ją pod swoim komentarzem przy Twojej historii. :)
    Pozdrawiam ;)

    • otfilulu pisze:

      Nie spodziewałam się aż tak pozytywnych reakcji w krótkim czasie. Raczej pełnego rezerwy milczenia w oczekiwaniu na rozwój wypadków. Dzięki za miłe słowo, od razu czuję się pewniej.

      I oczywiście, że jestem zainteresowana! I chyba nie tylko ja. Zapewniam, że mam tu całkiem liczne grono Milczków, którzy co prawda nie komentują ale regularnie sprawdzają co się dzieje. Tak więc czekamy, czekamy.

  62. ~selene pisze:

    Dobry wieczór :)
    Rzeszów, mówisz? Kibic Resovii już zaciera rączki ;)
    Elektroliza, fajny tytuł. Eliza i elektryczność, takie skojarzenia przychodzą mi do głowy w pierwszej kolejności. Tym razem za wiele napisać nie mogę, bo to przecież dopiero samiuśki początek, ale tak jak prosaen, mam podobne przeczucia co do forumowego Milczka, chociaż z drugiej strony to trochę zakrawałoby o obsesję, gdyby główny bohater uciekał się do takich sposobów próbując kontrolować pojawiające się na jego temat opinie. Niemniej jednak wiem, że należy spodziewać się niespodziewanego, a przynajmniej tego się nauczyłam czytając Twoje opowiadania :)
    PS: Cały czas pamiętam o brodatym wyzwaniu, właściwie nie ma dnia, żebym nie myślała o tej nieszczęsnej brodzie i tym, co w niej siedzi, ale potrzebuję jeszcze trochę czasu. W każdym razie dam znać, jak już coś się pojawi :)

    • otfilulu pisze:

      Nic nie potwierdzę, niczemu nie zaprzeczę, ale coś mi mówi, że będę się dobrze bawić dorzucając kolejne rozdziały :)

      A co do brody to czekamy cierpliwie, bo będzie warto jak Cię znam. Tylko nie popadnij w obłęd, bo ja nie będę kłamać, już mi się ta broda śniła kilka razy i trzeba się z tego leczyć ;)

      Do zobaczenia na Twojej plaży, może tym razem ktoś mu jednak przywali? ;)

  63. ~prosaen pisze:

    milczek-wilczek to główny bohater, co? :) w ogóle fajna ta forumowa wstawka, dodaje autentyczności. czekam dalej na elektryczną Elizę i pana Kurka!

    • otfilulu pisze:

      A pfff, chyba nie myślisz, że Ci odpowiem :P. Choć to nie kryminał i nie ma to takiego znaczenia.
      Milczek-Wilczek, taki szyld powinni mieć na drzwiach do pokoju na zgrupowaniach Nowakowski z Kurkiem :)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>